52,00 zł
Jedenastoletnia Maja po rozstaniu rodziców mieszka trochę z mamą, a trochę z tatą. Stary „Dom pod Dębami”, w którym tata wynajął pokój, jest zaniedbany, tajemniczy, trochę straszny i tak bardzo inny od mieszkania mamy w apartamentowcu.
Maja wstydzi się przed koleżankami: tego, gdzie teraz mieszka, tego, czym zajmuje się tata i tego, że mama układa sobie życie na nowo. Wytchnienie przynosi jej buszowanie w zakamarkach starego domu i zakątkach półdzikiego ogrodu, gdzie odkrywa tajemnice istnienia najdrobniejszych przedstawicieli królestwa zwierząt.
Kryzysy rodzinne, uzależnienie dzieci od nowych mediów, ograniczanie ich przestrzeni i swobody zabaw – to tło tej terapeutycznej historii. Najistotniejszą rolę odgrywa jednak przyroda. Laureat Literackiej Nagrody Nike, Radek Rak, słowami, a Ola Krzanowska ilustracjami – przeplatając niezwykłe perypetie Mai biologicznymi ciekawostkami, tworzą fascynującą opowieść dla młodych czytelników o jedności człowieka z naturą.
***
Akcja powieści toczy się w dolinie Drwinki w Krakowie, w lesie łęgowym będącym jednym z ostatnich naprawdę dzikich zakątków miasta. Ten las, podobnie jak wszystko w książce, jest prawdziwy, i każdy może go odwiedzić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Dla Basi, Ireny i Mieszka
Radek
Chłopcom z Podgórek
Ola
Prolog Tego dnia wszystko w życiu Mai skończyło się, a potem zaczęło od początku. A na dodatek miała się przeprowadzić do nowego domu.
Ten nowy dom był raczej stary, w dodatku cały z drewna. No i miał ogród, albo coś w tym rodzaju, bo splątany gąszcz przywodził raczej na myśl dżunglę. Trudno było zobaczyć coś więcej. Trawy i zielska podobne do parasoli wyrastały ponad jej głowę. Na tyłach rosły wielkie drzewa. Zaraz za nimi, za ogrodzeniem z siatki, zaczynał się las.
Maja zobaczyła ten dom po raz pierwszy dopiero teraz, gdy taksówka zatrzymała się tuż pod bramą, a tata i pan taksówkarz zabrali się do wypakowywania bagaży. Widywała już wcześniej takie budynki, ale nigdy nie myślała, że ktoś może w nich naprawdę mieszkać. W książce, w filmie czy w grze, to tak. Ale nie prawdziwi ludzie w prawdziwym życiu. A już na pewno nie ona. Nie Maja.
— To będzie nasz dom. Nazywa się „Dom pod Dębami” — odezwał się tata nieco zbyt entuzjastycznym tonem. Trochę się speszył pod czujnym spojrzeniem Mai i zaczerwienił na twarzy, przynajmniej na tej części, której nie porastała broda czarna i twarda jak u zbója.
Elektryczna taksówka odjechała bezszelestnie, a tata ujął torby i z turkotem kółek wtoczył je na oszklony ganek. Panował tu nagrzany zaduch, na parapecie leżały nieżywe muchy, a w kącie stał przywieziony już wcześniej rower taty. Do Mai bardzo powoli docierało, że naprawdę ma tu zamieszkać.
Nieoczekiwanie jedna z much drgnęła, wyprostowała skulone odnóża i z głośnym bzyczeniem zerwała się do lotu. Maja niemal krzyknęła, zaskoczona, i pobiegła w głąb domu. Mucha tłukła się o szybę.
Od początku Maja wiedziała, że w tym domu nie będzie z tatą sama. Mieszkanie z obcymi ludźmi wydawało jej się dziwne, a przy tym trochę zawstydzające. A kiedy zobaczyła na własne oczy łazienkę z resztkami mydła na umywalce i z naciekami z kamienia w toalecie, zrobiło jej się niedobrze. W jej poprzednim życiu byłoby to nie do pomyślenia.
Teraz jednak całe jej poprzednie życie leżało na łóżku, zapakowane do jednej torby. Trochę ubrań, kilka ukochanych książek, zabawki, którymi od dawna się nie bawiła, ale nie potrafiłaby się z nimi rozstać. Tyle. Zimowe ubrania, buty, pościel, parę gier tata przywiózł już wcześniej. Ale wielu przedmiotów Maja musiała się pozbyć. Zwłaszcza tych książek, których nie czytała, ale od zawsze stały na półkach w jej pokoju i sama ich obecność przynosiła Mai spokój. Przypominała o czasach, gdy była małą dziewczynką, a wszystko wokół wydawało się prostsze, mniej poplątane i jakby jaśniejsze.
Teraz dostała maleńki pokój z oknem na płot i chwasty, na zachód. Można tu było wejść jedynie przez pokój taty. Dawało to pewne poczucie bezpieczeństwa. Ojciec oddzielał ją od reszty tego dziwnego domu, gdzie wszystko skrzypiało, trzeszczało i dziwnie pachniało. Z sąsiedniego pokoju niosły się jakieś głosy, obce i nieznane. Dawniej, gdy mieszkała w bloku, też nieraz słyszała sąsiadów, ale tutaj wszystko brzmiało wyraźniej. Zupełnie jakby lokatorzy rozmawiali tuż za ramieniem Mai.
Próbowała wyobrazić sobie, że jest na wakacjach. Że to nie prawdziwy dom, tylko taki, do którego przyjeżdża się na jakiś czas. Nawet nazywa się tak jak jakiś pensjonat. W takim domu łatwiej znieść obecność innych osób i to, że pachnie jak w skansenie albo starym kościele. Nawet wspólna łazienka jest wtedy do przeżycia.
W życiu wiele rzeczy jest tylko na chwilę, więc przez cały czas można się czuć jak na wakacjach.
Tata musiał się czegoś domyślić, bo przyszedł do Mai i usiadł obok niej na łóżku. Patrzyli, jak za oknem zachodzi słońce. Dziewczynka bawiła się zamkiem torby. Chciałaby wrócić do domu — tego domu, który znała i w którym dotąd mieszkała — ale oczywiście wiedziała, że nie wrócą.
Zapytała tylko:
— Długo tu zostaniemy?
— Mamy podpisaną umowę na rok.
— I to będzie teraz nasz… dom?
Ojciec objął ją, a ona pozwoliła się przytulić.
— Nasze dwa pokoje. A dom jest tam, gdzie są ci, których kochamy.
Maja nic nie odpowiedziała, bo i co tu było mówić. Podobne słowa słyszała już wcześniej. Zastanawiała się, czy tata naprawdę wierzy w to, co mówi. Nie odwzajemniła uścisku, bo nie chciała się rozpłakać.
Kiedy tata wyszedł, wsłuchiwała się w trzeszczenie drewnianych ścian, w szelesty, skrzypienia i stukania, w jęczenie desek podłogi, po której nikt nie stąpał. W każdym razie nikt widzialny. Wiedziała, że tej nocy nie będzie spać spokojnie. Bez względu na to, co mówił jej tata, to miał być nowy dom Mai.
Taki właśnie był ostatni dzień wakacji.
Czasami słyszymy opowieści, że kiedyś motyli było więcej, a łąki i osiedlowe trawniki późną wiosną wyglądały tak, jakby unosiły się nad nimi płatki kwiatów. Wydaje mi się, że też pamiętam taki widok z dzieciństwa, ale rzeczy we wspomnieniach często wyglądają lepiej i piękniej niż w rzeczywistości.
Aby stwierdzić, jak jest naprawdę, należałoby je policzyć. Jest taka grupa owadów, której liczebność można ocenić stosunkowo łatwo. Są to ćmy. Ze względu na przeważnie nocny tryb życia i tendencję do kierowania się ku źródłom światła, można chwytać je w specjalne fotopułapki. Po policzeniu, ile ciem złapało się przez noc, wypuszcza się je na wolność.
Josef Reichholf, profesor na Wydziale Ekologii i Ochrony Środowiska z Uniwersytetu Technicznego w Monachium, przez czterdzieści lat (od 1976 do 2016 roku) badał liczebność motyli nocnych w swojej rodzinnej wsi w Bawarii oraz w ogrodzie na terenie swojej uczelni, w sercu wielkiego miasta. W pierwszych latach na wsi średnio nocą w sezonie udawało się złapać 250 do 300 ciem, w ostatnich latach badań — średnio 37 ciem nocnie. Jest to zatem spadek o ponad 85%. Tymczasem w Monachium przez cały czas trwania pomiarów znajdowano przeważnie 51 ciem na noc. Wygląda na to, że dziś łatwiej znaleźć motyle w mieście niż poza nim.
wrzesień
Pewnego wieczoru ktoś zapukał w okno Mai. Na początku pomyślała, że to jakiś dziwny zielony dzięcioł, którego czasem widywała na wierzbie w ogrodzie. Ale to nie był dzięcioł, tylko tata.
— Chodź, coś ci pokażę. Tylko bądź cicho — powiedział półgłosem, gdy uchyliła skrzypiące okno.
— Co?
— No chodź, chodź. Pospiesz się.
Na szczęście do ogrodu można było się dostać przez werandę z pokoju taty, więc Maja nie musiała przechodzić przez cały dom. Stukając klapkami, wybiegła na zewnątrz.
Światło miało kolor miodu. Trwała złota godzina. Wieczorami robiło się już chłodno, ale w przyjemny sposób. Pachniało jesienią.
Ogród był rozległy i tak zarośnięty, że niektóre jego części wydawały się zupełnie niedostępne. Tylko przy samym domu rosły jakieś zioła, pomidory i papryki, uprawiane przez Igora, jednego z lokatorów. Od zachodu i południa posesję otaczała ulica, od północy wznosił się dom, od północnego wschodu — osiedle nowych bloków, a po wschodniej stronie — las. Ten las częściowo wchodził do ogrodu, bo rosły tu wielkie drzewa, całe w zielonych pnączach. Na jednym z nich znajdował się domek, stary i niewyglądający zbyt stabilnie.
Stanęła na werandzie i rozejrzała się.
— Tato?
— Tutaj. Nie tup tak.
Głos dobiegał spod wiaty przy domu, ze składziku, do którego Maja obawiała się nawet zbliżyć. Piętrzyły się tam jakieś beczki, konewki, stare doniczki i narzędzia, wszystko poupychane na stertę. Sprawiała wrażenie, jakby miała zawalić się od samego patrzenia na nią. Na wszelki wypadek Maja wolała patrzeć w inną stronę.
Ojciec klęczał przed wiatą, pochylony do samej ziemi. Najwyraźniej robił coś dziwnego. Czasem mu się coś takiego zdarzało.
— Tam, popatrz sama.
Maja była zaciekawiona. Uklękła obok, choć w bezpiecznej odległości od sterty gratów. I wtedy to zobaczyła.
Kręciło się między podpórkami z cegieł, w ciemnej dziurze pod ścianą. Poruszało długim ryjkiem, fuczało, błyskało czarnymi oczami i wyglądało jak coś, co przydreptało z Doliny Muminków.
Oczywiście Maja nieraz już widziała jeża. Przeważnie jednak dostrzegała je po zmroku, przemykające prędziutko, zbyt szybkie, by się im dobrze przyjrzeć. Och, albo przejechane na ulicy. Bo tego, co zobaczy się w internecie albo w książce, nie można przecież uznać za prawdziwie zobaczone.
— Przynieśmy mu trochę wody, może wyjdzie — zaproponował tata.
— Wezmę jabłko — zażartowała Maja.
Pobiegła do kuchni, zastanawiając się, czy w lodówce nie znalazłoby się coś smacznego dla jeża. Jeże żywią się owadami, robakami i wszystkim, co ma bardzo wiele nóżek. Niczego takiego jednak w lodówce nie było. Przez moment zastanawiała się nad pasztetem dla kotów, bo Igor dokarmiał różne bezdomniaki. Ale to nie był jej pasztet, więc go nie wzięła. Po przeprowadzce Maja musiała się przyzwyczaić, że każdy z lokatorów miał osobną półkę w lodówce.
Wróciła ze spodeczkiem pełnym rozkołysanej wody i z jabłkiem.
— Jeże nie jedzą… — zaczął tata, ale Maja tylko się roześmiała i wbiła zęby w twardy, soczysty miąższ.
Zostawili miseczkę z wodą koło wiaty i skryli się na werandzie. Tacie znudziło się pierwszemu. Maja czekała cierpliwie jak kot przy mysiej dziurze. Zrobiło się ciemno i zimno, a jeż nadal nie przychodził. Może coś zwąchał, a może zwyczajnie nie chciało mu się pić.
Przez kilka kolejnych dni Maja po szkole czatowała na jeża. Ten jednak nie wydawał się zainteresowany wodą, więc postanowiła zwabić go w inny sposób. O wieczornej rosie zbierała ślimaki i kładła je do starej miski pod wiatą. Były to rzecz jasna ślimaki w muszlach, żółte i brązowe. Wiedziała, że jedne są ogrodowe, a drugie zaroślowe, tylko nie mogła nigdy zapamiętać, które są które. Najłatwiej dawały się znaleźć pod płotem od strony ulicy, bo tam nocami różni hałaśliwi ludzie wrzucali przez płot puszki i butelki. Igor i tata zbierali czasami te śmieci, jeśli sobie o nich przypomnieli, ale Maja brzydziła się choćby zapuszczać w tamten zakamarek ogrodu.
Ślimaki nie miały takich obiekcji. Pełzły całymi stadami, zarówno muszlowe, jak i bezmuszlowe, i obsiadały butelki.
Dla jeża Maja była gotowa do poświęceń, więc wygrzebywała ślimaki ze śmieci. Uważnie się przy tym rozglądała, aby nikt jej nie zauważył, a już na pewno nikt ze szkoły.
Jeż chyba jednak nie doceniał należycie tego poświęcenia, bo nadal się nie pokazywał.
— Może te ślimaki są dla niego za szybkie i nie może ich dogonić — stwierdził tata.
— Strasznie jest nieogarnięty. Jak on sobie da radę w życiu?
— Chyba że się wyprowadził.
— Na pewno nie, w nocy słychać, jak tupie i fuczy.
— Uważaj tylko, nie przezięb się przy otwartym oknie.
— Oj tato.
— Oj tato, oj tato.
— Muszę otwierać okno. Tu śmierdzi.
Rzeczywiście Maja często wietrzyła pokój, by nie czuć osobliwej woni starego drewnianego domu. Pomagało to jednak tylko na chwilę. Dom wionął chłodem nawet w ciepłe dni, jakby przez całe lato nie zdołał się nagrzać jak należy. Mai przez to ciągle chciało się spać i miała wrażenie, że myśli o połowę wolniej. Nie rozumiała, co czyta, a nauka przychodziła jej z trudem. Zupełnie jakby myśli grzęzły jej w głowie. Dobrze, że we wrześniu jeszcze nie pytają.
Ten chłód i ta wilgoć miały pewnie też coś wspólnego z okolicą. Nawet sąsiednie ulice miały wilgotne, zachlapane nazwy. Błotna. Mokra. Podmokła. Podobno cały Kraków stoi na bagnach, ale tutaj czuło się to wyjątkowo mocno.
Co do jeża, to raz w akcie desperacji Maja wyzbierała zdechłe muchy z oszklonego ganku. Ale zwierzątko wzgardziło i nimi. Kto by zresztą chciał jeść takie wyschnięte musze trupki. Jeż może i był niezaradny i wolniejszy od ślimaka, ale przynajmniej się szanował.
Pewnego razu, wiedząc, że robi niedobrze, nalała do miseczki mleka. Słyszała gdzieś, że jeże je lubią, choć nie powinny go pić. Ale Maja też przecież jadła i piła rzeczy, których nie powinna. Na przykład te kolorowe japońskie słodycze, składające się z cukru, barwników i czegoś, co nadawało im dziwny smak. Jadła i jakoś żyła. No więc jeżowi też nie powinna zaszkodzić odrobina mleka, prawda? Tak sobie myślała.
Ostatnio w kuchni zaczęły się pojawiać biedronki. Czasem siedmiokropki, przeważnie jednak trafiały się te chińskie, żółte albo w kolorze zupy pomidorowej. Nie pomagało zamykanie okien. Zdawały się pojawiać znikąd. I o ile dwie albo trzy biedronki, nawet chińskie, są nawet miłe, o tyle w gromadzie ich zapach stawał się trudny do wytrzymania. Bo okazało się, że biedronki śmierdzą.
— One specjalnie tu do nas przychodzą — mruknęła do taty, gdy zmywali naczynia po obiedzie. Robili to ręcznie, bo w domu nie było zmywarki. To znaczy, mył je tata, a Maja wycierała do sucha ściereczką.
— Szukają schronienia na zimę.
— A ja myślę, że przychodzą, żeby śmierdzieć. Przecież jest jeszcze ciepło.
— Tak, ale nocą robi się naprawdę chłodno. Szukają więc schronienia zawczasu. Tyle że tutaj nie zdołają przezimować. W domu jest dla nich za ciepło, by mogły zapaść w letarg.
— Na pewno o tym wiedzą, choć przychodzą i tak.
Niecierpliwie zerkała przez okno, ale z kuchni nie dało się dobrze zobaczyć wiaty, pod którą wystawiła miskę z mlekiem. Cieszyła się jednak, że tata jest razem z nią w kuchni, bo nadal unikała samotnego przebywania we wspólnych przestrzeniach domu. Inni lokatorzy — Igor z poddasza oraz Ania i Marcin z pokoju obok — nie okazywali jej najmniejszej niechęci, ale sama ich obecność ją krępowała. Ślady innych ludzi, obce zapachy, niedoczyszczone powierzchnie — to było nie do zniesienia. Dlatego w łazience i kuchni Maja starała się przebywać jak najkrócej.
Wreszcie naczynia były umyte i Maja wybiegła przed dom sprawdzić, czy jeż skusił się na mleko.
Nie skusił się, za to mleko z miski chłeptał kot, czarny, z białą plamą na boku pyszczka i z jedną białą skarpetką. Cały lśnił, trzymał ogon dumnie podniesiony i wyglądał na zadbanego.
Maja ostrożnie podeszła i pogłaskała go. Był ciepły i miękki. Nie mogła się nadziwić, że może istnieć tak cudowne stworzenie jak kot. Rodzice nigdy nie pozwalali jej na zwierzę w domu, nawet małe, a tata zawsze twierdził, że kosztuje ono dzisiaj więcej niż dziecko. A Maja nie mogła w takich chwilach nie zastanawiać się, ile w takim razie kosztuje ona sama.
Teraz głaskała kota jak zahipnotyzowana. Nie potrafiła przestać. A ten przestał pić, wyprężył się, zastrzygł jednym uszkiem i otarł się o jej nogi. Pyszczek zostawił mokre ślady na jej spodniach. Nie było to mleko, lecz wydzielina z gruczołów na policzkach i pod brodą. Maja została oznaczona. „To mój człowiek”.
— Zuko. Zuko. Zuko!
Ktoś wołał za płotem, od strony nowego bloku. Po niewielkim tarasie na parterze chodziła jakaś kobieta z tatuażami i rozglądała się niespokojnie. Za nią z wywieszonym jęzorem dreptała czekoladowa labradorka. Maja domyśliła się, że sąsiadka szuka kota, więc podniosła go i podeszła do płotu. Okazał się cięższy, niż przypuszczała. I zamruczał tak, że Maja poczuła to mruczenie aż w kościach. Przyszło jej do głowy, że może powinna zanieść kota do domu, do swojego pokoju. Miałaby wreszcie przyjaciela. Znalezione, niekradzione. Ale oczywiście wiedziała, że nie może tak postąpić. Poza tym kota nie można sobie przestawić z miejsca na miejsce jak jakiś przedmiot.
— To pani kot?
— Zuko! — Na twarzy kobiety odmalowała się ulga. Maja przyjrzała się sąsiadce uważnie. Była chyba dość młoda, w każdym razie na pewno nie tak stara jak tata. Może bardziej w wieku Igora? Maja nie miała pewności. Ciekawe, czy kiedyś, gdy sama będzie dorosła, będzie wreszcie potrafiła oceniać wiek innych. A może wtedy nie będzie umiała powiedzieć, ile lat ma jakieś dziecko? Wydawało jej się to dziwne i niemożliwe.
— Nigdy wcześniej nie zdarzało mu się uciekać z domu. Nie wiem, jak to się mogło stać — powiedziała sąsiadka, odbierając kota od Mai. Zuko miał minę rozanieloną i trochę bezmyślną. Labradorka szczeknęła parę razy i naparła na płot, domagając się swojej porcji głaskania. — Bulma, spokój. Dobry pies.
— Nie ma sprawy — mruknęła Maja. Sama nie wiedziała, czy mówi do sąsiadki, która nawet jej nie podziękowała, czy do psa. Pies był fajny, choć ani trochę tak miły w dotyku jak kot. O zapachu już nawet nie mówiąc.
— A czemu ty jesteś taki mokry, Zuko? Coś ty wyprawiał na tej swojej wyprawie? — Zaaferowana kobieta obwąchała kota i obmacała go ze wszystkich stron. W ogóle już nie zwracała uwagi na dziewczynkę.
— Wypił trochę mleka i pewnie się ochlapał.
— Kotom nie wolno dawać mleka!
— To nie było dla niego, tylko dla jeża.
— Jeże też nie powinny pić mleka, bo mogą się rozchorować. Każdy o tym wie.
Maja wróciła do domu zła jak osa. Złościła się tym bardziej, że sąsiadka w gruncie rzeczy miała rację. Ale to nie znaczy, że musiała traktować Maję jak… no, tak jak to zrobiła. Maja nie potrafiła tego określić, ale czuła, że zachowanie sąsiadki było bardzo nie w porządku. Na dodatek okazało się, że pies jednak śmierdział, i dziewczynka czuła ten zapach nawet po umyciu rąk. Żałowała, że jednak nie zabrała kota do domu, choćby na chwilę. Następnym razem tak zrobi, i niech go sobie tamta baba szuka.
Pod koniec września biedronki gdzieś zniknęły. Może po prostu poszły po rozum do głowy i poszukały sobie lepszych kryjówek. Pojawiły się za to motyle, zwłaszcza dobrze znane pawiki o oczkach na skrzydłach, ale też inne, wielkie i żółte, których Maja nie potrafiła nazwać. A każdego ranka w ogrodzie zbierało się stado szpaków. Darły się, skrzeczały i gwizdały od bladego świtu, więc Maja nie potrzebowała budzika.
W tamtym czasie tata zabrał Maję do „Kawiarni na Poduchach”. To było jej ulubione miejsce. Najbardziej lubiła siadać na poduszkach na niskim parapecie. Znajdował się tam też ogródek, a w nim dwa hamaki, ale przeważnie bywały zajęte. W dawnych czasach, zanim wszystko się skończyło, Maja przychodziła tu często z rodzicami, zimą na gorącą czekoladę, latem na lemoniadę, a o każdej porze roku — na ciastko. W tej kawiarni zawsze wszystko Mai smakowało, i tak też było tym razem. Dobrze wracać do miejsc, gdzie czuło się szczęśliwym.
Tym razem ciastko było tylko dla Mai, bo tata musiał zmienić pracę i ograniczał wydatki.
— Zjedz pół — zaproponowała Maja.
Tata dziobnął więc ciastko dwa razy widelcem i widać było, że bardzo mu smakuje. Mai też smakowało, więc mimo wszystko ucieszyła się, że tata poprzestał na tych dwóch kęsach.
— Będę dziś wieczorem pracował. Zostaniesz sama?
— No chyba tak. Skoro masz pracę.
— Wiesz, aż tak bardzo nie muszę, jeśli nie chcesz zostawać sama w domu. Ale wieczorami sporo można zarobić.
— Nie boję się!
— Nie mówiłem, że się boisz, tylko że nie masz ochoty. Wrócę jak najszybciej.
Tak więc Maja po raz pierwszy została sama. Mimo włączonego światła dom uparł się, by skrzypieć i stukać bardziej niż zwykle. No i bała się, tym bardziej że Ania i Marcin wyszli albo wyjechali, a Igor siedział zamknięty w swoim pokoju na poddaszu. Maja bardzo pragnęła, by tata znów siedział w swoim pokoju, oddzielając ją od reszty domu.
Próbowała czytać, ale słowa nie chciały się układać w zdania, a zdania w myśli. W ogóle nie rozumiała, co czyta.
Naraz rozległo się stukanie w ścianie. Maja podskoczyła.
— Kto tam jest? — Jej gardło było ściśnięte, a głos piskliwy jak u myszy z bajki.
Nikt nie odpowiedział. Pomyślała, że to ten głupi Igor ją straszy. Był to dziwny typ, a tata mówił, że Igor prawie nic nie ma, nawet mebli, śpi po prostu na materacu. Tak, to pasuje do takiego dziwaka celowo stukać, żeby kogoś przestraszyć. Może jest psychopatą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
