Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Jeden z najważniejszych współczesnych chińskich prozaików po raz pierwszy po polsku.
Pogodzony z losem staruszek ledwie wiąże koniec z końcem, ale jest gotów zrobić wszystko dla miłości swego życia, z którą los go nigdy nie połączył. Młode małżeństwo wspólnie walczy z podstępną chorobą weneryczną żony, zmagając się przy tym ze społecznym wykluczeniem. Siostrzenica odwiedza wuja, żeby w okrutny sposób przekonać się o jego przemianie. Dwie dziewczyny wędrują przez pustynię w towarzystwie wielbłądów, by z determinacją stawić czoła przeciwnościom losu i bezlitosnej naturze.
W opowiadaniach Xue Mo piękno miesza się z brzydotą, dobro z okrucieństwem, siła ze słabością, a wszystko to na tle surowej i bezlitosnej przyrody prowincji Gansu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 238
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Xue Mo
Łuskanie bobu w blasku księżyca
Przekład
Marta Torbicka
ArtRageWarszawa 2026
Kiedy dziadek Sinciang zaczął zbierać stragan, było jeszcze bardzo wcześnie. Blade słońce, które przypominało mleczną lodową kulę, dopiero kierowało się ku zachodowi. Chłodny wietrzyk rozwiewał płową ziemię i szeleścił opadłymi liśćmi, przynosząc zapowiedź jesieni. Mężczyzna spakował owoce, a później zebrał jajka. Nosił ze sobą zaledwie dwa kosze, których zawartość bez trudu mieściła się na dwóch kartonowych pudłach. Na jednym z nich układał jajka, na drugim stos miękkich w dotyku gruszek o delikatnej skórce – z ich soczystego miąższu wypływał słodki, orzeźwiający sok, który pomagał na kaszel. Poza tym starszy człowiek nie miał nic więcej, więc stoisko łatwo się składało i równie łatwo rozkładało. Owoce kupował na wagę po czterdzieści fenów[1] za jin[2], a sprzedawał po czterdzieści pięć. Jajka były na sztuki – za jedno płacił dwadzieścia fenów i zarabiał na nim zaledwie dwa. To jednak wystarczało, by związać koniec z końcem.
Włożywszy dobytek do obu koszy, staruszek udał się w kierunku wschodniej części wioski. Był wysoki i chudy, a gdy szedł, jego cień pełzł za nim niczym wielka skolopendra. Wielu mieszkańców mu się przyglądało.
– Dziadku Sinciang, dokąd idziesz? – zapytał ktoś.
Mężczyźnie zaszkliły się oczy, przyspieszył kroku.
– Do niej – odpowiedział.
Wszyscy wiedzieli, kogo miał na myśli.
– Dać pieniądze? – dopytywali.
Mruknął na znak potwierdzenia.
– A potem dostaniesz pewnie coś w zamian? – spytał inny, a reszta wybuchła śmiechem.
Zażenowany sprzedawca chciał ich wyminąć, ale zagrodzili mu drogę.
– Wciąż jesteś sprawny, co?
Twarz wykrzywiła mu się w grymasie. Odłożył kosze i poklepał się po plecach.
– Co za bzdury, jestem na to za stary – odpowiedział z wyrzutem.
Parsknęli śmiechem, a potem znów ktoś spytał:
– Stary, tak? Wystarczy tylko chcieć!
– Jeśli narzędzie nie w formie, zawsze można dłońmi – dodał kolejny. – Trochę pomaca i zaspokoisz się jak nic!
Staruszek Sinciang nie zwracał już na nich uwagi. Podniósł kosze i zerwał się w podskokach jak królik.
– Bez tego nie warto się nawet fatygować! – krzyczeli za nim, zanosząc się śmiechem.
Mężczyzna był zdeterminowany, żeby oddalić się jak najszybciej, ale nie miał na tyle sił, więc plątały mu się nogi i co chwila się zataczał. Kawałek dalej przystanął, by złapać oddech. Odstawił koromysło, wyprostował się i znowu poklepał po plecach.
– Dziadku Sinciang, dokąd idziesz? – dobiegł go nagle głos dziewczynki.
Staruszek rozpromienił się w uśmiechu i nie odpowiadając na pytanie, wyjął z kosza kilka gruszek, po czym wyciągnął do niej dłoń, mówiąc:
– Masz, dziecko, dziadek da ci owocki.
Dziewczynka od razu zabrała się do jedzenia, wpijając się w miąższ i zlizując z palców słodki sok. Sinciang popatrzył na nią z uśmiechem, mimowolnie poruszając ustami, tak jakby to on rozkoszował się smakiem dojrzałych owoców.
– Kochanie, dlaczego znów zjadasz dziadkowi owocki? – zapytał dziewczynkę mężczyzna o ogorzałej twarzy, po czym zwrócił się do staruszka:
– Dziadku, nie rozpieszczaj tak dzieci. Jedno zobaczy i drugie też będzie chciało. Rozdajesz wszystko na prawo i lewo, a co będzie z twoim niewielkim biznesem?
Staruszek roześmiał się i odparł:
– To naprawdę nic takiego. Dzieciom miałbym nie dać…? Przecież jestem sam i wiele nie potrzebuję. Dwa ubrania na rok, dwa posiłki dziennie: wystarczy. Trzeba się cieszyć z tego, co się ma. Pójdę już, nie będę przeszkadzał.
– Może wejdziesz do nas i chwilę odpoczniesz?
– Nie, pora na mnie…
Jej dom był bardzo zniszczony. Z tylnej ściany tynk odpadał kawałek po kawałku, niczym płaty łuszczącej się skóry. Dziadek Sinciang zastał kobietę przy pracy, kiedy zakopywała dół. Kurz pokrywał jej twarz i ubranie. Na widok gościa odłożyła drewnianą łopatę i otrzepała się z ziemi. Przywitali się w kilku słowach, po czym weszli do domu. Wyklejone papierem okna niemal nie przepuszczały światła, w środku panowała ciemność. Na brzegu kangu[3], z fajką w dłoni, siedział starszy mężczyzna o zaczerwienionych oczach. Wziął do ręki kawałek słomy, rozpalił go nad płomieniem lampy naftowej, przyłożył do komina fajki i spróbował się zaciągnąć. Tytoń natychmiast się rozżarzył, a gospodarz wypuścił nosem chmurę dymu. Kiedy zobaczył Sincianga, nieznacznie się poruszył i lakonicznie go przywitał. Gość przycupnął na niziutkiej ławce i siedział tak w bezruchu niczym kamień.
– Tego roku ziemia znów nie obrodziła – zagaił gospodarz.
– Jest źle – zgodził się staruszek.
– A co będzie w przyszłym roku?
– Nie wiadomo.
– Ech, takie życie…
– Jest jak jest.
Kobieta weszła, otrzepując z siebie resztki pyłu.
– Zimno ci? – spytała Sincianga.
– Nie narzekam.
– Powinieneś nosić watowaną kurtkę.
– Prawda.
– Przydałoby się też wyprać pościel.
– Może i tak.
– Jutro muszę wykopać warzywa, ale pojutrze ci wypiorę – zaproponowała.
– Dobrze.
– Wypierz jutro, a ja popracuję w ogrodzie – zasugerował gospodarz. – Z tą pogodą nigdy nic nie wiadomo.
– Niech będzie – przystała kobieta.
Staruszek Sinciang wygrzebał z kieszeni garść banknotów o wartości kilku jiao[4], mówiąc:
– Tym razem tylko tyle. Ostatnio miałem niewielu klientów. Weźcie! Jest was dwoje i potrzebujecie nowych ubrań. Z podartych ludzie się śmieją… – To powiedziawszy, położył pieniądze na kangu i oznajmił: – Już pójdę.
– Najpierw coś zjedz. Zaraz wstawię makaron – zaproponowała kobieta.
– Nie, muszę jeszcze iść do lekarza na zastrzyk, złapałem przeziębienie.
– Naprawdę potrzebujesz kurtki.
– Wiem, wiem – przyznał, po czym chwycił koromysło i wyszedł.
Nikt go nie odprowadził.
Sinciang rozgrzał się w domu i kiedy teraz poczuł chłodny wiatr, zaswędziało go w nosie i kichnął. Wydawało mu się, że w środku biega mały robaczek. Pociągnął nosem. Rzeczywiście potrzebował tego zastrzyku. Przeziębienie przyszło niespodziewanie, ale nie mógł narzekać – zachorował po raz pierwszy w tym roku. „Trudno. Nie ma się co przejmować!” – stwierdził w duchu i głośno kichnął.
W poczekalni doktora Wanga siedziało zaledwie kilkoro pacjentów: dwóch mężczyzn i dziecko. Dziadek Sinciang podarował maluchowi owoc i usiadł, spodziewając się kolejnych nieprzyzwoitych komentarzy na swój temat. Nikt jednak nie powiedział ani słowa, całą uwagę skupili na dziecku, które zajadało się soczystą gruszką. „Dorosłym nie dam, to byłaby przesada” – pomyślał, lecz mężczyźni, nie spytawszy nawet o pozwolenie, sami sięgnęli do kosza.
– Jedzcie, jedzcie, są bardzo smaczne i na pewno pomogą zbić temperaturę! – zachwalał.
Kiedy przyszła jego kolej, powiedział lekarzowi:
– Przyszedłem na zastrzyk. Niech będzie penicylina, nic innego nie znam.
Wang się roześmiał.
– Przeziębiłeś się i zamiast odpoczywać, znów latasz za kobietami. Jeszcze trochę i wyczerpiesz męskie siły witalne!
Staruszek Sinciang oblał się rumieńcem.
– Doktorze, pan też wygaduje te bzdury? Rozumiem, że ci nieokrzesańcy, ale że wykształcony człowiek?
– Naprawdę tego nie robiłeś? – Wang zdążył już zapanować nad śmiechem.
– Z czyjąś żoną? Nie śmiałbym, przecież to niemoralne! – Kropla potu spłynęła mu z czoła i zatrzymała się na czubku nosa. – Lojalność wobec innych to podstawa!
Doktor zmierzył mu tętno i spojrzał w oczy:
– Przecież to nic takiego. Wcześniej była twoja.
– T-to przeszłość – wyjąkał starzec, blednąc.
– Ile miałeś lat, gdy zgarnęli cię do armii?
– Dwadzieścia.
– W dzień po ślubie? – dopytywał lekarz.
– Mhm.
– I naprawdę wróciłeś z Sinciangu na piechotę? Nikt cię nie podwiózł?
– Nikt.
Mężczyzna odpowiadał niechętnie, ponieważ podobne pytania słyszał już kilkaset razy. Ciągle ktoś go o to wypytywał. Ile można? Tamtego roku miał dwadzieścia lat, może trochę więcej, nie był pewien. Jego mgliste wspomnienia przypominały sen. Wiedział tylko, że Sinciang znajdował się bardzo daleko, nie dano mu wyboru – musiał jechać. Przy tej liczbie żołnierzy nawet ich nie wiązali i nikt nie miał skrupułów, żeby wywlec panów młodych prosto z sypialni i zabrać do obozów wojskowych. Tułał się przez kilka lat. Gdy ktoś go pytał, jak wygląda Sinciang, odpowiadał:
– Nie wiem, wtedy myślałem tylko o żonie.
Po ślubie nie zdążył się jej dokładnie przyjrzeć, ale przecież byli małżeństwem. Postanowił zdezerterować, jednak pierwsze próby ucieczki okazały się nieudane – prawie skatowali go na śmierć. Dopiero za piątym razem wrócił do domu. Jak daleko było do Sinciangu? Nie miał pojęcia. Szedł w dzień i w nocy, we śnie i na jawie. Spędził w drodze rok, może miesiąc… Już nawet nie pamiętał. Ale jaka to właściwie różnica? Po powrocie dowiedział się, że żona ponownie wyszła za mąż, ponieważ jego starszy brat nie potrafił jej utrzymać. Myślał, że Sinciang zginął, dlatego sprzedał kobietę innemu. Trudno… Wzięła ślub, jemu brakowało pieniędzy, żeby ją odzyskać, więc tak zostało. Drugi mąż był, jak na tamte czasy, zamożny, nie wiodło jej się źle. Sinciang wiele nie miał do opowiadania, ale mieszkańcy nieustannie zadręczali go pytaniami.
Lekarz wziął do ręki strzykawkę, chcąc wykonać najpierw próbę skórną.
– Niech pan da spokój, nie biorę tego pierwszy raz. Zresztą w tak starym ciele penicylina żadnej szkody już chyba nie wyrządzi…
– Nie ma mowy – zaoponował Wang.
Staruszek niechętnie nadstawił ramię.
– Masz pecha – zwrócił się do niego lekarz. – Żeby przespać się z żoną tylko raz…
Mężczyzna się zaśmiał, odpowiadając w duchu: „Żeby chociaż raz! Tej nocy akurat miała okres”.
– Nie masz pretensji do brata?
– Za co? Widać tak chciał los.
– Dlaczego nie ożeniłeś się po raz drugi?
– Może pisana mi była samotność – odpowiedział, po czym zmrużył oczy i spojrzał na niebo za oknem, a potem przeniósł wzrok na drzewa i niesione jesiennym wiatrem pożółkłe liście. Jego twarz pozostała nieruchoma jak wyrzeźbiona w drewnie i zdawało się, że temat rozmowy w ogóle go nie dotyczy.
Lekarz spojrzał na jego ramię i powiedział:
– Rozepnij pasek.
Mężczyzna zdjął spodnie, ukazując kościste pośladki.
– Niech pan kłuje w ciało, poprzednio igła wbiła mi się w gnat i bolało dobrych kilka dni.
Wang się roześmiał.
– Jakie znów ciało? Widzę samą skórę i kości. Powinieneś się lepiej odżywiać i nie oddawać wszystkiego, co zarobisz. To już nie twoja żona, czym się przejmujesz?
Staruszek milczał.
– A jeśli chodzi o te sprawy… Nie przeforsuj się, bo sobie zaszkodzisz.
– Pan znów o tym samym! I pomyśleć, że człowiek wykształcony…
Wang zachichotał. Jedną dłonią zebrał skórę pacjenta, drugą wkłuł igłę.
– Tym razem weszła w ciało. Nie było tak źle – powiedział starzec.
Lekarz znów się roześmiał i klepnął go po pośladkach, tak jak weterynarz poklepałby konia.
– Aj… to bolało!
– Wstawaj z łóżka, ale uważaj, żeby tymi swoimi pośladkami nie roztrzaskać listew. Kości dzwonią ci jak dzwon! – naśmiewał się Wang.
Po powrocie do domu staruszek odstawił kosze. Czuł, że są wyraźnie lżejsze, i trochę go to zmartwiło. Wiedział, że przez kolejnych kilka dni nie może liczyć na żaden zysk. Pokręcił głową i od razu odpędził od siebie tę myśl. „Po co być małostkowym?” – pomyślał. „Widocznie tak miało być”.
W jego niewielkim domu znajdowały się gliniany kang i piec kuchenny. Belki stropowe i ściany sczerniały od dymu, a wysokie, przedzielone listwami na sześć części okna wyklejono papierem, pożółkłym już teraz ze starości. We wnętrzu panowała ciemność, ale nie przeszkadzało to Sinciangowi, wręcz przeciwnie – nie lubił, jak było zbyt jasno. Czuł się tutaj naprawdę dobrze. Gdy tylko zatrzasnął drzwi, świat pozostał na zewnątrz i od razu zrobiło mu się cieplej na duszy. „Dobrze mieć dom” – uznał. Własny kąt chronił go od wiatru, deszczu i bezczelnych uwag sąsiadów. Przez kilkadziesiąt lat Sinciang starał się wyprzeć wszystko ze świadomości, ale pytania i przytyki mieszkańców rozdrapywały stare rany i sprawiały, że znów nachodziły go wspomnienia.
Mężczyzna przegarnął ogień w piecu i położył na desce do krojenia umyty pochrzyn. Żeby zmiękł, wystarczyło pokroić go na kawałki i potrzymać chwilę na patelni. W takiej postaci staruszkowi łatwiej było go przełknąć. Zęby wypadły mu już dawno temu, więc przeżucie czegokolwiek kosztowało go wiele wysiłku, a mimo to cierpiał potem na niestrawność. Pokroił pochrzyn na większe części, by wygodniej nabierało się je pałeczkami – nie dlatego, że trzęsły mu się ręce, po prostu nie poruszał nimi tak sprawnie jak kiedyś.
Nie zdążył pociąć całego warzywa, a już zabrakło mu miejsca na desce. Miała jedynie pięć cunów[5], ale używał jej z przyzwyczajenia od kilkudziesięciu lat. Drewno owocowe, z którego ją wykonano, cechowało się niezwykłą wytrzymałością, nóż nie pozostawiał na nim żadnych śladów. Stolarz Chen chciał mu zrobić nową, ale on nie widział takiej potrzeby. Mieszkał sam i ta mu wystarczała. Inni wymieniali deski jedną po drugiej, a on cały czas używał tej samej. To drewno było naprawdę trwałe. Po kilkudziesięciu latach stało się tylko nieco cieńsze, ale miało to swoje plusy, bo dzięki temu deska ważyła trochę mniej. Wcześniej, mimo że nie większa niż dłoń, miała swój ciężar, a na starość potrzeba jednak czegoś poręczniejszego. Dobrze się stało.
Pokroiwszy pochrzyn, mężczyzna zerknął do pieca. Taki gliniany piec był nieoceniony – rozpalał się w mgnieniu oka. Staruszek postawił na nim niewielki rondel, wyciągnął puszkę oleju, owinął pałeczki kilkoma skrawkami materiału, po czym zanurzył je w cieczy i natłuścił naczynie. Wokół przyjemnie zapachniało. Dziadek najchętniej używał oleju sezamowego, ponieważ rzepakowy nie dorównywał mu pod względem aromatu. Czasem jednak nie miał nic innego, więc sięgał po zwykły olej, który pachniał wtedy równie dobrze jak sezamowy. Bez oleju też dawał radę – makaronu i pochrzynu zawsze było pod dostatkiem, z wyjątkiem wczesnych lat sześćdziesiątych[6], gdy brakowało wszystkiego i musiał zadowolić się polnym mleczem. W każdym razie nie umarł z głodu, i tylko to się liczyło. Wielu nie miało tego szczęścia. On nie dość, że przeżył, to jeszcze nie dopadła go żadna poważna choroba czy inna katastrofa. Naprawdę mu się udało. Takie jest życie – raz na wozie, raz pod wozem.
W domu zaległa cisza, którą od czasu do czasu mącił głos mamroczącego pod nosem staruszka. Wrzucone do rondla kawałki pochrzynu przyjemnie zaskwierczały. „Istna uczta dla ucha!” – pomyślał. Według niego była to melodia piękniejsza od wszystkich kobiecych głosów, które wybrzmiewały teraz z głośników na każdym kroku. W kwestii gustów muzycznych upodobał sobie operę Qinqiang[7], ale przez wiele lat nie miał okazji jej posłuchać, ponieważ nie posiadał własnego radia. Jednak odgłosy dobiegające z rondla też były niczego sobie, szkoda tylko, że trwały tak krótko. Pochrzyn poskwierczał zaledwie przez chwilę, a już należało dolewać wody.
Wodę trzymał w glinianym dzbanie ze sczerniałymi krawędziami, który wcześniej służył sklepikarzowi do przechowywania sosu sojowego. Dostał go w zamian za dziesięć jajek. Naczynie, podobnie jak deska do krojenia, miało kilkadziesiąt lat i gdyby trafiło do jakiejś rodziny, na pewno doświadczyłoby narodzin nowego pokolenia. Jednak przez cały ten czas towarzyszyło tylko jemu, samotnemu starcowi. Dzban miał niewielki otwór i nie był zbyt pojemny – żeby go napełnić, wystarczyły trzy rundki z wiaderkiem po farbie. Staruszek mógł z niego potem korzystać przez trzy dni, więc uważał, że nie potrzebuje większego. Wcześniej taką samą ilość zużyłby w ciągu dwóch dni, a w młodości – do wieczora, ale z wiekiem jadł i pił coraz mniej. Stojąc przy naczyniu, uświadomił sobie, jak bardzo posunął się w latach. „Zestarzałeś się, naprawdę się zestarzałeś…” – pomyślał. Nagle przypomniał sobie dalszą część frazy zasłyszanej z opery: „Postarzałaś się przez te osiemnaście lat, Wang Baochuan!”[8]. Ale czemu bać się starości? Sam dożył tylu lat, nikt go z młodości nie ograbił. Miał tylko wrażenie, że dni mijały niesamowicie szybko – ani się obejrzał, a już był w podeszłym wieku, zupełnie jakby śnił. „Zestarzałem się, to trudno” – powiedział w duchu. Upływających lat nikt nie mógł zatrzymać.
Do nabierania wody dziadek Sinciang używał niewielkiego kubka, który cały dzień unosił się swobodnie w naczyniu. Mieściło się w nim tyle, co w miseczce, wystarczało na przygotowanie posiłku. Kubek też miał kilkadziesiąt lat i brakowało mu ucha, ponieważ pewnego dnia, podczas zaparzania w nim herbaty pu-erh, kot z białą plamką na nosie strącił go z pieca. Naczynie się porysowało i odpadło mu ucho. Nie był to jednak problem, bo dzięki temu, w przeciwieństwie do miseczek, mieściło się w dzbanie. Tak to jest na tym świecie, że czasem potrzebuje się kubka z uchem, a innym razem bez ucha. Każdy ma swoje zalety i trudno rozstrzygnąć, który z nich jest bardziej użyteczny.
Staruszek ścisnął w dłoni przymocowany do kubka patyk i zwinnie nabrał wody. Przez wiele dekad chwytał naczynie palcami, przechylał, napełniał i dopiero wtedy powoli wyciągał z dzbana, ale pewnego razu jeden młodziak pomógł mu przewiercić w kubku dwa otwory, a potem przewlekł przez nie sznurek i przymocował patyk. Od tamtej pory nie trzeba już było wkładać dłoni do dzbana, by zaczerpnąć wody. Staruszkowi podobało się to rozwiązanie, ale wiedział, że bez niego też by sobie poradził.
Czekając, aż woda się zagotuje, zabrał się do przygotowywania makaronu. Wyciągnął dużą turkusową miskę z porcelany. Była gruba i ciężka, ale za to solidna – od dawna takich nie sprzedawali. Porządne naczynia miały więcej zastosowań. Tej miski używał do jedzenia i wyrabiania ciasta, dzięki czemu nie musiał kupować specjalnej misy do mieszania składników. Wsypał dużą łyżkę mąki, wlał wodę i wymieszał. Ugniatał przez chwilę, aż uformował masę wielkości pięści, po czym rozpłaszczył ją na desce i pociął na paski, a później jeden po drugim wałkował między dłońmi, nadając im kształt cienkich nitek. Przygotowanie tego posiłku nie zajmowało wiele czasu.
Jadał tak od kilkudziesięciu lat.
W podeszłym wieku przerzucił się na lżejsze dania, ponieważ dokuczała mu niestrawność, ale proste jedzenie z dużą ilością wywaru przypadło mu do gustu. Niektóre przyjemności nic go nie kosztowały. Oprócz tego radość sprawiało mu również oglądanie księżyca i gwiazd. Wystarczyło przysunąć taboret i spojrzeć w nocne niebo. Codziennie obserwował też, jak słońce wstaje i chowa się za horyzontem, każdego roku widział, jak korony drzew zielenią się i żółkną… Nikt nie mógł pozbawić go tych przyjemności.
Zapadł zmierzch i niebo powoli tonęło w mroku. Jedzenie zdążyło się już ugotować, dziadek Sinciang z miseczką w dłoniach usiadł na progu. Nabrał pałeczkami niewielką porcję i oddał ją w ofierze duchom, po czym zaczął jeść, głośno przy tym siorbiąc. Kiedy siedział pochylony nad miską, nad jego głową unosiła się chmura pary. Naprzeciwko staruszka leżała miseczka z taką samą zawartością, przygotowana z myślą o jego przyjacielu, czarnym psie, który właśnie przytruchtał z domu kobiety ze wschodniego krańca wioski. W bladym świetle księżyca odciski łap przypominały kwiaty śliwy. Pies w ciszy opróżnił miseczkę, po czym podniósł głowę, żeby bezgłośnie przywitać się z gospodarzem, dla którego była to najprzyjemniejsza chwila w ciągu dnia. Mógł wtedy zapomnieć o sobie, o psie i o wszystkich mieszkańcach wioski.
[1] Fen – w chińskim systemie monetarnym najmniejsza jednostka, równa 1/100 juana. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
[2] Jin – chińska jednostka wagi równa 0,5 kg.
[3] Kang – rodzaj niskiego, płaskiego pieca z cegieł lub gliny; w dzień używany jest jako stół lub krzesło, w nocy służy do spania.
[4] Jiao – w chińskim systemie monetarnym jednostka równa 1/10 juana.
[5] Cun – chińska jednostka długości odpowiadająca ok. 3,33 cm.
[6] Wielki Skok, kampania w latach 1958–1960 na rzecz radykalnego przyspieszenia rozwoju gospodarczego ChRL, doprowadził we wczesnych latach 60. do klęski głodu i śmierci kilkunastu milionów osób.
[7] Opera Qinqiang to ludowa forma artystyczna prowincji Shaanxi i Gansu, wywodząca się z okresu panowania Zachodniej Dynastii Zhou (1046–771 p.n.e.).
[8] Wang Baochuan to bohaterka jednej z oper Qinqiang. Kobieta pochodzi z zamożnej rodziny i nie zważając na sprzeciw ojca, postanawia związać się z biednym mężczyzną – Xue Pingguiem. Ten jednak wstępuje do armii, po czym wyrusza na ekspedycję do Zachodniego Liang, jednego z Szesnastu Królestw (304–439), i wraca dopiero po osiemnastu latach. Cierpiąca niedostatek, walcząca z przeciwnościami losu kobieta nie ma w domu lustra i dopiero po powrocie ukochanego przegląda się w wodzie. Zobaczywszy swoje odbicie w misce, kobieta mówi do siebie: „Zestarzałaś się. Naprawdę się zestarzałaś. Postarzałaś się przez te osiemnaście lat, Wang Baochuan!”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Tytuł oryginału: 雪漠小说精选
Redaktor inicjujący: Krzysztof Cieślik
Redaktor prowadzący: Michał Michalski
Redakcja: Miłosz Biedrzycki
Opracowanie graficzne oprawy: Kamil Rekosz
Projekt makiety: Mimi Wasilewska
Korekta: Aleksandra Marczuk-Radoszek, Michał Trsuewicz
Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa
Opieka promocyjna: Paula Czubaj
Copyright 2024 © Mr. Xue Mo, China
© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2026
© Copyright for the Polish translation by Marta Torbicka, 2025
This edition i published by arrangement with ArtRage through Bejing Ruxue Media Company Limiterd
ALL RIGHTS RESERVED
乙方承诺,作者应以惯常形式突出显示在所有译本的封面 书脊、内封(如果有的话) 和标题 页上, 同时, 标题页的背面应出现如下版权声明
FIKCJE – seria, w której przybliżamy czytelniczkom i czytelnikom opowiadania z kraju i ze świata.
Wydawnictwo ArtRage
wydawnictwo.artrage.pl
Wydanie II, poprawione, Warszawa 2025
ISBN 978-83-68295-68-9
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
