Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
47 osób interesuje się tą książką
Agata Anielak ma wszystko, o czym marzą inni – prestiżową karierę, luksusowe życie i reputację kobiety, która nigdy nie pozwala sobie na słabość. Kamil Farat stracił wszystko w jedną wigilijną noc. Gdy ich drogi niespodziewanie się przecinają, oboje czują coś, czego nie potrafią racjonalnie wyjaśnić – jakby znali się od zawsze.
Dzieli ich niemal wszystko: pozycja społeczna, przeszłość i więzienne mury. Kiedy Kamil wraca za kraty, jedynym mostem między ich światami stają się listy. Ukryte między aktami sprawy słowa niosą nadzieję tam, gdzie jej już nie było, i budzą uczucie, którego żadne z nich nie planowało.
W miarę jak Agata ryzykuje swoją karierę i dotychczasowe życie, a Kamil walczy o odzyskanie wolności i własnej tożsamości, oboje odkrywają, że niektórych więzi nie da się zerwać. Nawet wyrokiem.
Listy od Mikołajki to poruszająca opowieść o stracie, odkupieniu i miłości, która pojawia się wtedy, gdy wszystko wydaje się już stracone. Bo czasem jedna osoba potrafi odnaleźć drugą, nawet jeśli dzielą je całe światy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 263
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Joanna Misztal
Projekt okładki
Maksym Leki
Redakcja techniczna, skład i przygotowanie wersji elektronicznej
Maksym Leki
Fotografia na okładce
© Gemini / gemini.google.com
Korekta
Katarzyna Nowakowska
Marketing
Magda Caboń
Wydanie I, Siemianowice Śląskie 2026
Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA
41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12
tel. +48 600 472 609, +48 664 330 229
www.videograf.pl
© Wydawnictwa Videograf SA, Mikołów 2026
tekst © Anne Marie
ISBN 978-83-8293-420-5
Mojemu mężowi, przyjaciółce Kindze i wszystkim innym, którzy walczyli z (nie)sprawiedliwością systemu… Ja Wam wierzę! Ale najważniejsze, abyście wy nie stracili wiary w prawdę. Bo prawda… Prawda nie potrzebuje retuszu.
Zegary w całym domu wskazywały piętnastą. Ich miarowy tykot, zazwyczaj kojący, teraz drażnił mnie jak uporczywe swędzenie pod skórą.
Byłem wściekły. Nawet w Wigilię szefostwo nie odpuszczało – kazali nam przyjść na pierwszą zmianę, grożąc kontrolami zwolnień lekarskich. Chciałem rzucić to wszystko w diabły, zaryzykować dyscyplinarkę, ale Marta… Marta zawsze była moim bezpiecznikiem.
„Nie stać nas na twoje uniesienia, Kamilku” – mówiła, gładząc mnie po dłoniach, które wiecznie śmierdziały kurzem z kartonów i gumą z wózków widłowych. Gdyby nie jej chłodny rozsądek, pewnie już dawno rozbiłbym życie o jakąś ścianę.
W mieszkaniu panowała nienaturalna, sterylna cisza. Żadnego zapachu pieczonego karpia, żadnego brzęku tłuczonych bombek, który zazwyczaj towarzyszył przygotowaniom Jagody. Tylko ciemność i chłód ciągnący od nieszczelnego okna.
Hrabia nie przywitał mnie radosnym szczekaniem. Podbiegł, owszem, ale jego ogon ledwo drgnął w niemrawym ruchu. Pies miał minę, jakby przepraszał, że w ogóle żyje.
– Gdzie twoje panie, psino? – rzuciłem w próżnię, a mój głos wydał mi się obcy, suchy.
Zastrzygł uszami i wydał z siebie dźwięk, który nie był szczeknięciem – to był niski, gardłowy skowyt. Jagoda zawsze powtarzała, że on mówi, tylko my jesteśmy zbyt dorośli, by go zrozumieć. Moja sześcioletnia córeczka potrafiła spędzić godziny, szepcząc mu do ucha sekrety, a on trwał przy niej, wierniejszy niż jakikolwiek cień. Teraz jednak Hrabia kulił się, jakby uderzył go niewidzialny bicz. Zaczął drapać w drzwi wejściowe, zostawiając na lakierze białe rysy.
– Co się dzieje? – spytałem po raz kolejny, z nadzieją, że może jednak mi odpowie.
Odwrócił się i przez chwilę patrzył na mnie tymi swoimi brązowymi oczami, które teraz jakby miały w sobie smutek.
– No już, idziemy. – Westchnąłem, czując ciężar w kościach. – Odpocznę w innym życiu.
Chwyciłem smycz, zapiąłem na obroży psa i wyszliśmy z mieszkania.
Na zewnątrz znowu wilgotny wiatr zaczął smagać mnie po twarzy. Ten grudzień doprowadzał wszystkich do szaleństwa. Zwłaszcza Jagodę, która bardzo chciała ulepić bałwana i pozjeżdżać na sankach. Może w przyszłym roku spełni się to marzenie mojej córeczki.
Gdy minęliśmy róg bloku, zdziwiło mnie puste miejsce po aucie na parkingu. Nasz stary, wysłużony Ford zniknął. Zostawiłem go Marcie, miała pojechać po ostatnie zakupy, ale przecież markety o tej porze były już tylko ciemnymi bryłami z zablokowanymi drzwiami. Czy to oznaczało, że wciąż nie wróciła? Przecież sklepy pozamykali dobrą godzinę temu. Powinna być już w domu. Powietrze nagle stało się zbyt gęste, bym mógł je swobodnie wciągnąć do płuc.
Hrabia pociągnął smycz tak mocno, że niemal wykręcił mi nadgarstek. Parł w stronę centrum, w kierunku ulicy Husara, przebierając łapami w jakimś szaleńczym rytmie.
– Zwolnij! – warknąłem, ale on tylko spojrzał na mnie tymi swoimi mądrymi psimi oczami, w których odbijały się uliczne latarnie. Nie było w nich radości ze spaceru. Był w nich czysty, zwierzęcy terror. Ten pies doszczętnie zwariował.
– A podobno zwierzęta w Wigilię mówią ludzkim głosem. – Zaśmiałem się pod nosem.
Hrabia jakby nie chciał czekać do północy. On krzyczał do mnie każdym napiętym mięśniem, ale ja byłem zbyt zmęczony, by słuchać. I w ogóle nie miał zamiaru wracać do domu, tylko ciągnął mnie w kierunku galerii handlowej.
Kiedy w końcu przyszliśmy przed klatkę, świat przestał być szary i ponury. Zalał go błękit. Pulsacyjne, agresywne światło radiowozu cięło mrok, odbijając się od brudnych ulic. Policjant oparty o drzwi pasażera wyglądał jak statysta w filmie, którego nie chciałem oglądać. Znałem ten widok aż nazbyt dobrze z dzieciństwa – mundury, sygnały, nocne telefony. Mój ojciec, Włodzimierz Farat, budował swoją prokuratorską potęgę na takich właśnie obrazkach.
Zawsze odczuwałem dysonans, gdy się spotykałem z nim i moim młodszym bratem – Tomkiem. Oni zarabiali krocie i to dzięki ojcu mogliśmy pochwalić się z Martą trzypokojowym lokum w samym sercu miasta. Z naszych pensji nie byliśmy z stanie odłożyć nawet dwustu złotych miesięcznie, a co dopiero dostać kredyt hipoteczny. Mimo to zawsze mogłem polegać na swojej rodzinie.
– Zero jeden do zero dwa, poszkodowany właśnie wchodzi do bloku – usłyszałem i odruchowo obejrzałem się.
Zdrętwiałem. Rozejrzałem się dookoła, ale chodnik był pusty. Tylko ja i pies, który teraz niemal czołgał się przy moich butach. „Poszkodowany”. To słowo uderzyło mnie w żołądek mocniej niż jakikolwiek cios.
Hrabia zaczął piszczeć, co dodatkowo mnie zastanowiło. Stulił uszy i zaparł się łapami, dając mi do zrozumienia, że nigdzie nie idzie. Świat stanął na głowie przez te święta.
– Kamil…
Z klatki wyszedł prokurator Szymański, wieloletni partner zawodowy mojego ojca. Ale to nie on przykuł moją uwagę. Za nim szedł Włodzimierz Farat, człowiek z żelaza, który nigdy nie pękał, teraz wyglądał, jakby ktoś odebrał mu chęć do życia. Jego twarz była szara, zapadnięta.
– Co to za szopka, tato? – spytałem. Mój głos drżał, choć tak bardzo starałem się go opanować. – Pasterka to dopiero o północy.
– Zdarzył się wypadek…
Ojciec otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Tylko suchy świst. Zobaczyłem, jak w kącikach jego oczu zebrały się łzy, które po chwili wyżłobiły ścieżki w zmarszczkach. To było gorsze niż krzyk.
– Czy pan Kamil Farat? – spytał policjant, wyciągając notes. Formalizm tej chwili był jak uderzenie obuchem.
– Przecież mnie znasz, Marek – warknąłem do funkcjonariusza, którego widywałem na grillach u ojca. – Co tu się, kurwa, dzieje?
W głowie zaczęło mi szumieć, w uszach dzwoniło, a Hrabia coraz bardziej kulił się przy mojej nodze.
– Czy do pana należy samochód o numerach rejestracyjnych ELW pięć sześć dziewięć?
– Tak. Ale dziś jeździła nim Marta… – Głos mi uwiązł w gardle.
Obraz pustego parkingu wrócił ze zdwojoną siłą.
– Godzinę temu, na Husara… – Policjant mówił mechanicznie, jakby czytał instrukcję obsługi. – Samochód wpadł w poślizg. Czarny lód. Nie było szans na hamowanie. Uderzenie boczne, prosto w drzewo. Kobieta i dziecko… nie żyją.
W uszach zaczęło mi dzwonić. Wysoki, piskliwy ton zagłuszył wszystko – szum miasta, oddech ojca, skomlenie psa. Świat przechylił się o czterdzieści pięć stopni.
– Pierdolisz – wyszeptałem. – One pojechały po zakupy. Marta miała kupić te małe czekoladowe mikołaje, które Jagoda tak lubi… Zaraz wrócą.
– Kamil, potwierdziłem tożsamość – odezwał się ojciec, a jego głos się załamał. Podszedł do mnie, a ja poczułem zapach jego wody kolońskiej wymieszany z mroźnym powietrzem. Zapach, który od teraz zawsze będzie kojarzył mi się ze śmiercią. – To one.
Nie poczułem, kiedy moje kolana uderzyły o zmarzniętą ziemię. Nie czułem zimna, które przesiąkało przez spodnie. Czułem tylko, jak coś w środku mnie pęka – bezpowrotnie i ostatecznie. Hrabia położył łeb na moich udach i zawył, a ja, dorosły mężczyzna, syn prokuratora, skuliłem się w ramionach ojca i zacząłem wyć razem z nim. Modliłem się tylko o jedno: żeby ta ciemność, która nas otaczała, w końcu mnie pochłonęła.
Agata
Byłam już strasznie nakręcona i czułam, jak po moich plecach przebiega dreszcz, którego nie potrafiłam, a przede wszystkim nie chciałam opanować. Nie miałam zamiaru otwierać oczu. Ciemność pod powiekami sprawiała, że każdy inny zmysł wyostrzał się do granic możliwości. Był blisko. Czułam jego zapach – nie był to zapach drogich perfum z biurowców na Manhattanie, ale coś surowego, męskiego, jak wiatr przed burzą wymieszany z wonią metalu i wolności. Materac za mną ugiął się pod jego ciężarem, a ja wstrzymałam oddech. Wiedziałam, że zaraz poczuję na skórze jego dłoń, szorstką i ciepłą, która zburzy mój starannie pielęgnowany chłód i…
– Wstawaj, ciociu! Hrabia musi wyjść na spacer.
I szlag trafił moje mokre sny…
Gwałtownie otworzyłam oczy, mrugając w stronę oślepiająco białego sufitu mojego loftu. Ta gówniara jeszcze kiedyś pożałuje tego najazdu na moją sypialnię. Właśnie zniszczyła moją jedyną szansę na porządny wyrzut dopaminy tego ranka.
Usiadłam na łóżku, odgarniając z twarzy splątane włosy. Nie powinnam się wściekać na Asię. Sama pozwoliłam Kaśce ulotnić się wczoraj wieczorem do Tomka. Należało jej się coś od życia po roku emocjonalnego postu, odkąd dowiedziała się, że jej mąż zamienił ich małżeństwo na nowszy, mniej skomplikowany model. Ten kutafon, jej były, miał czelność zadzwonić do sześcioletniej córki w Wigilię, żeby pochwalić się, że „zostanie starszą siostrą”. Nawet ja, która o macierzyństwie wiedziałam tyle, co o budowie silnika odrzutowego, poczułam, że to szczyt znieczulicy.
Obiecałam zająć się małą i tym psem, który stracił dla niej głowę. To też jest całkiem ciekawa historia.
Gdy Kaśka z Asią wprowadziły się do mnie miesiąc temu, pierwszymi sąsiadami, których poznały, byli Tomek i Hrabia. Owczarek niemiecki podobno zakochał się w małej od pierwszego wejrzenia i od tamtego dnia szukał jej na każdym spacerze. Za to Tomek zakochał się od pierwszego wejrzenia w Kaśce. Jakby tego było mało, mój sąsiad jest prawnikiem specjalizującym się w prawie rodzinnym, więc jak znalazł. Papiery rozwodowe się piszą, wniosek o alimenty trafił już do sądu, po prostu bożonarodzeniowy cud. Normalnie romantyczna historia jak z tych wszystkich harlequinów, które nałogowo czytam. Ale nie żałuję. Kaśka jest cudowną osobą i należy jej się ten niebiański i przystojny – no kurczę, mam przecież oczy – cud.
Nie zmienia to jednak faktu, że ja zostałam obudzona w ten piękny, bożonarodzeniowy poranek przez sześciolatkę i wilczura. Bosko.
– Nie ma mamy – ogłosiła Asia, siadając ze skrzyżowanymi nogami na skraju mojej satynowej pościeli. Hrabia, wielki jak cielę, usiadł tuż obok niej, kładąc pysk na moich nogach. Jego oczy były pełne psiego uwielbienia, które zawsze trochę mnie przerażało swoją bezkrytycznością.
– Aleś ty odkrywcza, młoda – skwitowałam, przeciągając się.
Nie powiem jej przecież, że jej mama pewnie właśnie doświadcza cudów, o których ja mogę tylko poczytać w tych swoich papierowych romansach.
– Wiem, jest u Tomka – stwierdziła rezolutnie młoda, drapiąc psa za uchem. – Tomek jej żadnej krzywdy nie zrobi.
Zamilkłam na chwilę, zafascynowana jej pewnością. Ja, dyrektor kreatywna, która zarządzała budżetami liczonymi w milionach, nie miałam w sobie połowy tej wiary w drugiego człowieka, co ta sześciolatka.
Bałyśmy się z Kaśką, że Asia straci zaufanie do mężczyzn po tym, co odwalił jej „tatuś”. W sumie ja bałam się, że obie stracą, więc byłam w naprawdę wielkim szoku, gdy już po trzech tygodniach znajomości Kaśka związała się z Tomkiem. Ten mężczyzna miał jakiś dziwny, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, wpływ na dwie najważniejsze kobiety mojego życia. Obie bez reszty pokochały mojego sąsiada. Trochę im zazdrościłam, ale to nie był moment na rozczulanie się nad tym.
Wstałam z łóżka, a moje bose stopy dotknęły zimnej, polerowanej podłogi. To był ten moment dnia, kiedy zazwyczaj zaczynałam planować kampanie, ustawiać priorytety i pić kawę tak czarną, jak moja dusza przed pierwszym spotkaniem z klientem. Ale dzisiaj… dzisiaj czekał mnie bożonarodzeniowy obiad u Faratów.
Przypomniałam sobie wczorajsze porażenie, jakiego doznałam na widok mężczyzny, który wszedł w progi mojego domu. Mój analityczny umysł chciał to wyśmiać.
Stałam w salonie, ustawiając na komodzie szklany lampion, gdy drzwi frontowe skrzypnęły. Spodziewałam się Tomka, ale to ktoś inny wszedł pierwszy. Zatrzymał się w progu, wypełniając przestrzeń swoją obecnością tak gwałtownie, że powietrze w pokoju wydało się nagle gęstsze.
Odwróciłam się przestraszona, a dłoń, która jeszcze sekundę temu z matematyczną precyzją korygowała ustawienie szkła, teraz bezwiednie drgnęła. Lampion wysunął mi się z palców. Roztrzaskał się o parkiet z głuchym brzękiem, a drobinki szkła rozprysły się wokół moich stóp niczym zamarznięte łzy.
Mój instynkt obronny zawył na alarm, nakazując mi się wycofać. Ale zanim zdążyłam zrobić choćby krok, stało się coś niewytłumaczalnego. Poczułam wybuch czystego, białego płomienia, który przeszył mnie od środka, paraliżując wszelki opór. Moje ciało rozpoznało go szybciej, niż mózg zdołał przeczytać jego nazwisko w aktach sprawy.
Kamil – brat Tomka – stał nieruchomo, a w jego oczach dostrzegłam ten sam rodzaj oszołomienia, zmieszany z głębokim, niemal fizycznym bólem. Lecz gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, poczułam coś, co przypominało trzęsienie ziemi w moim własnym ciele. To nie było zwykłe pożądanie, które można rozładować w sypialni. To było przerażające poczucie bezpieczeństwa. Jakbym nagle przestała być „dyrektor Agatą”, a stała się po prostu… Agatą.
– Przepraszam – wychrypiał, momentalnie spuszczając wzrok, a jego głos był jak tarcie kamienia o kamień. – Nie chciałem… Tomek powiedział, że drzwi są otwarte. Że mam wchodzić. Nie chciałem pani wystraszyć.
Zrobił niepewny krok w tył, jakby chciał uciec przed tym, co właśnie się wydarzyło. Wtedy w przedpokoju pojawili się pozostali, ale dla mnie świat wciąż ograniczał się do tego jednego, skazanego przez system mężczyzny.
– Nic się nie stało – odpowiedziałam, a mój głos wydał mi się obcy, pozbawiony zwyczajowej pewności siebie. – To tylko szkło.
Skłamałam. Oboje wiedzieliśmy, że w tej sekundzie rozbiło się znacznie więcej niż tylko tani lampion.
– Ciociu, idziesz? Hrabia musi siku! – Głos Asi wyrwał mnie z tego paraliżu.
– Już schodzę! Skocz, proszę, do kuchni i nasyp mu karmy.
Asia wybiegła z zawrotną prędkością, a za nią ten wielki brytan.
Zostałam sama. Cisza, która zapadła w sypialni, nagle wydała mi się gęsta, niemal namacalna. Podeszłam do wielkiego lustra w złoconej ramie, które było jedynym barokowym kaprysem w moim minimalistycznym lofcie. Spojrzałam na swoje odbicie i poczułam, jak ogarnia mnie irytacja.
W mojej głowie, zazwyczaj tak uporządkowanej i precyzyjnej jak roczny budżet w Excelu, nastąpiło zwarcie. To nie był zwykły pociąg fizyczny, choć – do diabła – ten facet miał w sobie coś z upadłego anioła, który właśnie przeszedł przez piekło i przyniósł na skrzydłach zapach siarki. To było coś znacznie gorszego. Rodzaj przerażającego, instynktownego rozpoznania.
Kiedy wczoraj wszedł do mojego mieszkania, czas nie tyle zwolnił, co zupełnie przestał mieć znaczenie. Moje ciało zareagowało szybciej niż umysł – każda komórka pod skórą zaczęła wibrować, jakby odnalazła brakujący element częstotliwości. To było absurdalne. Przecież to facet z wyrokiem. Magazynier. Brat mojego sąsiada, który spędził ostatnie miesiące w miejscu, o którym ja bałam się nawet czytać w gazetach. Człowiek, który wniósł do mojego sterylnego świata smród nieszczęścia, więziennej celi i palącego bólu.
Ja natomiast byłam uosobieniem sukcesu z okładki „Forbesa”. Moje życie pachniało drogą kawą i perfumami od Toma Forda. Nie było w nim miejsca na ludzkie wraki. A jednak, gdy nasze spojrzenia się spotkały, poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie cały ten profesjonalny pancerz i zostawił mnie nagą na środku salonu. Tak, jakby ktoś przeprowadził atak hakerski na mój system operacyjny.
– Ogarnij się, Agata – szepnęłam do odbicia, zaciskając palce na krawędzi toaletki. – To tylko hormony. Albo przesilenie zimowe. Albo po prostu empatia, której, jak twierdzi twój eks, w ogóle nie masz.
Ale okłamywałam siebie. Wiedziałam, że to, co czuję, nie ma nic wspólnego z empatią. Czułam zagrożenie. Ten człowiek samym swoim istnieniem rzucał wyzwanie wszystkiemu, co zbudowałam. Mógł zburzyć moją karierę, mój wizerunek „lodowej królowej marketingu” i mój spokój ducha.
Wyciągnęłam z wieszaka sukienkę w kolorze czerwonego wina. Nie była bezpieczna. Była jak ostrzeżenie.
Wiedziałam jedno: pójście na ten obiad to bilet w jedną stronę. Mogłam zostać w domu, wymyślić nagłą awarię w biurze, zasłonić się pracą. Ale mój instynkt, ten sam, który pozwalał mi wygrywać największe przetargi, mówił mi, że jeśli dzisiaj nie pójdę do Faratów, do końca życia będę czuła się tak, jakbym uciekła z pola bitwy, którą i tak już przegrałam.
Mróz na zewnątrz nie patyczkował się z moimi starannie wypielęgnowanymi policzkami. Hrabia, zamiast grzecznie kroczyć przy nodze, rwał do przodu, jakby czuł zapach wolności na drugim końcu osiedla. Śnieg wbijał mi się w kostki nad krawędzią markowych botków, które zdecydowanie nie były zaprojektowane z myślą o wigilijnym pośniegowym błocie.
– Hrabia, stój! – syknęłam, ale pies tylko machnął ogonem, zostawiając mnie w tyle z moimi frustracjami.
Moje myśli, podobnie jak ten pies, też rwały w jedną stronę. Do Kamila. Do tego, jak siedział wczoraj przy stole – spięty, jakby każda sekunda w normalnym domu była dla niego fizycznym bólem. Widziałam jego dłonie. Były inne niż dłonie moich dotychczasowych facetów – nie były gładkie od przesuwania palcem po ekranie iPada. Były twarde, naznaczone czymś, czego nie potrafiłam zrozumieć, a co dziwnie mnie przyciągało.
Zdążyłyśmy z Asią pozbyć się płaszczy, gdy Hrabia nagle stanął jak wryty i zaczął piszczeć przed drzwiami.
– Chyba mama wraca. – Zaśmiałam się, a po chwili usłyszałyśmy pukanie do drzwi. – Otworzysz?– spytałam Asię, która od razu pobiegła wypełnić zadanie. Ja natomiast skierowałam się prosto do kuchni. Potrzebowałam kofeiny. Dużo kofeiny. Może w ten sposób uda mi się pozbyć z myśli nieproszonego gościa.
– Kogóż to moje oczy widzą – rzuciłam przez ramię, gdy cała trójka wmaszerowała do środka. Sięgnęłam do szafki po trzy kubki. – Mam nadzieję, że mieliście udaną noc.
– Bardzo – przyznał Tomek, a ja kątem oka zobaczyłam, jak Kaśka rumieni się. – Jednak martwiliśmy się o pewnego szkraba.
Asia, siedząc mu już na kolanach, wyrecytowała swoją kwestię o „przyjmowaniu wszystkiego na klatę”, co wywołało salwę śmiechu. Ja też się zaśmiałam, ale mój śmiech był jakby zza szyby. Czułam się jak obserwator w kinie.
Kiedy Tomek poszedł z Asią do pokoju pobawić się nowymi zabawkami, Kaśka oparła się o blat, bacznie mnie obserwując.
– Agata? Ziemia do Agaty.
– Co? – Drgnęłam.
– Mówiłam ci, o której mamy być u ojca Tomka na obiedzie.
– To o której?
– O czternastej. Dlaczego jesteś taka spięta? Wiem, że pewnie ci nie na rękę spędzać Boże Narodzenie z obcymi ludźmi i wolałabyś być ze swoimi rodzicami, ale…
Odstawiłam kubek z głośnym stuknięciem.
– Nie jestem spięta. Po prostu… nie wiem, w co się ubrać – odpowiedziałam z pełną szczerością. – Myślałam o tej sukience w kolorze wina. Albo może ta granatowa? Ta z wysoką stójką? Nie chcę wyglądać zbyt… wyzywająco, ale też nie chcę wyglądać jak asystentka prokuratora.
Kaśka zmrużyła oczy, a na jej ustach wykwitł ten irytujący, uroczy uśmieszek.
– Agata, to obiad u rodziny mojego faceta, a nie audiencja u królowej brytyjskiej. To tylko Kamil, Tomek i ich ojciec. Przecież widziałaś ich wczoraj.
– Właśnie o to chodzi, że ich widziałam – mruknęłam, czując, jak moje dłonie znów zaczynają lekko drżeć. Przed oczami ponownie pojawiła mi się twarz Kamila, a serce głośniej załomotało. Co się, do kurwy nędzy, ze mną działo?! – Po prostu chcę dobrze wyglądać.
– „Dobrze”? – Kaśka podeszła bliżej i położyła mi rękę na ramieniu. – Agata, ty zawsze wyglądasz, jakbyś właśnie zeszła z wybiegu. Faceci do ciebie lgną jak muchy do miodu, a ty zazwyczaj nawet nie pamiętasz ich imion po pierwszej randce. A teraz trzęsiesz się nad kiecką, bo idziesz na obiad do prokuratora rejonowego, czy może dlatego, że będzie tam też magazynier z kasacją wyroku na karku?
Zabolało. Bo miała rację. Zazwyczaj to ja dyktowałam warunki. To ja byłam tą, o której względy zabiegano. A teraz czułam się jak nastolatka, która pierwszy raz idzie na randkę i boi się, że ma pryszcza na nosie. To było upokarzające. I fascynujące jednocześnie.
– On nie jest „tylko magazynierem” – powiedziałam cicho, niemal do siebie. – On ma w oczach coś, czego nie widziałam u nikogo innego. Jakby… jakby widział mnie naprawdę, a nie tylko moje ekskluzywne garsonki i rozmiar cycków.
Kaśka spoważniała. Jej wzrok złagodniał.
– Oho. Czyli to jednak nie tylko hormony?
Obrzuciłam ją oburzonym spojrzeniem.
– Nie wiem, co to jest, Kaśka. I to mnie przeraża najbardziej. Idź już, pomóż Tomkowi. Muszę się przygotować. Jeśli mam wejść w ten ogień, to przynajmniej w porządnych butach.
Gdy Kaśka wyszła, znów spojrzałam na sukienkę w kolorze wina wiszącą na drzwiach od łazienki. Była głęboka, mroczna i odważna. Dokładnie taka, jak to, co zaczynało się dziać w moim sercu.
