Lot do wieczności - Piotr Zmarzłowski - ebook

Lot do wieczności ebook

Piotr Zmarzłowski

4,5
9,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Samiec alfa w świecie sztucznej inteligencji i wirtualnych relacji.

Rok 2075. Mike, as przestworzy, został uziemiony przez sztuczną inteligencję. Kto potrzebuje pilota, gdy istnieją automatyczne narzędzia do prowadzenia samolotów? Nawet jako kontroler lotów mężczyzna niespecjalnie może się wykazać. Do czasu, gdy odkrywa, że jedna z maszyn samowolnie zmieniła trasę lotu, a systemy alarmowe tego nie odnotowują. Zwykły błąd czy intencjonalne działanie sztucznej świadomości? I czy manualne przejecie kontroli nad sterami zdoła zapobiec katastrofie?

Dla osób zainteresowanych wpływem AI na cywilizację i psychologię ludzką. W sam raz dla miłośników filmów „Transcendencja” czy „Ex Machina”.

Piotr Zmarzłowski - z wykształcenia i zawodu architekt, z zamiłowania fotograf i stolarz. Jako pisarz porusza się w różnych gatunkach i formach literackich i nie boi się stawiania trudnych pytań. Autor powieści „Cykl” po raz pierwszy opublikowanej w 2024 r.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 127

Oceny
4,5 (4 oceny)
3
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Piotr Zmarzłowski

Lot do wieczności

Saga Egmont

Lot do wieczności

Zdjęcie na okładce: Midjourney, Shutterstock

Copyright © 2024 Piotr Zmarzłowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727224916 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Rozdział 1 

Leniwe języki fal delikatnie pieściły stopy Mike’a, który siedział na składanym krzesełku pomiędzy oceanem a lądem. Szczęśliwie znalazł miejsce, gdzie nawet bawiący się w oddali plażowicze nie zakłócali tego stanu błogiej bezczynności. Patrzył na bezkresny horyzont, który dawno temu oglądał z dużo większej wysokości – przez zbrojoną szybę ogromnego odrzutowca. Teraz nie miał już słuchawek na uszach, a szum silników i trzeszczenie radia zostały zastąpione przez odgłosy nieustannie atakujących ląd fal. Zawodowe przyzwyczajenie nadal jednak brało górę, mężczyzna bowiem mimowolnie obserwował czarne punkty na horyzoncie. Z całą pewnością były to ogromne statki zmierzające do pobliskiego portu.

Niebo pyszniło się lazurem, a delikatne powiewy wiatru niosły ulgę w upalne południe. Mike czuł na skórze delikatne uderzenia drobinek piasku, co dawało pewność, że ta błoga sceneria nie jest sennym marzeniem. Oderwał wzrok od horyzontu i spojrzał na trzymaną na kolanach książkę. „R.U.R.” – klasyka science fiction. Napisana prawie dwieście lat temu, a jednak poruszająca zagadnienia bardzo bliskie przemyśleniom Mike’a co do kierunku, w którym zmierzał współczesny świat. Odnalazł zagiętą stronicę i zagłębił się w historię zdominowaną przez człekokształtne roboty. Uwielbiał papierowe książki, które w dobie publikacji elektronicznych stały się wręcz dobrem luksusowym. Obcowanie z materią – w przeciwieństwie do chłodu szklanych ekranów – dawało namiastkę prawdziwości. „Tak, namiastka to dobre słowo” – pomyślał. Za każdym razem, gdy odwracał stronicę, bezwiednie kierował wzrok na horyzont, aby skontrolować pozycje statków. Dlaczego to robił? Przecież w każdym z ogromnych tankowców, akumulatorowców czy kontenerowców działali ludzie oraz wysoce wyspecjalizowana jednostka sztucznej inteligencji, precyzyjnie sterująca kolosami. Mike uważał to za nawyk, którego prawdopodobnie nigdy się nie pozbędzie. Siedząc w kokpicie, nieustannie przeczesywał przestrzeń roztaczającą się przed dziobem maszyny, aby zapewnić jej separację od innych płatowców. Nie miało znaczenia, że było to wiele lat temu i dziś pracował jako kontroler sprawujący wyrywkowy nadzór nad wyspecjalizowanymi algorytmami, które świetnie sobie radziły z zadaniami wcześniej realizowanymi przez ludzi. „Nawyki pozostają” – wzruszył ramionami Mike.

Kiedy poczuł lekkie znużenie, przeniósł się z krzesełka na koc. Ułożył się wygodnie i zaczął wpatrywać się w niebo, po którym gdzieniegdzie płynęły małe obłoczki, sprawiające wrażenie zagubionych w błękitnym bezkresie. Gdy po raz kolejny złapał się na klasyfikowaniu ich pod względem wpływu na warunki pogodowe dla lotnictwa, po prostu zamknął oczy, aby definitywnie odciąć się od wszystkich bodźców. Kojący szum morza pozwolił mu osiągnąć cudowny stan, w którym można przenosić się do przeróżnych miejsc, a nawet budować własne światy.

Mike uwielbiał spać. Kiedy pracował jako pilot, towarzyszył mu jednak ciągły deficyt snu. Mimo że swój zawód wykonywał z pasją, trudno było mu zaakceptować wstawanie o poranku, aby zdążyć przed świtem na lotnisko. Teraz, jako kontroler, miał już uregulowane godziny pracy, choć w snach i tak zwykle spędzał czas w przestworzach, rozparty na wygodnym fotelu kapitana wielkiego pasażerskiego odrzutowca. To tylko potwierdzało, że lotnictwo było największą pasją, jaką realizował przez większą część swojego długiego już życia.

Nawet teraz, podczas drzemki na plaży, rozkoszował się stanem zawieszenia w pustce, czerpiąc satysfakcję z umiejętności panowania nad ogromną maszyną, całkowicie posłuszną jego rozkazom. W pewnej chwili jednak poczuł nieznośne uwieranie fotela, zakłócające radość z widoku śnieżnobiałych chmur oglądanych z poziomu nieba, które można już było prawie nazwać kosmosem. Kilka razy próbował usadowić się wygodniej, lecz nic to nie dawało. Dyskomfort Mike’a narastał, aż do momentu, kiedy uświadomił sobie, że wykonuje jakieś powietrzne akrobacje. Pozycja jego ciała przypominała bowiem jedną z tych, które można znaleźć na ilustracjach w podręcznikach do jogi. Mike z wielkim żalem zdecydował się powrócić do rzeczywistości. Tu jednak również poczuł się jak we śnie, gdyż to, co zobaczył, nie mieściło się w definicji realności. Zorientował się, że leży zawinięty w skotłowany koc i częściowo zasypany piaskiem. Wypiętrzenie, które sprawiło, że jego głowa znajdowała się niżej niż nogi, nieustannie się powiększało. Coś wyrastało spod piaszczystej plaży, i to akurat w miejscu, gdzie Mike postanowił wypocząć. Z trudem więc pozbierał swoje rzeczy i odpełzł na czworakach kilka metrów. Wreszcie mógł się podnieść, ale to, co ujrzał, sprawiło, że ugięły się pod nim kolana. Rosnąca góra piachu miała już prawie dwa metry wysokości! Drobne, żółte ziarenka powoli osypywały się z jej wierzchołka, odsłaniając jakąś wielką, czarną, cylindryczną formę. Z jej wierzchołka buchnęły kłęby smolistego dymu, a pod stopami dało się poczuć podejrzane wibracje. Mężczyzna zerwał się do ucieczki. Kiedy zatrzymał się, próbując złapać oddech, i spojrzał za siebie, ponownie zamarł z przerażenia. Z plaży – niczym łódź podwodna – wyłaniał się kadłub wielkiego statku. Mike oglądał ten spektakl jak zaczarowany, nie mogąc wykonać nawet jednego ruchu. Widok potężnego, stalowego, częściowo zardzewiałego monstrum spowodował, że wszystkie włosy na ciele obserwatora podniosły się w jakimś atawistycznym odruchu. Na koniec dostrzegł obracającą się śrubę, miejscami połyskującą zadrapaniami mosiężnej struktury. Mełła piach, wzniecając fontanny ziarenek, które usłużny wiatr niósł gdzieś w nieznane. Kadłub prawdopodobnie tankowca tkwił w plaży, rozrywając częściowo wał wydm i niknąc w lesie porastającym nadmorskie tereny.

Wszystko działo się w kompletnej ciszy, niczym kosmiczna katastrofa w próżni, gdzie żaden dźwięk nie ma racji bytu. Jedyne, co można było usłyszeć, to oddech i głośne bicie serca Mike’a, który wznowił jednak próbę oddalenia się na bezpieczną odległość. Kiedy udało mu się wdrapać na koronę najbliższej wydmy, spojrzał na plażę i zobaczył grupki ludzi wpatrujących się zahipnotyzowanym wzrokiem w wydostające się spod ziemi kolejne monstra. „To jakiś absurd! Co to wszystko znaczy? Czyżbym jeszcze spał?” – zastanawiał się gorączkowo, ruszając pędem w kierunku plażowiczów i dając im znaki rękami, aby skryli się na wydmach. – „Co tu się dzieje? Jeden statek można by jeszcze zrozumieć, ale tyle? Co za nonsens! Jak wytłumaczyć to, że statek wyłania się spod ziemi niczym łódź podwodna w lodach Arktyki?” W głowie mężczyzny pojawiła się myśl, że przecież te jednostki były sterowane przez ściśle współpracujące ze sobą algorytmy sztucznej inteligencji, lecz jakie to miało teraz znaczenie? Czy wystąpił jakiś ogólny błąd systemu? Zresztą jakiego systemu? A może już od lat żył w symulacji, nie mając o tym pojęcia? Przecież to, co właśnie rozgrywało się na jego oczach, zwyczajnie przeczyło prawom fizyki!? Tylko błędy szalonego algorytmu mogły uzasadnić te niedorzeczne wydarzenia!

Mike zatrzymał się wreszcie, z trudem oddychając, i oparł ręce na biodrach. Ujrzał kolejny gigantyczny statek, który zbliżał się do plaży „tradycyjną” drogą, od strony oceanu. Na szczęście ludzie wdrapywali się już na wydmę i nie musiał ich ostrzegać. Obserwował więc nadciągające monstrum. Katastrofa rozgrywała się bardzo powoli, co tylko potęgowało jej nieuchronność. Było to coś jak kolizja dwóch planet albo oczekiwanie na ostateczny wyrok.

Panującą dotychczas ciszę rozdarł przeraźliwy ryk syreny okrętowej, a do plaży dotarło małe tsunami, toczone przez gruszkę dziobową ogromnego kadłuba. Po chwili wielkie, stalowe cielsko zaczęło majestatycznie wbijać się w żółty bezkres piachu, na którym – wbrew wszelkim zasadom – pojawiły się fale podobne do tych widocznych przed chwilą na wodzie. Następnie rozbiły się o podnóże wydmy i zastygły, a statek wyraźnie wytracił impet. Zdążył jednak zająć miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą przebywali plażowicze. Kiedy okręt stanął bez ruchu, piasek powoli się uspokoił i zastygł w formie zmarszczonej imitacji morza. Kilkaset metrów dalej tkwił wynurzony z piachu inny kadłub, a gdzieś w oddali widać było kolejne jednostki.

Mike szedł koroną wydmy, mijając zdumionych ludzi, rozmawiających we wszystkich możliwych językach, co tylko dodawało abstrakcyjności całej sytuacji. Patrzył na ogromne kontenerowce, drobnicowce i samochodowce. Ich monstrualne kadłuby przypominały falochrony albo wyrzucone na brzeg morskie stworzenia o niebotycznych wymiarach. Z każdym krokiem perspektywa Mike’a się zmieniała, aż w końcu ujrzał dziesiątki kilometrów zdewastowanej plaży z lotu ptaka. Wtedy zorientował się, że wędruje w przestworzach i poczuł, że nie jest już w stanie w żaden sposób pojąć tego, co się dzieje.

Wtedy do jego uszu dotarł nowy dźwięk. Im wyraźniej go słyszał, tym bardziej zagmatwana stawała się otaczająca rzeczywistość. Z bezkresu nieba nagle trafił do własnego łóżka, zawinięty w skotłowaną pościel. Przez chwilę próbował zachować wspomnienia sennych przeżyć, lecz te – niczym piasek między palcami – opuszczały go, pozostawiając tylko strzępy obrazów i wrażenie niepokoju związane z jakąś gigantyczną morską katastrofą. Założył okulary i spojrzał na osobisty terminal, który wciąż wydawał dźwięk ustawionego wczoraj budzika. Była siódma rano. Co prawda miał dzisiaj wolne, lecz umówił się z przyjacielem na łowienie ryb, opuścił więc niespiesznie swoje legowisko. Wszystko robił powoli, ale – jak na swoje osiemdziesiąt lat – miał doskonałą kondycję. Nie było to jednak w obecnych czasach niczym nadzwyczajnym. Osiągnięcia nauki i medycyny sprawiły, że ludzie dłużej zachowywali witalność, dożywając sędziwego wieku bez chorób czy niepełnosprawności.

Mike nabierał energii z każdą chwilą mijającego poranka. Wziął prysznic, ubrał się i skierował kroki w stronę kuchni, aby przygotować śniadanie. Mieszkał sam. Julia, jego ukochana żona, odeszła dziesięć lat temu. Oboje należeli do pokolenia, dla którego poddanie się zabiegom genetycznym, gwarantującym długie i bezproblemowe życie, nie stanowiło ogólnego standardu. Dlatego tylko on z racji swojej profesji doświadczył tego dobrodziejstwa. Dzisiaj na każde nowo narodzone dziecko czekała specjalna szczepionka, lecz wiele lat temu nie było to takie oczywiste. Swego czasu Mike poświęcił mnóstwo starań, aby jego przełożeni zgodzili się na poddanie Julii działaniu cudownej terapii. Ona jednak, ku rozpaczy męża i zaskoczeniu otoczenia, odmówiła. Nie godząc się na tak radykalne poprawianie natury, postanowiła zestarzeć się w sposób, który był jej pisany. Mike długo prosił, błagał, wysuwał przeróżne argumenty, lecz kobieta pozostała nieugięta. Z czasem oboje o tym zapomnieli i żyli dalej, ciesząc się sobą i darząc wzajemną miłością.

Paręnaście lat temu problem dał jednak o sobie znać. Julia zaczęła niedomagać, gnębiona kolejnymi chorobami, podczas gdy jej mąż zdawał się nie poddawać upływowi czasu, trwając w biologicznym wieku pięćdziesięciu lat. Niestety na zastosowanie terapii było już za późno, więc Mike mógł tylko bezradnie patrzeć na powolne odchodzenie jego jedynej miłości z tego świata.

Rozmyślania przerwał mu dźwięk ekspresu do kawy, obwieszczając przygotowanie filiżanki ulubionego napoju. Mężczyzna rozejrzał się po kuchni, która w niczym nie przypominała nowoczesnych wnętrz w domach sąsiadów czy znajomych. Nie chcieli z Julią poddać się ogólnemu trendowi, zakładającemu oddanie całego budynku pod kontrolę jednostce zarządzającej, sterowanej przez algorytm SI. Woleli klasyczne urządzenia wymagające zaangażowania ze strony użytkownika, co pozwoliło im ocalić małą cząstkę ich dawnego świata. Kiedy zaś Julii zabrakło, Mike nie miał już najmniejszej motywacji, aby cokolwiek zmieniać. Teraz dokończył kanapkę z miodem, popił kawą i był gotowy na spotkanie ze Steve’em.

Rozdział 2 

W wielkim garażu z szeroką bramą wjazdową stały dwa samochody. Mała toyota Julii, nieruszana od dobrych dziesięciu lat, oraz należący do Mike’a mercedes coupé. Mimo że pojazdy wyglądały na leciwe – jak na rok 2075 – zostały mocno zmodernizowane pod względem obowiązujących standardów. Mercedesa jednak, w przeciwieństwie do toyoty, można było prowadzić samodzielnie. Mike pamiętał, jak długo bronił się przed przeróbkami, zwłaszcza kiedy zobaczył możliwości pojazdu żony, która pierwsza poddała swój samochód unowocześnieniom. Modyfikacja polegała przede wszystkim na wymianie napędu spalinowego na elektryczny. To jeszcze miało według Mike’a sens, gdyż w połączeniu z nowoczesnymi ogniwami bateryjnymi pozwalało na uzyskiwanie niebotycznego wręcz zasięgu i błyskawiczne ładowanie na niemal każdym skrzyżowaniu, gdzie oczekiwanie na światłach przekraczało jedną sekundę. Pozbawienie możliwości sterowania było już jednak nieakceptowalne. Julia nie miała z tym problemu, gdyż kierowanie autem zawsze uważała za stratę czasu i bardzo jej odpowiadało wykorzystywanie podróży na rozmowy telefoniczne czy nawet zdalną pracę. On nie potrafiłby zaakceptować faktu, że nowoczesna technologia pozbawi go najmniejszej szansy na ingerencję w zachowanie pojazdu. Co prawda pracował jako pilot i obsługiwał maszyny, które potrafiły same wystartować i wylądować, ale te funkcje zawsze można było wyłączyć. W nowych lub zmodyfikowanych samochodach taka możliwość nie istniała, a w toyocie zniknęła nawet kierownica. Zastąpiono ją dużym ekranem dotykowym, pozwalającym wprowadzić cel podróży, o ile nie zrobiło się tego za pomocą komendy głosowej. Mike’owi – jako osobistemu pilotowi ostatniego prezydenta – przysługiwały jednak pewne przywileje, choćby wspomniana terapia genowa. Pozwoliły mu one również na zachowanie ręcznego sterowania w samochodzie. Naturalnie nie był zatwardziałym konserwatystą i nawet wtedy, gdy mógł wyłączyć automatykę, zdarzało mu się z niej korzystać, więc takie rozwiązanie satysfakcjonowało go już w pełni.

Sprawdził teraz zawartość bagażnika i usadowił się wygodnie za kierownicą. Co prawda poprzedniego wieczora przygotował się na tę wyprawę, ale zawsze lubił mieć pewność, że niczego nie przeoczył. „Jeszcze tylko brakuje mi checklisty, przypiętej metalową klamrą do aluminiowej podkładki” – pomyślał z rozbawieniem. – „Człowiek nigdy nie przestaje być pilotem, nawet po dwudziestu latach siedzenia na ziemi!” Mike pracował jako kontroler w narodowym centrum zarządzania ruchem powietrznym. Jego praca polegała na wyrywkowym sprawdzaniu poprawności wykonywanych operacji lotniczych, które z kolei były prowadzone przez jednostki sztucznej inteligencji. Od dwóch dekad nie doszło jednak do żadnego incydentu, dlatego czas pracy na tym stanowisku został zredukowany do zaledwie dwóch dni w tygodniu, co pozostawiało Mike’owi mnóstwo przestrzeni na inne zainteresowania. Zresztą według ostatnich zapowiedzi likwidacji tej funkcji miał być ostatnim kontrolerem. Podobno nie było już sensu pilnowania czegoś, co radziło sobie z pilotowaniem dużo lepiej niż człowiek. Role stopniowo się odwracały i to algorytmy zaczynały pilnować ludzi, a nie odwrotnie! Mike absolutnie nie zgadzał się z tym trendem, nie miał jednak najmniejszej szansy, aby wpłynąć na związane z nim decyzje. Niezadowolenie i sprzeciw zachowywał więc wyłącznie dla siebie. Nie sprzyjało mu również nastawienie innych pracowników, traktujących go niemal jak dinozaura, który najprawdopodobniej spędza całe dnie na drzemkach w swoim wypełnionym monitorami pokoju. Faktem było, że czasem zdarzało mu się zasnąć, lecz jakie to miało znaczenie dla efektywności jego pracy? Przecież gdyby tylko coś się zaczęło dziać, alarm w sekundę postawiłby go na nogi.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.