LOTNICZKA. Opowieść o Janinie Lewandowskiej - Agata Puścikowska - ebook + audiobook + książka

LOTNICZKA. Opowieść o Janinie Lewandowskiej ebook

Puścikowska Agata

0,0
50,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Legendarna spadochroniarka. Porucznik pilot lotnictwa Wojska Polskiego. Śpiewaczka i pianistka.

TO WSZYSTKO PRAWDA? A CO, JEŚLI NIE CAŁA?

Jak wpłynęły na nią trudne wydarzenia i relacje w rodzinie Dowbór-Muśnickich? Czy była zakochana? I w kim? Przed czym uciekała?

Czy odnalazła spełnienie i szczęście? ***

O Lewandowskiej krąży wiele mitów i legend, które składają się na uproszczoną i powielaną bezrefleksyjnie wersję Janki: krystaliczną, choć nudnawą, pochodzącą ze świetnego rodu, patriotkę.

Życie Janiny było jednak bardziej skomplikowane i wielokrotnie naznaczone walką... o siebie.

Agata Puścikowska dociera do nieznanych dokumentów i faktów. A to, czego nie da się jednoznacznie potwierdzić, pozostawia w sferze pytań i otwartych zagadek, w nowej dla siebie i jakże ciekawej dla czytelnika formule – beletryzowanej biografii podpartej mocną warstwą faktograficzną.

BO TYLKO PRAWDA JEST CIEKAWA.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 368

Data ważności licencji: 2/25/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki

Eliza Luty

Zdjęcie wykorzystane na okładce

dzięki uprzejmości Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie

Fotografia autorki na skrzydełku

Henryk Przondziono

Konsultacja naukowa

dr Ewa Kowalska, Biuro Poszukiwań i Identyfikacji IPN

Grzegorz Jazdon, Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie

Redaktorka nabywająca i prowadząca

Marta Brzezińska-Waleszczyk

Promocja

Kinga Wojnicka

Adiustacja

Katarzyna Mach

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Justyna Jagódka

Copyright © by Agata Puścikowska

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-130-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Wstęp

Kilkanaście lat temu zobaczyłam JĄ. Szła ulicami Warszawy w mundurze polskiego lotnika. Pośród dziesiątków polskich żołnierzy, oficerów. Wyprostowana, z zaciętym wyrazem pięknej twarzy, ciemnowłosa. To był wstrząs. Nie wiedziałam wcześniej o jej istnieniu. Katyń? Zbrodnia katyńska? Kojarzyły mi się wyłącznie z polskimi oficerami – mężczyznami. Zobaczyłam ją na Katyńskim Marszu Cieni. Pochodzie-pomniku, pochodzie-hołdzie dla dwudziestu dwóch tysięcy polskich oficerów, zamordowanych przez Sowietów w 1940 roku w Katyniu i innych miejscach kaźni. Marsz, organizowany w Warszawie od 2008 roku z okazji Dnia Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej między innymi przez IPN i grupy rekonstrukcyjne, przechodzi ulicami stolicy w ciszy. Rekonstruktorzy, w historycznych mundurach polskich oficerów oraz pilnujących ich funkcjonariuszy NKWD, idą od Muzeum Wojska Polskiego przez Krakowskie Przedmieście do Placu Zamkowego, Rynku Starego Miasta, Bonifraterską aż pod Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie. Idą, by o nich przypomnieć.

Jest i ona: Janina Lewandowska. Pierwszy raz dostrzegłam ją pod pomnikiem szczególnie mi bliskim i poprzez jego wymowę i dlatego że w 1999 roku, podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, czekałyśmy w tym miejscu z moją Babcią od wczesnego ranka na przyjazd Ojca Świętego. Był z nami ksiądz Zdzisław Peszkowski, który modlił się z wiernymi za ofiary Wschodu. Gdy pojawił się Jan Paweł II, prałat pokazywał mu pomnik symbolizujący tak wiele miejsc kaźni Polaków. Sam ksiądz Peszkowski, o czym wiedziałam, uniknął śmierci w Katyniu. Nie miałam jednak pojęcia, że przecież młody wówczas oficer znał Janinę. Pamiętał lotniczkę z Kozielska i po wielu latach wspominał…

Mijały lata. Istnienie Janiny Lewandowskiej, prawdopodobnie jedynej kobiety zamordowanej w Katyniu, zaczynało przebijać się do społecznej świadomości. Powoli. Bardzo powoli. Istniejące publikacje mówiły jednocześnie wiele i niewiele: córka generała, lotniczka, porucznik Wojska Polskiego. Inspirowały i pobudzały wyobraźnię. Zdradzały jakiś ciąg dalszy, ludzką, głęboką historię o życiu i śmierci. Odkrytą do końca? Stanowczo nie. Tylko czy da się ją odkryć? Dopiero po latach się dowiedziałam, że zbrodnia katyńska to nie tylko martyrologia dorosłych mężczyzn: to też historia kobiet i dzieci więzionych w obozach specjalnych i zabijanych na nieludzkiej ziemi. Po latach dowiedziałam się zresztą, że Janina została odnaleziona w katyńskim dole śmierci... wraz z małym chłopcem. To był dla mnie wstrząs. Lewandowska była jedyną kobietą zamordowaną w Katyniu, ale nie jedyną kobietą więzioną w obozach specjalnych NKWD.

Janina czekała na swój czas. Czekała, by rozpoczął się żmudny, a jednocześnie piękny proces odkrywania tej niezwykłej, ale i bardzo zwyczajnej kobiety.

Kim naprawdę była? Dostępne opracowania, również książkowe, przedstawiały jej historię dość podobnie. Pochodziła z kochającej się patriotycznej rodziny, skakała na spadochronie, osiągała niewyobrażalne wyniki (pięć tysięcy metrów!), miała uprawnienia pilota motorowego, a potem zginęła w Katyniu. To oczywiście mocny skrót i uproszczenie, ale… biografie Janiny Lewandowskiej, takie odnosiłam wrażenie, spłaszczały jej życie. Prócz wciąż powtarzanych, tych samych i chyba średnio weryfikowanych informacji pojawiały się jedynie różnice w narracji, zapewne zależne od wrażliwości autora. Albo obraz był przesłodzony (szczególnie relacji rodzinnych Janiny, ojca i rodzeństwa), albo wręcz przeciwnie: wyostrzony i nacechowany negatywnie, w którym generał jawił się niemal jako skrajny despota. Która wersja jest prawdziwa: kochająca i bezpamiętnie zapatrzona w ojca córka czy córka uciekająca od tyrana? A może jednak prawda jest gdzieś pośrodku? Tylko czy istnieje możliwość, by przy braku wspomnień samych zainteresowanych zrekonstruować dzieciństwo, młodość i wybory życiowe Janiny tak, by jak najbardziej przybliżyć się do prawdy? Czas międzywojenny bywa mitologizowany. Ludzie wychowani w międzywojniu jawią się niekiedy jako „pokolenie Kolumbów”, na które patrzymy wyłącznie przez pryzmat walki, patriotyzmu, wyborów i – jakże często – przez perspektywę śmierci. Wojenna martyrologia to ważny, ale jednak moment w życiu. Dopełnienie, nie jego całość. Co było wcześniej, jak wyglądała codzienność, zwykłe życie, rodzina, nauka, radości, smutki, a nawet błędy młodości? Każdy przecież je miał!

Pokolenie Janiny przywykło do pisania pamiętników. Dlatego do dziś sporo informacji przetrwało. Jednak wspomnienia samej Janiny, jeśli w ogóle istniały, albo się nie zachowały, albo nadal czekają na odkrycie. Jak dojść do prawdy? Jak się do niej chociaż przybliżyć? Przemiany po 1945 roku to czas niszczenia pamięci i archiwów. A także ciszy wynikającej ze strachu, jej rodzina zawieruchy wojennej przecież nie przetrwała. O zbrodni katyńskiej dalszym znajomym i krewnym, którzy wojnę przeżyli, nie wolno było mówić. Ważny świadek życia Janiny, jej mąż Mieczysław, po wojnie zamieszkał w Wielkiej Brytanii…

Trudno dziś w pełni odtworzyć nie tylko wygląd domu rodzinnego Dowbór-Muśnickich, pałacu w Lusowie, ale i poszczególne lata, czas szkolny, okres dojrzewania i wzrastania, dorosłe wybory Janiny. Czasy te trzeba było rekonstruować, niemal odtwarzać ze skrawków wspomnień, opowieści ludzi, którzy znali Dowbór- Muśnickich. Krok po kroku, kartka po kartce, rozmowa po rozmowie.

Jak poznać człowieka, który odszedł wiele lat temu i nie pozostawił po sobie wspomnień? Można próbować z okruchów, z niewielkich obrazków z jego życia, które zebrane w całość, zaczynają przypominać kolorową mozaikę ludzkiego życia. Nie jest to obraz stuprocentowo realny, ale przybliża do prawdy.

Mozolnie zbierałam okruchy tamtej rzeczywistości, porządkowałam je, dopełniałam, szukałam gdzie się da… i gdzie się nie da. W przypadku rodziny Dowbór-Muśnickich starałam się oprzeć na dokumentach, wspomnieniach, ograniczając niepewne opracowania. W kwestiach dotyczących życia w dwudziestoleciu, czasów wojny, zbrodni katyńskiej korzystałam z istniejących pewnych źródeł. Odwiedzałam też miejsca związane z rodziną Janiny, jej życiem, ale i miejscami pamięci o Katyniu.

Na szczęście pomagali mi ludzie zaangażowani w pamięć o Katyniu i Janinie Lewandowskiej. Co więcej, ku mojemu zdziwieniu się okazało, że chociaż opracowania o niej ukazywały się od jakiegoś czasu, to nie obejmowały jakże ważnych wspomnień jej ojca! Istnieją bowiem niepublikowane listy generała Józefa Dowbór-Muśnickiego, które czytałam ze wzruszeniem i wręcz drżeniem rąk, a które przenosiły wprost do generalskiej rodziny. Było to doświadczenie i piękne, i wzruszające, choć niejednokrotnie trudne. To trochę tak, jakby wejść nieproszonym w cudze życie, a wręcz poznawać jego intymne szczegóły. Jak przekazać je subtelnie, ale prawdziwie? Wszak minęło już tyle lat, prawda jest istotna, jednak szacunek i godność tych, którzy mówić już o sobie nie mogą, są najważniejsze. Generał w listach do Stefanii Wańkowiczowej wprost, choć częściej między wierszami, opisywał całą rodzinę, w dużym stopniu właśnie Jankę – najstarszą córkę. I to stąd się dowiedziałam, że Janina ciężko zachorowała, miała trudny charakter, a relacje w rodzinie były specyficzne. Nie różowe, ale i nie czarne. Może po prostu takie jak w innych rodzinach?

Nieocenionymi skarbcami wiedzy o Janinie okazała się też przedwojenna prasa, która chętnie opisywała jej – generalskiej przecież córki – poczynania.

Kim była Janina? W trakcie zbierania materiałów – szukania prawdy w dokumentach, listach, wspomnieniach (w dużym stopniu niepublikowanych, a szkoda!), okazywało się jakże często, że dotychczasowe ustalenia o życiu Lewandowskiej mijają się z prawdą. Mitów dotyczących jej biografii jest wiele – począwszy od dzieciństwa, poprzez młodość, na wojnie i śmierci kończąc. Dlaczego te półprawdy, a czasem bajki były i są nadal powielane? Może ich powtarzanie i przepisywanie jest po prostu łatwiejsze niż próba dotarcia do sedna, do autentycznych wydarzeń z życia tej zwykłej i niezwykłej jednocześnie kobiety. Bo to właśnie prawda jest ciekawa. Opisywałam ją, świadomie wybierając w jednej książce dwa gatunki: beletrystykę i dokument. Liczę, że będzie to dla czytelnika ciekawe doświadczenie, umożliwiające tak zanurzenie się w losy, psychikę i wybory fascynującej kobiety, jak też pogłębienie wiedzy historycznej.

Przekonają się Państwo, mam nadzieję, jak ciekawa jest Janina: zarówno w swoim zagubieniu, jak i ambicjach, w poszukiwaniu siebie, w walce o zdrowie, o przyszłość, w niejednoznacznych relacjach z bliskimi, w przeróżnych zdolnościach, ale i… ich braku. Zapewniam, że jest dużo bardziej inspirująca niż Janina ze spiżu, postawiona na pomniku, zakurzona i nieprzystępna. Podobnie zresztą jak jej siostra, Agnieszka. Ciekawe jest to, że choć tak różne i bynajmniej niepałające do siebie siostrzaną miłością, gdy Ojczyzna potrzebowała obrony, obie niezależnie i w wolności stanęły do walki. Osobno, a przecież razem. Walczyły tak, jak potrafiły i jak mogły. Obie poniosły za to najwyższą cenę – zamordowane, jakże to symboliczne, przez dwa straszliwe totalitaryzmy…

Zniknęła wielka rodzina…

Pamiętajmy o nich.

Pamiętajmy też o wielkiej historii i wszystkich ofiarach zbrodni katyńskiej. Pamiętajmy o Kozielsku, Starobielsku, Ostaszkowie i wielu innych miejscach kaźni. Pamiętajmy o tragicznym wydarzeniu w dziejach Polski, wprost wymierzonym w elitę Drugiej Rzeczypospolitej. Nie wolno nigdy zapomnieć o śmierci dzielnych, walecznych, pięknych ludzi, która była narzędziem walki z całym narodem i jego przyszłością. Niech ta świadomość nigdy nie spowszednieje, a losy jednostki, konkretnej rodziny przypominają o tym najlepiej. Nie liczby, lecz konkretne historie, losy ludzi, którym przyszło zmagać się z dramatem wojny, przenikają do świadomości. Jednocześnie pokazują przeszłość, punktują teraźniejszość i mogą oświetlać przyszłość. Skutki wydarzeń z 1940 roku odczuwamy do dziś.

Zginęło tak wielu i tak wielkich. Zostały osierocone rodziny i osierocony naród. Jak wyglądałaby Polska, gdyby nie wojna, gdyby nie zbrodniczy, bestialski system i mord na tysiącach? I w końcu: jakie byłyby losy Janiny Lewandowskiej z domu Dowbór-Muśnickiej, gdyby nie ta wojna?

Janina Lewandowska w kombinezonie lotniczym, ze spadochronem. Lotnisko Ławica, Poznań, ok. 1939.

Rozdział 1

Poznań, wiosna 1919

Kąt służący do ćwiczeń, część wydzielona z większego pokoju, był – jak na mieszkanie w centrum miasta – dość przestronny. Pianino ustawiono tyłem do jednej ze ścian, a przodem do okna, tak aby nuty były jak najlepiej doświetlone dziennym światłem. Matka dbała, by jej mali uczniowie mieli dobre warunki gry i nie przeciążali oczu. Chodziło też o oszczędność. Przy pianinie stał dostosowany do instrumentu obrotowy taboret z regulowaną wysokością. Nawet mama, dość w sumie drobna i niewysoka, siadała wygodnie do gry, pięknie układając ręce. Ręce – jak na pianistkę przystało – szczupłe i kościste, a przy tym spracowane, zmęczone, zapewne nie tak już biegłe w grze jak niegdyś…

Jej dziewięcioletnia uczennica jednak, choć wysoka jak na swój wiek, musiała nieco przekręcać obrotowe siedzisko, by zachować idealną postawę podczas gry i aby łokcie mogły się układać pod idealnym kątem, paluszki zaś swobodnie operować po klawiaturze.

Gdy trwały lekcje, małą uczennicę obserwowały oczy ojca. Ze ściany, z niewielkiego obrazu. Lekko już łysiejący, dość postawny, w galowym mundurze – tak jak żołnierzowi wypadało. Na portrecie, przewożonym z miejsca na miejsce, z tymczasowego domu do tymczasowego mieszkania, na twarzy ojca generała maluje się powaga, ale przy tym jest on pogodny. Patrzy z góry na córkę, żonę, na ten świat, gdzie przyszło mu od tylu lat walczyć, zmagać się z samym sobą i przeciwnościami.

Ten obraz towarzyszył rodzinie wszędzie tam, gdzie na krócej lub dłużej zamieszkiwała, i wydawał się stałym elementem jej rodzinnego, ale i żołnierskiego – a więc tułaczego – życia. Był bardziej stabilny niż jej codzienność. I dzieci częściej widziały ten obraz niż ojca na żywo. Matkę miały na co dzień. Jednak historii swojej rodziny nie znały tak dobrze jak te szczęśliwe dzieci, które od dnia narodzin mieszkały w jednym miejscu i miały święty spokój.

Początek znajomości mamy i taty? Nikt o tym nie opowiadał. Ich ślub – Józefa i Agnieszki – odbył się pod koniec 1905 roku, a potem rozpoczęło się wspólne życie pary: żołnierskie mężczyzny, służącego w carskiej armii, i tułacze kobiety, która podążała za nim. Rodziły się dzieci, w miejscach dość przypadkowych, czyli tam, gdzie kierowały Józefa historia i żołnierskie powołanie. Najstarszy Gedymin urodził się w lipcu 1906 roku w Buhedu, stacji położonej na trasie Kolei Wschodniochińskiej, w rosyjskiej enklawie w Chinach, gdzie wówczas służył ojciec. Będą mówić na niego zdrobniale – „Dimba”. Janina, właśnie przy fortepianie, urodziła się dwa lata później – 22 kwietnia w Charkowie – gdzie rodzina udała się za ojcem. Najmłodszy Olgierd – w 1914 roku w Woroneżu. Rodzina nazywała go „Gerdzio”.

Przez piętnaście lat parze rodziły się dzieci, mimo że pułkownik wpadał do domu nieregularnie i – jak to żołnierz – wiele czasu spędzał w swoim pułku zarówno na ćwiczeniach, jak i w walce, a czasami na odpoczynku, bo i z żołnierzami najlepiej odpoczywał. Agnieszka zachodziła w kolejną ciążę, rodziła, wychowywała. Czekała. I wciąż drżała o małżonka: co z nim? Gdzie jest? Zdrów? Przeżyje?…

Dzieci oraz matka latami dostosowywały swoje życie, rytm dnia i potrzeby do pracy ojca. Maluchy nie znały niczego innego. Ciąg­łe przeprowadzki jednak nie stanowiły z ich dziecięcej perspektywy, pozbawionej obowiązków i trosk z nimi związanych, większego wyzwania. Ot, niewiele własnych rzeczy, zabawki trzeba włożyć do kuferków i przenieść się dalej. Z mamą, za ojcem. Kilkuletni maluch nie rozumie, że można inaczej.

Matka jednak, choć zwykle nie skarżyła się głośno, czuła coraz większe zmęczenie. Jej życie, małżonki wojskowego, wielkiego generała, to nie tylko wieczna szarpanina związana z kolejnymi (i nie swoimi) mieszkaniami, przeprowadzkami i tułaczką, ale przede wszystkim wieczna obawa o przyszłość całej rodziny. Nie zdawała sobie z tego sprawy, gdy jako dwudziestotrzylatka stawała na ślubnym kobiercu. Była wówczas młoda i zakochana w dużo starszym, poważnym i przystojnym oficerze. Nie zastanawiała się, jak to wszystko będzie wyglądać. Kilkanaście lat później czuła i odpowiedzialność, i pewnie rodzaj znużenia, do którego kobiecie dojrzałej i na poziomie nie wypadało się przyznawać.

Poznań, w którym mieszkali od niedawna, był – a przynajmniej taką miała nadzieję – namiastką stabilizacji. Oto wszystko przecież się zmieniło: Polska się odrodziła, więc wraz z dziećmi zjechali – oby na stałe – ze Wschodu. W styczniu 1919 roku jej mąż objął stanowisko naczelnego dowódcy powstania wielkopolskiego.

A potem? Wszystko toczyło się tak szybko, że Agnieszka nawet nie próbowała wchodzić w szczegóły. Szczególnie że mąż nie ustalał z nią większości spraw. Józef, gdy wpadał do domu, raz czy dwa rzucił coś o większym lokum, o kupnie ziemi, o „powrocie do korzeni” – ale już na nowym miejscu. Ufała mężowi. Wyjścia zresztą innego nie miała. Na Mylnej 15 było zresztą ciasno, dzieci potrzebowały przestrzeni. Miasto, mimo że miało wiele plusów, choćby sklepy, szkoły, parki, przytłaczało swoim rytmem i szybkością życia. Może na wsi, jak twierdził Józef, będzie im naprawdę dobrze?

*

Janina Dowbór-Muśnicka w młodości.

Na razie jednak trwa lekcja pianina. Cała trójka generalskich dzieci uczyła się grać, nawet i pięcioletni Olgierd potrafił wystukać palcem proste melodyjki. Mimo ciągłego przemieszczania się rodziny i związanych z tym trudności mali Dowbór-Muśniccy grali od dziecka i w miarę regularnie, bo matka – sama wykształcona muzycznie, świetnie grająca i dobrze śpiewająca – nie widziała innej możliwości. Muzyka według niej była jedną z podstaw dobrej formacji dzieci. Dlatego na każdym nowym miejscu, o ile była taka możliwość, starała się o wypożyczenie pianina.

Jednak to Janina, którą ojciec nazywał Janią, miała najlepszy słuch i była najbardziej muzykalna. Warunki miała odpowiednie: począwszy od długich, drobnych palców, poprzez zwykłą radość z gry, na umiejętności skupienia przez długi czas skończywszy. To skupienie nad klawiaturą, niegdyś piętnastominutowe, potem półgodzinne, teraz już, gdy miała jedenaście lat, dochodziło i do dwóch godzin. Bez przerw. A bywało, że dłużej. Dziewczynka zdradzała silny charakter, umiejętność pracy mimo zmęczenia i determinację w dążeniu do celu. W tym przypadku – do jeszcze lepszej gry. Dobry to prognostyk na przyszłość…

Janina lubiła grać z wielu powodów.

Czas spędzony przy klawiaturze należał tylko do nich obu: matki i córki. Wówczas nawet energiczny, wręcz łobuzujący Gedymin nie przeszkadzał i znikał gdzieś niepostrzeżenie lub po prostu siedział cicho, czytał albo rozwiązywał trudne zadania matematyczne – z czego był znany. A młodszy Olgierd – spokojniejszy, ale nadal wymagający uwagi – też znajdował sobie zajęcie: siedział zatopiony w książkach z obrazkami, które lubił, albo bawił się z chłopcami z sąsiedztwa. Do pokoju ćwiczeń, gdy grała Jania wraz z mamą, zwykle nikt nie zaglądał. Były tylko we dwie.

Gdy Janka odbierała lekcję gry, matka siedziała tuż przy niej na wygodnym krześle z oparciem. Obok, na drewnianym stoliku, zwykle stała porcelanowa filiżanka z herbatą osłodzoną (w lepszych latach) miodem, konfiturą z róży lub zwykłym cukrem. Matka upijała nieco, delikatnie odstawiała parujący napar, a aromat czarnej herbaty wypełniał cały pokoik. Ten zapach będzie się już zawsze kojarzył Jance z tamtym czasem i matką. A był to rytuał niezależny od tego, gdzie wtedy przebywali – w Charkowie, gdzie się urodziła, w Łucku czy w Woroneżu.

Gdy się ma jedenaście lat, niewiele się jeszcze rozumie z życia. Ale wiele się czuje. No i trochę pamięta – również poprzez obrazy czy zapachy. Janina zapamiętała swoje dzieciństwo jako drogę: ze wschodu na zachód. Tysiące i tysiące kilometrów w rytmie ciągłych zmian, tysiące nowych twarzy i miejsc. Nawet nie wiedziała, czy się cieszy, że to już koniec, że w końcu wreszcie znaleźli się w Polsce. Tym bardziej że początek życia w kraju również był tułaczy: generał Józef Dowbór-Muśnicki musiał swoją rodzinę powierzać życzliwym ludziom i znajdować jej coraz to nowsze lokum. Krótko mieszkali więc w Sandomierzu, następnie w Staszowie u księcia Macieja Radziwiłła, by wraz z kolejnymi zadaniami wojskowymi ojca zmienić miejsce pobytu i sprowadzić się właśnie do Poznania.

Teraz, od niedawna, państwo Dowbór-Muśniccy z dziećmi rezydowali w stolicy Wielkopolski. Właściwie to Agnieszka z dziećmi mieszkały w Poznaniu. Ojciec nadal wojował – tym razem o polskość Wielkopolski. Szczęściem każdy tydzień, każdy kolejny miesiąc przynosił wymierne sukcesy: Poznań i kolejne miasta, wsie i miasteczka przechodziły w polskie ręce.

Janina słuchała o tym wszystkim mimochodem. Nie do końca wszystko rozumiała, choć starała się bardzo. Czuła, że dzieje się coś wyjątkowego, że coś wokół mocno się zmienia. Podobnie jak historia jej rodziny. Zmieniają się dzieje kilku osób, wplecionych, a może rzuconych w wir dziejów narodu. Co będzie dalej? Tego nie wiedzieli i mała Janka, i samotna matka, a może nawet i ojciec żołnierz.

Tymczasem w niewielkim poznańskim mieszkaniu Janina pobierała lekcje u wymagającej nauczycielki, kochającej i skupionej na jedynej córce mamy.

Dziś „egzamin” z sonatiny B-dur Beethovena i walca a-moll Chopina, tego łatwiejszego. Janina, w beżowej sukience za kolano, drapowanej przy staniczku i luźno puszczonej ku dołowi, ozdobionej tylko paskiem koronki przy dole i na rękawkach, w jasnych podkolanówkach i skórzanych brązowych półbutach, chyba już przyciasnych, siada pewnie przy klawiaturze. Najpierw rozgrywa się na gamach – D-dur i a-moll; następnie dziecięce palce w szybkim tempie ćwiczą kilka pasaży. Wystarczy tej rozgrzewki, żeby w końcu pokazać mamie, co potrafi. Beethoven idzie jej dość poprawnie, chociaż bez większego polotu. Lubi tę sonatinę, ale nie czuje jej tak bardzo, by zachwycić. Za to walc a-moll brzmi tak, jakby został napisany specjalnie dla niej. Janina gra lekko, drobne palce dają radę nawet w trudniejszych momentach. Bo niby ten walc taki prosty – ale wymaga jednak wyczucia. Bez wrażliwości na muzykę, bez wrażliwości w ogóle wyszedłby blado i nudno. Mama zawsze mówi, że biegłość techniczna to jedno, ale biegłość interpretacyjna jest najważniejsza. A to wymaga czegoś więcej: serca i zrozumienia. Janina czuje ten utwór, więc opowiada historię, biega palcami po klawiaturze tak, jakby uczestniczyła w jakimś dawnym, pięknym wydarzeniu, a dzięki muzyce była z ludźmi, którzy dawno przeminęli, tymi sprzed lat.

Dzieje się to, co od zawsze tłumaczy jej matka – nie tyle nawet słowem, co postawą, towarzyszeniem na co dzień, własną grą i życiowymi wyborami. Umiejętność gry, sama muzyka to nie tylko nuty, struktura utworu, rytm i tonacja. To nawet nie techniczna, wręcz małpia zręczność, którą przy odrobinie wysiłku i pracy można opanować. To dużo, dużo więcej. To rozmowa z fortepianem, a przy tym komunikacja z tymi, dla których się gra. Przekaz emocji, nastroju, dziejów rodziny. Teraz Janina gra tę samą melodię, którą niegdyś grała jej matka. Prezentuje nie tylko sprawność techniczną, a nawet nie tylko dobrą interpretację, ale także ogładę, smak, te same umiejętności i melodie, które zapewne mieli jej przodkowie po ojcu: szlachetny ród Dauborów z litewskich Muśnik.

„Egzamin”, czy raczej prezentacja nowych umiejętności mamie, przebiega pomyślnie. Agnieszka się uśmiecha, kiwa głową. Jest zadowolona z postępów Janiny. A ta doskonale wie, co to oznacza: ćwiczenie czyni mistrza, a gdy już się coś umie, można się – czy nawet trzeba – zaprezentować szerszej publiczności. Może w końcu mama pozwoli na mazurki Chopina, oczywiście te łatwiejsze? Na razie mama mówi, że jeszcze za wcześnie, bo do tej muzyki – na wskroś polskiej, ale i trudnej interpretacyjnie – Janka musi dojrzeć.

– Zagrasz nam, Janko, walca po południu? Mam nadzieję. – Uśmiecha się.

Oczywiście, że Janka zagra: i braciom, i wszystkim, którzy będą chcieli słuchać. Kucharce i pannie pokojowej, które nie mieszkają z rodziną na stałe, ale przychodzą na kilka godzin dziennie do pracy, bo mama ostatnio jakaś słabsza i tata najął „kobiety” do pomocy. I gościom, jeśli tacy zjawią się na podwieczorku, a przecież czasami to się zdarzało, i to nawet w dzień powszedni. Chciałaby zagrać i ojcu, przed którym zawsze pragnęła wypaść dobrze, pochwalić się czymś nowym, by był z niej dumny, by w jego oczach zobaczyć radość i aprobatę. Jednak ojciec na razie wpada do domu bardzo rzadko i na chwilę. Musi być z żołnierzami. Dowodzi.

Janina miała jedenaście lat, a ojciec był dla niej wówczas wzorcem i męstwa, i człowieczeństwa. Choć, rzecz jasna, zupełnie by tak o tym nie mówiła czy nawet nie myślała. Jej dziecięce serce po prostu go kochało – i jako człowieka, pana tego domu, i jako silnego mężczyznę, ale coraz częściej i jako wielkiego Polaka, którego wcześniejsze dzieje i dokonania zaczynała stopniowo poznawać. Poza tym – choć tego też sobie nie potrafiła jeszcze uświadomić, ale z tym uczuciem żyła i było ono bardzo mocno w nią samą wpisane – za ojcem tęskniła od dziecka. Bo niemal nigdy go nie było. Tęskniła, kochała, podziwiała. Gdy się ma jedenaście lat, nawet skomplikowany świat i nie zawsze idealni ludzie jawią się prosto i ładnie. Dysonansów się nie wyczuwa, więc i trudniejsze dźwięki brzmią jak proste chopinowskie brzmienia: bez fałszu i czysto.

– Mamusiu, a w naszym nowym domu będziemy mieli fortepian? Prawda? – Dziewczynka popatrzyła na matkę.

– Prawda, Janiu. Papa kiedyś nam obiecał, a jak coś obieca, to dotrzyma. Będzie u nas dobry fortepian i postawimy go w pięknym salonie. – Uśmiechnęła się do córki. – I z dobrą akustyką – dodała już bardziej do siebie.

Dziewczynka podskoczyła, przytuliła się do matki.

– To będziemy robić koncerty! I tatuś będzie się też cieszyć…

Matka przytuliła ją mocno i popatrzyła w szafirowe oczy dziecka:

– I będziemy robić koncerty, i będziemy cię oklaskiwać. Na pewno. Dość już na dziś, biegnij się bawić. A ja chwilę odpocznę… – dodała pani Agnieszka i przytrzymując się oparcia, wstała z fotela.

Blada, podeszła do okna. Chwilę patrzyła na ulicę, by potem ciężko opaść na kanapę. Tak, musiała odpocząć. I teraz, i w ogóle. Janina wróciła bawić się z braćmi. Gdy się ma jedenaście lat i nawet jeśli jest się bardzo wrażliwą dziewczynką, nie wszystkie sprawy się rozumie i nie wszystkie widzi. Bardzo wiele natomiast się z lękiem odczuwa…

Okiem dokumentalisty

Generał Józef Dowbór-Muśnicki urodził się 25 października 1867 roku w Garbowie w ziemi sandomierskiej, w rodzinie Romana i Antoniny z Wierzbickich. Po ukończeniu czterech klas gimnazjum w Radomiu w 1884 roku rozpoczął naukę w Mikołajewskim Korpusie Kadetów w Petersburgu. Aby umożliwić sobie naukę i karierę w carskiej armii, formalnie zmienił wyznanie: z katolickiego na ewangelicko-reformowane (kalwinizm). (Formalnie wróci do katolicyzmu, wraz z całą rodziną, już w wolnej Polsce).Dwa lata później został przyjęty do Konstantynowskiej Szkoły Wojskowej w Petersburgu, stając się żołnierzem armii carskiej. Po ukończeniu nauki w 1888 roku został awansowany na podporucznika i rozpoczął regularną służbę w różnych oddziałach armii carskiej. W 1899 roku zdał bardzo trudne egzaminy i trafił do Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Ukończył tę elitarną uczelnię ze znakomitą – drugą – lokatą w swoim roczniku.

W armii rosyjskiej doszedł do stopnia generała lejtnanta. Jako młody oficer wziął udział w wojnie japońsko-rosyjskiej (1904–1905), ale dużo większą rolę odegrał podczas pierwszej wojny światowej, podczas której dowodził różnymi formacjami wojskowymi walczącymi na terenach dzisiejszej Polski, Turcji, Białorusi, a także państw bałtyckich. Po rewolucji lutowej został dowódcą I Korpusu Polskiego w Rosji, tworzonej w porozumieniu z demokratycznym rządem Rosji formacji, która miała walczyć z Niemcami. Po rewolucji październikowej I Korpus wszedł w konflikt z bolszewikami, co doprowadziło do usamodzielnienia się generała Dowbór-Muśnickiego jako osoby realnie rządzącej kontrolowanym przez jego żołnierzy obszarem wschodniej Białorusi z centrum w Bobrujsku. Zmuszony do walki na dwa fronty (z bolszewikami i wojskami niemieckimi) generał, chcący ocalić swoich podwładnych, zawarł porozumienie z Niemcami. Zgodnie z jego ustaleniami żołnierze I Korpusu, zwani dowborczykami, zostali rozbrojeni i przewiezieni na teren dawnego Królestwa Polskiego, ale ich nie internowano. Dlatego już w listopadzie 1918 roku wielu z nich włączyło się w odzyskanie niepodległości i budowę Wojska Polskiego.

Sam generał po zakończeniu ewakuacji z Bobrujska w lipcu 1918 roku osiadł w majątku księcia Macieja Radziwiłła w Staszowie. Po wybuchu powstania wielkopolskiego został przez Komisariat Naczelnej Rady Ludowej (ówczesny rząd Wielkopolski) mianowany naczelnym dowódcą Polskich Sił Zbrojnych w byłym zaborze pruskim. Po przyjeździe do Poznania w połowie stycznia 1919 roku na bazie ochotniczych oddziałów powstańczych stworzył stutysięczne Wojsko Wielkopolskie, świetnie wyszkoloną i uzbrojoną armię, która pomogła w doprowadzeniu do zwycięskiego końca powstania, a następnie odegrała kluczową rolę w walkach pod Lwowem i wojnie polsko-bolszewickiej.

Dowbor czy Dowbór?

Rodzina Dowbór-Muśnickich miała korzenie litewskie. Dowbor pochodzi od litewskiego Daubor, zaś Muśnicki od Muśnik, miasteczka na Wileńszczyżnie. Od XV wieku pieczętowali się herbem Przyjaciel i zamieszkiwali Kiernów i Muśniki – dziś obie miejscowości leżą w okręgu wileńskim. Jedna gałąź drugi człon nazwiska wzięła właśnie od rodowej posiadłości. W XVIII wieku Dowbór-Muśniccy osiedli na ziemi sandomierskiej. Językoznawcy twierdzą, że z racji na litewskie pochodzenie nazwiska bardziej prawidłową formą jest Dowbor. Sam generał, niezgodnie z dzisiejszą normą językową, podpisywał się jako „Dowbor Muśnicki”, bez użycia dywizu między członami nazwiska. Ale gdy przeglądamy źródła z epoki, odkrywamy, że już wtedy było z zapisem nazwiska spore zamieszanie…

W książce przyjęto zapis nazwiska rodu za Nową encyklopedią powszechną PWN, Warszawa 1998.

Józef Dowbór-Muśnicki w mundurze generała Wojsk Wielkopolskich.

Rozdział 2

Lusowo, lato 1919

Wstępne formalności były już za nimi, a od 21 lipca 1919 roku mieli dom. Marzenie Agnieszki i dzieci, a z pewnością Józefa, który ilekroć tylko mógł, opowiadał o złotych czasach rodziny Dowborów i mitycznych Muśnikach, ziściło się: mieli własny majątek. Własną nieruchomość. Budynek był okazały, choć wymagający remontu. W sam raz na czas wielkich zmian w życiu. Dom, czy raczej pałac, i ziemia w Lusowie, kilkanaście kilometrów na południowy zachód od Poznania.

Było to wydarzenie ważne w rodzinie Dowbór-Muśnickich, ale też towarzyska sensacja roku. Oto generał, który przywrócił Wielko­polskę narodowi, osiada tu na stałe. Mówili o tym, plotkowali i pisali chyba wszyscy.

Jak więc skwapliwie donosił „Dziennik Poznański” z 24 lipca 1919 roku, „pierwszym osadnikiem w Wielkopolsce” został generał Józef Dowbór-Muśnicki, który zakupił nową siedzibę od Urzędu Osadniczego. „Resztówka” Lusowo – jak się wówczas mówiło – prócz starego pałacu składała się ze stu osiemdziesięciu czterech mórg ziemi i łąki, lasu i sporej części czystego, pełnego ryb jeziora. Generał otrzymał propozycję zakupu nowych włości, a pałac w Lusowie wydawał się świetną okazją, miejscem godnym generała. Okazał się – po oględzinach i chyba niezbyt długim zastanowieniu – idealną posiadłością dla generalskiej rodziny z trójką dzieci.

Z trójką? Niedługo. Agnieszka spodziewała się bowiem czwartego potomka. W lipcu 1919 roku była już w zaawansowanej ciąży. I ta właśnie – mimo wszystko, bo małżeństwo nie widywało się zbyt często – niespodzianka przypieczętowała decyzję o zakupie posesji.

Agnieszka miała już trzydzieści siedem lat. Drobna, raczej niska, urody dość pospolitej, choć niebrzydka, nie przykuwała uwagi. Zawsze była też dość słaba fizycznie. Cień generała, cicha, uważna, dość zamknięta w sobie. Ożywiała się, zasiadając do fortepianu. Muzyka była jej światem. I dzieci: wobec nich była czuła i ciepła. Wobec męża – chyba uległa, a z pewnością niewchodząca w drogę, niepróbująca zabiegać o względy. Teraz już żyła własnym życiem. Skupiona na tym, by dzieci miały co zjeść, czysto się ubierały i dobrze uczyły. Jednak lata tułaczki, podążania za Józefem – żołnierzem – niewygody życia i trzy wcześniejsze ciąże, porody i połogi odbiły się na jej zdrowiu. Zresztą jej własny ojciec, nauczyciel z Jarosławia, zawsze był chorowity, a w końcu umarł na suchoty.

Dla Agnieszki więc czwarta ciąża, mimo że nie skarżyła się głośno, lecz bardziej próbowała ją przetrwać z nadzieją, że po porodzie odzyska siły, najłatwiejsza nie była. Na początku jeszcze się nie poddawała, próbowała ze wszystkich sił walczyć, wykrzesać z siebie energię do codziennego działania i podchodzić do przyszłości z ufnością. Teraz jednak głównie polegiwała, zmęczona i przybita. Wyraźnie traciła siły. Jej matka, Emma Korsuńska, została sama na Wschodzie i na razie się nie zapowiadało, by miała dołączyć do córki i wnucząt. Dzieci natomiast były za małe, żeby obciążać je regularną pracą w gospodarstwie, tym bardziej że musiały się uczyć. I w końcu beztrosko bawić! Służba? Tak. W Lusowie trzeba było, i to szybko, nająć już na stałe i kucharkę, i pokojówkę, może jakieś dziewczyny z pobliskich wsi, by dochodziły do majątku w miarę potrzeb do prania, prasowania, robienia większych porządków. Dom, pałac przecież, by funkcjonować na poziomie, wymagał wielu rąk, energii i ciągłej pracy. Do tego ogród, sad, pola i wszystkie te dobra, których na razie nawet i nie widziała, ale którymi – jak miała nadzieję – zajmie się mąż.

Agnieszka rozmyślała o wszystkim, leżała, głównie we własnym pokoju, dawnym buduarze. I niestety, choć jej brzuch robił się coraz większy, bo dzieciątko rosło, ona sama chudła w oczach. Lekarze zalecali rosołki z tutejszych warzyw i gołąbków i nieprzemęczanie się. Agnieszka wyrzucała sobie w myślach, że nie zajmuje się starszymi dziećmi tak, jak powinna: chciała wychowywać je sama i mieć je na oku jak najdłużej. Chciała dać im wychowanie klasyczne, rozwijające możliwości i zdolności tak, by mogły potem zdobywać świat. Chciała wspierać Janinę – wrażliwą i zdolną. Chciała mądrze wychować szalonego w zachowaniach i wybrykach, arcyzdolnego Gedymina i Olgierda – podobnie jak Janka wrażliwego i uczuciowego, ciekawego świata.

Na razie nie było to możliwe. Musiała leżeć. I znów czekać. Bo mąż wpadał tylko wówczas, gdy mógł. Nadal bywał z rodziną dość rzadko. Przemieszczał się między Lusowem, Poznaniem a Warszawą – gdzie działy się rzeczy wielkie, ale dla niej samej niezrozumiałe. Poza tym mimo wszystko generał przebywał w kraju, blisko. To już nie były straszne, zimne rosyjskie tereny. Matka cieszyła się też, że dzieci w Lusowie wyraźnie odpoczywały i pokochały to miejsce bardzo szybko. Po prostu kosztowały swobody wsi, uroków nowego i pięknego miejsca. I chłopcy, i Janina odreagowywali życie na walizkach, w ciasnym mieszkanku albo i u obcych ludzi. Zabawy w berka, w chowanego, indiańskie wrzaski i nawiązywanie kontaktów z miejscowymi dziećmi działały jak najlepsze antidotum na wcześniejsze trudne dzieciństwo. Matkę podnosiło to na duchu: niech w końcu mają prawdziwe, szczęśliwe dzieciństwo… Poza tym Agnieszka wiedziała doskonale i dobrze sobie to przemyślała, że po porodzie, gdy sama zajmie się noworodkiem (czego bardzo chciała), nie da rady osobiście uczyć starszych dzieci. A to przecież będzie właśnie wrzesień i czas szkoły. Rozmawiała już o tym z mężem: trzeba będzie nająć mądrą i wymagającą nauczycielkę. Poszukiwania trwały. Jednak na razie, mimo słabości i zmęczenia, generałowa Dowbór-Muśnicka czekała na kolejne tygodnie i miesiące, na rozwiązanie i starała się ułożyć w głowie mniej lub bardziej trudne lusowskie sprawy.

*

A jedną z tych „spraw” była Stefania hrabina Wańkowiczowa, która przyjeżdżała co jakiś czas. Znała się z Józefem dość długo. Ba, podobno pochodzili z tych samych litewskich stron, co dla generała miało ogromne znaczenie i co podkreślał, a hrabina wydawała się pomijać szczegóły w opowiadaniach i nie przywiązywała do „wspólnych” korzeni zbytniej wagi. Niemniej przyzwyczajona do wspierania generała i doradzania mu, do pomocy w różnych doraźnych sprawach związanych z karierą i wojskiem, teraz służyła wsparciem także jego rodzinie. Tak to przynajmniej wyglądało z boku. W Lusowie, gdy Dowbór-Muśniccy zjechali do majątku, służyła radą we wszystkim, planowała niezbędne remonty, a nawet szukała służby do pomocy. Pomagała też w urządzaniu pałacu – zapewne mając w pamięci swój wielki rodowy pałac, który został daleko, hen, na dalekich Kresach Wschodnich. Pałac, z którego jej rodzinę wygnali bolszewicy. Dużo bardziej okazały i o wiele bogatszy niż lusowski.

O tym, jak bogata niegdyś była pani Stefania de domo Bröl-Plater Wańkowiczowa, krążyły plotki i legendy. Służba patrzyła na nią jak na wielką damę, choć z każdym kolejnym pobytem kobiety w Lusowie z coraz większą niechęcią, bo pani Stefania traktowała gosposie, sprzątaczki i inną służbę domową z góry, wobec pracowników była wyniosła i niesympatyczna. Gdy przyjeżdżała do Lusowa, witał ją natomiast z honorami pan domu, który wyraźnie ożywiał się na jej widok i w jej obecności robił się wyraźnie weselszy. Stefanii radził się niemal we wszystkim, bo i któż jak nie ona, przyzwyczajona do dawnych zbytków, umiałby lepiej zarządzić w kuchni czy doradzić w sprawie nowych ozdobnych krzewów? Słuchał jej chyba we wszystkim, był wobec niej szarmancki i elegancki, i nawet nieco uległy. On, zwykle twardy i surowy, generał…

Agnieszka patrzyła na to wszystko chyba bez większej zazdrości. Może wręcz obojętnie? Do tego, że mąż był szarmancki głównie wobec obcych kobiet, a nie wobec niej, zdążyła się przyzwyczaić. Ale to ona była jego prawowitą żoną, rodziła i wychowywała jego dzieci. Stefania to tylko „przyjaciółka domu” – jak o niej mawiano – a w tym momencie bardzo rodzinie potrzebna. Gdy Agnieszka na nowym miejscu, z trójką dzieci i czwartym w drodze, nie miała sił i środków do sprawnego zarządzania. Poza tym obie kobiety nie miały bliższych, siostrzanych relacji. Jeśli w ogóle jakieś, to po prostu poprawne. Chłodne, zasadnicze i grzeczne.

Stefania – sporo starsza – wydawała się Agnieszce wyniosła i nieprzystępna. Wysoka, mocno zbudowana, nie była uosobieniem ani piękna, ani kobiecości. Gdy przyjeżdżała do Lusowa, we własnym domu zostawiała męża Leona i ofiarnie – bywało, że przez wiele dni – pomagała rodzinie generała. Dlaczego? Może po prostu tak jej wpojono, tak została wychowana, więc czuła taką powinność? Tym bardziej że własnych dzieci nie miała. Może to taki właśnie rys: arystokratka starej daty, która czuła odpowiedzialność za powierzonych sobie i za potrzebujących wsparcia. W dodatku przecież to rodzina polskiego bohatera, żołnierza, dzięki któremu Polska odzyskała niepodległość. A Stefania czuła się wielką patriotką.

Jaka była dla dzieci? Niezbyt surowa, choć wymagająca. Opiekuńcza, choć zachowująca dystans. Dzieci patrzyły na nią dość nieufnie, tym bardziej że Stefania, przyzwyczajona do uległości i z manierami staroświeckimi jak złote pierścienie na jej pulchnych palcach, bez słów – jednym spojrzeniem – ustawiała wszystkich do pionu. Czasem było to potrzebne. Agnieszka i dzieci obserwowały ją uważnie, jak kuśtyka po pałacu i majątku i jednocześnie wydaje polecenia służbie. Robiła to doskonale. Pani Wańkowiczowa, kiedyś zapewne ładna, teraz co najwyżej dostojna, wyglądała jak matrona z dawnych obrazków, z minionego wieku… I pod tym względem chyba najbardziej pasowali do siebie z generałem. On też, mimo że w tym momencie znalazł się u szczytu kariery, w życiu prywatnym często sprawiał wrażenie człowieka żywcem wyjętego z zamierzchłych czasów, który do współczesności dostosowuje się z trudem i wręcz jej nie rozumie…

*

A najdziwniejsze, że to wszystko się działo, gdy Józef przeżywał czas wielkiej chwały. Wśród mieszkańców Lusowa – czy szerzej: Poznania, całej Wielkopolski – był fetowany, uznawany za wielkiego bohatera. Jednocześnie trwał i narastał jego konflikt z marszałkiem Piłsudskim. Generał – o czym Stefania doskonale wiedziała, za to jego żona nie bardzo zdawała sobie sprawę z sytuacji – przeżywał rozterki, frustracje. Sytuacja nie napawała generała optymizmem. Co się stanie z jego żołnierzami? No i z nim samym? Czy Polska, o którą tak walczył, odwdzięczy się za jego poświęcenie?

Dla generała nadszedł czas wyborów i wielkich życiowych zmian. Coraz częściej i wyraźniej odczuwał swoiste odrzucenie na najwyższych rządowych szczeblach. Jego duma odważnego i oddanego służbie żołnierza cierpiała. Za co to wszystko? Za wierną, i to całymi latami, służbę? Za walkę, za rany i narażanie życia własnego oraz rodziny? Im częściej Józef o tym rozmawiał i rozmyślał, tym bardziej posępny i nerwowy się stawał.

A na to wszystko nakładały się teraz kwestie związane z życiem osobistym, które coraz mocniej zaprzątały mu głowę. Domowy harmider, tysiąc spraw dziennie, problemy z cieknącymi oknami, wilgocią, chorobami dzieci… Nie był do tego przyzwyczajony. Nie umiał – bo wcześniej nie miał nawet takiej możliwości – być tak blisko obok Agnieszki i dzieci. Codziennie. Teraz, po wielu latach małżeństwa, musiał się tego nauczyć. Czyż to nie rola ojca? Czuł przecież sam, że dzieciom i żonie brakowało zakorzenienia, po prostu poczucia bezpieczeństwa. Więc coś diametralnie musiało się zmienić.

Kariera wojskowa i jednoczesne gospodarzenie w Lusowie? Jak to wszystko połączyć i pogodzić? Jeśli generał osiądzie na stałe w jednym miejscu, w majątku, co dalej z jego wojskową karierą? Jeśli nadal pozostanie czynnym żołnierzem, kto będzie na co dzień zarządzać pałacem i przyległymi dobrami? Na razie więc krążył między Warszawą, Poznaniem a Lusowem, między wojskiem, sprawami kraju a rodziną, co – trzeba przyznać – okazało się pewnego rodzaju nowością. Wcześniej to rodzina podporządkowywała się jego potrzebom zawodowym i żołnierskim planom. Teraz sytuacja zaczynała się trochę odwracać i to on dostosowywał się do rytmu nowego życia. Do niedawna jego codzienność stanowili oddani żołnierze, uporządkowane (jak je rozumiał) życie, mundur zamiast oficjalnego cywilnego ubrania (nawet nie miał takiego). A teraz również szaleństwa dzieci, stare schody do naprawy, niedomagająca żona, tysiąc bieżących spraw, które powoli spadały i na niego. Życiowa walka na dwa fronty, a on jeden. Co wygra?

Okiem dokumentalisty

Lusowo

Wieś o długiej historii sięgającej czasów średniowiecza. Leży kilkanaście kilometrów od Poznania w gminie Tarnowo Podgórne, nad brzegiem Jeziora Lusowskiego. Nazwa miejscowości została pierwszy raz wymieniona w dokumencie z 1146 roku, kiedy książę Mieszko Stary nadał ją kapitule katedralnej poznańskiej. Lusowo pozostało własnością kościelną aż do czasów zaborów. Zapewne już w 1244 roku powstał pierwszy kościół, który w 1288 stał się siedzibą parafii. W XV wieku zbudowano w Lusowie nowy kościół, a w XVII wieku dwór użytkowany przez dziekana kapituły, zarządców lub dzierżawców dóbr. Już w 1663 roku istniała w Lusowie szkoła parafialna. Na początku XIX wieku władze pruskie dokonały konfiskaty majątku lusowskiego, a w latach dwudziestych przeprowadzono uwłaszczenie chłopów. Nowymi właścicielami majątku została zgermanizowana rodzina Objezierskich herbu Nałęcz. Jedna z przedstawicielek rodziny, Paulina, po rozwodzie z baronem Christianem Friedrichem Wihelmem von Richthofen powróciła do Lusowa. Około 1855 roku na fundamentach i piwnicach starego dworu wybudowano dla niej neogotycką rezydencję o zwartej dwukondygnacyjnej bryle, uzupełnioną o ośmioboczną wieżę. W kolejnych latach majątek kilkukrotnie zmieniał właścicieli. Na przełomie XIX i XX wieku Hermann von Palm dokonał ostatniej przebudowy pałacu, dobudowując zachodnie skrzydło mieszczące salę balową. Od 1913 roku pałac był już własnością Królewskiej Komisji Osadniczej w Poznaniu. Zapewne planowano sprowadzić kolonistów niemieckich, ale wybuch pierwszej wojny światowej temu przeszkodził. W tym samym 1913 roku rozpoczęto przebudowę kościoła: ze starej średniowiecznej budowli pozostawiając tylko fragment prezbiterium, który stanowi dziś boczną Kaplicę Patronów, natomiast poprzecznie do niej postawiono większą, neogotycką świątynię, której budowa zakończyła się w 1918 roku.

W 1919 roku majątek dworski z pałacem zakupił generał Józef Dowbór-Muśnicki, który gospodarował i mieszkał w Lusowie aż do swej śmierci w roku 1937. Pałac przetrwał drugą wojnę światową niezniszczony, a w 1946 roku majątek przekazano na własność Skarbowi Państwa. Utworzono na jego terenach PGR, zaś w pałacu przez pewien czas funkcjonowała szkoła podstawowa. Od 1985 roku właścicielem było przedsiębiorstwo RADIOPAN Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu, które zaadaptowało budynek na pomieszczenia biurowe. Od 1994 roku pałac przechodził przez ręce kilku prywatnych właścicieli, obecnie są w nim prowadzone prace remontowe. Sama miejscowość w ostatnich trzydziestu latach bardzo się rozrosła, trzykrotnie zwiększając liczbę mieszkańców, straciła też swój rolniczy charakter, stała się jedną z „sypialni” Poznania. Warto wspomnieć, że w 2015 roku w Lusowie postawiono pierwszy w Polsce pomnik gen. Józefa Dowbór-Muśnickiego, a we wsi funkcjonuje już od 1996 roku Muzeum Powstańców Wielkopolskich jego imienia.

*

Mijały dni i tygodnie. Sytuacja w wielkim świecie, na linii Piłsudski–Dowbór-Muśnicki, wciąż się zaogniała. W świecie rodzinnym natomiast żona w oczekiwaniu na poród słabła, majątek wymagał wielkich remontów, a pieniędzy brakowało.

Wówczas generał chyba po raz pierwszy w życiu, przybity i postawiony pod ścianą, ze zdziwieniem odkrył, że na poważnie dopuszcza przejście na emeryturę. Tak przynajmniej opowiadał bliskim współpracownikom i mocno przeciw temu protestującej Stefanii. Tylko kiedy to zrobić? Już teraz? Niepodobna! Za pięć, dziesięć lat? Na razie mimo pięćdziesięciu dwóch lat czuł się silny. Umiał dużo, miał wielkie doświadczenie wojskowe, potrafił zarządzać ludźmi. Dlaczego z tego nie korzystać w pracy dla wolnej Polski? Mimo zewnętrznych trudności i krytyki oponentów generał znał swoją wartość, duma nie pozwalała mu się poddać. Po prostu jako żołnierz czuł się potrzebny.

A jako mąż i ojciec?

Wracał do Lusowa i wchodził w zupełnie inną rzeczywistość: rodzinę i prowadzenie majątku. To był inny świat, który jednak – co w duszy podkreślał i w co chciał wierzyć – miał w genach po przodkach: jego ojciec, dziadowie, pradziadowie – wszyscy – żyli z ziemi, z pracy rąk. Dbanie o polski chleb z polskiej ziemi było więc wpisane w generalski krwiobieg. Podobnie jak pomnażanie majątku dla trójki, a za chwilę czwórki potomków.

Lusowo wymagało mocnej męskiej ręki, tęgiej głowy i fizycznych sił, by wszystkiemu sprostać: majątek przez ostatnie lata podupadł, z prastarych piwnic – pamiętających podobno wiek XVII – wiało wilgocią, a gdzieniegdzie stała woda. Mury pierwszej i drugiej kondygnacji, choć stabilne i wiele razy remontowane, latami były nieogrzewane. Czuło się więc wilgoć nawet latem, a przed zimą należało je porządnie podsuszyć. Kominki na szczęście działały, więc mimo ciepłych dni uruchamiano je regularnie, by przed jesienią i zimą nauczyć się ich obsługi i prawidłowego w nich palenia, przy okazji podsuszając kuchnię, salon i pokoje. A było to konieczne, tym bardziej że nie tylko Agnieszka, ale i najstarszy syn Gedymin mieli słabe płuca i często chorowali. Dobrze, i za to trzeba było dziękować Bogu, że lato roku 1919 było upalne, z małą ilością deszczu. Pomagało to w przygotowaniach do zimy, w pracach wokół pałacu, które Józef przeprowadzał stopniowo na zmianę z koniecznymi wyjazdami do Warszawy.

Przez pierwsze tygodnie i miesiące w Lusowie udało się naprawić to, co było absolutnie konieczne. Uporządkowano otoczenie domu i park pałacowy – przy pomocy ogrodnika i kilku miejscowych chłopów generał zabezpieczył teren i zamknął niezbędne roboty przed pierwszymi chłodami, tak by wiosną zaplanować kolejne prace i działać z nową energią. Bo plany generał miał wielkie: zrobić z Lusowa miejsce piękne i nowocześnie prowadzone. Na razie prócz zarządcy, kucharki i dwóch panien pokojówek zatrudnionych już na stałe w prowadzeniu majątku pomagał też koniuszy i ogrodnik, a do prac polowych i remontowych byli najmowani okoliczni chłopi.

Poza tym Lusowo rokowało dobrze. Ziemie były tu żyzne, klimat dość przyjazny. Bliskość Poznania też miała swoje zalety: szybko można było dotrzeć do pociągu, by (co najbardziej generał lubił) slipingiem wygodnie podróżować do Warszawy i z powrotem. Poza tym w majątku dzieci w końcu miały gdzie odpoczywać i się bawić. Generał doskonale pamiętał swoje dzieciństwo w majątku rodziców pod Sandomierzem: owszem, dużo się uczył, wychowywany był w dyscyplinie, ale też biegał z chłopskimi dziećmi po wertepach, gonił wiewiórki, włóczył się po okolicznych pagórkach, wcinał chłopskie jabłka prosto z drzewa i zażywał niepowtarzalnej już w dorosłości wiejskiej swobody. Może i jego dzieci tego zaznają?

Cieszyło go też, gdy lekarze twierdzili, że na świeżym powietrzu i w spokoju brzemienna żona szybko się wzmocni. Trzeba będzie tylko zaraz po porodzie nająć jakąś czystą mamkę, bo karmienie kolejnego dziecka, gdy organizm osłabiony, jest ryzykowne. Za bardzo wyczerpie to „żonkę” – jak mawiał generał. Zapewne Stefania zatroszczy się o porządną opiekunkę i karmicielkę jego najmłodszego dziecka. Gdy tylko znów przyjedzie.

Poród przewidziano na połowę września. Cały pałac się do niego przygotowywał. I czekał.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Wstęp

Rozdział 1

Okiem dokumentalisty

Rozdział 2

Okiem dokumentalisty

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji