Maja i czas motyli - Radek Rak - ebook + książka

Maja i czas motyli ebook

Radek Rak

0,0
52,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jedenastoletnia Maja po rozstaniu rodziców mieszka trochę z mamą, a trochę z tatą. Stary „Dom pod Dębami”, w którym tata wynajął pokój, jest zaniedbany, tajemniczy, trochę straszny i tak bardzo inny od mieszkania mamy w apartamentowcu.

Maja wstydzi się przed koleżankami: tego, gdzie teraz mieszka, tego, czym zajmuje się tata i tego, że mama układa sobie życie na nowo. Wytchnienie przynosi jej buszowanie w zakamarkach starego domu i zakątkach półdzikiego ogrodu, gdzie odkrywa tajemnice istnienia najdrobniejszych przedstawicieli królestwa zwierząt.

Kryzysy rodzinne, uzależnienie dzieci od nowych mediów, ograniczanie ich przestrzeni i swobody zabaw – to tło tej terapeutycznej historii. Najistotniejszą rolę odgrywa jednak przyroda. Laureat Literackiej Nagrody Nike, Radek Rak, słowami, a Ola Krzanowska ilustracjami – przeplatając niezwykłe perypetie Mai biologicznymi ciekawostkami, tworzą fascynującą opowieść dla młodych czytelników o jedności człowieka z naturą.

***

Akcja powieści toczy się w dolinie Drwinki w Krakowie, w lesie łęgowym będącym jednym z ostatnich naprawdę dzikich zakątków miasta. Ten las, podobnie jak wszystko w książce, jest prawdziwy, i każdy może go odwiedzić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Radek Rak Maja i czas motyli ISBN: 978-83-68599-20-6 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2026 by Radek Rak Copyright © 2026 by Powergraph Copyright © 2026 for the cover by Jan Kosik Copyright © 2026 for illustration by Ola Krzanowska. Copyright © 2026 for book compositon by Ola Krzanowska. Wszelkie prawa zastrzeżone. Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków. PROJEKT GRAFICZNY: Jan Kosik ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Ola Krzanowska REDAKTOR PROWADZĄCY: Dawid Masło REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 733 50 31/32 e-mail: [email protected] www.dressler.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Zre­ali­zo­wano w ramach sty­pen­dium Mini­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Naro­do­wego.

Dedykacja

Dla Basi, Ireny i Mieszka

Radek

Chłop­com z Pod­gó­rek

Ola

Prolog

Przed czasem. Ostatni dzień wakacji

Pro­log Tego dnia wszystko w życiu Mai skoń­czyło się, a potem zaczęło od początku. A na doda­tek miała się prze­pro­wa­dzić do nowego domu.

Ten nowy dom był raczej stary, w dodatku cały z drewna. No i miał ogród, albo coś w tym rodzaju, bo splą­tany gąszcz przy­wo­dził raczej na myśl dżun­glę. Trudno było zoba­czyć coś wię­cej. Trawy i ziel­ska podobne do para­soli wyra­stały ponad jej głowę. Na tyłach rosły wiel­kie drzewa. Zaraz za nimi, za ogro­dze­niem z siatki, zaczy­nał się las.

Maja zoba­czyła ten dom po raz pierw­szy dopiero teraz, gdy tak­sówka zatrzy­mała się tuż pod bramą, a tata i pan tak­sówkarz zabrali się do wypa­ko­wy­wa­nia bagaży. Widy­wała już wcze­śniej takie budynki, ale ni­gdy nie myślała, że ktoś może w nich naprawdę miesz­kać. W książce, w fil­mie czy w grze, to tak. Ale nie praw­dziwi ludzie w praw­dzi­wym życiu. A już na pewno nie ona. Nie Maja.

— To będzie nasz dom. Nazywa się „Dom pod Dębami” — ode­zwał się tata nieco zbyt entu­zja­stycz­nym tonem. Tro­chę się spe­szył pod czuj­nym spoj­rze­niem Mai i zaczer­wie­nił na twa­rzy, przy­naj­mniej na tej czę­ści, któ­rej nie pora­stała broda czarna i twarda jak u zbója.

Elek­tryczna tak­sówka odje­chała bez­sze­lest­nie, a tata ujął torby i z tur­ko­tem kółek wto­czył je na oszklony ganek. Pano­wał tu nagrzany zaduch, na para­pe­cie leżały nie­żywe muchy, a w kącie stał przy­wie­ziony już wcze­śniej rower taty. Do Mai bar­dzo powoli docie­rało, że naprawdę ma tu zamiesz­kać.

Nie­ocze­ki­wa­nie jedna z much drgnęła, wypro­sto­wała sku­lone odnóża i z gło­śnym bzy­cze­niem zerwała się do lotu. Maja nie­mal krzyk­nęła, zasko­czona, i pobie­gła w głąb domu. Mucha tłu­kła się o szybę.

Od początku Maja wie­działa, że w tym domu nie będzie z tatą sama. Miesz­ka­nie z obcymi ludźmi wyda­wało jej się dziwne, a przy tym tro­chę zawsty­dza­jące. A kiedy zoba­czyła na wła­sne oczy łazienkę z reszt­kami mydła na umy­walce i z nacie­kami z kamie­nia w toa­le­cie, zro­biło jej się nie­do­brze. W jej poprzed­nim życiu byłoby to nie do pomy­śle­nia.

Teraz jed­nak całe jej poprzed­nie życie leżało na łóżku, zapa­ko­wane do jed­nej torby. Tro­chę ubrań, kilka uko­cha­nych ksią­żek, zabawki, któ­rymi od dawna się nie bawiła, ale nie potra­fi­łaby się z nimi roz­stać. Tyle. Zimowe ubra­nia, buty, pościel, parę gier tata przy­wiózł już wcze­śniej. Ale wielu przed­mio­tów Maja musiała się pozbyć. Zwłasz­cza tych ksią­żek, któ­rych nie czy­tała, ale od zawsze stały na pół­kach w jej pokoju i sama ich obec­ność przy­no­siła Mai spo­kój. Przy­po­mi­nała o cza­sach, gdy była małą dziew­czynką, a wszystko wokół wyda­wało się prost­sze, mniej poplą­tane i jakby jaśniej­sze.

Teraz dostała maleńki pokój z oknem na płot i chwa­sty, na zachód. Można tu było wejść jedy­nie przez pokój taty. Dawało to pewne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Ojciec oddzie­lał ją od reszty tego dziw­nego domu, gdzie wszystko skrzy­piało, trzesz­czało i dziw­nie pach­niało. Z sąsied­niego pokoju nio­sły się jakieś głosy, obce i nie­znane. Daw­niej, gdy miesz­kała w bloku, też nie­raz sły­szała sąsia­dów, ale tutaj wszystko brzmiało wyraź­niej. Zupeł­nie jakby loka­to­rzy roz­ma­wiali tuż za ramie­niem Mai.

Pró­bo­wała wyobra­zić sobie, że jest na waka­cjach. Że to nie praw­dziwy dom, tylko taki, do któ­rego przy­jeż­dża się na jakiś czas. Nawet nazywa się tak jak jakiś pen­sjo­nat. W takim domu łatwiej znieść obec­ność innych osób i to, że pach­nie jak w skan­se­nie albo sta­rym kościele. Nawet wspólna łazienka jest wtedy do prze­ży­cia.

W życiu wiele rze­czy jest tylko na chwilę, więc przez cały czas można się czuć jak na waka­cjach.

Tata musiał się cze­goś domy­ślić, bo przy­szedł do Mai i usiadł obok niej na łóżku. Patrzyli, jak za oknem zacho­dzi słońce. Dziew­czynka bawiła się zam­kiem torby. Chcia­łaby wró­cić do domu — tego domu, który znała i w któ­rym dotąd miesz­kała — ale oczy­wi­ście wie­działa, że nie wrócą.

Zapy­tała tylko:

— Długo tu zosta­niemy?

— Mamy pod­pi­saną umowę na rok.

— I to będzie teraz nasz… dom?

Ojciec objął ją, a ona pozwo­liła się przy­tu­lić.

— Nasze dwa pokoje. A dom jest tam, gdzie są ci, któ­rych kochamy.

Maja nic nie odpo­wie­działa, bo i co tu było mówić. Podobne słowa sły­szała już wcze­śniej. Zasta­na­wiała się, czy tata naprawdę wie­rzy w to, co mówi. Nie odwza­jem­niła uści­sku, bo nie chciała się roz­pła­kać.

Kiedy tata wyszedł, wsłu­chi­wała się w trzesz­cze­nie drew­nia­nych ścian, w sze­le­sty, skrzy­pie­nia i stu­ka­nia, w jęcze­nie desek pod­łogi, po któ­rej nikt nie stą­pał. W każ­dym razie nikt widzialny. Wie­działa, że tej nocy nie będzie spać spo­koj­nie. Bez względu na to, co mówił jej tata, to miał być nowy dom Mai.

Taki wła­śnie był ostatni dzień waka­cji.

TABLICA I

Liczebność owadów w mieście i na wsi

Liczebność owadów w mieście i na wsi

Cza­sami sły­szymy opo­wie­ści, że kie­dyś motyli było wię­cej, a łąki i osie­dlowe traw­niki późną wio­sną wyglą­dały tak, jakby uno­siły się nad nimi płatki kwia­tów. Wydaje mi się, że też pamię­tam taki widok z dzie­ciń­stwa, ale rze­czy we wspo­mnie­niach czę­sto wyglą­dają lepiej i pięk­niej niż w rze­czywistości.

Aby stwier­dzić, jak jest naprawdę, nale­ża­łoby je poli­czyć. Jest taka grupa owa­dów, któ­rej liczeb­ność można oce­nić sto­sun­kowo łatwo. Są to ćmy. Ze względu na prze­waż­nie nocny tryb życia i ten­den­cję do kie­ro­wa­nia się ku źró­dłom świa­tła, można chwy­tać je w spe­cjalne foto­pu­łapki. Po poli­cze­niu, ile ciem zła­pało się przez noc, wypusz­cza się je na wol­ność.

Josef Reich­holf, pro­fe­sor na Wydziale Eko­lo­gii i Ochrony Śro­do­wi­ska z Uni­wer­sy­tetu Tech­nicz­nego w Mona­chium, przez czter­dzie­ści lat (od 1976 do 2016 roku) badał liczeb­ność motyli noc­nych w swo­jej rodzin­nej wsi w Bawa­rii oraz w ogro­dzie na tere­nie swo­jej uczelni, w sercu wiel­kiego mia­sta. W pierw­szych latach na wsi śred­nio nocą w sezo­nie uda­wało się zła­pać 250 do 300 ciem, w ostat­nich latach badań — śred­nio 37 ciem noc­nie. Jest to zatem spa­dek o ponad 85%. Tym­cza­sem w Mona­chium przez cały czas trwa­nia pomia­rów znaj­do­wano prze­waż­nie 51 ciem na noc. Wygląda na to, że dziś łatwiej zna­leźć motyle w mie­ście niż poza nim.

wrze­sień

Rozdział I

Ktoś przychodzi

Pew­nego wie­czoru ktoś zapu­kał w okno Mai. Na początku pomy­ślała, że to jakiś dziwny zie­lony dzię­cioł, któ­rego cza­sem widy­wała na wierz­bie w ogro­dzie. Ale to nie był dzię­cioł, tylko tata.

— Chodź, coś ci pokażę. Tylko bądź cicho — powie­dział pół­gło­sem, gdy uchy­liła skrzy­piące okno.

— Co?

— No chodź, chodź. Pospiesz się.

Na szczę­ście do ogrodu można było się dostać przez werandę z pokoju taty, więc Maja nie musiała prze­cho­dzić przez cały dom. Stu­ka­jąc klap­kami, wybie­gła na zewnątrz.

Świa­tło miało kolor miodu. Trwała złota godzina. Wie­czo­rami robiło się już chłodno, ale w przy­jemny spo­sób. Pach­niało jesie­nią.

Ogród był roz­le­gły i tak zaro­śnięty, że nie­które jego czę­ści wyda­wały się zupeł­nie nie­do­stępne. Tylko przy samym domu rosły jakieś zioła, pomi­dory i papryki, upra­wiane przez Igora, jed­nego z loka­to­rów. Od zachodu i połu­dnia pose­sję ota­czała ulica, od pół­nocy wzno­sił się dom, od pół­noc­nego wschodu — osie­dle nowych blo­ków, a po wschod­niej stro­nie — las. Ten las czę­ściowo wcho­dził do ogrodu, bo rosły tu wiel­kie drzewa, całe w zie­lo­nych pną­czach. Na jed­nym z nich znaj­do­wał się domek, stary i nie­wy­glą­da­jący zbyt sta­bil­nie.

Sta­nęła na weran­dzie i rozej­rzała się.

— Tato?

— Tutaj. Nie tup tak.

Głos dobie­gał spod wiaty przy domu, ze skła­dziku, do któ­rego Maja oba­wiała się nawet zbli­żyć. Pię­trzyły się tam jakieś beczki, konewki, stare doniczki i narzę­dzia, wszystko poupy­chane na stertę. Spra­wiała wra­że­nie, jakby miała zawa­lić się od samego patrze­nia na nią. Na wszelki wypa­dek Maja wolała patrzeć w inną stronę.

Ojciec klę­czał przed wiatą, pochy­lony do samej ziemi. Naj­wy­raź­niej robił coś dziw­nego. Cza­sem mu się coś takiego zda­rzało.

— Tam, popatrz sama.

Maja była zacie­ka­wiona. Uklę­kła obok, choć w bez­piecz­nej odle­gło­ści od sterty gra­tów. I wtedy to zoba­czyła.

Krę­ciło się mię­dzy pod­pór­kami z cegieł, w ciem­nej dziu­rze pod ścianą. Poru­szało dłu­gim ryj­kiem, fuczało, bły­skało czar­nymi oczami i wyglą­dało jak coś, co przy­drep­tało z Doliny Mumin­ków.

Oczy­wi­ście Maja nie­raz już widziała jeża. Prze­waż­nie jed­nak dostrze­gała je po zmroku, prze­my­ka­jące prę­dziutko, zbyt szyb­kie, by się im dobrze przyj­rzeć. Och, albo prze­je­chane na ulicy. Bo tego, co zoba­czy się w inter­ne­cie albo w książce, nie można prze­cież uznać za praw­dzi­wie zoba­czone.

— Przy­nie­śmy mu tro­chę wody, może wyj­dzie — zapro­po­no­wał tata.

— Wezmę jabłko — zażar­to­wała Maja.

Pobie­gła do kuchni, zasta­na­wia­jąc się, czy w lodówce nie zna­la­złoby się coś smacz­nego dla jeża. Jeże żywią się owa­dami, roba­kami i wszyst­kim, co ma bar­dzo wiele nóżek. Niczego takiego jed­nak w lodówce nie było. Przez moment zasta­na­wiała się nad pasz­te­tem dla kotów, bo Igor dokar­miał różne bez­dom­niaki. Ale to nie był jej pasz­tet, więc go nie wzięła. Po prze­pro­wadzce Maja musiała się przy­zwy­czaić, że każdy z loka­to­rów miał osobną półkę w lodówce.

Wró­ciła ze spodecz­kiem peł­nym roz­ko­ły­sa­nej wody i z jabł­kiem.

— Jeże nie jedzą… — zaczął tata, ale Maja tylko się roze­śmiała i wbiła zęby w twardy, soczy­sty miąższ.

Zosta­wili miseczkę z wodą koło wiaty i skryli się na weran­dzie. Tacie znu­dziło się pierw­szemu. Maja cze­kała cier­pli­wie jak kot przy mysiej dziu­rze. Zro­biło się ciemno i zimno, a jeż na­dal nie przy­cho­dził. Może coś zwą­chał, a może zwy­czaj­nie nie chciało mu się pić.

Rozdział II

Ktoś nie przychodzi

Przez kilka kolej­nych dni Maja po szkole cza­to­wała na jeża. Ten jed­nak nie wyda­wał się zain­te­re­so­wany wodą, więc posta­no­wiła zwa­bić go w inny spo­sób. O wie­czor­nej rosie zbie­rała śli­maki i kła­dła je do sta­rej miski pod wiatą. Były to rzecz jasna śli­maki w musz­lach, żółte i brą­zowe. Wie­działa, że jedne są ogro­dowe, a dru­gie zaro­ślowe, tylko nie mogła ni­gdy zapa­mię­tać, które są które. Naj­ła­twiej dawały się zna­leźć pod pło­tem od strony ulicy, bo tam nocami różni hała­śliwi ludzie wrzu­cali przez płot puszki i butelki. Igor i tata zbie­rali cza­sami te śmieci, jeśli sobie o nich przy­po­mnieli, ale Maja brzy­dziła się choćby zapusz­czać w tam­ten zaka­ma­rek ogrodu.

Śli­maki nie miały takich obiek­cji. Peł­zły całymi sta­dami, zarówno musz­lowe, jak i bezmusz­lowe, i obsia­dały butelki.

Dla jeża Maja była gotowa do poświę­ceń, więc wygrze­by­wała śli­maki ze śmieci. Uważ­nie się przy tym roz­glą­dała, aby nikt jej nie zauwa­żył, a już na pewno nikt ze szkoły.

Jeż chyba jed­nak nie doce­niał nale­ży­cie tego poświę­ce­nia, bo na­dal się nie poka­zy­wał.

— Może te śli­maki są dla niego za szyb­kie i nie może ich dogo­nić — stwier­dził tata.

— Strasz­nie jest nie­ogar­nięty. Jak on sobie da radę w życiu?

— Chyba że się wypro­wa­dził.

— Na pewno nie, w nocy sły­chać, jak tupie i fuczy.

— Uwa­żaj tylko, nie prze­zięb się przy otwar­tym oknie.

— Oj tato.

— Oj tato, oj tato.

— Muszę otwie­rać okno. Tu śmier­dzi.

Rze­czy­wi­ście Maja czę­sto wie­trzyła pokój, by nie czuć oso­bli­wej woni sta­rego drew­nia­nego domu. Poma­gało to jed­nak tylko na chwilę. Dom wio­nął chło­dem nawet w cie­płe dni, jakby przez całe lato nie zdo­łał się nagrzać jak należy. Mai przez to cią­gle chciało się spać i miała wra­że­nie, że myśli o połowę wol­niej. Nie rozu­miała, co czyta, a nauka przy­cho­dziła jej z tru­dem. Zupeł­nie jakby myśli grzę­zły jej w gło­wie. Dobrze, że we wrze­śniu jesz­cze nie pytają.

Ten chłód i ta wil­goć miały pew­nie też coś wspól­nego z oko­licą. Nawet sąsied­nie ulice miały wil­gotne, zachla­pane nazwy. Błotna. Mokra. Pod­mo­kła. Podobno cały Kra­ków stoi na bagnach, ale tutaj czuło się to wyjąt­kowo mocno.

Co do jeża, to raz w akcie despe­ra­cji Maja wyzbie­rała zde­chłe muchy z oszklo­nego ganku. Ale zwie­rzątko wzgar­dziło i nimi. Kto by zresztą chciał jeść takie wyschnięte musze trupki. Jeż może i był nie­za­radny i wol­niej­szy od śli­maka, ale przy­naj­mniej się sza­no­wał.

Rozdział III

A jednak ktoś się pojawia

Pew­nego razu, wie­dząc, że robi nie­do­brze, nalała do miseczki mleka. Sły­szała gdzieś, że jeże je lubią, choć nie powinny go pić. Ale Maja też prze­cież jadła i piła rze­czy, któ­rych nie powinna. Na przy­kład te kolo­rowe japoń­skie sło­dy­cze, skła­da­jące się z cukru, barw­ni­ków i cze­goś, co nada­wało im dziwny smak. Jadła i jakoś żyła. No więc jeżowi też nie powinna zaszko­dzić odro­bina mleka, prawda? Tak sobie myślała.

Ostat­nio w kuchni zaczęły się poja­wiać bie­dronki. Cza­sem sied­mio­kropki, prze­waż­nie jed­nak tra­fiały się te chiń­skie, żółte albo w kolo­rze zupy pomi­do­ro­wej. Nie poma­gało zamy­ka­nie okien. Zda­wały się poja­wiać zni­kąd. I o ile dwie albo trzy bie­dronki, nawet chiń­skie, są nawet miłe, o tyle w gro­ma­dzie ich zapach sta­wał się trudny do wytrzy­ma­nia. Bo oka­zało się, że bie­dronki śmier­dzą.

— One spe­cjal­nie tu do nas przy­cho­dzą — mruk­nęła do taty, gdy zmy­wali naczy­nia po obie­dzie. Robili to ręcz­nie, bo w domu nie było zmy­warki. To zna­czy, mył je tata, a Maja wycie­rała do sucha ście­reczką.

— Szu­kają schro­nie­nia na zimę.

— A ja myślę, że przy­cho­dzą, żeby śmier­dzieć. Prze­cież jest jesz­cze cie­pło.

— Tak, ale nocą robi się naprawdę chłodno. Szu­kają więc schro­nie­nia zawczasu. Tyle że tutaj nie zdo­łają prze­zi­mo­wać. W domu jest dla nich za cie­pło, by mogły zapaść w letarg.

— Na pewno o tym wie­dzą, choć przy­cho­dzą i tak.

Nie­cier­pli­wie zer­kała przez okno, ale z kuchni nie dało się dobrze zoba­czyć wiaty, pod którą wysta­wiła miskę z mle­kiem. Cie­szyła się jed­nak, że tata jest razem z nią w kuchni, bo na­dal uni­kała samot­nego prze­by­wa­nia we wspól­nych prze­strze­niach domu. Inni loka­to­rzy — Igor z pod­da­sza oraz Ania i Mar­cin z pokoju obok — nie oka­zy­wali jej naj­mniej­szej nie­chęci, ale sama ich obec­ność ją krę­po­wała. Ślady innych ludzi, obce zapa­chy, nie­do­czysz­czone powierzch­nie — to było nie do znie­sie­nia. Dla­tego w łazience i kuchni Maja sta­rała się prze­by­wać jak naj­kró­cej.

Wresz­cie naczy­nia były umyte i Maja wybie­gła przed dom spraw­dzić, czy jeż sku­sił się na mleko.

Nie sku­sił się, za to mleko z miski chłep­tał kot, czarny, z białą plamą na boku pyszczka i z jedną białą skar­petką. Cały lśnił, trzy­mał ogon dum­nie pod­nie­siony i wyglą­dał na zadba­nego.

Maja ostroż­nie pode­szła i pogła­skała go. Był cie­pły i miękki. Nie mogła się nadzi­wić, że może ist­nieć tak cudowne stwo­rze­nie jak kot. Rodzice ni­gdy nie pozwa­lali jej na zwie­rzę w domu, nawet małe, a tata zawsze twier­dził, że kosz­tuje ono dzi­siaj wię­cej niż dziecko. A Maja nie mogła w takich chwi­lach nie zasta­na­wiać się, ile w takim razie kosz­tuje ona sama.

Teraz gła­skała kota jak zahip­no­ty­zo­wana. Nie potra­fiła prze­stać. A ten prze­stał pić, wyprę­żył się, zastrzygł jed­nym uszkiem i otarł się o jej nogi. Pysz­czek zosta­wił mokre ślady na jej spodniach. Nie było to mleko, lecz wydzie­lina z gru­czo­łów na policz­kach i pod brodą. Maja została ozna­czona. „To mój czło­wiek”.

— Zuko. Zuko. Zuko!

Ktoś wołał za pło­tem, od strony nowego bloku. Po nie­wiel­kim tara­sie na par­te­rze cho­dziła jakaś kobieta z tatu­ażami i roz­glą­dała się nie­spo­koj­nie. Za nią z wywie­szo­nym jęzo­rem drep­tała cze­ko­la­dowa labra­dorka. Maja domy­śliła się, że sąsiadka szuka kota, więc pod­nio­sła go i pode­szła do płotu. Oka­zał się cięż­szy, niż przy­pusz­czała. I zamru­czał tak, że Maja poczuła to mru­cze­nie aż w kościach. Przy­szło jej do głowy, że może powinna zanieść kota do domu, do swo­jego pokoju. Mia­łaby wresz­cie przy­ja­ciela. Zna­le­zione, nie­kra­dzione. Ale oczy­wi­ście wie­działa, że nie może tak postą­pić. Poza tym kota nie można sobie prze­sta­wić z miej­sca na miej­sce jak jakiś przed­miot.

— To pani kot?

— Zuko! — Na twa­rzy kobiety odma­lo­wała się ulga. Maja przyj­rzała się sąsiadce uważ­nie. Była chyba dość młoda, w każ­dym razie na pewno nie tak stara jak tata. Może bar­dziej w wieku Igora? Maja nie miała pew­no­ści. Cie­kawe, czy kie­dyś, gdy sama będzie doro­sła, będzie wresz­cie potra­fiła oce­niać wiek innych. A może wtedy nie będzie umiała powie­dzieć, ile lat ma jakieś dziecko? Wyda­wało jej się to dziwne i nie­moż­liwe.

— Ni­gdy wcze­śniej nie zda­rzało mu się ucie­kać z domu. Nie wiem, jak to się mogło stać — powie­działa sąsiadka, odbie­ra­jąc kota od Mai. Zuko miał minę roz­anie­loną i tro­chę bez­myślną. Labra­dorka szczek­nęła parę razy i naparła na płot, doma­ga­jąc się swo­jej por­cji gła­ska­nia. — Bulma, spo­kój. Dobry pies.

— Nie ma sprawy — mruk­nęła Maja. Sama nie wie­działa, czy mówi do sąsiadki, która nawet jej nie podzię­ko­wała, czy do psa. Pies był fajny, choć ani tro­chę tak miły w dotyku jak kot. O zapa­chu już nawet nie mówiąc.

— A czemu ty jesteś taki mokry, Zuko? Coś ty wypra­wiał na tej swo­jej wypra­wie? — Zaafe­ro­wana kobieta obwą­chała kota i obma­cała go ze wszyst­kich stron. W ogóle już nie zwra­cała uwagi na dziew­czynkę.

— Wypił tro­chę mleka i pew­nie się ochla­pał.

— Kotom nie wolno dawać mleka!

— To nie było dla niego, tylko dla jeża.

— Jeże też nie powinny pić mleka, bo mogą się roz­cho­ro­wać. Każdy o tym wie.

Maja wró­ciła do domu zła jak osa. Zło­ściła się tym bar­dziej, że sąsiadka w grun­cie rze­czy miała rację. Ale to nie zna­czy, że musiała trak­to­wać Maję jak… no, tak jak to zro­biła. Maja nie potra­fiła tego okre­ślić, ale czuła, że zacho­wa­nie sąsiadki było bar­dzo nie w porządku. Na doda­tek oka­zało się, że pies jed­nak śmier­dział, i dziew­czynka czuła ten zapach nawet po umy­ciu rąk. Żało­wała, że jed­nak nie zabrała kota do domu, choćby na chwilę. Następ­nym razem tak zrobi, i niech go sobie tamta baba szuka.

Rozdział IV

Zaczynają się problemy

Pod koniec wrze­śnia bie­dronki gdzieś znik­nęły. Może po pro­stu poszły po rozum do głowy i poszu­kały sobie lep­szych kry­jó­wek. Poja­wiły się za to motyle, zwłasz­cza dobrze znane pawiki o oczkach na skrzy­dłach, ale też inne, wiel­kie i żółte, któ­rych Maja nie potra­fiła nazwać. A każ­dego ranka w ogro­dzie zbie­rało się stado szpa­ków. Darły się, skrze­czały i gwiz­dały od bla­dego świtu, więc Maja nie potrze­bo­wała budzika.

W tam­tym cza­sie tata zabrał Maję do „Kawiarni na Podu­chach”. To było jej ulu­bione miej­sce. Naj­bar­dziej lubiła sia­dać na podusz­kach na niskim para­pe­cie. Znaj­do­wał się tam też ogró­dek, a w nim dwa hamaki, ale prze­waż­nie bywały zajęte. W daw­nych cza­sach, zanim wszystko się skoń­czyło, Maja przy­cho­dziła tu czę­sto z rodzi­cami, zimą na gorącą cze­ko­ladę, latem na lemo­niadę, a o każ­dej porze roku — na ciastko. W tej kawiarni zawsze wszystko Mai sma­ko­wało, i tak też było tym razem. Dobrze wra­cać do miejsc, gdzie czuło się szczę­śli­wym.

Tym razem ciastko było tylko dla Mai, bo tata musiał zmie­nić pracę i ogra­ni­czał wydatki.

— Zjedz pół — zapro­po­no­wała Maja.

Tata dziob­nął więc ciastko dwa razy widel­cem i widać było, że bar­dzo mu sma­kuje. Mai też sma­ko­wało, więc mimo wszystko ucie­szyła się, że tata poprze­stał na tych dwóch kęsach.

— Będę dziś wie­czo­rem pra­co­wał. Zosta­niesz sama?

— No chyba tak. Skoro masz pracę.

— Wiesz, aż tak bar­dzo nie muszę, jeśli nie chcesz zosta­wać sama w domu. Ale wie­czo­rami sporo można zaro­bić.

— Nie boję się!

— Nie mówi­łem, że się boisz, tylko że nie masz ochoty. Wrócę jak naj­szyb­ciej.

Tak więc Maja po raz pierw­szy została sama. Mimo włą­czo­nego świa­tła dom uparł się, by skrzy­pieć i stu­kać bar­dziej niż zwy­kle. No i bała się, tym bar­dziej że Ania i Mar­cin wyszli albo wyje­chali, a Igor sie­dział zamknięty w swoim pokoju na pod­da­szu. Maja bar­dzo pra­gnęła, by tata znów sie­dział w swoim pokoju, oddzie­la­jąc ją od reszty domu.

Pró­bo­wała czy­tać, ale słowa nie chciały się ukła­dać w zda­nia, a zda­nia w myśli. W ogóle nie rozu­miała, co czyta.

Naraz roz­le­gło się stu­ka­nie w ścia­nie. Maja pod­sko­czyła.

— Kto tam jest? — Jej gar­dło było ści­śnięte, a głos piskliwy jak u myszy z bajki.

Nikt nie odpo­wie­dział. Pomy­ślała, że to ten głupi Igor ją stra­szy. Był to dziwny typ, a tata mówił, że Igor pra­wie nic nie ma, nawet mebli, śpi po pro­stu na mate­racu. Tak, to pasuje do takiego dzi­waka celowo stu­kać, żeby kogoś przestra­szyć. Może jest psy­cho­patą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki