Opis

Właściciel kopalni złota i diamentów Scott McAllister dostaje anonimowy list z informacją, że żona go zdradza. Do listu dołączone są zdjęcia Sarah z przystojnym mężczyzną w lobby hotelowym. Scott wyciąga pochopny wniosek i oskarża żonę o niewierność. Sarah, dotknięta brakiem zaufania, wyprowadza się z domu. Żadne z nich nie podejrzewa, że ktoś specjalnie zaaranżował tę sytuację, by ich poróżnić…

 

Druga część miniserii ukaże się w lutym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 141

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Miranda Lee

Małżeńska próba

Tłumaczenie: Monika Łesyszak

PROLOG

Sarah siedziała za biurkiem, śmiertelnie znudzona. Na szczęście był już piątek. Za kilka godzin zakończy tydzień nudnej pracy w dziale kontraktów i fuzji. Nie po to studiowała prawo i zdobyła dyplom, żeby po całych dniach wypełniać formularze i wskazywać interesantom, gdzie złożyć podpis.

Kiedy zaoferowano jej posadę w kancelarii Goldstein & Evans, wyobrażała sobie, że będzie dochodzić sprawiedliwości, reprezentując niewinnych ludzi podczas spraw sądowych, lecz przez siedem tygodni, odkąd w styczniu dołączyła do zespołu, nie postawiła stopy w sądzie. Spędziła tydzień u rejenta, dwa u syndyka i w dziale spadków, a kolejne dwa w wydziale spraw rodzinnych. Nie polubiła tych zajęć, ale odpowiadały jej bardziej niż te, które wykonywała przez ostatnie dwa tygodnie.

Z niecierpliwością wyczekiwała, kiedy zostanie skierowana do zespołu obrońców w sprawach kryminalnych i cywilnych, działających dla dobra publicznego. Niektórym prawnikom, przeważnie młodym, powierzano obronę ludzi, którzy potrzebowali porady lub pomocy, ale nie mogli sobie na nią pozwolić.

Przewróciła oczami, ponownie zerkając na laptop. Wypełniała sobie czas, szukając informacji o człowieku, który przyjdzie o trzeciej podpisać umowę. Jej obecny szef twierdził, że powinna znać ze słyszenia górniczego potentata, Scotta McAllistera. Podobno ostatnio często go pokazywali w telewizji, ponieważ jego rafineria niklu przynosiła straty. Jej zamknięcie oznaczałoby dla wielu utratę pracy. Lecz Sarah rzadko oglądała telewizję, toteż nigdy o nim nie słyszała.

Internet dostarczył jej jednak sporo informacji. Jeden z najmłodszych przedsiębiorców w australijskim górnictwie wydobywał rudy żelaza, węgiel, złoto, nikiel i aluminium. Ostatnio dołączył do tej listy diamenty. Podobno rozpoczął działalność przed dziesięciu laty. Po śmierci ojca, poszukiwacza bogactw mineralnych, odkrył, że dwie zakupione przez niego z pozoru bezwartościowe działki kryją prawdziwe skarby: jedna solidne pokłady rud żelaza, a druga węgiel brunatny.

Fantastyczny tata! Sarah pomyślała, że McAllister zawdzięcza swój sukces w dużej mierze szczęściu, lecz Bob uważał go za utalentowanego przedsiębiorcę. Twierdził, że potrafi kupić skałę i przemienić ją w diamenty.

– Według kilku raportów nabył wyczerpane złoże – poinformował ją tego ranka – ale nie zainwestowałby w nie bez nadziei na zysk. Z całą pewnością wie coś, o czym nie mają pojęcia obecni właściciele.

Wyraźnie go podziwiał. Sarah niełatwo wpadała w zachwyt, zwłaszcza nad przedstawicielami płci przeciwnej, szukała jednak dalej z czystej ciekawości.

Na następnej stronie zamieszczono zdjęcie grupy ludzi. Wszyscy, łącznie z właścicielem, nosili żółte kamizelki ochronne i żółte kaski. Podpis głosił, że zrobiono je podczas strajku w rafinerii niklu. Niewiele jej powiedziało o McAllisterze prócz tego, że jest wysoki i dobrze zbudowany. Oczy zasłaniały okulary słoneczne. Zdołała dostrzec tylko twarde, jakby wykute z granitu rysy, wydatny nos i kwadratową szczękę. Wysokie, zmarszczone czoło nadawało mu zamyślony wygląd, ale linia ust świadczyła o nieprzejednanym charakterze. Napisano, że ma trzydzieści pięć lat, ale wyglądał starzej. Był kawalerem, co jej nie zdziwiło. Mimo swojego bogactwa nie robił ujmującego wrażenia na kobietach.

Zadzwonił telefon Boba. Wymamrotał pod nosem przekleństwo. Gdy odebrał połączenie, zaklął jeszcze dosadniej.

– Wybacz – przeprosił. – McAllister przybył przed czasem. Inni jeszcze nie dotarli, a ja nie doczytałem do końca tej piekielnie skomplikowanej umowy. Czy mogłabyś zejść na dół i go powitać? Zaparz mu kawy. Jesteś w tym dobra.

Z całą pewnością. Odkąd przeszła do działu Boba, niewiele robiła prócz kawy. Równie dobrze mogła zostać kelnerką. Ale ponieważ matka nauczyła ją dobrych manier i towarzyskiej ogłady, z uśmiechem wyraziła zgodę. Bob odwzajemnił uśmiech.

– Dobra z ciebie dziewczynka – pochwalił.

Gdyby ktoś młodszy od trzydziestosześcioletniego szefa zaserwował jej taki komplement, potraktowałaby go jak obelgę. Nie była już dzieckiem! Skończyła dwadzieścia pięć lat!

Wstała i ruszyła ku recepcji, zadowolona, że dostała jakiekolwiek zajęcie. Prawdę mówiąc, ciekawiło ją również, jak ten intrygujący gość wygląda bez okularów słonecznych.

Zaraz go zobaczyła. Siedział sam na dwuosobowej sofie w obszernej recepcji. Ubrany w ciemnoszary, urzędowy garnitur, białą koszulę i raczej nieciekawy granatowy krawat, wsparł wygodnie rękę na oparciu sofy i założył nogę na nogę. Nosił wprawdzie czyste, ale już stare buty. Najwyraźniej nie obchodziła go moda. Wyglądało na to, że magnaci przemysłu wydobywczego niewiele sobie z niej robią.

Ku jej rozczarowaniu zamknął oczy, ale resztę obejrzała dokładnie. Ciemnobrązowe włosy, krótko ostrzyżone na czubku głowy, a jeszcze krócej po bokach, nadawały mu wygląd macho. Miał większy nos, niż myślała, ale go nie szpecił, i szerokie usta o cienkiej górnej wardze i nieco pełniejszej dolnej, lecz nie na tyle, by złagodziła twardość rysów.

Nie był przystojny w tradycyjnym sensie, ale jeszcze zanim otworzył oczy, stwierdziła, że ją pociąga. Dziwne, zważywszy, że nigdy nie interesowali jej potężni siłacze. Wolała smukłych, eleganckich intelektualistów. Stanęła metr przed nim i spytała nieco zbyt wysokim ze zdenerwowania głosem:

– Pan McAllister?

Nauczyciel dykcji nazwał jej głos melodyjnym, ale zdaniem Sarah brzmiał zbyt dziecinnie, by zrobić wrażenie na sali sądowej. Ale pracowała nad nim.

W końcu uniósł powieki i zobaczyła jego oczy, stalowoszare, obramowane długimi rzęsami, nie lodowate, lecz zdecydowanie chłodne… a równocześnie gorące. Pochwyciwszy głodne spojrzenie, gdy zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, zaczerwieniła się. Co za wstyd!

– Tak, to ja – odpowiedział, wstając z miejsca.

Mimo wzrostu metr siedemdziesiąt i butów na obcasach Sarah musiała zadrzeć głowę, żeby na niego popatrzeć. Ponieważ zaschło jej w ustach, oblizała wargi i przywołała na twarz uprzejmy uśmiech, choć zachowanie kontroli nad sobą kosztowało ją wiele wysiłku.

– Ponieważ obecni właściciele kopalni jeszcze nie dotarli, pan Katon poprosił, żebym się panem zajęła – poinformowała tak spokojnie, jak potrafiła. – Proszę za mną.

– Za tobą poszedłbym nawet do piekła, kochanie – odpowiedział z nieznacznym uśmieszkiem.

Sarah aż otworzyła usta ze zdziwienia. Z bezgranicznym zdumieniem stwierdziła, że czuje to samo co on.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sydney, piętnaście miesięcy później

Scott stał przy oknie, patrząc w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Prawdę mówiąc, widok nie olśniewał urodą. Nic prócz zatłoczonych ulic i monotonnych budowli. Biurowiec zarządu kopalni McAllister Mines stał bowiem w południowej części Sydney, a nie przy malowniczym porcie z lśniącą tonią wody, wspaniałym budynkiem Opery, ogrodami i parkami.

Zresztą tego poniedziałkowego poranka nic by go nie uspokoiło. Nigdy w życiu nie przeżył takiego szoku. Owszem, śmierć ojca go załamała, ale stwierdził, że łatwiej znieść utratę bliskiej osoby niż zdradę. Nadal nie mógł uwierzyć, że Sarah go zdradziła. Byli małżeństwem zaledwie od roku. Poprzedniego dnia obchodzili pierwszą rocznicę ślubu. Aczkolwiek Scott nie ufał płci przeciwnej, Sarah w niczym nie przypominała pań odpowiedzialnych za jego sceptycyzm.

Tekst z załączonymi zdjęciami przysłano na jego służbowy telefon w piątek, zaraz po zakończeniu negocjacji z przedsiębiorcą z Singapuru, przebywającym na Złotym Wybrzeżu. Scott liczył na to, że pomoże mu on odzyskać płynność finansową.

Na szczęście w momencie otrzymania wiadomości był już sam. Nikt nie widział, że przeżył wstrząs, pomieszany z niedowierzaniem. W końcu musiał zaakceptować dowody. Obciążające zdjęcia opatrzono datą i godziną. Zostały zrobione tego samego dnia w porze lunchu.

Podpis głosił:

„Przypuszczalnie chciałby pan wiedzieć, dokąd pańska żona wychodzi podczas pańskiej nieobecności.

Przyjaciel”.

Wątpliwe – pomyślał Scott z goryczą. – Raczej konkurent w interesach albo zawistna koleżanka Sarah.

Jego żona budziła zazdrość w innych kobietach. I we własnym mężu, co nie oznaczało, że była niewinna. Jego ojciec mawiał, że jeśli coś wygląda, chodzi i kwacze jak kaczka, najprawdopodobniej nią jest. Scott szybko uwierzył, że Sarah ma romans z wytwornie ubranym, zabójczo przystojnym łajdakiem, z którym ją sfotografowano.

Dzika zazdrość skłoniła go do pozostawienia swojej asystentki Cleo na Złotym Wybrzeżu, żeby dokończyła za niego negocjacje. Pod fałszywym pretekstem nagłej choroby Sarah poleciał wprost do domu na konfrontację z niewierną małżonką.

Zamierzał wypytać ją natychmiast w nadziei, że uzyska jakieś logiczne wyjaśnienie. Ale kiedy dotarł do mieszkania, wprost rzuciła się na niego, jakby uszczęśliwił ją jego wcześniejszy powrót.

Całowała namiętniej niż zwykle. Wprawdzie pożycie małżeńskie dostarczało mu dotąd satysfakcji, ale tego dnia po raz pierwszy przejęła inicjatywę. Później doszedł do wniosku, że pewnie z poczucia winy. Najdziwniejsze, że kiedy zasnęła po miłosnym maratonie, to on czuł się winny, choć w niczym nie zawinił.

Okłamała go z zimną krwią, że podczas przerwy na lunch poszła kupić mu specjalny prezent na rocznicę ślubu. Tymczasem dokładnie wiedział, co wtedy robiła!

Zostawił ją i poszedł do gabinetu, gdzie upił się do nieprzytomności, aż w końcu padł bezwładnie na sofę.

Tam znalazła go następnego ranka. I tam też doszło do odrażającej konfrontacji. Scott nadal nie ochłonął po zarzutach i obelgach, które rzuciła mu w twarz. W końcu wyszła. I nie wróciła.

W sobotę wieczorem wreszcie przyjął do wiadomości, że może nigdy nie wrócić. Powinno go to ucieszyć, ale nie ucieszyło. Nie chciałby wprawdzie żyć z żoną, której nie może ufać, ale nurtowały go wątpliwości, czy nie wyciągnął pochopnych wniosków.

Pukanie do drzwi wyrwało go z posępnych rozważań.

– Proszę! – zawołał, odchodząc od okna.

Cleo weszła do środka niepewnie, z zatroskaną miną. Scott przedstawił jej rano skróconą wersję wydarzeń. Nie potrafiłby jej okłamać. Przez trzy lata wspólnej pracy zostali szczerymi przyjaciółmi. Przeżyła większy szok niż on i otwarcie wyraziła niedowierzanie:

– To niemożliwe! Sarah nigdy by cię nie zdradziła! Kocha cię do szaleństwa.

On też tak myślał do tej pory. Ale najwyraźniej obydwoje się mylili.

Scott pokazałby jej zdjęcia, gdyby w sobotę po południu nie oddał ich szefowi ochrony, Harveyowi. Ciężko zniósł to upokorzenie, ale musiał sprawdzić ich autentyczność i poznać tożsamość człowieka, z którym się spotkała.

Mężczyzna z fotografii, niższy i szczuplejszy od niego, miał przystojną twarz, elegancką, smukłą sylwetkę i wytworne ubranie. Scott znienawidził go od pierwszego wejrzenia.

– Harvey zadzwonił, że właśnie do nas idzie – poinformowała Cleo. – Zaparzyć wam kawy?

Scott czekał wprawdzie na przybycie ochroniarza od samego rana, ale w tej chwili żałował, że rozpoczął śledztwo. Powinien najpierw skłonić Sarah do pozostania i złożenia wyjaśnień. Ale prawdopodobnie nic by nie zyskał. Nie zakwestionowała autentyczności fotografii. Skierowała swe oburzenie przeciwko niemu za to, co robił minionej nocy.

Miała trochę racji. Powinien pokazać jej te zdjęcia zaraz po powrocie do domu. Oczywiście następnego ranka nadal był na nią zbyt wściekły, żeby przeprosić za swoje zachowanie, które nazwała godnym jaskiniowca. Niemal zdołała obudzić w nim poczucie winy. Gdy wypadła z mieszkania jak burza, niewiele brakowało, by uwierzył w jej niewinność, póki z powrotem nie spojrzał na te przeklęte zdjęcia.

Zacisnął zęby i ponownie zwrócił wzrok na asystentkę.

– Nie, dziękuję za kawę. I za to, że mnie zastąpiłaś w piątek. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.

– Niewiele zdziałałam. Inwestor nie krył, że nie życzy sobie negocjować z kobietą, zwłaszcza przed trzydziestką. Ale moim zdaniem lepiej sobie poradzisz bez jego pieniędzy. Nie budził zaufania. Miał rozbiegane oczy.

Scott nieznacznie się uśmiechnął. Cleo zwykła oceniać ludzi po wyrazie oczu. Przeważnie trafnie. Kilkakrotnie uchroniła go przed błędnymi decyzjami. I lubiła Sarah. Uważała ją za wspaniałą, uroczą dziewczynę. Ale nie zawsze musiała mieć rację.

– W takim razie skreślę go z listy potencjalnych partnerów – oznajmił.

– Szczerze ci radzę. Jednak musisz szybko znaleźć wiarygodnego wspólnika. Inaczej będziesz musiał zamknąć rafinerię albo również i kopalnię. Nie możesz w nieskończoność utrzymywać nierentownych zakładów.

– Wiem. Poszukaj, proszę, kogoś odpowiedniego, najlepiej z Australii. O, Harvey przyszedł.

Cleo zostawiła ich samych. Pokerowe oblicze Harveya nic nie wyrażało. Spędził dwadzieścia lat w policji, a następne dziesięć jako prywatny detektyw, zanim podjął pracę u Scotta. Atletyczna sylwetka czyniła z niego idealnego ochroniarza. Branża górnicza stwarza określone zagrożenia, zwłaszcza w obliczu zamknięcia kopalni, choćby tymczasowego. Choć Harvey nosił dżinsy i skórzaną kurtkę jak robotnik, był też wybitnym specjalistą od informatyki – niezbędnego narzędzia w erze komputerów.

Scott zamknął drzwi gabinetu i wskazał mu jeden z dwóch foteli przed biurkiem. Oczy Harveya wyrażały więcej współczucia niż kiedykolwiek. Scott zapadł w fotel i wziął głęboki oddech.

– Wygląda na to, że nie masz dla mnie dobrych wiadomości? – zagadnął, usiłując ukryć narastające zdenerwowanie.

– Nie.

Harvey nie szafował słowami. Położył telefon Scotta na biurku.

– Zdjęcia zrobiono jednorazowym aparatem. Nie można go namierzyć. Został wyrzucony.

– Tak podejrzewałem. Czy są autentyczne?

– Tak. Nie zostały obrobione.

– A daty i godziny?

– Też są prawdziwe. Zdołałem przejrzeć nagrania z kamer hotelowych.

– W którym hotelu?

– W Regency.

Scott zesztywniał. Pięciogwiazdkowy hotel Regency stał niedaleko kancelarii, w której pracowała Sarah.

– Co jeszcze wykryłeś? – dopytywał, przygotowany na najgorsze.

– Wypytałem barmana, który pracował tam w piątek. Zapamiętał Sarah.

Nic dziwnego – pomyślał Scott. Tylko ślepy nie zauważyłby jasnowłosej piękności o wielkich, błękitnych oczach i ustach, zdolnych skusić samego Świętego Piotra. Smukła, lecz kształtna figurka w bardzo kobiecych ubraniach z daleka przyciągała męskie spojrzenia.

Doskonale pamiętał pierwsze spotkanie. Kupował kopalnię diamentów, której złoża uznano za wyczerpane, ale przeczuwał, że to nieprawda. Dlatego przybył wcześniej do kancelarii Goldstein & Evans, z której usług zawsze korzystał w Sydney przy podpisywaniu umów.

Gdy Sarah go powitała, myślał, że przysłano po niego hostessę, a nie prawniczkę zaraz po studiach. Scott zakochał się do szaleństwa od pierwszego wejrzenia. Tydzień później na trzeciej randce Sarah wyznała, że tak samo ją oczarował. Uwierzył jej. Trzy miesiące później została jego żoną. Po roku wszystko wskazywało na to, że wkrótce przestanie nią być.

– Co jeszcze mówił?

– Że wyglądali na zaprzyjaźnionych. Usiedli w odosobnionym kąciku. Nie pili dużo. Tylko rozmawiali. Po piętnastu minutach wstali i wyszli.

Obydwaj wiedzieli, dokąd. Fotografie powiedziały im wszystko. Mężczyzna poszedł do recepcji i wynajął pokój. Potem wsiedli do windy i poszli do pokoju, który opuścili dopiero po czterdziestu pięciu minutach.

– Barman twierdzi, że nigdy jej tam wcześniej nie widział. Ale jego rozpoznał. Bywał tam kilkakrotnie z jakąś brunetką.

– Czy poznałeś jego tożsamość?

– Tak. Nazywa się Philip Leighton. Prawnik, po trzydziestce.

– I pracuje w Goldstein & Evans?

– Tak. W dziale spraw rodzinnych. Specjalizuje się w sprawach rozwodowych. Obsługuje zamożną klientelę. Jego ojciec jest senatorem. Plotka głosi, że syn też myśli o karierze politycznej. Nie ma żony ani stałej partnerki. Uchodzi za kobieciarza. Jego kolega z pracy określił go mianem złotoustego uwodziciela.

Scott wolał sobie nie wyobrażać, co wyczyniał tymi swoimi złotymi ustami, ale zżerała go zazdrość. Nie znosił, gdy ktoś robił z niego durnia. A Sarah próbowała. Gwałtownie wyraziła oburzenie, żeby odwrócić uwagę od własnych występków. Wyglądało na to, że uległa temu przystojnemu łajdakowi.

Przemknęło mu przez głowę, że gdyby tak często nie wyjeżdżał w interesach, do niczego takiego by nie doszło.

No nie! Jeszcze szukał dla niej usprawiedliwień!

– Co jeszcze? – pytał dalej.

– Tylko tyle, że nie poszła do niego po wyprowadzce z waszego mieszkania. Ma dom na północnym wybrzeżu, ale nie dostrzeżono w pobliżu ani jej, ani jej auta.

Ostatnia wiadomość bynajmniej nie pocieszyła Scotta.

– Przypuszczalnie zamieszkała u Cory’ego, swojego najlepszego przyjaciela – wymamrotał. – Poznała go na uniwersytecie.

Nie dodał nic więcej, ponieważ nie znał dokładnie okoliczności nawiązania przyjaźni Sarah z młodym architektem. Nagle uświadomił sobie, że niewiele wie o własnej żonie.

Podczas krótkiego narzeczeństwa wyjawiła tylko, że jej matka zmarła, a ojciec i starszy brat zerwali z nią kontakt. Rodzice się rozwiedli, gdy miała kilkanaście lat. Brat został przy ojcu, mimo że drań zdradzał żonę. Scott nigdy nie wypytywał Sarah o przeszłość ani też o przyjaźń z Corym, ponieważ nie widział powodu do niepokoju. Polubił tego chłopaka, z wzajemnością.

Lecz teraz z pewnością stracił sympatię Cory’ego. Nie wątpił, że Sarah opowiedziała mu, co zrobił w piątkową noc. Zawsze mu wszystko mówiła. Czasami gawędzili i żartowali godzinami przez telefon jak dwoje nastolatków. W tym momencie chciałby być muchą na jego ścianie. Ale prawdopodobnie nic by nie usłyszał. W poniedziałek obydwoje z pewnością poszli do pracy.

Nagle zapragnął kontynuować śledztwo na własną rękę. Sporo się dowiedział, ale wciąż za mało. Czy Sarah kocha Leightona? A czy kiedykolwiek kochała jego? Przysiągłby, że tak. Ale też dałby głowę, że nigdy by go nie oszukała. A jednak to zrobiła.

Podziękował Harveyowi, odczekał, aż wyjdzie, i wykręcił numer kancelarii Sarah. Kiedy usłyszał, że jest na zwolnieniu lekarskim, nie wiedział, co myśleć. Sarah nigdy nie brała wolnego, pod żadnym pozorem. Uwielbiała swoją pracę, zwłaszcza odkąd zatrudniono ją na stałe w sekcji pro bono jako adwokata z urzędu. Reprezentowała ludzi, którzy nie mogli sobie pozwolić na opłacenie adwokata w sprawie o nieuzasadnione zwolnienie z pracy i kilku o dyskryminację z powodu płci. Większość z nich wygrywała. Z pewnością nie wzięła wolnego dnia bez powodu.

Pewnie nadal była zgnębiona. Ale czy jego zachowaniem, czy własnym? Może tylko raz go zdradziła i zaraz tego pożałowała? Może w piątek wieczorem usiłowała wynagrodzić mu krzywdę?

Nagle przemknęło mu przez głowę, że uciekła z Leightonem do innego stanu albo nawet za ocean.

– Czy pan Leighton jest dziś w pracy? – zapytał recepcjonistkę.

– Tak. Połączyć pana z nim?

Scott odetchnął z ulgą.

– Nie, dziękuję. Na razie nie trzeba – odpowiedział.

Nie zamierzał zostawić Leightona w spokoju. Najpierw jednak musiał porozmawiać z Sarah, a dopiero później z łotrem, który uwiódł mu żonę. Nie wątpił, że to on zrobił pierwszy krok. Nie posądzał bowiem Sarah o niestałość.

A jeżeli się mylił? Pojął, że praktycznie wcale jej nie zna.

Pokręcił głową i wybrał jej numer. Przypuszczał, że nie odbierze, tak jak przez cały weekend. Lecz numer był zajęty. Z kim rozmawiała? Z Corym czy z kochankiem? I gdzie przebywała? Prawdopodobnie nadal u kolegi. Nie mogąc usiedzieć na miejscu, ściągnął marynarkę z wieszaka i podszedł do biurka Cleo.

– Odwołaj, proszę, wszystkie popołudniowe spotkania i wyjdź dzisiaj wcześniej. Zasługujesz na odpoczynek.

Cleo podniosła na niego wzrok i westchnęła:

– Nie popełnisz żadnego głupstwa, prawda?

– Dzisiaj nie. Największe popełniłem rok temu.

Nie musiał dodawać, że ma na myśli ożenek z praktycznie nieznajomą dziewczyną. Sarah do dziś stanowiła dla niego nierozwiązaną zagadkę.

Najbardziej zaszokowało go, że kiedy ją poznał, była dziewicą.

Odkąd przestał patrzeć na nią przez różowe okulary, powróciła dawna nieufność wobec płci przeciwnej. Idąc na podziemny parking, zaczął się zastanawiać, dlaczego pozostała nietknięta przez całe studia i podczas dwuletniej podróży z plecakiem po świecie. Może chroniła swoje dziewictwo, żeby złapać na ten atut bogatego męża? Konkretnie jego.

Odkąd zbił fortunę, poznał parę materialistek, ale wszystkie miały za sobą doświadczenia erotyczne. Z początku zaakceptował wyjaśnienie Sarah, że patrząc na poczynania niewiernego ojca, straciła zaufanie do mężczyzn. Dodała, że zanim poznała Scotta, nie pragnęła się z nikim kochać, czym mu bardzo pochlebiła. Ponieważ słowom towarzyszyło szczere spojrzenie wielkich, błękitnych oczu, bez trudu go przekonała.

Najwyraźniej miłość go zaślepiła. Lecz teraz przejrzał na oczy. Wsiadł do mercedesa i włączył silnik. Potrzebował odpowiedzi. Niejednej.

Tytuł oryginału: The Magnate’s Tempestuous Marriage

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2017

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2017 by Miranda Lee

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327642813

Konwersja do formatu EPUB: Legimi S.A.