Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Odważne, zadziorne, poświęcające własne życie dla dobra kraju i drugiego człowieka, dziś w większości niemal całkowicie nie znane. Kim były góralki walczące w czasie II wojny światowej?
Helena Marusarzówna, kurierka tatrzańska i żołnierka AK, w 1940 roku trafiła w ręce Gestapo. Przetrzymywano ją w zakopiańskim więzieniu Palace. Rok później stracono w Pogórskiej Woli.
Helena Błażusiakówna jako osiemnastoletnia dziewczyna została osadzona w „katowni Podhala”. W jednej z cel wyryła wybitym przez oprawców zębem słowa modlitwy, do której Henryk Górecki skomponował swoją „Symfonię pieśni żałosnych”. Przez lata uważano, że zmarła w więzieniu.
Józefa Mikowa ps. „Ryś”, oficer łącznikowy Tajnej Organizacji Wojskowej, działała na terenie Polski i Słowacji. Do ostatnich chwil, mimo tortur, nikogo nie zdradziła. Podczas przesłuchań uparcie milczała, ratując w ten sposób wielu ludzi. Została zamordowana w więzieniu na Montelupich w Krakowie w 1942 roku.
Agata Puścikowska odkrywa wyjątkowe postaci Walecznych z gór. Z dokumentów archiwalnych, rozmów z mieszkańcami Podhala, Gorców i Beskidów oraz spisanych wspomnień tworzy obraz kobiet z krwi i kości, bohaterek oryginalnych, odważnych, a jednocześnie skromnych i dotąd najczęściej przemilczanych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 423
Data ważności licencji: 8/18/2026
Bezimiennym kobietom z gór walczącym o wolność
Wstęp
Jeździmy w góry nie tylko na wakacje. Podziwiamy folklor, tradycje, gwarę. Zdobywamy szczyty, dziś dostępne już niemal dla wszystkich. Piękno Tatr i innych rejonów górskich przyciąga coraz większe tłumy. Wydaje się jednak, że zainteresowanie i fascynacja nimi bywają powierzchowne. Świadczą o tym chociażby oblegane tłumnie przez turystów stragany nijak się mające do autentycznej góralszczyzny. Ciężko to oceniać. Po prostu tak jest: przyjeżdżamy odpocząć, zabawić się w tłumie i łapczywie chwytamy co się da, a potem wracamy. Tyle.
Co, gdyby chciało się jednak dotknąć prawdy o górach i ludziach tu mieszkających? Zrozumieć na pozór znane miejsca i na pozór znanych ludzi? Czy to w ogóle możliwe, a jeśli tak, to jak się do tego zabrać? W obiegowej opinii górale to ludzie radośni i otwarci, w rzeczywistości jednak są skryci. Trudno się przebić przez pancerz ich nieufności wobec „ceprów”. Czy da się ich głębiej poznać, gdy wpada się w góry jak do sklepu szybkiej obsługi i kupuje w wersji instant góralszczyznę i jej współczesne formy?
Tymczasem góralskie piękno, godność i duma, folklor prawdziwy, a nie „made in China”, istnieją. W rodzinach, kołach gospodyń wiejskich, parafiach, w zespołach muzycznych, szkołach – w wielu wsiach, miasteczkach i osadach.
Ze znajomością historii Podhala, Gorców, Beskidów – czy w ogóle terenów na południe od Krakowa – bywa różnie. Do świadomości zbiorowej przez ostatnie dziesiątki lat przebiło się mocne i nośne hasło, powracające jak nieznośna czkawka nie tylko na Podhalu: „Goralenvolk”1. Historia zdrady, realne osoby renegatów, dramat i wstyd przewijają się w pamięci zbiorowej. Paradoksalnie, wstyd tego dotyczący odczuwają nie tylko potomkowie kolaborantów, lecz także potomkowie patriotów, walecznych i oddanych Polsce. Nawet dziś, chociażby w rozmowach prywatnych, można wyczuć palący wstyd za sąsiada czy dalekich krewnych. Tak jakby odpowiedzialność za zdradę była zbiorowa, choć nie jest, nie była i nigdy nie będzie. A przecież ogromna większość górali z przerażeniem przyjmowała zarówno wybuch wojny, jak i – tym bardziej – kolaborację części góralskiej społeczności.
Dlaczego jednak historia zdrady dość mocno zakorzeniła się w polskiej pamięci, podczas gdy historię bohaterstwa nadal trzeba odkrywać? Prosta zasada, że zdrada sprzedaje się lepiej, chyba sprawdza się tu idealnie. Fakt, że istniało proniemieckie „księstwo góralskie”, że po Zakopanem przechadzał się – bardzo groteskowy – „góralski książę” Wacław Krzeptowski, przemawia do wyobraźni, układa się w sceny, prowokuje. Wówczas Krzeptowski wzbudzał politowanie, ale przede wszystkim złość u górali. Wielu planowało na nim krwawą zemstę już od początku okupacji – dokonano jej zaś dopiero pod koniec wojny. Zresztą i obecnie ta postać raczej nie pozostawia obojętnym. Chociaż trudno się temu dziwić, jednak niepokoi skala zainteresowania tematem i współczesne nadawanie nadmiernego znaczenia związanym z nim wydarzeniom, ludziom, miejscom, podczas gdy niemal się nie pamięta o przeciwstawianiu się okupantowi. Można też odnieść wrażenie, zwłaszcza ostatnio – że bohaterstwo tych, którzy stawiali najeźdźcy opór, zostało wyparte ze zbiorowej świadomości z powodu kolaboracji tych nielicznych, przez co zamiast skupiać się na pięknie walki o wolność, skupiamy się na zdradzie. Może po prostu… wolimy szukać sensacji, nie zaś prawdy?
Nadal za mało mówi się o heroicznej walce mieszkańców gór z okupantem, narażaniu życia i oddawaniu go za wolność ojczyzny. Oczywiście owo zaniedbanie stanowi spuściznę lat powojennych, gdy polscy żołnierze nie zawsze mogli mówić wprost o swojej walce, a wręcz bywali prześladowani i traktowani jako obywatele drugiej kategorii. Z tego względu nie wszyscy się przyznawali do udziału w ruchu oporu i nawet w rodzinnym gronie przez długi czas nie wspominali o tym.
Do dziś zresztą wiedza na ten temat często okazuje się fragmentaryczna. Na pytanie o formy sprzeciwu na terenach górskich większość zapewne odpowie: działalność kurierów tatrzańskich. Kojarzymy mężczyzn, którzy polskich żołnierzy, oficerów, patriotów chcących dołączyć do polskiej armii na Zachodzie przeprowadzali przez góry i Słowację aż na Węgry. Bywa, że w tym kontekście pada nazwisko Heleny Marusarzówny – kurierki. Ta bohaterska, piękna, młoda kobieta, która zginęła 12 września 1941 roku, również weszła do świadomości zbiorowej. Mniej mówi się już jednak o tysiącach osób pomagających kurierom: o mężczyznach i kobietach z wiosek, miast, z różnych środowisk, bez których przeprawy przez góry nie byłyby w ogóle możliwe. To ta armia cichych i nieznanych wspierała heroiczną pracę kurierów.
A co z innymi formami walki? Jakoś nie słychać o bohaterskich poczynaniach członków Konfederacji Tatrzańskiej – rdzennej podhalańskiej organizacji, która powstała, by walczyć z Niemcami, i którą współtworzyła bohaterska kobieta Jadwiga Apostoł. Zbyt mało wspomina się żołnierzy Armii Krajowej operujących na Podhalu. Z rzadka napomyka się o cichej, skutecznej dywersji, walce tysięcy górali i góralek z kontyngentami niemieckimi czy wywożeniem polskiej młodzieży na roboty do Rzeszy. Zapomina się o wartości, jaką była niepozorna, ale skuteczna walka z niemiecką propagandą – powielanie i przekazywanie biuletynów, prasy konspiracyjnej. Nie docenia się roli tajnego nauczania, walki o kulturę i sztukę, podtrzymujących patriotyzm i pomagających nie ulec propagandzie wroga. Nie pamięta się o domach, rodzinach – kobietach i mężczyznach, a nawet dzieciach, którzy ze świadomością możliwych konsekwencji ukrywali żołnierzy czy konspiratorów: każdego, komu zagrażali Niemcy. Ruch oporu, o czym za chwilę przekonają się Państwo, nie byłby możliwy, gdyby nie solidarność, wierność i ciche wsparcie tysięcy zwykłych ludzi. Ludzi, których nazwisk już dziś nie znamy…
Jeśli mówi się o bohaterach z gór, jeśli przywołuje się ich biografie, to najczęściej wspomina się mężczyzn. Rzeczywiście to absolutnie wyjątkowe postaci, których życie to wręcz gotowe scenariusze filmów sensacyjnych. Znamy dość dobrze życiorysy Bronisława Czecha, Wincentego Galicy, Stanisława Marusarza, Włodzimierza Szyca, Augustyna Suskiego i wielu innych. Mężczyzn śmiałych, dzielnych, wspaniałych, których historie na szczęście zostały dobrze zachowane, spisane, opracowane. Warto jednocześnie, mówiąc o ludziach gór walczących z okupantem, przypominać też kobiety, dotąd szerzej nieznane. Równie heroiczne jak mężczyźni, a bywa, że dające z siebie nawet więcej niż oni. Pomijanie ich, świadome lub nie, to błąd. Gdyby nie one, opór byłby daremny.
Tereny górskie, w naturalny sposób oddzielone od reszty okupowanego kraju, były miejscem wyjątkowym, gdzie i walka musiała być inna. Gromadziły ludzi twardych i mądrych – silnych górali i waleczne góralki. Byli poważnymi przeciwnikami, których Niemcy szczerze się bali, nie tylko zwalczali ich więc zwykłymi metodami, ale w wyjątkowy sposób próbowali nimi zawładnąć, by wykorzystać ich siłę do własnych celów. Jednak nadaremnie.
W czasie moich wypraw w rejony górskie poznawałam tamtejsze kobiety. Wymagało to czasu, godzin rozmów, powrotów, wzajemnego przekonywania się do siebie, przekraczania wielu barier. W końcu wzajemnej sympatii, szczerości i otwartości. Współczesne góralki to najczęściej kobiety bardzo silne psychicznie, twarde, a jednocześnie ogromnie wrażliwe i bardzo dobre. Dbające o dom, rodzinę i spełnione zawodowo. Łączące góralską zadziorność z ciepłem i chęcią pomocy potrzebującym. To matki dbające o rodzinę i dzieci, ceniące tradycję. A jednocześnie kobiety sukcesu. Nie robią jednak wokół tych umiejętności, sprawnego łączenia ról, wielkiego szumu: jest to dla nich naturalne, tak jak naturalne było dla ich matek, babć i prababek.
Dlaczego o tym wspominam? Podstawą są tu właśnie korzenie, wartości, w których wyrastały, historie rodzinne wpisane w polskie dzieje.
Współczesne góralki to spadkobierczynie walecznych postaci: Heleny Marusarzówny i jej sióstr, Jadwigi Apostoł, Heleny Błażusiak, Józefy Machay-Mikowej, Antoniny Tatar i wielu innych. Przy tym ich dziedzictwo dotyczy osób połączonych z nimi nie związkami krwi, lecz czymś bardziej ulotnym, ciężko uchwytnym, co jest jednak – w kontekście trwałości relacji społecznych i kształtowania tradycji regionu – nieodzowne. Kobiety górskiego pogranicza od dziecka musiały radzić sobie z nieurodzajną ziemią, biedą, były zmuszone ciężko pracować, by utrzymać siebie i rodzinę. Jednocześnie miały siłę, czas i energię, by robić coś więcej: tworzyć, rozwijać talenty i działać dla społeczeństwa, uczyć się, kształcić innych, wychowywać. Widziały w tym przyszłość i warunek rozwoju ukochanego kraju. Dla większości z nich Polska była wartością nadrzędną, choć o patriotyzmie w zasadzie się nie mówiło, nie teoretyzowało i nie odmieniało go przez wszystkie przypadki. Postawę patriotyczną kobiety gór wynosiły po prostu z domów. I niosły dalej – do tych miejsc, w których pracowały, tworzyły, działały.
Wybuch wojny na terenach górskich, na Podhalu, w Pieninach, Orawie, Spiszu, w Gorcach, był dla nich osobistym dramatem, sytuacją ekstremalnie trudną, bolesną. Musiały zmierzyć się z wrogiem nieprzebierającym w środkach. Stawały do walki z Niemcami, ale i – ku rozpaczy wielu – z polskimi kolaborantami, zdrajcami, którymi często okazywali się dawni współpracownicy czy przyjaciele rodziny.
Przystępowały do walki w pełni świadome ryzyka. Doskonale wiedziały, jak wiele mogą stracić. Zdawały sobie sprawę zarówno z szans, jak i z zagrożeń. Wiedziały, że jako kobiety ryzykują, prócz utraty życia, również utratę godności – gwałty, tortury w czasie przesłuchań.
Mimo to postawiły wszystko na jedną kartę: walkę o Polskę, obronę góralskiego honoru. Tworzyły sieć mniej lub bardziej zorganizowanej i sformalizowanej pomocy. Sieć wsparcia tych, którzy walczyli na pierwszej linii. Chociaż wiele z nich również i tam się znalazło.
Większość z nich zapłaciła za ten wybór wysoką cenę. Więzione w Palace – zakopiańskiej „katowni Podhala”, na Montelupich w Krakowie, a także Tarnowie, jeśli przeżyły wielotygodniowe kaźnie, trafiały do obozów w Auschwitz lub Ravensbrück. A jeśli i to przeżyły, a władze komunistyczne nie deptały im po piętach, wracały do siebie, w góry. Żyły wówczas w ciszy, bez rozgłosu, pracując, wychowując dzieci swoje i cudze. Niejednokrotnie ukrywając swoje bohaterstwo. Czasami umierały samotnie nierozumiane przez najbliższe otoczenie i zmieniający się świat. Jeśli natomiast komunistyczne władze nie dawały im spokoju, wyjeżdżały z ojczystych stron. Ukrywały się gdzieś w centrum kraju czy na północy, zmieniały nazwiska, pracowały do utraty tchu, często fizycznie, aż do starości. Umierały. Świat o nich – w obu przypadkach – niemal całkowicie zapomniał. Mijały lata. Nawet już wtedy gdy o bohaterach i bohaterkach wojennych z Warszawy, północy i zachodu Polski zaczynało się mówić głośno, przywracając im godność i pamięć, waleczne kobiety z gór nadal pozostały niemal zapomniane. W najlepszym razie znane były lokalnie, niemal wyłącznie w miejscowościach, w których działały lub z których pochodziły. Polska, z małymi wyjątkami, nie miała szans ich poznać. Trudno do końca zrozumieć dlaczego.
Stykałam się z historiami tych bohaterek stopniowo. I stopniowo też waleczne z gór stawały się i moimi bohaterkami. Fascynującymi na różne sposoby kobietami, które inspirują mimo upływających lat. Różniły się charakterami, pochodzeniem, wykształceniem. Łączyła je jednak odwaga, miłość ojczyzny i troska o powierzonych im ludzi.
Poznawałam je, najpierw śledząc historię i pisząc o siostrze Klemensie Staszewskiej, urszulance wspierającej ruch oporu w Beskidach, Gorcach i Tatrach, która za swoją działalność była więziona w Palace, by w końcu zginąć w Auschwitz. Potem trafiłam na Helenę Błażusiak, znaną głównie dzięki III Symfonii. Symfonii pieśni żałosnych Henryka Góreckiego. To ona jako osiemnastoletnia dziewczyna wybitym przez oprawców zębem wyryła w piwnicy Palace słynną modlitwę. Długo myślano, że nie przeżyła pobytu w katowni Podhala. Tymczasem ze zdziwieniem odkryłam, że mimo tortur, których tam doznała, dożyła sędziwego wieku otoczona kochającą rodziną.
Potem były kolejne osoby.
W końcu wybrałam się do Palace. Przedwojenny ekskluzywny pensjonat przy ulicy Chałubińskiego, do którego zjeżdżała śmietanka towarzyska z całego kraju, w czasie wojny został przez Niemców zamieniony w miejsce kaźni. Paradoks: „pałacowe” mury, w których niegdyś zażywano odpoczynku, stały się miejscem tortur tysięcy Polaków.
Budynek ten widzieliśmy pewnie wszyscy, odwiedzając Zakopane. Czy weszliśmy do środka? Zeszliśmy do podziemi, do piwnic, które pamiętają tysiące ofiar?
Miejsce to, jakże ważne dla historii walki i męczeństwa kobiet z gór, warto zwiedzić, chociaż to doświadczenie wstrząsające. Dojmujące szczególnie wtedy, gdy przyjechaliśmy odpoczywać w przepięknych górach. Zatrważające, bo w tamtejszych piwnicach ze zdjęć patrzą na nas ci, którzy tutaj byli katowani i mordowani. Do niedawna zresztą ślady wyryte na zimnej ścianie, wyskrobane paznokciami i naznaczone krwią w dramatyczny sposób opisywały przebyte tortury.
To tam zobaczyłam twarze dziesiątek kobiet, a wraz z nimi zaczęłam poznawać zachowane fragmenty ich życiorysów, które jak mozaika łączą się w przepiękny, choć dramatyczny obraz. Obraz kobiecej walki i ogromnej siły. Obraz ten jednak nadal znany jest nielicznym… Natomiast same rodziny, krewni bohaterek, dzieci, wnukowie, kuzyni walecznych z gór wielokrotnie w rozmowach powtarzali mniej więcej takie słowa: „My biografię naszej bohaterki znamy dość dobrze. Ale już nasi sąsiedzi nie wiedzą o niej nic”. Lub też: „Chcielibyśmy w końcu przeczytać o naszej krewnej, a nie o tym, pod czyim dowództwem i w którym miejscu walczyła. Chcemy skupić się na niej jako na człowieku, na tym, co czuła, jaka była, dlaczego walczyła, a nie wyłącznie na datach, opisach potyczek czy liczbie użytej broni”. Ta ostatnia wypowiedź jest i mi, jako autorce, szczególnie bliska.
Osoby przedstawione w tej książce pochodziły z różnych miejscowości Podhala, Gorców, Orawy, Beskidów i Pienin. Mimo że nieraz mieszkały blisko siebie, najczęściej się nie znały. Jednocześnie ich biografie łączy przedziwna nić powiązań – walczyły o wspólne wartości, a przede wszystkim przeciwko temu samemu wrogowi. Ich walka wykraczała daleko poza góry, doliny i turnie i promieniowała zarówno na południe – daleko poza Tatry, jak i na północ – daleko za Kraków.
Ich biografie często łączyła dopiero śmierć. Łączyły miejsca kaźni i miejsca straceń. To w Palace, na Montelupich w Krakowie czy w Tarnowie niejako się spotykały, choć w różnym przecież czasie. I to tam znaleźli się świadkowie, którzy widzieli ich walkę do końca, dając później świadectwo o tych, którym nie udało się przeżyć. Dziś więc, chociaż od wojny mijają kolejne lata, warto przypomnieć waleczne kobiety z gór. Trzeba to zrobić dla nich, ale również dla nas samych i przyszłych pokoleń. Odkrycie na nowo tych niezwykłych biografii może być uzdrawiające, inspirujące. Może pomóc odważnie spojrzeć w przyszłość. Dać powód do prawdziwej dumy nam, współczesnym kobietom i mężczyznom.
W czasie moich wędrówek w poszukiwaniu śladów bohaterek, historii z nimi związanych trafiłam do Szkoły Podstawowej w Lipnicy Wielkiej. Jest to miejsce związane z Józefą Machay-Mikową. Na ścianie wisi portret jej i męża Emila. I podpis nieznanego autorstwa: „Kim jesteś, jeśli nie stajesz w obronie tego, w co wierzysz?”.
Zostawiam Państwa z tym pytaniem przed lekturą Walecznych z gór.
1 Po zajęciu przez Niemców we wrześniu 1939 roku Podhala Henryk Szatkowski, przedwojenny działacz polityczny, zaczął przy wsparciu okupanta propagować ideę, jakoby górale byli pochodzenia niemieckiego. Goralenvolk miał bowiem oznaczać naród (lud) góralski wywodzący swe korzenie z ludów germańskich.
Helena Marusarz – z archiwum Magdaleny Marusarz-Gądek, reprodukcja autorki
Helena, Zofia, Bronisława i Stanisława – silne, piękne, wysportowane góralki. Kochały nade wszystko wolność. Gdy przyszedł moment próby i trzeba było walczyć z Niemcami, żadna się nie zawahała. Działały w różny sposób: razem i osobno. A najmłodsza Helena zapłaciła cenę najwyższą.
Jan i Helena Marusarzowie mieli sześcioro dzieci: Jana, Stanisława, Zofię, Bronisława, Helenę i Marię. Wszystkie energiczne, zdolne, bystre, ambitne. Ich ojciec pochodził ze starej góralskiej rodziny Marusarów (potem Marusarzów). Wzmianki o rodzie matki – Tatarach – sięgają początków XVII wieku. Szymon Tatar, ojciec Heleny, był jednym z pierwszych przewodników tatrzańskich i jednym z pierwszych członków Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Narażał swoje zdrowie i życie, by ratować innych. W takiej atmosferze wychowywała się jego córka Helena, a potem wnuki.
Helenę, córkę Szymona, a potem matkę sześciorga dzieci, uznawano za kobietę wyjątkowej urody: zachwycił się nią chociażby Józef Mehoffer, który spędzał u Tatarów wakacje i uwiecznił ją na obrazie namalowanym w 1905 roku. Góralka spoglądała z portretu nieco zawadiacko, filuternie. Burza włosów okalała twarz o mocno zarysowanych, lecz uroczych rysach. Dziewczyna miała może kilkanaście lat. Wkrótce jej życie miało się mocno zmienić: została żoną Jana i matką dzieci, które będą jej wielką dumą.
Marusarzowie mieszkali w Zakopanem, na Małym Żywczańskim. Dzieci Jana i Heleny przychodziły na świat niemal jedno po drugim. Najstarszy był Jan, urodzony w 1912 roku, w czerwcu 1913 roku pojawił się Stanisław. Potem kolejno rodziły się dziewczęta: Zofia, Bronisława, Helena, i Maria. Helenka, urodzona 17 stycznia 1918 roku, była trochę chłopczycą, bardziej śmiałą niż siostry. Wszystkie cztery od najmłodszych lat ścigały się z chłopakami na nartach i rywalizowały z nimi. Niewątpliwie Helenka się wyróżniała: odwagą, pewnego rodzaju brawurą, radością życia.
Dziewczęta w domu Marusarzów traktowano na równi z chłopcami. Wolno było im szaleć w lesie, zjeżdżać zimą po śniegu. Najpierw zresztą i one, i bracia używali do tego zjeżdżania… krzeseł. Bawili się też w „wiewiórczycę” – skakali z drzewa na drzewo, łapiąc się gałęzi. Helenka bardzo lubiła tę zabawę. W ogóle kochała ruch, chciała być silna, walczyć ze swoimi słabościami. Do tego była przebojowa, ceniła sobie rozwój osobisty. Ojciec wielokrotnie wspominał, że gdy zobaczyła występ cyrku, który przyjechał do Zakopanego, zachwyciła się akrobacją. Podziwiała też sportowców z Towarzystwa Gimnastycznego Sokół. Ćwiczyła, naśladując ich, na drążku czy raczej na rurze wodociągowej.
Dom Marusarzów był ciepły, bezpieczny. Rodzice ciężko pracowali, do pracy wdrażali też dzieci. Bez wielkich słów, przykładem. Ojciec Jan był leśniczym. Kochał las, znał każde drzewo, a miłością do przyrody zaraził swoje potomstwo. Matka opiekowała się domem. W sposób naturalny młodzi Marusarzowie rośli w poczuciu odpowiedzialności. W domu się nie przelewało, ale na tle wielu familii góralskich z tamtego okresu rodzina radziła sobie dobrze.
To były czasy rozwoju polskiego narciarstwa. Marusarzowie, chłopcy i dziewczynki, obserwowali przyjezdnych – turystów i narciarzy, od dziecka. I naśladowali. Góry mieli we krwi. Kochali wysiłek fizyczny. Nic więc dziwnego, że nowoczesne na owe czasy szusowanie stało się dla nich sposobem na życie. Jednak w przeciwieństwie do miastowych, którzy mieli pieniądze, a więc mogli sobie pozwolić na profesjonalny sprzęt, Marusarzowie musieli kombinować. Jan i Stanisław sami robili prymitywne narty z klepek od beczek. Przywiązywali je rzemieniami do kierpców. Staszek odkrył też możliwość skoków. Budował więc ze śniegu, desek, z czego się dało pierwsze skocznie. Kiedy za zwycięstwo w zawodach na Lipkach dostał w nagrodę piękne profesjonalne narty, Helenka pozazdrościła bratu. „Stasek, kiebyk to jo mioła takie narty, to byk syćkich nabiła”1 – odezwała się zfiluternym uśmiechem do brata. Młody sportowiec najpierw korzystał z nich sam, a potem pozwalał ich używać starszemu Jankowi i kuzynowi Andrzejowi. Dla Helci były jednak zbyt duże.
Helenka bardzo mocno marzyła o porządnych deskach. Pewnego dnia stary góral opowiadał rodzeństwu Marusarzów historię o zakopanych w Tatrach zbójnickich skarbach. Zapytał Helenkę, co zrobiłaby, gdyby odnalazła skarb: „Kupiłabym sobie narty”2 – odpowiedziała bez zastanowienia. Na profesjonalne narty musiała jeszcze poczekać. Pierwsze zrobił dla niej starszy brat Stanisław. Wpatrzona w jego wyczyny, ćwiczyła, trenowała coraz więcej, z pasją. Najpierw na niedalekich zakopiańskich Lipkach, potem na coraz bardziej wymagających stokach. Jej pierwsze wygrane narciarskie zawody to konkurs zorganizowany przez Kornela Makuszyńskiego właśnie tam. Miała wówczas siedem lat. W nagrodę dostała książki z autografem pisarza. W zawodach, organizowanych przez Makuszyńskiego w kolejnych latach, również zwyciężała.
Helenka uczyła się, podobnie jak reszta rodzeństwa, w szkole powszechnej, pomagała też matce w gospodarstwie. Pracowała w polu. Zarówno zakopiańczycy, jak i przyjezdni lubili jej poczucie humoru, prostolinijność. Bywała też dość przekorna.
– W czasie pracy w polu, nie wiadomo, czy dla psoty, czy z dziecinnego lenistwa, potrafiła schować się w zbożu na tyle skutecznie, że rodzina długo jej szukała. Gdy jej matka, a moja babcia, nieco zeźlona, pytała potem: „Co i gdzie robiłaś?”, odpowiadała z błyskiem w oku: „Mamo, jo się grzejem do słonecka, jak te panie, które do nas przyjeżdżają” – opowiada historię rodzinną córka Stanisława, a bratanica Heleny, Magdalena Marusarz-Gądek.
Zachowało się krótkie wspomnienie Zofii Marusarzówny o Heli. W wywiadzie dla Polskiego Radia w latach siedemdziesiątych starsza siostra wspominała: „Helę pamiętam doskonale. Od najmłodszych lat ciągnęły nas zabawy pełne szaleństwa, często chodziłyśmy do lasu. Każda taka zabawa kończyła się wielką awanturą, gdyż na krzakach i drzewach pozostało niejedno nasze ubranie. Hela od najmłodszych lat miała duży temperament, była odważną, zaciętą dziewczyną. Na deskach jeździła od dzieciństwa. I mimo że wtedy były najpopularniejsze konkurencje klasyczne, najbardziej uwielbiała zjazdy slalomem. Jej pierwsze większe zawody w 1934 roku pamiętam, na Lipkach. Ukończyła szkołę podstawową i zajęła jedno z pierwszych miejsc. W nagrodę otrzymała książkę”3.
Mijały lata. Hela dorastała i dojrzewała. Piękniała z każdym rokiem. Skończyła szkołę powszechną, potem zaczęła naukę w szkole handlowej. Marusarzów nie stać było na edukację Helenki poza Zakopanem. Wydaje się jednak, że nie stanowiło to dla niej problemu. Z powodzeniem i pasją wykorzystywała te możliwości, które dawało Podhale. Nie ustawała w treningach narciarskich: stała się wytrawną sportsmenką, startowała w kolejnych konkursach. Zimą trenowała bieg zjazdowy i slalom specjalny, latem – o ile czas pozwalał – wspinała się po Tatrach. Znała je doskonale – każdą trasę, doliny, szczyty. Wyrobiła sobie świetną kondycję, co miało się okazać bardzo przydatne w latach wojennych.
Jej uroda fascynowała i zniewalała. Hela była wysoka, bardzo zgrabna. Zachwyt budziły jej piękne błękitne oczy i bardzo długie ciemne włosy, szlachetne rysy twarzy. Miała niezwykłą osobowość, jakby rodzące się piękno wewnętrzne dorównywało zewnętrznemu. Podziwiali ją swoi, ale i wielki świat również dostrzegał jej urodę i klasę. Helena pozowała do zdjęć reklamowych strojów narciarskich. Wystąpiła też jako dublerka tytułowej bohaterki w filmie Halka. Rok przed wybuchem wojny wzięła udział w stołecznym pokazie mody: prezentowała najnowsze ubrania narciarskie uszyte na międzynarodowe zawody. Jury miało pozostać pod wrażeniem dziewczyny i przyznało jej pierwszą nagrodę. Podobno wzbudziło to zazdrość warszawskich dziewcząt. Te sukcesy nie zawróciły jej w głowie.
Magdalena Marusarz-Gądek, jej bratanica, opowiada:
– Pozostawała sobą. Ani gra w filmie, ani warszawskie wydarzenia nie wywarły na niej wielkiego wrażenia. To nie było dla niej ważne. Nie czuła się gwiazdą czy raczej nie „gwiazdorzyła”. Była naturalna, radosna. Szyła sobie sama, uwielbiała piękne góralskie chusty. Miała grono przyjaciół, mocne więzi łączyły ją z rodzeństwem, bardzo zżyta była z moim ojcem [Stanisławem – przyp. aut.]. I oczywiście narty były jej ogromną pasją. Trenowała zawzięcie. I z coraz większymi sukcesami.
W latach trzydziestych aż dziewięć razy zdobyła tytuł mistrzyni Polski. Miała siedemnaście lat, gdy na XVI Mistrzostwach Polski w Zakopanem zajęła drugie miejsce. Rok później zdobyła tytuł mistrzowski w biegu zjazdowym i slalomie. W 1937 roku na kolejnych zawodach Marusarzówna ponownie wywalczyła pierwsze miejsce. Zimą sezonu 1938/1939 intensywnie trenowała do zakopiańskich zawodów FIS. Pechowo jednak w czasie treningu na Hali Goryczkowej złamała rękę. Startować w zawodach oczywiście nie mogła. Niedługo potem, mimo kontuzji, razem z bratem Stanisławem i innymi młodymi sportowcami pojechała do niemieckiego Schwarzwaldu. Miały się tam odbyć zawody międzynarodowe. Stanisław tak opisywał tę wyprawę: „Jechaliśmy w składzie: Kula, Zając, Stopkówna, siostra Helena i ja. (…) Nastroje antypolskie były zupełnie wyraźne, aczkolwiek nie miały cech prowokacji. W pociągu na dźwięk polskiej mowy Niemcy odsuwali się w niemym bojkocie. Przywitanie naszej ekipy na dworcu w Feldbergu było bardzo chłodne. Miasteczko tonęło w powodzi swastyk. Widziało się dużo brunatnych mundurów i butnie maszerujące oddziały Hitlerjugend”4. To był pierwszy moment, gdy Polacy doświadczyli niemieckiej „wyższości”. Nieprzyjazna atmosfera wywarła na nich przykre wrażenie. A może i zagrzała do walki? Ostatecznie mimo niedawnego wypadku Helenka walczyła zajadle i zajęła drugie miejsce.
Jan Kula, wówczas siedemnastoletni skoczek narciarski, wspominał: „Gnała na tych »zubkowych« hickorowych nartach, że tylko kurzyło pomiędzy bramkami. Nie potrąciła ani jednej. Jechała pięknie. Burza oklasków, nieustające owacje wśród kibiców wystarczyły już za oficjalną ocenę. Później śmigały inne zawodniczki, przewracały niejednokrotnie bramki, gubiły szybkość. Była to już nie ta klasa. W ogólnej klasyfikacji zawodów w Feldbergu Helena w slalomie zajęła drugie miejsce, za Niemką Christl Cranz, ale wyprzedzając zdecydowanie resztę rywalek”5. Mistrzyni świata z szacunkiem miała potem stwierdzić, że Marusarzówna jest doskonała technicznie, utalentowana, a do międzynarodowej kariery brakuje jej tylko nieco „rutyny”. Helena cieszyła się z sukcesu. Jednak później o „rutynie” nie było mowy, bo już nigdy więcej nie wystartowała…
Stanisław po latach pisał o zawodach, a bardziej o charakterze i sposobie bycia siostry: „W Schwarzwaldzie Helenka była w iście bojowym nastroju. Jej zawodnicza klasa wzbudzała wielkie uznanie konkurentek, fachowców i dziennikarzy (…). Jako przedstawicielka płci pięknej zwracała powszechną uwagę. Siostra była urodziwą, wysoką, zgrabną blondynką o pięknych nogach. Ujmowała ciepłym spojrzeniem, a jej dziewczęcość podkreślały długie do kolan warkocze, upinane w kok. Mężczyźni słali jej uwodzicielskie spojrzenia, nie żałowali słów adoracji. Tak było tu, w Schwarzwaldzie, tak było w Zakopanem (…). Helcia przyjmowała objawy hołdu ze strony kolegów z dużą przyjemnością, ale zawsze czuła się z nimi lepiej jako kumpel do wspólnej zabawy niż jako partner do flirtu. Miała duże poczucie humoru i nigdy niesłabnący zmysł zabawy. Nie inaczej było w czasie pobytu w Schwarzwaldzie. Zamieniała np. nasze buty, wystawione do czyszczenia przed drzwiami pokoju hotelowego; innym razem zaszyła mnie i kolegom nogawki w spodniach narciarskich (gdy zeszliśmy na kolację w ubraniach cywilnych) i rękawy”6.
Z nadejściem wiosny sezon narciarski się skończył. Marusarzowie pracowali wówczas w gospodarstwie, przy sianie, ziemniakach. Bronka i Stanisław w schronisku na Hali Pysznej. Helenka pomagała w polu. Podobno przyjezdni, turyści się dziwili, że taka sława, mistrzyni ciężko pracuje fizycznie: gwiazda, a wywija grabiami jak zwykła góralka. Podziwiano jej niezwykłą siłę, a przy tym subtelność i piękno. Helenka grabiami wywijała, a jednocześnie dbała o siebie i była niezwykle kobieca. Umiała szyć, nosiła się skromnie, lecz z klasą. Musiała być też uporządkowana i zdyscyplinowana, bo mimo wielu obowiązków tak organizowała czas, że regularnie chodziła w góry.
Pani Magdalena Marusarz-Gądek opowiadała rodzinną historię, jeszcze sprzed wybuchu wojny:
– Ciocia Zosia wspominała, że w pracach polowych pomagał im stary góral, który potrafił wróżyć z ręki. Któregoś razu, w czasie przerwy, rodzeństwo zgodziło się dla żartu na to wróżenie. I dziwna sprawa: Helence przepowiedział, że zginie śmiercią nienaturalną. Mojemu tacie, że uniknie śmierci. O sobie ciocia Zosia nie chciała mówić.
Oczywiście rodzina nie bardzo wierzyła w to gadanie, traktowała to jak zabawę. Może jednak stary góral coś wyczuł? Helenka po tym wróżeniu miała powiedzieć pół żartem, pół serio, że jeśli faktycznie coś jej się stanie, to wszystko, co po niej zostanie, skromny dobytek, chustki i ubrania, niech weźmie Zosia.
Zbliżała się wojna. Latem 1939 roku widmo walk wisiało również nad Tatrami. W końcu się zaczęło. W Zakopanem hitlerowcy pojawili się już 1 września we wczesnych godzinach popołudniowych. Polskie wojska się wycofały. Zajęły stanowiska wzdłuż Karpat w kierunku południowo-wschodnim. Miasto było zajęte przez wroga, który od początku poczynał sobie bardzo śmiało. 4 września w Zakopanem porozklejano afisze z nakazem składania broni palnej w byłym komisariacie policji państwowej – ulokowała się tam niemiecka żandarmeria polowa.
Już w połowie września wielu Polaków planowało przemieszczenie się do Budapesztu. W rejonie węgierskiej granicy zjawiały się znaczne oddziały wojska, urzędnicy i cywile. 17 września rząd węgierski otworzył dla nich granicę. Jednocześnie gdy Niemcy zaatakowali Polskę, Węgrzy nie przepuszczali ich przez swoje terytorium. Pozwoliło to tysiącom ludzi na przedostanie się do Budapesztu. Zorganizowana akcja przyjmowania Polaków trwała do 28 września, czyli aż do zamknięcia granicy Polski przez wojska niemieckie. W tym czasie granicę przekroczyło około czterdziestu tysięcy osób7. Większość z nich przedostawała się dalej, tam gdzie organizowały się polskie jednostki wojskowe. Na Węgrzech mieszkała spora polska diaspora, emigranci z lat wcześniejszych. Tamtejsi Polacy włączyli się w pomoc uchodźcom wojennym, wielu się zaangażowało w antyniemiecką konspirację. Utrzymywali regularną łączność z rządem emigracyjnym Sikorskiego i ze Służbą Zwycięstwu Polski (późniejszy Związek Walki Zbrojnej, który następnie przekształcił się w Armię Krajową).
Aby utrzymać łączność między Warszawą a Polakami na Zachodzie, należało zorganizować siatkę kurierską. Kurierzy od początku wojny przerzucali więc przez granicę ludzi, materiały wywiadowcze, pieniądze i złoto. Do upadku Francji w czerwcu 1940 roku nie było problemów z przemieszczaniem się kurierów na trasie Budapeszt – Paryż. Później coraz trudniej było o przekazywanie informacji na linii Warszawa – Budapeszt. Korespondencję przenoszono więc w cygarniczkach, papierośnicach, puderniczkach, ołówkach, jedzeniu – często jako mikrofilmy.
Stosowano trójczłonowy schemat: hasło, odzew, kontrodzew. Łącznicy znali rysopis kuriera, jeśli mieli go spotkać po raz pierwszy. Emisariusze musieli przedzierać się przez kordony: granicę polsko-słowacką, a następnie słowacko-węgierską. Bez ich aktywności polska działalność konspiracyjna stanęłaby pod znakiem zapytania.
Kim byli? Ludźmi młodymi, silnymi, znającymi góry, odważnymi. To naturalne, że werbowano ich w pierwszej kolejności ze środowiska górali – bo kto lepiej znał trudne trasy? Każdy składał przysięgę na wierność ojczyźnie i otrzymywał pseudonim.
Byli jakby stworzeni do takiej roboty. „W Zakopanem zbiegały się kurierskie szlaki od granicy słowackiej. Stąd najłatwiej było dostać się do zakonspirowanych przejść granicznych. A to dlatego, że gdzie indziej przejścia były niedostępne albo wręcz niemożliwe do pokonania. Tatry to w ogóle szlak najeżony przeszkodami. Ludzie, którzy chcieli z niego korzystać – w tym wypadku kurierzy – musieli je znać doskonale, być przygotowani na wszelkie niespodzianki, jakich góry nie szczędzą. Każdy kurier zdawał sobie sprawę, że tam na szlaku zasłabnięcie, załamanie psychiczne bądź fizyczne, strata orientacji – to najczęściej śmierć”8. Przecież wszędzie, również na szlakach, w dzikich górskich ostępach, czyhali Niemcy z tropiącymi psami. Za nielegalne przekraczanie granicy przez Tatry groziła śmierć. Wcześniej poprzedzona wymyślnymi torturami.
Droga przez Tatry dziś wydaje się naiwnym i nauczonym wycieczek po górach w adidasach dość prosta. A przecież nie jest i nigdy nie była. Niegdyś dostępna nielicznym. Elicie, która doświadczyła tatrzańskich turni, hal, przełęczy. W czasie wojny ich umiejętności służyły walce z okupantem. Do kurierskiej braci szybko dołączyli Stanisław i Jan Marusarzowie, a także Helena.
Wojskowi trafili do Heleny i Stanisława, bo znali ich z gazet i dokonań sportowych. Mieli do nich zaufanie. Później przybrało to formę oficjalną, po zaprzysiężeniu rodzeństwa Marusarzów w Budapeszcie.
Helena od wybuchu wojny coraz częściej znikała z domu. Wychodziła po kryjomu, żeby się spotkać nie wiadomo z kim. Stała się bardziej milcząca, skryta. Pytana przez zatroskaną matkę, co się z nią dzieje, nie chciała odpowiadać. Nie mogła nic wyjawić. Z uśmiechniętej, wesołej dziewczyny przemieniła się w skupioną, w pełni świadomą swoich czynów oraz pewną siebie, dojrzałą kobietę.
W grudniu 1939 roku, w Budapeszcie, rozpoczęła działalność Wojskowa Baza Wywiadowczo-Łącznikowa, działająca pod kryptonimem „Romek”, podporządkowana Komendzie Głównej Związku Walki Zbrojnej w Paryżu, a później w Londynie. Helena bez wahania wstąpiła do tej organizacji i brała czynny udział w działalności konspiracyjnej.
Pierwsze zadania Marusarzówny jako łączniczki polegały na przejmowaniu od kurierów i dostarczaniu pod wskazany adres ważnych dokumentów, takich jak meldunki, rozkazy, często spore sumy pieniędzy przeznaczone na działalność konspiracyjną w kraju.
Praca od początku była niebezpieczna. Najdrobniejszy błąd oznaczał areszt, bestialskie przesłuchania, zwykle potem śmierć. Mimo ciągłego zagrożenia ochotników jednak nie brakowało. Do pracy wybierano wyłącznie najlepszych. Wszyscy musieli spełniać konkretne wymagania. Helena doskonale znała górskie tereny z licznych wypraw wspinaczkowych i treningów narciarskich. Przydało się to idealnie do konspiracyjnych zadań specjalnych. Ale i wychowanie w szacunku do pracy i wysiłku, w mądrej dyscyplinie okazało się niezwykle przydatne. Dziewczyna po prostu była doskonale przygotowana do ekstremalnych zadań, których z każdym tygodniem przybywało.
Z początkiem zimy 1939 roku do Zakopanego wrócił Tadeusz Schiele, przed wojną taternik, alpinista, narciarz, działacz PZN i współzałożyciel wytwórni nart, potem uczestnik kampanii wrześniowej. Ukrywał się przed Niemcami w bezpiecznym miejscu. Nasłuchiwał też wiadomości z Zachodu. Wieczorową porą, gdy słuchał wiadomości z nielegalnego radia, dołączali do niego inni młodzi: Marian Zając, Hela Marusarzówna i siostry Becker. Spędzali tak wieczory, słuchając radia i snując plany o wolności. Najpierw jednak omawiali możliwe sposoby przedostania się do polskiej armii przez zieloną granicę. Helena obiecała Tadeuszowi, za czas jakiś, pomoc w przejściu przez Tatry.
Mijały dni. Wkrótce okazało się jednak, że plany wymarszu szybko trzeba było przekuć w czyn. Schiele na ulicach Zakopanego spotkał Seppa Roehrla, Austriaka, który od 1937 roku trenował polskich narciarzy. Jak się okazało po wybuchu wojny, był też niebezpiecznym agentem. Od momentu zajęcia Zakopanego przez Niemców próbował nagabywać doskonale sobie znanych polskich narciarzy, by przeszli na stronę wroga. W zasadzie bezskutecznie, bo polscy sportowcy nie kwapili się do treningów pod niemiecką dominacją. Wywoływało to w Seppie złość i frustrację, dlatego też Schiele w obawie przed konsekwencjami zatargu z Austriakiem postanowił jak najszybciej zorganizować ucieczkę. „Nawiązali zaraz kontakt z Helcią Marusarzówną i jej koleżanką Stanisławą Beckerówną. Naturalnie, zgodziły się bez wahania. Przedłożony plan działania uznały za zupełnie sensowny, a nawet pomyślany dość dowcipnie9”. Na dzień wyjścia z Zakopanego wyznaczyli sylwestra.
31 grudnia późnym popołudniem specjalnie poprzebierani w sylwestrowe krzykliwe kreacje wsiedli do sań. Jechali do Kir, gdzie znajdowała się restauracja Józefa Słowińskiego. Ich wygłupy w tym czasie nie dziwiły nikogo. Ponoć, gdy pytano ich, dokąd jadą, odpowiadali, że do Francji. Niemcy uznawali to za żart.
Dojechali saniami na miejsce. Tadeusz Schiele, Marian Zając, Hela Marusarzówna i Staszka Beckerówna do restauracji u wylotu Doliny Kościeliskiej weszli od tyłu. Józef Słowiński wyszedł w góry pierwszy, pełniąc funkcję strażnika: znał tutejsze patrole, sprawdzał teren. Na szczęście było czysto. Wyszli więc i pozostali. Byli dobrze przygotowani: mieli zapas jedzenia i ubrań. Zaopatrzyli się nawet w charakterystyczne stroje noszone przez Słowaków, żeby za granicą nie rzucać się w oczy. Helena i Stanisława szły jakieś sto metrów przed resztą. Teoretycznie nie wzbudzały podejrzeń, bo przecież sylwestra można było spędzać wszędzie, nawet w górach. Gdyby dostrzegły coś niebezpiecznego, miały się śmiać i głośno rozmawiać jak rozbawione pensjonarki. To byłby sygnał ostrzegawczy dla pozostałych członków eskapady. Szły Kościeliską. Przed Halą Pisaną usłyszały Niemców. Zawróciły natychmiast, żeby ostrzec resztę i, rzecz jasna, zmienić plany: musieli ominąć schronisko, co wiązało się ze znacznym nadłożeniem drogi, przebijaniem się przez śniegi. Doszli do Doliny Tomanowej, do granicy polsko-słowackiej. Odpoczywali, gdy wybiła północ. Nadszedł trudny moment pożegnania. „Zdrowia, szczęścia, pomyślności. Wszystkiego dobrego życzymy wam! – krzyknęła Helena Marusarzówna – może spotkamy się niedługo tam, w Wojsku Polskim”10– dodała. „Do zobaczenia po wojnie” – Tadeusz ucałował jej mokrą od łez twarz. Schiele i Zając faktycznie dotarli do polskiej armii. Zostali wybitnymi lotnikami w dywizjonach angielskich, bohaterami wielokrotnie odznaczanymi Krzyżem Walecznych oraz orderami Virtuti Militari. Z Heleną już się nie spotkali…
Helena nie mówiła rodzicom o swojej pracy. Ale też, przynajmniej na początku wojny, nie dzieliła się swoimi przeżyciami nawet z rodzeństwem. Długo trzymała to w tajemnicy przed siostrami, które przecież musiały się domyślać, że działa w podziemiu. Nie przyznała się do tego braciom, być może z lęku, że będą obawiali się o jej życie i zdrowie.
Rodzice Marusarzów musieli wiele dostrzegać i niewątpliwie zamartwiali się o swoje dzieci.
– Ojciec opowiadał mi, jak babcia kiedyś odkryła w łóżku Jana broń. Podobno się wtedy zdenerwowała. Ale nie zabraniała dzieciom działań. Czasem pytała Helenkę, dlaczego wyszła z domu na trzy dni. Odpowiedź: „Bo to było konieczne”, musiała wystarczyć – mówi Magdalena Marusarz-Gądek.
Helena działała coraz intensywniej i w końcu zdecydowała się wtajemniczyć siostry. Jej bratanica Magdalena Marusarz-Gądek przypuszcza, że po prostu dla własnego bezpieczeństwa, bo młoda i samotna dziewczyna musiała pojawiać się w różnych miejscach o różnych porach. Poza tym ufała siostrom i mogła liczyć na ich pomoc. Do grona łączniczek dołączyły więc wszystkie Marusarzówny.
Był styczeń 1940 roku. Hela zaproponowała siostrze Zofii wymarsz na Halę Gąsienicową. Nie mówiła jednak po co. Zofia nie pytała, domyślając się, że to wyprawa bynajmniej nie turystyczna. Wyruszyły z Kuźnic przez Boczań. Szły w śniegu, miały ze sobą narty. Do schroniska Bystrzyckich dotarły wieczorem. Budynek był pusty. Gdy nieco odpoczęły, Zofia zwróciła się do Heleny:
– Możesz mi w końcu powiedzieć, co my tu robimy?
W tym czasie ktoś uchylił drzwi. Do schroniska wszedł Stanisław Kula, kurier, sportowiec, z ciężkim plecakiem na ramionach. Rozpalił ogień. A gdy odpoczął, wskazując na pakunek, powiedział do Heleny:
– No, Helcia, trzeba to dostarczyć do Krakowa na Siemiradzkiego. Tylko ostrożnie, bo jakbyś z tym wpadła, to…11
Doskonale rozumiała, co miał na myśli…
Wkrótce siostry zameldowały się z pakunkiem w Krakowie. Do Zakopanego wróciły z nowymi materiałami. Kilkanaście dni później Helena miała się spotkać z Franciszkiem Romanem i przejąć od niego cenny bagaż. Roman miał przyjść z Budapesztu. Miejscem spotkania był dom siostry Franciszka Olgi przy ulicy Kasprusie. Poszły obie z Zofią. Roman przekazał im dwa plecaki pełne pieniędzy sprzed 1939 roku12. Rozdzielili ładunek na mniejsze paczki i pojechali do Krakowa w czwórkę: Helena, Zofia, Olga i Franciszek. Oddali ładunek we wskazanym miejscu. Akcja zakończyła się sukcesem.
Zofia jeszcze wielokrotnie pomagała Helenie w noszeniu i przewożeniu konspiracyjnych materiałów. W pomoc im zaangażował się też Stanisław, który po latach opisywał, jak nakrył swoje siostry na gorącym uczynku. Któregoś razu wraz z nieznanymi żołnierzami zaczynał podróż przez Tatry. Szedł lasem wzdłuż Kościeliskiej w kierunku hali Ornak, dla bezpieczeństwa omijając główną drogę. W głębokim śniegu przedarli się w kierunku Hali Pysznej. Jakież było ich zdziwienie, gdy zobaczyli, że w schronisku prowadzonym niegdyś przecież przez Marusarza ktoś jest.
„Stanęliśmy jak wryci. Wszystkie okna jarzyły się światłem. Co za licho? Przecież zamknąłem schronisko na cztery spusty. O tej porze tyle świateł?”13 – pisał po latach. Bezpiecznie ukrył przerzucanych. Do schroniska podkradał się sam. Powoli, pełen sprzecznych uczuć, ciekawości i niepokoju, podchodził pod drzwi. Ze środka dobiegał gwar. „Ostrożnie otworzyłem drzwi do kuchni i zobaczyłem siostry, Bronisławę i Helenę. Szykowały jakieś jedzenie. Na mój widok zrobiły niewyraźne miny. Na twarzach ich malowało się zażenowanie. Ciarki przeszły mi po plecach, ale ponieważ siostry nie dawały żadnych znaków, żebym uciekał, wszedłem do środka. Wszedłem i oczom nie wierzę: w drugim pomieszczeniu pełno mężczyzn ubranych na wpół po wojskowemu. Siedzą sobie i najspokojniej w świecie rajcują, jakby byli na wycieczce. (…) W sumie naliczyłem trzydziestu czterech. Przyprowadziła ich Helena. Trzydziestu czterech plus tamtych trzech ukrytych w lesie – przecież to cały pluton. Nakarmieni i wypoczęci, o godzinie drugiej w nocy wyruszyliśmy w dalszą drogę. Od tej chwili pod rozkazami najstarszego stopniem wszyscy wykazywali godne podziwu zdyscyplinowanie. (…) Dotarliśmy szczęśliwie do wsi Vychodna; znajomy Słowak zakupił bilety kolejowe i nad nietypowymi pasażerami przejął patronat aż do węgierskiej granicy”14.
W tym czasie szczęście Heleny nie opuszczało. Odważna, dzielna, wspierana przez siostry, przeprowadzała kolejne osoby, przenosiła meldunki, dokumenty. Z czasem połączyła siły ze Stanisławem.
Na kurierskich szlakach zdarzały się sytuacje tak zaskakujące, że wręcz groteskowo-komiczne. I tak na przykład zimą 1940 roku Hela musiała odebrać z punktu kontaktowego cenny, ale ciężki bagaż. Wyprawiła się po niego aż na Kasprowy.
– Ojciec wiele razy opowiadał, że Hela otarła się wówczas o śmierć, jednak zachowała zimną krew i udało jej się wykonać zadanie – mówi Magdalena Marusarz-Gądek. – W drodze powrotnej natknęła się na niemiecki patrol i zachowała zimną krew. Młodzi żołnierze zobaczyli przepiękną dziewczynę z ogromnym plecakiem, pod którym się niemal uginała. Postanowili zachować się szarmancko i żeby pomóc, przejęli od niej bagaż.
„Opanowując całym wysiłkiem woli zdenerwowanie, oddała im plecak, przygotowana już na najgorsze. Wystarczyłoby przecież, żeby któryś, powodowany zawodową ciekawością, zajrzał do środka. Wykazywali jednak, na szczęście, więcej zainteresowania samą właścicielką niż jej bagażem (…). Grenzschutze, chcąc najwyraźniej zaimponować dziewczynie zręcznością, już pędzili w kierunku Kuźnic”15. Zatrzymali się dopiero na dole. „Zakończeniem przygody Helena była wręcz zaskoczona. Grenzschutze okazali się wspaniałomyślni i dzięki temu plecak niebawem znalazł się we właściwych rękach. Tym razem jeszcze się udało”16 – wspominał Stanisław.
Helena długo wodziła Niemców za nos. Jednak gestapo nie ustawało w działaniach, by ją pojmać i aresztować. Niemcy wzmacniali patrole, wzmagali czujność na przejściach granicznych. Rozpracowywali coraz skuteczniej szlaki kurierskie i punkty kontaktowe. Młodzi Polacy byli dla nich niebezpieczni, szkodzili Rzeszy w wyjątkowo bolesny sposób. W pojedynkę szli do walki z potężnym wrogiem. Jedną z tych odważnych była dwudziestodwuletnia piękna góralka – Helena. Niemcy uznali ją, i słusznie zresztą, za groźnego wroga III Rzeszy. Szukali jej wszędzie. „Zanim Niemcy wpadli na jej trop, zdołała przeprowadzić przez góry co najmniej kilkadziesiąt osób i przetransportować wiele materiałów konspiracyjnych”17.
Już z początkiem 1940 roku Helena ukrywała się poza domem rodzinnym. Wiedziała, że grozi jej niebezpieczeństwo, nie chciała więc narażać bliskich. Do domu Marusarzów coraz częściej zaczęło wpadać gestapo. Bliscy prosili dziewczynę nie tyle o rozsądek, ile wręcz o zaprzestanie działalności. Ona jednak nie rezygnowała.
Pod koniec marca 1940 roku zaplanowano pilny przerzut do kraju dużej sumy pieniędzy i rozkazów. Marusarzówna usłyszała od swoich przełożonych następujące słowa:
„Helcia. Ostatni raz. Nikogo z pewnych kurierów nie mamy pod ręką, a sprawy bardzo pilne”. Wiedzieli, że mogą na nią liczyć, bo nie odmawiała. Spośród wszystkich kurierów miała na swoim koncie największą liczbę przejść18.
W czasie tej akcji Helena na granicy słowacko-węgierskiej wpadła w ręce słowackiej żandarmerii pracującej dla gestapo. Wydarzenie to wspominał po latach Franciszek Roman:
„Mieliśmy w plecakach polskie pieniądze oraz pocztę w zalakowanej kopercie. Jedynie Helcia otrzymała walizeczkę z dolarami. Wszystko to należało doręczyć pod właściwe adresy w Krakowie”19. Wyjechali pociągiem z Budapesztu do Koszyc. Nad ranem byli w punkcie przerzutowym. Kolejną noc spędzili, wędrując do granicy słowackiej. Przekradali się lasem, w błocie i śniegu, mokrzy, przemarznięci. Już na słowackiej stronie szli gęsiego, uważnie, gdyż patrole były wszędzie. Musieli po jakimś czasie odpocząć, rozbili biwak. Z rąk do rąk krążył rum, gdyż chcieli się trochę rozgrzać. Po przerwie znów ruszyli w drogę. Zbliżyli się do wąwozu, pośrodku którego płynęła rzeczka pokryta bardzo cienkim lodem. Nie wiedzieli, jak przedostać się na drugą stronę. „Ruki hore!” – usłyszeli nagle. Ręce do góry! Słowacka straż graniczna pojawiła się znikąd. Rozległy się strzały. Stanisław skoczył do rzeki i uciekał na drugi brzeg.
Hela również rzuciła się do ucieczki – przebiegła parę metrów, ale załamał się pod nią lód. Odrzuciła od siebie walizeczkę i stała nieruchomo w nadziei, że strażnicy jej nie zauważą. Franciszek Roman i Władek Tarkowski, towarzysze ich wyprawy, też wyrzucili pakunki, czekali z nadzieją, że Słowacy ich nie znajdą.
Jednak księżyc świecił jasno. Zbyt jasno. Strażnicy pochwycili Helenę i dwóch mężczyzn. Przesłuchiwali ich na komendzie w Kissaku, potem przewieźli do Preszowa. „Rozpoczął się koszmarny okres przesłuchań połączonych z torturami. Trwało to kilka dni, po czym zostaliśmy z Władkiem przewiezieni do więzienia w Nowym Sączu. Helci nie spotkałem już nigdy więcej”20.
W Preszowie był też więziony jej starszy brat Stanisław z żoną Ireną. Przedostawali się do Budapesztu, chcąc dołączyć do polskiej armii. Zostali złapani. Marusarz tak wspomina moment, gdy zorientował się, że i ukochana młodsza siostra wpadła w niemieckie ręce: „Droga do celi prowadziła przez niewielkie pomieszczenie, zwane magazynem, gdzie musieliśmy złożyć nasze plecaki. Lokując plecak żony na jednym z regałów, zauważyłem nagle znajome buty narciarskie, czarne damskie zjazdówki, lamowane białą skórą. Włos zjeżył mi się na głowie. Przecież takie same buty miała Helena. Czyżby się tutaj znajdowała? Wiedziałem, że miała w tym czasie wracać z Węgier. Przyjrzałem się lepiej lamowanym butom. Tak. To zjazdówki Heleny. Byłem zdruzgotany”21. Żonie Stanisława Irenie udało się wtedy spotkać i porozmawiać z bratową. Ta rozmowa wywarła na niej ogromne wrażenie. Zapamiętała szwagierkę jako kobietę opanowaną, silną wewnętrznie, nadal ufającą, że uda jej się wyjść cało z opresji.
Z Preszowa Helenę przewieziono do Muszyny (tam zresztą trafili też Irena i Stanisław). Marusarzówna zdała sobie wówczas sprawę, że jej sytuacja jest beznadziejna, że Niemcy jej nie wypuszczą. Starała się jednak nie załamać. Wkrótce Niemcy przewieźli ją do Nowego Sącza. W końcu do Tarnowa.
Więzienie w Tarnowie słynęło ze strasznych warunków i jeszcze straszniejszych metod przesłuchań. Młoda kobieta była torturowana, przetrzymywana wiele miesięcy. Nikogo nie wydała ani nie powiedziała nic o swojej pracy. Dzięki strażnikowi więziennemu, który był żołnierzem podziemia, mogła przekazywać grypsy. Wynika z nich, że bardziej martwiła się o losy rodziny niż o własne życie. W jednym z nich poprosiła o paczkę z mydłem i… plackami ziemniaczanymi. Jak wspominała Irena, po ostatnim spotkaniu ze szwagierką dostała z Tarnowa list przemycony przez współwięźniarkę. W środku było niewielkie zdjęcie Marusarzówny, kilka pożegnalnych słów i data: 9 marca 1941.
W Tarnowie spotkała Helę również inna osadzona, łączniczka i konspiratorka Emilia Berestko, która przed wojną wraz z mężem prowadziła restaurację w Dolinie Kościeliskiej. Berestko wspominała: „Wtrącono mnie do ciemnicy, gdzie spotkałam znajomą z Zakopanego – Helenę Marusarzównę. Trzymali ją już od kilku miesięcy. Opowiadała, że po ujęciu na granicy była przewieziona do Palace w Zakopanem. Mówiła o torturach stosowanych podczas śledztwa i o tym, że otrzymała wyrok śmierci. Ze spokojem pełnym rezygnacji czekała na egzekucję. (…) Pewnego wieczoru wywołano Helenę z celi. Już do niej nie wróciła”22. Emilii – wywiezionej potem do Ravensbrück– udało się przeżyć wojnę.
Wyrok śmierci na Marusarzównę został wydany w maju 1940. Czekała na jego wykonanie prawie półtora roku.
– Czas od wyroku śmierci do samego mordu na Helence był dla nas, dla rodziny, zawsze zagadką – mówi Magdalena Marusarz-Gądek. – Dlaczego tak długo była przetrzymywana? Dlaczego wożono ją między więzieniami? Czy Niemcy oczekiwali, że się załamie, że przejdzie na ich stronę? Mojemu ojcu proponowali przejście na ich stronę. To miałoby ogromnie ważny dla nich walor propagandowy. A może w czasie jej więzienia liczyli na dekonspirację pozostałych sióstr? Dla mnie wstrząsające było to, że Helenka w Tarnowie, czekająca na śmierć, oddawała wygłodniałym więźniarkom swój chleb. Do końca życia pomagała innym.
Helenę rozstrzelano około 12 września 1941 roku. Niektóre źródła podają, że stało się to 14 września. Pewne jest, że została zabita w lesie pod miejscowością Pogórska Wola. W dniu śmierci miała zaledwie dwadzieścia trzy lata. O okolicznościach jej egzekucji pisała Emilia Zając, emerytowana nauczycielka z Pogórskiej Woli: „Był 10 września 1941 roku. Słoneczny, ciepły dzień. Moja matka pracowała na polu w odległości trzydziestu metrów od miejsca, gdzie Niemcy wykonywali wyroki śmierci na więźniach z tarnowskiego więzienia. Zauważyła, że w lasku jest świeżo wykopany, dość obszerny dołek. Domyśliła się, że Niemcy tym razem przywiozą więcej niż jedną osobę. Całą noc nie spała. Był to strach, a może zwykła ludzka ciekawość. Około godziny czwartej, 11 września23 samochód niemiecki zatrzymał się na drodze, która obecnie prowadzi na parking (wówczas była to droga polna). Z samochodu Niemcy wyprowadzili sześć kobiet. Ustawili je dwójkami i prowadzili na miejsce stracenia. Kobiety śpiewały pieśń do Matki Boskiej. Po chwili moja matka usłyszała dwie salwy z karabinu maszynowego. W tym samym dniu wieczorem poszła do lasu. Widok był straszny. Na ziemi resztki kości i mózgu. Dołek był zamaskowany, rozgarnięte mrowisko, a na środku posadzony krzak jałowca. Moja matka, w sposób tylko sobie wiadomy, oznaczyła miejsce nowej mogiły. Po tygodniu do Pogórskiej Woli przyjechał nieznajomy mężczyzna. Był na Pogorzy, ale nikt mu nie pokazał miejsca, gdzie Niemcy zakopali ostatnio rozstrzelane kobiety. Ludzie się panicznie bali. Przyszedł do naszego domu. Moja matka z wielkim strachem poszła i pokazała miejsce stracenia. On ukląkł na ziemi i z płaczem powiedział: »Moja kochana żono. To ty się tu znalazłaś«. Był to pan Zientkiewicz, mąż jednej z rozstrzelanych. On to właśnie na sośnie, tuż nad mogiłą, umieścił białą metalową tabliczkę, a na niej napis: Najukochańsza żona i matka, Maria Zientkiewicz, nauczycielka z Krakowa i jej pięć koleżanek. Wśród nazwisk była Helena Marusarzówna”24.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
1http://mistrzowieipatrioci.pl/bohaterowie/helena-marusarzownapiekna-i-odwazna/.
2 Tamże.
3https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/763645,Helena-Marusarzowna-jej-odwaga-dorownywala-urodzie.
4http://mistrzowieipatrioci.pl/bohaterowie/helena-marusarzownapiekna-i-odwazna/.
5https://z-ne.pl/s,doc,26971,1,1767,piekna_helena.html.
6http://mistrzowieipatrioci.pl/bohaterowie/helena-marusarzownapiekna-i-odwazna/.
7 Alfons Filar, Opowieści tatrzańskich kurierów, Warszawa 1977, s. 23.
8 Tamże, s. 32.
9 Tenże, Śladami kurierów tatrzańskich 1939–1944, Warszawa 2020, s. 293.
10 Alfons Filar, Michał Leyko, Laury na śniegu. Opowieść o Bronisławie Czechu i Helenie Marusarzównie, Warszawa 1982, s. 325.
11 Zob. tamże, s. 319.
12 Zob. Alfons Filar, Śladami kurierów tatrzańskich 1939–1944, dz. cyt., s. 289.
13 Tenże, Opowieści tatrzańskich kurierów, dz. cyt., s. 42.
14 Tamże, s. 47.
15 Alfons Filar, Michał Leyko, „Palace”, katownia Podhala. Tajemnice lochów gestapowskiej placówki w Zakopanem, Warszawa 1970, s. 33.
16 Tamże.
17 Alfons Filar, Śladami kurierów tatrzańskich 1939–1944, dz. cyt., s. 291.
18https://pho.znp.edu.pl/files/2016/02/P-H-O_3-4_2011.pdf.
19 Tenże, Śladami kurierów tatrzańskich 1939–1944, dz. cyt., s. 301.
20 Tamże, s. 303.
21http://mistrzowieipatrioci.pl/bohaterowie/helena-marusarzownapiekna-i-odwazna/.
22 Alfons Filar, Michał Leyko, „Palace”, katownia Podhala, dz. cyt., s. 205–206.
23 Podawana data 11 września mogła być pomyłką. Być może wydarzyło się to dzień później. Albo była to noc z 11 na 12 września. Nie jest wykluczone, że faktycznie rozstrzelanie Polek miało miejsce 11 września rano. Nie ma jednak co do tego stuprocentowej pewności.
24https://www.watra.pl/zakopane/wiadomosci/2016/01/18/rocznica-urodzin-heleny-marusarzowny-18-stycznia-1918-24-wrzesnia-1941 – pierwotnie wspomnienie zostało zamieszczone na stronie Szkoły Podstawowej imienia Heleny Marusarz w Pogórskiej Woli.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Projekt okładki Paweł Panczakiewicz PANCZAKIEWICZ ART.DESIGNpanczakiewicz.pl
Zdjęcie na pierwszej stronie okładki Aga Mikłaszewicz
Modelka Katarzyna Olszak
Zdjęcie autorki na czwartej stronie okładki Archiwum prywatne
Fotoedycja Katarzyna Przybylska
Konsultacja historyczna Bronisław Chowaniec-Lejczyk
Opieka redakcyjna Wiktoria Penszkal Katarzyna Mach
Adiustacja Katarzyna Mach
Korekta Barbara Gąsiorowska Aleksandra Kiełczykowska
Copyright © by Agata Puścikowska © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2021
ISBN 978-83-240-6355-0
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Anna Jakubowska
