1649 osób interesuje się tą książką

Opis

Zwyczajna, piątkowa noc w Nowej Hucie. Kamery monitoringu u zbiegu dwóch ulic rejestrują młodego chłopaka o drugiej piętnaście. Nie ma go na nagraniu z przecznicy dalej…

Sześć lat później, podkomisarz Agnieszka Oliwa odnajduje ciało chłopaka w Opolu. Wszystko wskazuje na to, że w wyjątkowo osobliwy sposób popełnił samobójstwo.

Tymczasem z Okęcia startuje samolot z premierem na pokładzie. Zwykły lot do Toronto ma potrwać dziewięć godzin i trzydzieści pięć minut. Szybko okazuje się jednak, że najprawdopodobniej nigdy nie dotrze do celu… rozpoczyna się wyścig z czasem, a jedyną poszlaką jest chłopak, który niegdyś zaginął na krakowskich ulicach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 490

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Olgi i Marysi,

które przez lata dopominały się o tę książkę

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ceń słowa. Każde może być twoim ostatnim.

– Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane

 

 

 

 

 

Rozdział I

 

 

 

4:55 nad ranem. Opole, ul. Hubala

 

Wszyscy umierają dwukrotnie. Raz, kiedy odchodzą z tego świata, i drugi, kiedy zostają zapomniani. Człowiekowi, który zginął dziś w bloku przy ulicy Hubala w Opolu, ta druga śmierć z pewnością nie groziła.

Agnieszka Oliwa niebawem miała się o tym przekonać. Nie zdążyła nawet wypić kawy, choć właściwie nie potrzebowała jej, by się rozbudzić. Informacja z centrali była krótka – z czymś takim jeszcze się nie spotkali.

Prowadził ją smród śmierci. Szła za nim jak po sznurku, myśląc o tym, jak parszywą robotę sobie wybrała. Normą było, że musiała wyrwać się z łóżka na długo przed tym, jak zadzwonił budzik. Normą niestety było też to, że zazwyczaj musiała kierować się tam, gdzie śmierdziało najgorzej.

Podkomisarz Agnieszka Oliwa minęła dwoje otwartych drzwi na klatce schodowej, czując, że zbliża się do celu.

– Proszę zostać w mieszkaniu – powiedziała, patrząc na zaspane, acz zaciekawione twarze ludzi wychylających się za próg.

Szła dalej, do lokalu numer czterdzieści jeden w wysokim, dwunastopiętrowym bloku. Zazwyczaj w takich miejscach woniało zsypem, co przywodziło na myśl czasy raczkowania III RP, dziś jednak czuć było tylko fetor rozkładu. Nie musiała pytać kogokolwiek o kierunek. Gdy minęła zakręt, w korytarzu zobaczyła tłum funkcjonariuszy.

Skinęła do kilku głową, po czym weszła do mieszkania. Nie pofatygowała się, by zasłonić usta i nos – dawno uzmysłowiła sobie, że to odruch tyle bezwarunkowy, ile bezsensowny.

A mimo to ręka drgnęła. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że w środku unosił się zapach krwi, kału i uryny. Robactwo zdążyło już pewnie zalęgnąć się w ciele denata, przyspieszając proces rozkładu.

– Co mamy? – zapytała, siląc się na nonszalancki ton.

Nie wyszło to najlepiej, ale wszyscy wokół byli tak skonsternowani, że uszło to ich uwagi. Agnieszka wbiła wzrok w makabryczny widok, jaki rozpościerał się przed jej oczyma. Informacja z centrali nie była przesadzona. Trup wisiał pod sufitem, ale z pewnością nie był to obraz, którego się spodziewała.

Technik stojący przy zwłokach odwrócił się i podniósł spojrzenie. Wydął usta, wypuszczając powietrze, a potem zlustrował pomieszczenie, jak gdyby dopiero teraz zaczynał analizować sytuację.

– Samobójstwo.

– To? – zapytała Agnieszka. – To wygląda ci na samobójstwo?

– Wiem, na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie jakiejś chorej egzekucji, ale nic z tych rzeczy. Gość zadał sobie trud, to trzeba mu oddać… tyle że nie sposób dopatrzeć się działania osoby trzeciej.

Gdyby nie jego rzeczowy ton, powiedziałaby, że zwyczajnie drze sobie z niej łacha.

– Jesteś pewien? – zapytała, podchodząc do sinego wisielca.

– Mhm – mruknął kryminalistyk. – Może ktoś pomógł mu na pewnym etapie, zanim odebrał sobie życie, nie wiem. Ale na moje oko to dość pewny kandydat na samobójcę.

Podkomisarz skinęła głową, zbliżając się jeszcze o pół kroku. Dalej podejść nie mogła, bo wdepnęłaby we wnętrzności nieszczęśnika. Jego brzuch był rozcięty poziomo na wysokości pępka, a trzewia wypłynęły z wiszącego ciała i rozbryznęły się na podłodze.

– Zajęcia z anatomii miałem dość dawno… – odezwał się technik. – Ale powiedziałbym, że to jelito grube – dodał, wskazując na pofałdowany, pokryty śliską błoną śluzową przewód, który zwisał z ciała.

Agnieszka podniosła wzrok znad bebechów na podłodze.

– Okrężnica – burknęła. – Mniejsza z anatomią. Jak to zrobił?

– Dość wymyślnie, ale w gruncie rzeczy też tradycyjnie – odparł kryminalistyk i lekko się uśmiechnął. Podkomisarz trwała z kamiennym wyrazem twarzy, więc szybko wrócił do służbowego tonu. – Stanął na krześle, umocował pętlę na szyi, a pod policzki włożył żyletki przyczepione do linek, które widzi pani na suficie. Potem skoczył ze stołka, jednocześnie przeciągając sobie ostrzem po brzuchu. I mamy to, co mamy.

Agnieszka spojrzała na twarz oszpeconą makabrycznym uśmiechem. Dwa ostrza rozharatały policzki i obnażyły tylne uzębienie. Wyglądało to tak, jakby nieszczęśnik nie wisiał na pętli zaciśniętej na szyi, ale na dwóch napiętych linkach zwieńczonych żyletkami. Pojedyncze krople krwi skapywały jeszcze z brody, a na nagim ciele widniały zaschnięte, czerwone ślady, ciągnące się w dół.

– Nie dowierza pani, że sam to zrobił? – zapytał kryminalistyk.

Oliwa nie odpowiedziała, przykucając przy wnętrznościach leżących na podłodze. Zignorowała te, które nadal pokrywały zwiotczałego penisa i włosy łonowe.

– Z tych fusów nic pani nie wywróży.

– Ze śladów opadowych też nie – odparła. – A mimo to ślęczałeś nad jego pociemniałymi girami, kiedy weszłam. – Podniosła wzrok. – I nie, nie dowierzam. Nie trzeba geniusza, by zobaczyć, że ten facet sam się nie zabił.

– Czasem samobójstwo jest tylko samobójstwem, droga pani komisarz. Jakkolwiek makabrycznie by wyglądało.

Popatrzyła na niego spode łba i wyciągnęła paczkę mentolowych marlboro. Czekała, aż któryś z techników zaoponuje, ale tylko machnęli ręką, oznajmiając, że ściągnięto ich tu w środku nocy i zebrali już ślady osmologiczne.

– Gdyby ktoś chciał cokolwiek upozorować, po prostu powiesiłby tego faceta – dodał kryminalistyk. – Nie rozcinałby mu przy tym gęby i bandziocha.

Agnieszka wypuściła dym w kierunku ciała, a potem rzuciła paczkę technikowi. Ten wziął papierosa dla siebie i oddał ją podkomisarz.

– Brak śladów włamania? – zapytała.

– Brak. Nie zauważyłem też niczego, co świadczyłoby, że umarlak miał w ostatnim czasie jakiegokolwiek gościa.

– I nie ma żadnych śladów walki? – zapytała.

– Żadnych. Wszystko wskazuje na to, że stanął na krześle, a potem zrobił jeden mały krok dla ludzkości, ale wielki dla siebie.

– Czym rozciął brzuch?

– Pierdoloną kataną – odparł kryminalistyk, tym razem nie mogąc już opanować uśmiechu. Wskazał na szablę, która leżała kawałek dalej. – Nie znam się na takich ostrzach, ale ten japoński wynalazek to chyba jedna z najostrzejszych broni. Widać zresztą po efekcie.

Podkomisarz podniosła się i podeszła do zakrwawionego, zakrzywionego miecza samurajskiego. Spoglądała nań przez chwilę, podczas gdy technik mamrotał coś pod nosem, rozwijając temat szabli. Agnieszka szybko wypaliła papierosa, wyrzuciła niedopałek przez okno i rozejrzała się po pomieszczeniu. Z pewnością gdzieś tutaj znajdował się list pożegnalny, bo nikt nie zadawałby sobie tyle trudu bez powiedzenia choć kilku słów na dobranoc – na szukanie go jednak przyjdzie jeszcze pora, stwierdziła. Teraz musiała sprawdzić coś znacznie ważniejszego.

– Pani komisarz?

Nie odpowiadając, przeszła dalej. Mieszkanie nie było duże, raptem dwupokojowe. Drugie pomieszczenie najpewniej służyło jako gabinet połączony z sypialnią – na niewielkim biurku tkwiły laptop, myszka, trochę papierów, tuż za nim zaś znajdowało się łóżko. Agnieszka spojrzała na blat i dostrzegła coś, czego się nie spodziewała.

Uśmiechnęła się lekko. Pięknie.

Wróciwszy do salonu, znacząco odchrząknęła.

– Znalazła pani sprawcę? – zapytał półgębkiem mężczyzna.

– Jeszcze nie. Ale ustaliłam, że pański samobójca najwyraźniej nie lubił korzystać z touchpada. Używał myszki.

– Fascynujące.

– Nie, fascynujące jest to, że znajduje się ona po lewej stronie laptopa.

– Słucham?

– Ofiara była leworęczna – odparła Agnieszka, podchodząc do zwisających z sufitu zwłok, po czym obróciła się do nich plecami. Uniosła lewą rękę i przeciągnęła nią wzdłuż brzucha, jakby wykonywała cesarskie cięcie. – Gdyby ten facet sam rozciął sobie trzewia, katana leżałaby po lewej stronie. Leży jednak po prawej.

Kryminalistyk wykonał ruch, jakby podrzynał sobie gardło. Spojrzał na zakrwawione ostrze, bledniejąc na twarzy.

– O kurwa… – skwitował.

– Żeby rozpłatać sobie bebech, trzeba mieć dużo determinacji, ale też sporo precyzji. Denat nie zrobiłby tego prawą ręką, więc wypada przyjąć, że ktoś mu pomógł.

– Najwyraźniej… – wydukał technik. – Ściągnęliśmy już odciski z rękojeści, zaraz poślę z nimi kogoś na komendę.

Podkomisarz wątpiła, by cokolwiek na tej podstawie ustalili. Czuła, że przed nią długa droga i ktokolwiek zaaranżował to przedstawienie, zadbał o to, by błądziła we mgle.

 

 

5:15. Opole, ul. Hubala

 

Zastępca naczelnika wydziału kryminalnego pojawił się na miejscu chwilę po tym, jak odebrał telefon od swojej podkomendnej. Przedstawiła mu ogólny zarys sytuacji, ale i bez tego wiedziałby, że sprawa jest nietuzinkowa. Dla normalnego samobójstwa nikt nie ściągałby go na miejsce zdarzenia o tak nieludzkiej porze.

Cały budynek został zamknięty, a wokół niego utworzono szczelny kordon. Mieszkańcy z pewnością będą później zgłaszać pretensje o „opieszałość policji” i lamentować, że spóźnili się do pracy, ale podinspektora specjalnie to nie interesowało. Wiedział, że niebawem na śledztwie skupią się wszystkie media, więc wolał grać dokładnie tak, jak mu kazały przepisy. Jako stosunkowo młody policjant z niewielkim stażem pracy mógł okazać się idealnym kozłem ofiarnym, gdyby cokolwiek poszło nie tak.

Marek Litman pewnym krokiem wszedł do mieszkania, po czym zatrzymał się jak rażony piorunem. Potrzebował chwili, by ogarnąć umysłem sytuację. Owszem, widywał tak dantejskie sceny, ale tylko na materiałach szkoleniowych. Albo w horrorach na Netfliksie.

– Co to jest, do kurwy nędzy? – wydusił.

– Jak mówiłam przez telefon, panie inspektorze, moim zdaniem…

– Mówiłaś, że mamy samobójstwo lub morderstwo, wyjątkowo brutalne – uciął. – Ale to… to, do cholery, wygląda, jakby żywcem rozpruł tego człowieka sam Hannibal Lecter.

– Raczej Jigsaw – burknął kryminalistyk.

– Co? – zapytał podinspektor, a następnie potrząsnął głową. – Ustaliliście wstępnie czas zgonu?

– Na tym etapie to byłaby czysta zgadywanka – zastrzegła Agnieszka, ale widząc wzrok przełożonego, szybko uniosła otwarte dłonie. Spojrzała na technika, ten zaś przez moment się zastanawiał.

– Plamy opadowe wskazują, że minęło od dwóch do czterech godzin – odezwał się. – Pojawiły się też pierwsze insekty, więc i to zdawałoby się potwierdzać ten szacunek… ale nie jestem entomologiem. Więcej dowiemy się, jak go ściągniemy. Jeśli plamy pośmiertne zostaną, to będzie trzeba przyjąć, że jest martwy od co najmniej dziesięciu godzin.

Litman chętnie ściągnąłby sprawiającego upiorne wrażenie biedaka, ale nie miał pojęcia, czy tym samym nie zatarliby jakichś śladów. Znał procedury, przynajmniej na papierze, w tej sytuacji jednak czuł się zupełnie zagubiony. Przestąpił z nogi na nogę, tocząc wzrokiem po pokoju.

– Śmierdzi fajkami – odezwał się niepewnie. – Ktoś tu niedawno palił, więc najwyraźniej…

Urwał, gdyż podkomisarz wyciągnęła z kieszeni paczkę mentoli i obróciła ją w ręce.

– Lepsze to niż wcześniejszy odór – powiedziała.

– Świetnie. Ingerowałaś jeszcze w jakiś sposób w miejsce zdarzenia?

– Poszperałam trochę, bo technicy już wszystko zebrali. Powiedzieli, że możemy szaleć do woli.

– Zaszalał raczej ten, kto powiesił tego człowieka pod sufitem – zauważył Litman.

Agnieszka skinęła głową i odsunęła sobie krzesło przy stole. Wskazała to, które stało naprzeciwko.

– Klapnie pan? – spytała, sama zajmując miejsce.

Spoglądając na zgiętą kartkę A4, którą policjantka położyła na blacie, Marek zasiadł po drugiej stronie. Ani chybi Oliwa znalazła list pożegnalny. Patrząc jednak na to, co stało się z tym człowiekiem, trudno było przypuszczać, by denat napisał go z własnej woli. Bardziej prawdopodobne, że ktoś go do tego zmusił, zanim doszło do tragedii.

– Znalazłam pod laptopem – powiedziała Oliwa, podsuwając kartkę. – Ale wątpię, by ten list zawierał to, czego się pan spodziewa.

– Taka jesteś przenikliwa?

– Proszę rzucić okiem – odparła Agnieszka, wzruszając ramionami.

Litman ściągnął gruby płaszcz, po czym odwiązał szalik i upchnął go do rękawa. Mróz trzymał tej zimy wyjątkowo mocno, a o piątej rano sprawiał, że odechciewało się żyć. W mieszkaniu również nie było najcieplej, ale podinspektora skutecznie rozgrzewały emocje.

Rozłożył kartkę i zamarł. Rzeczywiście, nie tego się spodziewał. Na papierze wydrukowane były czarno-białe zdjęcia wszystkich oficerów wydziału kryminalnego opolskiej policji. Małym fontem przy każdym z nich sporządzono krótki opis, niemający jednak nic wspólnego z tym, co można by znaleźć w archiwach czy na stronach internetowych.

– Agnieszka Oliwa, lat trzydzieści sześć, podkomisarz – odczytał Marek. – Zbyt często pije gin z tonikiem. Niezamężna, świeżo po trzyletnim związku. Dewiantka kryminalna. Czytuje Yrsę Sigur… Sigurdar… Sigurdardóttir, ulubiony serial: Alienista. Ma DVD z wszystkimi sezonami Przyjaciół i… kurwa mać, co to ma być? Plotek czy Pudelek?

– Niech pan czyta dalej.

Zastępca naczelnika przez moment się wahał.

– Jeździ czarną skodą octavią, gaźnik do wymiany. W fitness klubie przy Oleskiej spędza średnio dwie godziny tygodniowo. Rozmiar stanika: 80D.

Litman urwał, unosząc brwi i mimowolnie spoglądając ponad stołem, by mniej więcej zweryfikować ten ostatni fakt.

– Wszystko się zgadza – odparła Agnieszka. – Ale co do ostatniej kwestii musi mi pan uwierzyć na słowo.

Zupełnie skołowany, Marek opuścił wzrok na kartkę. Zaczął czytać to, co drobnym maczkiem było tam napisane na jego temat.

– Według autora sporo jeździ pan rowerem po Bolko i zazwyczaj zatrzymuje się pan na ciastko i kawę w Labie – odezwała się podkomisarz. – Przypuszczam, że to prawda, podobnie jak… pozostałe rzeczy?

– Dobrze przypuszczasz – odparł Litman, doczytując do końca. Złożył kartkę na pół, a następnie spojrzał na technika, który właśnie ściągał odciski z krzesła. – Ktoś to widział, oprócz ciebie?

– Nie.

– Dobrze. Niech tak zostanie, przynajmniej na razie. Ostatnie, czego mi trzeba, to przeciek do mediów, że ktoś inwigilował naszych ludzi.

Podinspektor skrzyżował dłonie na stole, patrząc najpierw na swoją podkomendną, a potem na wiszące obok zwłoki. Nigdy nie spodziewał się, że w swojej karierze wdepnie w taki gnój. Ani że w Opolu dojdzie do kolejnej makabrycznej zbrodni, której rozwiązanie tym razem przypadnie właśnie jemu. Zło zdawało się przyciągać zło, choć wszyscy liczyli na to, że po sprawie Iluzjonisty miasto przynajmniej przez jakiś czas będzie cieszyło się spokojem.

Bardziej od trupa martwiły go jednak informacje w liście. I fakt, że Oliwa zdążyła się z nimi zapoznać.

Marek odchrząknął, patrząc na paczkę mentoli, która pojawiła się na stole. Policjantka podsunęła mu ją, ale Litman pokręcił głową.

– Jesteś pewna, że to nie samobójstwo? – zapytał.

– Płacą mi za to, żebym nie była – odparła Agnieszka.

– I opierasz się na tym, że katana leży po prawej, a nie po lewej stronie?

– Tak jest – powiedziała kobieta, poprawiając niesforny kosmyk włosów. Również skrzyżowała ręce na stole i zmrużyła oczy. – Oprócz tego ten list zdaje się świadczyć, że ktoś rzuca nam wyzwanie.

– Naoglądałaś się za dużo Detektywai Alienisty, Oliwka.

Puściła to określenie mimo uszu, podobnie jak płonne próby zakłamania rzeczywistości. Wszystko mieli podane na talerzu, nie było nawet specjalnie się nad czym zastanawiać.

– Chcę wiedzieć dwie rzeczy – odezwał się Marek. – Po pierwsze, czy ten gość dałby radę się zabić w ten sposób. I po drugie, kim jest. Im szybciej mi dostarczysz…

– Dałby radę – wtrącił technik, odrywając się od ściągania odcisków. – Wszystko załatwiła fizyka… przynajmniej jeśli nie liczyć rozciętych bebechów. Pętla zacisnęła się na szyi, linki się napięły i finito. Nie można wykluczyć, że facet był po prostu zdeterminowany albo już kiedyś próbował samobójstwa i tym razem chciał mieć pewność. Takich niedoszłych wbrew pozorom jest dużo. Przy próbach przez zatrucie umiera tylko około dwóch procent. Z tych, którzy tną nadgarstki, ginie tylko jeden na dziesięć, a…

– Okej – uciął Litman. – Niepotrzebny mi wykład.

Spojrzał na siedzącą naprzeciw kobietę, licząc na to, że nie będzie musiał poruszać spraw oczywistych. Jej wyraz twarzy szybko pogrążył jego nadzieję.

– Dopóki nie znajdziesz czegoś jednoznacznie wskazującego na morderstwo, uznaję, że mamy do czynienia z samobójstwem – odezwał się. – Jasne?

– Oczywiście.

– Oliwka…

Nie znosiła tego zdrobnienia, ale za każdym razem, gdy używał go przełożony, przyjmowała je z godnością.

– Tak, panie inspektorze?

– Słyszę przecież, że masz to w dupie.

Policjantka lekko się uśmiechnęła.

– Rozumiem, że wszystko ma się odbywać zgodnie ze sztuką, panie inspektorze – zapewniła. – I nie zamierzam robić niczego, co mogłoby sprowadzić na pana lub komendę wojewódzką wizerunkowe kłopoty.

Zastępca naczelnika wbił wzrok w oczy Agnieszki, po czym skinął głową. Zabrał kartkę z informacjami na temat oficerów i wstał ze swojego miejsca.

– Przesłucham sąsiadów – powiedział. – Jak wrócę, chcę mieć coś na temat tego faceta. Więcej, niż sam zdołam się dowiedzieć, jasne?

– Tak jest – potwierdziła Oliwa, nieco skonsternowana tym, że podinspektor sam będzie parał się domokrąstwem. Nie miała jednak zamiaru protestować. W mieszkaniu było jeszcze sporo do zrobienia, a od sąsiadów z pewnością nie mogłaby dowiedzieć się niczego poza zupełnymi pierdołami. Miała też zamiar dobrać się do laptopa, a stojący nad nią zastępca naczelnika raczej by to uniemożliwił.

Była przekonana, że w mieszkaniu nie znajdą żadnych śladów mogących świadczyć, że miało tu miejsce zabójstwo. Oprócz katany po złej stronie – choć najpewniej znajdzie się ktoś, kto wykaże, że to niczego nie dowodzi.

Oliwkę bardziej jednak martwiło to, że szpiegowanie oficerów stanowiło wyzwanie, bezczelne i odważne, rzucone opolskiej policji prosto w twarz. Ktokolwiek z nimi igrał, wiedział, co robi.

 

 

5:20. Warszawa, ul. Parkowa

 

Utykający mężczyzna stanął przed willą przy Parkowej, trzymając oburącz łopatę do śniegu. Na moment przestał go odgarniać sprzed podjazdu i podniósł wzrok na budynek. Kojarzył mu się z hacjendami, które pamiętał ze starych westernów. No, może gdyby odjąć tu i ówdzie funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa, którzy kręcili się po obejściu. Jeden z nich już zdążył się nim zainteresować.

Zamiatacz skinął do niego głową, po czym na powrót zajął się odgarnianiem białego puchu.

Wprawdzie nie miał prawa tego wiedzieć, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że premier za moment opuści swoje włości i pojedzie na Okęcie. Zwykłym, komercyjnym lotem uda się na spotkanie z kanadyjskimi władzami w Toronto.

Tanie państwo. Ludziom podobało się, że sternik polityki wewnętrznej i zewnętrznej jest jak przeciętny człowiek – zamiast latać w przestronnych wnętrzach embraerów czy innych VIP-owskich maszyn, zasiada w rzędach niebieskich siedzeń i ogląda po raz setny stewardesę informującą o tym, jak powinno się zachować w razie niebezpieczeństwa.

Tyle że tym razem nikt ani nic nie przygotuje pasażerów na to, co ich czeka.

Utykający mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, formując białą fałdę obok przejścia, którym premier Hauer przejedzie na wózku w drodze do podstawionego samochodu. Wyciągnął z kieszeni komórkę i sprawdziwszy godzinę, stwierdził, że stanie się to za kilka minut.

Jego zadanie było proste – po tym, jak polityk znajdzie się w rządowym mercedesie citanie, który został przystosowany dla niepełnosprawnego Hauera, zamiatacz wykona krótki telefon. Nie wiedział wiele więcej, bo nie musiał. Nikt mu nie płacił za myślenie ani analizowanie konsekwencji. Miał przekazać informację, iż ładunek jest w drodze, a potem zwijać się czym prędzej z kraju.

Wiedział, że szykuje się coś dużego. Bomba w samolocie? Na pozór niemożliwe, ale przecież nie nierealne. A może zamach miał być bardziej bezpośredni? Niewiele trzeba, by na pokład przemycić coś, czym można by dźgnąć premiera w szyję. Wystarczy iść między rzędami, niby do kibla, i w odpowiednim miejscu zatoczyć się nagle w kierunku polityka. Jeden szybki cios i koniec.

Utykający mężczyzna uznał, że nie ma co gdybać. Za jakąś godzinę wszystkie media na świecie będą mówiły o tym, co dzieje się na pokładzie lotu PA202 z Warszawy do Toronto. Dowie się wówczas wszystkiego.

Uśmiechnięty, zepchnął ostatni kawałek śniegu i uznał, że czas na fajrant.

 

 

5:23. Opole, ul. Hubala

 

Agnieszka przełożyła myszkę na drugą stronę laptopa, po czym rozpoczęła poszukiwania czegokolwiek, co mogłoby okazać się przydatne. Dla techników informatycznych w wydziale ten sprzęt stanowiłby prawdziwą kopalnię wiedzy, ale ona miała ograniczony zasób narzędzi, bo jej wiedza komputerowa kończyła się na tym, jak nakręcić story na Instagram. Uznała, że zacznie od sprawdzenia historii w przeglądarce.

Szybko stało się jasne, że przed zapadnięciem w wieczny sen denat naoglądał się pornoli. Ostatnie wejście na stronę obfitującą w zalotnie uśmiechające się Azjatki miało miejsce około drugiej. Najpewniej zaraz potem stracił życie… a może nawet stało się to w trakcie oglądania całego panteonu orientalnych cycków. Pewnie nie najgorszy sposób dla faceta, by zejść z tego świata.

Oliwa westchnęła, odpalając papierosa wiszącego w kąciku ust.

– Nie podejrzewałem… – rozległ się głos zza jej pleców. – O szczęście niepojęte, mamy wspólne zainteresowania.

Agnieszka odwróciła się do kryminalistyka i spiorunowawszy go wzrokiem, zachęciła, by wszedł do gabinetu. Ten ochoczo skorzystał, wpatrując się w obraz na monitorze.

– Przeglądał to tuż przed śmiercią, ostatnie wejście jest o drugiej zero dwa.

– Odszedł od nas godnie – odparł technik, skłaniając się przed komputerem. – Znalazła pani coś jeszcze?

– Tak. I skończ z tą panią – mruknęła podkomisarz, przewijając historię. – Wcześniej przeglądał wiadomości na Wirtualnej Polsce, poczytał trochę plotek, obejrzał jakieś zdjęcia i sprawdzał połączenia PKP. Z Opola Głównego na Warszawę Centralną, na piątą dwadzieścia siedem.

Kryminalistyk spojrzał na zegarek.

– Chyba się spóźni – podsumował, czym nie wyzwolił żadnej reakcji u rozmówczyni. – Zamówił bilet?

– Wyglądam ci na kogoś, kto mógłby to stwierdzić?

– Zobacz, czy przeszedł stamtąd do płatności.

Uznała, że to nie najgłupszy pomysł, po czym odłożyła papierosa do popielniczki. Przewinęła historię z powrotem, stwierdzając, że nieszczęśnik wszedł na konto w mBanku, najpewniej właśnie po to, aby uregulować należność.

– I? – spytała Oliwka.

– Co?

– Czy ktoś, kto planuje samobójstwo, ogląda mangę dla dorosłych i bukuje sobie poranny pociąg?

– Nie – przyznał technik, przysiadając na skraju biurka. – Ale to nielogiczne.

– Mnie się wydaje bardzo logiczne.

– Mam na myśli to, że nie trzeba było wiele, żeby obalić teorię o samobójstwie. Zupełnie jakby sprawca zostawił nam pod nosem ślady, zaczynając od katany. Po co w takim razie zadał sobie tyle trudu z wisielcem?

– Nie wiem.

– I o czym szeptaliście przy stole z Galantem?

Agnieszka mimowolnie się rozejrzała. Sądziła, że to określenie Litmana krąży jedynie po jej wydziale. Zastępca naczelnika dbał o swoją powierzchowność bardziej niż ktokolwiek inny na komendzie, stąd była to ksywka cokolwiek przystająca do rzeczywistości – i może właśnie przez to niedoceniana przez samego zainteresowanego. Raz czy dwa zrobił aferę z tego powodu, przez co „Galant” stał się jeszcze bardziej lotnym określeniem. Osobiście podkomisarz uważała, że pseudonim jest znacznie korzystniejszy niż pieszczotliwe „Oliwka”, które niefortunnie do niej przylgnęło.

– Analizowaliśmy sprawę – odparła.

– A wyglądał, jakby dostał nagłego skurczu jaj – ocenił kryminalistyk. – I co to była za kartka, którą schował do marynarki?

– Nie wiem.

– Sama mu ją dałaś – zaoponował technik. – Chyba nie materiał dowodowy, co?

Oliwka spojrzała na chłopaka z dezaprobatą, przeklinając w duchu całą sytuację.

Morderstwo niezbyt dobrze upozorowane jako samobójstwo to jedno, ale ta kartka to zupełnie co innego. Brudy, jakie się na niej znajdowały, nadawały całkiem nowy wydźwięk tej sprawie. I rzeczywiście, był to pieprzony materiał dowodowy, który Marek Litman bez wahania wyniósł z miejsca zdarzenia.

Przez myśl przeszło jej, że być może gdzieś na laptopie jest plik, który stanowił elektroniczną wersję wydruku. Odchyliła się na krześle, omiotła wzrokiem pomieszczenie, po czym z ulgą stwierdziła, że nie ma tu drukarki. Najpewniej kartkę przyniósł ze sobą morderca, a potem położył ją pod laptopem.

– No? – zapytał kryminalistyk. – Widziałem przecież, że to zwinął.

– Mało masz roboty? – odparła pod nosem Oliwa. – Pozbierałeś wszystkie odciski?

Technik uśmiechnął się, kiwając głową, następnie sięgnął po jej papierosa, który tlił się w popielniczce.

– Widzę, że to jakaś gruba sprawa.

– Dosyć – potwierdziła, patrząc na mentola. – Jest jeden trup, a zaraz będzie drugi, jak mi nie oddasz fajki.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo do mieszkania wszedł zastępca naczelnika. Słysząc kroki, Agnieszka i kryminalistyk natychmiast obrócili się w kierunku drzwi. Litman rozpiął marynarkę, zatrzymał się w progu gabinetu i karcąco spojrzał na swoją podwładną.

– Chyba sobie żartujesz – odezwał się, przenosząc wzrok na monitor.

– Musiałam sprawdzić, co to za facet – zaoponowała, unosząc ręce znad laptopa i pokazując, że ma rękawiczki. – Dowiedział się pan czegoś?

– Tego, że na dole są już ludzie z Opole24, „Wyborczej”, TVP, NSI i „Trybuny”. Wokół naszego kordonu robi się drugi pierścień. I przypuszczam, że… – Marek urwał, patrząc na technika. – A ty co tu robisz?

– Analizowałem materiał na komputerze, panie inspektorze.

– A coś ty za jeden?

– Cyryl Czantyr.

Zaległa niewygodna cisza.

– Co proszę? – spytał Marek.

– Tak się nazywam.

– Jak jakaś postać z kreskówki?

– Tak mi dali na imię rodzice, a nazwiska przecież ojciec nie wybierał.

Litman przez moment świdrował go wzrokiem, jakby spodziewał się, że rozmówca zaraz przyzna się do żartu.

– Świetnie – mruknął w końcu podinspektor. – Udało wam się coś znaleźć?

– Ustaliliśmy, że denat lubił Azjatki.

– Przypuszczam, że nie chodzi o mangę czy anime.

– Nie do końca. Oprócz tego kupił sobie bilet do Warszawy na pociąg, który odjeżdża… mniej więcej w tej chwili – odparła Agnieszka. – Ale dopiero zaczynam przekopywać się przez złogi jego życia. Za pańskim pozwoleniem będę brnąć dalej.

Jej wzrok nie pozostawiał wątpliwości, że prosi o nie wyłącznie dla porządku.

– Okej – odparł oficer. – Skoro już i tak złamałaś wszelkie standardy i postąpiłaś wbrew rozkazom, to proszę bardzo, kontynuuj, nadwątlaj moje zaufanie do ciebie jeszcze bardziej.

– Tak jest.

Stanął nad nią, więc kryminalistyk musiał trochę się odsunąć. Podinspektor zerknął na niego, ale nie pogonił go wzrokiem, toteż Cyryl uznał, że może zostać w gabinecie. W normalnej sytuacji najpewniej pakowałby już swoje rzeczy i wiózł próbki do laboratorium, ale sytuacja była cokolwiek niecodzienna. Dziś wszyscy byli dalecy od tego, jak powinni się zachować.

– Sprawdź, co oglądał, zanim zabrał się do biletów i Azjatek – polecił Marek.

Oliwa była już w trakcie szperania we wcześniejszej historii, ale nie znalazła niczego, co dowodziłoby, że denat miał z kimkolwiek na pieńku albo był z natury kimś, kto ściąga na siebie kłopoty. Na razie najlepszym kandydatem na mordercę wydawał się sprzedawca, któremu ofiara wystawiła negatywną ocenę na Allegro.

Jedyną przydatną informacją było to, że wisielec zamówił sobie bilet, by dzisiaj wyjechać z Opola. Może przed kimś uciekał, a może był to zbieg okoliczności – tak czy inaczej wymagało to dalszego sprawdzenia.

Agnieszka zminimalizowała przeglądarkę i zaczęła szperać po dysku. Przejrzała dokumenty – nic ciekawego. Kilka wzorów umów, stary program do PIT-ów, parę ebooków z Chomika. Nic, co mogłoby rzucić nieco światła na ofiarę.

Inną sprawę stanowiły zdjęcia.

– O, proszę – odezwał się Czantyr. – Chłopina potrafił się bawić.

– I to porządnie, jak na prawilnego chłopaka przystało – odparł Litman, opierając się o krzesło, na którym siedziała Oliwa. – Kibolska ustawka?

Agnieszka wpatrywała się w zdjęcie przedstawiające kilkunastu mężczyzn bez koszulek stojących nocą na jakiejś ulicy. Wszyscy prężyli mięśnie do obiektywu, niektórzy przyjęli postawy bojowe. Powiększyła fotografię, by po chwili ujrzeć rozpikselowane tatuaże, widoczne na torsach co poniektórych. Jeden przedstawiał cyfry „88/14”, inny orła ze swastyką w szponach. Pozostałe były utrzymane w podobnym stylu – przede wszystkim krzyże celtyckie, słoneczne i runy SS.

– Idealnie – bąknął Marek. – Nie dość, że wyjątkowo skurwysyńskie morderstwo, to jeszcze z neonazistowskim wydźwiękiem.

Bagno, w które wdepnęli, nagle stało się znacznie głębsze.

– Nie wygląda, by motywem był podtekst neonazistowski – zaoponowała Agnieszka. – Denata ktoś powiesił, rozbebeszył i poszerzył mu uśmiech w osobliwy sposób, ale nie ma nic, co wskazywałoby na manifest ideologiczny czy polityczny. Gdyby dobrali się do niego kumple, mielibyśmy swastykę wyrytą na brzuchu czy coś w tym stylu. Gdyby to jakaś lewicowa bojówka go tak załatwiła, z pewnością zostawiliby coś na kształt pacyfki.

– Z pewnością, Oliwka.

– Mówię tylko, że gdyby zrobił to dumny wyznawca jakiejkolwiek ideologii, to najpewniej pochwaliłby się tym, w imię czego…

– Wszystko to spekulacje – uciął Marek. – A ja potrzebuję konkretów.

– Sąsiedzi nie okazali się pomocni? – burknęła w odpowiedzi.

– Niezbyt. Sprawdziłem dwa najbliższe mieszkania i nic. Jacek Kiedrowski, bo tak się nazywa nieszczęśnik wiszący w pokoju, nie był typem rozmownego człowieka, za jakiego moglibyście go wziąć z powodu zdjęć – odparł Litman, patrząc na grupę mięśniaków. – Sąsiedzi nie widzieli, by ktokolwiek do niego zaglądał. Zakupy zawsze nosił w jednorazówkach, skromne i ewidentnie dla jednej osoby. Burkliwy, niezbyt przyjazny, wedle jednej staruszki nigdy nie powiedział „dzień dobry”, w porywach skinął głową. Z drugiej strony, nigdy nie robił problemów. Żadnych imprez, żadnego dudnienia, nic z tych rzeczy.

Agnieszka spoglądała na zastępcę naczelnika lekko skonsternowana. Dotychczas sądziła, że to jej przypadnie rola głównego dochodzeniowca, ale po tym wywodzie wypadało uznać, że nie będzie prowadziła tej sprawy – Litman najwyraźniej zajął jej miejsce, a ją właśnie odsunął na boczny tor. Mogło być gorzej. Galant nie był w ciemię bity, a sprawa równie dobrze mogła trafić do Prokockiego, z którym Oliwka ścigała się o kolejny awans.

Zresztą zapewne niebawem i tak zjawi się jakiś prokurator, by oficjalnie przejąć wodze głośnego śledztwa. Przy dochodzeniach w sprawach mniejszej wagi nikt nie zabiegał o to, by ubrudzić sobie ręce, ale teraz z pewnością potencjał do zbicia kapitału zawodowego był zbyt duży, by prokuratura przymknęła na to oko i zostawiła wszystko policji.

– Ogólnie rzecz biorąc, według sąsiadów był to typowy milczek – skwitował Marek.

– Czyli najgroźniejszy typ naziola – wtrącił Czantyr. – Nie taki, co krzyczy i zwraca na siebie uwagę wszystkich, tylko prawdziwy przyczajony tygrys.

Podinspektor Litman zbył jego słowa milczeniem, po czym ruchem ręki zasugerował podwładnej, by pokazała pozostałe zdjęcia.

Na kolejnej fotografii ofiara widniała w czerwonej, przylegającej do ciała koszuli z polskim orzełkiem na piersi. Kilka kolejnych ukazywało Kiedrowskiego na jakichś imprezach – i zdjęcia te stanowiły zaprzeczenie wszystkiego, co twierdzili sąsiedzi. Dwudziestoparoletni chłopak bawił się wyśmienicie, unosząc piwo i robiąc kółka z dymu.

Im dalej brnęli w zbiory, tym było gorzej. Znalazło się tam kilkanaście fotografii przedstawiających ludzi idących w pochodzie jedenastego listopada. Wszyscy byli w kominiarkach lub maskach, ale jeden z nich miał na sobie białą, obcisłą koszulę. W ręce trzymał transparent: „ŚMIERĆ ŻYDOWSKIEJ MASONERII W RZĄDZIE”.

– Cyryl – odezwał się podinspektor, obracając w bok. – Masz ze sobą jakiegoś laptopa z dostępem do sieci?

– Mam tablet w torbie, panie ins…

– Świetnie. Sprawdź, czy Jacek Kiedrowski nie udzielał się przypadkiem w jakiejś partii, nie prowadził bloga politycznego albo nie miał jakiejś rubryki w naTemat czy PCh24 – odparł Marek, znacząco skinąwszy w kierunku salonu. – Chcę zawczasu wiedzieć, co nam spadnie na łby.

– Tak jest – odparł technik i ruszył do drzwi.

– Ale zanim to zrobisz – zatrzymał go Litman – każ komuś spakować resztę materiału dowodowego i poślij to do laboratorium. Chcę mieć wyniki jak najszybciej, bo czuję, że już w południe będziemy musieli tłumaczyć się przed kamerami ogólnopolskich stacji.

– Tak jest – powtórzył technik i opuścił pokój.

Marek na powrót pochylił się nad Oliwą.

– Dawaj dalej. Zobaczmy, co ciekawego jeszcze robił ten gość.

Agnieszka zaczęła przerzucać kolejne zdjęcia. Na jednym z nich denat demolował kostkę brukową przy placu Zbawiciela w Warszawie, na innym rzucał czymś w jeden z samochodów stojących nieopodal. W innej scenerii unosił biało-czerwoną flagę z czarnym napisem „KIEDRO”, a na kolejnym zdjęciu palił rosyjską. Najwyraźniej faktycznie potrafił się bawić.

– Zauważyłaś, że na ciele nie ma żadnych tatuaży?

– Nie analizowałam jeszcze trupa tak dokładnie.

– Ja przyjrzałem się chwilę z każdej strony – odparł Marek, krzywiąc się. Przypomniało mu się to, co przez nietrzymające zwieracze znalazło się na podłodze. – Nigdzie najmniejszego tatuażu. Nawet skromnego 88/14.

– 88/14?

– Ósma i ósma litera alfabetu, HH, skrót od heil Hitler – wyjaśnił Litman. – A licząc od tyłu, SS.

– A czternaście?

– Czternaście słów.

– Hm? – mruknęła Agnieszka, przerzucając kolejne zdjęcia.

– Motto białej supremacji ukute przez pewnego Amerykanina – powiedział Marek, siadając w miejscu wcześniej zajmowanym przez technika. – W wolnym przekładzie: musimy zadbać o byt naszych ludzi i przyszłość dla białych dzieci.

– Skąd pan o tym wie? – zapytała Oliwa, patrząc na przełożonego spode łba.

– Jestem kryptonazistą. – Litman wskazał zdjęcie, które właśnie wyświetliła. – I najwyraźniej nasz przyjaciel również nim był. Nic dziwnego, że nie miał na ciele żadnych tatuaży.

Agnieszka spojrzała na fotografię, która przedstawiała uśmiechniętego Kiedrowskiego potrząsającego ręką obecnego premiera Polski, Patryka Hauera.

 

 

5:30. Warszawa, ul. Parkowa

 

Czarny mercedes citan podjechał od strony Gagarina i cicho zaparkował przed głównym wejściem do willi premiera. Utykający mężczyzna skończył swoją robotę w tamtym rejonie – teraz odgarniał śnieg z chodnika kawałek dalej. Widział jednak doskonale, jak premier wyłonił się z budynku. Jego żona szła za nim, ale on sam prowadził wózek.

Wciąż mieli niezłe sondaże, dla wielu stanowili ulubioną parę w kraju. Momentami przyćmiewali nawet Lewandowskich, co właściwie wydawało się niemożliwe. Byli energiczni, młodzi, mieli dobrą historię i nieźle wychodzili na zdjęciach. Ostatnio nie pozwalali na natręctwa, ale nie mieli oporów przed tym, by reporter zasiadł z nimi na rodzinnym pikniku. Media porównywały ich do Kennedych – może niebezpodstawnie.

Oprócz tego Patryk Hauer był dowodem na to, że przeciwności losu można pokonać determinacją i wytrwałością. Zamiatacz nie miał nic przeciwko niemu. Pewnie, jak każdy polityk chciał się nachapać, póki mógł, bo druga taka okazja mogła się nie nadarzyć, ale to było dla utykającego mężczyzny zrozumiałe.

Sympatia dla Hauera jednak nie przeszkodziła mu wyciągnąć komórki, kiedy premier opuścił willę. On też musiał się nachapać.

– Tak? – rozległo się pytanie w słuchawce.

– Wyszli z domu – oznajmił mężczyzna.

– I gdzie są? Już w aucie?

– Chwilę – odparł, po czym przyjrzał się dwójce polityków.

Premier ujął dłoń Mileny Hauer, a ona lekko się pochyliła i pocałowała go w usta. Potem objęli się i uśmiechnęli do siebie. Scenka z pewnością była przygotowana dla fotoreportera z teleobiektywem, który stał przy ogrodzeniu. Za kilka godzin na HauerHubie pojawi się pierwsza relacja z eskapady do Toronto. I pewnie ostatnia.

– Potwierdź.

– Moment – powtórzył utykający mężczyzna, jedną ręką trzymając komórkę, a drugą pozorując pracę. Funkcjonariusze SOP raz po raz rozglądali się po okolicy, a zamiatacze niejednokrotnie przykuwali ich uwagę, gdyż stanowili obcy element w tej zamkniętej enklawie budynków należących do KPRM.

Mężczyzna popatrywał w kierunku dwóch SOP-owców, którzy znajdowali się najbliżej, ale w tej chwili całą swoją uwagę poświęcali reporterowi.

– Z tyłu samochodu wysunęli rampę. Hauer ładuje się do środka – relacjonował zamiatacz. – Odjeżdżają.

– Przyjąłem. Wiesz, co robić dalej.

Rozmówca się rozłączył, a mężczyzna powiódł wzrokiem za oddalającym się mercedesem. Auto wyjechało przez otwarty szlaban na ulicę, po czym kierowca skręcił w lewo.

Utykający mężczyzna tym samym wypełnił swoją misję, która miała ustawić go na resztę życia. Nie miał zamiaru wykonywać choćby jednego szurnięcia więcej, niż było to absolutnie konieczne. Ruszył do firmowego samochodu zaparkowanego od strony Gagarina, po czym wrzucił doń szuflę i przeszedł w kierunku zamkniętej bramy. Dopełnił formalności z SOP-owcem tkwiącym w białej budce, a następnie wyszedł poza strzeżony teren.

Przez myśl mu przeszło, że ulicę dalej znajduje się ambasada rosyjska. Jako zdrajca, być może tam powinien szukać schronienia. Nie, nie jest zdrajcą. Odtrącił szybko tę myśl, uznając, że wykonał zadanie, którego mógł dokonać ktokolwiek inny. Jeśli nie on, to pierwszy lepszy robotnik z firmy.

Poza tym zależało od niego tylko tyle, by poinformować, czy to właśnie dziś żona pożegna premiera, czy nie. Nie podkładał przecież bomby ani nie wypełniał kabiny trującymi środkami.

Z taką myślą przeciął Gagarina i przeszedł kawałek Sułkowicką. Po lewej ciągnęły się drzewa ogołocone z liści i pokryte śniegiem, po prawej stały zamknięta budka starego kiosku i jakiś podupadły peerelowski budynek. O wpół do szóstej Warszawa powoli budziła się do życia, choć w małej uliczce było jeszcze spokojnie. Zmrok nadal leniwie rozwiewały lampy uliczne. Utykający mężczyzna poprawił poły grubej kurtki, a potem przyspieszył kroku.

Kilka metrów dalej, przy budynku obrośniętym bluszczem, usłyszał jakiś odgłos. Odwrócił się w prawo, ku kilku kontenerom, w ostatniej chwili dostrzegając czarny kształt. Zdążył tylko zrozumieć, że to tłumik pistoletu.

 

 

5:35. Opole, ul. Hubala

 

– To będzie problem – skwitował Litman, gdy podkomisarz wyświetliła kilka kolejnych zdjęć. – Kurewsko duży problem.

Agnieszka machinalnie sięgnęła do kieszeni po mentole. Kilka tygodni temu odstawiła mocniejsze fajki, stwierdzając, że krok po kroku pożegna się z nałogiem. Nigdy nie przepadała ze mentolowym syfem, więc wydawało jej się, że dzięki temu trochę obrzydzi sobie palenie. Efekt był taki, że musiała wypalać dwukrotnie więcej, by zaspokoić nikotynowy głód. I w rezultacie sięgnęła teraz po pustą paczkę.

Zaklęła pod nosem, rozmasowując skronie. Sytuacja robiła się coraz bardziej problematyczna, a ona bez fajek nie dojedzie nawet od ósmej, chyba że wcześniej wpakują ją w kaftan.

– Trzeba to komuś pokazać, panie inspektorze – odezwała się, odgarniając włosy z czoła.

– Tyle jest dla mnie oczywiste – odparł słabym głosem Litman. Mimo to stał jak słup soli, nie sięgając po komórkę i nie patrząc na nic poza monitorem.

– Może zadzwonić do komendy głównej? Albo do MSW? Do kogoś w kancelarii premiera?

– Musimy wiedzieć więcej.

Policjantka spojrzała niepewnie na przełożonego – twarz miał bladą jak narkoman na głodzie i zaczął wodzić mętnym wzrokiem po pokoju. Bez dwóch zdań zastanawiał się nad tym, czy jego życie i kariera właśnie przypadkiem się nie zakończyły. Po odkryciu tych zdjęć powinien czym prędzej odezwać się do komendanta głównego albo kogoś postawionego nawet wyżej w hierarchii. Tymczasem miał zamiar milczeć – co w świetle informacji na wydruku specjalnie Agnieszki nie dziwiło.

Kłopot w tym, że sądził, iż to ukryje. A to było praktycznie niemożliwe.

– Cyryl widział, jak chował pan do marynarki materiał dowo… tę kartkę.

– Co takiego?

Nie powtórzyła, zamiast tego dała mu chwilę, żeby się otrząsnął. Spojrzał na nią nierozumiejącym wzrokiem, a potem powoli skinął głową.

– Nie zamiecie pan tego pod dywan – odezwała się. – Nie kiedy w grę wchodzi premier.

– Niech to chuj – odparł Litman, rozglądając się wokół, jakby mógł gdzieś znaleźć ratunek. Od dawna wiedział, że nie ucieknie przed konsekwencjami, ale liczył na to, że uda mu się odłożyć je w czasie choć na tyle, by zdążyć z dostarczeniem jakichś rezultatów śledztwa. Wówczas to będzie najważniejsze, a nie kompromitujące informacje na jego temat. Tymczasem zdjęcia z premierem spowodują, że cały kraj weźmie pod lupę wszystko, co ze sprawą związane.

– Ten Czort widział treść? – zapytał, starając się ułożyć w głowie jakiś korzystniejszy scenariusz.

– Nie, zobaczył tylko, jak chowa pan kartkę.

Marek zrobił krok w kierunku progu.

– Cyryl! – krzyknął, po czym zaczął układać w głowie przekonujący wywód, który miał sprawić, że kryminalistyk będzie trzymał jego stronę. W końcu porzucił ten pomysł, stwierdzając, że nawet najlepsza przemowa nic tu nie da. Kryminalistyk nie będzie dla niego ryzykował.

Trzymając w ręce tablet Samsunga, Czantyr wszedł do gabinetu. Zatrzymał się w progu, widząc konsternację na twarzach Agnieszki i podinspektora, po czym zrobił jeszcze krok do przodu.

– Rozumiem, że pojawiło się coś, co…

– Zamknij drzwi – przerwał mu Litman.

Kryminalistyk szybko to zrobił, a następnie podszedł do krzesła, na którym siedziała policjantka. Spojrzał na monitor i widząc premiera wymieniającego serdeczne gesty z denatem, zdębiał zupełnie. Na jednym zdjęciu ściskali sobie dłonie, zaraz potem Hauer klepał przyszłego wisielca po plecach. Obaj zaśmiewali się w najlepsze.

– To będzie problem – powtórzył Litman. – Jeśli jedno z tych zdjęć pójdzie w obieg, będziemy się z tym kopać latami.

– Myśli pan? – burknął technik, patrząc na kolejną fotografię. Na tej premier prowadził swojego towarzysza za kordon SOP-owców. Nie trzeba było specjalnie zagłębiać się w tę scenę, by stwierdzić, że obaj mężczyźni znali się dość dobrze. Serdeczność nie miała w sobie nic z obłudy, jaka normalnie towarzyszy spotkaniom polityków z wyborcami. Choć z drugiej strony Hauer potrafił dobrze pozorować tę pierwszą i świetnie ukrywać drugą.

– Musimy działać z głową – dodał podinspektor. – Tak w przypadku zdjęć, jak i listu pożegnalnego, który ze sobą zabrałem.

Cyryl spojrzał na oficera, unosząc brwi.

– Oliwka powiedziała mi, że to odnotowałeś – dodał Marek. – Bardzo dobrze, jesteś spostrzegawczy, trzymasz rękę na pulsie, pilnujesz miejsca zdarzenia. To się chwali.

Czantyr nie odzywał się. Był ciekaw tego, jaki powód przedstawi zastępca naczelnika i jak wiele zrobi, żeby zostało to między nimi.

– Rzecz w tym, że wydział po raz pierwszy zmaga się z przestępstwem takiego kalibru. Ostatnim razem coś takiego w okolicy wydarzyło się… chyba, kurwa, nigdy.

– Była sprawa Kompozytora – zauważyła Agnieszka. – I całkiem niedawno…

– Wiem, co działo się niedawno. Ale tamci psychopaci nie mieli nic wspólnego z Prezesem pierdolonej Rady Ministrów.

Wszyscy przez moment milczeli, a Marek skupił wzrok na Czantyrze.

– Sprawa jest niezwykle delikatna – podkreślił. – A wokół mamy dziesiątki ludzi gotowych za moment puścić tweeta z informacjami, które na razie powinny pozostać znane jedynie wąskiemu gronu.

– Jeśli o mnie chodzi, to…

– Mogę na ciebie liczyć, Cyryl? – wpadł mu w słowo Litman. Jego ton nie pozostawiał wątpliwości, że nie jest to pytanie.

Technik czym prędzej kiwnął głową, a Marek odetchnął w duchu. Zasadniczo bezpośredni rozkaz mógł wydać jedynie Agnieszce – i nie miał wątpliwości, że ta postąpi zgodnie z wytycznymi – chłopak to jednak zupełnie inna kwestia. Problematyczna.

Nie znał go, nie wiedział, jak zareaguje na to, że Marek zwyczajnie wyniósł dowody. Groziło mu za to nie tylko wylecenie z pracy, ale też zarzuty prawnokarne.

– Może pan na mnie liczyć – zapewnił go Czantyr.

Było to tyle warte, co parasolka w słoneczny dzień, ale pogoda mogła się przecież zmienić.

– Cieszę się – odparł Litman. – A teraz wróćmy do konkretów. Znalazłeś coś na temat tego Kiedrowskiego?

– Niewiele – powiedział technik, kładąc tablet na biurku. Przesunąwszy palcem po ekranie, kontynuował: – Jacków Kiedrowskich jest sporo, ale żaden niepodobny do tego, który odpoczywa pod sufitem w pokoju obok. Na jego temat nie ma nic poza tym, że studiował… a raczej próbował studiować w Nysie. Ktoś oznaczył go na zdjęciu na Facebooku, choć sam Kiedro konta nie miał.

– I to wszystko?

– Spodziewał się pan, że trafię na jakiś wykaz kryptonazioli? Albo zapytam Międlara, czy go przypadkiem nie zna?

– Spodziewałem się jakichś konkretów.

– To może warto zadzwonić do premiera.

– Albo przeszukać dogłębniej sieć – zauważył Marek. – Tacy jak on lubią głosić swoje poglądy, brać udział w wiecach i tak dalej.

– Może ten jest nieśmiały. Przejrzałem bimbalion wyników w Google’u.

– Dajmy temu spokój – wtrąciła Agnieszka, czując, że ta rozmowa zmierza donikąd. – Najważniejsze, że to nie żadna wschodząca gwiazda polskiej polityki.

Cyryl skinął głową, a potem zabrał tablet i wrócił do przeczesywania meandrów sieci. Uznał, że Kiedrowski być może propagował swoją ideologię pod pseudonimem lub fałszywym nazwiskiem.

Oliwa spojrzała pytająco na swojego przełożonego, czekając na rozkazy. Powinni dowiedzieć się, gdzie jest prokurator, a potem zawczasu wyłączyć komputer ofiary – ewentualnie wywietrzyć dym, bo to zapewne też rozsierdzi oskarżyciela. Nie wspominając o tym, że zgodnie z procedurą było kilka innych rzeczy do odbębnienia. Marek jednak patrzył za okno, wciąż się nad czymś namyślając.

– Co robimy, panie inspektorze? – ponagliła go Agnieszka.

Potrząsnął głową.

– W tej chwili…

– Bingo – przerwał mu Cyryl. – Nie uwierzycie, gdzie jest ten umarlak.

– W sejmie? – mruknął Litman.

– Gorzej. Na społecznościowym cmentarzysku.

– Czyli?

– Na Naszej Klasie. To ostatnie miejsce, które bym podejrzewał, ale widać utrzymywał tam z kimś kontakty. Profil ma ukryty w wyszukiwarce, tyle że jest w wykazie nyskiej uczelni. Najwyraźniej odpadł już po roku. Innej edukacji nie dodał.

Czantyr znów położył tablet na biurku i się przeciągnął.

– Jestem ogarem – odezwał się. – Ogarem, który zwietrzył trop.

Zastępca naczelnika zerknął z niepokojem na Oliwę. Ta wzruszyła ramionami, podczas gdy Cyryl wrócił już do tabletu. Przez chwilę przeglądał kolejne strony.

– Dziwne…

– Co jest dziwne? – spytała Agnieszka.

– Ta brakująca wcześniejsza edukacja. Nigdzie nic nie ma. Nigdzie.

– A powinno być?

Cyryl oderwał wzrok od ekranu i spojrzał na Oliwę z niedowierzaniem.

– Wpisz swoje imię i nazwisko w Google, weź je w cudzysłów, a na sto procent wyskoczysz na jakiejś stronie z wykazem absolwentów.

Przeglądał kolejne wyniki, ale niczego nie znajdywał.

– Ja dodałem do tego „site:edu”, co powinno dać wyniki ze wszystkich placówek edukacyjnych… ale nic nie ma.

Przerzucał strony jeszcze przez chwilę, zanim zrezygnował. Zmarszczył czoło, a potem wyświetlił witrynę Itaki, zaginieni.pl. Wprowadził imię i nazwisko.

– Bingo – powiedział. – Mamy naszego wisielca.

Marek i Agnieszka nachylili się.

– Jacek Kiedrowski, data zaginięcia: piąty lipca dwa tysiące dwunastego. Miał wtedy osiemnaście lat. Na zdjęciu wygląda jak nie on, ale nic dziwnego, biorąc pod uwagę długie włosy i zarost. Dodam, że mając dopiero osiemnastkę na karku, też chciałem mieć tak kurewsko gęstą brodę. I fryzurę à la wczesny Nergal.

Litman wbijał wzrok w chłopaka, nie dowierzając, że to ten sam, który widnieje na zdjęciach.

– Jesteś pewien? Mało prawdopodobne wydaje mi się, żeby…

– To on, bez wątpienia.

Marek przyjrzał się twarzy.

– Jest tu jakiś namiar na rodzinę? – spytał.

– Nie ujawniają numeru. Dzwoni się do Itaki, podaje numer sprawy i…

– Oliwka, zajmij się tym. Dowiedz się, czego możesz, a ja tymczasem rozeznam się w sytuacji na górze – uciął podinspektor. – Może uda mi się złapać kogoś rozsądnego w Warszawie, mam kilku znajomych w MSW. Bierzemy się do roboty.

 

 

5:40. Kraków, ul. Orkana

 

Izabela Kiedrowska miała szesnaście lat, gdy urodziła syna. Nie było łatwo, bo nie mogło być – ojciec znikł w okamgnieniu, ona zaś została sama w żelaznym, toksycznym uścisku ze skrajnie konserwatywnymi rodzicami. Ścierała się z nimi, walcząc o prawo do aborcji, na własną rękę poszukiwała lekarzy skłonnych jej dokonać, tonęła w coraz większej desperacji i melancholii i nie było nikogo, kto mógłby rzucić jej koło ratunkowe.

Nie przerwała ciąży. Urodziła syna, a potem było tak, jak jest zawsze – wraz z miłością do dziecka pojawiły się pretensje do siebie, wyrzuty sumienia i mnóstwo innych emocji. Nie miały już jednak wielkiego znaczenia.

Gdy skończyła trzydzieści pięć lat, los odebrał jej dziecko, fatum się dopełniło. Syn znikł pewnej nocy, wracając do domu z jednego z krakowskich klubów.

Sześć lat później odebrała telefon, na który już dawno przestała czekać.

– Halo? – zapytała, zaspana i przepita po nocnej libacji.

– Co jest, kurwa… – mruknął facet leżący obok niej. Nie pamiętała, jak miał na imię. Przyszedł razem z jej znajomymi, tyle wiedziała na pewno, a to już coś. – Która godzina? I czemu tak piździ… – mamrotał gość.

Izabela usiadła na łóżku, po czym włączyła lampkę nocną. Wstała, zachwiała się na nogach, a następnie przeszła do kuchni. Potknęła się w progu o jakiś ciuch, ale w porę przytrzymała się ściany.

– Halo? – powtórzyła, włączając światło.

– Dzień dobry, słyszy mnie pani? – rozległ się uprzejmy, choć stanowczy głos w słuchawce. Tacy jak Izabela byli na niego wyczuleni – służbowa nuta drgała w nim wyraźnie.

– Słyszę, słyszę. Muszę tylko… – Kiedrowska urwała, klnąc pod nosem. W zasięgu wzroku nie było żadnej butelki, a Bóg wiedział, że powinna się napić. Otworzyła lodówkę i wyjąwszy piwo, szybko je otworzyła. Charakterystyczny syk z pewnością nie uszedł uwagi rozmówczyni, ale kogo to obchodziło? Usiadła przy stole, a potem pociągnęła porządny łyk.

– Kto mówi? – zapytała Izabela, od razu czując, że wracają jej siły.

Nie czekając na odpowiedź, odstawiła komórkę od ucha i spojrzała na zegarek. Szybko stwierdziła, że o cokolwiek chodziło, sprawa musiała być pilna.

– Kto mówi? – powtórzyła.

– Podkomisarz Agnieszka Oliwa z opolskiej policji – odparła nieco zniecierpliwiona kobieta.

– Opolskiej? Czego ode mnie chcecie? – zapytała Kiedrowska, tocząc wzrokiem ku sypialni. Miała nadzieję, że gość się zabezpieczył albo w porę wyjął. I że był choćby trochę przystojny. Przesunęła po stole paczkę czerwonych LD, po czym zapaliła jednego. Przydałoby się do tego coś przegryźć. Szybko spławi policjantkę, a następnie usmaży jakieś jajka na dobry początek dnia.

– Proszę wybaczyć, że będę mówić wprost, ale…

– No dawaj – wtrąciła Kiedrowska. – Bez pierdolenia, czego chcecie?

– Znaleźliśmy pani syna.

Zaległo długie milczenie. Papieros zdążył dopalić się do jednej trzeciej pomiędzy palcami Izabeli. Potrząsnęła głową i porządnie się sztachnęła.

– Jak to?

– Niestety z przykrością muszę poinformować, że…

– Że nie znaleźliście mojego syna, tylko jego ciało – przerwała Kiedrowska.

Na dobre nie rozumiała własnych słów, co dopiero tego, co mówiła policjantka. Mimo to poczuła łzy na policzkach.

Otarła twarz, po czym usłyszawszy kroki, odwróciła się w kierunku progu. Niewidzącym wzrokiem spojrzała na swojego przygodnego kochanka, który oparł się o ścianę i drapał po jajach. Popatrzył na piwo, potem na papierosa, a ostatecznie skinął głową.

– Niech będzie i ciąg dalszy – odezwał się. – I tak nie mogę spać, bo nadajesz. Ki chuj dzwoni o tej porze?

– Policja.

– Co? – zapytał mężczyzna, cofając się w kierunku sypialni. Patrzył na Izabelę badawczo, zapewne zastanawiając się, czy nie wypadałoby ulotnić się z miejsca zdarzenia. W końcu wszedł do sypialni i zaczął naciągać spodnie.

Kiedrowska pochyliła się nad stołem z komórką przy uchu.

– Jak… jak to się stało? – wydukała.

– Niestety nie mogę udzielić pani szczegółowych informacji przez telefon, ale dowie się pani wszystkiego po…

– Bzdury – ucięła Izabela. – Pierdolisz zwykłe bzdury.

– Będziemy potrzebowali, żeby pani formalnie potwierdziła tożsamość, a następnie…

– Już możemy to załatwić – odparła pijaczka i zawiesiła głos, tocząc wzrokiem po kuchni. Pociągnęła łyk piwa. – Mój syn miał bliznę po oparzeniu na prawej stopie, kiedyś przypadkowo wylał na siebie wrzątek.

Cisza.

– Dotarło do pani, co mówię?

– Proszę poczekać.

Izabela słyszała głosy dwóch facetów po drugiej stronie linii, ale mimo skupienia nie mogła rozszyfrować słów. Tymczasem jej nocny gość zdążył już narzucić na siebie T-shirt i bluzę.

– Dzięki – powiedział na odchodnym. – Jakby co, zdzwonimy się.

– Jakby co – potwierdziła Kiedrowska, nawet na niego nie spoglądając. Kto wie, może faktycznie się zdzwonią? Trudno było to stwierdzić, gdyż w nocy była naprana jak messerschmitt i ostatnie wyraźne wspomnienie pochodziło chyba z okolic osiemnastej. Być może wymienili się numerami telefonów.

Podniosła wzrok, gdy gość zamykał za sobą drzwi. Zaraz potem usłyszała ożywioną wymianę zdań. Wiedziała, że za moment rozpocznie się cała litania – przykro mi, ze smutkiem muszę poinformować i tak dalej, sranie w banie.

– Więc jest blizna – odezwała się.

– Obawiam się, że…

– Kiedy wyślecie ciało? – zapytała, sama nie wiedząc dlaczego. Był szereg innych kwestii, które interesowały ją bardziej. Dlaczego zniknął, gdzie się podziewał, jak zarabiał na życie, co się wydarzyło. – Jak do tego doszło?

– Na tym etapie śledztwa nie mogę udzielać żadnych informacji – odparła kobieta, tym razem już całkowicie służbowo.

Izabela chciała ostro odpowiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. Nie wytrzymała i zaniosła się płaczem. Jej syn. Jej rodzony syn. Boże, dlaczego? Za jakie, kurwa, grzechy to wszystko?

Policjantka po drugiej stronie przez chwilę milczała.

– Wiem, że to trudne – odezwała się w końcu. – I wszystkiego pani się dowie, obiecuję. W tej chwili jednak niezbędna jest nam pani pomoc.

Izabela zakaszlała i pociągnęła łyk piwa.

– Potrzebujemy kilku informacji, by ruszyć ze śledztwem. Im szybciej je uzyskamy, tym szybciej dowiemy się, co się wydarzyło.

– Nie rozumiem – odparła pijaczka i trzasnęła ręką w stół. – Nie rozumiem! Macie tam ciało, sama przed momentem je sprawdzałaś! Powiedz mi, do kurwy nędzy…

– Nie mogę – odparła rozmówczyni. – Po prostu nie mogę, rozumiesz?

W jej głosie zabrzmiał ból, a może Izabela po prostu chciała go usłyszeć. Tak czy inaczej, nieco bardziej ludzkie podejście sprawiło, że wzięła się w garść. Spodziewała się tego przecież. Od lat z przerażeniem czekała na podobne wieści i dawno straciła nadzieję, że Jacek żyje.

Wraz z tym telefonem wszystko się skończyło. Miała swoją odpowiedź.

– Co chcesz wiedzieć? – zapytała.

Policjantka odetchnęła.

– Dziękuję.

– Nie dziękuj, tylko pytaj.

– W porządku – odparła Oliwa. – W jakim towarzystwie obracał się twój syn, zanim zaginął?

– Zwykłym… nie wiem, jak to w liceum.

– Miał kontakt ze skinami?

– Co, Jacek? Nie, on miał zapędy raczej w drugą stronę. Glany, czarne spodnie, pentagramy. I to wycie, kurewsko dzikie wycie, jakby przy każdym dźwięku trzeba było utoczyć komuś krwi na ofiarę. Nienawidziłam tego…

– Dlaczego uciekł?

– On nie uciekł – zaoponowała Izabela, odsuwając od siebie piwo. – Ktoś go porwał. Ogłuszył, potem załadował do samochodu… Tak przypuszczam.

Przysunęła piwo z powrotem.

– W jednej chwili był na nagraniu z monitoringu, zaraz potem już go nie było… Ciemna noc, wracał z jakiejś imprezy – mamrotała Kiedrowska. – Tacy jak oni ściągają uwagę, i co się dziwić… przecież oni wszyscy wyglądają, jakby… sama nie wiem.

Urwała i pokręciła głową. Nie miała na to siły.

– Dam ci numer do policjanta, który się nami zajmował – powiedziała. – Mnie i tak nie uwierzysz, prawda? Bo jestem tylko pierdoloną, zapijaczoną matką, która nie znała swojego syna.

– Słuchaj…

– Nie uciekł. I to nie dlatego, że był lojalny czy potulny, ale dlatego, że czuł się za mnie odpowiedzialny, rozumiesz? W tym domu to ja byłam zasranym dzieciakiem, a on opiekunem. Jeśli ktoś miałby uciekać, to raczej ja.

– Rozumiem.

– Pierdolenie – ofuknęła ją Izabela. – Nikt nie jest w stanie zrozumieć.

Odczekała moment, by się trochę uspokoić, a następnie podała numer do oficera, który niegdyś prowadził sprawę zaginięcia.

 

 

5:47. Warszawa, Lotnisko Chopina

 

Czarny mercedes citan zaparkował przed wejściem do terminalu A. Premier potoczył wzrokiem po okolicy, stwierdzając, że wieść o jego podróży najwyraźniej jeszcze się nie rozeszła. I dobrze, nie trzeba będzie się szczerzyć ani ściskać dłoni przypadkowym ludziom. Wszystko i tak pojawi się później na HauerHubie, docierając do znacznie większej liczby wyborców.

– Jesteśmy na miejscu, panie premierze – oświadczył kierowca.

Patryk zerknął na gigantyczny budynek i odchrząknął znacząco.

Jeden z funkcjonariuszy otworzył tylne drzwi i zaraz potem wysunięto rampę. Hauer zjechał z niej na chodnik i rozejrzał się uważniej. Kilku porannych podróżnych dostrzegło rządowy wóz i wyciągnęło komórki, by ustrzelić zdjęcie, które później pokazywać będą całej rodzinie i znajomym. Premier lekko zamachał.

Światło sprzed terminalu sprawiało, że na ulicy było jasno niemal jak w dzień. Jeden z SOP-owców wyciągnął z bagażnika dwie małe walizki, po czym zaczął toczyć je w kierunku wejścia. Patryk ruszył za nim.

– Czym lecimy? – zapytał polityk.

Szef jego ochrony nie należał do wybitnych specjalistów w dziedzinie lotnictwa – był za to doraźnym znawcą wszystkiego, co wiązało się z bezpieczeństwem premiera. Najpewniej od kilku dni przyswajał statystyki i przeczytał każdą dostępną opinię na temat samolotu, którym mieli dotrzeć do Kanady. A przy okazji dowiedział się o miejscu docelowym wszystkiego, co kiedykolwiek o nim napisano na Wikipedii.

– Boeingiem 787-8.

– Dreamlinerem?

– Tak jest, panie premierze – odparł nieco skonsternowany SOP-owiec. – Wszystkie 767 były wymieniane na zakładkę. Jeden dreamliner za jednego 767, więc obecnie tylko te pierwsze latają na takie dystanse. Na krótsze firma śle embraery, a…

– Dzięki, tyle mi w zupełności wystarczy – odparł premier. Jeden z pasażerów przed windą cyknął mu zdjęcie komórką, po czym skłonił się nieco zażenowany.

– Samolot ma osiemnaście miejsc w klasie biznesowej, dwadzieścia jeden w premium economy i dwieście trzynaście w ekonomicznej – perorował dalej ochroniarz. – Pan, oczywiście, będzie w tej ostatniej, zgodnie z pańskim nieco absurdalnym życzeniem.

– Jest tam wyświetlacz LCD w zagłówku?

– Jest.

– Mamy mojego kindle’a?

– Mamy.

– To niczego więcej nie potrzebuję.

– Potrzebuje pan warunków zapewniających bezpieczeństwo – żachnął się oficer SOP. – PR to nie wszystko.

– Nie chodzi o PR, tylko o to, by ludzie czuli się komfortowo ze swoimi władzami.

Funkcjonariusz uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Zawsze chętnie słucham pańskich bzdur, panie premierze, ale tym razem jestem chyba na nie zbyt niewyspany.

Hauer docenił uwagę, śląc oficerowi i idącej obok nich dziewczynie zadowolone spojrzenie. Ela Bieszyńska miała dwadzieścia pięć lat i była nowym nabytkiem Unii Republikańskiej. Skończyła politologię na UW, potem szkoliła się z marketingu politycznego za granicą – jej CV od razu przykuło uwagę Hauera, kiedy szukał asystentki, w dodatku była córką jego przyjaciela, byłego ministra, a więc miała genetycznie zakodowany pęd do wspinania się po szczeblach władzy. Patryk wiązał z nią niemałe nadzieje.

Przeszli bez słowa w kierunku punktu odprawy biletowo-bagażowej, a Hauer raz po raz słał firmowy uśmiech mijanym pasażerom.

– Nawet nie może pan zasiąść w VIP roomie – dodał SOP-owiec. – Abstrahując od względów bezpieczeństwa, osobiście wolałbym, żeby mój premier cechował się pewnym majestatem.

– Majestatem cechuje się moja żona – odparł Hauer. – Powiedz mi lepiej, z kim lecimy.

– Kapitan Fiszer dowodzi na pokładzie.

Premier puścił oko do pracowniczki lotniska, podając jej swój bilet.

– Dobry jest? – zapytał po chwili.

– Co znaczy, czy „dobry”?

– W razie czego posadzi samolot jak Wrona?

– Z pewnością – odparł SOP-owiec. – Ale nie ma możliwości, by akurat taka usterka, jak w przypadku maszyny kapitana Wrony, miała miejsce w dreamlinerze.

Kobieta po drugiej stronie kontuaru podniosła wzrok na premiera. Ten odchrząknął, chcąc uniknąć rozmowy z szefem ochrony na temat wszystkich awarii dreamlinerów, które wystąpiły, od kiedy samoloty te pojawiły się na wyposażeniu polskich linii lotniczych.

– Wiesz, że nazywają mnie tu PRM? – spytał.

– Chyba nie tylko tu.

– Nie chodzi o Prezesa Rady Ministrów, tylko o Passenger with Reduced Mobility.

– To fascynujące, panie premierze.

Przeszli w kierunku punktu kontroli bezpieczeństwa, a chwilę później znaleźli się w hali odlotów. Bieszyńska udała się do inmedio, by przejrzeć dzisiejszą prasę, premier natomiast zasiadł ze swoim ochroniarzem naprzeciw sklepu bezcłowego. Wyciągnął czytnik Kindle i włączył ostatniego ebooka, jakiego czytał. Wolałby książkę w wersji papierowej, ale Milena upierała się, że to podbuduje jego wizerunek pośród innej grupy wyborców.

– Dzień dobry, panie premierze – rozległ się głos młodego mężczyzny. Kątem oka Hauer dostrzegł, że oficer SOP drgnął. Sam zaś podniósł wzrok na człowieka, który stał naprzeciwko.

– Dzień dobry – odparł.

– Też do Toronto?

Polityk był cokolwiek skonsternowany pytaniem. O ile pamiętał, z hali odlotów było osiem wyjść, a mimo porannej pory kilka maszyn niebawem miało oderwać się od płyty lotniska na Okęciu. Oprócz tego w kwestii upubliczniania wiadomości na temat podróżowania samolotami rejsowymi kancelaria premiera była niczym tajne średniowieczne stowarzyszenie. Żaden przeciek nie miał prawa się pojawić. Względy bezpieczeństwa musiały być na pierwszym miejscu – dopiero koło siódmej na stronie KPRM pojawi się komunikat o tym, że premier jest w drodze do Toronto. Nieco później ruszy relacja na HauerHubie.

– Jak pan zgadł? – zapytał Patryk.

Mężczyzna wskazał na SOP-owca, który trzymał wydruk z Wikipedii przedstawiający zbiór informacji na temat Kanady. Ochroniarz powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem i wzruszył ramionami.

– Spostrzegawczość pierwszorzędna – skwitował premier, mając nadzieję, że ta pogawędka czym prędzej się zakończy i będzie mógł wrócić do lektury. Podróżowanie liniami lotniczymi wbrew pozorom najczęściej nie narażało go na bycie obleganym przez wyborców. Większość z nich chętnie popatrywała z oddali, ale rzadko kiedy znalazł się taki, który chciałby pogadać. Problem polegał na tym, że jeśli już się pojawił, to zaraz okazywało się, że kilku innych czekało tylko na to, by ktoś zaczął.

– Cóż, miło, że leci pan z nami – odparł rozmówca.

– Mnie również. Szczerze powiedziawszy, wolę dreamlinera niż rządowy samolot.

Mil zawsze podkreślała, by nie używał „szczerze powiedziawszy” i podobnych sformułowań świadczących o tym, że teraz mówi prawdę – a zatem wcześniej się z nią mijał. Miał to jednak gdzieś. Była za dziesięć szósta, za oknem panował mrok i właściwie powinien być jeszcze w łóżku.

– W takim razie do zobaczenia na pokładzie – odparł mężczyzna, po czym ukłonił się i odszedł w kierunku inmedio. Polityk spojrzał na Elę, która właśnie kupowała „Galę” czy „Vivę!”, a następnie odetchnął i wrócił do lektury.

– O której jest wschód? – zapytał, przerywając na moment.

– Zobaczy pan go w chmurach – odparł oficer SOP. – Dziś słońce wstaje o szóstej pięćdziesiąt.

Polityk skinął głową, ale zanim zagłębił się w lekturze, jeszcze raz rzucił okiem na kiosk z gazetami. Obok jego asystentki stał niedawny rozmówca, łapczywie patrząc na jej tyłek. Hauer właściwie się nie dziwił, obcisła spódnica podkreślała to, co przyciągało wzrok niejednego pasażera.

Zaraz potem mężczyzna popatrzył wprost na premiera, jakby wiedział, że jest obserwowany.

Spojrzenie wydało się Patrykowi niepokojące, jakby coś z tym człowiekiem było nie w porządku.

– Bydleń.

– Tak, panie premierze?

– Po pierwsze, kup sobie jakiś tablet i nie drukuj artykułów z Wikipedii.

– Tak jest – odparł SOP-owiec. – A po drugie?

– Miej oko na tego gościa.

 

 

5:57. Opole, ul. Hubala

 

Agnieszka wyciągnęła z szuflady biurka kartkę i długopis, po czym zapisała numer policjanta prowadzącego sprawę zaginionego Jacka Kiedrowskiego. Matka nie podała zbyt wiele szczegółów, bo najpewniej sama ich nie znała. Nakreśliła jednak charakter młodego na tyle skrupulatnie, by Oliwka uwierzyła, że chłopak faktycznie nie był typem uciekiniera.

Uznała, że zanim zadzwoni do policjanta z Krakowa, przeszuka dysk twardy komputera. Podczas gdy była tym pochłonięta, Cyryl penetrował pokój w poszukiwaniu czegokolwiek, co rzuciłoby choć trochę światła na osobę sprawcy. Należało się spieszyć, bo wedle wszelkiego prawdopodobieństwa prokurator już przeciskał się przez tłum przed blokiem.

– Podtrzymuję wstępną diagnozę – oświadczył Czantyr. – Nic tu, kurwa, nie ma.

– Tutaj też nie – odparła Agnieszka, wskazując na laptopa. Odsunęła się na biurowym fotelu, po czym podjechała do okna. Wstała, odpychając krzesło z powrotem do biurka, i wyjrzała na zewnątrz. Lampy błyskowe raz po raz rozświetlały mrok, a ich liczba nie pozostawiała wątpliwości, że na dole zebrał się prawdziwy rój dziennikarzy i gapiów.

Drzwi do gabinetu się otworzyły, a ku Agnieszce pofrunęła paczka papierosów. Złapała ją z pewnym trudem.

– Wziąłem od młodego chorążego na dole – oznajmił podinspektor. – Mówi, że ma u ciebie nikotynowy dług.

– Dziękuję – odparła Oliwa, wyciągając lekkiego camela. Nie jej ulubione, ale lepsze niż mentole. – Dowiedział się pan czegoś?

– Że szanowna pani prokurator Losoń niebawem zaszczyci nas swoją obecnością.

Ton jego głosu nie pozostawiał wątpliwości, że przesadnie jej nie ceni.

– Przypuszczam, że zacznie od zrugania nas za nieprzestrzeganie zasad dotyczących odpowiedniego traktowania miejsca zdarzenia, ale zostawcie ją mnie.

Rozejrzał się i uznał, że nie było tak źle. Technicy zdążyli zabezpieczyć wszystko, co istotne, jeszcze zanim Agnieszka odpaliła pierwszego papierosa.

– Dzwonił pan do MSW?

– Mhm – potwierdził Marek. – Niestety ministra jeszcze nie ma, nie chcieli podać mi numeru.

– A pana kontakty? – zapytała Oliwa, podpalając camela.

– Okazały się albo zbyt skacowane, albo zbyt zaspane. Prócz jednego. – Litman usiadł na skraju łóżka, mając w głębokim poważaniu to, że nie powinien tego robić. – Według niego z premierem raczej się nie skontaktujemy przez najbliższe dziesięć godzin, bo będzie na pokładzie samolotu zmierzającego do Toronto.

– W takim razie po wylądowaniu czeka go nielicha niespodzianka – wtrącił Cyryl.

– O ile zdjęcia ujrzą światło dzienne. To zależy od Losoń.

– Co to za jedna? – zapytał technik.

Marek i Oliwka wymienili się znaczącymi spojrzeniami. Zasadniczo nie trzeba było mówić więcej.

– Wstrętny babiszon – odparł po chwili Litman. – Od razu zadzwoni do prokuratora krajowego, by donieść, że premier może być w jakiś sposób związany z ofiarą. Ten zaś wyciągnie z łóżka ministra sprawiedliwości i tak dalej. Skończy się na tym, że ktoś zakopie te zdjęcia, a śledztwo przejmie Warszawa.

Marek tymczasem przez najbliższe tygodnie będzie umierać z niepewności. Jeśli tych dwoje tutaj będzie trzymało gęby na kłódkę, nikt w najbliższym czasie nie poda dalej wiadomości. Ale zabójca z pewnością da jeszcze o sobie znać. A ktokolwiek będzie prowadził śledztwo, dowie się o wszystkim jako pierwszy.

Jedynym ratunkiem było to, by jak najszybciej dowieść swojej wartości i nie pozwolić, by przeniesiono postępowanie do stolicy. Wówczas przy odrobinie szczęścia to Litman będzie kontrolował przepływ informacji.

– Dzwoniłaś do tego policjanta z Krakowa? – zapytał podinspektor.

– Nie, miałam zamiar najpierw skorzystać z okazji i przetrząsnąć tutaj wszystko.

– Przetrząsnęłaś, więc dzwoń.

Agnieszka skinęła głową, spojrzała na kartkę leżącą na biurku, po czym włączyła głośnomówiący i wybrała numer. Funkcjonariusz z Małopolski odebrał już po pierwszym sygnale, jakby siedział z komórką w dłoni i czekał na telefon. Oliwa położyła smartfona na blacie i się przedstawiła, podczas gdy dwóch jej towarzyszy zbliżyło się nieco, by lepiej słyszeć.

Początkowo funkcjonariusz był nieco obcesowy, ale gdy podała mu swój stopień, aspirant sztabowy szybko zmienił ton.

– Nie wiem, czy wiele pani pomogę. Sprawa była poszlakowa – powiedział. – Chłopak wracał z jakiegoś klubu czy może pubu… Nie pamiętam dokładnie.

Oliwa zakwalifikowała rozmówcę do kategorii wątpliwych źródeł informacji, ale na bezrybiu i rak ryba.

– Mniejsza z tym – skwitowała. – Matka chłopaka mówiła, że zniknął z monitoringu w…

– Tak – wszedł jej w słowo aspirant. – Monitoring pokazywał go jeszcze w okolicach placu Cmentarnego, a po tym, jak przeszedł na drugą stronę ulicy, była już kaplica. Znaczy, no… rozpłynął się w powietrzu.

– Skręcił w jakąś niemonitorowaną ulicę?

– Akurat tam, pomiędzy tą kamerą a kolejną, nie było takiej – wyjaśnił aspirant. – Moim zdaniem sukinsyn przykleił się do elewacji budynku i chowając się przed obiektywem, wrócił, skąd przyszedł. Musiał orientować się, gdzie są kamery.

– A zatem ucieczka?

– Raczej. Nikt by go nie porwał w taki sposób, prawda?

Agnieszka przemilczała to pytanie.

– Rozmawiał pan ze znajomymi?

– Oczywiście – odparł z pretensją. – Zrobiłem porządny wywiad środowiskowy, zresztą nie tylko ja. Z rodziną wiele się nie nagadaliśmy, bo chłopak miał tylko matkę. Ojciec zwinął się, jeszcze gdy była w ciąży, z tego, co pamiętam. Jakaś jednorazowa przygoda.

– Coś z tych rozmów wynikło?

– Tyle, co zawsze – odparł aspirant, przeżuwając coś chrupiącego. – Chłopak nie pasował do definicji uciekiniera, ale przecież nigdy nie pasują, no nie? Znajomi nie zauważyli w jego zachowaniu niczego podejrzanego.

– Nie ustalił pan, że przygotowywał ucieczkę? – wtrącił Marek, nachylając się nad telefonem.

– Co? Kto to?

– Podinspektor Litman, Wydział Kryminalny KWP Opole – odparł Marek, kręcąc głową, jakby oczekiwał, że rozmówca telepatycznie wychwyci jego wyższy stopień.

– Najmocniej…

– Więc? – uciął czym prędzej zastępca naczelnika. – Były jakieś przygotowania?

– Nie udało mi się tego ustalić.

– Czyli nie było – odparł Marek. – Młody z pewnością zaangażowałby któregoś ze znajomych, zrobiłby zapasy czy kupiłby sobie zawczasu bilet na pociąg. I przede wszystkim uzbierałby jakieś fundusze, co nie przeszłoby bez echa. Początkowo jego znajomi nie puściliby pary, ale przypuszczam, że po dwóch–trzech tygodniach sytuacja by się zmieniła.

Rozmówca milczał, Oliwa zaś pokiwała głową z uznaniem, doceniając, że Marek powiedział to na jednym wdechu.

– Jesteście tam, aspirancie?

– Tak jest – potwierdził funkcjonariusz. – I oczywiście ma pan rację, panie inspektorze.

– Kłóci się to trochę z wersją, że uciekł.

– Być może, ale zapewniam, że zrobiliśmy wszystko, żeby…

– Bez wątpienia – uciął Litman. – Czasem po prostu na gorąco nic się nie zdziała.

Była to oczywista bzdura, bo w przypadku zaginięcia kluczowe były czynności podejmowane od razu po zdarzeniu. Markowi nie zależało jednak na edukowaniu rozmówcy, tylko na jego współpracy.

– Ale bywa, że po latach sytuacja się zmienia.

– No tak…

– Dlatego przesłuchasz jeszcze raz znajomych – polecił Litman.

– Słucham?

– Mogę oczywiście zadzwonić do twojego przełożonego.

– Ale…

– Chyba że wolisz po prostu wyświadczyć przysługę mnie i opolskiemu komendantowi.

Marek popatrzył po dwójce swoich towarzyszy. Nie wyglądali, jakby byli pod wrażeniem siły jego perswazji. Nie dziwił im się, bo nie miał w zanadrzu żadnego dobrego argumentu, a formułowane groźby były mało przekonujące.

– Posłuchaj mnie teraz, eee… jak się nazywasz?

– Aspirant Kleinschmidthart.

Litman na moment zamilkł. Najpierw Cyryl Czantyr, teraz to. Ten dzień zrobi się dziwniejszy tylko wtedy, gdy ktoś przedstawi mu się jako Grzmichuj lub Swędziwór.

– Dobra… posłuchaj, aspirancie. Mamy tutaj zalążek gnoju na skalę ogólnopolską i niebawem TVN24 będzie z kamerą chodziło za każdym, kto miał cokolwiek wspólnego z tą sprawą. Albo pomożesz mi, nawet poza czasem służby, albo nie będę miał oporów, żeby wskazać tego policjanta, który okazał się kulą u nogi.

– Tak jest.

– Świetnie – odparł Marek, patrząc na podwładną. – Zatem sprawdź jak najszybciej znajomych. Po sześciu latach mogą być znacznie bardziej skłonni do zwierzeń. I zadzwoń pod ten numer, jak tylko skończysz.

– Pan wybaczy, ale… potrzebowałbym chociaż potwierdzić, że…

– Zadzwoń więc pod numer opolskiej komendy wojewódzkiej – uciął czym prędzej Litman. – Przekierują cię do mnie i będziesz miał potwierdzenie.

– Tak jest – odparł aspirant. – Będę działać, panie inspektorze.

– Byle szybko, bo każda minuta jest istotna.