Podróż po miłość - Miranda Lee - ebook
Opis

Jess Murphy właśnie straciła ukochaną pracę w ekskluzywnym butiku z ubraniami. Tymczasowo pomaga rodzicom w wypożyczalni samochodów. Niespodziewanie odbiera telefon od biznesmena Benjamina De Silvy, który niedawno kupił butik i wprowadza w nim niekorzystne zmiany. Ponieważ De Silva potrzebuje pilnie samochodu z kierowcą, Jess postanawia wykorzystać okazję, by porozmawiać. Jedzie z Benjaminem jako kierowca na wesele jego przyjaciela… 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 153

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Miranda Lee

Podróż po miłość

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

„Jeśli coś może się nie udać, to się nie uda” – mówi prawo Murphy’ego.

Jess tak nie uważała, mimo że miała na nazwisko Murphy. Tymczasem jej ojciec, Joe, w to prawo wierzył święcie i gdy coś było nie tak, zawsze o nim przypominał. Kiedy więc psuła się pogoda, zwłaszcza w weekend, kiedy spadały kursy na giełdzie, kiedy łapał gumę, wioząc pannę młodą na ślub – Joe Murphy był właścicielem wypożyczalni samochodów – albo też drużyna piłki nożnej, której kibicował, odpadała w półfinałach o puchar Australii – wtedy nieodmiennie działało prawo Murphy’ego. Jej tata, trzeba przyznać, miał skłonności do fatalizmu.

Jess, w odróżnieniu od niego, nie była przesądna, a jeśli sprawy nie układały się po jej myśli, zamiast kłaść to na karb losu, który spłatał złośliwego figla, próbowała to racjonalnie wyjaśnić.

Kiedy więc przed miesiącem jej chłopak, Colin, oznajmił nagle, że zamiast jechać z nią w podróż po Australii, wybiera się z kumplem na roczną wyprawę dookoła świata, nie winiła za to prawa Murphy’ego. Mimo że na tę wymarzoną, romantyczną podróż kupiła nowego SUV-a i mimo że zaczynała się łudzić co do Colina, że może będzie facetem jej życia. Gdy trochę ochłonęła, pogodziła się z przykrą prawdą, że jej chłopak najwyraźniej nie jest jeszcze gotów na poważny związek. I wypaliła mu to prosto w twarz, choć zapewniał ją o swojej miłości i prosił, żeby na niego czekała.

Jess nie wyjaśniała też prawem Murphy’ego tego, że właśnie straciła ukochaną pracę weekendową w Fab Fashions, sieciowym butiku z ciuchami. Wiedziała bowiem świetnie, dlaczego ją wylali. Mianowicie cała sieć Fab Fashions borykała się z trudnościami finansowymi i została tanio wykupiona przez bogatego inwestora z Ameryki, który jasno postawił sprawę, że jeżeli do końca roku butiki nie zaczną przynosić zysku, to je zlikwiduje i przestawi się wyłącznie na internetową sprzedaż ubrań. Dlatego właśnie w sklepach zaczęły się redukcje pracowników.

Jej szefowa, Helen, była z niej bardzo zadowolona i wcale nie chciała jej zwalniać. Ale musiała, bo wybór był prosty: albo poleci Jess, albo jej koleżanka, która jako samotna matka bardzo potrzebowała tej posady. A Jess w tygodniu pracowała przecież w wypożyczalni u ojca, a dodatkową pracę w Fab Fashions wzięła tylko dlatego, że uwielbiała modę i planowała otworzyć kiedyś własny biznes w tej branży.

Zdumiewała ją pazerność tego amerykańskiego inwestora. I jego głupota. Nie mogła się nadziwić, że nawet nie próbował się dowiedzieć, dlaczego Fab Fashions nie przynosi zysku. Przecież mogłaby mu to łatwo wytłumaczyć!

Ostatniego dnia przed odejściem dowiedziała się od Helen, że ów biznesmen z Ameryki to niejaki Benjamin De Silva. Z jej dzisiejszych poszukiwań w internecie wyszło, że sieć Fab Fashions została wykupiona, podobnie jak parę innych australijskich firm, przez nowojorskie imperium finansowe De Silva&Associates. Okazało się też, że jego głównym udziałowcem i prezesem jest miliarder Morgan De Silva, od lat wymieniany przez „Forbesa” na liście najbogatszych ludzi na świecie. Sześćdziesięciopięcioletni, rozwiedziony przedsiębiorca ma jedynego syna, Benjamina, czyli właśnie tego aroganta, który przyjechał do Australii, żeby zrobić porządek z Fab Fashions.

Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu.

– Wypożyczalnia Murphy’ego, w czym mogę pomóc?

– Dzień dobry, chciałbym wynająć auto z kierowcą – mężczyzna mówił z amerykańskim akcentem – na trzy doby, od jutrzejszego rana.

Zdziwiona uniosła brwi. Takie prośby w ich niewielkiej firmie nie zdarzały się często. Klienci brali zwykle któryś z siedmiu samochodów na jeden dzień. Trzy białe limuzyny wypożyczano na śluby albo inne uroczystości, dwoma mercedesami jeżdżono najczęściej na lotnisko w Sydney, a czarna limuzyna z przyciemnionymi szybami służyła tym, którzy mieli gruby portfel i chcieli zapewnić sobie dyskrecję.

Ojciec w zeszłym tygodniu dokupił pięknego, starego cadillaca, ale ten kabriolet jeszcze był dla klientów niedostępny, bo siedzenia w nim wymagały nowego obicia skórą.

– Bardzo mi przykro, proszę pana, ale niestety nie będziemy w stanie panu pomóc, bo wszystkie nasze auta zostały zarezerwowane na ten weekend- powiedziała Jess, która nawet nie musiała zaglądać do komputera. W tę sobotę, jak to na wiosnę, mieli do obsłużenia kilka ślubów.

– Obdzwoniłem już chyba wszystkie wypożyczalnie w promieniu stu kilometrów i nic z tego nie wyszło. – Amerykanin westchnął ciężko. – Ale czy naprawdę nie byłaby pani w stanie czegoś dla mnie wyczarować? Czegokolwiek, bo to przecież nie musiałaby być limuzyna. Wystarczyłby zwykły samochód, tyle że z szoferem. W sobotę żeni się w Mudgee mój najbliższy przyjaciel, a ja jestem drużbą na ślubie. I muszę tam dotrzeć już jutro, na wieczór kawalerski. Problem w tym, że jakiś pijany kierowca rozwalił mi wczoraj mój wynajęty samochód, mam po wypadku zwichniętą ręką i nie mogę prowadzić.

– Bardzo panu współczuję – odparła szczerze – ale niestety my nie jesteśmy w stanie panu pomóc – powtórzyła.

– Jestem gotów bardzo dobrze zapłacić, znacznie powyżej zwykłej stawki – powiedział, gdy już chciała mu poradzić, żeby po prostu wynajął taksówkę.

– To znaczy, ile? – spytała czujnie, pamiętając, że SUV-a kupiła na kredyt i musi za niego płacić wysokie raty.

– Za samochód z kierowcą zapłacę każdą cenę.

O rany, ten facet chyba ma dosyć kasy, żeby wynająć helikopter, pomyślała, ale rzecz jasna nie podzieliła się z nim tą refleksją.

– To brzmi bardzo obiecująco, panie…?

– De Silva. Nazywam się Benjamin De Silva.

Co takiego? To nie do wiary, w taki niebywały zbieg okoliczności aż trudno uwierzyć. Ale przecież się nie przesłyszała…

– Czy pani mnie słucha?

– Tak, oczywiście – wydusiła z trudem. – Przepraszam… ja po prostu… po prostu na chwilę zgasł mi ekran komputera, bo mój kot wskoczył na klawiaturę – wyjaśniła, zerkając na swojego ulubieńca, śpiącego smacznie na parapecie.

– Trzyma pani kota? W biurze?

– Jesteśmy firmą rodzinną – odparła sztywno – i ja, proszę pana, urzęduję w domu.

– Rozumiem i przepraszam za ciekawość. Więc może mi pani pomóc?

Jasne, że mu pomoże. Nie dość, że dobrze zarobi, to jeszcze przy okazji może uda jej się coś załatwić z tym ważniakiem. Przecież do Mudgee jedzie się dobre pięć, sześć godzić, więc po drodze będzie niejedna sposobność, żeby mu powiedzieć, dlaczego jej zdaniem firma Fab Fashions przeżywa trudności finansowe.

– Owszem, skoro tak panu na tym zależy, zawiozę tam pana osobiście. Mam nowe auto z napędem na cztery koła, kwalifikacje mechanika samochodowego i instruktora nauki jazdy.

– Jestem pod wrażeniem i bardzo pani dziękuję.

– Proszę mi wobec tego podać dane adresowe. Skąd pana zabieram i dokąd dokładnie jedziemy?

– Proszę bardzo. – Podał jej adres mieszkania w Blue Bay, w którym się zatrzymał. – A miejsce docelowe to posiadłość pod Mudgee, która nazywa się Valleyview Winery. Po podrzuceniu mnie zatrzyma się pani do niedzieli w hotelu, rzecz jasna na mój koszt.

– Czyli nie będę panu potrzebna w sobotę?

– Nie, ale oczywiście zapłacę pani dniówkę. Proszę mi tylko podać kwotę. – Zanim jednak zdążyła to zrobić, spytał: – Czy zgodzi się pani na tysiąc dolarów za dzień?

– To za dużo – wyrwało jej się spontanicznie. – Ale skoro tyle pan oferuje, umowa stoi – dodała po chwili. – Proszę mi jeszcze podać numer pana paszportu, numer komórki oraz dane osoby, z którą należy się skontaktować w razie nagłego wypadku.

Nie zdziwiła się wcale, gdy usłyszała, że to będzie jego ojciec, Morgan De Silva, zamieszkały w Nowym Jorku.

– Mam do pani prośbę, proszę mi mówić po imieniu: Benjamin albo krócej, Ben.

– Okej – zgodziła się z lekkim zaskoczeniem, że ten cały De Silva może wcale nie jest takim nadętym bufonem. – Przyjadę po ciebie o siódmej piętnaście, żebyśmy przed godziną szczytu zdążyli wyjechać na obwodnicę Sydney.

– Świetnie, wobec tego kwadrans po siódmej będę czekał przed domem – powiedział ku jej zdumieniu, bo bogaci turyści, po których dotychczas jeździła, zwykle czekali na nią w mieszkaniu i chcieli, żeby im pomogła znieść bagaż do auta.

– Przyjadę punktualnie.

– I jeszcze jedno, jak mam się do pani zwracać?

– Nazywam się Murphy, Jessica Murphy. – Chociaż miała mu ochotę powiedzieć, żeby mówił jej, jak wszyscy, Jess, nie była jednak w stanie się przemóc. Bo koniec końców nie wolno jej zapominać, że ten facet to jej wróg.

ROZDZIAŁ DRUGI

Ben z westchnieniem schował komórkę do kieszeni dżinsów. Całą drogę do Mudgee przyjdzie mu spędzić w towarzystwie niejakiej Jessiki Murphy, która jest wykwalifikowanym mechanikiem oraz instruktorem jazdy i na pewno ma grubo po czterdziestce. Ale trudno, mus to mus. Przecież w szpitalu powiedzieli mu jasno, że przynajmniej przez tydzień nie będzie mógł prowadzić. Nie z powodu prawej ręki, posiniaczonej i wciąż trochę sztywnej, ale dlatego, że przeszedł lekki wstrząs mózgu.

To idiotyzm, skoro już właściwie nic mi nie dolega, pomyślał, nalewając sobie do kryształowej szklanki solidną porcję najlepszego burbona, jaki miała w barku jego matka. Ale zamiast się irytować, powinien się cieszyć, że w końcu udało mu się znaleźć transport. Tyle że z tej Jessiki Murphy straszna formalistka i to mu zalazło za skórę. Żałował nawet trochę, że jej zaproponował, żeby mówiła mu po imieniu. Zrobił to tylko dlatego, że chciał z nią przełamać lody. Ale tak czy siak, ta podróż może się okazać trudna do zniesienia.

Gdyby tylko matka była pod ręką, na pewno by go zawiozła na ten ślub. Ale nie, ona akurat teraz musiała wyprawić się w rejs na Pacyfik ze swoim nowym kochankiem Lionelem. Lionel ma po pięćdziesiątce, więc w odróżnieniu od jej poprzednich facetów jest od niej niewiele młodszy. Czyżby matce, która po rozwodzie z jego ojcem lubiła sobie brać do łóżka znacznie młodszych partnerów, zmieniały się upodobania?

Ben już na tyle wydoroślał, by w końcu zrozumieć, że życie jego matki Avy, to nie jego sprawa. Szkoda tylko, że ona nie umiała mu odpłacić tym samym i ostatnio ciągle się dopytywała, kiedy wreszcie ożeni się z Amber. A on i bez jej nacisków miał dość problemów z tym związkiem, nie wiedząc, czy ma zrezygnować z romantycznych marzeń o małżeństwie z miłości. Z drugiej jednak strony, gdyby poślubił Amber, to przynajmniej mógłby mieć pewność, że ona nie wyszła za niego dla pieniędzy. Bo Amber, jako jedyna córka superbogatego dewelopera, nie musi polować na fortunę.

Szczerze mówiąc, Ben odnosił do niedawna wrażenie, że ona jeszcze nie dojrzała do małżeństwa. Przy swoich dwudziestu czterech latach korzystała z życia jako singielka, miała mało absorbującą pracę w eleganckiej galerii sztuki, kalendarz wypełniony imprezami towarzyskimi i chłopaka, który ją zaspakajał seksualnie. Tymczasem jednak nieoczekiwanie zapytała go, czy zamierza się z nią ożenić. Powiedziała mu, że go kocha, ale zależy jej na założeniu rodziny, więc jeśli on nie planuje z nią ślubu, to powinni się rozstać.

Zgodnie z prawdą przyznał jej wtedy, że ogromnie ją lubi, ale to nie jest miłość. I, o dziwo, jego szczera deklaracja wcale jej nie zraniła, co jak na zakochaną kobietę wydało mu się dosyć osobliwe. Amber dała mu czas do namysłu, prosząc jednak, żeby podjął decyzję do Bożego Narodzenia.

Zamyślony stanął z drinkiem w dłoni przy ogromnym oknie z widokiem na ocean. Przyrzekł Amber, że po powrocie z Australii da jej odpowiedź. Tak, chciał założyć rodzinę. Ale był ledwie po trzydziestce i miał nadzieję, że jeszcze znajdzie prawdziwą i odwzajemnioną miłość. Ewentualnego rozwodu nie brał pod uwagę, bo wiedział z własnego doświadczenia, jakie to bolesne dla dzieci. Bardzo cierpiał, mimo że jego rodzice potrafili rozejść się bez walki. Ojciec nie rościł sobie prawa do opieki nad nim, Ava wróciła do Australii, zabierając ze sobą dziecko, a Morgan gościł go później w Ameryce tylko w czasie wakacji. Kiedy rodzice się rozstawali, jedenastoletniemu Benowi powiedzieli tylko, że czasem ludzie się rozchodzą, bo miłość wygasa.

Początkowo nie chciał jechać do Australii, ale z czasem pokochał ten fantastyczny kraj. Polubił swoją szkołę, miał mnóstwo przyjaciół, a potem spędził cudowne lata na uniwersytecie w Sydney, gdzie skończył prawo. Dzielił wtedy mieszkanie ze swoim najlepszym kumplem, Andym, z którym zaprzyjaźnili się jeszcze w szkolnym internacie i studiowali ten sam kierunek. Przykrą prawdę usłyszał od ojca dopiero później. Matka, powiedział mu ojciec, nie kochała go i zaszła w ciążę, żeby go zmusić do małżeństwa. Zależało jej tylko na jego majątku. Ojciec nie chciał go zranić, ale uważał, że Ben, dla własnego dobra, powinien o tym wiedzieć.

– Odziedziczysz miliardy – powiedział – więc musisz uważać z kobietami.

Gdy Ben powtórzył słowa ojca matce, zareagowała z furią, ale nie przeczyła, że wyszła za mąż dla pieniędzy. Wyjaśniła mu jednak powody, dla których tak postąpiła. Pochodziła z bardzo biednej rodziny i tylko dzięki wyjątkowej urodzie wyrwała się z nędzy, została modelką i zatrudniła się w prestiżowej agencji nowojorskiej. Przez parę lat świetnie zarabiała, ale już po trzydziestce zorientowała się, że jej menedżer zdefraudował zgromadzone przez nią oszczędności. Kiedy więc na horyzoncie pojawił się bajecznie bogaty Morgan De Silva, dała mu się uwieść. Przyznała Benowi, że nie kochała jego ojca, ale twierdziła, że z jego strony też nie było miłości.

– On kocha tylko pieniądze – skwitowała z goryczą.

Ben wkrótce po studiach wyjechał do Ameryki. Ava, mimo swych licznych wad, była wspaniałą matką, więc pozostali w bliskiej relacji. Co parę dni rozmawiał z nią przez telefon, ale z braku czasu nie odwiedzał jej zbyt często.

Po ukończeniu podyplomowych studiów ekonomicznych na Harvardzie zaczął karierę w imperium finansowym ojca i szybko wspiął się na stanowisko dyrektorskie. Zarabiał miliony dolarów, mieszkał w luksusowym mieszkaniu na Manhattanie, jeździł najdroższymi samochodami i miał opinię playboya, który zmienia dziewczyny jak rękawiczki. I jeszcze nigdy się nie zakochał.

To, że ich związek z Amber przetrwał osiem miesięcy, niemal go dziwiło. Ale może tajemnica polegała na tym, że ta relacja była stosunkowo luźna, a atrakcyjna i pogodna Amber nie próbowała go sobie zawłaszczyć. Kiedy w końcu mu oznajmiła, że go kocha, może pod wpływem mantry ojca, który przestrzegał syna przed kobietami polującymi na majątek, poczuł, że chyba powinien rozważyć to małżeństwo.

– Bogaci mężczyźni muszą się żenić z bogatymi dziewczynami – powtarzał Morgan – i nie kierować się sercem, tylko rozumem.

Mądra rada. Ben czuł jednak w głębi duszy, że mariaż jedynie z rozsądku jego by nie zadowolił. Podjął więc decyzję: będzie musiał powiedzieć Amber, że się z nią nie ożeni, co tym samym oznaczało ich rozstanie.

Kusiło go nawet, żeby z tym nie zwlekać, ale Amber prosiła go o niedzwonienie z Australii, zapewne myśląc, że to spotęguje jego tęsknotę. Tymczasem skutek był odwrotny i Ben coraz bardziej zdawał sobie z tego sprawę.

Gdy nagle w jego kieszeni rozwibrowała się komórka, przemknęło mu przez myśl, że jednak będzie okazja powiedzieć jej o tym przez telefon. Ale okazało się, że to dzwoni jego ojciec.

– Myślałem o tobie, synku, i chciałem cię usłyszeć.

– Bardzo się cieszę, tato. Ale czemu nie śpisz? Przecież u was jest środek nocy.

– Bez przesady, jeszcze nie jest tak późno. Dzwonię, bo po prostu stęskniłem się za tobą. Wszystko u ciebie w porządku? Pojutrze masz ślub Andy’ego?

– Zgadza się, jutro rano tam jadę. – Przez sekundę chciał nawet wspomnieć ojcu o wypadku i kłopotach ze znalezieniem samochodu, ale uznał, że nie będzie go niepokoił.

– Koniecznie uściskaj go ode mnie, bardzo polubiłem tego chłopca. – Morgan poznał Andy’ego w Stanach, gdy Ben zaprosił przyjaciela na wakacje i we trzech pojechali na narty. – Kiedy planujesz powrót?

– Chyba pod koniec przyszłego tygodnia. Mama ma wrócić w poniedziałek i chciałbym z nią spędzić chociaż ze dwa dni.

– Bardzo słusznie, ale namawiałbym cię, żebyś został trochę dłużej. Należy ci się chwila odpoczynku.

To prawda, pomyślał Ben, spoglądając na morze. Od dwóch lat nie miał urlopu i matka zaczynała mu dokuczać, że jest po ojcu pracoholikiem.

– Zastanowię się nad tym, tato.

– Bardzo cię o to proszę. I pozdrów ode mnie mamę.

Tytuł oryginału: Taken Over by the Billionaire

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2014

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Łucja Dubrawska – Anczarska

© 2014 by Miranda Lee

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie Ekstra są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2072-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.