75,00 zł
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 692
Rok wydania: 2026
Marka wydawnicza Bo.wiem
Seria zŻurawiem
Projekt okładki Klara Szymczyk
Logo serii
Małgorzata Flis
Tytuł oryginału: 철도원 삼대, Cheoldowon samdae
Copyright © Hwang Sok-yong 2020
Copyright © for the Polish translation by Dominika Chybowska-Jang, 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2026
Wydanie I, Kraków 2026
All rights reserved
Publikacja została dofinansowana przez Literature Translation Institute of Korea (LTI Korea)
Niniejsza książka stanowi utwór chroniony na podstawie ustawy oprawie autorskim iprawach pokrewnych. Prawami do tego utworu dysponuje Wydawca– Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bez zgody Wydawcy niedopuszczalne jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub inne korzystanie zniniejszej książki wcałości lub zjej fragmentów zwyjątkiem dozwolonego użytku osobistego lub publicznego.
ISBN 978-83-233-5647-9 (druk)
ISBN 978-83-233-7787-0 (mobi, epub)
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków tel. 12 663 23 80 Dystrybucja: tel. 12 631 01 97, tel. kom. +48 506 006 674, e-mail: [email protected] Sklep internetowy: www.bowiem.wuj.pl
„Mater” to skrót na modłę japońską od słowa mountain, które jest określeniem lokomotyw parowych. W czasie okupacji w zakładzie w Gyeongseongu1 oraz w japońskiej fabryce Kisha Kaisha wyprodukowano pięćdziesiąt lokomotyw typu Mater-1 wzorowanych na pociągach amerykańskich. Trzydzieści trzy lokomotywy typu Mater-2 wytworzone przez zakład Kawasaki specjalizujący się w przemyśle ciężkim wprowadzono do eksploatacji głównie na terenach Korei Północnej. W trakcie wojny koreańskiej lokomotywa Mater 2-10 została przejęta przez siły z Południa posuwające się w górę Półwyspu. Kursowała na trasie Gaeseong – Pjongjang, ale ostatecznie zatrzymała się na stacji Jangdan na południe od Gaeseongu, kiedy wojska alianckie zaczęły się wycofywać. 31 grudnia 1950 roku Amerykanie zniszczyli maszynę, by zapobiec przejęciu jej przez siły wroga. Zardzewiały wrak przywodzący na myśl pustą metalową puszkę przez długi czas stał porzucony w strefie zdemilitaryzowanej. Potocznie określano go mianem „komina”. W roku 2004 włączono go do projektu ochrony współczesnego dziedzictwa kulturowego i poddano trwającym dwa lata pracom konserwacyjnym. Następnie w roku 2006 umieszczono lokomotywę w Parku Zjednoczenia Imjingak na granicy dwóch Korei, wpisując ją równocześnie na listę Rejestrowanych Zabytków Narodowego Dziedzictwa Kulturowego pod numerem 78. Kadłub zardzewiałej maszyny zwrócony jest na północ, znajduje się na nim hasło o treści: „Żelazny koń chce pędzić przed siebie!”. To jeden z najbardziej charakterystycznych symboli wojny koreańskiej pojawiający się w podręcznikach, gazetach i czasopismach, rządowych materiałach promocyjnych, a także na znaczkach pocztowych. Symbolika tego starego wraku zmieniała się wraz z epoką i ludźmi dochodzącymi do władzy – od ikony zimnej wojny i antykomunizmu po znak pokoju i pojednania. Mater 2-10 zakonserwowano chemicznie niczym starożytną mumię i stała się monumentalną skamieniałością z czasów podziału.
1 Gyeongseong– dawna nazwa Seulu (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
Lee Jin-o wyznaczył sobie przestrzeń na toaletę po przeciwnej stronie przejścia, możliwie jak najdalej od miejsca, w którym spał. Z początku próbował się chwytać poręczy, ale górna część jego ciała i tak bez przerwy leciała w przód. Musiał bardzo mocno napinać paluchy u stóp, by utrzymać się w kuckach i nie stracić równowagi. Tylko tak mógł się uchronić przed upadkiem do przodu lub do tyłu. Podwijał skryte w tenisówkach palce niczym sęp zaciskający szpony. Musiał trafić do celu.
Pochylił głowę i patrzył, czy odchody wpadają jak należy do plastikowego pojemnika po ryżance. Z początku nie korzystał z takiego zamiennika dla toalety. Pewnego ranka jednak, gdy bolał go brzuch, koledzy wspierający z dołu kupili mu potrawkę z ryżu. Po spożyciu tego dania, w ramach wszystkich trzech posiłków, jakimś cudem zdołał dojść do siebie. Wówczas odkrył, że dzięki rozmiarowi i wysokości opakowanie po daniu idealnie nadaje się do wypróżniania. Dostępna na górze przestrzeń była bardzo ograniczona, więc smród niósł się niemiłosiernie, ale nałożenie na pojemnik pokrywki i szczelne owinięcie go plastikową torbą wystarczyło, by jakoś to znieść. Gdy tylko Lee Jin-o zwrócił się z prośbą do wyczekujących na dole znajomych, ci przynieśli kilkanaście opakowań po ryżance i wysłali je na górę, po kilka sztuk. Z każdego korzystał oczywiście raz, a pełne pojemniki zebrane po całym dniu przekazywał ponownie towarzyszom, którzy opróżniali je, dokładnie myli i przynosili ponownie.
Po wypróżnieniu się i szczelnym zawiązaniu prowizorycznej toalety Lee Jin-o chwycił się poręczy i przez chwilę patrzył na nieruchomy krajobraz miasta. Wschodzące słońce niespiesznie wyłaniało się zza horyzontu, a poranny blask smagał rozciągające się na niebie obłoki. Mniejsze i większe budynki oraz bloki mieszkalne stojące w centrum przywodziły na myśl dżunglę. Z góry było widać drzewa ciągnące się w rzędach wzdłuż ulic oraz las na wyspie Yeoui po prawej. Majowa roślinność przybrała odcień jasnej, żółtawej zieleni. Most Omoknae, na którym bawił się za dzieciaka, był teraz betonową konstrukcją, jednak płynący pod nim strumień wpadający do rzeki Han nic a nic się nie zmienił.
Miejscem, które Lee Jin-o okupował, odkąd miesiąc wcześniej zakradł się tam pod osłoną nocy, był komin wyrastający nad budynkiem elektrowni. Konstrukcja liczyła sobie czterdzieści pięć metrów, co odpowiadało wysokością piętnastemu piętru w bloku. Dzisiejsze apartamentowce miały po dwadzieścia, trzydzieści poziomów, dlatego zdawał się chyba przyzwyczajony do takich wysokości, bo świat widziany ze szczytu komina wcale nie wydawał mu się taki odległy, nie robiło mu się też słabo, kiedy patrzył w dół. Mimo to na początku o mały włos nie spadł w przepaść rozciągającą się po drugiej stronie barierek, znajdował się przecież na wąskiej, otwartej ze wszystkich stron przestrzeni. Średnica komina wynosiła sześć metrów, a otaczający go taras był szeroki na metr. Obejście wieży dookoła wymagało mniej więcej dwudziestu kroków. No tak, trzeba było jeszcze odjąć legowisko, więc cała trasa to było może jakieś szesnaście kroków. Już wcześniej zdarzali się tacy, którzy w innych miastach wspinali się na żurawie, więc nauczył się od nich metod przetrwania. Spawaczka imieniem Yeong-suk, dobra znajoma Jin-o, podczas okupacji przemieniła kabinę dźwigu w kryjówkę i między wspornikami stalowej konstrukcji hodowała pomidory oraz rośliny ozdobne. Zdradziła mu, że ogromne metalowe słupy na terenie stoczni każdej nocy przemieniały się w jej snach w drzewa. Być może dlatego, że owe drobne, żywe organizmy tkwiące na szczycie wielkich kawałów stali zdawały jej się integralną częścią tego żelastwa. Obserwowała, jak inne żurawie stojące naprzeciw przeradzają się w szerokolistne drzewa, widziała również ogromne rośliny wyrastające gdzieniegdzie z morza. Zajmowany przez Jin-o komin nie zamienił się jednak w żadne niesamowite dzieło sztuki.
Czas płynął w trudny do oszacowania sposób – rozciągał się niczym gumka recepturka, by puszczony zaraz znów się skurczyć. Starsi ludzie potrafili mniej więcej oszacować porę na podstawie kierunku wędrówki oraz wysokości słońca, a on miał przy sobie telefon, co pozwalało mu sprawdzić godzinę z dokładnością co do sekundy, ale ta dokładność stopniowo traciła znaczenie. Życie u góry było bowiem pasmem powtarzającej się w nieskończoność stagnacji. Jedynie ustalone przez zwierzchników godziny posiłków dzieliły jego codzienność na równe bloki. Śniadanie dostawał o ósmej, obiad o trzynastej, a kolację o osiemnastej. Właśnie wtedy znajomy przechodził przez główną bramę z plecakiem pełnym jedzenia, a dotarcie na plac pod kominem nie zajmowało mu nawet pięciu minut.
Lee Jin-o, który był już po pięćdziesiątce, przez dwadzieścia pięć lat pracował w fabrykach. Przez pierwszą dekadę był zatrudniony w zakładzie w Yeongdeungpo, gdzie spędził dzieciństwo, następnych piętnaście lat minęło mu zaś w jednym z miast na południu kraju. Zaczynał jako zwykły robotnik, by później awansować na stanowisko brygadzisty. Już w młodości wstąpił do związku zawodowego, a gdy został przewodniczącym lokalnego oddziału, wręczono mu wypowiedzenie. Oficjalnie mówiło się co prawda o zwolnieniu, ale tak naprawdę fabryka została zamknięta i sprzedana innej firmie, co sprawiło, że zakład niespodziewanie zlikwidowano, a życie pozbawionych pracy ludzi legło w gruzach. Ruszyli więc do Seulu, gdzie miał siedzibę główny oddział firmy, i rozpoczęli walkę o przywrócenie stanowisk. Spośród dwudziestu osób, które przystąpiły do protestów, domagając się powrotu do pracy i przeniesienia ich umów do nowego właściciela, do końca ostało się jedenaście, z czego główne skrzypce grało pięciu piastujących wyższe stanowiska lub mogących sobie pozwolić na pobyt w Seulu. Byli to Lee Jin-o, jego rówieśnik Kim Chang-su, mający jakieś czterdzieści lat Jeong i Park oraz najmłodszy z ekipy – dwudziestokilkuletni Cha. Pomagali na budowach lub pracowali dorywczo w różnych branżach w zależności od własnych predyspozycji i po kolei przychodzili wesprzeć Jin-o.
Wokół okupowanego komina na zmianę stacjonowały pięcioosobowe oddziały policji z miejscowe komendy, a w stróżówce przy bramie głównej siedzieli na przemian starsi sierżanci lub komendanci. Czasem, gdy członkowie Związku Zawodowego Przemysłu Metalowego w towarzystwie przedstawicieli organizacji obywatelskich urządzali pikiety pod elektrownią, w sąsiedztwie komina stawał policyjny autokar z czekającymi w gotowości funkcjonariuszami. Na co dzień, gdy wspierający Jin-o koledzy przechodzili przez bramę i zjawiali się pod wieżą, policjanci sprawdzali pakunki, po czym udzielali zgody na przekazanie ich. Kontrole bywały rygorystyczne z rana, ale stosunkowo luźniejsze pod wieczór, gdy przełożeni funkcjonariuszy kończyli już zmiany. Nie było zresztą powodów do obaw, bo gdyby znaleziono jakiś niedozwolony przedmiot, zostałby on co najwyżej skonfiskowany. Nie groziło to aresztowaniem czy użyciem przemocy, tak jak w przeszłości. Gdyby jednak złapano ich na przekazywaniu czegoś nieodpowiedniego, konieczne byłoby sporządzenie raportu ze zdarzenia, a kolejne kontrole byłyby ostrzejsze przez co najmniej dziesięć dni. Mężczyźni zawarli między sobą niepisany pakt, że większość potrzebnych przedmiotów będą mu przynosić w miarę możliwości pod wieczór, a to, co mogłoby zostać ewentualnie skonfiskowane – w weekendy. Mimo wszystko policjanci też byli przecież ludźmi, a trafiali się również młodzi, wykazujący się empatią, więc tu i ówdzie udawało się przemycić coś z listy materiałów zakazanych.
Zanim Jin-o zaczął okupować komin, zrobili wstępne rozeznanie i przez kilka dni wspinali się tam pod osłoną nocy, gromadząc niezbędne do przetrwania przedmioty. Nie korzystali z bramy głównej elektrowni, tylko ustawiali drabinę ogrodową przy murze z betonowych płyt znajdującym się niedaleko wieży. Najmocniej jak potrafili przymocowali do balustrady wielokrążek z liną. Przy jego pomocy zamierzali przekazywać Jin-o jedzenie i inne niezbędne rzeczy, a także odbierać to, czego już nie potrzebował. Przynieśli folie używane do konstruowania tuneli na polach uprawnych, rozstawili też parawany z grubych plandek mające służyć jako ochrona przed wiatrem. Przygotowali jednoosobowy namiot i śpiwór, zakupili też latarkę czołową i kilka innych drobiazgów oferowanych w sklepach ze sprzętem do wspinaczki górskiej. Jin-o wziął ze sobą również telefon i baterie. Postanowili wywiesić wokół komina plakaty informujące o strajku okupacyjnym. Koledzy połączyli siły z członkami Związku Zawodowego Przemysłu Metalowego, którzy pomogli im rozstawić na placu namiot dla przedstawicieli zajmujących się gotowaniem i dostarczaniem Jin-o jedzenia. Ustalili, że posiłki będą mu przekazywane trzy razy dziennie, a kwestie takie jak zapotrzebowanie na wodę i konieczność utylizacji odchodów uregulowano z czasem. Dziennie dostarczano mu cztery butelki z wodą, ale wraz ze wzrostem temperatury liczbę tę zwiększono do sześciu. Dwie wykorzystywał do mycia twarzy i zębów, jedną zaś dzielił się z sałatą i innymi roślinami, które zasadził. Towarzysze przynieśli mu nasiona, by zajął czymś nudne, długie godziny, a on zasiał je w doniczkach kilka dni po rozpoczęciu protestu. Puste butelki służyły mu jako pojemniki na mocz, a gdy były już pełne, stawiał je z boku przy balustradzie. Zamierzał wykorzystać je jako broń, gdyby policja postanowiła wejść po niego na górę. Poważniejsze sprawy załatwiał do foliowych reklamówek, ale zaraz wydobywał się z nich smród, czasem też przeciekały. Z tym problemem udało mu się jednak uporać właśnie dzięki pojemnikom po ryżance.
Dzień przed rozpoczęciem strajku Jeong i Cha wspięli się razem z nim na komin i pomogli zamocować folie oraz rozstawić namiot. Na samym końcu mocno przytwierdzili plandekę z wyjaśniającym powód okupacji hasłem:
WSTRZYMAJCIE SPRZEDAŻ ODDZIAŁU I ZAPEWNIJCIE NAM MIEJSCA PRACY!
zapisanym wyraźnie dużymi literami. Niżej dodano jeszcze:
PRZYWRÓĆCIE DO DZIAŁANIA ZWIĄZKI I POZWÓLCIE PRACOWNIKOM WRÓCIĆ NA STANOWISKA!
Lee Jin-o nie mógł przestać wciąż na nowo czytać widzianych od tyłu sloganów, przeznaczonych dla oczu tych na dole, w świecie po drugiej stronie.
Tego dnia miał coś do załatwienia. Kilka dni wcześniej, w niedzielę, koledzy włożyli mu do koszyka z kolacją klucz nastawny. Owinęli całość folią aluminiową, a z dolnej części pakunku wystawały dwa zarumienione ogony, więc w pierwszym odruchu pomyślał, że to smażone ryby. Kiedy jednak go chwycił i poczuł jego ciężar, od razu poznał, że w środku kryje się narzędzie. Przez umieszczenie klucza między dwiema grillowanymi sajrami jeszcze przez długi czas bił od niego zapach morza.
Poranek zaczynał od ćwiczeń. Dawniej rozciągał się po śniadaniu, by przyśpieszyć trawienie, ale z czasem zmienił kolejność, chcąc rozluźnić kulone przez całą noc ciało. Po posiłku spacerował przez jakąś godzinę po tarasie liczącym wte i wewte te właśnie trzydzieści kroków. Po obiedzie przychodziła pora na kolejny spacer i rozciąganie złożone z trzech sekwencji ruchów. Po kolacji robił dokładnie to samo – rozluźniał nieco ciało przed pójściem spać. Wykonywał zestaw ćwiczeń poleconych mu przez trenera z pobliskiej siłowni, z którym łączył się przez telefon. Kompani odwiedzili ją i wyjaśnili trenerowi całą sytuację. Ten powiedział, że najefektywniejszym rozwiązaniem będzie podzielenie ćwiczeń na krótkie, lecz intensywne segmenty w ciągu dnia. Jin-o wykonywał zatem między innymi krążenia głową, wymachy ramionami i inne ruchy pomagające rozluźnić stawy, robił też pompki, skręty tułowia w pozycji siedzącej, a wszystko kończył podporem na przedramionach. Na wzmocnienie mięśni zaproponowano mu trzy ćwiczenia: pompki, przysiady i podciąganie. Nie miał jednak żadnego drążka ani innego sprzętu, dlatego postanowił połączyć je wszystkie w jedną aktywność. Opierał się na dłoniach, zginał ramiona, unosił górną część ciała, wstawał, robił przysiad, a następnie wyskok, po czym wracał do pierwotnej pozycji. Była to prosta czynność, ale trener oznajmił, że musi robić dwadzieścia powtórzeń, by utrzymać obecną sprawność. Z początku przy siódmym brakowało mu tchu. Teraz z trudem dobijał do dziesięciu i nie miał pojęcia, jak długo przyjdzie mu jeszcze trenować, nim będzie w stanie skończyć całą serię.
Rozdzwonił się telefon. W słuchawce usłyszał głos Cha.
– Od dziś to ja będę panu przynosił posiłki.
– Dzięki. Jak tam Kim, znalazł robotę?
– Tak, na budowie. Wpadnie do pana pod wieczór.
– Wszystko u was w porządku?
– Tak. Zaraz będę na miejscu.
Cha ze śniadaniem dotarł pod bramę główną. Jin-o oparł się o barierkę i spojrzał w dół. Ujrzał chłopaka tuż przy betonowym murze. Policjanci z posterunku ustawionego pod kominem wyszli mu na spotkanie. Cha otworzył plecak i wyjął z niego pojemniki z żywnością, a funkcjonariusz rzucił na nie pobieżnie okiem, po czym zrobił krok w tył. Jin-o spuścił linę przymocowaną do wielokrążka. Na jej końcu zawieszono koszyk. Towarzysz pociągnął za nią, dając tym samym znać, że wszystko gotowe, więc mężczyzna zaczął wciągać ją niespiesznie z powrotem.
– Dzięki! – zawołał, gdy koszyk znalazł się już na górze. Cha odkrzyknął to samo i obrócił się na pięcie.
W koszyku było śniadanie w postaci ryżanki z jajkiem sadzonym, kimchi i podsmażanymi sardelami. Dostał też sześć butelek wody. Robiło się coraz goręcej, więc podejrzewał, że wkrótce będą musieli przynosić mu picie dwa razy dziennie. W pierwszej kolejności zabrał się za jajko. Potrawka zdążyła już co prawda nieco ostygnąć, ale wciąż była ciepła. Dodano do niej trochę warzyw, więc miał co żuć. Zjedzenie całego posiłku nie zajęło mu nawet dziesięciu minut. Włożył naczynia z powrotem do koszyka, przepłukał usta wodą, a potem nalał jej do plastikowej misy i umył twarz. Czuł się jak kot czyszczący własną sierść. Zastanawiał się, czy trochę nie pospacerować, ale miał tego dnia sporo do zrobienia, więc ostatecznie postanowił się nie przemęczać. Dostał informację od towarzyszy na dole, że być może w tym lub w następnym tygodniu uda się spotkać z przedstawicielami firmy. Dobrze by było, gdyby zdołali wówczas dojść do porozumienia, ale mimo wszystko postanowił przygotować się na ewentualne niepowodzenie. Nie wierzył, by trwający od dwóch lat spór został rozwiązany z dnia na dzień, dlatego wspiął się na komin, gotowy na długą walkę. Kto wie, gdyby coś poszło nie po ich myśli, firma mogłaby zażądać od policji stanowczych działań i przerwania strajku siłą. Drabiną prowadzącą na górę można się było wspiąć tylko pojedynczo, więc zablokowanie wejścia pozwoliłoby kupić trochę czasu członkom związku zawodowego i organizacji obywatelskich. Właśnie dlatego Jin-o zbierał butelki napełnione moczem. To jednak nie wystarczało, by się uspokoić, dlatego postanowił sprawić, by zamontowana na końcu spiralnych schodów drabina prowadząca na szczyt komina nie nadawała się już do użytku. Miała na oko jakieś dziesięć metrów. Wokół niej znajdowała się przezroczysta osłona zabezpieczająca wykonana z akrylu. Gdyby odkręcić mocujące drabinę śruby i pchnąć ją do przodu, nikt nie zdołałby się po niej wspiąć.
Jin-o obwiązał się w talii liną, a drugi koniec przymocował do barierki, po czym zszedł niżej. W obawie, że zgubi klucz nastawny, zawiesił go sobie na sznurku na szyi. Poluzował śruby, zaczynając od samego dołu, a gdy dotarł na wysokość odpowiadającą jego wzrostowi, zabrał się do całkowitego wykręcania każdej kolejnej – wyciągał je i wrzucał do kieszeni w spodniach. Z początku nie było łatwo, ale gdy włożył w to nieco siły i trochę je obruszał, mógł wyjmować je z otworów gołymi rękoma. Akurat zacisnął klucz na kolejnej główce i obracał nim w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, kiedy z dołu dobiegł go krzyk:
– Co ty wyprawiasz?!
Nie odpowiedział. Nie musiał przecież reagować. Wspinał się dalej, wyjmując kolejne śruby, a policjant ruszył w stronę głównej bramy, by zawiadomić przełożonego.
– Proszę zaprzestać tych niebezpiecznych czynności!
Jin-o spojrzał w dół i posłał mu uśmiech, ale nie odezwał się słowem. Funkcjonariusze ruszyli w jego stronę spiralnymi schodami i już po chwili, ciężko dysząc, dotarli na sam szczyt, centralnie pod stopy okupującego wieżę mężczyzny. Ten zdążył już jednak wspiąć się na wysokość jakichś trzech metrów, więc wyglądało na to, że nie zdołają go powstrzymać. Pozostało im jedynie wpatrywać się tępo w górę.
– Niszczysz w tej chwili własność prywatną! – warknął sierżant władczym tonem.
– Dlaczego wykręca pan te śruby? Przecież to niebezpieczne – spytał strażnik.
Dopiero wtedy Jin-o przerwał swoje zajęcie i zwrócił się do nich:
– Czemu? Żebyście nie mogli tu do mnie wejść.
– Myślisz, że tylko czekamy tu, na dole, i patrzymy, bo nie jesteśmy w stanie zakończyć tego strajku?
Wykręcił kolejną śrubę i schował ją do kieszeni, po czym oznajmił:
– Chyba lepiej tak, niż żebym skoczył, co nie?
– Noż cholera, szlag mnie trafi. Myślisz, że z dnia na dzień uda wam się coś ugrać?! – Starszy sierżant obrócił się i zginając ostrożnie kolana, zaczął schodzić z powrotem po krętych schodach.
– A siedź se tam i sto dni. Tych na górze nic to nie obchodzi – wymamrotał.
Wymontowanie wszystkich śrub po obu stronach dziesięciometrowej drabiny zajęło Jin-o jakieś półtorej godziny. Ostatnie trzy rzędy wykręcił, leżąc wygodnie na tarasie. Złapał fragment metalowej konstrukcji i pchnął ją z całych sił, a ta oparła się o okrągłą akrylową osłonę po przeciwnej stronie. Dzięki temu nikt nie mógł do niego wejść. Oznaczało to jednocześnie, że sam również nie miał żadnej drogi ucieczki. Nie wiedział, kiedy uda mu się zejść, lecz z utęsknieniem wyczekiwał dnia, w którym przekaże śruby towarzyszom, by mogli zamontować je z powrotem i wspiąć się po niego na komin.
Jak każdego innego dnia zjadł obiad, wykonał zestaw ćwiczeń i przespacerował się po tarasie, poczytał książkę, wsunął kolację i zakończył dzień kolejną dawką sportu oraz rozluźnieniem mięśni przed snem. O tej porze inni pili właśnie ze znajomymi po pracy albo siadali przed telewizorem po zjedzonym w domu posiłku. Jin-o porozmawiał przez telefon z żoną i wymienił kilka wiadomości z kolegami ze związku zawodowego. Miał za sobą spokojny, niewyróżniający się niczym dzień. Miasto spowiła ciemność, zapadła głęboka noc. Hałasy stopniowo cichły, chociaż od czasu do czasu dało się słyszeć dobiegające z daleka dźwięki klaksonu. Jin-o wpełzł do śpiwora ułożonego w namiocie z zamiarem pójścia spać. Tutaj mógł drzemać do woli. Po zmroku i tak nie miał już nic do roboty, więc kładł się, gdy tylko wybiła dwudziesta pierwsza, i – nie wiedzieć kiedy – zapadał w głęboki sen.
Zbudził się, czując parcie na pęcherz. Uniósł lekko powieki i przez dłuższą chwilę przewracał się z boku na bok, kompletnie nie mając ochoty na opuszczenie śpiwora. W końcu rozpiął zamek i wypełzł z niego niczym larwa wydostająca się z kokonu. Wokół unosiła się gęsta mgła. Jin-o wyszedł z namiotu i znalazł się tuż przy oddalonej o kilka kroków barierce. Oddał mocz za ogrodzenie, nie widząc, co się tam znajduje. Poczuł dreszcz i zaraz się obrócił. Ujrzał mgłę otulającą komin niczym morze chmur, po czym wystawił prawą stopę poza taras i nią pomachał. O dziwo, natrafił na jakiś opór. Ogarnęła go nagła chęć, by wejść w tę pustkę, którą wyczuwał już wcześniej podczas spacerów wzdłuż barierki. Przykucnął między dwoma żelaznymi prętami i raz jeszcze wystawił za nie nogę. Miał wrażenie, że stanął na kołdrze lub miękkim materacu. Chwyciwszy się balustrady obiema rękoma, tym razem wystawił poza taras obie stopy.
– Co jest? Da się po tym chodzić – wymamrotał zaskoczony, po czym chwiejnym krokiem wszedł we mgłę.
Czuł, jakby brnął przez ośnieżone pustkowie. Z początku wydawało mu się, że idzie zapadnięty w obłokach do kolan, lecz wkrótce zaczął stawiać stopy swobodnie i sunąć przed siebie. Wciąż otaczała go gęsta mgła, tworząc złudzenie spaceru pośród chmur. Zaraz jednak wkroczył na suchą, ubitą drogę gruntową.
Ujrzał tory kolejowe. Mijał niskie sklepy i speluny, z których przez niewielkie otwory drewnianych okien sączyło się przyćmione żółte światło, a wkrótce zobaczył wąskie alejki ciągnące się po obu stronach torowiska. Jin-o szedł wzdłuż szyn. Jego oczom ukazał się skąpany w ciemności Dom Kultury Rannych Weteranów2.
Przypomniał sobie, że w dzieciństwie był tam kilkukrotnie z ojcem, by obejrzeć western. Bodajże w trzeciej klasie podstawówki odkrył sposób na potajemne wślizgnięcie się do środka. Tak właściwie to dzieciak od golibrody z sąsiedztwa znalazł przejście pozwalające dostać się do pracowni plakatów i minąć kasy biletowe. Dom Kultury Rannych Weteranów znajdował się na terenie dawnego magazynu wojskowego, który po zakończeniu walk przekształcono w kino będące jednocześnie miejscem, gdzie ranni żołnierze mogli uzyskać pomoc. Konstrukcję wzniesiono z drewna i blachy falistej, a dobudówka, w której powstawały plakaty, była zawsze otwarta. Drzwi kina co prawda zamykano na noc, ale mimo to można było z łatwością dostać się do środka. Tuż nad stertą pudeł i polan znajdowało się okno z drewnianymi szprosami, które prowadziło do dawnego magazynu. Od wewnątrz zawieszono czarną zasłonę przyciemniającą. Wystarczyło zeskoczyć w dół, by znaleźć się w przejściu, wzdłuż którego ustawiono siedzenia. Po tym jak jeden z dzieciaków został przyłapany przez pracownika i poniósł surową karę, drzwi do pracowni zaczęto zamykać na noc na kłódkę, a okno zabezpieczono metalową kratą, podobną do tych, które montuje się w kurnikach.
Trzej mężczyźni pracujący w placówce jako strażnicy ucierpieli w trakcie wojny. Facet z drewnianą nogą, nazywany Drewniakiem, siedział na kasie, poparzony Goblin sprawdzał bilety przy wejściu, a Jednoręki pełnił funkcję strażnika patrolującego cały obiekt. Na przemian pilnowali wejścia, sprzątali i sprawdzali, czy nic się nie dzieje, jednak najstraszniejszy z nich wszystkich był właśnie Jednoręki. Miał w zwyczaju zaczepiać papierosa o hak znajdujący się na końcu protezy i nonszalancko zaciągać się dymem, jednocześnie przyjmując bilety sprawną dłonią. Kiedy się wściekał, celował w ludzi tym hakiem przypominającym ogromny haczyk wędkarski i warkliwym tonem pytał, czy chcą go posmakować.
Dzieciak od golibrody zachichotał i zdradził Jin-o, że znalazł nowe wejście. Wczesnym rankiem ruszyli więc tam we dwójkę. Weszli w wąską uliczkę na tyłach budynku. Gdy chłopak uniósł metalową blachę leżącą na ziemi tuż przy ścianie z drewnianej płyty, uderzył ich smród ścieków. Jin-o momentalnie pożałował, że zapłacił za to temu gnojkowi zestawem ddakji3. Zażyczył sobie cały komplet, więc oddał mu swój najcenniejszy skarb trzymany w blaszanym pudełku po ciastkach sprzedawanych na jankeskim targu4. Nieważne, jak ciekawy seans go czekał, nie mógł się zmusić do czołgania w odchodach i moczu. Dzieciak golibrody powiedział, że przygotował sobie wcześniej podkładki, które pozwalają mu swobodnie poruszać się w kanale, i dzięki temu obejrzał za darmo już dwa filmy.
Tego samego wieczora chłopcy oderwali po dwa skrzydła od kartonu i weszli do środka. Widzieli drogę dzięki światłu wpadającemu przez otwór latryny stojącej w kinowej ubikacji. Stawiali stopy na ułożonych przez dzieciaka kamieniach i ominąwszy stertę fekaliów bezpośrednio pod otworem, dotarli do wyjścia. Zanim jednak w pełni się podciągnęli, musieli położyć na podłodze kawałki tektury, na których mieli zaraz stanąć. Z trudem udało im się wydostać i w końcu znaleźli się wewnątrz ubikacji, a potem bezpiecznie przemknęli na salę. Przeprawiali się tak kilkukrotnie – czasem pobrudzili sobie ręce lub ubrania czyimś moczem, zdarzało się również ubabrać buty gównem. Wszystko przez dorosłych, którzy załatwiając swoje sprawy, nie byli wystarczająco uważni lub mieli problemy z trafieniem do celu, robiąc prosto na kamyki wyznaczające chłopcom trasę. Kiedy znajdowali po ciemku wolne miejsca na sali i siadali, inni widzowie zaczynali pociągać nosem i pytać szeptem, skąd ten smród. Jin-o był tak zażenowany, że nie mógł już dłużej tego znieść.
Dzieciak od golibrody mieszkał ze starszym bratem, który parał się tym zawodem. Ich rodzice wcześnie odeszli z tego świata, więc młody został przygarnięty przez krewnego, jednak nie dogadywał się z bratową. Nazywali go Małą Brzytwą, co automatycznie czyniło jego brata Dużą Brzytwą. W każdym razie chłopak uciekał z domu i doświadczał najróżniejszych sytuacji. Żył na złomowisku razem z bandą łobuzów zbierających rupiecie, nauczył się też łapać węże – od jednego ze starszych kolegów, który zajmował się tym zawodowo. Gady te były uważane za naturalne lekarstwo, więc podobno wystarczyło spożyć kilka połozów i krew zaczynała wrzeć w żyłach tak bardzo, że nawet w środku zimy człowiek ociekał potem. Jego kolega potrafił rozmawiać z wężami.
– Dokąd się wybierasz? Chodź no tu, dam ci coś pysznego – zagadywał do stworzeń, które wypełzały spomiędzy traw i wpatrywały się w niego, zanim je złapał. Zaraz potem bez chwili wahania chwytał je za ogon. Taki schwytany wąż wił się wówczas, zataczając koła górną częścią ciała. Wtedy chłopak mówił do niego:
– Próbujesz mnie ugryźć, co? Pewnie myślisz, że wezmę cię jednego, oddzielając od rodziców. No co mam poradzić? Tyle mam szczurów wokół, że już rady nie daję. Jak będziesz grzeczny, to dam ci ich nałapać do oporu. Ale jak się nie uspokoisz, to zaraz cisnę tobą o ziemię i tyle z ciebie zostanie.
Po tych słowach ostrożnie wkładał go do wora, zagadywał kolejnego gada i powtarzał czynność.
To wszystko było oczywiście wymyśloną bajeczką, ale Jin-o nieustannie prosił go, by opowiedział coś jeszcze. Mała Brzytwa trafił później do poprawczaka, gdzie nauczył się grać na trąbce. Gdy wyszedł, nieco już wyższy, wszędzie nosił ze sobą ustnik. Umieszczał go między wargami, składał obie dłonie i grał tak przeraźliwie smutną melodię, że aż odbierało mowę. Gdy dorośli pytali, kim chce zostać w przyszłości, odpowiadał, że żołnierzem lub policjantem, ale kiedy rówieśnicy zadawali to samo pytanie, wyznawał, że najbardziej marzy mu się kariera złodzieja. Jeśli ktoś dociekał, co nim kieruje, tłumaczył, że dzięki odpowiednim umiejętnościom mógłby przecież zdobyć wszystko, co by tylko chciał, i kupić za to makaron z pastą z czarnej fasoli, by nakarmić biednych. Plany te przerwała Małej Brzytwie bezsensowna śmierć. W pobliżu lokomotywowni znajdował się plac, na którym od zawsze stały zardzewiałe dźwigary. Którejś nocy chłopiec spadł, przeskakując pomiędzy elementami konstrukcji. Nikt nie widział tego na własne oczy, jednak można było sobie wyobrazić, jak traci równowagę i jego drobne ciało wpada między dźwigary, a potem obija się po drodze o kolejne stalowe szyny i roztrzaskuje na ziemi. Zwłoki odnaleziono dopiero po kilku dniach. Jakoś w tamtym okresie w okolicy występował cyrk. W mieścinie nie było innego miejsca na rozstawienie ogromnego namiotu niż plac przy torowisku. Dzieciaki mówiły, że Mała Brzytwa, który lubił takie atrakcje, najprawdopodobniej zakradał się tam każdego dnia, by oglądać widowisko. Czy nie próbował przypadkiem powtórzyć podejrzanych akrobacji? W końcu wypadałoby porządnie wyćwiczyć takie triki, skoro chciał zostać wprawionym włamywaczem. Wtedy dopiero dotarło do wszystkich, jak wielkie było marzenie tego chłopaka. Naprawdę sądził, że zdoła zdobyć wszystko, czego tylko zapragnie?
Teraz Jin-o szedł główną drogą ciągnącą się przez wioskę Saemmal. Wzdłuż niej stały przede wszystkim sklepy, co jakiś czas mijał też odchodzące od niej alejki. Okolica, w której mieszkał Jin-o, zaczynała się przy sporych rozmiarów dzwonkowcu rosnącym tuż przed rozwidleniem prowadzącym w trzech różnych kierunkach. Nauczyciele nazywali to drzewo platanem wschodnim, jednak dla dzieciaków był to po prostu dzwonkowiec. Staruszek prowadzący klinikę medycyny tradycyjnej wyjaśnił im kiedyś, że tak naprawdę to platan zachodni, i dodał, że Japońce zasadzili ich dziesiątki wtedy, gdy budowali tu kolej, jeszcze przed wielką powodzią5. Jin-o postanowił zapytać o to ojca, a ten oznajmił, że skoro wszyscy jego koledzy od dziecka mają to drzewo za dzwonkowiec, on też może je tak nazywać. Na rogu uliczki stał dom pogrzebowy, nazywany niegdyś „zakładem pochówkowym”. Dalej mijało się zakład fryzjerski prowadzony przez brata Małej Brzytwy, a po drugiej stronie skrzyżowania – na tyle szerokiego, że spokojnie przejechałoby tędy auto – znajdował się sklep z tofu. Zaraz obok działał rzeźnik, nieco za nim można było wstąpić do sklepu wielobranżowego, a kiedy przeszło się przy starym zakładzie, gdzie zajmowano się łuskaniem ryżu, w późniejszych latach przekształconym w tartak, dochodziło się do sklepiku z ryżem oraz alejki, wzdłuż której ciągnęły się niewielkie tradycyjne domki. Wśród nich można było ujrzeć ten, w którym na świat przyszedł Jin-o – jego rodzinny dom w Saemmal.
Bez wahania pchnął bramę prowadzącą na teren posesji. Tym razem otworzyła się bezdźwięcznie. Zazwyczaj rozlegało się przy tym nieprzyjemne skrzypienie, jakby zawiasy zupełnie ze sobą nie współpracowały. Tuż obok wejścia znajdował się wychodek, a przed nim – podłużne podwórze. Pierwotnie było ono co prawda kwadratowe, ale starszy dziadek Jin-o postawił tam warsztat o powierzchni jakichś trzynastu metrów kwadratowych. Robił tak przy każdej jednej przeprowadzce. Lee Baek-man, pradziadek chłopca, był przez niego nazywany „starszym” lub „dużym” dziadkiem – tak by odróżnić go od tego właściwego, Lee Il-cheola. Babcia, Shin Geum-i, nigdy nie odstąpiła nikomu głównej izby. Za okupacji japońskiej dom należał do siostry pradziadka. Był nieduży, ale główna belka i krokiew wciąż świetnie się trzymały. Dzięki Il-cheolowi, swojemu pierworodnemu, pradziadek mógł wcześniej mieszkać w lokalu pracowniczym przyznawanym przez kolej, jednak po kilku latach był tak przytłoczony życiem w tym miejscu, że podjął decyzję o przeprowadzce do wioski Saemmal. Trzymanie się z dala od rządowego osiedla i zadbanie o lokum na własną rękę okazało się najlepszym wyborem, zapewniło bowiem bezpieczeństwo pozostałym członkom rodziny, gdy dwoje krewnych pojechało na Północ.
Gdy tylko Jin-o znalazł się na podwórzu, babcia Geum-i, która myła właśnie warzywa pod bieżącą wodą na zewnątrz przy kuchni, uniosła głowę i radośnie go przywitała :
– O, proszę, mój mały! Musisz być wykończony po szkole, taki dziś gorąc!
Jin-o spojrzał w dół i dokładnie obejrzał samego siebie, ale nie był szczególnie zaskoczony, że znajduje się w ciele ucznia podstawówki. Kobieta wzięła od niego torbę, a następnie kazała się rozebrać i obmyć. Chłopiec zdjął koszulę oraz podkoszulek i położył je na ziemi, a babcia napełniła wiaderko z uchwytem lodowatą wodą, po czym bezlitośnie wylała mu ją na kark. Jin-o krzyknął z zaskoczenia i zadrżał, a potem wsunął obie dłonie pod pachy, ale ona zdzieliła go w plecy i kazała z powrotem się pochylić. Gdy był już umyty, postawiła na drewnianej tacy miskę ryżu, naczynie z zimną wodą, kimchi z młodej letniej rzodkwi oraz rozdrobnione kawałki ryby z gatunku kulbinowatych, a następnie zaniosła to wszystko na skraj otwartej izby wychodzącej na podwórze. W tamtych czasach w Morzu Żółtym łowiło się jeszcze mnóstwo tych ryb. Mieszkańcy okolic sąsiadujących z Seulem kupowali w zestawach po dwie – zwożono je z dzielnicy Juan w Incheonie. Następnie robiono z nich gulbi – każda rodzina zasypywała ryby solą, przekładała na tacki i odkładała wśród stojących na zewnątrz słojów do fermentacji albo związywała je ze sobą linką i wieszała na płocie, by wyschły w promieniach słońca. Wiosenne przygotowywanie tego przysmaku było tradycją, podobnie jak kiszenie kimchi wczesną zimą.
– Głodny jesteś, co? Siadaj no, wymieszaj ryż z wodą i wcinaj.
Babcia miała na sobie szerokie zwiewne spodnie w stylu japońskim oraz letnią bluzkę z ramii – bez wiązanej pośrodku wstążki, charakterystycznej dla tradycyjnej koreańskiej odzieży. Nie wiązała włosów, po prostu ścinała je krótko, a na jej czuprynie nie było nawet śladu siwizny. Pewnie właśnie dlatego w okolicy nazywano ją „nową kobietą”6 i przyrównywano do nauczycielki szkoły wieczorowej. Shin Geum-i pochodziła z Gimpo i jako jedna z niewielu wiejskich dziewcząt ukończyła szkołę podstawową. Podczas pracy w fabryce tekstyliów chodziła nawet zaocznie na zajęcia w gimnazjum. Przyszłego męża, Lee Il-cheola, poznała dzięki jego młodszemu bratu. Gdy pradziadek Baek-man wymyślał imiona dla synów, miał w głowie pociągi. Pierwszego z chłopców nazwał Han-soe, a drugiego – analogicznie – Du-soe. Podczas wpisywania ich do rodzinnego rejestru zachował znaczenie tych imion, ale zdecydował się na formy: Il-cheol oraz I-cheol7.
Kiedy Geum-i pracowała w fabryce, za namową pewnego misjonarza zaczęła z zainteresowaniem zaczytywać się w Biblii. Do gustu szczególnie przypadł jej Stary Testament budzący skojarzenia z dawnymi legendami. Dzięki temu stała się wprawioną czytelniczką. Już za młodu widywała duchy uczepione niektórych osób. W takich sytuacjach zdarzało jej się krzyczeć i próbować je odpędzać. Pewnego razu, gdy jej szwagier I-cheol był jeszcze kawalerem i złożył im wizytę, wymamrotała, że widzi za nim dwie kobiety, za co nasłuchała się później od męża. Według tego, co powiedziała Ji-sanowi, swojemu dziecku, po latach zyskała pewność, że tamte zjawy wyglądały – wypisz wymaluj – jak kobiety, które później pojawiły się w życiu mężczyzny. Wtedy jednak wydały jej się zwiastunkami nadciągającego nieszczęścia, dlatego gdy wymamrotała: „Zostawcie w spokoju mojego szwagra”, I-cheol poczuł się nieswojo i wyszedł, nim zdążył dokończyć posiłek. Z czasem okazało się, że to on sprawił tym kobietom znacznie więcej problemów. Shin Geum-i w którymś momencie przestała pojawiać się w kościele, jednak gdy spotykała kogoś po raz pierwszy i przelotnie na niego spojrzała, potrafiła zaskoczyć człowieka, wymieniając poprawnie fakty z jego przeszłości i mówiąc o tym, co dopiero go czeka, jakby wybierała szczypcami wydarzenia z ludzkiego życiorysu. Właśnie tak zyskała przydomek „czarodziejskiej Shin Geum-i”. Starszy dziadek Baek-man w ogóle nie wypowiadał się na temat poczynań synowej, ale gdy nadchodził nowy rok, dyskretnie podpytywał, czy rodzina może liczyć na spokój w nadchodzących miesiącach.
Kiedy Jin-o uniósł łyżkę, babcia nałożyła mu pałeczkami kawałek kimchi na rozwodniony ryż, a następnie przykryła całość kawałkiem ryby. W ten sposób chłopak opróżnił wszystkie naczynia, a potem położył się na podłodze między główną izbą a sypialnią i uciął sobie drzemkę.
Który to był rok? Babcia opowiadała mu tę historię tyle razy, że znał ją niemal na pamięć.
– Tego dnia coś mnie zaczęło rozkładać, nie czułam się najlepiej. Nie miałam nawet sił iść na targ i handlować ciuchami, z trudem tylko zrobiłam śniadanie dla pradziadka i poszłam przeleżeć pół dnia w pierzynie. Nagle zmorzył mnie sen, znalazłam się w dawnym mieszkaniu, co to nam kolej kiedyś przydzieliła. Twój dziadek był akurat w trasie z Mandżurii, w domu miał się zjawić dopiero następnego dnia o świcie, tyle że stanął w drzwiach wtedy, w biały dzień. Wiedziałam, że śnię, ale i tak się zmartwiłam, że może miał jakiś wypadek albo go zwolnili. On uśmiechnął się szeroko i powiedział, że jedynie przyprowadził z powrotem Ji-sana. Ucieszyłam się i spytałam, gdzie mój kochany syn, a on odparł, że wolałby mi go na razie nie pokazywać, bo nie wyszedł z tego w jednym kawałku. Dodał, żebym się nie zdziwiła, jak już go zobaczę, i że powinnam się cieszyć, bo przeżył. Po tych słowach zniknął. Zaraz się zbudziłam i chwiejnym krokiem poczłapałam na ganek. Ujrzałam czarny cień stojący w bramie, a potem usłyszałam jego głos. „Mamo, wróciłem”, powiedział. Jako piętnastolatek wyjechał szukać ojca, a potem kontakt nam się urwał. Nie wiesz nawet, jak potworna była ta wojna. Miałam wrażenie, że ciągnęło się to wszystko ze sto lat. Ale wrócił. Stał tam, ciemny i wychudzony, a poza tym… O losie! Nie miał jednej nogi. Taki był tego dnia gorąc, a on był ubrany w ten gruby mundur. Jedną nogawkę miał złożoną wpół i podwiązaną, pod pachami wspierały go kule. Zniknął z dnia na dzień jako gimnazjalista, a teraz zjawił się z powrotem, wyglądając jak mężczyzna w średnim wieku, z kikutem zamiast jednej kończyny. Wyobrażasz sobie, co czułam? Mimo to nie płakałam. Powiedziałam tylko cicho: „No tak, w końcu jesteś. Witaj w domu. Wiedziałam, że wrócisz. Ojciec powiedział, że cię do nas przyprowadził”.
Lee Ji-san miał wówczas dwadzieścia lat. Jin-o przyszedł na świat, gdy ojciec liczył dwadzieścia sześć, czyli dokładnie sześć lat później. Mężczyzna otrzymał dowód zwolnienia z aresztu i wsiadł w pociąg zmierzający do Busanu. Poinstruowano go, by wysiadł na stacji docelowej i zgłosił się najpierw do biura dzielnicowego w miejscu planowanego pobytu, a potem do urzędu dystryktu po dowód osobisty. Kiedy wysiadł na stacji Yeongdeungpo, jego oczom ukazały się ruiny dworca – po trafionym przez pociski budynku ostały się jedynie słupy, a tu i tam spomiędzy pęknięć w betonie wyrastały chwasty. Przy wyjściu z peronu ramię w ramię stali policjanci i żandarmeria wojskowa, bacznie przyglądając się wysiadającym pasażerom. Ji-san podszedł do jednego z mężczyzn, wręczył mu dokument i powiedział:
– Ja… Jestem jeńcem wojennym, wracam właśnie do domu.
Żołnierz dokładnie obejrzał podany mu kawałek papieru, po czym wymownie spojrzał na funkcjonariusza i machając trzymanym w dłoni dokumentem, ruszył przed siebie.
– Za mną.
Zaprowadził Ji-sana do namiotu wojskowego rozstawionego w rogu dziedzińca przed dworcem. W środku przesłuchiwano już kilka innych osób – zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Członek żandarmerii i jego towarzysz z policji zajęli miejsca. Ten pierwszy wskazał brodą krzesło po przeciwnej stronie biurka.
– Spocznij sobie. Zaciągnąłeś się na ochotnika?
– Nie. Byłem w wojsku maszynistą.
– Prowadziłeś pociągi?
Ji-san odpowiedział tak, jak miał w zwyczaju:
– Tak, zostałem do tego powołany.
– Gdzie cię pojmano?
– W okolicy Hwangganu.
– Hwanggan? A gdzie to?
– Kawałek przed Chupungnyeongiem.
Żandarm pokiwał głową, jakby teraz zrozumiał.
– Czyli dostarczałeś zaopatrzenie dla wojsk stacjonujących przy rzece Nakdong.
Odszukał nazwisko Ji-sana na liście jeńców, wręczył swojemu towarzyszowi dokument zaświadczający o zwolnieniu, a następnie przekazał chłopaka śledczemu w cywilu. Mężczyzna, który skończył już przesłuchiwać pozostałych, zmierzył Ji-sana surowym spojrzeniem od góry do dołu, po czym zapytał o miejsce zamieszkania. Ten podał mu adres domu w Saemmal, którego nigdy nie zapomniał. Funkcjonariusz wyjął z szuflady grubą teczkę dokumentów i przeglądając jej zawartość, kątem oka zerkał na Ji-sana. Stukając długopisem o blat, rzucił:
– Jesteś synem Lee Il-cheola. Ten parszywiec bawił się w jakieś działalności związkowe, a potem uciekł na Północ. Z tego, co widzę, nikt nie wie, co robiłeś przed wojną. Jesteś cholernym komuchem. – Pokręcił głową i ciągnął swój wywód, mrucząc niskim głosem: – Co się stanie z krajem, jak was wszystkich przyjmiemy i ułaskawimy? Jeszcze nie tak dawno zarobiłbyś kulkę w łeb zaraz po aresztowaniu.
– Takie rozporządzenie wydał prezydent – wtrącił żandarm.
– Co się stało z twoją nogą? – Śledczy spojrzał na złożoną nogawkę i lekko ją uniósł.
– Zostałem trafiony podczas nalotu. Doprowadzono mnie do porządku, a potem wysłano do obozu dla jeńców.
– Czyli uznali cię za antykomunistę, prawda? No nic, wracaj do domu i w ciągu trzech dni zgłoś się na najbliższą komendę.
Ji-san odwrócił się i już miał wyjść z namiotu, kiedy za jego plecami znów rozległy się słowa funkcjonariusza:
– Pamiętaj, żeby się zgłosić. Nie ma co ściągać na siebie problemów i kazać nam po siebie przychodzić.
Ji-san szedł główną ulicą w pobliżu stacji, która pozostała niezmieniona. Liście bożodrzewów się zazieleniły. Kostki brukowe w niektórych miejscach nieco się przekrzywiły lub zupełnie zapadły, jednak od sklepów i przechodniów emanowała energia jak jeszcze za czasów okupacji. Witryna sklepu ze słodkościami, przy której przystawał na dłuższy czas w drodze ze szkoły, wciąż wyglądała tak samo, ale wystawione za nią japońskie wagashi zostały zastąpione przez stosy ryżowych krakersów. Zatrzymał się przy skrzyżowaniu naprzeciw targowiska i rozejrzał w poszukiwaniu szyldów studia fotograficznego oraz gabinetu dentystycznego. W pobliżu kościoła metodystów ciągnęły się nieduże sklepiki, a niemal połowę chodnika zajmowały rozstawione stragany. Wszystkie gałęzie wierzby górującej nad schodami prowadzącymi do świątyni zostały ścięte. Ji-san dotarł do torów kolejowych i odbił w prawo, a potem znów skręcił – tym razem w lewo – kierując się do Saemmal. Wkrótce ujrzał swoją okolicę, była tuż na wyciągnięcie ręki. Minął dzwonkowiec, a gdy dotarł do starego zakładu łuskania ryżu, odkrył, że popadł on w ruinę. Na palach i długich żerdziach powbijanych tu i ówdzie wisiały pofarbowane mundury i stare, znoszone szmaty. Gdy wszedł w uliczkę, przy której stał sklep z ryżem, zobaczył nadchodzącą z naprzeciwka młodą kobietę niosącą na głowie bambusowy kosz pełen mokrych ubrań. Włosy owinęła chustką, ubrana była w bawełnianą bluzkę i spódnicę z fartuchem, a nabrzmiały brzuch zdradzał, że jest w ciąży. Zdali sobie wzajemnie sprawę ze swojej obecności, gdy dzieliło ich jakieś dziesięć kroków. W pewnym momencie Ji-san przystanął, wspierając się na kulach, i czekał, aż kobieta go minie. Dopiero kiedy znalazła się bliżej, uświadomił sobie, kim jest. Ona również rzuciła mu ukradkowe spojrzenie, przechodząc obok. Zrobiła jeszcze trzy, może cztery kroki i zaraz się zatrzymała. Oboje niemal jednocześnie obejrzeli się za siebie.
– Czy to ty… Bong-nye? – spytał drżącym głosem.
– O matko!
Zachwiała się, a kosz na jej głowie się przechylił, przez co jego zawartość wypadła na ziemię. Omal się nie przewróciła, ale Ji-san chwycił kule i rzucił się jej na pomoc. Kobieta szybko odzyskała równowagę i zebrała rozrzucone ubrania. Żadne z tych dwojga nie było w stanie się odezwać. Wsparty na kulach mężczyzna spuścił głowę i przez chwilę na nią patrzył, po czym znów się odwrócił.
Właśnie tak rodzice Jin-o, którzy chodzili razem do podstawówki, spotkali się ponownie. Jej mąż – młodszy brat pochodzącego z prowincji Hwanghae komisarza Parka, który brał czynny udział w tłumieniu działalności komunistycznych bojówek – przybył do Yeongdeungpo podobnie jak inni uchodźcy z Północy. Zajmował się naprawą i farbowaniem używanej odzieży pozyskiwanej z amerykańskich baz wojskowych oraz katolickich organizacji humanitarnych, a następnie sprzedawał ją na targowisku, zarabiając na tym krocie. W czasach, gdy poza bawełną nie było właściwie porządnych materiałów, mundury i inne ubrania z odzysku uważano za niezwykle cenne artykuły.
Ji-san wrócił bezpiecznie do domu, zameldował się na komisariacie, a kilka dni później zebrał się na spokojną rozmowę z matką.
– Gdy przyjechałem z powrotem, wpadłem na Bong-nye…
Geum-i prasowała właśnie bluzkę pradziadka napełnionym rozgrzanym węglem żelazkiem.– No tak, pewnie zaraz będzie rodzić – odparła, skupiona na wykonywanej czynności. Zaraz jednak spojrzała na syna i od niechcenia dodała: – Dobrze wyszła za mąż. Jest od niej co prawda trochę starszy, ale ma szczęście, że w tych trudnych czasach nie musi się martwić, co do garnka włożyć.
Zaczęła chwalić Bong-nye za jej charakter i chęć do życia. Wspomniała, że dziewczyna sama sporo zyskuje na pomocy Parkowi, który handluje odzieżą. Zdaniem Geum-i była jeszcze młoda, a już taka zaradna. I cieszyła się poważaniem.
– Że też tak się złożyło. Byliście dwoje chyba całkiem blisko, co?
Po tych słowach temat się urwał. Żadne z nich nie miało nic więcej do powiedzenia.
Jin-o leżał na podłodze i nasłuchiwał babcinej krzątaniny. Miał wrażenie, że staruszka opowiada mu szeptem dawne historie ich rodziny. Dzieckiem, które nosiła wtedy w brzuchu jego matka, była Jeong-ja – starsza siostra Jin-o urodzona sześć lat przed nim. W rejestrze rodzinnym wpisanych było dwoje dzieci – Lee Jin-o i Park Jeong-ja. Jej ojciec był jakieś piętnaście lat starszy od żony i cierpiał na przewlekłą chorobę. Po ciężkiej walce zmarł w szpitalu dla gruźlików trzy lata po narodzinach córki. Zakład przejął najmłodszy z jego braci, a Yun Bong-nye otworzyła na targu stragan z odzieżą – tuż obok lokalu prowadzonego przez Geum-i. Później podążyła za pisanym jej losem i została żoną Lee Ji-sana.
2 Stowarzyszenie na rzecz Rannych Weteranów Republiki Korei (Daehan sangiguninhoe)– instytucja powołana do życia wmaju 1951roku wBusanie, podczas trwania wojny koreańskiej. Jej głównymi celami były pomoc żołnierzom wpowrocie do zdrowia iodzyskaniu samodzielności oraz wsparcie rodzin żołnierzy, którzy ponieśli śmierć na froncie, atakże działania służące rozwojowi państwa i szerzeniu pokoju na świecie.
3Ddakji– kwadraciki formowane ze zwiniętego papieru używane do różnych zabaw, polegających na rzucaniu nimi według określonych zadań.
4 Tzw. yangki sijang– powstałe zaraz po wojnie koreańskiej targowiska, gdzie handlowano różnymi produktami zwożonymi do kraju przez stacjonujące wnim wojska amerykańskie. Niektóre funkcjonują do dziś imożna na nich kupić akcesoria oraz odzież wojskową, atakże zagraniczną żywność czy kosmetyki.
5 Chodzi owydarzenia zlipca 1925roku. Obfite opady podczas pory deszczowej przyczyniły się do wylania wielu koreańskich rzek, wtym rzeki Han. Śmierć poniosło wówczas 647 osób, azniszczeniu lub uszkodzeniu uległy ponad 23 tysiące domostw.
6 Nowe kobiety– termin, który powstał wAzji Wschodniej na początku XX wieku, używany wstosunku do kobiet kształcących się wnowoczesnych instytucjach, takich jak szkoły żeńskie.
7Soe (kor.)– „stal” lub „żelazo”; han idu (kor.)kolejno: „jeden” i„dwa”. Wszystkie morfemy to wyrazy czysto koreańskie, podane zaś później warianty to synonimy zapożyczone zjęzyka chińskiego. Powszechnie uważano je za bardziej dostojne wprzeciwieństwie do wyrazów rodzimych, które uwielu budziły skojarzenia zbiedą ibrakiem odpowiedniego wykształcenia.
Redaktorka inicjująca
Barbara Cichy
Redaktorka prowadząca
Agnieszka Stęplewska
Korekta
Klaudia Król-Kiełbowicz
Magdalena Czarnecka
Skład iłamanie
Hanna Wiechecka
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków tel. 12 663 23 80
Od autora
1
Cover
