Kobieta na klifie - Sonia Rosa - ebook + audiobook + książka

Kobieta na klifie ebook i audiobook

Sonia Rosa

4,4
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Bernadeta, młoda Polka mieszkająca od kilku lat w Saltburn by the Sea, nad Morzem Północnym, szuka szczęścia i nowego początku. Los jednak jej nie sprzyja – nie może znaleźć stałej pracy, pomieszkuje u siostry i wikła się w romans z Collinem, żonatym Brytyjczykiem, którego obietnice nie są warte funta kłaków.
Kinga, rodaczka Bernadety, jest żoną Collina – mężczyzny regularnie spotykającego się z kobietami w urokliwym domku na klifie. Każda z jego kochanek wierzy, że to właśnie dla niej mężczyzna porzuci żonę i córkę.
Ale Collin perfidnie kłamie.
A potem znika bez śladu.
Ścieżki Kingi i Bernadety przecinają się, lecz żadna z nich nie ma szczerych intencji.
Jest jeszcze Amelia – młoda Brytyjka, która od pewnego czasu obserwuje obie Polki i odkrywa ich sekrety. Obsesyjnie interesuje się ich życiem, aż dowiaduje się o czymś, o czym nigdy nie powinna była się dowiedzieć. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 277

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Ewa Abart

Oceny
4,4 (5 ocen)
3
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
JanuszMikula

Nie oderwiesz się od lektury

super
00
Doowa555

Dobrze spędzony czas

Od początku trzyma w napięciu i tylko czekasz co się wydarzy dalej. Rewelacyjnie napisana, polecam gorąco
00
ewagestwa

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka jest fantastyczna!! Autorka w swojej najlepszej formie 💪
00



Copyright © by Sonia Rosa, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Kamila Recław

Korekta: Dorota Filip

Skład i łamanie: Andrzej Owsiany

PR & marketing: Anna Apanas

ISBN: 978-83-8441-589-4

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Szaleństwo to rzecz względna.Kto ustala normę?

Charles Bukowski,Szmira

CZĘŚĆ PIERWSZA BERNADETA

1

To jedna z tych nocy, kiedy wydaje się, że stanął czas. Idealne miejsce, idealne towarzystwo. Wokół nas płoną świece. Ustawione na obramowaniu kominka, stole, parapecie i podłodze dają ciepłe, migoczące światło. Rzucają cienie na ściany drewnianego domku nad klifem. Za oknem leje deszcz, krople wody spływają po szybach, tworząc zawiłe wzory. Wyobrażam sobie bijące o pobliskie skały wysokie fale i wzburzone Morze Północne, którego szum słychać, kiedy wyjdzie się na zewnątrz. Lubię taką ponurą, wietrzną aurę, jest w niej coś romantycznego.

Siedzimy twarzami do siebie, na materacu rzuconym prosto na drewnianą podłogę – nadzy, spoceni, przesiąknięci zapachem uprawianej przed momentem miłości. Collin gładzi mnie po policzku, patrzy mi w oczy i sięga po coś, co schował pod materacem.

Widok złotego łańcuszka z zawieszką w kształcie serca sprawia, że w moich oczach pojawiają się łzy wzruszenia.

Tak bardzo go kocham…

– You mean the world to me – mówi.

Zakładam łańcuszek na szyję z myślą, że będę go nosić do końca moich dni.

Collin całuje mnie w usta i wstaje. On też jest dla mnie całym światem, choć nie mówię tego na głos...

Kiedy idzie przez pokój, pożeram wzrokiem jego pięknie umięśnione pośladki, mocne ramiona i ozdobione olbrzymim tatuażem plecy. Kolorowy smok z rozpostartymi skrzydłami dodaje mu męskości – za każdym razem, kiedy go widzę, czuję podniecenie. Mój piękny Wiking, myślę.

W domku jest chłodno i w końcu zaczynam marznąć. Narzucam na ramiona miękki beżowy koc, pod którym zdarza nam się leżeć nocami, wstaję i wtulam się w plecy stojącego przy zalanym deszczem oknie Collina.

Wiem, że powinniśmy się zbierać. Powiedział żonie, że jest w pubie, ale przecież nie możemy przeciągać naszego sekretnego spotkania w nieskończoność.

Żona… Na myśl o niej czuję palącą zazdrość, może nawet nienawiść. Ma na imię Kinga i, podobnie jak ja, jest Polką. Zabawne, że akurat tu, w Saltburn by the Sea, urokliwym wiktoriańskim miasteczku wielkości pudełka na zapałki, dwie Polki walczą o tego samego mężczyznę. Długo myślałam, że Collin ożenił się z Brytyjką. Może dlatego, że bardzo rzadko mówił o żonie. Przez pierwsze miesiące naszego romansu nie znałam nawet jej imienia. Dopiero kilka tygodni wcześniej zdradził, że ona ma na imię Kinga, pochodzi z okolic Tarnowa i jest trzy lata ode mnie starsza.

Muskam palcami zawieszone na złotym łańcuszku serce i mocniej wtulam się w plecy Collina. On kocha mnie, nie ją, mówię sobie. Obiecał mi przecież wspólny dom, bezpieczną przyszłość u jego boku i raj na ziemi.

„Daj mi trochę czasu, pumpkin” – prosi mnie za każdym razem, kiedy pytam go o rozwód.

Idealny moment ma nadejść dopiero za jakiś czas, a ja bardzo chcę wierzyć, że on sobie ze mną nie pogrywa.

Collin odwraca się przodem do mnie, ujmuje moją twarz w dłonie i głośno mówi to, czego zawsze tak bardzo się boję.

– Powinniśmy się zbierać.

Później zaczyna się ubierać. Wkłada jasne, sprane dżinsy, ulubiony podkoszulek i ciemną bluzę z kapturem, podnosi z podłogi skarpetki, szuka wzrokiem butów. Jego ruchy są energiczne, pełne werwy.

Cierpię na myśl, że lada chwila zamkniemy domek – nasze miłosne gniazdko, i smagani uderzeniami kwietniowej wichury pobiegniemy w stronę jego samochodu. Boli mnie świadomość, że kolejna wspólna noc przechodzi do przeszłości, a ja znowu zasnę sama, z myślą, że on właśnie położył się obok niej, w ich wspólnym małżeńskim łóżku.

Collin zaczyna gasić świece. Nie czeka, aż się ubiorę, nagle robi się niecierpliwy.

Zdaję sobie sprawę, że trzęsą mi się ręce. W pośpiechu wkładam legginsy, dzianinową sukienkę z wywijanym golfem i zamszowe botki za kostkę, które niedawno kupiłam w Whitby. Ciemnobordową kurtkę z imitacji skóry wciągam na siebie w progu, dosłownie sekundę po tym, jak Collin dogasza ostatnią świecę i poślinionymi palcami uciska jej dymiący knot.

Ona nie ma pojęcia o tym domku. Nie wie, że jej mąż go wynajął, nigdy tu nie była. Tak przynajmniej twierdzi mój kochanek, a ja bardzo chcę mu wierzyć. Myśl, że on mógłby ją pieprzyć na tym samym materacu, a później okrywać jej rozgrzane miłością ciało „naszym” kocem, jest dla mnie nie do zniesienia. Świadomość, że bywał tu z nią, stałaby się dla mnie zbyt traumatyczna.

Wychodzę na zewnątrz i przyświecając sobie latarką, ruszam w kierunku krańca klifu. Morze bije o niego, uderza z taką zapalczywą wściekłością, jakby chciało go roztrzaskać, pochłonąć i wedrzeć się dalej w głąb lądu. Drżę z zimna, wiatr bawi się moimi długimi, ciemnymi włosami, ulewny deszcz siecze policzki. Trawa jest szorstka i wysoka, mokra od deszczu. Moje zamszowe botki momentalnie przemakają, ale nie o tym myślę otoczona aksamitną czernią wiosennej nocy, którą rozświetla jedynie wąski snop światła latarki.

Collin woła mnie po imieniu, w jego głosie słyszę ponaglającą, niecierpliwą nutę.

Nie lubię, kiedy jest szorstki, a czasem bywa. Boję się wtedy, że on wcale mnie nie kocha, a wszystko to, co nas łączy, sprowadza się do ekstazy spoconych ciał i tych kilkudziesięciu pchnięć, po których on przewala się na plecy, mrucząc coś o tym, jak mu było dobrze. Nie jest najlepszym kochankiem, jakiego miałam. Skupiony wyłącznie na swojej przyjemności, egoistyczny i zbyt szybki. Grę wstępną traktuje jako zło konieczne, a kiedy już we mnie wejdzie, myśli wyłącznie o swoim nadciągającym orgazmie. A jednak to jego kocham. To on sprawił, że kompletnie straciłam głowę. On, nikt inny. Moje zauroczenie nim przypomina niemal jakąś psychozę. Myślę o nim we dnie i w nocy, zasypiam i budzę się z obrazem jego twarzy w głowie, godzinami wpatruję się w jego zdjęcia w telefonie. Jego imię zdaje się być wszędzie, mam wrażenie, że nagle dosłownie co trzeci Brytyjczyk nazywa się Collin. Słyszę je i tęsknię, ale wiem, że nie mogę tak po prostu wybrać jego numeru, nawet jeśli w mojej komórce zapisałam go jako „Misiaczek”. To on zawsze dzwoni do mnie. Nigdy na odwrót. Choćby się waliło i paliło, nie mogę się odezwać pierwsza. Mówi, że jej nie kocha, a jednak się z nią liczy, myślę i nagle chce mi się płakać. Boi się jej? A jeśli tak, co za tym stoi? Miłość do żony czy może jedynie niechęć do dramatów i piekła, jakie rozpętałoby się, gdyby odkryła prawdę?

Czasem wyobrażam sobie, że wszystko już się „wysypało” i ona wie. W myślach widzą ją – zapłakaną, ciągnącą za sobą olbrzymie walizy i jego, który z obojętną miną przygląda się, jak żona wsiada do auta i odjeżdża. Szafirową Hondę HR-V dostała od niego na urodziny, o czym dowiedziałam się przypadkiem. Zrobiłam mu wtedy awanturę; prezent w postaci auta wydał mi się zbyt kosztowny jak dla kogoś, kogo podobno już się nie kocha. Tłumaczył się względami praktycznymi, mówił, że ona wozi przecież ich córkę.

Emma. Kolejny, czteroletni, problem na dwóch nogach… Jasnowłosa, rezolutna, szczuplutka i pełna energii smarkula, którą Collin tak bardzo kocha. Czy nadejdzie dzień, w którym porzuci własną córkę dla mnie i naszego wspólnego życia?

Myślę o jego żonie tulącej ich śliczne dziecko na dobranoc i robi mi się niedobrze.

Kinga. Nienawidzę tego imienia i nienawidzę jej! Czasem mam sny, ciężkie od złych emocji koszmary, w których ona umiera, a ja wybieram mu krawat na jej pogrzeb. Budzę się później w środku nocy, zlana potem, roztrzęsiona i czuję się jak potwór. Nie życzę jej śmierci, to zbyt ekstremalne, okrutne i nieludzkie. Chciałabym jednak, żeby w jakiś sposób zniknęła, po prostu zapadła się pod ziemię. Ale czy to nie to samo…? Romans z cudzym mężem odziera ze złudzeń co do własnej osoby. Jest jak krzywe lustro w wesołym miasteczku, bezlitosne. Patrzę sobie w twarz i widzę złą, makiaweliczną kobietę. Widzę sukę, która kradnie komuś szczęście. Szmatę, która wije się w rozkoszy w ramionach cudzego mężczyzny. Zepsutą do szpiku kości dziwkę niepotrafiącą zapanować nad swoją żądzą. A jednak nie potrafię przestać…

Wzdrygam się, jakbym chciała strząsnąć z siebie wyrzuty sumienia, i ruszam w kierunku czekającego przy aucie Collina.

Jego Porsche Cayenne jest zalane deszczem, który teraz zdaje się siec z jeszcze większą zapalczywością. Jestem przemoczona, od butów po czubek głowy, mokre włosy oblepiają mi policzki, smętnie przylgnęły do czaszki. Drżę z zimna i pragnę, żeby on mnie przytulił, ale nawet na mnie nie patrzy.

– Wsiadaj! – ponagla mnie tylko.

W jego dłoni dzwoni komórka i wiem, że to ona. Nikt inny nie telefonowałby o drugiej czterdzieści nad ranem. Kiedy z nią rozmawia, słyszę w jego głosie czułość. Mam ochotę wyrwać mu telefon z ręki, podbiec na sam skraj klifu i cisnąć go w odmęty Morza Północnego, ale tylko stoję i słucham, jak ją uspokaja i bezczelnie okłamuje.

Wyobrażam ją sobie, czekającą na niego w ich ładnym, zadbanym domu z cegły otoczonym niskim drewnianym płotem. Zastanawiam się, w czym sypia. W praktycznej i mało seksownej piżamie? Satynowej haleczce z koronkowymi zdobieniami? A może w tych tanich, bawełnianych koszulkach z sieciówek, w których każda kobieta wygląda nijako i mało ponętnie? Szukałam jej na Facebooku, ale nie znalazłam. Collin długo nie chciał mi pokazać jej zdjęcia, ale w końcu ustąpił. Jest blondynką. Raczej drobną i całkiem ładną. Może się podobać, choć uważam, że jestem od niej znacznie atrakcyjniejsza – z moją nieco egzotyczną śródziemnomorską urodą, ciemnymi włosami sięgającymi do połowy pleców, pełnymi ustami i dużymi oczami w orzechowym kolorze biję ją na głowę. Tyle że to ona ma status żony, piękny dom i jego. Ja mogę tylko kraść sekretne godziny, szarpać się z losem o te ochłapy, które otrzymuję. Czasem to boli tak bardzo, że nie mogę oddychać. Jakaś część mnie, ta, która jest znacznie rozsądniejsza niż moje głupie serce, mówi mi, że powinnam go zostawić, ale nie umiem. Nie potrafiłabym żyć bez niego, jest dla mnie wszystkim, centrum mojego wszechświata, moim Wikingiem.

Collin kończy rozmowę z żoną, chowa komórkę do kieszeni i wsiada do zalanego deszczem samochodu.

Otwieram drzwi i bez słowa zajmuję siedzenie pasażera.

Mój kochanek nie czeka, aż wygodnie usiądę i zapnę pasy. Rusza ostro, jakby był o coś zły, tylko nie wiem, czy na mnie, czy na nią. Koła terenówki buksują w błocie i przez chwilę jestem niemal pewna, że utknęliśmy, ale udaje mu się wyjechać.

Podrzuca mnie na Rifts Avenue, gdzie mieszkam kątem u siostry. Nienawidzę tej ulicy, jest boleśnie nijaka, szara i przeciętna. Głównie bliźniacza zabudowa, a w domach podzielonych na maleńkie mieszkanka lokatorzy tacy, jak my – imigranci z Polski, Ukrainy, Indii, Pakistanu i wielu innych miejsc na świecie. Gdyby bieda miała zapach, pachniałaby Rifts Avenue. To jeszcze nie skrajna nędza, ale okolica, która codziennie przypomina mi, kim jestem – Polką bez większej kasy i stałej pracy, od kilku lat sypiającą na rozłożonym w kuchni polowym łóżku. Jedyny pokój w mieszkaniu zajmuje Bogna, moja starsza siostra. Jest jak jest, mówię sobie, a jednak kiedy Collin podjeżdża przed dom, robi mi się niedobrze.

Zabierz mnie stąd, myślę. Proszę, zabierz mnie gdzieś, gdzie jest ładniej, lepiej, inaczej – błagam go w duchu.

– Muszę jechać. – Kochanek pochyla się i całuje mnie w usta, ale mam wrażenie, że nie wkłada w ten pocałunek nawet krzty uczucia.

Połykając łzy rozgoryczenia, rozpinam pasy i wysiadam na deszcz.

Chętnie posiedziałabym w jego samochodzie znacznie dłużej. Posłuchalibyśmy muzyki, wypalili wspólnego papierosa, porozmawiali. Wnętrze jego terenówki jest przytulne i ciepłe, pachnie skórą i korzenno-ziemistą nutą paczuli wyczuwalną w jego wodzie kolońskiej, którą i ja cała przesiąkłam. W jego aucie czuję się jak w kokonie, odgrodzona od całego świata. Ale on chce już jechać. Zresztą, jak mawiała moja babcia – ludzie mają oczy. Nie możemy tak po prostu siedzieć w aucie pod czyimiś oknami. Ktoś mógłby coś skojarzyć, ktoś inny donieść jego żonie. Ludzie nienawidzą tych, którzy łamią zasady, być może dlatego, że sami też czasem mieliby na to ochotę, ale za bardzo się boją. Robią więc wszystko, żeby dokopać tym odważniejszym, wepchnąć ich z powrotem do szeregu, przywrócić światu odwieczną klarowność i pedantyczny moralny ład.

Już za nim tęsknię. Mam ochotę wyć z bezsilności na myśl, że nie zobaczę go cztery, pięć, może nawet sześć dni. Ostatnio spotykamy się znacznie rzadziej niż na samym początku naszego sekretnego związku. Boli mnie to, choć staram się zrozumieć – Collin jest zajęty, ma sporo na głowie, a ja muszę to uszanować.

„Jesteś wspaniała, ale ja jestem żonaty” – przypominam sobie zdanie, które bohater Fatalnego zauroczenia wypowiada do grającej rolę kochanki Glenn Close. Czy nadejdzie dzień, w którym coś podobnego usłyszę od Collina? Zastanawiam się nad tym i robi mi się niewyobrażalnie smutno. On kiedyś odejdzie, odzywa się jakiś cichy głosik w mojej głowie. Zostawi cię, bo jesteś tylko głupią cipą, która krzywdzi inną kobietę dla kilku ekscytujących chwil fałszywej bliskości.

– Zamknij się! – rzucam pod nosem, wściekła na samą siebie o tę chwilę zwątpienia w szczerość jego uczuć.

On mnie kocha! Mnie, nie ją! – powtarzam sobie, boleśnie wbijając paznokcie w skórę dłoni.

Drżąc z chłodu, siekana ulewnym deszczem stoję na chodniku przed domem, dopóki tylne światła jego Porsche nie znikają za zakrętem. Dopiero wtedy ruszam w stronę drzwi.

2

Zanim wchodzę do mieszkania, opieram się frontowe drzwi i wącham swoje dłonie – moja skóra przesiąkła zapachem Collina, świeża, hipnotyzująca aromatem kompozycja wody Bad Boy Extreme kojarzy mi się z jego nagim ciałem, seksem i tymi ulotnymi chwilami szczęścia, które dzięki niemu przeżywam. W wąskim ciemnym korytarzu mocno pachnie orientalnymi przyprawami, których używają mieszkający naprzeciwko Hindusi. Znowu przepaliła się pojedyncza, „goła” żarówka wisząca nad drzwiami, więc potykam się o stojący w przejściu wózek dziecięcy, klnę pod nosem i po omacku wkładam klucz do zamka.

Mieszczące się na parterze mieszkanie wynajęte przez moją siostrę kilka lat temu jest maleńkie i zagracone – po prawej mikrołazienka, następnie kuchnia, do której wchodzi się prosto ze wspólnego korytarza, i wiodące do pokoju Bogny, pomalowane na lawendowo drzwi, za którymi sypia. Tym razem są uchylone i wyraźnie słyszę jej pochrapywanie. Brzmi strasznie, umarłabym ze wstydu, gdyby ktoś usłyszał, że wydaję z siebie takie odgłosy. Poruszam się na palcach, by jej nie obudzić. Zamykam drzwi sypialni, ściągam kurtkę, którą wieszam na oparciu kuchennego krzesła, i podchodzę do lodówki. Pochłaniając zrobioną na szybko kanapkę z wędliną, zdaję sobie sprawę, jak bardzo byłam głodna.

Na samym początku naszego romansu Collin zabierał mnie na romantyczne kolacje do Whitby bądź robił zakupy, żebyśmy mogli coś zjeść w domku nad klifem, ale od jakiegoś czasu po prostu mnie pieprzy, a później wraca do żony. Nie chce mu się już jeździć do restauracji, ryzykować, że ktoś nas zobaczy. Nie robi też już dla mnie przekąsek, które dawniej ze sobą przynosił, przez co z naszych randek wracam wściekle głodna.

Wgryzam się w kromkę chleba i powoli przeżuwam skórkę, przypominając sobie jednocześnie nasze pierwsze spotkanie. Poznaliśmy się na plaży. On był ze znajomymi, ja w zwiewnej sukience w stylu boho samotnie spacerowałam wzdłuż brzegu. Zagadnął mnie, zaczęliśmy rozmawiać, zaiskrzyło. Pamiętam, że nie miał na palcu obrączki, o jego żonie dowiedziałam się dopiero po kilku tygodniach, kiedy byłam już w nim szaleńczo zakochana. Czy gdybym o niej wiedziała od samego początku, weszłabym w ten układ? – zastanawiam się, sięgając po drugą kromkę. Ciężko powiedzieć, ale podejrzewam, że tak. To od początku była totalna chemia, zauroczenie, które zapiera dech i ugina kobiecie kolana. Mówią na to piorun sycylijski i tak właśnie się czułam – jak rażona piorunem.

Pamiętam, że wokół nas piszczały chlapiące się morską wodą dzieciaki, nad naszymi głowami krążyła jakaś wyjątkowo natrętna mewa, a w oddali szczekał pies, ale ja potrafiłam myśleć tylko o jego pięknych oczach w kolorze słonego karmelu i szerokim uśmiechu. Miał męską kwadratową szczękę, potargane wiatrem ciemnoblond włosy i niezaprzeczalny chłopięcy urok, który mnie osobiście zawsze niemal zwalał z nóg. Sprawiał wrażenie kogoś, kto celebruje każdy moment życia, a ja byłam wtedy w głębokim dołku i rozpaczliwie pragnęłam oderwania się od nudnej codziennej rutyny. Kiedy zaprosił mnie na piwo, zgodziłam się od razu. Czułam, że to ktoś, kogo po prostu miałam poznać, bratnia dusza, facet, przy którym spotkają mnie same dobre rzeczy.

I było pięknie.

Przez kilka tygodni.

A później powiedział, że ma żonę.

„Nie denerwuj się, ale jest coś, o czym ci nie wspomniałem” – zaczął, kiedy nad kuflami jasnego pszenicznego siedzieliśmy w jednym z lokalnych pubów, a jego kciuk, konspiracyjnie ukryty pod okrągłym blatem knajpianego stolika, gładził wnętrze mojego uda, kilka centymetrów nad obleczonym w siatkową pończochę kolanem.

Kiedy cofnął rękę, wyjął z portfela złotą obrączkę i włożył ją na serdeczny palec lewej dłoni pomyślałam, że ze mnie żartuje. A on po prostu ją tam zostawił, mówiąc, że dzięki temu już przynajmniej nigdzie jej nie zawieruszy.

„Nie kocham żony od dawna, ale tego typu rozstania nigdy nie są łatwe” – dodał, widząc mój szok, niedowierzanie i łzy, które zdążyły mi już spłynąć po policzkach.

„Okłamałeś mnie” – wykrztusiłam, a on się roześmiał.

„Daj spokój, musiałaś coś podejrzewać” – skwitował.

„Nie miałam pojęcia!” – krzyknęłam.

„Nie rób widowiska!” – warknął i… zmienił temat.

Na samo wspomnienie tamtego wieczoru zawsze chce mi się płakać. Naprawdę powinnam coś wtedy podejrzewać?

Odsuwam na bok talerz, wstaję i wyjmuję z lodówki butelkę Spitfire Amber Ale. Szukając otwieracza, drżę z chłodu, wciąż mam mokre włosy i buty. Zdejmuję je, ściągam wilgotną sukienkę i w samej bieliźnie przechodzę do łazienki.

Pijąc otwarte przed momentem piwo, patrzę na swoje odbicie w lustrze. Mam dwadzieścia osiem lat i boję się, że nie uda mi się już stworzyć przyszłości, jaką sobie wymarzyłam. Podczas gdy niektóre moje koleżanki z taką łatwością odnajdują miłość i wchodzą w stałe związki, a potem zakorzeniają się u boku drugiej osoby, ja ciągle błądzę jak dziecko we mgle, wdaję się w toksyczne układy, nietrwałe romanse i bolesne pułapki.

Zanim poznałam Collina, spotykałam się z Fergusem, poznanym w pociągu Szkotem, który po kilku miesiącach rzucił mnie dla jakiejś Brytyjki. Przed nim był Logan – uzależniony od kokainy pierdolony ćpun, który ciężko mnie pobił, a przed Loganem Adam, facet bez przeszłości, który pojawił się znikąd i równie szybko zniknął. Przychodzili i odchodzili, brali moje ciało, w zamian dając kilka drinków, kwiaty w celofanie i ochłapy nieszczerych uczuć. To oni nie potrafili kochać, czy może po prostu nie dało się kochać mnie?

Patrzę sobie w oczy, w odbitą w tafli lustra twarz, i chce mi się płakać. Dlaczego nie potrafię stworzyć niczego trwałego? Upijam kilka łyków piwa i myślę o Angusie. On skrzywdził nie tylko mnie, ale i moją siostrę. Okradł nas, wyniósł z mieszkania biżuterię Bogny, całą gotówkę, jaką udało mu się znaleźć, laptop i moje sztuczne futro. Zasraniec nie tylko okazał się dupkiem, ale i złodziejem.

Wcześniej byli inni, jeszcze w Polsce, przed laty.

Wychowywałam się na bydgoskim Fordonie, w pełnym przemocy i alkoholu domu. Mama piła równie ostro co tata, aż w końcu umarła. A kiedy odeszła, on zaczął pić jeszcze więcej i zamienił nasze życie w piekło. Bogna uciekła z domu, jak tylko udało się jej zebrać odpowiednie fundusze, środkowa siostra w wieku trzynastu lat wpadła pod auto i zginęła na miejscu, a wiecznie pijanemu, cuchnącemu rzygowinami ojcu zostałam tylko ja.

Szukałam wtedy ucieczki w poznawanych w sieci mężczyznach, wiązałam się z facetami, którzy mieli zostać moimi rycerzami na białych koniach. Marzyłam, że zabiorą mnie z zaniedbanego dysfunkcyjnego domu i podarują słoneczną przyszłość, ale dostawałam tylko mnóstwo brudnego wyuzdanego seksu, tanich kiczowatych prezentów i słabo maskowanej pogardy. Tak, prawie wszyscy oni mną gardzili. Początkowo były komplementy i kupowane na stacjach benzynowych kwiaty, ale im dłużej wykorzystywali moje ciało, nie dając nic w zamian, tym częściej padały okrutne słowa, wyzwiska, szyderstwa, a czasem nawet ciosy.

Wojciech pobił mnie, kiedy zapomniałam odebrać z pralni jego garnitur. Po prostu uderzył mnie w twarz, jakby to było coś najnormalniejszego pod słońcem, jakbym była workiem treningowym, nie zakochaną w nim dziewczyną.

Rafał zdradzał, pił, bił i poniżał przy kolegach, Tomasz prawie utopił mnie w wannie, kiedy powiedziałam, że nie chcę kontynuować naszego związku, a Jacek wyzwał od dziwek na samym środku ulicy.

Z czasem straciłam nadzieję. Spotykałam się z facetami dla seksu i odrobiny bliskości, nie wierząc już, że jeszcze ktoś mnie pokocha.

I wtedy Bogna zaproponowała, żebym do niej przyjechała. Saltburn by the Sea miało być moim nowym początkiem, furtką do świetlanej przyszłości. To tu miałam znaleźć pracę, mieszkanie i miłość, ale jedno, co mi się udało, to wejście z buciorami pomiędzy męża i żonę.

Upijam kilka kolejnych łyków piwa, stawiam flaszkę na podłodze, rozsuwam prysznicową zasłonkę i odkręcam wodę. Później, naga i przemarznięta, wchodzę pod strumień przyjemnie ciepłej wody i pozwalam jej strugom spływać po moim ciele, zmywać zapach Collina. Sięgam po szampon, wyciskam go na rękę i wmasowuję w skórę głowy. Moje myśli krążą wokół kochanka, wspominam nasz wspólny wieczór, jego pocałunki i komplementy. A później chłód, jaki okazał mi, kiedy wychodziliśmy na ulewę. Mówi do mnie „muffinko”, „okruszku”, „króliczku” i „cukiereczku”. Kupuje mi biżuterię, perfumy i torebki, czasem bieliznę. Zabiera na romantyczne nocne spacery, ale czy naprawdę mnie kocha? Jego słowa są jak fale zderzające się ze skałami u podnóża klifów – w jednej chwili mocne, sekundę później rozbijają się o brzeg, rozlewając wokół. Dużo mówi, ale co tak naprawdę mi daje? Iluzję poczucia bezpieczeństwa? Dreszczyk czegoś zakazanego? Szczyptę magii niewartej moich późniejszych łez?

Wypłukuję szampon z włosów i wciąż stojąc w strugach wody, zaczynam płakać. Czuję się brudna i opuszczona, pozostawiona samej sobie. Chciałabym móc do niego zadzwonić, żeby chociaż na chwilę usłyszeć jego głos, ale przecież wiem, że trzyma komórkę na nocnej szafce, a po drugiej stronie łóżka śpi jego żona. Czasem wyobrażam sobie naprawdę straszne rzeczy – że potrącam ją samochodem pożyczonym od siostry, dolewam do jej soku trucizny albo dźgam ją nożem, kiedy wpadamy na siebie w sklepie. Później długo płaczę, mam wyrzuty sumienia, czuję się jak potwór. A jednak wyobrażenia szalonych rzeczy, które robię, żeby uwolnić Collina od jej obecności, towarzyszą mi od dawna. Wiem, że jej nie skrzywdzę. Ja to po prostu WIEM. Ale w myślach zabijam ją wiele razy, a później jem ulubiony czekoladowy pudding, zamykam się w łazience, wkładam palce do gardła i rzygam, jakbym chciała wyrzucić całe plugastwo, które się we mnie zagnieździło.

Zakręcam wodę, wychodzę spod prysznica i sięgam po duży szary ręcznik. On też jest świadectwem naszej niewydolności finansowej. Nie stać nas na płyn do zmiękczania tkanin, bo staramy się z Bogną unikać tego typu niepotrzebnych wydatków, więc nasze ciała spotykają się z szorstkością tanich i brzydkich ręczników kupowanych na wyprzedażach w równie tanich sklepach prowadzonych przez Chińczyków i Hindusów. Luksus jest poza naszym zasięgiem, daleko od tej ulicy i tego paskudnego, klaustrofobicznie ciasnego mieszkania. Nam musi wystarczać to, co niezbędne do przeżycia – minimum potrzeb i możliwości to nasze smutne życiowe motto.

Owinięta ręcznikiem wychodzę z łazienki i przechodzę do kuchni, gdzie wpadam na siostrę.

– Obudziłaś mnie – syczy Bogna.

Ma na sobie spraną, brzydką koszulę nocną z falbanką nad kolanami, długie włosy spięła w luźny warkocz. Są ciemne, jak moje, ale na jej skroniach pojawiła się już siwizna. Ma prawie czterdzieści lat i wygląda na swój wiek, zwłaszcza w chwilach takich jak ta, kiedy zaspana i blada pojawia się z pretensjami w kuchni.

– Sorry – rzucam pod nosem i zabieram się za rozkładanie polowego łóżka.

Siostra nadal stoi za moimi plecami, ale nawet jej milczenie wydaje się przepełnione poirytowaniem.

– Przepraszam, okej? – dodaję łagodniejszym tonem.

Bogna nie odpowiada.

Odwraca się na pięcie, wchodzi do swojej sypialni i cicho zamyka za sobą drzwi.

Przygryzam wargę, starając się nie nakręcać. Złe emocje niczemu przecież nie służą, a jednak czuję bezsilność i wściekłość. Nienawidzę tej kuchni, tego rozkładanego łóżka na którym sypiam od kilku lat, śladów grzyba na suficie i wiecznie blokującej lodówkę suszarki na pranie, na której wiszą tanie i brzydkie majtki Bogny, jej dresy, dżinsy i skarpety. Moja siostra nie ma w sobie nic kokieteryjnego. Ubiera się fatalnie, zupełnie o siebie nie dba i nie widzi powodu, dla którego miałaby nosić coś innego niż chińskie szmaty kupowane w tanich sklepach. Ja, w przeciwieństwie do niej, uwielbiam fatałaszki, ale ostatnio krucho u mnie z kasą, więc muszę nosić to, co już mam. O większych zakupach mogę sobie tylko pomarzyć…

Kładę się na rozkładanej polówce i wdycham kwiatowy zapaszek proszku do prania. Kiedy zamykam oczy, wyobrażam sobie przestronną jasną sypialnię, pośrodku której stoi małżeńskie łóżko. Którejś nocy, kiedy nieco za dużo wypiliśmy, Collin pokazał mi zdjęcia z wnętrza swojego domu, w tym również te z sypialni, a ja do dziś zastanawiam się, czy jest aż tak bezmyślny, czy może perfidny? Powinien się przecież domyślić, jak bardzo zaboli mnie ten widok! Ale on tylko przesuwał kciukiem kolejne fotki w swoim telefonie, a ja stałam obok, starając się nie rozpłakać. Pod oknem jest palma w olbrzymiej donicy, naprzeciwko łóżka ładna drewniana komoda w stylu shabby chic,zasłony w oknach mają odcień pudrowego różu. Myślę o cudownie miękkiej pościeli z jedwabiu, w której sypiają, wiszącym nad komodą olbrzymim lustrze, w którym odbijają się ich splecione nagie ciała, i do oczu napływają mi łzy rozpaczy i upokorzenia. Nie ma dla mnie miejsca w tym układzie, dociera do mnie, ale przecież wiem, że nawet mimo tego się nie wycofam. Czemu to ona miałaby wygrać, a nie ja, tylko dlatego, że pojawiła się w jego życiu pierwsza?

3

Rano Bogna wstaje do pracy i złośliwie tłucze się bardziej niż zwykle, żebym i ja się nie wyspała. Jest zatrudniona w pobliskich delikatesach, więc wychodzi wcześnie, zazwyczaj niewyspana i rozdrażniona, a moje nocne powroty są prawdziwą kością niezgody pomiędzy nami. Budzę ją, co wypomina mi niemal codziennie. Nie zamierzam jednak zrezygnować z własnych przyjemności tylko dlatego, że ona żyje jak mniszka i ciągle ma mi coś za złe.

Kiedy zamyka za sobą drzwi, przewracam się na drugi bok z nadzieją, że złapię jeszcze trochę snu, ale dochodzące z korytarza dźwięki mi na to nie pozwalają. Najpierw z mieszkania naprzeciwko wychodzą Hindusi – ona, na oko czterdziestokilkuletnia i zawsze zmęczona, on – jej mąż i dwójka ich dzieciaków. Trzaskają drzwiami, śmieją się i upuszczają coś na posadzkę. Syczę, poirytowana hałasem. Cisza zapada chwilę później, ale nie na długo. Ukraińcy mieszkający na piętrze zbiegają ze schodów, przekrzykując się i głośno śmiejąc. Podejrzewam, że oni również pędzą do pracy. Na koniec mieszkanie opuszcza para Bułgarów mieszkających nad nami i w naszej połówce bliźniaka robi się cicho.

Zasypiam i śpię do dziesiątej. Nic lepszego nie mam do roboty. Później zmuszam się, żeby ogarnąć mieszkanie, nastawiam pralkę, prasuję rzeczy siostry i myję podłogę w kuchni, bo płytki zaczynają się już nieprzyjemnie lepić od rozlanego mleka i soku.

W południe biorę ciepły prysznic, ubieram się w ulubioną dżinsową mini, wkładam szarą bluzę z kapturem, grube skarpety i zamszowe botki. Włosy spinam w wysoki kucyk i żując gumę wychodzę przed dom.

Kwietniowy dzień jest rześki, ale wychodzące zza chmur słońce dodaje mi energii.

Przez chwilę zastanawiam się, czy nie pokręcić się po mieście w poszukiwaniu nowej pracy, w końcu decyduję, że nie jestem w nastroju, i pieszo ruszam w stronę ulicy, przy której mieści się należący do Collina klub fitness.

Mój kochanek nie znosi, kiedy się tam kręcę. Boi się wpadki, eskalacji moich niewygodnych emocji bądź tego, że akurat w tym samym czasie odwiedzi go żona. Ale przecież nie może mi zabronić chodzić po ulicy, uśmiecham się krzywo i energicznym krokiem ruszam przed siebie. Lekki wietrzyk przynosi zapach morza, pisk mew nad moją głową przypomina mi, gdzie jestem. Wielka Brytania. Nowe życie, nowe możliwości i ocean starej chujni… Przyjeżdżając tu kilka lat wcześniej, miałam takie wielkie nadzieje. Wierzyłam, że momentalnie poukładam sobie życie i, przede wszystkim, znajdę nie tylko dobrą pracę, ale i męża.

– I znalazłaś. Cudzego – mruczę pod nosem po polsku i parskam nerwowym śmiechem.

Faktycznie wielkie osiągnięcie…

Myślę o jego żonie. Co teraz robi? Zajmuje się ich dzieckiem? Wiezie ich śliczną jasnowłosą córeczkę na jakieś zajęcia, usiłując uspokoić marudzącą dziewczynkę i jednocześnie siedząc za kierownicą swojej szafirowej hondy? A może, nie spiesząc się, sączy kawę w ogrodzie i cieszy widokiem zadbanych krzewów? Świadomość, że Kinga również jest Polką, wyjątkowo mnie uwiera, jest jak drobny kamyczek w bucie. Wolałabym, żeby była stąd. To, że jesteśmy rodaczkami, sprawia, że jeszcze bardziej mam ochotę z nią rywalizować. Ona przyjechała tu, podobnie jak ja, z nadzieją na lepsze życie i udało jej się zrealizować marzenia. Ja nie dostałam od losu nic, tkwię w martwym punkcie, uziemiona.

Wkurwia mnie to i frustruje, w dodatku podejrzewam, że moja siostra zaczyna tracić do mnie cierpliwość. Bogna nie musi nawet nic mówić, wyraźnie to widzę w jej oczach. Ma dość utrzymywania mnie, dzielenia ze mną swojego zagraconego mieszkanka i motywowania do znalezienia nowego zajęcia. Knajpa, w której do niedawna pracowałam, splajtowała, a ja zostałam z niczym. Czasem pilnuję okolicznych dzieciaków i robię etniczną biżuterię, którą sprzedaję w sąsiedztwie, ale ta kasa to kropla w morzu potrzeb. Powinnam zarabiać znacznie więcej i świetnie o tym wiem. Nocami budzę się w panice i z trudem łapiąc oddech, wyobrażam sobie, że Bogna każe mi się wynosić. Czy to się wydarzy nagle i zupełnie niespodziewanie, czy może siostra znajdzie jeszcze w sobie ukryte pokłady cierpliwości i pozwoli mi w nieskończoność sypiać na paskudnej rozkładanej polówce?

Przechodzę na drugą stronę ulicy. Mijają mnie śmieciarka, furgonetka z logotypem firmy kurierskiej na drzwiach i auto należące do serwisu sprzątającego. Wszyscy pracują, tylko ja nie umiem sobie czegoś znaleźć, myślę i robi mi się smutno. Czasem się zastanawiam, czy powinnam zatrudnić się jako sprzątaczka, ale wiem, że to byłoby dla mnie zbyt trudne. Nie znoszę ciężkiej fizycznej pracy, wykańcza mnie. Może po prostu nie wszyscy są stworzeni do tego typu harówki? Czuję się artystką, wolnym duchem. Pisuję poezję, marzę o otwarciu własnego sklepiku z biżuterią i godzinami bujam w obłokach. Ale kasa nie spada z nieba…

Bogna mówi, że mogłabym zostać pokojówką. Krzywię się na samą myśl, ale kto wie, może niebawem się przełamię? Praca w hotelu nie jest wcale taka zła. Poznałabym nowych ludzi, może nawet jakiegoś interesującego faceta? Podejrzewam, że gdyby Collin poczuł na karku oddech konkurencji, traktowałby mnie z większym respektem.

Przed budynek, w którym mieści się klub fitness mojego kochanka, docieram kilka minut później. Znam jego grafik i wiem, że prowadzi teraz zajęcia ze step aerobiku. Wyobrażam sobie super zgrabne laski, które z gracją i zaangażowaniem ćwiczą pod jego okiem, i czuję palącą zazdrość. Powiedziałam mu kiedyś w żartach, że powinnam się zapisać na jego zajęcia, a on wpadł w szał.

„Nie osaczaj mnie!” – wrzasnął, boleśnie zaciskając palce na moim ramieniu.

Później długo miałam w tym miejscu siniaki, które zasłaniałam długimi rękawami. Nigdy wcześniej i nigdy później nie skrzywdził mnie fizycznie. To był pierwszy i ostatni raz, ale dał mi do myślenia. On nie lubi być przypierany do muru, zrozumiałam.

Przystaję przed wejściem, po czym biorę głęboki wdech i napieram na ciężkie szklane drzwi. A później wchodzę do olbrzymiego, nowocześnie urządzonego hallu. Klub fitness mieści się w tylnej części budynku. Oprócz niego znajdują się tu przychodnia weterynaryjna, niewielka kafejka, optyk i trzy butiki z odzieżą. Wszystko jest zadbane, a ustawiona przy jednej ze ścian kurtyna wodna podświetlana ledowymi lampkami dodaje otoczeniu nowoczesności.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Część pierwsza. Bernadeta

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Epigraf

Meritum publikacji