Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bywa, że zło ma w sobie coś magnetycznego, ale nigdy nie zapraszaj go do domu…
Tatuaż w kształcie ćmy na dekolcie, dżinsowe szorty odsłaniające zgrabne, opalone nogi i mocny makijaż podkreślający zjawiskową urodę – Laura ma siedemnaście lat i wygląd niegrzecznej, zbuntowanej dziewczyny. Nastolatka wydaje się jednak sympatyczna i niegroźna – świetnie potrafi grać kogoś, kim nigdy nie była, zwłaszcza kiedy chce osiągnąć własne cele.
Monika, zmęczona nadmiarem obowiązków młoda matka, poznaje Laurę na letnim festynie i pod wypływem chwili zaprasza ją do swojego życia, nie mając pojęcia, jak tragiczna w skutkach okaże się ich bliższa znajomość – zajęta domem i dzieckiem długo pozostaje ślepa na to, co się wokół niej dzieje. Odkrywa szokującą prawdę o Laurze dopiero, kiedy pewne granice zostają nieodwracalnie przekroczone.
Ale wtedy jest już za późno…
Bo Laura jest zła. Nie zagubiona, po prostu zła.
I to zło właśnie puka do drzwi domu, w którym mieszka Monika.
Dziewczyna z ćmą zawsze pozostawia po sobie zgliszcza. Nigdy nie zapraszaj jej pod swój dach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 239
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Sonia Rosa, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Elementy okładki powstały z użyciem AI
Redakcja: Kamila Recław
Korekta: Dorota Filip
Skład i łamanie: Andrzej Owsiany
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-862-8
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Czy wiesz, mała ćmo, że to, co przed sobą widzisz, to jest płomień?
Andrzej Sapkowski, Pani Jeziora
MONIKA
Jeśli można powiedzieć, że ktoś wygląda jak chodzące kłopoty, to właśnie ona. Nie musi nawet nic mówić – wystarczy na nią spojrzeć, żeby wiedzieć, że ładowanie się w tarapaty to jej życiowa specjalność.
Mijając ją, zerkam na tekturową tabliczkę opartą o niewielką drewnianą skrzynkę.
„Hej, jestem Laura. Kup coś, plisss, zbieram na nowy rower” – czytam.
Dziewczyna stoi obok turystycznego stolika, na którym porozkładała ręcznie wykonaną, etniczną biżuterię, i lekko się uśmiecha.
Najpierw odnotowuję burzę jej długich, ufarbowanych na kruczą czerń włosów, w które wpięła różowe pasemko. Sekundę później dostrzegam olbrzymią kolorową ćmę wytatuowaną na jej odważnie wyeksponowanym dekolcie. Tatuaż jest piękny, hipnotyzujący, nie sposób oderwać od niego wzroku.
Przystaję obok jej prowizorycznego straganu i sięgam po wisiorek z koralików z zawieszką w kształcie półksiężyca.
Na ręku trzymam półtorarocznego Nikodema, który zrobił się marudny i senny od upału. Jest początek sierpnia, jeden z najgorętszych dni tego roku. Urządzony nad jeziorem festyn jak zawsze przyciągnął tłumy. Ignacy, mój mąż, został w domu, bo chciał popracować nad doktoratem, ale ja nie mogłam sobie odmówić wizyty po drugiej stronie jeziora. W powietrzu unosi się woń dymu z grilla, mieszanka mocnych perfum, tytoniu i męskiego potu. Na jednym ze stoisk ktoś ustawił sprzęt grający i już wiem, że do końca dnia będę pewnie nucić: „Jesteś szalona”.
Nikodem wierci się w moich ramionach, z każdą chwilą wydaje mi się coraz cięższy. Gorąco sprawia, że czuję się odwodniona i słaba, pomiędzy moimi piersiami płynie strużka potu.
Mimo skrajnego zmęczenia i chęci powrotu do domu, gdzie czeka na mnie dzbanek lemoniady, uśmiecham się do dziewczyny z tatuażem, odkładam naszyjnik z księżycową zawieszką i sięgam po inny, z koniczynką.
– A może ten? – Laura pokazuje mi wisiorek w kształcie ćmy.
Jest srebrny, więc z pewnością nie wykonała go sama, jak rzeczy z koralików. Kupiła w sieci? Ukradła?
Zastanawiam się, ile ta dziewczyna może mieć lat. Szesnaście? Siedemnaście? A może tylko tak młodziutko wygląda?
– Lubię ćmy – dodaje, a ja nie mogę się nie uśmiechnąć.
– Widzę – mówię, wpatrując się w jej wytatuowany dekolt.
– I pewnie właśnie się zastanawiasz, jakim cudem nieletnia walnęła sobie taką dziarę? – Puszcza do mnie oczko.
Podoba mi się, że zwraca się do mnie na ty.
Mam trzydzieści cztery lata, ale przy niej czuję się młoda i beztroska, prawie jak nastolatka. Ma niski głos, poważny, lekko zachrypnięty. Dodaje jej lat, choć ona sama wygląda świeżo i pięknie – pełne usta, jasna karnacja, duże, zielone oczy i kształtny nos. Ma w sobie coś magnetycznego, ale wydaje się tego nie wiedzieć, co sprawia, że jest jeszcze bardziej pociągająca. Chce uchodzić za pewną siebie i wyszczekaną, ale dostrzegam w niej jakąś kiepsko skrywaną nieśmiałość. A może tak tylko mi się wydaje?
– Więc jakim cudem nieletnia walnęła sobie taką dziarę? – pytam, podejrzewając, że dziewczyna koniecznie chce mi o tym opowiedzieć. – To musiało kosztować sporo kasy i wymagać zgody twoich rodziców.
– Jednego. Mój stary szybko się zgodził w zamian za obietnicę ogarniania chaty i jego brudnych betów. Konkubina mu nie pierze, mówi, że ją to przerasta. – Laura pogardliwie wydyma usta. – A kasę sama zarobiłam – dodaje z dumą w głosie.
– Wezmę ten – mówię, decydując się na naszyjnik z kolorowych koralików z zawieszką w kształcie serca.
Podobny dostałam od Ignacego, cztery lata temu, na naszej trzeciej randce.
Uśmiecham się na wspomnienie tamtej złotej jesieni i proszę dziewczynę, żeby na moment potrzymała mojego synka.
– Słodziak – mówi chwilę po tym, jak bierze sennego Nikodema na ręce.
Wyjmuję z plecaka portmonetkę, a z niej nowiutką pięćdziesiątkę.
– Dzięki, reszty nie trzeba. – Uśmiecham się, zapinam plecak i sięgam po dziecko.
– Jak to jest? – pyta Laura.
– Co takiego?
– Być matką – precyzuje.
Uchylam usta, mocno zaskoczona jej pytaniem. Jest dość intymne, powiedziałabym nawet, że lekko niestosowne. Kompletnie nie znam tej dziewczyny, a jednak ona chce wiedzieć, jak to jest mieć dziecko.
– Chyba nie jesteś w ciąży? – Tym razem to ja puszczam do niej oczko, a ona lekko się krzywi.
– Niby z kim? – parska.
– To skomplikowane… – zaczynam, zastanawiając się, jak stosownie dobrać słowa.
Jest młodziutka, nie zamierzam więc w żaden sposób jej zniechęcać. Nie chcę jednak również nakreślać jej tęczowej wizji macierzyństwa, które wcale nie jest bajkowe.
– Miłość do synka to najsilniejsze uczucie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. Zanim Niko się urodził, całym moim światem był mąż, ale teraz… Dziecko zmienia wszystko. Nie żyjesz już tylko dla siebie i chociaż wiem, że może to brzmieć przerażająco, jest w tym jakaś pierwotna satysfakcja, która rekompensuje ci nieprzespane noce, wrzaski, kolki i całą resztę. Dziecko sprawia, że czujesz głęboki sens istnienia, jakby twoje narodziny służyły czemuś wyższemu niż jałowa i egoistyczna codzienna egzystencja. Nie zrozum mnie źle, nie uważam, że każda kobieta powinna mieć dzieci. Możesz wybrać inaczej, to twoje życie i twoja sprawa. Ale kiedy już powołasz na świat dziecko, czujesz się kimś w rodzaju bogini płodności, absolutnie potężnej, nieprzezwyciężonej istoty, która posiada supermoce. Stworzyłaś nowe życie, to w twoim gościnnym wnętrzu uformowało się czyjeś ciało. Czy może być coś bardziej fascynującego?
– Ale mąż chyba trochę ci w tej kreacji pomógł? – śmieje się Laura.
– Tiaa, bardzo się napracował, zwłaszcza przy porodzie – mruczę, a młoda straganiarka chichocze. – Muszę lecieć. To czas na drzemkę Niko – dodaję.
– Mieszkasz po drugiej stronie jeziora? – pyta nastolatka, zanim odchodzę. – Szukam pracy. Mogę prasować, myć okna, robić pranie, pomagać ci w kuchni, cokolwiek. Może nie wyglądam, ale jestem naprawdę niezła w ogarnianiu domu. Moja mama zmarła, kiedy miałam osiem lat, a ojciec… Powiedzmy, że odkąd pamiętam, wiele rzeczy robiłam za niego. Zbieram na damkę w pistacjowym kolorze, z wiklinowym koszykiem na kierownicy… – Uśmiecha się szeroko, rozanielona, jakby w wyobraźni właśnie zobaczyła siebie na wymarzonym rowerze.
– Ile masz lat? – pytam. – Nie wiem, czy mogę zatrudnić nieletnią.
– Niedawno skończyłam siedemnaście, ale daj spokój, chyba się tym nie przejmujesz? Dasz mi kasę do ręki, nikt nie musi o niczym wiedzieć. Potrzebuję każdej złotówki. Poważnie. – Laura patrzy mi prosto w oczy, w jej wzroku jest tyle nadziei, że to aż poruszające.
Czuję, że jest naprawdę zdesperowana.
– Dobrze prasujesz? – pytam więc, a ona szeroko się uśmiecha.
– A czy Bill Clinton lubi cygara? – rzuca.
Parskam śmiechem, bo akurat całkiem niedawno obejrzałam w sieci dokument o aferze Clinton – Lewinsky.
Przez chwilę przyglądam się dziewczynie, usiłując ocenić to, co widzę. Na pierwszy rzut oka Laura sprawia wrażenie zbuntowanej, bezczelnej i nieco szalonej, ale intuicja podszeptuje mi, że to tylko maska. Olbrzymi tatuaż – błękitno-czarna ćma zdobiąca cały jej dekolt, kruczoczarne włosy mocno natapirowane w stylu niezapomnianej Amy Winehouse, wydęte pogardliwie usta – to wszystko poza. Podejrzewam, że nie miała łatwego dzieciństwa i robi mi się jej żal. Co mi szkodzi dać jej dorobić? Sama też na tym zyskam – mam na głowie dom, małe dziecko, męża, a bywa, że i nastoletniego pasierba. Nic się nie stanie, jeśli oddam w jej ręce żelazko, mówię sobie.
– W porządku, zapisz sobie mój numer. Zawsze mam całe góry prasowania i dobrze będzie mieć pomoc – decyduję.
Chwilę później podaję Laurze namiary na siebie.
– Dzięki! Nawet nie wiesz, jak się cieszę! – Dziewczyna dosłownie promienieje i mimo mojego sprzeciwu wciska mi do ręki bransoletkę z kolorowych koralików, mrucząc, że to gratis. – Na koszt firmy. – Znów porozumiewawczo do mnie mruga.
Żegnamy się chwilę później i z przysypiającym Nikodemem w ramionach ruszam w stronę zaparkowanego nieopodal samochodu, modląc się w duchu, żeby mój terenowy Nissan nadal stał w cieniu.
Nie mam jeszcze pojęcia, że intuicja, którą zawsze się kierowałam, tym razem mocno mnie zawiedzie i właśnie podjęłam najgorszą decyzję mojego życia…
IGNACY
– Pieprzony upał – mamroczę pod nosem, idąc w stronę domu.
Przed chwilą odwiozłem starszego syna na dworzec w Giżycku i marzę tylko o chłodnym prysznicu i jeszcze chłodniejszym piwie.
Na myśl o Kubie uśmiecham się pod nosem. Miesiąc temu skończył piętnaście lat i robi się coraz inteligentniejszy. Nie będę kłamał – byłem fatalnym ojcem. Agnieszka, jego matka, a moja była – dziewczyna z sąsiedztwa, której przed laty zrobiłem brzuch, nigdy nie traci okazji, żeby mi to wypomnieć. Miałem dwadzieścia dwa lata, kiedy Jakub się urodził, ale czy to mnie usprawiedliwia? Ona była niecałe półtora roku starsza, a musiała sobie poradzić z ciążą, porodem i praktycznie samotnym wychowywaniem dziecka, które ja widywałem co kilka tygodni. Studiowałem wtedy w stolicy, a rodzinny Radom odwiedzałem tak rzadko, jak tylko się dało. Nie uległem też naciskom obu naszych rodzin, które jednogłośnie nalegały na ślub. Nie kochałem Agnieszki i nie widziałem sensu ciągnięcia jej przed ołtarz tylko dlatego, że zaliczyliśmy wpadkę. Dziś oboje wiemy, że oszczędziło nam to bolesnego rozwodu, ale wtedy jej rodzice nie mieli o mnie dobrego zdania, a moi długo nie potrafili mi wybaczyć, że nie poślubiłem matki swojego syna. Nigdy nikomu nie powiedziałem, że wcale go nie chciałem. Gdyby to ode mnie zależało, sugerowałbym usunięcie ciąży, ale Agnieszka – mocno wierząca i mimo wszystko pragnąca urodzić nigdy by się na to nie zgodziła. Zostaliśmy więc rodzicami, którzy przez ostatnie lata starali się bezpiecznie prowadzić przez życie wspólne dziecko, a przy okazji wzajemnie się nie pozabijać. Namiętność, która łączyła nas w studenckich latach, szybko dogasła przywalona ciężarem pretensji, oskarżeń i fochów. Dla mojej byłej to ja byłem tym złym, ona dla mnie z kolei kobietą, która pod wieloma względami zmarnowała mi życie.
Dopiero z czasem zacząłem doceniać wszystko to, co Agnieszka zrobiła. W miarę upływu lat, obserwując dorastającego Kubę, zdałem sobie sprawę, że coraz mocniej kocham syna, którego kiedyś nawet nie chciałem. Miłość przyszła powoli, ale rozrastała się w moim sercu konsekwentnie. Zajmowała coraz więcej miejsca, aż wybuchła tak mocno, że już nie dało się jej pomylić z niczym innym. Kochałem syna i coraz mocniej starałem się być dobrym ojcem, by zrekompensować Jakubowi pierwsze lata jego życia, kiedy widywał mnie sporadycznie. Jasne, dzwoniliśmy do siebie, zabierałem go na święta, kupowałem mu prezenty i woziłem do pobliskiego wesołego miasteczka, ale poświęcałem mu zbyt mało czasu i obaj świetnie o tym wiedzieliśmy.
Syn dorastał w Radomiu, gdzie do dziś mieszka ze swoją matką. Ja kilka lat po zakończeniu studiów przeniosłem się na Mazury, gdzie spotkałem Monikę, z którą się ożeniłem. Tu jest mój dom, wszystko co dla mnie ważne. Tu urodził się mój drugi syn Nikodem, tutaj jesteśmy szczęśliwi.
Przynajmniej na tyle, na ile może być szczęśliwy żonaty facet – uśmiecham się krzywo i pogwizdując, wchodzę na werandę.
I to tu, coraz częściej, odwiedza nas Kuba. Dobrze się czuje w tym domu i złapał całkiem niezły kontakt z Moniką, za co szczególnie jestem wdzięczny losowi. Moja żona też go lubi, może nawet kocha, co sprawia, że atmosfera podczas jego wizyt jest całkiem sympatyczna.
Otwieram frontowe drzwi i wchodzę do środka. Otynkowana na biało willa ma kilkadziesiąt lat. Włożyliśmy mnóstwo kasy w jej gruntowne odnowienie i trzeba przyznać, że wyszło nam nieźle – mamy do dyspozycji cztery duże pokoje, przestronną kuchnię połączoną z jadalnią, spiżarnię i dwie łazienki. Są też zacieniona weranda, olbrzymi ogród i pobliskie jezioro, nad którym uwielbiamy spędzać czas.
W kuchni wyjmuję z lodówki piwo i rozbieram się do samych gatek, a później siadam na krześle i gapię na rozpoczęty rozdział mojej pracy doktorskiej. Socjologia fascynowała mnie, odkąd pamiętam, ale z czasem zaczęła mnie nudzić. Dziś, w wieku trzydziestu siedmiu lat, mam wrażenie, że o ludziach i mechanizmach ich postępowania nauczyłem się już wszystkiego. A kiedy wie się wszystko, traci się zainteresowanie – dotyczy to nauki, kobiet i całej reszty świata.
Ziewam i po chwili namysłu wyłączam laptop. Niczego już dziś nie napiszę, mówię sobie, zanim pociągam kolejny łyk piwa.
Monika wraca kilka minut później.
Wygląda na wykończoną, jest spocona i czerwona na twarzy, włosy lepią się jej do czoła.
– Ile jest stopni? Myślałam, że się roztopię – szepcze, podając mi syna. – Popilnuj go, ja muszę wziąć prysznic.
– Miałem taki sam zamiar. Poczekasz na mnie? – pytam, a żona kokieteryjnie się uśmiecha.
– Tylko się pospiesz – mruczy, zanim sięga po dzbanek z lemoniadą, nalewa sobie porcję i duszkiem wypija zawartość wąskiej wysokiej szklanki z rżniętego szkła.
Przechodzę do naszej sypialni i kładę syna w jego łóżeczku. Młody nadal śpi z nami, chociaż wolałbym, żeby sypiał już osobno. Jednak żona bardzo się przy tym upiera, a ja nie zamierzam się z nią wykłócać.
– Happy wife, happy life – mruczę pod nosem, wychodząc z pokoju.
Kiedy pojawiam się w łazience, Monika – naga i namydlona stoi w strugach wody lejącej się z deszczownicy.
Ściągam gatki i nagi wchodzę do przeszkolonej kabiny.
– Nie poczekałaś na mnie – mruczę, wtulając się w jej plecy.
Moje ręce błądzą po jej piersiach, całuję ją w szyję, przygryzam płatek ucha. Kochamy się wolno, starając się cieszyć każdą minutą tego letniego popołudnia, w końcu wychodzimy z zaparowanej kabiny i podaję żonie jej ulubiony biały szlafrok z naszytymi na kieszenie czerwonymi sercami z weluru.
– Pożegnałeś ode mnie Kubę? – pyta Monika, osuszając włosy ręcznikiem.
Są długie i jasne, w kolorze pszenicy i to właśnie w nich zakochałem się najpierw. Tamtego jesiennego wieczoru Monika usiadła przede mną w kinie, a one jasną kaskadą spływały po oparciu fotela. Nie mogłem się skupić na filmie, przez cały czas pragnąłem ich dotknąć. A później, już po seansie, kiedy na sali zapalono światła, podałem jej apaszkę, która zsunęła się na podłogę z oparcia jej fotela i tak to wszystko się między nami zaczęło.
– Przecież żegnaliście się przy śniadaniu – przypominam jej.
– To nie to samo. Miałam wyrzuty, że wybrałam się na festyn, zamiast jechać z wami na dworzec, ale ciągnięcie Niko do Giżycka w ten upał…
– Daj spokój, Kuba nie miał nic przeciwko temu, żebyś pojechała nad jezioro oglądać koraliki – wchodzę jej w słowo. – Kupiłaś coś?
– Drobiazgi. Ale załatwiłam sobie pomoc przy prasowaniu – mówi Monika, zanim wmasowuje we włosy intensywnie pachnący nabłyszczający olejek.
Posyłam jej pytające spojrzenie.
– Młoda dziewczyna, mieszka po drugiej stronie jeziora – wyjaśnia. – Twierdzi, że świetnie prasuje, a wiesz, jak tego nie znoszę…
– Nie stać nas…
– Daj spokój, Ignacy! Ile ona z nas zedrze? Ma siedemnaście lat i zbiera na wymarzony rower – parska moja żona.
– Nie lubię, kiedy ktoś obcy pałęta się po domu – protestuję, ale wygląda na to, że Monika już podjęła decyzję.
– Nie mogę robić wszystkiego sama, Ignac. Mam dość. Poważnie. Ty masz przynajmniej odskocznię w postaci pracy na uczelni, a ja? Utknęłam w domu z półtorarocznym dzieckiem i zaczynam przypominać żonę ze Stepford.
– To tylko przejściowy etap, rozmawialiśmy o tym wielokrotnie. Jest ci ciężko, rozumiem. Jak każda kobieta zderzyłaś się z mitycznym obrazem matki, który czasem cię przerasta. Masz swoje lęki, obawy, fobie, targają tobą wewnętrzne konflikty. Ale w końcu odbębnisz swoje i…
– Odbębnię swoje?! Tak właśnie określasz wychowywanie naszego syna?! – Monika podnosi głos. – I nie baw się, proszę, w pieprzonego socjologa, bo nie jestem twoją studentką!
– Nie chcę się z tobą kłócić – mówię, by załagodzić sytuację.
– To nie pierdol mi o mitycznych obrazach, z którymi się zderzam! Prawda jest taka, że jesteś egoistą, który udaje, że nie widzi mojego zmęczenia, łez, braku snu i totalnej pustki, jaka mnie otacza! Podczas gdy ty jeździsz sobie na wykłady, uczysz, piszesz książki i realizujesz się zawodowo, ja zawiesiłam karierę, żeby tkwić na tym zadupiu i robić tysiące bezsensowych rzeczy! Wszystko sama, tymi rękoma! – Żona unosi dłonie i przybliża je do mojej twarzy.
– Jesteś dorosłą, w pełni ukształtowaną emocjonalnie kobietą. Nie miałaś świadomości tego, jak trudne będą pierwsze lata macierzyństwa? – pytam cicho, a ona gniewnie parska.
– Jakim ty czasem jesteś nadętym bucem – syczy.
Przyciągam ją do siebie, chcąc ją pocałować, a ona daje mi w twarz.
– Spierdalaj, Ignacy! – rzuca przez zęby. – Poważnie, spierdalaj!
Kiedy wybiega z łazienki, przecieram dłonią zaparowane lustro, z którego spogląda na mnie szczupły, ciemnooki szatyn.
Czy bywam egoistą? Pewnie tak, ale czy naprawdę jestem większym dupkiem od milionów innych facetów? Przeciętny polski ojciec spędza z dzieckiem około pół godziny dziennie, przynajmniej jeśli mówimy o bezpośredniej, intensywnej interakcji. Ja staram się spędzać z Nikodemem znacznie więcej czasu, zwłaszcza teraz, kiedy – jako wykładowca akademicki mam długie wakacje, ale Monice wciąż jest za mało. Czasem mam wrażenie, że ona mnie nienawidzi. Kocha naszego syna, a jednak czuję się tak, jakby miała do mnie żal o to, że zrobiłem jej dziecko. Dziecko, którego sama przecież pragnęła. Ona, nie ja. W temacie prokreacji ja mógłbym spokojnie poprzestać na Kubie.
MONIKA
Po kłótni z Ignacym nakładam sobie całą miskę lodów waniliowych i wciąż ubrana w wilgotny szlafrok siadam na werandzie. Kocham naszego synka, jest całym moim światem, ale czasem, myśląc o tym, jak nierówno dzielimy z mężem obowiązki opieki nad nim, robi mi się przykro. Ignacy był fatalnym ojcem dla Kuby, co zresztą sam przyznał, któregoś wietrznego wieczoru, po dwóch wypitych na pusty żołądek piwach. Przy Nikosiu stara się nieco bardziej, a jednak to ciągle ja czuję na swoich barkach ciężar opieki nad dzieckiem.
Lody błyskawicznie roztapiają się w upale, staram się więc jeść szybciej, połykając przy tym łzy. To tylko zmęczenie, nic wielkiego, mówię sobie, nabierając na łyżkę kolejną porcję. W ciąży przytyłam osiemnaście kilo i chociaż mąż twierdzi, że lubi moją znacznie pulchniejszą wersję, ja sama fatalnie się czuję w takim ciele i dobrze wiem, że nie powinnam zapychać się słodyczami. Odkładam miskę na duży drewniany stół, który tej wiosny postawiliśmy na werandzie, i przymykam oczy. Rozpuszczone włosy dosychają w słońcu, przy mojej twarzy kręci się pszczoła. Siedzę nieruchomo, całą sobą chłonąc zapachy i odgłosy letniego popołudnia.
Nagle zaczynam myśleć o Laurze. Żałuję tego, że tak pochopnie dałam jej swój numer. Nie powinnam zapraszać do nas dziewczyny, która wygląda jak młodsza kopia Angeliny Jolie, do cholery! Kiedy rozmawiałyśmy na festynie, poczułam do niej sympatię. Jednak teraz myślę wyłącznie o jej dużych piersiach, przyciągającym wzrok tatuażu, gęstych długich włosach w odcieniu kruczej czerni i zmysłowych pełnych ustach. Jest piękna i taka młodziutka. A mój mąż to rasowy pies na baby…
Myślę o tej bezczelnej kurewce, z którą Ignacy mnie zdradził, i zagryzam wargę tak boleśnie, że czuję w ustach posmak krwi. Miała na imię Ewelina i była jego studentką. Przespał się z nią niecałe dwa lata po naszym ślubie, a kiedy wszystko się wysypało, powiedział tylko, że to nie miało żadnego znaczenia, i zapytał, czy jestem w stanie mu wybaczyć, czy może chcę porozmawiać o rozwodzie. Siedziałam wtedy na stosie desek za remontowanym przez nas domem, dobrze wiedząc, że zainwestowałam w ten związek zbyt wiele czasu, oszczędności i emocji, żeby tak po prostu wszystko sobie odpuścić. Podeszłam do tego ambicjonalnie, wybrałam własne dobro, status żony i bezpieczną przyszłość. „Chcę mieć z tobą dziecko” – powiedziałam. Mąż się wtedy zaśmiał, a ja, widząc jego rozbawienie, poczułam się tak, jakby dał mi w twarz. „Dobrze wiesz, że nie chcę mieć więcej dzieci. Z trudem przebrnąłem przez dzieciństwo Jakuba, mam dość” – odwarknął. Ale ja nalegałam. „Jeśli to małżeństwo ma przetrwać, chcę mieć dziecko” – powtarzałam tak długo, aż mąż ustąpił.
I oto jesteśmy – ja wykończona, pulchna i ciągle popłakująca po kątach i on – uciekający w pracę naukową, odcinający się od emocji, obcy. Wciąż się kochamy, nie mam co do tego cienia wątpliwości. A jednak dziecko, które miało scementować nasz pogrążony w kryzysie związek, stało się wyłącznie kolejnym powodem do kłótni. Jestem ciągle zmęczona i niewyspana, co sprawia, że często wybucham. Ignacy nie lubi histerii, drażnią go urządzane przeze mnie dramy, co powoduje, że jeszcze bardziej się na niego wściekam.
Czasem, kiedy widzę, jak pogwizdując, wyraźnie z siebie zadowolony, mąż kręci się po kuchni, mam ochotę rzucić się na niego z pięściami. W jego indywidualnym uniwersum pojawienie się na świecie Nikodema nie zmieniło kompletnie nic. To nie on się roztył, nie on musiał zrezygnować z pracy, nie on przez ponad rok karmił piersią. Wszystko spadło na mnie. Najśmieszniejsze jest to, że sama tego chciałam. „Sama tego chciałaś!” – wykrzyczał mi mąż prosto w twarz w trakcie jednej z naszych gwałtownych awantur. Cóż, ciężko byłoby zaprzeczyć…
Otwieram oczy, ruchem dłoni odganiam kręcącą się przy miseczce z niedojedzonymi lodami osę i spoglądam w stronę jeziora.
Kocham to miejsce i jednocześnie go nienawidzę. Stało się moją oazą spokoju i więzieniem, rajem na ziemi i piekłem. Czuję się odcięta od świata i samotna, choć jednocześnie doskonale zdaję sobie sprawę, w jak pięknym zakątku będzie dorastać nasz syn. We współczesnym świecie nękanym przez konflikty zbrojne, brutalnym i przeludnionym, nam dane było osiąść w urokliwym siedlisku przy samej wodzie. To duży plus, czemu więc nie potrafię być tak do końca szczęśliwa?
Wzdycham i z miską po lodach w ręku wracam do domu – zanim młody skończy drzemkę, chcę nieco ogarnąć kuchnię.
Przecieram kuchenny blat, kiedy odzywa się moja komórka. Numer jest nieznany, domyślam się jednak, kto dzwoni.
Laura.
Nie chcę jej tu.
Nie chcę z nią rozmawiać i wpuszczać jej pod nasz dach, myślę, przygryzając wargę.
A jednak odbieram…
– Cześć! Przepraszam, że dzwonię już teraz, ale pomyślałam, że może ustalimy jakiś grafik? Jeśli wam pasuje, mogłabym przyjść już…
– Laura, przepraszam cię – wchodzę jej w słowo, nie pozwalając dziewczynie dokończyć – ale zdecydowaliśmy z mężem, że jednak nie pasuje nam taki układ. Długo by o tym… nie chcę cię zanudzać. Wybacz, ale nic z tego nie będzie.
Nastolatka milknie, wyraźnie zaskoczona i przez dłuższą chwilę obie milczymy.
– Myślałam, że się dogadałyśmy – rzuca w końcu. – Mówiłam ci, jak bardzo mi zależy na kasie. Potrzebuję…
– Przykro mi – po raz kolejny jej przerywam i rozłączam się bez pożegnania.
Następnie, bojąc się, że Laura zadzwoni ponownie, ustawiam telefon w tryb samolotowy i zabieram się do sprzątania.
– I po problemie – mruczę pod nosem, zadowolona, że tak otwarcie odważyłam się jej odmówić.
Nie, ta nimfetka kręcąca się po naszym domu to zdecydowanie fatalny pomysł. To prawie tak, jakby podsunąć ćpunowi ścieżkę koki i naiwnie liczyć na to, że ukradkiem jej nie wciągnie.
Ignacy wchodzi do kuchni, kiedy włączam zmywarkę.
– Miałeś mnóstwo czasu, mogłeś chociaż tyle zrobić – wyrzucam mu.
– Odwoziłem syna do Giżycka, umknęło ci?
– Ty zawsze masz jakąś wymówkę.
– Może dlatego, że ty zawsze się do mnie przypieprzasz? – odpowiada.
Chwilę później odgarnia moje włosy, przyciąga mnie do siebie i całuje w kark.
– Mogłabyś czasem wyluzować, Mo – mówi, zwracając się do mnie skrótem mojego imienia, którego tylko on używa.
Kiedy odwraca mnie przodem do siebie i całuje w usta, mięknę.
Nie powinnam tak się nakręcać – mówię sobie. I nie powinnam go bić. Jestem o niego chorobliwie zazdrosna, co również nie odbija się dobrze na naszym związku. W zazdrości nie ma niczego seksownego. Jest desperacka, żenująca i tania, a ja nie chcę być taką właśnie kobietą…
Mimo naszej wcześniejszej kłótni oddaję mężowi pocałunek i przez dłuższą chwilę skupiamy się na sobie. Odrywam się od niego dopiero wtedy, gdy z głębi domu dochodzi głośny płacz wybudzonego z drzemki Nikodema.
– Zawsze miał świetne wyczucie chwili – komentuje sytuację Ignacy, a ja ruszam w stronę naszej sypialni.
– Co, syneczku? Gorąco ci? – pytam, biorąc małego na ręce.
Jest spocony i chyba zmęczony upałem, wilgotne włoski lepią mu się do czoła.
Całuję go i z nim w ramionach wracam do kuchni.
– Może zrobimy grilla? – proponuje Ignacy, kiedy kołysząc synka, siadam przy stole. – Trzeba korzystać z lata.
– Możemy, pod warunkiem że nie sprosisz tu takich tłumów jak ostatnio – mówię, krzywiąc się na samo wspomnienie.
Prawda jest taka, że nie mam najmniejszej ochoty na goszczenie pijanych kumpli z uczelni mojego męża, którzy, wlewając w siebie hektolitry alkoholu, będą się przerzucać jakimiś socjologicznymi ciekawostkami, rzygać w krzakach za domem i poklepywać po kościstych tyłkach swoje równie pijane żony.
– Tylko Malinowscy, Kolscy, Mirek z nową panną i Wojtuś Derda – wylicza Ignacy.
– Jasne, śmietanka towarzyska ogrodowych spotkań – ironizuję.
– Cóż, nie możesz mieć do mnie pretensji, że mam wielu znajomych.
– Kochanie, ja nie mogę mieć do ciebie żadnych pretensji, bo od razu robisz ze mnie wiedźmę. Urządzaj grilla, nie ma sprawy. A później czyść zarzyganą łazienkę i zdemolowany ogród, pierz pościel po gościach i ogarniaj całą resztę, bo tak się złożyło, że ostatnio to ja miałam na głowie sprzątanie po waszych zabawach.
– Jak zawsze męczennica – rzuca Ignacy przez zęby.
– Realistka. Po prostu realistka.
– Dobra, mniejsza z tym. I tak straciłem ochotę na zabawę. – Mąż wyjmuje z lodówki piwo i wychodzi z kuchni.
Nie chcę pytać, która to już flaszka Pilsnera tego dnia. Ostatnio ciągle widuję go z butelką w dłoni, ale każda moja uwaga w temacie jest przez niego bagatelizowana.
Wkładam synka do stojącego w jadalni kojca, przechodzę do części kuchennej i zabieram się do robienia kolejnej porcji lemoniady.
Dosłownie chwilę później Nikodem zaczyna płakać, co momentalnie wytrąca mnie z równowagi. Tego dnia czuję się złą matką, złą żoną i złym człowiekiem…
IGNACY
Wczesnym wieczorem wymykam się do pobliskiego miasteczka. Monice mówię, że chcę zrobić szybkie zakupy, chociaż świetnie wiem, że zarówno lodówka, jak i spiżarka są pełne. Prawda jest taka, że klaustrofobiczna atmosfera panująca w naszym domu połączona z sierpniowym upałem sprawiają, że się duszę. Drażni mnie nieustanne poirytowanie Moniki, płacz syna i duchota panująca w domu – młodemu nie służą przeciągi, więc nie ma mowy o otwarciu okien na przestrzał, co sprawia, że dosłownie się gotujemy. Część czasu spędzamy oczywiście w ogrodzie, ale i tak mam dość…
– Wrócę za jakąś godzinę – rzucam w drzwiach, podrzucając na dłoni kluczyki od Mustanga, mojej dumy i miłości.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Epigraf
Meritum publikacji
