Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 102 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka M do kwadratu - Monika Sawicka, Monika Kamieńska

Tradycja epistolarna istnieje od czasów wynalezienia pisma. Ludzie od wieków dzielą się w ten sposób swoimi sprawami, przeżyciami, myślami. Dziś wymiana refleksji jest znacznie łatwiejsza i szybsza dzięki nowym technologiom, pozwalającym kontaktować się w czasie rzeczywistym bez względu na odległości dzielące interlokutorów. Zdawać by się mogło, że w związku z łatwością komunikacji zwyczaj pisania do siebie obszernych listów stać się musi reliktem przeszłości.

Okazuje się to jednak nieprawdą, o czym świadczą listy Moniki Sawickiej i Moniki Kamieńskiej piszących do siebie w ważnych dla nich sprawach, choć mogłyby porozmawiać przez skypa. Fakt, nie kleją już znaczków na kopertach tylko wysyłają maile, ale istota pisania i jej cel pozostały te same.

M do kwadratu to zbiór pisanych w przeciągu kilku tygodni listów dwóch kobiet, których „życie zaczyna się po czterdziestce”. Są już dojrzałe niczym drogie wina, mają dorosłe dzieci, doświadczenie i życiową mądrość, która pozwala im patrzeć na wiele spraw z dystansu. Ale są też młodymi duchem kobietami, które pragną tego, co my wszystkie: miłości, czułości i bliskości. O tym właśnie są listy obu Monik – o nich samych, relacjach z dziećmi, mężczyznami, o zdrowiu, urodzie, przemijaniu, zmianach czekających każdą z nas, odwadze i sile, o przestrogach dla innych. Moniki piszą w sposób zabawny i mądry, każda na swój własny, błyskotliwy sposób.

Warto zajrzeć do ich korespondencji i poszukać w niej cząstki siebie.

Opinie o ebooku M do kwadratu - Monika Sawicka, Monika Kamieńska

Fragment ebooka M do kwadratu - Monika Sawicka, Monika Kamieńska

Monika Sawicka, Monika Kamieńska

M do kwadratu

© Copyright by Monika Sawicka, Monika Kamieńska & e-bookowo & Magia Słów

Projekt okładki: e-bookowo

ISBN 978-83-7859-008-8

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

MS

Kochana moja M.

To prawda, że życie zaczyna się po czterdziestce. Urodziny miałam zaledwie kilkanaście dni temu, a mój świat stanął na głowie. Nie, żeby sam tak z siebie, pomogłam mu, mimo braku akrobatycznych zdolności. Natomiast talentów do komplikowania sobie życia mam aż nadto i moja podświadomość z tego korzysta bez opamiętania.

Chcę być dobra. Po prostu dobra, wcale nie najlepsza. Zawsze wszystkie „naj” mnie przerażały. Nie dlatego, że jestem mało ambitna. Chcę wszystko robić w życiu dobrze i na tysiąc procent, nie mam przerostu formy nad treścią i chyba mam słabo rozwinięty gen rywalizacji, o ile w ogóle jest. Co wcale nie znaczy, że jestem przeciętna. Bo ja, moja Droga, jestem nieprzeciętną osobowością i świadoma tego aż do bólu, uczę się ze sobą żyć. Bo to ważne: – kiedy będę znała instrukcję obsługi samej siebie – po prostu ją skseruję, oplakatuję miasto, roześlę jako newsletter znajomym i życie stanie się piękne. Ale nudne. Bo najfajniejsza jest chyba nieprzewidywalność, element zaskoczenia (Ty wiesz, jak ja samą siebie potrafię zaskoczyć?), adrenalina, niepewność. Ale nie idę do celu po trupach, no chyba, że po swoim. Bo ja wszystko robię z poświęceniem. Oddaniem, wielką radością i zaangażowaniem. Zasadniczo mi wychodzi. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale ogarniam. Z jednym mam natomiast problem.

Karmiłaś piersią swoje dzieci? Ja tak, wykarmiłam sztukę jedną, dziś ma dziewiętnaście lat i nawet nie myśli, żeby cyca pociągnąć, czego bardzo żałuję, bo... kiedy niemowlęciem była, cyc załatwiał prawie wszystko. Małe dzieci – mały kłopot, duże dzieci – cały Mount Everest problemów.

Strasznie żyrta była, ledwo co ją odstawiłam, zaczynała drzeć się wniebogłosy. Z lenistwa kładłam ją u siebie w łóżku, bo mi się chodzić nie chciało (wydeptałam ścieżkę na trasie sypialnia – pokój dziecinny). Gdybym sobie założyła licznik kilometrów, niejeden maraton byłby mój. I tym sposobem spała ze mną do ósmego roku życia, a cycek był w ruchu też długo (dlatego też dziś kwalifikuję się do zaimplantowania i liftingu). Tak czy siak, cycek był wielofunkcyjny, ale stracił na atrakcyjności – literalnie i metaforycznie.

Niemowlak dorósł i, choć plusem jest, że pieluch prać nie muszę, to za to muszę o wiele więcej. A mogę coraz mniej.

Dzisiaj mianowicie, żeby ją uciszyć, musiałabym ją zakneblować, najlepiej skarpetkami jej tatusia – straciłaby przytomność i byłby spokój. Matka – potwór – można by pomyśleć.

A ja tylko usiłuję przeżyć. Okazuje się, że osobnikiem Alfa w moim stadzie jest kocica Fizia, nawet nie kocur, nie przebił się, może dlatego, że kastrat.

Kochana, Twoje dzieci są troszkę starsze od mojej córki, powiedz no mi proszę, czy ta wojna pokoleń się kiedyś kończy i dlaczego to tak boli? Słowa ranią jak miecz samuraja, tną serce i zostawiają rany, które się nigdy nie zabliźniają. Cała ta miłość, która jest we mnie, miesza się ze złością, bezsilnością i bólem nie do wytrzymania.

Może niektórzy nie powinni mieć dzieci? Może ja właśnie jestem tymi „niektórymi” – mam tak skomplikowaną osobowość, że chwilami nie mogę nad nią zapanować i zamiast ją sobie podporządkować, zmusztrować i ustawić w szeregu na baczność, moja osobowość artystki połączona z DDA, DDD robi ze mną, co chce?

MK

Moja M.

Tak, karmiłam…, choć kiedy po porządnej awanturze (bo miałam cesarkę i mnie w pooperacyjnej umieścili) wreszcie przynieśli mi pierworodnego i dostawiłam go do wypełnionej wtedy jeszcze tzw. siarą piersi, spał jak zaklęty rycerz. Potem próbowałam kolejny raz i kolejny… a on nic. Dostawiam z lewej, z prawej, rana szarpie jak cholera, ale trza być twardym, a nie miętkim, nie? No to dzielnie, dawać mi dziecko! A tu wstawać ni diabła, brzuszysko nawala, ale ja się nie zrażam. Tylko do cholery, czemu mały nie je? Tylko śpi? Rozumiem, choć mam dopiero 20 lat, że niemowlak dużo śpi, ale że nie jest głodny? Obok mnie dumne matki skutecznie podają swoim nowonarodzonym mleczne piersi, a ja? Choć moje przypominają nadmuchane piłki do siatkówki, nic… W końcu zdeterminowana wygramoliłam swe obolałe ciało z łóżka i poszłam do oddziałowej. Okazało się, że dziecko owszem je – tylko z butelki! Wkurzenie moje nie miało granic, żałuj, moja droga, że w takim szale nie miałaś okazji mnie widzieć. Natychmiast kazałam się przenieść do pokoju matki z dzieckiem i mimo ostrzeżeń pielęgniarek, że po cesarskim „to ja sobie nie poradzę”, dopięłam w drugiej dobie swego. Bolało, byłam skonana, ale Michał zaczął wreszcie jeść uff. To była najpiękniejsza chwila mojego młodego życia. Ilu łez, nieprzespanych nocy, tabletek uspokajających będzie mnie kosztował mój przepiękny (był wyjątkowo cudny jak na noworodka) synuś, nawet w najśmielszych snach nie mogłam przewidzieć. A córka? Ta miała parcie na życie, zanim się obejrzałam, już była na świecie, kosztując mnie prawie reanimację i transfuzję. 8 miesięcy karmienia, potem szarpania i gryzienia.

W międzyczasie studia, bieganie, a to z brzuchem, a to z wózkiem, a to z nosidełkiem… i tak parę lat. Na nazwanego przez córkę po 20 latach „tzw. biologicznym ojcem” tatusia zbytnio liczyć nie mogłam. W moim stadzie, nie mając wyjścia, musiałam zostać samicą Alfa i to jaką! Tzw. „pan domu” zajęty własnymi rozrywkami, połączony sztywnym łączem ze swoim komputerem funkcjonował poza realiami. Cała życiowa logistyka należała do mnie. Nie miałam czasu na zastanawianie się, czy jestem szczęśliwa. Nie rozważałam swojego stanu, dopóki nie stał się tak boleśnie kłujący, rozrywający duszę, a potem i ciało. Wiedziałam, że dam sobie radę. Nie, M., nie było mi łatwo. Gryzłam z bezsilności palce, stałam w oknie wypatrując, czy syn nie wraca już z imprezy. Łykałam gorzkie łzy, gdy córka krzyczała, żebym oddała ją do domu dziecka… a potem pisała do mnie najpiękniejszy, najbardziej wzruszający na świecie list z okazji Dnia Matki. Zawsze, gdy go czytam, potoki słonych wzruszeń moczą mi dekolt. Czy i u Ciebie tak się stanie? Czy K. zrozumie, jak bardzo Cię rani i jak bardzo jest niesprawiedliwa? No cóż, nie mnie wyrokować. Wiem jedno, możemy dać tyle, ile możemy. Nasze matczyne intencje są naturalne, szczere, niewymuszone. Czas pokaże, czy ta ciężka praca, nazywana wychowaniem, przyniesie oczekiwane efekty? A może nieoczekiwane… inne. „Bo życie nie jest ani lepsze, ani gorsze niż zaplanowaliśmy. Jest po prostu inne.” I ja się z Wiliamem zgadzam.

Twoja M.

MS

Późny wieczór, ale jeszcze 18 stycznia 2012

Kochana moja M.

Nieszczególnie czuję się pocieszona, choć odnajduję w Twojej historii wiele elementów wspólnych i teoretycznie powinno mi się zrobić lepiej. No, ale kto powiedział, że ma być lepiej? My, kobiety, jesteśmy szczęśliwe, gdy jesteśmy nieszczęśliwe. Im bardziej powalony facet, tym bardziej nas kręci. Radar mamy na typy niemalże patologiczne, a omijamy tych spokojnych, grzecznych, bezproblemowych, kulturalnych, nudnych po prostu. Syndrom Matki Teresy, rzec by można.

Jeśli nie uratujemy jednego patola, to nie pójdziemy do nieba. A że droga do Nieba prowadzi przez Piekło, to już insza inszość, nieprawdaż, moja Droga M.? Tajemnica tkwi w tym, że wolimy do Piekła, bo trafiamy tam prosto z Raju. No wiem, że komuś się drogowskazy poprzestawiały, ale nie szukamy przecież logiki tylko upokorzenia, im większe, tym nam jest lepiej.

Raj jest tylko dla ciała, bo umysł ląduje w Piekle. Ale co nas nie zabije, to nas wzmocni. Silniejsza jestem, cięższą podajcie mi zbroję. Coś mi mówi, że też tak masz... Meandry kobiecego umysłu są niezbadane – widzisz jak płynnie przeszłam z tematu macierzyństwa do facetów. Chociaż wiesz, co? To przecież w zasadzie to samo – faceci są jak dzieci i też lubią nasze piersi.

Całuję, Twoja M.S.

MK

Mały smuteczek wkradł się przez chwilkę nieuwagi przez małą cieniutką szparkę w moich postanowieniach, że już nigdy, że już nie będę. 1 stycznia wkroczyłam pewnie w nowe, dojrzałe, wolne od nieprzemyślanych, kierowanych wyłącznie emocjami i pragnieniem bycia za wszelką cenę szczęśliwą decyzji. No i muszę Ci, kochana, powiedzieć, że idzie mi nieźle. Katuję się na siłowni, pracuję w pocie czoła i… nie wymyślam, nie projektuję, żyję.

A tu nagle, z wieczora… po fitballu, po zakupach i pogawędce z nieco przytłoczoną problemami przyjaciółką (36 lat przyjaźni zobowiązuje) smuteczek. No, ki diabeł? Ano, to, co mam na wyciągnięcie ręki, ech… jakoś mnie nie nęci, nie porywa, choć dobre, czyste, prawdziwe. To, czego mieć nie mogę, pociąga, co za złośliwe fatum. No nic, zmiękczam natrętne myśli hiszpańskim półwytrawnym, zapaliłam sobie świecę, taka już romantyczna, kurczę, jestem. Kotka śpi w pozie niewymuszonej, czasami chciałabym być nią. Darowałam jej nowe życie. Znaleziona na podwórku, wychudzona, nie miała siły stać, ani chodzić. Weterynarz, do którego ją natychmiast zawiozłyśmy (moja córka ma tak samo miękkie serce do zwierząt jak ja), powiedział: A coście mi tu za Oświęcim przywiozły? Ja nie mam jak zastrzyku zrobić, sama skóra i kości. No, a widziałaś ją teraz! Niezła foczka, co?

Myślę sobie tak wieczornie, że i może mnie kiedyś ktoś odnajdzie i podaruje mi nowe życie? Pierwszy krok zrobiłam sama.

A wracając do wieku. Pamiętam, gdy byłam młodą, trzydziestoparoletnią kobietą po przejściach i spędzałam upojne wakacje nad jeziorem, kiedy beztrosko machałam nogami, siedząc jak za dawnych lat na pomoście nad jeziorem usłyszałam tekst z ust B.: Wiesz, mamo, jak na „swój wiek” (sic! Kurczę, jaki wiek?) to ty masz nawet ładne stopy! Niezłe, co?

I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś, załączając Ci w mailu ukochaną etiudę z muchą (zawsze coś… zawsze k… coś…)

Twoja M.

MS

No, czułam pismo nosem. Takie wyciąganie z doła przyjaciółek zawsze ma jakieś konsekwencje. Nawet nie „jakieś”, ale dość konkretne i łatwe do przewidzenia. Zwłaszcza wtedy, gdy same jesteśmy w nienajlepszym stanie (choć wydaje nam się, że nic nam nie dolega).

Po takiej rozmowie przychodzi moment, gdy zostajemy same z naszymi myślami, w pustym domu, z kotem i własną nieterapeutyzowaną przeszłością, która mimo upływu lat, wcale nie boli mniej.

Kobieto, widzę, że z