Listy zza grobu - Remigiusz Mróz - ebook + audiobook

198 osób właśnie czyta

Opis

Największe tajemnice drzemią w małych miasteczkach.

Dwadzieścia lat po śmierci ojca Kaja Burzyńska wciąż otrzymuje od niego wiadomości. Zadbał o to, przygotowując je zawczasu i zlecając coroczną wysyłkę tego samego, pozornie przypadkowego dnia. Po czasie Kaja traktuje to już jedynie jako zwyczajną tradycję – aż do momentu, gdy w listach zaczyna dostrzegać drugie dno…

Tymczasem do miasteczka po dwudziestu dwóch latach wraca Seweryn Zaorski. Patomorfolog i samotny ojciec dwójki dzieci kupuje zrujnowany dom rodzinny Kai i rozpoczyna remont. W zniszczonym garażu odnajduje zamurowaną skrytkę z materiałami, które rzucają nowe światło na sprawę sprzed dwóch dekad…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 484

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 22 min

Lektor: Marcin Dorociński

Oceny
4,2 (2101 ocen)
1016
593
358
114
20

Popularność


Dla Kasi,

ta książka. Życie. Wszystko.

Każdy przecież początek

to tylko ciąg dalszy,

a księga zdarzeń

zawsze otwarta w połowie.

Wisława Szymborska

ROZDZIAŁ 1

1

Dzień powoli zabarwiał się realnością, ale Seweryn Zaorski jeszcze tego nie dostrzegał. Niemal całą noc spędził w przydomowym garażu – jedynym miejscu, którego jeszcze nie zdążył wyremontować. Początkowo zajął się skuwaniem posadzki, rankiem jednak całą uwagę poświęcał już tylko temu, co odnalazł w skrytce pod podłogą.

Była w złym stanie, bo poprzedni właściciel kilkadziesiąt lat temu popełnił parę błędów przy wylewce. Cement prawdopodobnie był zleżały, a proporcje mieszanki źle dobrane. A przynajmniej tak wstępnie założył Seweryn. Teraz stało się jasne, że górna warstwa stanowiła jedynie izolację mającą zamaskować schowek.

Odnowienie garażu Zaorski zostawił na sam koniec. Wcześniej wyremontował cały dom, przekopał zachwaszczony ogród i praktycznie zrównał z ziemią spaloną szopę. Chciał jak najszybciej postawić kropkę nad i, kończąc z przybudówką.

Ostatni etap renowacji będzie musiał jednak poczekać. W metalowej skrzynce, którą Seweryn wyjął spod podłogi, znajdowało się kilkanaście starych dyskietek, które całkowicie go zaabsorbowały.

Były to trzyipółcalowe verbatimy o zawrotnej pojemności jeden przecinek czterdzieści cztery megabajta. Kiedyś pozwalało to na przeniesienie przynajmniej kilku istotnych rzeczy, teraz nie wystarczyłoby nawet na miniaturkę zdjęcia. Mimo to Zaorski miał wrażenie, że trafił na prawdziwy skarb.

Po co ktokolwiek miałby zamurowywać te dyskietki w garażu? Co mogło się na nich znajdować? I co byłoby na tyle istotne, że zamiast je zniszczyć, ktoś tak skrzętnie je ukrył?

Zanim Zaorski zdążył zastanowić się nad którymkolwiek z tych pytań, zorientował się, że na dworze jest już jasno. Zaklął pod nosem, natychmiast zerwał się z podłogi i wybiegł z garażu. Przelotne zerknięcie na zegar kuchenny potwierdziło to, czego się obawiał – tylko cud sprawi, że dziewczyny dotrą w porę do szkoły.

Wpadł do pokoju starszej, dziewięcioletniej córki, przekonany, że to z nią upora się szybciej.

– Ada! – krzyknął. – Wstawaj!

Usłyszał ciche protesty, ale zignorował je i popędził do drugiego pokoju. Młodsza z córek, Lidka, siedziała na łóżku, bacznie mu się przyglądając.

– Czemu krzyczysz, tato?

Nabrał głęboko tchu i obejrzał się przez ramię. Źle ocenił sytuację – więcej wysiłku będzie kosztowało go wyciągnięcie z łóżka dziewięciolatki.

– Ada! – ryknął.

– Ona jeszcze śpi – zauważyła Lidka.

Seweryn popatrzył na córkę, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. Mimo że była dwa lata młodsza od siostry, zazwyczaj to ona zachowywała się dojrzalej. Czasem może nawet zbyt dojrzale jak na swój wiek.

– Wiem, że śpi – odparł. – Dlatego krzyczę.

– Nie możesz obudzić jej bez krzyczenia?

– Nie.

– Czemu?

– Bo jesteście już spóźnione.

– Czemu?

Zaczyna się, pomyślał Zaorski i przesunął nerwowo dłonią po karku. Córka wpadła w Spiralę Czemulności, którą doskonale znał każdy rodzic.

– Bo tata się zagapił – odburknął, ruszając z powrotem do pokoju starszej z sióstr.

Lidka natychmiast zaczęła dreptać za nim, ciągnąc za sobą kołdrę.

– Czemu? – zapytała.

– Bo tata znalazł coś w garażu.

– Czemu?

– Bo chciał wyremontować podłogę i… – Urwał, po czym machnął ręką. – Lidka, ubieraj się.

– Ale ja tylko…

– Wiem – uciął. – Chciałaś dowiedzieć się, czemu czarne jest czarne, białe jest białe, czemu deszcz pada z góry, a nie z dołu, i czemu psy szczekają, a koty miauczą. – Wyrzucił na jednym oddechu, a potem zerwał kołdrę z łóżka starszej córki. – Ale nie mamy teraz czasu. To wasz pierwszy dzień w szkole i…

– I jutro będzie drugi, a pojutrze trzeci.

– Brawo.

Seweryn pochylił się nad Adą i wisiał nad nią dopóty, dopóki nie otworzyła oczu. Kiedy spojrzała na niego z rozbawieniem, jakby właśnie wycięła mu wyjątkowo wyrafinowany numer, zaklął w duchu. Przyszło mu wychowywać dwie małe diablice. Nic nowego.

– A popojutrze czwarty – ciągnęła Lidka. – Czemu ten pierwszy jest taki ważny?

Ściągnął drugą córkę z łóżka, posłał jej srogie spojrzenie i podniósł kołdrę z podłogi. Mógł udzielić długiej, wyczerpującej odpowiedzi, podkreślając wagę pierwszego wrażenia nauczycielki i tego, jak inne dzieciaki w klasach będą je postrzegały. Uznał jednak, że ten sam efekt może osiągnąć w inny sposób.

– Bo tak – odparł.

– Ale…

– Ubierać się – rzucił. – No już!

Chwilę później gorączkowo przygotowywał im tosty z nutellą, choć obiecywał sobie, że nowe miejsce będzie oznaczało nowy start także w kwestii jedzenia. Dziś jednak nie miał czasu na wprowadzanie zmian.

Udało mu się uwinąć się z jedzeniem, ubieraniem i poranną toaletą w pół godziny, co przy dzieciakach takich jak Lidka i Ada sprawiało, że powinien w przyszłym roku ubiegać się o pokojowego Nobla.

Założył swoją wysłużoną czarną czapkę z daszkiem, narzucił skórzaną kurtkę i szybko zapakował córki do bordowej hondy accord combi. Natychmiast ruszył w kierunku szkoły. Włączył radio, rezygnując z jednej ze swoich płyt, mimo że znajome dźwięki pewnie ukoiłyby nieco jego nerwy. Pożałował tej decyzji, kiedy tylko na antenie zaczęły się reklamy produktów na suchość pochwy.

Szybko zmienił stację. Mleko już się jednak rozlało.

– Taateeł… – zaczęła Lidka.

– Musisz tak na mnie mówić?

– Już nie będę. Ale powiesz mi, po co jest nawilżenie intymne?

Spodziewał się, że reklama nie przejdzie bez echa, ale nie bardzo wiedział, jak odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Tak czy owak, miał szczęście, że nie trafił na lektora zachwalającego leki na erekcję.

– Cóż… – zaczął. – To po prostu…

– Tak?

– Podobnie jak wtedy, kiedy masz suche ręce… czasem…

Urwał i zerknął w lusterko. Siedzące z tyłu córki wpatrywały się w niego z ciekawością, ale właściwie nie miał nic więcej do dodania. Na tym kończyła się cała jego dzisiejsza inwencja.

– Mamy zapytać w szkole?

– Nie – odparł czym prędzej. – Pod żadnym pozorem, nie.

– No to o co chodzi?

Przez moment trwała niewygodna cisza.

– Nieważne – rzucił w końcu pod nosem. – Prędzej czy później i tak się dowiecie.

– Ale…

– Raczej później – uciął.

Po kilku minutach zaparkował pod jedną z dwóch szkół podstawowych w Żeromicach. Udało mu się wyrobić w samą porę – co z pewnością byłoby niemożliwe, gdyby nadal mieszkali w Krakowie. Nie potrafił zliczyć godzin spędzonych w korkach między Rynkiem Podgórskim a rondem Matecznego, nie wspominając już o innych wąskich gardłach.

Tam zatory drogowe były problemem o randze cywilizacyjnej, ale w liczących siedem tysięcy mieszkańców Żeromicach stanowiły raczej abstrakcyjny temat, znany główniez relacji telewizyjnych. O ile Seweryn zdążył się zorientować, największy korek powstawał rano właśnie pod podstawówką – na wąskiej uliczce nie było miejsca na parking, więc rodzice podjeżdżali z dziećmi pod samo wejście, pozbywali się pociech i czym prędzej ustępowali kolejnemu samochodowi.

Zaorski odblokował drzwi i dał dziewczynkom znak, by wysiadły.

– Akcja: ewakuacja – oznajmił.

– Tak jest – odparła rezolutnie Lidka i chwyciła za klamkę.

– Pamiętajcie, żeby słuchać się…

Nie dokończył, bo nie było sensu. Ada i Lidka wyskoczyły z samochodu, taszcząc ciężkie tornistry, a potem jak jeden mąż trzasnęły drzwiczkami. Seweryn odprowadził córki wzrokiem i głęboko odetchnął. Zanim ponownie wbił jedynkę, ze stojącego za nim auta doszedł dźwięk klaksonu.

– Pocałuj mnie w dupę – mruknął Zaorski i zerknąwszy w lusterko, ruszył powoli przed siebie. – Postałbyś sobie trochę pod Koroną, to zobaczyłbyś, jak wygląda korek.

W drodze powrotnej nie zamierzał słuchać o problemach z erekcją, o suchości narządów płciowych ani o upławach, grzybicy i hemoroidach. Włączył jedną z płyt, które katował właściwie w kółko.

Tym razem padło na autorską składankę Bachman–Turner Overdrive, która zaczynała się od „You Ain’t Seen Nothing Yet”. Seweryn miał tylko trzy zasady, jeśli chodziło o muzykę: po pierwsze, zespół musiał już nie istnieć, po drugie, musiał grać szeroko pojętego rocka, a po trzecie – powstać w latach siedemdziesiątych. Wszystko inne miało drugorzędne znaczenie.

Zaorski wodził wzrokiem po okolicy, starając się przypomnieć sobie, czy Żeromice zawsze wyglądały tak, jakby bieda tu aż piszczała. Podupadłe budynki, brudne, stare samochody, pękający asfalt i chylące się ku upadkowi płoty rysowały rozpaczliwy obraz. Nie była to najbiedniejsza gmina w Polsce, ale z pewnością znajdowała się w dolnej części każdego zestawienia statystycznego.

Zanim skończył się kawałek BTO, Zaorski zorientował się, że dojeżdża do jedynej stacji benzynowej w miasteczku. Do rezerwy jeszcze trochę brakowało, mimo to szybko włączył kierunkowskaz i bez wahania skręcił w prawo.

To, że podążający za nim samochód również zjechał z drogi, zauważył, dopiero kiedy zatrzymał się przy dystrybutorze.

Natychmiast poznał człowieka, który wysiadł z auta. Michał Ozga, aktualny burmistrz Żeromic i jego najlepszy przyjaciel z młodości. Gdyby Seweryn chciał zliczyć hektolitry piwa, które razem wyżłopali, prawdopodobnie musiałby opracować zupełnie nową miarę.

To z nim załatwiał formalności związane z kupnem domu. Liczył na to, że dawny znajomy zaproponuje pomoc przy remoncie, ale Michał najwyraźniej już dostatecznie ubrudził sobie ręce w lokalnej polityce i nie potrzebował tego robić gdziekolwiek indziej.

Przywitali się i odbębnili krótką, zwyczajową rozmowę o problemach Pierwszego Świata, narzekając na zator drogowy pod szkołą i udając, że uporanie się z tym kłopotem jest poza zasięgiem burmistrza. Potem Michał otaksował wzrokiem starego przyjaciela.

– Nic się nie zmieniasz – rzucił.

Seweryn uznał, że trwa festiwal wyświechtanych frazesów. Nie miał ochoty brać w nim udziału, zresztą po ponad dwudziestu latach braku kontaktu dwóch niegdyś bliskich przyjaciół więcej dzieliło, niż łączyło.

– Po prostu nie lubię zmian – odparł, zerkając na licznik na dystrybutorze.

– Ale garderobę naprawdę mógłbyś odświeżyć – zauważył Michał, wskazując ręką jego ubiór. – Cały czas ten sam zestaw. Czapka, rockowy T-shirt i skórzana kurtka.

– Jak się ostatnio widzieliśmy, założyłem koszulę.

– Do notariusza – odbąknął Ozga. – Ale na co dzień też by ci nie zawadziła.

Zaorski dolał do pełnej kwoty i wyjął pistolet z baku, starając się nie uronić ani kropli. Nie uszło to uwadze rozmówcy, ale Michał powstrzymał się od komentarzy o nadmiernej oszczędności lub skrupulatności.

– Jestem w trakcie remontu, więc sam rozumiesz – odparł Seweryn i przesunął dłonią po koszulce z logo albumu Fly by Night z dorobku Rush. Prawda była taka, że nigdy nie założyłby tego T-shirtu do roboty, należał do jednych z najbardziej wyjściowych.

– Jasne, rozumiem.

Zaorski zamknął bak i spojrzał na burmistrza.

– Swoją drogą, natknąłem się na coś w garażu.

– Na co?

– Metalową skrzynkę ze starymi dyskietkami, która…

– Możesz to wywalić – uciął Michał. – Zabraliśmy z tamtego przeklętego domu wszystko, co nadawało się do wzięcia. Reszta nam niepotrzebna.

Seweryn nie pamiętał, by kiedykolwiek w trakcie ich długiej przyjaźni Ozga działał mu na nerwy. Być może on rzeczywiście się nie zmienił, ale Michał z pewnością tak.

– Więc sprawdziliście wszystko? – spytał Zaorski.

– Taaa…

– Skrytkę pod podłogą też?

Rozmówca potrząsnął głową, jakby właśnie ktoś wymierzył mu policzek.

– Jaką skrytkę?

Chwilę zajęło Sewerynowi wytłumaczenie, co znalazł. Nie mógł opędzić się od wrażenia, że Michał jest zaskoczony nie tyle istnieniem samej skrytki, ile tym, że ktoś ją odkrył. Coś wydawało się nie w porządku, ale Zaorski nie potrafił sprecyzować co.

– Te dyskietki są jakoś podpisane? Wiesz, do kogo należą?

Seweryn zmierzył go wzrokiem, jakby to burmistrz miał niecodzienny strój.

– Przypuszczam, że nie zamurował ich tam przypadkowy przechodzień – powiedział.

Ozga sprawiał wrażenie, jakby sam dopuszczał taką możliwość.

– Cóż… – dodał Zaorski. – Trochę mnie tu nie było, ale chyba po Żeromicach nie krąży gang podkładający takie niespodzianki ludziom w garażach.

– No tak… – przyznał w końcu Michał.

– Musiał to zrobić ojciec twojej żony. I przypuszczam, że cokolwiek znajduje się na tych dyskietkach, Burza chciałaby to zobaczyć.

Dawny przyjaciel znów zamilkł, a wrażenie Seweryna, że coś jest nie w porządku, wzrosło.

– To znaczy Kaja – dorzucił, byleby pociągnąć rozmowę. – Pewnie nikt już nie mówi na nią Burza?

– Nie, nie, ludzie dalej tak mówią. Została zresztą przy panieńskim nazwisku.

Michał zawiesił głos i dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że Zaorski przygląda mu się uważnie i czeka na więcej.

– Wybacz – odezwał się Ozga. – Zastanawiam się po prostu, co może być na tych dyskietkach i dlaczego stary Burzyński miałby to ukrywać. I czy Kaja powinna akurat dzisiaj dodatkowo rozdrapywać tę ranę…

– Akurat dzisiaj?

– Dziewiąty września – oznajmił burmistrz, jakby to miało kluczowe znaczenie. – Co roku tego dnia przychodzi do niej list od ojca.

– List? Jaki list? Z zaświatów?

Seweryn starał się złapać rozbiegane spojrzenie rozmówcy, kiedy ten zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Burzyński przed śmiercią przygotował dla niej listy i zlecił coroczną wysyłkę. Zupełnie jakby spodziewał się tego, co się wydarzyło, i chciał zadbać o to, by jakoś pozostać obecny w życiu córki. Rozumiesz.

Zaorski niewiele z tego rozumiał, ale zachował tę uwagę dla siebie.

– Przywykła do tego, bo wiadomości przychodzą od dwudziestu lat – ciągnął Michał. – Czasem to jakieś wspomnienia, czasem nadzieje Burzyńskiego na przyszłość, do tego zawsze jakieś złote myśli. W sumie nic wielkiego, ale zawsze coś. Na tych dyskietkach pewnie są podobne rzeczy.

Równie dobrze mógłby strzelić, że na jednym z księżyców krążącej w Pasie Kuipera Haumei jest tlen.

– To był dziwny facet – dodał Ozga.

– Tym bardziej powinna sprawdzić te dyskietki.

– Tym bardziej?

– Może pozwolą jej lepiej go zrozumieć albo…

– Daj spokój – przerwał mu Michał. – Doceniam, że chcesz pomóc, ale ona już dawno sobie wszystko poukładała.

Uśmiechał się, ale z wyraźną nerwowością. Zaorski nie mógł przesądzić, czy to dlatego, że faktycznie obawiał się o równowagę psychiczną żony, czy może ze względu na to, że coś ukrywał.

Tak czy inaczej, zbagatelizował fakt odkrycia zamurowanej skrytki na tyle, by wydało się to podejrzane.

– Wiesz, że to nie była zwyczajna śmierć… – zaczął Ozga.

– Żadna nie jest.

– Ale Kai sporo czasu zajęło dojście do siebie – podkreślił. –Początkowo te listy były jak ciosy zza grobu. Teraz są już tylko tłem egzystencji, ale…

– Ale boisz się, że znów wyjdą na pierwszy plan.

– Zgadza się – odparł Michał, wbijając wzrok w oczy Zaorskiego.

Może przesadzał. Może miał przed sobą jedynie zaniepokojonego, kochającego męża, a nie przebiegłego polityka ukrywającego jakąś dawno zapomnianą tajemnicę.

Chryste, przecież to kiedyś był jego najlepszy przyjaciel –porządny gość, ze znanej, szanowanej rodziny. Seweryn nie miał powodu podejrzewać go o jakiekolwiek złe intencje. Najwyraźniej jednak zbyt bliskie obcowanie ze zbrodnią położyło się cieniem na tym, jak Zaorski postrzegał innych.

– Jasne, rozumiem – odezwał się Seweryn. – Pozbędę się tego.

Na twarzy burmistrza pojawiła się wyraźna ulga. Uścisnął Zaorskiemu rękę, rzucił luźną uwagę o tym, że powinien kiedyś wpaść do nich z córkami, a potem się oddalił.

Seweryn rozejrzał się ukradkiem. Nie dostrzegłszy nikogo, wyjął ze stojącego obok wiadra ściągaczkę z gąbką i zaczął myć przednią szybę. Była czysta, ale potrzebował wymówki, by zostać tu jeszcze przez chwilę.

W końcu dostrzegł człowieka, na którego czekał. Mężczyzna zapłacił w kasie, po czym wrócił do samochodu stojącego przy dystrybutorze obok.

– Kto to był? – mruknął, obrócony tyłem do Zaorskiego.

– Stary znajomy.

– Coś kombinujesz?

– Nie – odparł Seweryn. – To przypadkowe spotkanie. I przypadkowy gość.

– W takim razie zajmij się tym, po co tu przyjechałeś.

– Jasne.

Uwadze Zaorskiego nie uszło, że rozmówca przez cały czas ustawiał się tak, by kamera wymierzona w kierunku samochodów nie złapała jego twarzy.

– Dziś. Dwudziesta trzecia – rzucił mężczyzna, otwierając drzwiczki. – Za starym kościołem Adwentystów Dnia Siódmego. Przyjdź sam.

2

Z pewnością istniał sposób, by zmusić pocztę do wydania wszystkich listów, które dla Kai przygotował ojciec. Mimo że przeszło jej to kilka razy przez myśl, tak naprawdę nigdy poważnie tego nie rozważała. Wydawało jej się, że tym samym sprzeniewierzyłaby się ostatniej woli ojca.

Chciał, by dostawała wiadomości co roku. Może dzięki temu przed śmiercią miał świadomość, że w pewien sposób będzie przy niej? Nigdy nie zrozumiała, skąd ta przezorność. Nikt o zdrowych zmysłach nie robi takich rzeczy, a przynajmniej nie w takim wieku. Ojciec nie miał powodu, by spodziewać się, że jego życie niedługo się skończy. Zginął nagle, tragicznie. Nie mógł tego przewidzieć.

Powtarzała sobie to, od kiedy dostała pierwszy list dwadzieścia lat temu, ale nigdy do końca nie przekonała samej siebie.

Początkowo liczyła na to, że w wiadomościach znajdzie coś, co tłumaczyłoby ten dziwny stan rzeczy. W żadnej nie było jednak nic, co rzuciłoby więcej światła na motywacje ojca.

Jak co roku, dziewiątego września wzięła urlop. Niegdyś robiła to po to, by uporać się z emocjami, jakie wiązały się z kolejnym listem. Teraz stanowiło to już tylko nie do końca uzasadnioną tradycję.

Chciała odwieźć dziewięcioletniego syna do szkoły, jak zawsze to robiła, ale Michał uparł się, że to on dziś zabierze Dominika. Wiedziała doskonale, skąd ta gotowość – zbliżały się wybory samorządowe i dobrze było pokazać się wyborcom jako przykładny ojciec.

Burzyńska pozmywała po śniadaniu i kontrolnie zerknęła na zegarek w kuchni. Listonosz zjawiał się u niej zazwyczaj tuż po dziesiątej, nawet kiedy na zewnątrz trwała pogodowa sodoma i gomora. Teraz także nie zawiódł.

Wręczył jej list z niezbyt dobrze pozorowaną obojętnością, jakby nie miał pojęcia, co rokrocznie przychodzi do Kai dziewiątego września.

W miasteczku tak małym jak Żeromice podobna tajemnica nie miała szans się utrzymać. Być może byłoby nieco łatwiej, gdyby nie to, że kilka lat temu NSI zrobiła materiał o ojcowskich listach z zaświatów. Bez tego przy odrobinie szczęścia Kaja byłaby dziś dla większości mieszkańców po prostu starszą aspirant Burzyńską. Po tamtym reportażu nie było jużjednak o tym mowy, stała się lokalną celebrytką. Żeromice nigdy wcześniej nie doczekały się takiego zainteresowania medialnego – i całkiem możliwe, że nigdy już się nie doczekają.

Kaja podziękowała listonoszowi i wróciła z kopertą do kuchni. Nie otworzyła jej od razu, bo jeśli kierowała się w życiu jakąkolwiek żelazną zasadą, to sprowadzała się ona do prostego: najpierw kawa, potem wszystko inne.

Wypiła kilka łyków, po czym rozcięła papier. Miejsce, w którym powinny być dane nadawcy, jak zawsze było puste, choć Burza przypuszczała, że ojciec wysłał wszystkie listy z domu.

Domu, z którego wyprowadziła się po jego śmierci. Nie chciała mieć z tym miejscem nic wspólnego, starała się o nim zapomnieć. Pozwoliła, by latami niszczało, przekonana, że nikt nie zdecyduje się kupić gruntu. Mieszkańcy Żeromic mieli ziemi pod dostatkiem, a zrujnowany budynek nie był nikomu do szczęścia potrzebny.

Kiedy Michał oświadczył, że mają kupca, początkowo wzięła to za niezbyt wyszukany żart. Po tym, jak dodał, że chodzi o Seweryna Zaorskiego, uznała, że na pewno robi sobie z niej jaja.

A jednak okazało się, że to prawda. Zaorski wrócił po dwudziestu dwóch latach.

Znikł z Żeromic nagle, tuż po maturze. Z dnia na dzień po prostu się rozpłynął. Zostawił rodzinę i przyjaciół, nie oglądał się na nikogo i zdawał się zapomnieć o przyszłości, którą tu planował. Po jakimś czasie zrobiło się o nim głośno –podobno skończył z dobrymi wynikami jakąś uczelnię medyczną i współpracował z Instytutem Ekspertyz Sądowych imienia Sehna w Krakowie.

W komisariacie raz po raz ktoś przebąkiwał na jego temat, ale jakiś czas temu wszyscy o nim zapomnieli. Nikt nie spodziewał się, że Seweryn kiedykolwiek wróci na stare śmieci. A już szczególnie, że zainteresuje się starym domem rodzinnym Burzyńskich.

Kaja dopiła kawę i w końcu wyjęła list z koperty.

Zawsze przeprowadzała trzy czytania. Pierwsze – pobieżne, by przekonać się, czy w wiadomości nie ma czegoś przełomowego. Drugie – dokładniejsze, ze zrozumieniem, by nic jej nie umknęło. I trzecie – drobiazgowe, by ustalić, czy ojciec nie starał się przemycić czegoś między wierszami.

Nie miałby powodu tego robić. I nie powinna spodziewać się, że w którymkolwiek liście znajdzie coś, co mogłoby zwalić ją z nóg.

Właściwie były to dość banalne, może nawet sztampowe wiadomości. Ojciec zazwyczaj podkreślał, że cieszy go, iż może chociaż w ten sposób być obecny w jej życiu. Zastanawiał się nad tą czy inną kwestią – zazwyczaj związaną z jej hipotetycznym mężem, dziećmi lub pracą zawodową. Tym razem najwięcej uwagi poświęcił rozważaniom dotyczącym tego ostatniego, po czym przeszedł do obowiązkowej złotej myśli. Z jakiegoś powodu uznawał, że każdy list musi zakończyć mniej lub bardziej wyszukanym aforyzmem. Czasem poważnym, czasem lekkim, ale zawsze dotyczącym treści wiadomości.

Zanim Burzyńska zdążyła skupić się na tym, który kończył dzisiejszą wiadomość, rozległ się dzwonek telefonu. Zerknęła na ekran i zobaczyła zdjęcie męża. On też doskonale wiedział, o której zjawia się listonosz – i o której Kaja będzie już po lekturze.

– I jak? – spytał.

– U mnie bez zmian. Oprócz tego, że dziś mój mąż po raz pierwszy odwiózł syna do szkoły.

Michał prychnął do słuchawki.

– Nie pierwszy…

– Ale ostatni? – wpadła mu w słowo. – Zmolestowały cię gospodynie domowe?

– Nie. W sumie nikt mnie nie zauważył.

Burza uśmiechnęła się pod nosem. Powtarzała mu, że zjawienie się rankiem pod szkołą niespecjalnie przysłuży się jego kampanii wyborczej. Matki i ojców odwożących dzieciaki interesowało jedynie to, by ich pociecha jak najszybciej opuściła samochód, a oni mogli popędzić do pracy.

– Może oprócz Zaorskiego – dodał Michał.

– Spotkałeś go?

Potwierdził cichym mruknięciem, a Kaja odnotowała niewielki sukces. Od kiedy Seweryn zaczął interesować się jej starym domem, namawiała męża, by odnowił znajomość z Zaorskim. Po wejściu do lokalnej polityki właściwie nie miał już żadnych zwykłych przyjaciół – wszyscy byli albo interesantami, albo osobami, z którymi wypadało utrzymywać dobre relacje.

Najlepszy przyjaciel z czasów szkolnych z pewnością przydałby się teraz bardziej niż kiedykolwiek.

– I? – spytała Burzyńska.

– Pogadaliśmy chwilę – burknął. – Ale powiedz mi lepiej…

– O czym gadaliście?

– O bzdurach.

– To się rozumie samo przez się, kiedy rozmawia ze sobą dwóch facetów – odparła i podeszła z pustym kubkiem do ekspresu. – Pytam o szczegóły.

Mąż przez moment się zastanawiał, a ona zrobiła sobie nieco słabszą kawę.

– Seweryn znalazł coś w garażu.

– Co?

– Jakieś graty po twoim ojcu, nic ciekawego. Powiedziałem, żeby się tego pozbył.

– Czego konkretnie?

Po kilkunastu latach małżeństwa mogła bez trudu ustalić, że Michał w tym momencie wzrusza ramionami.

– Jakieś stare komputerowe bzdety, dyskietki i tak dalej.

Usiadła z powrotem przy stole i uniosła wzrok, zastanawiając się przez chwilę. Zabrała z domu rodzinnego wszystko, co nadawało się do użytku i co miało jakąkolwiek wartość sentymentalną. Sprawdzała dwukrotnie, wiele lat temu, by już nigdy nie musiała tam wracać i się upewniać.

– To nic ważnego – dodał Michał. – Powiedz mi lepiej, jak list?

– Jak zawsze.

Nie musiała dodawać nic więcej. Mąż wiedział, że jak zwykle będzie to dla niej miły akcent, ale nic ponadto. Już od dawna nie wiązało się to z takimi silnymi przeżyciami, jak na początku. Wszystko powszedniało. Nawet głosy zza grobu.

– Miałam nadzieję, że ojciec weźmie na warsztat ciebie – dodała. – Ale tym razem skupił się przede wszystkim na pracy.

– I? Trafił z tym, że pójdziesz w jego ślady?

– Wręcz przeciwnie. – Z uśmiechem przesunęła ręką po kartce. – Spodziewał się, że będę trzymała się jak najdalej od policji.

Miał ku temu powody. Całe dzieciństwo spędziła na obserwowaniu, jak wiele ojca kosztowała służba. Dochrapał się wprawdzie stanowiska komendanta w Żeromicach, został ulubieńcem mieszkańców i dla wielu prawdziwą ostoją sprawiedliwości, ale wszystko to odbyło się kosztem życia rodzinnego.

– Tak czy owak, byłby dumny ze swojej starszej aspirant.

– Może – odparła bez przekonania Burza.

– Złota myśl na końcu też się pojawiła?

– Jasne.

Michał prowadził rozmowę mimochodem, a ona miała świadomość, że zajęty był już czymś innym. O tej porze siedział pewnie za biurkiem i mierzył się z dzisiejszymi sprawami urzędowymi.

– Co tym razem? – zapytał.

Kaja zerknęła na kartkę i odchrząknęła. Cytaty kończące listy bywały różne, ale zawsze stanowiły podsumowanie tego, o czym pisał ojciec. Czasem rzucały na to nowe światło. W tej wiadomości pisał o pracy zawodowej, a zamykający cytat świadczył o tym, jaki efekt w jego życiu prywatnym przyniosła policyjna kariera.

– Kropla nienawiści wystarczy, by zgasić najgorętsze uczucie – powiedziała.

Michał przez chwilę milczał.

– Podniosłe – ocenił.

– Taa. I prawdziwe, bo ma na myśli siebie i matkę.

– To przecież niekoniecznie…

– Cytat zawsze ma związek z wiadomością – ucięła. – A w tym wypadku to dość wymowny komentarz. I trafny.

Michał musiał przyznać jej rację. Znał zarówno sposób, w jaki ojciec Kai konstruował wiadomości, jak i historię rodziny Burzyńskich. Mimo że na zewnątrz byli wręcz modelowi, za zamkniętymi drzwiami mogliby pretendować do miana najbardziej beznadziejnej i żenującej familii w Żeromicach.

Nigdy nie dochodziło do patologicznych zachowań, ale ojciec i matka w pewnym momencie czuli do siebie wyłącznie odrazę. Jeśli nie milczeli, to przerzucali się winami. Jeśli byli w jednym pokoju, udawali, że nie widzą drugiej osoby. Rozmawiali z Kają na zmianę, jakby każde miało swoją kolejkę.

Cytat nie był odkrywczy, ale z pewnością trafny.

– Odbierzesz dzisiaj Dominika? – spytała, chcąc zająć myśli czymś innym.

– Nie mogę. Muszę zostać w urzędzie trochę dłużej.

– Jesteś pewien? Po południu rodzicom się tak nie spieszy, mają chwilę na rozejrzenie się i wyłowienie z tłumu ich burmistrza w niecodziennej sytuacji.

– Nie wiem, czy…

– Nie żartuj – ucięła. – Mężczyzna bohatersko odbierający dziecko ze szkoły to widok tak niespotykany, że nie ujdzie niczyjej uwagi.

Zaśmiał się, a potem przeprosił i zapewnił, że naprawdę musi zostać. Tak naprawdę jej to nie przeszkadzało, wprost przeciwnie. Nawet jeden dzień bez odwózki do szkoły sprawiał, że czuła się, jakby zaniedbywała swoje obowiązki.

Był to z pewnością rezultat pewnej nadopiekuńczości, ale przejawiała ją tylko dlatego, że właśnie takiego podejścia do dziecka nauczył ją ojciec. Nie przegapił żadnego, nawet mało istotnego zdarzenia w jej życiu. Nigdy jej nie zawiódł, nigdy nie podniósł na nią głosu, nigdy nawet krzywo na nią nie spojrzał. I był gotowy na wszystko, czego sobie życzyła.

A mimo to nie potrafił poukładać sobie życia z jej matką.

Ta ostatnia myśl zdawała się nabierać dodatkowego ciężaru, kiedy Kaja spoglądała na cytat kończący list.

Było w nim jednak coś jeszcze. Nie potrafiła powiedzieć co, ale intuicyjnie to czuła. Kiedyś ślęczałaby nad wiadomością długimi godzinami, starając się dojść, co jest nie tak, i szukając drugiego dna.

Teraz nie miała takiego zamiaru. Dawno podjęła decyzję, że listy z zaświatów nie będą determinować jej życia.

Zajęła się swoimi sprawami, krzątając się po domu. Korzystając z wolnego, zrobiła pranie, pościerała kurze i zaczęła przeglądać zapasy w komórce, starając się znaleźć to, co już dawno powinna wyrzucić.

Od czasu do czasu nerwowo zerkała na zegarek i dopiero za którymś razem uświadomiła sobie, że wyczekuje momentu, by pojechać po Dominika do szkoły. Nie chciała być sama ze swoimi myślami. Nie chciała siedzieć bezczynnie. Robiła wszystko, by uciec od tego, co cały czas miała z tyłu głowy.

Zrozumiała, że nie była to treść listu, ale raczej to, co powiedział Michał.

Zastanawiała się przez moment i w końcu podjęła decyzję. Wyjęła umowy sprzedaży domu i odszukała kontakt do Zaorskiego. Wklepała numer do smartfona i od razu zadzwoniła. Chwila wahania pewnie wystarczyłaby, żeby się rozmyśliła.

– Tak? – rozległ się nieco chropowaty, męski głos.

– Seweryn?

Przez moment Kaja słyszała jedynie ciszę. Nie znał jej numeru, a jej głos słyszał zbyt dawno, by go rozpoznać. Mimo to odniosła wrażenie, jakby próbował.

– Tak stoi w akcie urodzenia – odparł w końcu. – Matka wybierała. Postanowiła zemścić się za trudny poród.

Burzyńska uśmiechnęła się lekko. Najwyraźniej od czasów szkolnych Zaorski niewiele się zmienił. Żartował właściwie ze wszystkiego, nie znał pojęcia tabu. I nie było dla niego żadnej świętości – choć Michał twierdził, że teraz są dwa wyjątki. Jego córki.

– Z tej strony Kaja – odezwała się. – Chciałam…

– Wiem, kto mówi – uciął. – Masz dość charakterystyczny głos.

– Który przez ponad dwadzieścia lat się zmienił.

– Tylko trochę. Poza tym mam dobrą pamięć.

– Albo po prostu dobrze improwizujesz.

Miała wrażenie, jakby rozmawiali nie dwie dekady temu, ale raptem wczoraj lub przedwczoraj, podczas posiadówy w Gałęźniku, Central Parku lub innych miejscówkach w Żeromicach, które nazywali na fali uwielbienia dla tego czy innego amerykańskiego serialu.

– Mogłeś też spisać mój numer z dokumentów sprzedaży domu – dodała.

– Mogłem – przyznał. – Ale skoro nie brałaś udziału w naszych burzliwych negocjacjach, uznałem, że na nic mi się nie przyda, bo nie masz zamiaru odnawiać dawnych znajomości.

Wiedziała, że powinna dodać choćby kilka słów wytłumaczenia, dlaczego to Michał załatwiał wszystkie sprawy. Zaorski był niegdyś jego najlepszym przyjacielem, ale także jej znajomym – wypadało choćby raz się pojawić. Burzyńska miała jednak sporo na głowie i zwyczajnie zabrakło jej czasu na wizytę u notariusza. O odwiedzeniu starego rodzinnego domu nie było mowy.

– Nie, po prostu…

– Byłaś zajęta – dokończył za nią. – Jasna sprawa. Dziecko, służba, mąż polityk… Jest się kim i czym zajmować.

– Otóż to – potwierdziła.

– Więc dzwonisz, żeby odkurzyć starą relację?

– Niezupełnie – odparła szybko. – Michał powiedział mi o gratach, które znalazłeś.

Seweryn na moment zamilkł.

– To właściwie tylko kilkanaście dyskietek – odparł cicho. –Ale może „tylko” to niewłaściwe słowo…

– Co masz na myśli?

– To, że zostawił je twój ojciec. I to, że zalał je betonem w schowku pod podłogą.

– Co takiego?

Zaorski znów przez moment milczał, a Kaja podniosła się z kanapy i podeszła do okna. Chwilę zajęło Sewerynowi przedstawienie szczegółów tego odkrycia. Od razu zrozumiała, że Michał zbagatelizował sprawę – być może z premedytacją, by nie wytrącać jej z równowagi, jaką cieszyła się od pewnego czasu.

To, co mówił Zaorski, całkowicie zmieniało postać rzeczy.

– Sprawdzałeś, co na nich jest? – zapytała, kiedy skończył.

– Nie. Nie mam nawet komputera z napędem FDD – odparł. – Poza tym nie wiem, czy powinienem to robić. Ani ja, ani ktokolwiek inny.

Burza wpatrywała się w drzewa, które w oddali chwiałysię na wietrze. Nie odpowiadała, gorączkowo zastanawiając sięnad wagą znaleziska.

– Twój ojciec z pewnością nie schował tych dyskietek bez powodu – dodał Seweryn. – Mogą być na nich rzeczy, których nikt nie powinien widzieć.

Kaja pochyliła głowę, a sięgające szyi ciemne włosy opadły jej na twarz. Potrzebowała chwili, by zebrać myśli.

Coroczne listy od ojca to jedno – do nich była przyzwyczajona – takie niespodziewane odkrycie to jednak zupełnie coś innego. W dodatku Zaorski miał rację. Nikt nie zadawałby sobie takiego trudu, żeby ukryć coś, co nie miało znaczenia.

– A jednak tego nie zniszczył… – odezwała się w końcu cicho.

– Co mówisz?

– Gdyby ojciec chciał, żeby nikt ich nie znalazł, pozbyłby się dyskietek – odparła, jednocześnie podejmując decyzję. – Mógłbyś mi je podrzucić?

– Teraz?

Mruknęła potwierdzająco.

– Cóż… – odparł. – Planowałem właśnie…

– Coś ciekawszego od odkrywania tajemnic z przeszłości?

– Nie – przyznał. – Właściwie nie. I mogę być za dziesięć minut.

– Wiesz, gdzie mieszkamy?

– Jasne. Tutaj wszyscy wiedzą, gdzie kto mieszka. Szczególnie jeśli chodzi o dom burmistrza.

Próbował zmienić nieco ton rozmowy, z pewnością słysząc napięcie w głosie Kai. Ona sama czuła, że to stopniowo rośnie. Powoli docierało do niej, że otrzyma kolejną, tym razem być może bardziej wyczerpującą wiadomość od ojca.

– W takim razie się zbieram – dodał Seweryn.

– Czekaj – rzuciła. – Te dyskietki są jakoś podpisane?

– Tak, ale… dość enigmatycznie.

– To znaczy?

– Jakimiś przypadkowymi liczbami. – Na moment urwał. –Dwa, jedenaście, pięćset czternaście… To nie ma żadnego sensu.

Burzyńska się nie odzywała.

– Chyba że tobie to coś mówi? – spytał.

Nie mówiło, ale Kaja była przekonana, że cyfry nie są przypadkowe.

3

Burzyńskich z pewnością stać było na znacznie większy dom, ale fakt, że głowa rodziny była burmistrzem, przekreślał życie ponad standard. Seweryn postawił accorda przed ogrodzeniem, zabrał z tylnego siedzenia metalową skrytkę i ruszył w kierunku drzwi.

Nie widział Burzy od dwudziestu dwóch lat – przynajmniej jeśli chodziło o spotkanie na żywo. Jak każdy normalny człowiek przed przenosinami na stare śmieci sprawdził na Facebooku wszystkich, z którymi prędzej czy później musiał się zetknąć.

Szczególnie ją.

Kaja należała do tych, którzy zmienili się najmniej. Wprawdzie trochę przytyła, ale owal twarzy i nowe krągłości tylko dodawały jej uroku. W jej oczach wciąż była ta sama determinacja i gotowość do mierzenia się ze wszystkim, co spotka na swojej drodze.

Tak wyglądało to na zdjęciach profilowych. Kiedy otworzyła mu drzwi, zobaczył w jej spojrzeniu raczej bezsilność.

– Nie spieszyło ci się – powiedziała i uśmiechnęła się na powitanie.

Zaorski zerknął na zegarek. Rzeczywiście spóźnił się o studencki kwadrans, ale tylko dlatego, że otrzymał niespodziewany telefon od mężczyzny, z którym dziś w nocy miał spotkać się za starym kościołem.

Tej jednej rzeczy nie mógł zignorować.

– Wybacz – rzucił. – Zapomniałem już, jakie tu korki.

Cofnęła się o krok i zaprosiła go do środka, nieustannie taksując go wzrokiem.

– Wiem, wiem – mruknął, wskazując koszulkę. – Ozzy już to dzisiaj skomentował.

Wyraz zdziwienia na jej twarzy uświadomił mu, że nikt już tak nie mówi na Michała Ozgę. Najwyraźniej czas zapomnieć o starych ksywkach i przypomnieć sobie imiona większości mieszkańców.

Burza uśmiechnęła się, wskazując mu wieszak. Ściągnął czapkę i kurtkę, a potem rozejrzał się po przedpokoju. Od razu odniósł wrażenie, że panuje tu prawdziwa, a nie pozorowana dla wyborców rodzinna atmosfera. Małych butów i kurtek było w przedpokoju tyle, że z pewnością nie zabrakłoby wersji na żadną pogodę. Na komodzie leżała nieotwarta korespondencja adresowana do Michała, tuż obok dziecięcy i męski szalik, para kobiecych rękawiczek i notatnik z informacją o wywózce śmieci.

– Musiał poczuć się, jakby spojrzał prosto we własną przeszłość.

Seweryn podniósł wzrok.

– Hę? – spytał.

– Michał. Kiedy cię zobaczył.

– A, no tak…

– O ile pamiętam, w szkole ubieraliście się tak samo.

– Jak bracia – przyznał Zaorski. – Chociaż nigdy wcześniej tego nie uzgadnialiśmy. Po prostu…

– Tak wychodziło – dokończyła za niego. – Wiem, wiem. Trochę się o tym nasłuchałam.

Seweryn w to nie wątpił. On także nie raz i nie dwa opowiadał swojej żonie o Ozzym, może nawet częściej niż o kimkolwiek z tamtych czasów. Ich przyjaźń wydawała się wtedy nie do zdarcia, a jeden wskoczyłby za drugim w ogień.

– Trochę też pamiętam – dodała. – Ale na wspominki będzie jeszcze czas.

Spojrzała znacząco na metalową skrzynkę, a potem skinęła na Zaorskiego ręką i ruszyła w głąb korytarza.

– Uruchomiłam starego peceta Michała – powiedziała.

– Macie jeszcze taki sprzęt?

– Rozkładał się na poddaszu.

– Ale nie rozłożył?

– Nie. Choć wydaje dźwięki, jakby powoli dogorywał. Od dobrych dziesięciu lat zbierał kurz, pleśń i Bóg jeden wie co jeszcze.

Seweryn przypuszczał, że komputer niebawem wyzionie elektronicznego ducha, ale właściwie potrzebowali go tylko na chwilę, by zobaczyć, co jest na dyskietkach.

– Przejrzałam też stare listy od ojca – dodała.

Kiedy obejrzała się przez ramię, posłał jej pytające spojrzenie.

– Próbowałam znaleźć coś związanego z tymi liczbami, o których wspomniałeś.

– I?

– I nic. Nie pojawiają się w żadnej wiadomości – odparła, wchodząc do kuchni.

Pecet stał na stole, a liczba kabli, które łączyły go ze starym kineskopowym monitorem, była większa, niż Zaorski pamiętał. Obraz trochę migotał, myszka od spodu niemal sczerniała, a niektóre klawisze nie działały. Seweryn usiadł na krześle i postukał w obudowę.

– Sprzęt ma wyraźne objawy preagonalne.

– Dzięki, panie doktorze. O niezbyt dobrych rokowaniach wiedziałam, zanim wyciągnęłam pacjenta z pudła.

Zaorski postawił skrzynkę na stole, a Kaja nachyliła się nad nią, jakby miała do czynienia z długo poszukiwanym skarbem. Wyjmowała dyskietki ostrożnie, niemal z pietyzmem, po czym rozkładała je cierpliwie na stole.

Przez chwilę przypatrywała się liczbom wypisanym na odklejających się etykietach, a potem zaklęła cicho.

– Nic mi to nie mówi – powiedziała, nie odrywając od nich wzroku. – Ojciec nigdy nie wspominał o niczym związanym z matematyką. A jak przychodziło do pomagania mi przy zadaniach domowych, uciekał jak najdalej.

– Całkowicie to rozumiem – odparł Seweryn. – Krew w żyłach ścina mi się na samą myśl o zadaniach, które Ada przynosi ze szkoły. Znasz to, nie?

– Nie.

– Są z gatunku tych, że na stole leży pięć jabłek. Podchodzi do niego dziewczynka i zabiera trzy jabłka, a po niej zjawia się chłopczyk i kładzie na blacie jedno. Oblicz, ile atomów hemicelulozy znajduje się w prawej nodze stołu.

Kaja spojrzała na niego niepewnie.

– No co? – bąknął. – To tego typu czarna magia.

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Wodzili wzrokiem po etykietach, zastanawiając się nad tym, co na nich widniało.

– Może te liczby nie mają znaczenia – odezwał się w końcu Zaorski.

– Gdyby nie miały, to ojciec nie umieszczałby ich na dyskietkach.

– Więc co? To jakiś kod?

Burza przysiadła na stole i zerknęła na cicho buczący komputer.

– Miałoby to sens – odezwała się. – Skoro zależało mu na tym, żeby nikt tego nie znalazł, to może zabezpieczył się jeszcze dodatkowo.

Zanim Zaorski zdążył odpowiedzieć, sięgnęła po pierwszą z brzegu dyskietkę i podała mu ją.

– Czyń honory.

– Nie zaproponujesz mi najpierw czegoś do picia?

Kaja zmierzyła go wzrokiem.

– I co jeszcze? – spytała. – Rozmówki o tym, co robiliśmy przez ostatnie dwadzieścia parę lat?

– Właściwie to nie najgorszy pomysł.

– W takim razie wpadnij na niego znów, jak kiedyś przyjdziesz do nas na kolację – oznajmiła i odebrała od niego dyskietkę. – A teraz zobaczmy, co tam jest.

Włożyła nośnik do napędu, a ten zabuczał w charakterystyczny sposób. Przez moment brzmiało to jak elektroniczna kłótnia o to, czy po latach uda się zobaczyć zawartość dysku, czy nie.

Moment później Seweryn, chcąc nie chcąc, przypomniał sobie, jak wygląda pulpit w Windowsie 95, a potem kliknął w „Dyskietka 3,5 (A:)”. Nośnik znów zaskrzeczał, a na ekranie pojawiła się zawartość dysku.

Działał bez zarzutu, co być może nie powinno Zaorskiego dziwić. Swego czasu sprawdził w praktyce, jak wiele były w stanie przetrwać trzyipółcalowe dyskietki.

– Co to jest? – spytała Kaja, mierząc palcem w monitor.

Seweryn spojrzał na pojedynczy plik, który ważył niecały megabajt. Nie miał rozszerzenia, ale nazwa „winrar” była dość wymowna.

– Ewidentnie coś spakowanego w archiwum RAR.

Zaorski kliknął prawym klawiszem i dodał stosowne rozszerzenie, a potem otworzył plik. Chwilę trwało, nim uruchomił się WinRAR 2.0, który Seweryn świetnie pamiętał. W czasach, kiedy nie sposób było skorzystać z dobrodziejstw Google’a, dostał nawet od kogoś książkę z Helionu poświęconą w całości obsłudze tego konkretnego programu. Wtedy chyba do każdego powstawała monografia.

Ze stacji dysków doszło kilka zgrzytów, po czym na ekranie wyskoczyło okienko z polem do wpisania hasła.

– Chyba żartujesz… – jęknęła Burza. – Nie dość, że zamurował to pod podłogą, to jeszcze zabezpieczył hasłem?

Zaorski zerknął na nią, kiedy pochylała się nad komputerem.

– Masz jakiś pomysł? – spytał.

– Tylko kilka standardowych. Puścisz mnie?

Seweryn szybko ustąpił jej miejsca, a potem przyglądał się kolejnym nieudanym próbom. Sprawdziła kilkadziesiąt możliwości, od imion przez daty urodzenia aż po ulubione filmy. Archiwum pozostawało zamknięte.

Sprawdzili kilka kolejnych dyskietek, ale sytuacja była identyczna. Na każdej znajdował się plik o nazwie „winrar”

bez rozszerzenia, stanowiący w istocie zabezpieczone hasłem archiwum.

Próbowali także wpisywać cyfry, które znajdowały się na etykietach, ale i to nie przyniosło żadnego skutku.

Po kilku kolejnych, niezbyt wymyślnych próbach zgodnie uznali, że strzelanie w ciemno nie ma żadnego sensu. Stanęli nad rozłożonymi na stole dyskietkami i przez chwilę przyglądali się liczbom. Ułożyli je od najmniejszej do największej, ale nie okazało się to ani trochę pomocne.

Zaorski zerknął na kilka pierwszych.

2. 11. 42. 132. 429. 514.

Nie przypominało to niczego, co miałoby jakikolwiek sens, a im więcej uwagi poświęcali liczbom, tym bardziej przypadkowe się wydawały. Mimo to oboje byli przekonani, że istnieje klucz, który pomoże zrozumieć więcej.

Mnożyli koncepcje, wypijając kolejne kubki kawy. Rozważali, czy cyfry mogą oznaczać litery, słowa, lokalizacje lub inne rzeczy. Hipotez właściwie było nieskończenie wiele. I żadna nie prowadziła do odpowiedzi.

Seweryn spojrzał kontrolnie na zegarek. Do odebrania Lidki i Ady miał jeszcze trochę czasu, ale przypuszczał, że nawet wielogodzinna burza mózgów nie przyniesie żadnych efektów.

– Jeszcze jedna? – odezwała się Kaja, wyrywając go z zamyślenia.

– Hm?

– Kawa.

Spojrzał na pusty kubek i pokręcił głową. Kofeiny miał tyle, ile wątpliwości. Podniósł pierwszą z dyskietek i obrócił ją w dłoni.

–Twój ojciec nie zakładał pewnie, że wyprowadzisz się z domu… – odezwał się cicho.

– I?

– Przypuszczał więc, że to ty znajdziesz tę skrytkę. Prędzej czy później musiałabyś to zrobić, bo ta wylewka w garażu była naprawdę spartaczona. Wymagałaby remontu tak czy owak.

Siedzieli na krzesłach obok siebie, ale oboje skupiali się wyłącznie na tym, co rozłożyli na stole.

– I? – spytała Burzyńska.

– Skoro tak, to musiał też założyć, że będziesz potrafiła odgadnąć hasło.

– W takim razie się pomylił. Albo nie zdążył mi go przekazać.

Seweryn nie był gotów przyjąć takiej możliwości. Jej ojciec zadał sobie stanowczo zbyt wiele trudu, by nie zadbać o rzecz najważniejszą.

– Jest jeszcze jedna możliwość…

– Jaka?

– Te listy, które dostajesz, są związane z dyskietkami.

– W jaki sposób? – spytała, w końcu na niego patrząc. – I skąd w ogóle taka myśl?

Obydwa pytania były całkiem zasadne, skwitował w duchu Zaorski. I równie trudne.

– Wydaje mi się to logiczne – podjął, również się do niej odwracając. – Jeśli twój ojciec rzeczywiście chciał coś ukryć i dać do tego dostęp jedynie tobie, to jaki byłby lepszy sposób?

Kaja przez chwilę się namyślała.

– Więc sądzisz, że hasło jest w listach?

– A ty nie?

Zmarszczyła czoło, jakby nie była gotowa się zgodzić. W pewnym sensie było to zrozumiałe, bo przyjęcie, że listy

miały pełnić rolę klucza do rozwiązania zagadki, umniejszałoby ojcowską bezinteresowność, którą Burzyński miałby się kierować, spisując je przed śmiercią.

Wahanie znikło jednak tak szybko, jak się pojawiło.

– Nie zaszkodzi sprawdzić – odezwała się. – O ile nie masz nic przeciwko wglądowi w korespondencję między córką a nieżyjącym ojcem.

– Nie. Chętnie zobaczę, czym ta relacja różni się od mojej.

– Może tym, że ty żyjesz. Jeszcze.

Popatrzył na nią z rezerwą.

– Nie mówiłabyś tak, gdybyś zobaczyła mnie wieczorem po tym, jak kładę diablice do łóżka.

Odpowiedziała mu niewyraźnym uśmiechem, a po chwili przenieśli się na kanapę i podzielili listami. Było ich sporo, ale żaden nie był przesadnie długi. Burzyńskiemu najwyraźniej nie zależało na tym, by przekazać możliwie jak najwięcej, ale raczej by co roku przypomnieć córce o sobie.

W wiadomościach zawsze pojawiał się ten sam schemat. Najpierw kilka krótkich pytań, potem refleksji, a na koniec jakiś pasujący do treści aforyzm. Właściwie był tylko jeden wyjątek.

Seweryn sięgnął po list, który na początku odłożył, i postukał palcem w kartkę.

– Tu jest jedyna anomalia – zauważył.

Kaja spojrzała na niego przelotnie, a on podał jej wiadomość. Szybko ją przejrzała, choć pewnie niemal całą treść mogłaby odtworzyć z pamięci.

– Wszystko jest tak jak przy innych – powiedziała. – Najpierw ojciec snuje rozważania, potem rzuca złotą myśl.

– Ale w tym wypadku dziwnie ją zapisał.

Kiedy oddała mu kartkę, jeszcze raz spojrzał na tekst.

„I

W ten

Sposób

Umrze cały świat

Kiedy my przyglądać się będziemy z zapartym tchem”.

W liście Burzyński pisał o rozpadzie małżeństwa, co właściwie stanowiło temat przewodni większości jego wynurzeń. Przedstawiał to jako jedną ze swych największych życiowych porażek, ale podkreślał też, jak długo wraz z żoną musieli robić dobrą minę do złej gry. Korelowało to w pewien sposób z końcową myślą, ale znacznie mniej niż w przypadku innych wiadomości.

Zaorski wyłożył to wszystko Kai, choć widział, że ta skupia się już nie na jego słowach, ale na przekazie od ojca.

– Ten zapis jest naprawdę dziwny – dodał.

– Może – przyznała. – Ale co z tego? Jeśli jest jakiś związek tego cytatu z liczbami, to ja go nie widzę.

Seweryn milczał.

– A ty?

– Też nie – powiedział w końcu, drapiąc się po głowie.

Przez moment się zastanawiał, po czym sięgnął do klawiatury. Wytrzepał trochę okruchów spomiędzy klawiszy i otworzył windowsowy Notatnik. Wpisał wszystkie pierwsze litery wierszy z aforyzmu. Wydawało mu się nieprzypadkowe, że Burzyński zaczynał każdy wers wielką literą.

– WTSUA – odczytała Kaja. – To ma coś znaczyć?

– Może to anagram?

– Czego?

Oboje wlepiali wzrok w mrugający ekran, jakby odpowiedź miała sama cudownie się na nim pojawić.

– Zazwyczaj dostaję w dupę od córek w Scrabble, ale na moje oko jedyne, co ma sens po przestawieniu liter, to…

– „Ustaw” – dokończyła za niego Kaja. – Nic innego nie pasuje.

– No.

– Ale co ustawić?

Seweryn wciąż drapał się po głowie.

– Te liczby na dyskietkach? – dodała Burza. – W jakiejś określonej kolejności?

Nie potrafiąc znaleźć żadnych odpowiedzi, wypróbowalikilka innych pomysłów na hasła do archiwum. WTSUA i „ustaw” nie przyniosły żadnego rezultatu, podobnie jak inne kombinacje. Oboje szybko odnieśli wrażenie, że zabrnęli w ślepą uliczkę.

W dodatku ani się obejrzeli, wybiła pora, o której Ada i Dominik kończyli zajęcia.

– Musimy się zbierać – oznajmił Zaorski. – Chyba że wytresowałaś męża na tyle, żeby nie tylko odwoził, ale też odbierał syna.

– Aż tak nie. Przynajmniej na razie.

Uśmiechnęła się i wstawiwszy kubki po kawie do zmywarki, skinęła na Seweryna. Wyszli z domu, ale zanim wsiedli do samochodów, zatrzymała go spojrzeniem, w którym przebłyskiwało coś znaczącego.

– Wiesz, jaką mają ostatnią lekcję? – spytała.

– Niespecjalnie. Jestem raczej beznadziejnym ojcem.

– To widać na pierwszy rzut oka – przyznała. – Ale w tym wypadku ta wiedza mogłaby ci się przydać.

Zaorski w mig zrozumiał, w czym rzecz.

– Matematyka? – rzucił.

– Zgadza się. I kobieta, która jej uczy, ma na karku jakieś dwieście pięćdziesiąt lat.

– Z których dwieście czterdzieści dziewięć poświęciła matematyce?

– Tak – odparła z zadowoleniem Burzyńska. – To mniej więcej ten typ.

– Już mi się podoba. I myślisz, że…

– Warto spróbować – ucięła Kaja. – Jeśli ona nie wyłowi czegoś sensownego z tych liczb, to pewnie nikt nie zdoła tego zrobić.

Seweryn kiwnął głową, a potem poczekał chwilę, aż Burza wróci ze wszystkimi dyskietkami. Być może nauczycielka rzeczywiście mogła okazać się osobą, której potrzebowali.

4

Kaja postawiła swoje volvo nieopodal szkoły, a potem zerknęła w lusterko na zatrzymującą się za nią starą hondę. Bordowe kombi nijak nie pasowało do dość przystojnego i pociągająco zaniedbanego mężczyzny w skórzanej kurtce. Może rzeczywiście nie był materiałem na ojca roku, ale trzeba mu było oddać, że samochód wybrał z myślą o dzieciach.

Po chwili podeszli razem pod szkołę i się rozejrzeli.

– Jest jeszcze kwadrans do końca lekcji – oznajmiła Burza.

– Idealnie. Muszę jeszcze odebrać diablicę mniejszą ze świetlicy.

Skinęła głową i wskazała mu drzwi, ale Zaorski się nie ruszył.

– Co jest? – spytała. – Nie pamiętasz drogi?

– Niespecjalnie. Trauma z dzieciństwa kazała mi wymazać cały ten okres z pamięci.

– Jaka trauma?

– Nie wiem – przyznał, otwierając jej drzwi. – Ale na pewno jakaś za to odpowiada.

Właściwie nawet by jej to nie zdziwiło. W oczach Zaorskiego był jakiś nieustępliwy ból, który czasem rozlewał się na całą twarz. Zmarszczki mimiczne i lekko opadnięte kąciki ust wyraźnie go podkreślały.

– Długo jesteście sami? – zapytała Burzyńska, ruszając ku świetlicy.

– Dwa lata.

– A co z matką dziewczynek?

– Odeszła.

Jego głos był tak wyzuty z emocji, że trudno było wywnioskować, czy ma na myśli odejście od niego, czy odejście z tego świata. Kaja nie miała zamiaru wnikać, czując, że Zaorski i tak nie dopuściłby jej do tej części swojego życia.

Do czego zresztą było jej to potrzebne? Pewnie, wypadało odnowić dawną znajomość, ale zrobi to tak czy inaczej, kiedy Seweryn zawita do nich na kolację. Wcześniej nie czuła potrzeby, by go zapraszać, teraz jednak wydawało się to właściwe. W końcu bezinteresownie pomagał jej w rozwiązaniu tajemnicy, którą zostawił po sobie ojciec.

Odebrawszy małą Lidkę, skierowali się powoli w głąb korytarza.

– Jak było? – rzucił mimochodem Zaorski do córki.

– Fajnie.

– Tylko tyle?

Młoda złapała go za rękę, zatrzymała, a potem posłała mu karcące spojrzenie.

– A co byś chciał, tatku?

– Nie wiem – odparł niepewnie. – Że może super, świetnie albo…

– Zobaczymy, czy będziesz taki mądry, jak pójdziesz do nowej pracy – ucięła, a potem pociągnęła go za rękę w kierunku klasy. – Też będę się pytała, czy super i świetnie.

– Praca to co innego.

– Czemu?

Burzyńska odniosła wrażenie, że na dźwięk tego niewinnego pytania Seweryn wzdrygnął się, jakby właśnie usłyszał wyrok śmierci. Nie odpowiadał i przyspieszył nieco kroku.

– Czemu? – powtórzyła głośniej Lidka.

– Bo tutaj spotykasz inne osoby, rozmawiasz z nimi i…

– W pracy też będziesz tak miał.

– Tak, ale tam będę musiał… – Rozłożył ręce i spojrzał bezradnie na Kaję. – Pracować. Rozumiesz?

– A ja tutaj muszę się uczyć. Rozumiesz?

Burzyńska uśmiechnęła się pod nosem. Młoda była podobna do ojca nie tylko pod względem fizycznym, najwyraźniej odziedziczyła po nim także rezolutność.

Zanim doczekali się dźwięku dzwonka i euforycznych okrzyków dzieciaków uwolnionych od tabliczki mnożenia, Lidka zdążyła jeszcze wytłumaczyć Zaorskiemu, dlaczego nigdy więcej nie powinien zadawać jej tego pytania. Zaraz potem z sali wyszła Ada, a chwilę po niej Dominik.

– Mamo? – spytał chłopiec. – Co tu robisz?

Dziewięciolatek nie formułował tego pytania jako oskarżenia. Jeszcze dwa, trzy lata, a z całą pewnością się to zmieni.

Podczas gdy Seweryn maglował starszą córkę, Kaja wyjaśniła synowi, że chcą porozmawiać z jego nauczycielką. Od razu zapewniła, że to nie ma żadnego związku z nim – i że tym razem to mama potrzebuje uzupełnić wiedzę.

Weszli z Zaorskim do środka, zostawiając dzieciaki na korytarzu. Seweryn zmierzył wzrokiem pochyloną nad biurkiem staruszkę i odchrząknął cicho.

– Nie przesadziłaś z wiekiem – bąknął do Burzy.

Puściła to mimo uszu i posłała ciepły uśmiech kobiecie, kiedy ta ich zauważyła. Pierwsza reakcja mogła być tylko jedna – dwoje rodziców to podwójna zapowiedź kłopotów. Kiedy jednak Kaja oględnie wyjaśniła matematyczce, w czym rzecz, ta natychmiast odetchnęła.

– Naturalnie, spróbuję pomóc – powiedziała, jakby potrzeba niesienia pomocy przypadkowym ludziom była jej życiowym celem. Dobre pierwsze wrażenie jednak prysło, kiedy staruszka zerknęła znacząco na zegar ścienny. – Nie wiem tylko, czy na coś się przydam – dodała.

– Mimo wszystko chcielibyśmy pokazać pani te liczby.

Mruknęła coś pod nosem, ale trudno było stwierdzić, czy to przyzwolenie, czy może wyraz niezadowolenia, że musi zostać w szkolnych murach dłużej, niż by to wynikało z jej obowiązków. Względnie mogło to być także stłumione kaszlnięcie.

Zrobiła miejsce na biurku, a Kaja z Zaorskim szybko rozłożyli na nim dyskietki. Kobieta zmieniła okulary i zaczęła przyglądać się etykietom.

– I? – spytał Seweryn, oglądając się przez ramię.

– Moment…

– Każda sekunda jest na wagę złota.

– Słucham? – spytała nauczycielka, podnosząc wzrok.

– To nie uwaga co do pani wieku – zapewnił. – Mam dwie tykające bomby zegarowe w korytarzu. Jeszcze o tym nie wiedzą, ale jeśli za jakieś pół godziny nie dostaną nic do jedzenia, eksplodują.

– Ależ…

– Niech mi pani wierzy. Ewolucyjnie wykształciłem mechanizm wykrywania takich niebezpieczeństw.

Kaja szturchnęła go lekko.

– Proszę się nie przejmować – zapewniła z uśmiechem. – Od kiedy pamiętam, mój kolega udaje, że ma poczucie humoru.

Tym razem mruknięcie niewątpliwie było potwierdzeniem, choć kobieta zdawała się już nie słuchać, skupiając całą uwagę na etykietach. Krzywiła się, poprawiała okulary, kręciła głową, aż w końcu uniosła bezradnie wzrok.

– Przykro mi, ale to nic mi nie mówi – powiedziała.

– Jest pani pewna? – zapytała Kaja. – Może to kwestia jakiegoś rachunku albo…

– Te liczby same w sobie nie mają żadnego znaczenia.

– Ale gdyby tak…

– Przepraszam – ucięła matematyczka, ściągając okulary. – Naprawdę nie potrafię państwu pomóc.

Nie bez znaczenia z pewnością był fakt, że po całym dniu spędzonym na przepychankach z uczniami kobieta po prostu chciała spokojnie wrócić do domu. Burzyńska nie miała jednak zamiaru tak łatwo odpuszczać.

– Wydaje nam się, że aby to miało sens, należy ustawić liczby w określonej kolejności.

– Skąd ta myśl?

– Ze wskazówki, jaką mamy.

Sięgnęła do torebki i wyjęła ojcowski list. Miała pewne opory przed pokazywaniem go już drugiej obcej osobie, ale

nie było wyjścia. Kiedy tylko nauczycielka zobaczyła kopertę, oczy jej się zaświeciły.

Każdy w Żeromicach wiedział o wiadomościach zza grobu. I prawdopodobnie każdy chciał mieć z nimi jakiś związek –szczególnie kiedy zjawi się kolejna ekipa telewizyjna.

Burza podała kobiecie kartkę.

– Te dyskietki należały do mojego ojca – powiedziała. – Zabezpieczył je hasłem, którego nie znamy.

– Ale mamy nadzieję poznać dzięki pani światłości – dorzucił Seweryn mimochodem, cały czas kontrolnie patrząc na córki.

– Gdyby mogła pani… – Kaja szybko urwała, uzmysławiając sobie, że nauczycielka nie słucha ich już od momentu, kiedy otrzymała list. – Coś nie tak?

Żadnej odpowiedzi. Zaorski zorientował się, że coś jest nie w porządku, i na powrót zainteresował się matematyczką.

– Halo? – odezwał się. – Żyje pani?

Burzyńska znów lekko go szturchnęła, a on bezsilnie rozłożył ręce.

– No co? – mruknął. – W tym wieku śmierć nadchodzi nagle.

Nawet na tę deklarację nauczycielka nie zareagowała, więc oboje odchrząknęli i wyprostowali się niczym dwójka uczniaków przed odpowiedzią, do której się nie przygotowali. Matematyczka podniosła wzrok dopiero po chwili.

Poruszyła się nerwowo, jakby przebudzała się ze snu, i położyła kartkę na biurku. Potem postukała w nią palcem.

– Wydaje mi się, że coś w tym jest – oznajmiła.

– To znaczy? – spytała Kaja.

– Życiowa prawda – wtrącił Zaorski. – Świat cały czas umiera, a my…

– Mam na myśli to, że ten wiersz przypomina haiku.

Burzyńska nie wiedziała na ten temat przesadnie dużo. Kojarzyła jedynie, że to japońskie wiersze, w pewien sposób łączące poezję z matematyką. Utwory dzielono na kilka części, a każda miała mieć określoną liczbę sylab.

Nigdy nie widziała, by ojciec interesował się takimi rzeczami. Nie wspominając już o tym, że miałby sam coś podobnego ułożyć.

– Tradycyjnie taki wiersz składa się z siedemnastu sylab –odezwała się matematyczka. – Ma trzy wersety, kolejno po pięć, siedem i pięć sylab. To mi wygląda na coś podobnego.

– Co konkretnie? – drążyła Kaja.

– Cóż… spójrzcie sami – odparła kobieta i wskazała pierwszy wers. – Tu jest jedna sylaba, w drugim też jedna, w trzecim mamy dwie, w czwartym pięć… ostatni jest dość dziwny. Aż czternaście sylab.

Burzyńska na moment wstrzymała oddech. W głosie nauczycielki zabrzmiała nuta, która kazała sądzić, że wydało jej się to intrygujące. A zatem może faktycznie trafili na coś, co przygotował ojciec.

– Spotkała się pani z taką odmianą? – zapytał Seweryn.

– Nie, ale nie jestem specjalistką od…

Kiedy urwała, oboje mieli ochotę zapytać, co się stało. Żadne z nich jednak się nie odezwało, a kobieta uniosła wzrok, jakby doznała olśnienia.

– O Boże… – jęknęła. – Przecież to…

– Co? – rzucił Zaorski.

Odsunęła szufladę, wyjęła niewielki zeszyt i długopis, a potem szybko nakreśliła ciąg liczb.

„1, 1, 2, 5, 14”.

Wskazała go z dumą, ale Burzyńska i Zaorski niespecjalnie wiedzieli, na czym polega waga odkrycia.

– To sylaby z poszczególnych wierszy – dodała. – Nie widzicie?

– Widzimy liczby, ale…

– Nie kojarzycie tego ciągu?

Popatrzyli po sobie z bezsilnością i wzruszyli lekko ramionami.

– Niczego już nie pamiętacie ze szkoły? – dodała pod nosem matematyczka. – Czy może was takich rzeczy nie uczyli?

– Trudno powiedzieć, skoro nie wiemy, co to jest – odparł Seweryn.

– Liczby Catalana.

Burzyńska zmarszczyła czoło, starając się wyłowić coś z pamięci. Z jakiegoś powodu nazwa ciągu brzmiała złowieszczo, ale Kaja była przekonana, że słyszy ją po raz pierwszy.

– Ciekawe… – bąknęła nauczycielka. – Słyszałam o tym, że na podstawie ciągu Fibonacciego układa się tak zwane fiby, które sylabami odpowiadają poszczególnym elementom, ale to…

Dopisała kilka kolejnych liczb. „42, 132, 429”. Wydawały się zupełnie przypadkowe i Burzyńska nie miała pojęcia, dlaczego występują w jednym ciągu. Jeśli chodziło o Fibonacciego, sprawa była prosta – każdy kolejny element stanowił sumę dwóch poprzednich. Ale te wydawały się całkowicie losowe.

– Komendant Burzyński miał wyobraźnię – podsumowała w końcu.

Zdawała się całkowicie przekonana, że trafiła na właściwy trop. Na tyle, że Kaja również nie miała co do tego wątpliwości.

Ale po co te wybiegi? I jakie to miało znaczenie?

– Liczby Catalana w wierszu… – dodała cicho kobieta, kręcąc głową z uznaniem. – Coś niebywałego.

– Co one oznaczają? – spytała Burza.

– Och, to nieco skomplikowane.

Seweryn znów obejrzał się przez ramię.

– W takim razie na mnie już czas – zadeklarował. – A panie mogą sobie…

– Poczekaj – zatrzymała go Kaja, a potem posłała znaczące spojrzenie matematyczce.

Ta westchnęła i ciężko podniosła się z krzesła. Kiedy otworzyła pudełko z nieużywanymi kawałkami kredy, Burza poczuła się, jakby przeniosła się w czasie. W momencie gdy kobieta stanęła przed tablicą, Kaja miała ochotę usiąść w jednej z ławek.

Nauczycielka odwróciła się i otaksowała wzrokiem dwójkę słuchaczy.

– Liczby Catalana mają zastosowanie w kombinatoryce –zaczęła. – Nie wiemy konkretnie, w ilu przypadkach, ale istnieją prace naukowe, w których autorzy wykazują kilkaset zastosowań.

– Sporo – rzucił Zaorski.

– Lista wciąż się zwiększa. Ale żebyście zrozumieli, w czym rzecz, pokażę wam tylko jeden przypadek.

Przyglądali jej się, kiedy narysowała okrąg, a potem dwie duże kropki na obwodzie.

– Wyobraźcie sobie, że to dwie osoby siedzące przy stole – podjęła. – I powiedzcie mi, na ile sposobów mogą podać sobie dłonie, tak żeby niczyje ręce się nie krzyżowały.

Żadne się nie odezwało.

– To chyba nietrudne?

Nie czekając na odpowiedź, dorysowała kolejne dwie kropki.

– Weźmy taką sytuację. Cztery osoby, bo liczba musi być parzysta. Nikt nie będzie przecież podawał ręki samemu sobie – wyrzęziła. – Ile teraz mamy sposobów?

– Dwa – rzucił Zaorski.

– A przy sześciu osobach?

– Tu nie wyrwę się do odpowiedzi.

– Pięć sposobów – odparła matematyczka. – Rozrysujcie sobie, jeśli macie wątpliwości.

Znów na moment zamilkli.

– Dobrze, może w takim razie weźmy inny przykład – dodała. – Tak zwane ścieżki Dycka. Rysujemy górę.

Narysowała to, o czym mówiła, a dźwięk przesuwającej się po tablicy kredy sprawił, że Kaja się skrzywiła.

– Na początku możemy nakreślić tylko dwie linie. Jedną narysowaliśmy w górę, bo Dyck pozwala wypiętrzać się tylko ponad horyzont, a drugą w dół. Czyli jest tylko jedna możliwość, żeby z dwóch linii stworzyć górę. Ale co się stanie, jeśli będziemy mogli skorzystać z czterech linii? Możemy wtedy narysować górę na dwa sposoby, a jeśli mamy sześć linii…

– Pięć sposobów – włączyła się Burzyńska.

Nie musiała sobie tego wyobrażać.

– Zgadza się – pochwaliła ją kobieta. – A więc znów pojawiają się liczby Catalana. Mają zastosowanie do innych tego typu kombinacji, stanowią rozwiązanie wielu zagadek matematycznych, problemów w informatyce, pierwszego problemu Schrödera, a wzór jest dość prosty, bo…

– Może nie wypisujmy wzorów – włączył się Zaorski, powstrzymując nauczycielkę w momencie, kiedy przyłożyła kredę do tablicy. – Co to wszystko znaczy?

– Cóż… tyle, że to dość istotny ciąg. Dla matematyka znacznie ważniejszy niż banalny Fibonacci, na który samodzielnie potrafi wpaść średnio rozgarnięty uczeń.

Burza i Seweryn spojrzeli na siebie, a potem na tablicę, szukając w tym wszystkim sensu.

– Taateeł… – dobiegł dziewczęcy głos z korytarza.

Zaorski zmrużył oczy, przypatrując się punktom na okręgu.

– Taaateeeł… – powtórzyła jedna z dziewczynek. – Słyszysz mnie?

– Nie. Jak tak do mnie mówisz, to nie słyszę.

– Już nie będę – odparła. – Ale tateł…

– Dasz mi chwilę? – rzucił, zerkając w kierunku córki. – Nie widzisz, że to jeden z rzadkich momentów, kiedy twój ojciec naprawdę myśli?

– Chce mi się siku.

– A mi jeść – dodała Ada.

Podrapał się po głowie, a potem spojrzał na Kaję przepraszająco. Nie musiał nic więcej dodawać, by zrozumiała, że są rzeczy ważne i ważniejsze.

– Może spróbuj wpisać „Catalan” jako hasło – rzucił na odchodnym, a potem zabrał córki i szybkim krokiem ruszył w głąb korytarza.

Kaja odprowadziła go wzrokiem. Mógł mieć rację. A jeśli tak, to właśnie otrzymała klucz do otwarcia tego, co ojciec ukrył pod podłogą garażu.

5

Seweryn zdążył przejechać może kilometr, zanim zmienił plany.

Dyskietki nie dawały mu spokoju, jakby rozwiązanie ich tajemnicy stanowiło być albo nie być całego wszechświata. Wciąż nie potrafił zrozumieć, co tak istotnego mogłoby się na nich znajdować, że Burzyński je zamurował i zabezpieczył matematycznym szyfrem.

– Taatkuu… – jęknęła Lidka.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że od kiedy ruszył spod szkoły, prowadził z córkami jakąś rozmowę. Opanował do perfekcji sztukę nieświadomej konwersacji, dzięki czemu wciąż mógł cieszyć się resztkami zdrowia psychicznego.

– Jeść mi się chce – dodała młodsza córka.

– Mi też – poparła ją Ada.

– Mnie – rzucił Zaorski.

– Coo?

– Mówi się: mnie.

– Czemu?

Chryste, na co mu to było? Czy naprawdę nie uczył się na własnych błędach? Wiedział przecież doskonale, do czego ta krótka uwaga doprowadzi. A ostatnim, czego teraz potrzebował, była Spirala Czemulności i próba wytłumaczenia dziewczynkom, dlaczego zasady języka polskiego są takie, a nie inne.

– Bo ktoś ustalił, że na początku zdania musi być „mnie” – dodał szybko. – Nie wiem kto, nie wiem dlaczego, nie wiem po co. Nic nie wiem. Jasne?

– Ale…

– Mam zerową wiedzę. Nie potrafię odpowiedzieć na żadne pytanie, które mi zadacie.

Zerknął w lusterko i zobaczył, jak skonsternowana Lidka drapie się po głowie.

– Czemu? – spytała.

– Bo nie uważałem w szkole.

– Cze…

– Bo byłem bumelantem. A teraz też jestem głodny – rzucił czym prędzej, byleby uciąć temat, a potem zawrócił na jednym z dwóch rond w Żeromicach. – Ale mam pewien pomysł, dzięki któremu szybko dostaniemy coś do jedzenia.

– Pizza Hut? – zapytała Ada.

– Tu nie ma Pizzy Hut.

– Ale na pewno jest jakaś pizzernia.

Tym razem nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby poprawić córkę. Skierował się z powrotem w stronę domu Burzyńskich, jednocześnie sięgając po telefon. Wybrał numer Kai i przez moment czekał, aż odbierze.

Kiedy to zrobiła, nie miał zamiaru owijać w bawełnę.

– Masz w domu coś do jedzenia? – spytał.

– Co takiego?

– Właśnie zawracamy i jedziemy do was.

Odpowiedziało mu chwilowe milczenie.

– To awaryjna sytuacja – dodał. – Mam w samochodzie dwa głodomory, które zaraz zeżrą własnego ojca, jeśli nie dostarczy im jakiegoś pożywienia.

– Tateł! – zaoponowała Lidka i zrobiła naburmuszoną minę.

Zaorski minął stację benzynową, przelotnie myśląc o spotkaniu, które czekało go dzisiejszej nocy. Może właśnie po to, by uniknąć rozważań o nim, starał się zająć tajemnicą Burzyńskiego? A może po prostu szukał okazji, by odnowić kontakt z Kają? Nie, nie, to raczej czysta ciekawość. Wszystko zaczęło się od tego, że to on znalazł dyskietki, więc chciał, by sprawa zakończyła się także z jego udziałem.

– Jesteś już w domu, tak? – spytał.

– Zaraz będę – odparła Kaja. – Zastanawiam się, czy moje zasoby lodówkowe wystarczą do wykarmienia tylu osób. I czy nie powinieneś najpierw zapytać, czy nie mam nic przeciwko, że przyjedziecie. I czy…

– Zawsze snujesz tyle rozważań?

– Zazwyczaj – przyznała. – A ty zawsze narzucasz się prawie obcym ludziom?

– Czasem.

– Więc chcesz zobaczyć, co jest na dyskietkach?

– Mhm – potwierdził cichym mruknięciem.

Cisza na dobrą sprawę mogłaby świadczyć o tym, że Burza zastanawia się, czy nic nie stoi temu na przeszkodzie, ale Zaorski miał wrażenie, że decyzję podjęła już na samym początku. Też chciała dokończyć tę sprawę w zespole, który się jej podjął.

– Spaghetti może być? – zapytała.

– Tak. Głodomory wsuną wszystko.

– Tateł…

– Będziemy za parę minut – powiedział, po czym odłożył komórkę do schowka przy podłokietniku.

Kiedy dotarli na miejsce, w domu rozchodził się już zapach makaronu. Chwilę później Lidka i Ada usiadły obok Dominika na kanapie w salonie, a Zaorski odniósł wrażenie, że za punkt honoru postawiły sobie, by jak najwięcej kawałków spaghetti spadło im na ubranie.

– Próbowałaś już wpisać hasło? – spytał, przechodząc za Burzą do kuchni.

– Nie.

Wskazała mu miejsce przed komputerem, a on usiadł i szybko włączył starego peceta, którego Kaja kablem podłączyła do sieci. Kiedy jedna z dyskietek znalazła się w stacji, znów rozległ się charakterystyczny dźwięk. Seweryn kliknął dwukrotnie w jedyny plik i wpisał hasło. Potem wskazał Kai enter.

– Postaw kropkę nad i – powiedział.

Zerknęła na niego jak na dzieciaka, ale wcisnęła klawisz. Na ekranie pojawiło się okienko z informacją, że brakuje części archiwum lub że zostało ono uszkodzone. Zaorski zaklął w duchu.

– Nie żartuj… – jęknęła Burzyńska. – Tyle zachodu na nic?

– Przynajmniej hasło dobre.

– I co z tego, jeśli plik jest zepsuty?

Seweryn spojrzał na ułożone jedna na drugiej dyskietki.

– Niekoniecznie – odparł.

– Nie?

Zamiast odpowiadać, skopiował plik na twardy dysk, a potem włożył kolejną dyskietkę i zrobił to samo. Po chwili cała ich zawartość znalazła się na komputerze.

– Jeśli to podzielone archiwum, wszystkie pliki powinny być w jednym miejscu – odezwał się.

– Nie wyskoczyłaby informacja, żeby włożyć następną dyskietkę? Lub coś w tym stylu?

Wzruszył ramionami. Swojego czasu dzielił archiwa na części i nagrywał je na dyskietkach, ale nie pamiętał, czy przy samorozpakowującym się pliku EXE była możliwość, by dodać taki mechanizm. Tak czy owak, nie miało to żadnego znaczenia.

Kliknął w pierwszy plik z brzegu, ale ponownie pojawiła się informacja o błędzie.

– Kurwa mać… – mruknął, a potem na chwilę zamilkł. – Wygląda na to, że to tyle.

– Tak po prostu?

– A co proponujesz?

– Nie da się jakoś naprawić tego archiwum?

Odpowiedź mogła być tylko jedna. W ruch poszedł Google.

Już po chwili Zaorski przekonał się, że po pierwsze zapomniał przynajmniej o połowie rzeczy, które kiedyś wyczytał w książce o WinRAR-ze, a po drugie – że istnieje wiele aplikacji, których twórcy zapewniali, że złamanie hasła do archiwum to tylko formalność. Być może jednak łatwiejszą metodą była prośba o konsultację z matematyczką.

Seweryn