Lot nisko nad ziemią - Ałbena Grabowska - ebook + książka

Lot nisko nad ziemią ebook

Ałbena Grabowska

3,4

Opis

„Pisząc tę książkę chciałam pokazać, że nawet smutna historia może być piękna. Sądzę, że nie trzeba bać się trudnych tematów. Strata, żal i ból są trudne, ale warto pokazać  jak rodzi się nadzieja.”

Ałbena Grabowska

Weronika Przybyszewska dorasta w czasach, w których lepiej się nie wyróżniać i nie marzyć. Mimo to, realizuje pragnienia  – pracuje w wymarzonym zawodzie i spotyka miłość, o jakiej marzą wszystkie kobiety. W szczęśliwym życiu Weroniki dochodzi jednak do tragedii – Sławek, miłość jej życia, ginie w wypadku spowodowanym przez pijanego kierowcę. W jednej chwili  świat Weroniki rozsypuje się w proch. Czy uda się jej stworzyć nowy?  Jakim kosztem? Lot nisko nad ziemią to studium powrotu do życia po trudnych doświadczeniach życiowych, które nie dają jednoznacznych odpowiedzi. To także doskonale napisane studium życia współczesnej kobiety – jej marzeń, szczęścia i rozpaczy, trzymające w napięciu od pierwszych stron, aż do zaskakującego zakończenia.

Fragment książki:

„Już w trzeciej klasie liceum wiedziałam, co chciałabym robić w życiu. Nie mówiłam na razie o tym ojcu, z obawy, że powiedziałby z zasady „nie”. Jeszcze musiałam z nim negocjować wszelkie życiowe decyzje. Nie byłam ani trochę samodzielna. Nie stać mnie było na to, żeby trzasnąć drzwiami i odejść do własnego życia. Kontynuowałam, więc swój domowy Lot nisko nad ziemią i niewykryta przez radary ojca leciałam ku własnej przyszłości, wyobrażając sobie, że będzie świetlana. Tak, ciągle brałam pod uwagę jego zdanie. Matka nie liczyła się zupełnie. Sama wyprowadziła się z mojego życia, kiedy zaczęłam uczyć się w liceum. Wpadała na krótkie chwile, żeby powiedzieć, że mam bałagan w pokoju albo że zasypiam przy zapalonym świetle. Ja kiwałam głową, sprzątałam, gasiłam światło, a kiedy znajdowała nowy, błahy pretekst, typu odkryty ser w lodówce albo nieporządnie zasłonięte masło, z pieśnią na ustach odsłaniałam, zasłaniałam, myłam, ścierałam, co tylko chciała. Usypiało to jej już i tak słabą czujność. Miałam spokój na kilka tygodni. Czasami zastanawiałam się, jak można żyć pod jednym dachem, ba, na czterdziestu dwóch metrach kwadratowych, i kompletnie nic o sobie nie wiedzieć.”

Ałbena Grabowska

Popularna i ceniona pisarka, która swoje niezwykłe imię, oznaczające kwitnącą jabłoń, zawdzięcza bułgarskim korzeniom. Z wykształcenia lekarka, doktor nauk medycznych ze specjalizacją w neurologii i epileptologii. Popularność wśród czytelników zawdzięcza przede wszystkim bestsellerowej sadze Stulecie Winnych. Potencjał tej epickiej opowieści dostrzegli również filmowcy i w 2018 roku rozpoczęto realizację serialu w gwiazdorskiej obsadzie. Na antenie TVP zostały wyemitowane już dwie 13-odcinkowe serie, a kolejną, trzecią, widzowie będą mogli obejrzeć wiosną 2021 roku. Prócz Stulecia Winnych spod pióra Ałbeny Grabowskiej wyszły, m.in. trylogia Alicja w krainie czasów, kryminał Ostatnia chowa klucz, książka Tam, gdzie urodził się Orfeusz oraz wciągające powieści Lot nisko nad ziemią, Coraz mniej olśnień i Lady M. (Wydawnictwo Zwierciadło). Mieszka z trójką dzieci oraz trzema kotami w Brwinowie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 463

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (22 oceny)
4
5
8
5
0

Popularność




Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa tel. 22 312 37 12 Dział handlowy:[email protected] © Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2014 Text © copyright by Ałbena Grabowska 2014 REDAKCJA: Melanż REDAKTOR PROWADZĄCY: Magdalena Chorębała KOREKTA: Agnieszka Rytel, Katarzyna Szajowska / Melanż PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Dariusz Poziomy ILUSTRACJE: © Betsie van der Meer/Corbis/FotoChannels ISBN: 978-83-63014-92-6 Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Odkąd pamiętam, ojciec powtarzał mi, żebym się niczym nie wyróżniała. Najlepsi ludzie, wygłaszał tyrady do znudzenia, to tacy, których nie zauważamy. Rodzą się, żyją, umierają, a my o tym nawet nie wiemy. Uznawał w tym zakresie, owszem, wyjątki, na przykład najbliższą rodzinę i sąsiadów. Czasami niektórych kolegów z fabryki, z którymi wdawał się w dyskusje na tematy quasi-egzystencjalne. Dla reszty świata powinniśmy być zupełnie niewidzialni, upierał się. Kochałam ojca i uważałam, że to, co mówi, ma głęboki sens. Przecież dawał dobry przykład, sam przemykał przez życie niezauważany, dzięki czemu, jak twierdził, unikał wielu przykrych wyborów i sytuacji. Nie rozumiałam, że jego wyborem była właśnie sama ucieczka, a wszystkie wygłaszane dysputy o wybojach życiowych i dylematach były niczym innym jak usprawiedliwianiem własnej niemocy. Kiedy odkryłam, że jego filozofia oparta jest na kruchych fundamentach strachu przed życiem, było już za późno. Stałam się już zakompleksioną nastolatką, która nie miała pomysłu ani na wybór zawodu, ani nawet jakichś specjalnych marzeń. Zresztą ojciec i matka nie mieli marzeń. Nie czuli nawet specjalnej potrzeby wymagania, aby dostać od życia coś, co może im się powinno należeć. Tyle razy wysłuchiwałam ciotki Katarzyny, która przychodziła do nas od święta, i powymiatawszy smutnym wzrokiem nasze równie smutne kąty, mówiła niezmiennie, że należy nam się od życia więcej. To była ukochana siostra ojca, więc długo myślałam, że może to „więcej” nie stoi w sprzeczności z byciem niezauważalną. Może nawet mogłabym być bardziej niezauważalna, byleby mieć więcej możliwości w tym zakresie. Bo co to za różnica, czy wtopię się w tłum szaraków, czy kolorowych ptaków. Czasami tak sobie myślałam po wizytach ciotki, ale żeby coś się zmieniło w mojej rodzinie, musiałyby zajść jakieś dodatkowe okoliczności. Na przykład kataklizm, który zmiótłby z powierzchni ziemi nasz szarobury dom albo moją matkę, albo najlepiej ojca. Wtedy inni musieliby zauważyć nasze nieszczęście. Bo też, analizowałam bez końca, co to za różnica, czy cię nie zauważą, bo nic się nie dzieje, czy też nieszczęście, jakie człowieka spotyka, wpływa na to, że inni wreszcie widzą twoją marną egzystencję. Oczyma duszy widziałam ten tłum ludzi – albo chociażby małą ich grupkę – która rusza z odsieczą i funduje mi całkiem nowe życie. Sama oczywiście nie robiłam w tym kierunku zupełnie nic. Fantazjowałam tylko o kataklizmie, jaki spotyka naszą rodzinę, zmieniając typy nieszczęść i poszkodowane osoby. Przestałam fantazjować, kiedy w bloku tuż obok wybuchł gaz. Miałam dziesięć lat i poczułam, że to rażąca niesprawiedliwość, że gaz wybrał sobie blok położony tuż obok. Właśnie czegoś takiego szukałam swoim nawet nie nastoletnim jeszcze jestestwem. Nieszczęścia, które spowodowałoby, że mówiono by o nas, o mnie w szczególności. Mogłam na przykład stracić rodzinę i jako biedna sierota żyć sobie całkiem wygodnie pod troskliwym okiem dobrych ludzi. Ale to nie nastąpiło. Tamten wybuch był tak skuteczny, że zmiótł z powierzchni ziemi dwa mieszkania wraz z mieszkańcami. Nieszczęście miało miejsce w niedzielę, tuż przed dziesiątą rano. Zginęły trzy osoby. Dziwne, ale nikogo z nich nie znałam. Z zaciekawieniem, razem z innymi dzieciakami, obserwowaliśmy akcję ratunkową i nawet autorytet władzy w postaci milicji obywatelskiej oraz strażaków nie był w stanie nas przepędzić. Potem na trzepaku analizowaliśmy z błyskiem w oczach sylwetki osób dotkniętych nieszczęściem. Zginęło ciche małżeństwo, które mieszkało razem z upośledzonym synem, oraz starsza pani – sprawczyni nieszczęścia. Jej zaniki pamięci i prawdopodobne zaśnięcie podczas gotowania mleka albo wody spowodowały ulatnianie się gazu i wreszcie wybuch. Tylko kilka dni trwała sensacja. Mówiło się o tym, kim ci ludzie byli, w okolicznych sklepach i na korytarzach szkolnych. Ale ponieważ ofiary były zupełnie nieatrakcyjne fizycznie i osobowościowo, te rozmowy szybko się skończyły. Raz z dzieciakami widzieliśmy komisję oceniającą straty i ekipę budowlaną, która przyjechała remontować nadwyrężony dom. Na podwórko wjechała ciężarówka i kilku panów z kilkudniowym zarostem, z obowiązkowymi ekstra mocnymi między pożółkłymi zębami, wypakowało materiały budowlane. Były to głównie worki z cementem, jakieś rury oraz coś, co sprawiło, że zostałam ukarana za swoje fantazje. Wyglądało toto jak gruby wąż, z którego sterczała wata. Po kryjomu podeszłam do węża i urwałam solidny kawał, licząc, że przyda mi się takie coś, żeby wyścielić lalce łóżeczko. Moja lalka miała szyte przeze mnie koślawe ubranka i wyściełane podpaską wyproszoną u matki łóżeczko, ale ta wata była bardzo piękna. Migotała białymi kryształkami niczym brylancikami, które miały na włosach i ubrankach lalki z Peweksu. Skąd miałam wiedzieć, czym jest szklana wata i jak bardzo bolą mikroskopijne kryształki wbite pod skórę. W dodatku nie mogłam przyznać się rodzicom. Kto wie, czy mój ojciec nie zakwalifikowałby tej waty jako kradzieży i miałabym serię wykładów na temat straszliwego wpływu urywania kawałka waty szklanej, bo chciałam mieć ekstrałóżeczko dla lalki, na przyszłość niewinnej dziewczyny, pod tytułem: od łyczka do rzemyczka lub od szklanej waty do trzcinowej maty. Może nawet mama wciągnęłaby się w rodzinne umoralnianie i poszła modlić się do kościoła za moją grzeszną już w tak młodym wieku duszę. Dość, że waty pozbywałam się kilka dni sama. Ręka mi prawie uschła od tarcia szorstką gąbką w nadziei na samoczynne usunięcie się szklanych igieł. Wreszcie wyszły razem ze skórą. Trwało to kilka dni, tyle samo, ile ludzie przeżywali tę tragedię. Analizując całą sprawę, doszłam do wniosku, że jednak dobrze, że to nieszczęście nie przydarzyło się mnie. Pies z kulawą nogą nie zainteresował się osieroconym, niedorozwiniętym chłopakiem. Mówiono, owszem, że nieszczęście i gdzie on teraz pójdzie, ale przede wszystkim, że dla rodziców lepiej, bo kto by takie coś chciał do opieki, kiedy rodziców braknie. Mówili o nim jak o zawadzającym przedmiocie. Nawet nie wiem, kto i dokąd go zabrał. Ja byłam zdrowa i pozornie niczego mi nie brakowało, ale sądzę, że zostałabym zaliczona do grupy „takie coś”. Nie sądzę, żeby wzięła mnie ciotka Katarzyna, babcia umarłaby na zawał po kilku dniach, bo jakoś nie lubiła dzieci, nawet jeśli były własną wnuczką, dalsza rodzina także nie sądzę, żeby się mną zainteresowała. A obcy ludzie? Na pewno nie wzięłoby mnie bezdzietne bogate małżeństwo, które kupowałoby mi wszystko w Peweksie i woziło na wczasy do Bułgarii. Byłam tego pewna. Doszłam więc do wniosku, że nie tędy droga i postanowiłam zacząć od nowa myśleć, jak by tu poprawić swój byt.

Z przedszkola niewiele pamiętam, może tylko to, że nie znosiłam mleka, ale posłusznie łykałam łyżka za łyżką, bo pani o groźnym spojrzeniu kazała jeść kaszę mannę wszystkim dzieciom. Dzieci, które sprzeciwiały się groźnej „proszę pani”, mogły liczyć jedynie na przedłużone leżakowanie albo nawet klapsa. Nie wyróżniałam się zatem. Nie przedłużano mi leżakowania, gdyż jadłam buraczki i piłam zimne mleko, odsuwając językiem wstrętny cienki kożuch. Ale nie byłam także dzieckiem nagradzanym w jakikolwiek sposób. Nie należałam do grona szczęśliwców dostających w nagrodę batonik czy mogących bawić się lalkami, które mrugały oczami, podczas kiedy reszta przedszkolnego plebsu udawała, że śpi na niewygodnych leżakach. W wieku pięciu lat małym, ale wypranym już mózgiem umiałam się nie wyróżniać, co podobało się ojcu. Matka także przytakiwała głową. Sama sztukę bycia przezroczystą opanowała do perfekcji już przed moim narodzeniem. Ojciec zresztą trafił na podatny grunt, poślubiwszy osobę po zawodówce krawieckiej, w dodatku niespecjalnie uzdolnioną manualnie, zupełnie pozbawioną fantazji i – co rzadkie dla kobiety – ślepą na kolory. Z tego powodu matka nie pracowała w zawodzie, zresztą nie można było na nią liczyć ani przy szyciu kostiumów na bal, ani też zwyczajnych ubrań. Nawet zwężenie spódniczki czy przeszycie suwaka stanowiło dla niej problem. Pracowała w mojej szkolnej stołówce, najpierw jako pomoc, następnie jako prawie kucharka, gdyż nie miała uprawnień zawodowych. Cenili ją jednak; marchewkę z groszkiem i kotlety mielone robiła jak należy, kompot z owoców także trzymał rzadkie, fusowate standardy. Taką ją pamiętam, w białym fartuchu, czepku z siateczką oraz ohydnych, sznurowanych płócienniakach. Kiedy odbierałam obiady z okienka, jej przyciężka sylwetka migała mi w tle. Rzadko bywało tak, że musiała sama wydawać porcje na talerz. Wtedy uśmiechałam się lekko, a jej usta krzywiły się w grymasie, który miał niby oznaczać, że jestem kimś innym niż setka dzieciaków kłębiąca się w kolejce. Nie wiem, czy powiedziała innym kucharkom, że jestem jej córką. Ja swoim koleżankom o tym nie mówiłam, aż na którejś lekcji polskiego, kiedy przyszło do mówienia, kim są z zawodu rodzice, powiedziałam zgodnie z prawdą, że mama jest krawcową, a ojciec pracuje w magazynie w dużej fabryce. „Popatrz, popatrz”, zdziwiła się polonistka, „a ja myślałam, że twoja mama jest kucharką…”. „Nie”, zaprzeczyłam pospiesznie i dodałam z naciskiem: „Jest krawcową”. Miałam wtedy nadzieję, że polonistka nie powie, że mama pracuje w naszej szkolnej stołówce. Ale powiedziała, dodając, że my, dzieci, zawdzięczamy mojej mamie te wspaniałe obiady, o które codziennie staczamy bój na dużej przerwie i to zdrowie na talerzu oraz troskę i serce. „Serce na talerzu”, powtórzyła, patrząc radośnie na znudzonych piątoklasistów. Skuliłam się wtedy w ławce, przestraszyłam ewentualnych pytań ze strony koleżanek, ale nic takiego nie nastąpiło. Obiady były takie sobie, ani dobre, ani niesmaczne, jak to w przeciętnej podstawówkowej kuchni, nie było czego komentować. Matka kucharka to nie była ani żadna atrakcja, ani powód do kpin, żeby ktokolwiek miał coś komentować. A i ja byłam wtedy tak przeciętna, tak niezauważalna, że nikomu z ponad trzydzieściorga dzieciaków z mojej klasy nie chciało się nawet zastanawiać, czy z taką informacją można cokolwiek zrobić. Dzieci nie rejestrowały na co dzień mojego istnienia. Nie byłam najlepszą uczennicą, aczkolwiek bez większych problemów pisałam klasówki i dbałam, żeby żadnemu z nauczycieli nie podpaść. Nie odpisywałam zadań domowych od innych i ode mnie też nie odpisywano. Nie wybierano mnie do drużyny w siatkówkę, ale też i zasadniczo nie pomijano. Słowem, dobrze odrobiłam lekcję wbijaną do głowy przez tatusia. Z wyróżnieniem, można powiedzieć.

W ósmej klasie ojciec i matka zaczęli rozmawiać ze sobą na temat tego, jaką szkołę ponadpodstawową dla mnie wybrać. Matka jak zwykle nie miała zdania, ojciec jak zwykle był pewien swego. Według niego idealną szkołą dla mnie byłoby liceum kolejarskie. Mnie o zdanie naturalnie nie pytali. Słuchałam tej rozmowy, w której nie padało nawet moje imię, tylko „ona” musi, „ona” powinna, i zaczęłam wtedy po raz pierwszy zastanawiać się nad tym, czy ja mam jakiekolwiek prawo wyrazić zdanie na temat własnej przyszłości. Wreszcie podniosłam się ciężko z tapczanu, na którym spałam, ominęłam wspólną szafę i pokonawszy w dwóch krokach przedpokój, stanęłam w ciasnej, ślepej kuchni, gdzie toczyła się dyskusja.

– Chciałabym iść do liceum – powiedziałam. – Nie znoszę pociągów – dodałam ciszej. – Niedobrze mi w nich. Wymiotowałam, kiedy pojechaliśmy z wycieczką do Zakopanego… Rzygałam całą drogę…

Ojciec umilkł i popatrzył na mnie, jakby mnie pierwszy raz widział na oczy. Matka opuściła głowę. Żadne nie zwróciło mi uwagi, że nie mówi się „rzygać”.

– Mówimy o twojej przyszłości – wygłosił patetycznie.

„W rzeczy samej, ja też o tym mówię”, nie dodałam na wszelki wypadek, a zamiast tego powiedziałam:

– Tato, kolej to nie ma jakiejś takiej przyszłości…Sam nie lubisz pociągów…

W rzeczy samej ojciec pociągów nie znosił. Nie cierpiał zresztą żadnych pojazdów mechanicznych, nawet samochodu. Był rzadkim okazem mężczyzny bez prawa jazdy i bez własnych czterech kółek.

– A co po tym liceum zrobisz? Nic nie zrobisz…

– Po liceum jest wiele możliwości – wyliczyłam jednym tchem. – Mogę skończyć potem kursy biblioteczne i zostać bibliotekarką. W każdej szkole mnie przyjmą… Albo – dodałam, widząc grymas na twarzy ojca – kursy na przedszkolankę, albo do żłobka… A ta kolej…

– Wieczorek mówił, że na kolei są perspektywy – przerwał mi ojciec.

Miałam ochotę przekląć Wieczorka, kimkolwiek był. Ale powiedzenie, że jakiś Wieczorek nie będzie mną rządził, nie było najlepszym pomysłem. Rzeczony Wieczorek mógł być na przykład idolem ojca, królem kamuflażu, przeciętności i obrażanie go mogło mnie wsadzić do pierwszego wagonu kolejowego, zanim zdążyłabym zaśpiewać: „Wsiąść do pociągu byle jakiego…”.

– Mamo – powiedziałam. – Pracowałabym w szkole, tak jak ty…

Spojrzałam na nią z nadzieją. Matka podniosła głowę, przestając oglądać popękaną od częstego mycia skórę rąk, i popatrzyła nie na mnie, ale na ojca. W tym spojrzeniu kryła się dezaprobata. Matka nie lubiła dzieci. Do szału doprowadzał ją krzyk na przerwach i cierpiała fizycznie, widząc niedojedzone resztki obiadów na talerzu. Myśl, że miałaby mi pomóc w uzyskaniu pracy w szkole, musiała być dla niej przerażająca. Jeśli jej na mnie zależało, raczej wsadziłaby mnie do tego pociągu i kazała wysiąść jak najdalej od rodzinnego domu.

– Weronisiu – zdecydowała się jednak odpowiedzieć. – My z ojcem chcemy dla ciebie dobrze.

– Ale wiem, mamusiu – powiedziałam szybciutko. – Tylko ja proszę bardzo, żeby nie na kolei…

Nie po kolei chyba mieli w głowie. Ale moja interwencja przyniosła skutek. Ojciec przemyślał kwestię, przegadał sprawę z Wieczorkiem, ja trochę dopomogłam losowi, dość, że zgodził się na to, żebym poszła do liceum. Chciałam zrobić mu przyjemność i wybrałam przeciętną szkołę, która była najbliżej domu; ani to było renomowane liceum, ani jakoś specjalnie znane. Złożyłam papiery do klasy ogólnej, żeby nadal hołubić w sobie tę przeciętność. Chociaż tyle byłam winna ojcu.

Jeśli spodziewałam się jakiegoś zwrotu w swoim piętnastoletnim życiu, a po cichu miałam jakąś nadzieję, to zupełnie się pomyliłam. Trafiłam do klasy żeńskiej, gdzie poza mną chodziło jeszcze dwadzieścia pięć dziewczyn grubych, chudych, czarnowłosych i jasnowłosych, bogatszych, biedniejszych… Słowem: nieprzeciętnych w swej przeciętności. Podobnie jak ja szarych i z góry skazanych na byle jakie życie. Chociaż nie, była jedna taka Anka, kolorowy ptak, można powiedzieć. Jej ojciec pracował w Szwajcarii, a mama chodziła w dżinsach. Poza tym Anka wyjeżdżała za granicę na wakacje i miała dwa komplety kurtek dżinsowych ze spodniami, kupionych w Rembertowie na targu. Ankę można było podziwiać i po cichu jej zazdrościć. Dla mnie ciuchy nie miały specjalnego znaczenia, chociaż nie, w stosunku do tureckiego dżinsu odczuwałam pewne nieodwzajemnione pożądanie. Poza tym Anka była zwykłą nastolatką, migała się od nauki i snuła na przerwach opowieści, jak to po skończeniu tej „budy” wyjedzie z kraju. Na mnie te opowieści nie robiły specjalnego wrażenia. Ale z liceum pamiętam właśnie ją. Anka wyjechała tuż przed maturą, tak jak zapowiadała. Nic pewnego o niej nie wiem, ale słyszałam, że zrobiła karierę. Pewien rodzaj kariery. Nie wiem, czy to złe języki, czy rzeczywiście była w Stanach pokojówką u bogatego staruszka. Może to nie była kariera na miarę Piaseckiej-Johnson, bo Anka ani jej inteligencji, ani determinacji nie miała, ot, zwykłe wygodnictwo, ale faktem jest, że kiedy jej pracodawca umarł, to Ance dostała się niezła sumka oraz jego syn. Tu jej się poszczęściło jeszcze bardziej, ponieważ tuż po ślubie zastała synalka z prostytutką w łóżku i rozwód sporo go kosztował. Takie krążyły plotki. Czasem myślę, czy nie spróbować znaleźć jej w internecie, ale boję się, że mnie nie pamięta albo nie będzie chciała przyznać się do mnie. Może kiedyś.

Już w trzeciej klasie liceum wiedziałam, co chciałabym robić w życiu. Nie mówiłam na razie o tym ojcu, z obawy, że powiedziałby z zasady „nie”. Jeszcze musiałam z nim negocjować wszelkie życiowe decyzje. Nie byłam ani trochę samodzielna. Nie stać mnie było na to, żeby trzasnąć drzwiami i odejść do własnego życia. Kontynuowałam więc swój domowy lot nisko nad ziemią i niewykryta przez radary ojca leciałam ku własnej przyszłości, wyobrażając sobie, że będzie świetlana. Tak, ciągle brałam pod uwagę jego zdanie. Matka nie liczyła się zupełnie. Sama wyprowadziła się z mojego życia, kiedy zaczęłam uczyć się w liceum. Wpadała na krótkie chwile, żeby powiedzieć, że mam bałagan w pokoju albo że zasypiam przy zapalonym świetle. Ja kiwałam głową, sprzątałam, gasiłam światło, a kiedy znajdowała nowy, błahy pretekst, typu odkryty ser w lodówce albo nieporządnie zasłonięte masło, z pieśnią na ustach odsłaniałam, zasłaniałam, myłam, ścierałam, co tylko chciała. Usypiało to jej już i tak słabą czujność. Miałam spokój na kilka tygodni. Czasami zastanawiałam się, jak można żyć pod jednym dachem, ba, na czterdziestu dwóch metrach kwadratowych, i kompletnie nic o sobie nie wiedzieć. Leżąc w łóżku, snułam rozmyślania o własnym przedszkolu, którego będę kierowniczką, gdzie będą chodziły moje własne dzieci, nie będzie mleka na śniadanie, wrzeszczących wychowawczyń oraz obleśnego pana woźnego. Tak miała wyglądać moja przyszłość. Chciałam zostać przedszkolanką. „Będę miała dużo dzieci”, powtarzałam sobie przed snem, „własnych dzieci i cudze też będę uczyła. Zadam kłam stwierdzeniu: »Obyś cudze dzieci uczył«, będę skrzyżowaniem doktora Korczaka z Astrid Lindgren”. Wierzyłam, że moje przedszkole będzie jasne, kolorowe, pozbawione przerażających plakacików na ścianach rysowanych przez znudzone panie wprost z książek z bajkami. Jedzenie będzie pyszne, przyprawione, kolorowe, nie będzie fusowatych kompotów ani zsiadłego mleka, a przede wszystkim budyniu. Boże, jak ja nienawidziłam budyniu. Tej okropnej żółtej skórki zalanej rzadką konfiturą. Mama mnie raczyła tym wątpliwym deserem z braku umiejętności pieczenia ciast. Tyle razy mówiłam, że tego nie lubię, a ona tylko zmieniała kupowane torebki, jeśli nie śmietankowy, to waniliowy. „Nie smakuje?”, pytała oczami. Kupowała zatem wiśniowy, truskawkowe obrzydlistwo, migdałowy, po którym długo wymiotowałam. Nie, w moim przedszkolu nie będzie jedzenia, którego ja jako dziecko nie lubiłam. No, chyba, myślałam, patrząc na sufit z zaciekami po zalaniu, chyba że jakieś dziecko uwielbia mleko i buraczki albo gorzką sałatę zieloną ze śmietaną tudzież twarożek bez soli. Do picia będą soki, a nie kompoty, analizowałam podczas kolejnej bezsennej nocy, na deser ciasto, a nie budyń ani nawet galaretka. W tamtych czasach nie było prywatnych przedszkoli, więc i ja nie widziałam siebie w roli właścicielki takiej placówki, ale jej dyrektorki i administratorki. Oraz osoby cudownej, którą dzieci kochają. Takie miałam właśnie marzenia. Pierwsza myśl o własnej placówce wychowawczej przyjaznej dziecku pojawiła się, kiedy zostałam nakarmiona pastą jajeczną przez panią Danusię, a potem ukarana przedłużonym leżakowaniem, kiedy na nią zwymiotowałam. Uprzedzałam lojalnie, że pasta dziwnie pachnie i lepiej jej nie próbować. Jeszcze dwoje dzieci zwymiotowało zaraz po mnie, ale dopiero wtedy, kiedy wymioty popaściane stały się udziałem trzech czwartych grupy, pani Danusia poszła awanturować się do kucharek, a ciocie salowe zaczęły nas myć i przebierać. Miałam swoje kilka minut triumfu, ponieważ sądziłam, że pani Danusia uzna moje racje, a kto wie, może nawet przeprosi. Nic takiego jednak się nie stało. Pierwsza wymiotująca trójka poszła od razu na leżaki, nie za karę, tylko żeby odpocząć i nabrać sił. Prawdopodobnie żeby oddać dziecko rodzicowi w jako takim stanie. Kolejne dzieci dołączyły do nas chętnie, ponieważ diabelsko źle się czuliśmy i muliło nas okropnie. Te, które nie wymiotowały, miały fart, gdyż nie zdążyły pasty jajecznej tknąć ani nie zostały nią nakarmione. One mogły nie leżakować, tylko bawić się zabawkami. Pani Danusia pozwoliła nawet wyjąć nowe lalki ze szklanej gabloty. No cóż, takich przykładów mogłabym wymieniać mnóstwo. Przyznaję się także do fantazjowania na temat tego, w jaki sposób można panią Danusię uśmiercić. Chciałam zgotować jej śmierć w męczarniach, na przykład mogłaby wpaść do kotła z ohydną zupą albo zostać porażona prądem z gniazdek, które pan woźny z rezygnacją wkręcał, a pani Danusia wyrywała razem z kablem odtwarzacza, na którym puszczała nam okropnie nudne słuchowiska. Padłaby wtedy – słusznie zresztą – ofiarą własnej głupoty i niechlujstwa. Kiedy byłam już dorosła, dowiedziałam się, że pani Danusia skończyła żywot w sposób gwałtowny, i to właśnie prąd był temu winien. Otóż suszyła głowę w wannie. Suszarka wyślizgnęła jej się z mokrych rąk i niewiele było po pani Danusi do zbierania. Swoją drogą moje fantazje na temat ugotowania w zupie i porażenia prądem znalazły zadziwiające ujście. Zastanawiałam się nawet, czy nie ma w tym jakiejś mojej winy. Ale wtedy, kiedy to się stało, kobieta była już na emeryturze, wychowała zatem rzesze podobnie jak ja niewdzięcznych przedszkolaków i co najwyżej nasze skumulowane jak najgorsze życzenia pozbawiły ją życia. Czyli odpowiedzialność była zbiorowa. A jeśli winni są wszyscy, to nikt nie jest winny. W komunie obowiązywała taka zasada, podobnie jak głębokie przekonanie ludzi, że jeśli wszystko jest nasze, to można brać, niszczyć, ale nie ma obowiązku chronić ani dbać. I tej myśli postanowiłam się trzymać w kwestii ewentualnych wyrzutów sumienia.

Pan woźny Władysław Kikut także występował w moich fantazjach, ponieważ bardzo lubił małe dzieci płci obojga, chociaż zdecydowanie bardziej preferował dziewczynki. Przejawiało się to na szczęście głównie w gapieniu się na nas, chociaż nie stronił od głaskania nóżek Renatki i Grażynki, które miały złote włoski i dołeczki, kiedy się uśmiechały. Moją nóżkę także raz pogłaskał podczas leżakowania. Zdarzyło mi się, jak rzadko, przysnąć i nagle poczułam szorstką rękę Kikuta. Wrzasnęłam wtedy i zerwałam się z leżaka, co mnie kosztowało przedłużone leżakowanie, ale Kikut został przepędzony przez panią Danusię i panią Irenkę, które wprawdzie nie słyszały o pedofilach, a Kikut nie był w ich oczach tak obleśny jak w naszych, ale sprawił, że dzieci się powybudzały i trzeba było wcześniej proponować im różne zajęcia. Kikut omijał nas długo szerokim łukiem, mlaszcząc jedynie i zerkając spod kaprawego oka, kiedy naprawiał coś na sali. Żółte od tytoniu wąsy mu się trzęsły, ilekroć Renatka albo Grażynka znikały za drzwiami ubikacji, a on nie mógł tam wejść pod pretekstem dokręcenia żarówki. Pamiętam, że kiedyś miała miejsce zabawna sytuacja z woźnym w roli głównej. Szliśmy z rodzicami do kościoła i u wrót natknęliśmy się na Kikuta. Schyliłam głowę, żeby mnie nie poznał, ale mój ojciec, zakrzyknąwszy: „Władziu!”, zaczął go ściskać, po czym przedstawiać swoją małżonkę oraz córeczkę. Władzio wycisnął mokry pocałunek na ręku mojej matki, która całkiem prawidłowo się wzdrygnęła i typowo dla niej zaczęła patrzeć w bok. Ojciec, nie bacząc na nacierający do świątyni tłum, wypytywał, jak się okazało, dawnego kolegę z wojska, co robi w naszym mieście. Władzio, który mnie poznał od razu, powiedział, że jest woźnym w przedszkolu i chyba skądś zna tę uroczą dziewuszkę, pociechę mamusi i tatusia. Ojciec jeszcze raz zrobił z nim misia, obiecał, że się któregoś dnia wybiorą na piwo po fajrancie, i poszliśmy wszyscy na mszę śpiewać „Boże, coś Polskę…” i modlić się o różne rzeczy. Ja wyjątkowo nie modliłam się wtedy o nic, ani o spokój od Kikuta i wypadek pani Danusi, ani o nową lalkę, która mrugała oczami, tylko zastanawiałam się, co taki osobnik robi w kościele. Po mszy ojciec wyjaśniał matce jakieś szczegóły z Kikutowej biografii, których nie mogłam w całości dosłyszeć, ale przewijało się tam słowo „panienka”, które powodowało, że matka przymykała oczy ze zgrozy. Kikuta miałam już z głowy do końca pobytu w przedszkolu. Już na mnie nie spojrzał ani nie wywalał obleśnego jęzora w obecności innych dziewczynek. Kiedy trochę dorosłam, uzupełniłam tamtą wypowiedź ojca i zrozumiałam, że w wojsku Kikuta uważano za homoseksualistę. Pewnie czuli, że coś z nim nie tak, ale z braku dzieci do obserwacji postawili najlepszą diagnozę, jaką umieli. Co się stało z Kikutem po przedszkolu, zupełnie nie widziałam. Znajomą, która powiedziała mi o nieszczęściu, jakie „spotkało panią Danusię, tę cudowną osobę, która tak kochała dzieci”, spytałam, owszem, o przedszkolnego woźnego, ale znajoma nie wiedziała nic o losie pozostałych pracowników przedszkola. Pewnie Kikut dożył sędziwego wieku – albo i nie, z takimi jak on nic nie wiadomo.

Miałam chłopaka w liceum. Nawet całkiem, całkiem na tle innych. Do tej pory nie wiem, czemu chciał chodzić z taką myszą jak ja. Może dlatego, że pochodził z równie niezamożnej rodziny. Miał dwóch starszych braci, którzy byli bardzo popularni na osiedlu. O ile wiem, żaden z nich nie wyszedł na ludzi, chociaż rokowali nawet lepiej od Maćka, ale to właśnie on pojechał na studia do Gdańska, gdzie uczył się na bardzo obleganym kierunku związanym z oceanami. Myśmy wtedy już nie byli parą, ale kiedy dowiedziałam się, że poznał na studiach Amerykankę polskiego pochodzenia, ożenił się z nią i wyjechał, poczułam ukłucie zazdrości. Podszedł do mnie kiedyś na dużej przerwie na podwórku szkolnym. Było lato, kilka dni do zakończenia roku szkolnego, stopnie wystawione, pełen luz. Siedziałam obok koleżanek wystawiających twarze do słońca, udając, że jestem tam nie obok, ale z nimi, kiedy jedna z najładniejszych dziewczyn w szkole zaczęła wrzeszczeć wniebogłosy. Skakała przy tym i drgała jak paralityk. Wszystkie rzuciłyśmy się sprawdzać, co się stało. Chodziła jej liszka po nodze, stąd te wrzaski.

– Zabij ją! – krzyczała jedna z najładniejszych.

– Przecież rozgniotę ją na nodze – wrzeszczała druga.

Trzecia proponowała, że pójdzie po wychowawczynię, a czwarta odsunęła się, robiąc mi miejsce. Podeszłam szybko i ręką zdjęłam jej śliczną gąsienicę z nogi. Wrzask zamienił się w pełne obrzydzenia „yyhyyy”. Ja odeszłam na bok, bo nie spodziewałam się żadnych podziękowań, i odłożyłam liszkę na źdźbło trawy przy ogrodzeniu. Wtedy podszedł Maciek i zaczął nawijać coś o tym, że także fascynuje go przyroda, muchy by nie skrzywdził. Odpowiedziałam, że ja owszem, muchy i komary traktuję bez litości, ale ta gąsienica jest piękna. Roześmiał się. Odprowadził mnie potem do domu. Dziewczyny się za nami oglądały, ponieważ Maciek miał kamizelkę dżinsową i chińskie trampki, a na owe czasy to już było coś. Poprosił o chodzenie tydzień później, biorąc mnie za bratnią duszę w kwestii miłości do przyrody. Wtedy przekonałam się po raz pierwszy, że potrafię udawać, jeśli zależy mi na tym, żeby wzbudzić w drugiej osobie zaufanie. Byłam bardzo samotna, nie miałam żadnej koleżanki i chciałam Maćka zatrzymać przy sobie. Opowiadał mi o różnych zwierzętach zamieszkujących oceany, a ja kiwałam głową i udawałam, że bardzo mnie to interesuje.

– Wiesz – mówiłam, kiedy wracaliśmy deszczowe dni ze szkoły. – Najbardziej chciałabym podróżować…

– Jak każdy. – Maciek ściskał spoconą ręką moją dłoń.

– Ale ja – zaczynałam przemowę po raz setny – chciałabym podróżować po egzotycznych miejscach i zobaczyć prawdziwe owady…

– Tak lubisz owady? – Mrużył wtedy oczy i wyglądał bardzo ładnie.

– Chciałabym zobaczyć, jak fruwają prawdziwe kolorowe motyle – sprostowałam. – Widziałam w jednym programie na naszym, wiesz, czarno-białym telewizorze… Ale chciałabym zobaczyć je fruwające naprawdę.

– Podobno są takie wyspy – mówił – gdzie one fruwają w ogrodach i normalnie można je brać do ręki…

– Lubię brać owady do ręki – wyznawałam z rzadka prawdę.

– Jesteś jedyną dziewczyną, jaką znam, która to lubi. – Zatrzymywał się, żeby mnie pocałować. – Nawet mój brat nie wziąłby do ręki pająka, a ty się nie boisz…

Całował mnie, jak umiał, widać niewiele miał doświadczeń przede mną, ale doceniałam to, podobnie jak ściskanie piersi, przed którym się nie broniłam. Trochę brzydziła mnie jego ślina, ale to chyba normalne. Lepiej wziąć do ręki owada niż wymieniać się śliną.

– Nie boję się i nie brzydzę, ale nie wzięłabym do ręki takiej ryby trującej…

Kiedy wspominałam o jego pasji, cały jaśniał i zaczynał snuć opowieści o tych rybach, które się nadymają jak balony albo wypuszczają kolce.

– Będziesz nurkował? – pytałam.

– Oczywiście – kiwał głową. – Badacz oceanów musi nurkować. Nie można pracować tylko w sztucznym basenie…

Zastanawiałam się, kiedy delikatnie zwrócić mu uwagę na fakt, że w jego życiu było miejsce na ryby, glony, plankton, ale nie dla mnie. Nawet jego podziw dla mojego udawanego zainteresowania życiem owadów nie skłaniał go do snucia fantazji, że obok delfinów pływamy razem w basenie oceanarium. Coraz częściej czułam się, jakbym była konkurencją dla wieloryba albo węży morskich, niegodna koralowców ani nawet fiszbin czyścić. Wreszcie któregoś dnia zapytałam o to wprost.

– Maciek, ty mnie całujesz i obściskujesz, ale co się ze mną stanie, jeśli ty wyjedziesz nad ten ocean?

Zatkało go. Nie bardzo wtedy wiedziałam, czy dobrze zrobiłam, wypominając mu wymianę śliny i pozwalanie na ugniatanie biustu. Ale to była duża ofiara ze strony uczennicy trzeciej klasy liceum. W końcu od ściskania piersi można było dostać raka, jak niektórzy mówili. Może nie był oburzony, tylko uświadomił sobie, że musiałabym podzielać jego pasję i marzyć o spędzeniu reszty życia w wodzie bądź nad wodą. Bądź też on musiałby z tych marzeń zrezygnować i podjąć pracę, która pozwoliłaby mu być bliżej mnie.

– A co ty zamierzasz robić po szkole? – zapytał.

Czyli jednak rozważał, przynajmniej teoretycznie, że moglibyśmy wyjść poza obmacywanko piersi przez sweterek, bluzkę i stanik.

– Będę przedszkolanką – odpowiedziałam, dumnie unosząc podbródek.

Spodziewał się pewnie, że powiem o biologii, względnie botanice.

– Przedszkolanką? – powtórzył.

– Przedszkolanką. – Uniosłam głowę jeszcze wyżej.

– To wtedy nie możesz ze mną pojechać nad ocean… – powiedział z niedowierzaniem.

Stanęłam i popatrzyłam mu prosto w oczy.

– Dlaczego? – zapytałam. – Nad oceanami nie ma przedszkoli?

Właściwie dlaczego mnie odrzucał? Przecież nie muszę z nim nurkować, chyba że będę miała na to ochotę, nie muszę pisać rozpraw naukowych o podwodnym świecie, mogę jedynie nosić biżuterię z koralowców. Czy to było dla niego mało?

– Ja nie będę miał dzieci – odpowiedział. – Nie wiedziałem, że ty lubisz dzieci.

To był dobry moment na decyzję. Mogłam się odżegnać od swojej pasji, pragnień i marzeń, przynajmniej tylko teoretycznie, teraz przed nim, albo mogłam kazać mu wybierać, albo delfiny, albo ja, ryzykując, że wybierze delfiny.

– A dlaczego nie lubisz dzieci? – Wciągnęłam kaptur na głowę, bo znów zaczynał padać deszcz.

– Nie powiedziałem, że nie lubię, tylko że nie będę ich miał – sprostował. Zdawał się nie widzieć deszczu.

– Eee. – Uśmiechnęłam się i przyciągnęłam go do siebie, inicjując pocałunek, a ponieważ nigdy tego nie robiłam pierwsza, dał się wziąć z zaskoczenia. Potem założyłam mu kaptur.

– To nie będę miała dzieci i pojadę z tobą nad ten ocean – stchórzyłam.

– Nie no, nie rezygnuj ze swoich pasji – odpowiedział.

Potem już nie było nigdy tak samo. Spotykaliśmy się coraz rzadziej, może dlatego, że chodził na kółko biologiczne i bardzo się zaangażował w olimpiadę z tego przedmiotu. Namawiał mnie, żebyśmy razem wzięli udział, ale byłam dopiero w trzeciej klasie. Musiałabym nadrobić mnóstwo materiału, który średnio mnie interesował. Ale gdyby Maciek pokazał, że mu zależy, na pewno bym się postarała albo poudawała chociaż, że się staram. Ale najwyraźniej mu nie zależało. Trzymałam kciuki za olimpiadę, ale nie przeszedł do trzeciego etapu. Tak to bywa, kiedy kogoś interesuje tylko jeden aspekt jakiejś dziedziny. Może i znał wszystkie rodzaje małży, ale o glebie miał pojęcie mniej więcej takie, że nie występuje w oceanie.

– Nie martw się – mówiłam na jednym z naszych ostatnich spacerów. – Przecież to nie ma znaczenia na egzaminach.

– Jak to nie ma znaczenia? – pieklił się. – Absolutnie ma. Na pewno jest mnóstwo chętnych olimpijczyków na oceanografię.

Jakoś w to wątpiłam.

– Na pewno nie – powiedziałam z przekonaniem. – Może ci, co wygrali, chcą zostać botanikami albo ornitologami, albo…

– Co ty tam wiesz… – machnął ręką. – Nawet nie chciało ci się owadów nauczyć. Nic nie osiągniesz…

Stanęłam jak wryta.

– Naprawdę nic według ciebie nie osiągnę? – upewniałam się, a łzy zawodu mieszały się ze łzami złości.

– Nic z siebie nie dajesz. – Chłopak postanowił iść na całego. – Udajesz tylko zainteresowanie tym czy tamtym, ale nic nie robisz… Tak prześlizgujesz się przez życie.

Powinnam zakończyć tę rozmowę i chodzenie. Zamiast tego postanowiłam się jednak dowiedzieć, co robię źle.

– Powinnaś dążyć do spełnienia swojej pasji… Do tego, żeby ci się udało…

– Dążę do tego i mi się uda! – wrzasnęłam, a ludzie się za nami obejrzeli.

– Nie krzycz tak – poprosił.

– Będę właśnie krzyczała, a ty mi nie zabronisz – bredziłam bez sensu. – Właśnie ty do niczego nie dojdziesz, bo uznajesz tylko ocean!

– A ty tylko owady! – odparował. – Albo i to nie…

Jeśli tylko tego się o mnie dowiedział podczas roku spacerów i obmacywania, to nie był dla mnie odpowiedni. Uznałam, że kwestię, że z kimś chodziłam, a potem z tym kimś zerwałam, mam na tle dziewczyn z klasy zaliczoną, może nie na piątkę, ale na mocne cztery. Niektóre i takiego Maćka nie miały w swoim licealnym życiu. Poszłam z nim jeszcze na studniówkę, bo naprawdę chciałam. Nie mogłam odpuścić tego wydarzenia, o które musiałam stoczyć bój z rodzicami. Musiałabym się przyznać, że już się z Maćkiem „nie przyjaźnię”, a nowa biała bluzka nie jest mi potrzebna. Ojciec pewnie uznałby, że kurtuazyjna wizyta rodziców Maćka, która odbyła się w naszym domu miesiąc wcześniej na okoliczność zaproszenia mnie na studniówkę, była czasem zmarnowanym, a rozlatujące się ciasto upieczone przez matkę na tę okazję – stratą składników i pieniędzy. Kto wie, co jeszcze bym usłyszała. Postanowiłam nie przyznawać się do uczuciowej porażki przynajmniej przed zakupem bluzki. Podczas wizyty, która trwała równo godzinę, rodzice Maćka, którzy wcześniej widzieli mnie trzy razy, wyrazili głęboką radość z powodu tego, że ich syn chce iść na studniówkę z córką moich rodziców, czyli ze mną. Padło pytanie o to, kiedy wrócimy do domu. Rodzice zaakceptowali fakt, że wprawdzie o północy, ale ojciec Maćka nas odprowadzi, a jego mama będzie obecna na balu, robiąc herbatę i pilnując, żeby młodzież nie piła alkoholu. Pewien zgrzyt stanowiło pytanie, czym się rodzice Maćka zajmują. Padło ono naturalnie z ust ojca. Wcześniej powiedział, że jest magazynierem, a matka kucharką. Ojciec Maćka był zawodowym kierowcą, a mama nie pracowała. Widziałam, że mój tata kiwał głową z aprobatą, bo w końcu ludzie w jego guście, zupełnie przeciętni, kiedy jego mama powiedziała:

– My jesteśmy zupełnie zwykłymi ludźmi, ale nasi synowie… – Zawiesiła głos. – To będą nieprzeciętni ludzie.

Tego właśnie słowa użyła, a ojciec prawie zadławił się cudem zdobytą kawą, aż kilka fusów wyszło mu na wargi.

– Maciek będzie wielkim biologiem – kontynuowała matka Maćka. – A Kacperek dostał się na inżynierię śródlądową, z kolei Damian będzie lekarzem…

Fusy podchodziły ojcu do gardła, a ręka trzymająca szklankę z kawą wyraźnie drżała.

– Kim Maciek chce zostać? – zapytał ojciec.

– Maciek będzie zdawał na oceanografię, do Gdańska – powtórzyła jego matka. – Jest wybitnie zdolny… Czy wie pan, że on od małego mówił, że będzie pracował ze zwierzętami oceanicznymi?

– Marzył o delfinie, nie o psie – wtrącił jego ojciec.

Matka bezceremonialnie podeszła do ojca i uderzyła go w plecy. Ja nie mogłam się ruszyć. Rodzice Maćka skonfundowali się trochę, ale do głowy im nie przyszło, że zakrztuszenie się ma związek z ich opowieścią. Maciek też nie wiedział, że mój ojciec postrzegał go jako podobnie przeciętnego jak inni nastolatkowe, nie poznałby go zapewne na ulicy, gdyby spotkał go w towarzystwie innym niż moje. Pewnie sądził, że i w oczach moich rodziców jest wyjątkowy.

Wizyta szybko dobiegła końca. Ojciec zapytał mnie, dlaczego prowadzam się z chłopakiem, który lada chwila wyjedzie do innego miasta. Nie wiem, czy oczekiwał, że będę zaciekle bronić potencjalnego szczęścia, zakrzyknę, że ja też kocham delfiny, a z morskich robaków zrobię doktorat, dość, że zadał swoje pytanie z pewną obawą. Z pewną taką nieśmiałością, jak mówiliśmy w tamtych czasach. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam, że wiem, że wyjeżdża i zupełnie mnie to nie obchodzi. Przecież chyba ojciec nie sądzi, że chciałabym pojechać za nim, cóż za pomysł…

Poszliśmy wtedy na studniówkę. Bawiliśmy się razem, tańczyliśmy i piliśmy nielegalnie wniesiony alkohol, ale z pełną świadomością, że to koniec między nami. Zaraz po końcu roku Maciek wyjechał do Gdańska. Przez chwilę myślałam, że może go nie przyjmą. Tam było podobno dziesięciu kandydatów na jedno miejsce. Ale dostał się bez problemu. I tyle go widziałam. Nie napisał, nie przyjechał, a nawet jeśli to zrobił, to zupełnie się nie odezwał do mnie. Czy go żałowałam? Sama nie wiem. Z jednej strony nie chciałam wdawać się w żadne rozważania na temat zmiany moich planów i pracy w delfinarium, z drugiej – ambicja cierpiała. Czyżbym była aż tak szara i zwykła, że można było praktycznie bez słowa mnie porzucić, bo nie mieściłam się w czyichś planach? Chciałam, żeby komuś na mnie zależało, żebym była jedyna z miliona.

Widziałam Maćka już jako dorosła osoba. Pierwszy raz wpadłam na niego w centrum handlowym niedaleko naszej dawnej szkoły.

– O, Werka – powiedział, jakby tych lat nie było.

– O, Maciek – powiedziałam, jakbyśmy widzieli się wczoraj.

Patrzył na mnie, jakbym się nie zmieniła, nie postarzała, nie przytyła. Jakbym była dziewczyną. On niewiele się zmienił. Nie był łysy, nie przytył, nie postarzał się specjalnie. Tylko trochę schudł i zapadł się w sobie.

– Co tam u ciebie słychać? – zapytał.

Byłam wdową zaledwie pół roku. Klasyczną wdową pogrążoną w bólu. Ubraną na czarno, bez makijażu, z grymasem pretensji do Boga na twarzy.

– A u ciebie? – spytałam.

– Odpowiadasz pytaniem na pytanie – odparł. – To dla ciebie charakterystyczne. Zawsze mnie to denerwowało.

Nigdy mi tego nie powiedział. Może mnie z kimś pomylił, bo ja chyba raczej tak nie robiłam.

– Przyjechałem, bo mi mama umarła i likwidujemy mieszkanie – powiedział.

– Bardzo mi przykro – kiwnęłam głową. – A ojciec?

– Umarł nagle dziesięć lat temu. Na zawał. Za kierownicą… Zabił dwie osoby, może słyszałaś…

Pokręciłam głową. Może i słyszałam, ale nie jestem pewna. Coś mogło mi się obić o uszy, ale na pewno nie w kontekście, że to był ktoś znajomy.

– Przykro mi – powiedziałam.

– Rak piersi. – Popatrzył na mnie tak jak dawniej. – Dasz wiarę? Pół roku i po kobiecie…

– Nie leczyła się? – pytałam z głupia frant, żeby podtrzymać rozmowę, bo nagle jakoś tak zaczęło mi zależeć na tym, żebyśmy porozmawiali.

– Na wszystko było za późno… Ale była operacja i chemia… – Teraz patrzył na czubki swoich butów. – Ale na wszystko za późno.

– Okropne. – Czułam się głupio, bo chciałam mu powiedzieć o Sławku i jednocześnie nie byłam pewna, czy powinnam.

– Okropne – zgodził się. – Powiesz, co u ciebie?

– Wyszłam za mąż – stwierdziłam lekkim tonem. – To był najwspanialszy człowiek na świecie… Nie mogliśmy mieć dzieci… A potem nagle potrącił go pijany kierowca na pasach…

– Ooo – na tyle się zdobył. – Dawno?

– Pół roku temu…

Pokiwał w milczeniu głową.

– Będziesz skarżyć tego kierowcę?

– Tak, będę – przytaknęłam. – Należę do tych oszalałych z bólu, chcących zniszczyć wszystko i wszystkich…

– Życia mu nikt nie zwróci… – powiedział, wyraźnie myśląc o swoim ojcu.

– Nie o to chodzi – zaprzeczyłam, bo znów ja wiedziałam, o czym ktoś myśli, a ten ktoś rozumiał z kolei moje myśli. – Twój ojciec był chory, to co innego. Ten… ten, co zabił Sławka, miał dwa promile we krwi. Przejechał go na pasach… Na czerwonym świetle… Zabił po prostu…!

– Werka, hej, Werka. – Złapał mnie za rękę. – Wybacz, przepraszam…

Uspokoiłam się. Przecież Maciek nie był niczemu winien.

– A ty zostałeś delfinologiem? – przerwałam te wywody.

– Tak. – Uśmiechnął się. – I to tak jak w bajce. Skończyłem studia i pracuję teraz w Kalifornii, w oceanarium.

– A żonę masz amerykańską? – indagowałam, chociaż wiedziałam, że jest inaczej.

– Nie, Joasia jest z Gdańska. Pojechała ze mną do Kalifornii i tam mieszkamy. Została z dziećmi.

Siedzieliśmy przy kawiarnianym stoliku. Nie pamiętam, w jaki sposób tam się znaleźliśmy. Chyba szliśmy w stronę kawiarni podczas rozmowy. Nie pamiętam.

– Ile masz dzieci? – Zakłuło mnie w sercu. – Nie lubiłeś dzieci, o ile pamiętam.

Roześmiał się i podrapał po głowie.

– No wiesz, jak to jest, to znaczy, przepraszam cię bardzo…

– To nic – uspokoiłam go. – To ile masz dzieci?

– Dwójkę – powiedział. – Michał ma piętnaście lat, Clarissa – dziesięć… Mówią po polsku, ale to już Amerykanie. Oboje będą oceanografami.

– Wiesz – pochyliłam się ku niemu – swoją drogą to niesamowite. Wydawałoby się, że w tamtych czasach takie marzenia, delfiny, Kalifornia, to zupełnie nierealna sprawa… A jednak tobie się udało.

Poszliśmy pogadać do kawiarni, bo głupio było tak stać na środku. Kiedy pani wniosła dwie kawy, Maciek nagle się roześmiał.

– Pamiętam, jak bardzo lubiłaś owady… Zostałaś biologiem?

– Żartujesz chyba. – Uśmiechnęłam się pierwszy raz od śmierci Sławka. – Nigdy nie chciałam być biologiem. Marzyłam o przedszkolu, o dzieciach…

– Przepraszam – bąknął. – Nie wiem, dlaczego myślałem, że uwielbiałaś owady… Ja ciągle mówiłem pewnie o delfinach i wielorybach. Przepraszam cię, Werka…

– Nie ma za co. – Mieszałam swoją kawę. – Owady lubiłam, ale swoją przyszłość wiązałam z dziećmi. Nie udało się mieć własnych, pracuję w przedszkolu… Zawsze tego chciałam.

Pożegnaliśmy się po dwóch godzinach. Dobrze, że go spotkałam. Nie byłam mniej zrozpaczona ani nie nabrałam chęci na nowe życie, ale coś się we mnie przełamało. Postanowiłam, że będę żyła. Tak jakby można było postanowić, że się przeżyje albo umrze. Zna to każda nastolatka, chora z miłości i błagająca Stwórcę o śmierć. Pozwól mi, Panie Boże, umrzeć, bo tak go kocham. Nie umiem bez niego, wiem, że umrę… Coś w tym stylu.

Sławka poznałam w przedszkolu. Stanął któregoś pięknego dnia w progu i zachowywał się, jakby przyszedł odebrać dziecko.

– Pan po kogo? – zapytałam, bo tego dnia pracowałam na popołudnie.

– Po Kacpra – wyjaśnił krótko.

Kacper był jednym z najtrudniejszych dzieci w grupie. Dziś pewnie byłoby widać, że dzieciak idzie w kierunku adhd, ale wtedy było prostu niegrzeczny, karany na każdym kroku i znienawidzony powszechnie przez moje koleżanki. Mnie było chłopczyka po prostu żal. Zaniedbany, często brudny i w butach po starszych braciach, był jednak dzieckiem niezwykle kreatywnym, pogodnym, lubił rysować i pięknie śpiewał. Ja sama zajmowałam się nim, kiedy tylko mogłam.

– Pan jest tatą Kacpra? – zaatakowałam.

Chciałam gościowi powiedzieć, że jest kompletnie nieodpowiedzialny. Kacper jest dzieckiem zaniedbanym, wymaga systematycznej pracy i starań, a nie tatusia z doskoku.

– Nie. – Gość zamachał rękoma. – Prawdę mówiąc, to dziecko mojej sąsiadki. Zadzwoniła do mnie, to znaczy nie do mnie, tylko do mojej mamy, bo ja, wie pani, mieszkam z mamą… Z mamą i tatą…

Miałam dosyć tego faceta. Było już kilka minut po czasie, wszystkie dzieci odebrane. W przedszkolu zostaliśmy tylko ja i Kacper. Źle się czułam tego dnia, chciałam iść do domu i zwinąć się w kłębek. Kacper wielokrotnie zostawał dłużej w przedszkolu, a żadne rozmowy dyscyplinujące z jego matką nie pomagały. Nie powinnam wydawać dziecka „sąsiadowi”. Szkoda, że jeszcze nie powiedział, że jest znajomym babci dziecka. Ale właśnie tym mnie ujął. Bo Sławek był szczery i tak przyzwoity, że nie mógł patrzeć, jak matka po raz kolejny dzieciaka zostawia. Poszliśmy na spacer. Wzięliśmy Kacpra za rękę, ja zamknęłam przedszkole i poszliśmy przed siebie. Teoretycznie rzecz biorąc, nie mogłam oddać dziecka, które powierzono mi pod opiekę, obcemu mężczyźnie, dlatego sama poszłam go odprowadzić do domu. Myślałby kto, że byłam taka dobra. Miałam dwadzieścia trzy lata i zakochałam się w Sławku od pierwszego wejrzenia. Podobał mi się ten niski mężczyzna o aksamitnym głosie, szczerym spojrzeniu zielonych oczu i krótkiej ciemnej czuprynie, w której pobłyskiwały pierwsze, bardzo nieśmiałe jeszcze, srebrne włoski. Nie byłam kobietą pożądaną, budzącą w chłopcach czy mężczyznach zainteresowanie, ale czułam, że i dla niego ten spacer ma wielkie znaczenie. Niewiele mówiliśmy, głównie wymienialiśmy się uwagami na temat sytuacji Kacperka, półgębkiem, ponieważ dziecko nas słuchało, a i przy każdym otwarciu ust para buchała nam spomiędzy warg. Ciepło mieszało się z zimnem, nasze głosy zapętlały się w cichym parku, Kacper ściskał nas oboje za ręce. Robiliśmy coraz szerszy łuk, żeby za szybko nie trafić do domu, gdzie mieszkało „nasze” dziecko. Nad nami migotały gwiazdy, śnieg wyjątkowo nie przypominał zmarzniętej brei, tylko srebrny puch. Mnie serce topiło się ze szczęścia, Sławkowi też, jak mi potem wyznał. Stanęłam pod blokiem, w którym mieszkali Sławek i Kacper. Nachyliłam się niezdarnie w kierunku małego i pogłaskałam go po głowie, właściwie po ciężkiej czapce z pomponem, i powiedziałam, żeby uważał na siebie. Bez sensu zupełnie. Przecież na takiego malca rodzice powinni uważać. Sławek chwycił mnie za rękę i wygłosił płomienną mowę o tym, że na świecie są jeszcze fantastyczne panie przedszkolanki, które dzieci kochają jak własne. Ja się zrobiłam czerwona i nie wiedziałam, co powiedzieć. Wreszcie pożegnaliśmy się krótkim „do widzenia”, ja odwróciłam się na pięcie i poszłam na przystanek autobusowy, a on z Kacprem do klatki. „Przecież możemy się już nigdy nie spotkać”, kołatało mi w głowie, nie zapytałam, jak ma na nazwisko, pod jakim numerem mieszka, czy znów przyjdzie po Kacpra. Jednocześnie byłam najzupełniej pewna, że oto los przyniósł mi mojego towarzysza życia, drugą połowę jabłka, pomarańczy czy medalionu. Wiedziałam, że on albo przyjdzie znów do przedszkola, już nie po Kacpra, ale po mnie, albo znajdzie mnie w inny sposób. Cały wieczór wymknął mi się z pamięci, bo mimo że w domu, wciąż myślami byłam na tamtym spacerze, a endorfiny buchały ze mnie niczym para z ust. W głowie mi się kręciło, serce waliło, a radio grało piosenki tylko dla mnie. Słowem, doświadczyłam nagłego, ciężkiego zakochania. Matka wołała mnie na kolację, przecież ciągle mieszkałam z rodzicami, w tamtych czasach trudno było iść na swoje, a ja krzyczałam zza zamkniętych drzwi, że mam pracę zleconą. „Jaką pracę zleconą?”, jej głos przebijał się przez huk nad nami, najwyraźniej ktoś wieczorami remontował mieszkanie. „Przecież nic nie słychać, huk z góry i jeszcze radio ryczy!” Nic mnie nie obchodziło. Zatroszczyłam się tylko o staranny przyodziewek na dzień jutrzejszy, bo przecież Sławek na pewno przyjdzie pod przedszkole, i poszłam spać, snując marzenia o naszym wspólnym życiu i tym, ile dzieci będziemy mieli. Chciałam od razu dwójkę, najlepiej bliźniaki, albo rok po roku, najpierw chłopczyka, potem dziewczynkę, chociaż było mi wszystko jedno, byle dziecko zdrowe było. Potem jakieś dwa lata przerwy i jeszcze jedno, no, może gdyby się okazało, że jednak ciężko, to trzy lata. Ale na pewno trzecie dziecko, a po jakichś dziesięciu latach, kiedy te pierwsze już będą nastolatkami, wtedy jeszcze jedno, na deser, na starość, dla radości naszych oczu. Zasnęłam, pchając wózek z bliźniakami, w ciąży z trzecim dzieckiem, kiedy zegar z kukułką wybijał trzecią nad ranem. Następnego dnia otworzyłam oczy o szóstej, szybko wstałam, ubrałam się w najlepszą spódnicę, bluzkę od ciotki Katarzyny i pobiegłam do przedszkola. Miałam pewną nadzieję, że on będzie czekał od rana. Nawet zastanawiałam się, czy nie zrejteruję i nie opuszczę pracy, żeby z nim pobyć, ale Sławka nie było. Naturalnie, uspokoiłam się nieco, przecież i on ma pracę. Na pewno przyjdzie o 17.00. Z tego wszystkiego zapomniałam, że w środy pracowałam od 7.00 do 14.00. Zamiast jednak wyjść do domu, powiedziałam koleżance Kryśce, że w domu rury pękły, zimno jest okropnie i nie chce mi się wracać do tej lodówki. Rury zresztą pękały zwykle zimą z częstotliwością większą niż „bardzo często”, więc mogłam nawet przypuszczać, że jeśli nie tego dnia, to w ciągu kilku najbliższych pękną i kłamstwo stanie się świętą prawdą. Kryśka pokiwała głową z pełnym zrozumieniem. W tamtych czasach to jeszcze i światło mogli wyłączyć, a widok całego osiedla pogrążonego o 17.00 w egipskich ciemnościach nikogo nie dziwił ani nie powodował specjalnych protestów. Siedziałam w przedszkolu jak na szpilkach, zerkałam na Kacpra, którego przyprowadziła matka i zostawiła bez słowa. Nie uważała, że powinna mi cokolwiek powiedzieć. Czekałam na jakąś rozmowę, choćby kilka słów z jej strony, najbardziej na słowa, że to on będzie odbierał Kacpra z przedszkola, ale nie rzuciła na mnie nawet okiem. Mogłam zapytać, zreflektowałam się, kiedy już poszła. Zamiast tego wzięłam małego na spytki, ale dziecko nie było specjalnie rozmowne. Pytałam o wujka Sławka, czy często przychodził po niego do przedszkola, ale mały podkręcił główką. Potem próbowałam dopytać, czy był u Sławka w domu, ale tego też się nie dowiedziałam. W końcu Kacper wyrwał się z mojego uścisku i poszedł rozrabiać w kąciku z samochodzikami. Odebrała go matka o 16.30. Uśmiechnęła się do mnie, a ja odwzajemniłam uśmiech, sądząc, że może rano była nie w formie, ale teraz coś mi powie, ale ona powiedziała synkowi, żeby wkładał buty i wyszli. Tym lepiej, pomyślałam, pójdziemy tylko we dwoje, może do jakiejś kawiarni, będzie zupełnie inaczej niż wczoraj, chociaż podobne odczucia i mróz jeszcze większy. Punktualnie o 17.00 zamknęłyśmy z Kryśką przedszkole, pożegnałyśmy się i dziarsko pomaszerowałam tą samą ścieżką co wczoraj, mimo że do domu miałam w zupełnie inną stronę. Czekałam na kroki za sobą, głos: „Weronika, czekaj!…”, ale nic takiego się nie stało. Nie przyszedł. Bolesną prawdę uświadomiłam sobie jakieś sto metrów od jego domu. Nie przyszedł do mnie. Tamten spacer był magiczny tylko dla mnie, był pewien rezonans albo może pomyliłam go z trzaskającym mrozem, z dźwiękiem skrzypienia śniegu pod butami. Honor nie pozwalał mi pójść pod samą klatkę i tam stanąć. Było strasznie zimno, dusza mnie bolała, płakać mi się chciało, a i nie wiedziałam przecież, gdzie on dokładnie mieszka, nie przyszło mi do głowy sprawdzić adresu Kacpra, chociaż wtedy mogłabym tylko przypuszczać, że skoro Kacper mieszka, dajmy na to, pod dwudziestką, to Sławek pod numerem dziewiętnaście, dwadzieścia jeden, dwa, trzy, a może piętro niżej czy wyżej. Przecież nie mogłam pukać do ludzi i ich niepokoić jak ostatnia idiotka. Żal i zimno ściskały mi tyłek obleczony w cienką bieliznę. Powzdychałam trochę, ale przypomniałam sobie na koniec, że jestem szarą myszą, której nikt nie chce, i poszłam do domu. Noc przepłakałam, ale następnego dnia wraz z nadejściem świtu znów miałam nadzieję, znów włożyłam peweksowską spódnicę i bluzkę z rękawami z przezroczystego materiału. Kacpra odprowadziła matka i ona go odebrała, o 16.30. Nawet nie wypytywałam specjalnie dziecka, bo i tak na niewiele by się to zdało. Powiedziałam wprawdzie: „Pozdrów wujka Sławka”, ale co się z czterolatkiem dogadasz, nie mam pojęcia, czy powtórzył, a nawet jeśli, to przecież „wujek Sławek” nie musi lecieć i osobiście mi dziękować za pozdrowienia. W piątek straciłam nadzieję, że go kiedykolwiek zobaczę. Wyszłam z przedszkola i wolnym krokiem poszłam w stronę domu, do ostatniego metra mając nadzieję, że on idzie za mną. Pamiętam tamtą sobotę i niedzielę. Znów w radiu śpiewali piosenki o mnie, o tym, że uciekł skoro świt i potem był wstyd. Właśnie tak się czułam. Wstydziłam się tego wrażenia bliskości, zakochania wręcz, wybuchu uczuć do człowieka, którego widziałam przez dwie godziny. Te endorfiny wybuchły w przestrzeń kosmiczną i nie zostały złapane, rezonans uciekł w eter, a moja miłość zamarzła w styczniowy poranek. Cały czas powtarzałam sobie, że nie ma się czego wstydzić, bo te wszystkie uczucia, to zakochanie, były głęboko we mnie, nie wyszły ani na chwilę na światło dzienne, nikt nie widział, nikt nie słyszał. On też nie. „Nie zorientował się, że ja się zakochałam”, powtarzałam sobie. Nic nie wie, nie będzie się ze mnie śmiał, nie pozna mnie na ulicy. Może kiedyś przyjdzie znów po Kacpra, wtedy kiwniemy do siebie głową i wymienimy porozumiewawcze spojrzenia. Bo nic nie było i nie ma w ogóle o czym myśleć. Sobotę jakoś przetrwałam. W niedzielę matka ciągnęła mnie na grób babci. Był styczeń, grobowiec dziadków, duma mojej matki, był niesprzątnięty, jeszcze ktoś by zobaczył i skomentował. Ostatnio byłyśmy tam w Wigilię, potem padał śnieg, był mróz, a matce wypadł dysk i nie mogła się schylać. Nie zmusiła mnie, żebym sama pojechała i posprzątała, ale przy najbliższej okazji, kiedy już mogła się schylić i wyprostować bez większego problemu, zaczęła mi jęczeć, żebym pojechała z nią na cmentarz. Nie chciałam, nic mnie nie obchodziło, co będzie na tym grobie, czy wiązankę przykryje śnieg, czy babcia i dziadek, w niebie, a jakże, nie będą cieszyć się światłem ze zniczy. Pojechałam jednak. Uznałam, że to lepsze, niż tak siedzieć i myśleć o swoim nieszczęściu. Pomogło, bo sprzątanie zajęło nam prawie cały dzień, odmroziłam sobie ręce, przemokłam kompletnie i złość na Sławka przeszła gładko w złość na matkę, jej bezmyślność i ośli upór. Odpysknęłam, kiedy mi tłumaczyła, że też mam ją pochować w tym samym grobie, i utyskiwała, że na pewno lampek nie będę paliła ani kwiatków kładła, sczeźnie, zmarnuje się piękny, kosztowny grób. Na szczęście nie słyszała tego, co mówię, mamrotała pod nosem jak to ona, „krzywdowała sobie”. W drodze powrotnej zaproponowałam, żeby pójść do kawiarni, wypijemy herbatę, ogrzejemy się chwilę, przecież i tak już dawno po obiedzie, ojciec nie czeka. Matka spojrzała spode łba, moja propozycja musiała być dla niej szokiem, nie wiem, czy ojciec zabrał ją kiedykolwiek do kawiarni, na pewno dobrowolnie nie weszłaby do czegoś takiego nawet w ulewę. Oczywiście odmówiła, ale podała powód. Powiedziała, że jest bardzo zmęczona i chce się położyć na kanapie. W domu ojciec przywitał nas awanturą, gdzie się tyle podziewałyśmy. Matka mu tłumaczyła, że ja jeszcze chciałam do kawiarni iść, dopiero byśmy się spóźniły. Zostawiłam ich w pokoju zastanawiających się, czy teraz odgrzać gołąbki, czy dopiero na kolację. Mnie było wszystko jedno, w końcu po kilku minutach matka zawołała mnie, żebym przyszła, bo, zawahała się na krótko, „obiad na stole”. Przyszłam, zjadłam, pochwaliłam ten obiad, pozmywałam, wytarłam, po czym zamknęłam się w pokoju i zasnęłam kamiennym snem. Wszystko pamiętam z tamtych czterech dni, każdą tęsknotę, każdą myśl. I smutek, który mi towarzyszył w poniedziałek w przedszkolu, szczególnie na widok rozrabiającego Kacpra. „Jak różne są rzeczy ukryte w króciutkim wyrazie żal”, podsumował mój ukochany poeta Tuwim, który wszystko rozumiał. Znów zamykałam przedszkole, znów był mróz i znów miałam zamiar powlec się do domu nieco okrężną drogą, kiedy usłyszałam za sobą głos:

– Pani Weroniko…

– To pan… – Powiedziałam „pan”, mimo że na spacerze mówiliśmy do siebie po imieniu. Miałam ochotę wrzasnąć wielkim głosem: „Dlaczego dopiero dziś przyszedłeś?! Dlaczego pozwoliłeś mi myśleć, że nic się nie stało?!!!”.

– Pozwoli się pani zaprosić na spacer? – zapytał.

– Miałam zamiar właśnie iść do domu – odpowiedziałam.

– O – skonfundował się nieco. – To może ja mógłbym panią odprowadzić do domu albo chociaż do autobusu?

Uśmiechnęłam się.

– Chciałam powiedzieć, że miałam zamiar wracać do domu spacerem. Ja nie boję się mrozu.

– O, to całe szczęście, bo ja myślałem, że pani mi odmawia…

Tyle lat potem kochałam jego uśmiech. Uśmiechał się tak charakterystycznie. Nagle pokazywał wszystkie zęby, białe i równiuteńkie. Potem ramiona mu drgały i śmiał się już głową, rękoma, tułowiem, nogami, przytupywał, kiedy było coś szczególnie wesołego.

– Bałem się, że pani mnie nie pamięta… – zaczął, kiedy szliśmy przez park w stronę mojego osiedla.

– Pamiętam… – rzuciłam lekko. – Mam dobrą pamięć. Poza tym…

Poza tym uważam, że jesteś mężczyzną mojego życia, powiedziałam w myślach, a zamiast tego dodałam:

– A poza tym… sytuacja była niecodzienna i sprzyjała zapamiętaniu… pana…

Znów się roześmiał.

– Szczerze mówiąc – powiedział cicho, kiedy byliśmy na skraju parku – dla mnie to też była niecodzienna sytuacja…

– Pierwszy raz pan pomaga sąsiadce? – zapytałam, mimo że wtedy wspominał coś o tym, że jego rodzice odbierają czasem Kacperka z przedszkola, podając się za dziadków chłopca.

– W taki sposób to pierwszy – przyznał się. – Ale gdybym wiedział, że spotkam panią, to stawiłbym się wcześniej…

Czekałam na jakieś głębsze wyznanie, ale ono nie nastąpiło. Wyszliśmy już z parku i kierowaliśmy się ku mojemu blokowi. Mogłam podjechać autobusem, to było całkiem daleko, trzy przystanki, ale zamiast tego postanowiłam iść, nie uzgadniając z nim, czy ma ochotę na aż tak długi spacer.

– Bo widzi pani – zaczął. – Ja chciałem przyjść już we czwartek, bo ja chciałem…

Nadstawiłam uszu. Bardzo chciałam usłyszeć jakieś dobre usprawiedliwienie.

– Tylko że wyjechałem w delegację i wróciłem w piątek wieczór. Takie szkolenie miałem, w mojej pracy… Musiałem jechać…

To było dobre usprawiedliwienie. Nie było go w czwartek i piątek, a w sobotę nie pracowaliśmy.

– Nie musi pan się usprawiedliwiać – dodałam dla porządku. – Na pewno chce pan dalej iść? Bo to jeszcze kawałek, ale jeżdżą autobusy, ja mogę pojechać albo pan może wrócić…

– Weroniko – powiedział, zatrzymując się i zaglądając mi głęboko w oczy. – Nie ma mowy, żebym cię zostawił tu i teraz…

W ten sposób gładko przeszliśmy nie tylko na „ty”, ale do wspólnego życia, tak zwanego „chodzenia” na początek, potem do wszystkiego, co łączy zakochanych w sobie ludzi, na małżeństwie kończąc.

Znałam przystojniejszych mężczyzn, marzyłam nawet o takim czy innym bracie koleżanki, chłopaku z klasy wyżej czy – na studiach – o dość przystojnym profesorze pedagogiki specjalnej. Ale to były tylko takie myśli. Wiedziałam, że z moją urodą, a właściwie jej brakiem, nie znajdę sobie przystojnego chłopaka, ale Sławek, on był dla mnie jedynym z milionów. Gdyby coś się stało i on nie mógł ze mną być, nie przyszedłby wtedy pod przedszkole, wcześniej po dziecko sąsiadki, moje życie byłoby zupełnie puste i pozbawione jakiegokolwiek blasku. Bo ja przy Sławku byłam królową, nie żabą, ale piękną istotą zdolną unieść cały świat.

– Nie zostawiaj mnie tu i teraz, w ogóle nie zostawiaj… – powiedziałam, nie bacząc na to, że może należało udawać, że ja nie wiem, o co chodzi, albo dla mnie to tylko spacer.

Wziął mnie za rękę, wsunął moją dłoń w swoją rękawiczkę i to było pierwsze nasze fizyczne zbliżenie, tak intensywne, że pamiętam je do dziś.

– Nie mam zamiaru. – Zapewnił wtedy.

Często tak mówił. Kiedy był w szpitalu, też poprosiłam: „Nie zostawiaj mnie”, a on odpowiedział, że nie ma zamiaru. Wtedy oboje nie wiedzieliśmy, że stanie się to, co się musi stać. Przeszedł dwie skomplikowane operacje, ale nie przeżył…

Jaką ja byłam przedszkolanką… Właściwa osoba na właściwym miejscu to mało powiedziane. Dzieci uwielbiały mnie, a ja kochałam dzieci. Wszystkie jak leci mogłam jeść łyżkami. Niestraszni mi byli ani histerycy, ani złośliwe maluchy, nawet te, których inni nie lubili. Miałam, jak to się mówi, rękę do dzieci. Każdy maluch, który trafiał do przedszkola, zakochiwał się we mnie natychmiast. W książkach przeze mnie czytanych, zabawach wymyślanych, piosenkach wyśpiewywanych. Nawet z jedzeniem nie było problemów. Wszyscy zastanawiali się, jak ja to robię. Ja czasami też, bo rzeczywiście sukcesy wychowawcze miałam spektakularne, a osiągałam je bez najmniejszego problemu.

– Mój Krzysio tak ładnie je w przedszkolu – mówiła pewna matka z kategorii „matka roku”. – A w domu nie chce…

– My mamy czas dla dzieci – odpowiadałam, patrząc jej głęboko w oczy, żeby mogła w nich odczytać, że wiem, że krzyczy na małego podczas jedzenia i zdarza jej się wpychać mu zupę do gardła, ryzykując zadławienie. – Podczas posiłków czekamy tyle, ile trzeba, żeby dziecko spokojnie zjadło.

– Czy to prawda, że pozwala pani jeść najpierw drugie danie, a potem zupę? – pytała „matka obsesyjna” podczas zebrania.

– Pozwalam. – Kiwałam głową. – Jeśli maluch zapiera się rękoma i nogami, że nie zje zupy, to pozwalam mu zjeść drugie danie. Najczęściej po zjedzeniu drugiego prosi o zupę. Wtedy odgrzewamy ją i nie ma problemu…

– Ale to niewychowawcze – twierdziła „matka czepialska”.

– Dlaczego niewychowawcze? – pytała w moim imieniu pani dyrektor. – Chyba chodzi państwu o efekt.

Ja siedziałam zwykle cicho, napawając się podziwem matek normalnych, które zwykle tłumaczyły matkom wariatkom, a bywało, że i ojcom psychopatom, kim ja jestem i jak dobrze zajmuję się ich dziećmi.

Kiedyś jedna z wariatek próbowała zrobić ze mnie opiekunkę do jej dziecka. Kusiła, chciała płacić w bonach Peweksu albo nawet w dolarach. Jej mąż pracował jako kierowca tir-a, na owe czasy bardzo intratna posada. Zarabiałabym dziesięć dolarów. Wtedy suma astronomiczna, dziś wzbudza tylko śmiech. Nie dałam się podejść w żaden sposób. Nie żebym nie chciała pieniędzy, ale nie umiałam być oddana tylko jednemu dziecku. Musiało ich być dużo, zaplecze przedszkolne ze wszystkimi zabawkami i grami, podwórkiem i literkami doczepianymi na rzepy do włochatej tablicy.

– Nie zdecyduje się pani? – kusiła mnie widokiem ubrań z Peweksu. – Nie pożałuje pani… Ania tak bardzo panią lubi…

Wreszcie przydusiłam ją w korytarzu.

– Niech się pani ode mnie odczepi – zażądałam. – Kocham dzieci, ale nienawidzę ich rodziców.

Wysyczałam to zdanie przez zaciśnięte wargi jak żmija. Cofnęła się, potem odwróciła i uciekła. Rozmawiała z dyrektorką, powtarzała jej to, co powiedziałam, ale pani dyrektor jej nie uwierzyła. Opinię wśród rodziców miałam taką, że nic mi nie zagrażało.

– Nie wierzę, że pani mogła narazić na szwank dobre imię socjalistycznej placówki – usłyszałam w gabinecie kierowniczki.

– Pani dyrektor – odpowiedziałam. – Ta matka namawiała mnie, żebym opuściła przedszkole i zaczęła nielegalną pracę u niej w domu, a zamierzała zapłacić mi… w dolarach – zakończyłam szeptem.

Widząc, że jest przerażona słowem „dolar”, dodałam:

– Sądzę, że zaczęłoby się od zdyskredytowania mnie, żebym musiała odejść. Potem kto wie, co by było, gdyby ktokolwiek dowiedział się, że nauczycielka zarabia, pracując prywatnie…

Był rok 1984, jeszcze nic nie było można. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy Hanuszkiewicz i Holoubek zostali zostali usunięci ze stanowisk dyrektorów teatrów. W połowie stycznia coś się działo w stoczni, o czym można było posłuchać tylko w trzeszczącym radiu późnym wieczorem. Podobnie jak o procesie sądowym, który zaraz potem się zaczął. Ja byłam tak bardzo zakochana, że sprawy narodowe, wielkie, ważne, ledwie do mnie docierały, a to i tak za pośrednictwem Sławka, który uważał za swój patriotyczny obowiązek, żebym wiedziała, na jakim świecie i wśród jakich ludzi żyję. Nie byłam specjalnie religijna, więc mnie nie obeszło, że nowy kardynał nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, za to walczył z reżimem ramię w ramię z narodem. Widziałam w nim tylko niezbyt urodziwego mężczyznę, karykaturalnie wyglądającego w czapce kardynalskiej. Nie podzielałam oburzenia rodziców, że nie jest on godnym następcą wielkiego syna naszego narodu, który prawie że został papieżem. Sławek zresztą także nie był specjalnie religijny, na szczęście, ponieważ w tamtych czasach do dobrego tonu należało żyć po katolicku. Bardziej interesowały mnie filmy „Karate po polsku” i „Wilczyca”, chociaż płakałam na „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny” i „Austerii”. Oboje płakaliśmy, Sławek też wzruszał się na filmach z cyklu „jak on, ona go lub ją, kocha”. Moja miłość pozwalała mi przejść obojętnie wobec podwyżek ceny benzyny, kawy i papierosów, zaproszenia papieża przez władze, a nawet złagodzenia następstw stanu wojennego. Ledwie zresztą zauważyłam, że rok wcześniej generał w czarnych okularach uchylił stan wyjątkowy. Tak bardzo kochałam, że szalałam ze szczęścia, kiedy Widzew zmiótł z powierzchni ziemi Liverpool i awansował do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Potem miałam nadzieję, że ten Widzew zdobędzie puchar, ale najpierw przegrał, a potem zremisował z Juventusem. Pamiętam każdą minę Sławka na meczu, każdy jego gest, to, co było na stole podczas oglądania filmu. Wspomnienia… Dokonywała się historia, w największych polskich miastach kontrmanifestacje pierwszomajowe, aresztowania, delegalizacje związków zawodowych, a ja nic, myślałam tylko o tym, kiedy możemy już ze Sławkiem być ze sobą. Jedyne większe wydarzenie lat osiemdziesiątych, które mnie obeszło, to śmierć Grzegorza Przemyka. Przeżyłam to okropnie, Jedyne dziecko matki, wyobrażałam sobie jej stratę, ból i łzy. Jakąż kpiną było odznaczenie oprawców dziecka orderami. Poszliśmy ze Sławkiem na pogrzeb, milczącą manifestację przeciwko władzy. Wtedy solidaryzowałam się z moim krajem, ze wszystkimi matkami, które straciły dzieci. Tylko dziecko było w stanie wywołać we mnie całą paletę emocji, nie papież pielgrzymujący do Polski, nie zniesienie stanu wojennego ani wejście polskich himalaistów na szczyt w Himalajach, nawet nie Nobel Wałęsy, tylko właśnie strata dziecka. Płacząc nad utraconym dzieckiem innej kobiety, nie miałam pojęcia, jak bardzo ze mnie zakpi los.

Tymczasem w przedszkolu miałam świetną passę, dyrekcja jadła mi z ręki, kochałam dzieci i byłam nagradzana orderami, talonami na rajstopy oraz bonami pko. Byłam wspaniałym pedagogiem. To


chleb. Tak jest najzdrowiej. Nie miałam za grosz apetytu. Odkąd odeszłam z  przedszkola, nie jadłam obiadu. Ubrania wisiały na mnie jak na wieszaku, ale zupełnie się tym nie przejmowałam. Z  czego żyłam? Sprzedałam nasz samochód, który był zupełnie jak nowy, i  miałam pieniądze. Żyłam bardzo skromnie, wydawałam grosze i  nie myślałam o  przyszłości. Przy odrobinie szczęścia mogłam umrzeć z  głodu, a  wtedy dołączyłabym do Sławka. –  Masz pustą lodówkę. –  Matka była przerażona, kiedy weszła do pokoju. –  Jest duża, dlatego wydaje się pusta. Mam jogurty, owoce… –  Jogurty są przeterminowane, owoce… zepsute… Co się z  tobą dzieje? Nic się ze mną nie działo. To znaczy pozornie nic. Stałam i  patrzyłam na ich stare twarze i  nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby dali

niemogącym wydusić z  siebie ani jednego słowa na swoją obronę. Zbudziłam się, kiedy zegarek wskazywał ósmą, i  aż podskoczyłam w  łóżku. Przecież obiecałam jej, że sprzątnę mieszkanie, tymczasem zaspałam. Ubrałam się szybko i  zjadłam naprędce kawałek chleba z  białym