Lew i komedianci - Bronisław  Wildstein - ebook + książka

Lew i komedianci ebook

Bronisław Wildstein

0,0

Opis

Lew i komedianci to książka niejako jubileuszowa, bo już dziesiąta z obszaru literatury pięknej, którą prezentuje czytelnikom Bronisław Wildstein, a przy tym niespotykana, bowiem obok trzech opowiadań zawiera także dwa dramaty. A jednak choć autor sięga po nowe formy, niezmienny pozostaje cel jego twórczości literackiej, w której od lat podejmuje filozoficzną refleksję nad współczesnym światem. W Lwie mierzy się z problemem zdrady - który stanowi ważny temat jego literackiej drogi, począwszy od debiutanckiej powieści Jak woda ‒ pochyla się także nad zagadnieniem kształtowania rzeczywistości poprzez totalitarne systemy polityczne i filozoficzne. Kryształowy Gmach to antyutopia stanowiąca pojemną alegorię neoliberalnej rzeczywistości społeczno-politycznej. Sięgnięcie po tę konwencję to novum u autora, choć przecież cała jego proza, od dawna, zawiera w sobie metafory niosące aksjologiczny ładunek. O poszukiwaniu wartości i potrzebie jednoznacznego nazwania pojęć mówi Wildstein w intymnym opowiadaniu Babel, traktującym o przeżywającym kryzys naukowcu. Z kolei w dramatach Głos z innego świata i Komedianci łączy groteskę i satyrę z utkaną przezeń siatką odniesień do społecznych problemów dzisiejszej Polski i świata, z galopującą dyktaturą politycznej poprawności na czele. Zbiór ten to więc z jednej strony kontynuacja drogi twórczej, kolejne wykorzystanie języka literackiego w służbie refleksji aksjologicznej, z drugiej zaś ‒ podróż do krainy nowych konwencji i rozwiązań.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Redaktor prowadząca

Elżbieta Brzozowska

Redakcja

Magdalena Pluta

Korekta

Maciej Woźniak

Projekt okładki i stron tytułowych

Barbara Bugalska

© Copyright by Bronisław Wildstein

© Copyright for this edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2021

Księgarnia internetowawww.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

Wydanie pierwsze, Warszawa 2021

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01

[email protected]

ISBN 978-83-8196-296-4

Lew

Ludzie są śmiertelni, więc umierają – nie, nie powiedziałem tego, chociaż milczenie wymagało wysiłku. Napuszona powaga, z którą Lefranc anonsował, skądinąd rzeczywiście niespodziewaną śmierć Druona, szła dalej niż jego zawsze nieco pompatyczne maniery, zmierzając ku autoparodii. To ona uruchomiła szyderczą katarynkę w mojej głowie. Kolejne zdanie zaskoczyło mnie jednak zupełnie.

– Popełnił samobójstwo – uzupełnił dyrektor, przyglądając się mi.

Teraz całość jego zachowania stawała się oczywista. Grzeczne, acz stanowcze zaproszenie telefoniczne: – Już. Naturalnie mogę poczekać parę minut, jeśli ma pan coś niecierpiącego zwłoki…

Takiego zdecydowania nie słyszałem u niego nigdy wcześniej. Wprawdzie Lefranc zawsze dbał o akcentowanie swojej dyrektorskiej funkcji, ale nigdy nie domagał się realnego posłuszeństwa. Wystarczały mu pozory. Często miałem wrażenie, że im bardziej zależy ode mnie, tym bardziej demonstrować pragnie swoje zwierzchnictwo. Wchodziłem w tę grę do tego stopnia, tak bardzo podkreślałem jego dyrektorskie kompetencje, że chwilami zaczynałem się obawiać, że przesadzam, a pryncypał uznać powinien moją ironię za gruby nietakt. Dotychczas jednak nic takiego nie zaszło, a Lefranc łykał moją uniżoność z miną kota drapanego po podgardlu.

Teraz zrozumiałe stało się także zachowanie pracowników biura, które uderzyło mnie, kiedy tylko wszedłem do gmachu: ich spłoszone spojrzenia, gdy witali się ze mną, niepewny krok… Przemknęło mi nawet przez myśl, że wcześniejsze pogłoski o reorganizacji mogą okazać się prawdziwe, zwłaszcza gdy zobaczyłem wyraz twarzy sekretarki, nie zdążyłem jej nawet powiedzieć, że jestem bogiem – Szefie, dyrektor prosił o telefon, łączyć?

– I… wiadomo coś? – zyskiwałem na czasie, uświadamiając sobie, że w samobójstwo Druona trudno było uwierzyć.

– Wie pan… wszyscy jesteśmy w szoku. Taki król życia… samobójstwo… każdy, tylko nie on. No, nie każdy. Gdyby powiedzieli mi, że to pan popełnił samobójstwo… ba, gdyby pokazali fotografie i dowody, i tak bym nie uwierzył, nawet gdybym zobaczył pana zwłoki… Mam nadzieję, że nie czuje się pan dotknięty?

– Wręcz przeciwnie, ale co z Druonem?

– Zastrzelił się ze służbowej, powiedzmy, nie do końca służbowej, nie jesteśmy przecież zmilitaryzowani, choć zalecają nam posiadanie broni i ćwiczenia… po co zresztą to mówię, wie pan jak i ja… Zastrzelił się w swoim gabinecie, w nocy, ostatniej nocy. Strażnik usłyszał. Dobijał się do drzwi. Nie mógł otworzyć. Wreszcie z dowódcą je wyważyli. No, tak… Pan się przyjaźnił z Druonem.

Nie spodobało się mi takie ujęcie naszych relacji.

– Znaliśmy się.

– No właśnie. Bardzo blisko.

– Nie aż tak.

– Nie to miałem na myśli – żachnął się Lefranc. – Ale biorąc pod uwagę… w każdym razie chciałem pana przekonać, żeby porozmawiał pan, no, na razie nieoficjalnie, z oficerem… to nie jest zwyczajna policja i nie będzie formalne przesłuchanie, sam pan rozumie… Jeśli możliwe: u nas i teraz. To znaczy w gabinecie obok, pułkownik czeka na pana. Oczywiście, byłaby to grzeczność, mam nadzieję, że się pan zgodzi – dyrektor mówił głosem wykluczającym odmowę. Ten ton słyszałem u niego pierwszy raz.

Pułkownik Jugnot był uprzejmy, ale nieuważny. Zachowywał się jak należy, ale wyglądał, jakby myślał o czymś innym i przy wszystkich pozorach rozmówca nie obchodził go zupełnie. Lata szkolenia. Przesłuchiwanego trzeba rozbroić, oswoić, a aura obojętności i nieuwagi dobrze temu służy. Pułkownik wyglądał jednak na tak autentycznie niezainteresowanego pytaniami, które musiał kierować do mnie, że jednocześnie mógłby rozważać jakiś metafizyczny problem w rodzaju imion, jakie człowiek jest zdolny nadać Bogu. Ale to pytanie trafiło w punkt:

– Znał pan Jérôme’a Agravaina? – To tamta, niezwykła twarz, od której nie mógł oderwać oczu Druon, kiedy spotkaliśmy się ostatnim razem w restauracji przy avenue Franco-Russe. Niemal czuły uśmiech młodzieńca, którym odpowiadał na wzrok adoratora, mógł coś przesłaniać. Była to drapieżność czy w kontekście ostatnich wiadomości imaginuję ją sobie?

Kończyło się lato, kiedy Druon zaprosił mnie na obiad. – Mówię „my”, bo mam na myśli jeszcze, naturalnie, Jérôme’a. Chcieliśmy podziękować panu za… – zawahał się – pośrednictwo, przepraszam, brzmi to niewłaściwie. Za przedstawienie nas sobie i w konsekwencji… to, co stało się później. – Chłodna twarz Druona na moment zmieniła się prawie nie do poznania. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się z niespotykaną wcześniej niepewnością. Wyglądał, jakby chciał kontynuować, ale nie potrafił znaleźć słów. – Znam dobrą, a niespecjalnie uczęszczaną restauracyjkę przy avenue Franco-Russe. Skromne wnętrze, ale ta autentyczna kuchnia z Perigord… nie będzie pan żałował.

Druon był jednym z bardziej interesujących dyrektorów naszego departamentu. Integracja europejska była dla niego wyzwaniem i zagadnieniem. Wąska, niewiele mówiąca twarz przybierała uważny wyraz, oczy intensywnie wpatrywały się w rozmówcę. Często pytał mnie o coś niespecjalnie istotnego, ale słuchał moich odpowiedzi, jakby były dla niego zasadnicze. Ambicje Druona wykraczały poza zwykłą grę o prestiż i miejsce w strukturze instytucji. – Naprawdę wierzy pan, że jesteśmy w stanie wpłynąć na bieg historii? – zapytał mnie kiedyś niespodziewanie. Zorientowałem się, że pod wystudiowanym chłodem piętrzy się napięcie. Byłem z nim w stanie rozmawiać do pewnego stopnia szczerze. Ten konwencjonalny przysłówek stwarzał mi zawsze, a zwłaszcza ostatnio, dużo problemów, ale nie mogłem się bez niego obejść. Nie możemy zrezygnować z pojęć, których naprawdę nie rozumiemy. Szczerość, czyli odzwierciedlenie prawdy. Ale o jakiej prawdzie mówić można w międzyludzkich relacjach? O sprzecznych odruchach, które w ciągu krótkiego czasu, zależnie od okoliczności, każą te same osoby postrzegać jako dobre albo złe, wrogów albo przyjaciół? O zmiennej percepcji, która potrafi eksponować jako naczelne cechy charakteru ułomności, w innym momencie zredukowane przez nią do nieznaczących, rozczulających wręcz śmiesznostek? Szczerość zakłada bezinteresowność, niedostępną, jeśli w ogóle pojmowalną dla nas perspektywę. Wprawdzie instynkty człowieka przeistoczyły się w splot kulturowych motywów, ale czy doprowadziły do zmiany fundamentalnego nakierowania na siebie, które wyznacza ludzkie działania i powoduje, że inni liczą się o tyle, o ile grają jakieś role w aktualnej odsłonie naszego spektaklu? Rewersem najbardziej, wydawałoby się, wielkodusznych postaw, wybuchających w miłości czy przyjaźni, jest obojętność wobec tych, których nie obejmuje nasze uczucie. A same jej obiekty, które wzbudzać mają zdolność do poświęcenia… dla kogo i czego jesteśmy na to gotowi? Wątpliwości można mnożyć. A przecież nie sposób zrezygnować z tych naszych bezrefleksyjnych nazw, słów, pojęć, których nie obejmujemy intelektem, gdyż to one go tworzą, i dlatego ostatecznie, jak każdy, wracałem do tych stereotypowych określeń, może tylko bardziej świadomy ich ułomności. Czy umowna szczerość w przypadku Druona – niekiedy mówiłem mu to, czego nie powiedziałbym innym, chociaż nie wiązało się to ze szczególnym ryzykiem – oznaczała, że traktowałem go jako potencjalnego partnera, a w każdym razie kogoś najbardziej predestynowanego do tej pozycji, w ten sposób stawał się elementem moich planów, a więc częścią wyobrażonego mnie, i zaczynałem żywić do niego cieplejsze uczucia? W pewnych sprawach był moim współpracownikiem, a jego rola w instytucie – był naprawdę młody, chyba trochę po trzydziestce – powinna była rosnąć. W sumie przypuszczałem, że to na nim będę mógł się oprzeć, skoro najłatwiej się z nim porozumiewałem, a cała związana z tym introspekcja, jak każda tego typu operacja, była niewiele warta.

Normalnie zbyłbym żartem pytanie o nasz wpływ na historię, w tym wypadku jednak spróbowałem inaczej podejść do problemu, na który nie ma odpowiedzi. – Wpłynąć? – odpowiedziałem pytaniem. – Czy w ogóle to potrafimy? Ale wpłynąć na tempo zmian, co w naszej perspektywie znaczy wszystko… albo odnaleźć swoje miejsce w nurcie…

Druon był tym, którego najczęściej, to znaczy raz na kilka tygodni, spotykałem również poza Quai d’Orsay. Zwykle jednak wymienialiśmy uwagi w kawiarence wewnątrz gmachu, i to tam zaprosił mnie na avenue Franco-Russe. Zastanawiałem się, jak odpowiedzieć, ale jego uśmiech nieomal mnie rozbroił. – Bylibyśmy szczęśliwi…

Ażurowe przepierzenia z doniczkami, cynowymi saganami oraz drewnianymi, malowanymi naczyniami, w których tłoczyły się wielokształtne sztućce, dzieliły salę na niemal odrębne pomieszczenia. Drewniana krata, po której spływały czerwone, niebieskie i białe kwiaty, oddzielała nasz oparty o ścianę stolik od reszty sali. Nigdy nie widziałem Druona, który spontanicznie przejął rolę gospodarza, w podobnym stanie. Rozluźniony, choć zapatrzony w Jérôme’a, wręcz tryskał witalnością. Niekiedy, prawie niezauważalnie, końcami palców muskał ramię czy dłoń swojego młodego towarzysza, który szybkim spojrzeniem dawał do zrozumienia, że to zauważa. Częściej jednak Jérôme patrzył na mnie.

– Jest pan legendą – powiedział niespodziewanie. – Nie wiem, czy zdaje sobie pan sprawę, z jaką adoracją mówi o panu mój mistrz, profesor Ponty-Alain. Naturalnie, pozwalam sobie nazywać go mistrzem bezprawnie, a więc poza jego wiedzą. Mam nadzieję, że nie wyda mnie pan – jego głos jeszcze bardziej złagodniał, a wzrok stał jeszcze bardziej miękki. Druon zerknął na niego z zachwytem, a Jérôme zrewanżował się spojrzeniem, które było jak pieszczota. – Kim jestem, żeby mówić tak o wielkim filozofie? Ale to nie tylko on. Wszyscy, który przeszli pańskie seminarium w café Harcourt, mówią, że dopiero wtedy zrozumieli, czym jest naprawdę filozofia… – przerywał i zostawiał mi miejsce na pytania, których nie zadawałem.

W obszar ciszy wyznaczany naszymi postaciami w restauracyjnym gwarze wkroczył Druon:

– Powiem szczerze. Zawsze dziwiłem się, jak odnajduje się pan na Quai d’Orsay. Bo przecież odnajduje się pan doskonale – roześmiał się. – Zamiast namysłu nad podstawowymi sprawami ustalanie redukcji ceł masła… Robię to, a więc wiem, ile to znaczy, ale pan… Château de Tiregand, merlot do tej gęsi pasuje chyba jednak najlepiej.

– Namysł nad podstawowymi sprawami – powtórzyłem. – Tak filozofię traktowali jej twórcy. Naprzeciw zmienności świata odnaleźć jego stałe formy… Ale jeśli nawet oni zorientowali się, że ich nie ma? Logos to wyłącznie prawa ruchu, wiecznej transformacji, a więc nie prawa, tylko ciągła zmienność. Jeśli miłośnicy mądrości odkryli, że naprawdę znamy wyłącznie to, co stwarzamy? To niebezpieczna wiedza i dlatego strażnicy dbać mieli o to, aby niewłaściwe mniemanie nie zaraziło obywateli, ale czas mijał, strażników nie starczało i coraz częściej oni sami przestawali wierzyć, że da się utrzymać nieruchomość tego świata i coraz mniej pewni byli, że warto to robić. Bo przecież państwo nie zaistniało nigdy, a my tylko liczyliśmy, że powołamy je do życia. Zgodnie z tym, co pisał Pascal, nie żyliśmy – projektowaliśmy jedynie, jak żyć. Dla przyszłości poświęcaliśmy teraźniejszość. Może nadszedł więc moment, czas najwyższy, aby smakować go jak ten wspaniały posiłek, wieczór, towarzystwo, uczucie. – Podniosłem kieliszek.

Ze dwa razy na Quai d’Orsay Druon podkreślał, że powinniśmy powtórzyć to spotkanie. – Jérôme był pod niesamowitym wrażeniem pańskiej osoby – pieścił słowa. Tliła się w nim jeszcze ta sama ekscytacja, z którą zaprosił mnie, a potem pełnił funkcję mistrza ceremonii przy avenue Franco-Russe. Szybko jednak zaczął ją tracić. Pomyślałem, że przyobleka się znowu w swoje poprzednie, zdystansowane wcielenie, potwierdza powszechną zasadę, że uniesienia to domena chwili. Zorientowałem się jednak, że wprawdzie z perspektywy pracowników departamentu, którzy przypuszczalnie nie zauważyli żadnych zachodzących w nim zmian, nadal zachowuje się w sposób, do jakiego nas przyzwyczaił, może tylko bardziej dopracowuje tak potrzebny przy jego stanowisku, zwłaszcza w oczekiwaniu na promocję, uprzejmy chłód, w rzeczywistości jednak staje się kimś innym. Jego napięcie ujawniało się w dostrzegalnych tylko dla uważnego obserwatora niespotykanych wcześniej nerwowych gestach i reakcjach przebijających na chwilę nieskazitelną powłokę ważnego pracownika Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Nasze dawne kontakty urwały się, a kiedy zagadnąłem go, wprawdzie powtórzył znowu, że warto raz jeszcze zorganizować podobny wieczór, ale mówił to głosem obojętnym i w przeciwieństwie do wcześniejszego spotkania, na którym wydawał się smakować w pamięci tamto wydarzenie, wyraźnie nie chciał do niego wracać. Potem zaczął mnie unikać. Przestaliśmy spotykać się poza gmachem, a i wewnątrz nasze kontakty, poza niezbędnymi dla wykonywanej pracy, urwały się.

– Znał pan Jérôme’a Agravaina?

Pytanie śledczego przypomniało mi to wszystko i wiedziałem, że muszę się mieć na baczności.

– No tak. Przez Druona.

– Oczywiście. Ale wcześniej?

– Wcześniej… tylko do pewnego stopnia. Prawie go nie pamiętam.

– Proszę sobie jednak przypomnieć…

– Muszę się zastanowić. Chyba ktoś mi go przedstawił. Jego twarz zostaje w pamięci.

– No właśnie. A wie pan, jak Agravain poznał Druona? Proszę się postarać. To bardzo ważne. Istotny jest każdy szczegół.

Za bezbarwną twarzą pułkownika nagie drzewa w obramowaniu okna układają się w oszczędną grafikę. Za ich rzędem burą wodę toczy Sekwana. Zacina ukośny deszcz, rozmazując i tak mgliste obrazy. Kończy się rok, który nie jest w stanie przetrawić wszystkich wypełniających go, niewiarygodnych wydarzeń. Pod ich ciężarem powoli tonie w rzece. Wtedy dopiero wschodził, ale już działo się tak wiele. Chruszczow ogłosił swój tajny, czyli znany wszystkim zainteresowanym, a więc po prostu wszystkim, raport. Świat nadal jeszcze nie doszedł do siebie. To, co miało nastąpić, dopiero wzbierało. Ale wiosna spadła na Paryż jak zawsze.

Słońce odbijało się od bruku, prześwietlało ludzi i pojazdy, przenikało szyby, uderzało w ściany domów, aby pozbawić je konsystencji i masy, uczynić miasto mirażem na skraju jawy. Bo ono nie trwa – nieustannie się staje: to, co było, nie jest tym, co istnieje, a to, co jest, to tylko krok w kierunku czegoś, co dopiero nadejdzie. To, co nastąpi, zaprzeczy temu, co jest, aby zostać zniesione przez kolejną syntezę, która zawiera ziarna swojego zaprzeczenia. Nic nie trwa. Wszystko staje się. Teraz, nieustanne teraz, które wydaje się nie istnieć, jawi się jedynie jako niemożliwy próg, przejście od tego, czego już nie ma, w to, co nie zdążyło się jeszcze stać; stopień, który pozbawioną życia przyszłość odsyła w martwą przeszłość, czyli pogrąża nas w niebycie, zawiesza między tym, czego już nie ma, oraz tym, co nie zyskało jeszcze egzystencji; to niemożliwe teraz triumfalnie eksploduje w jednym błysku objawienia, ogarnia wszystko i nadaje całości życie oraz sens. Znosi przeszłość i przyszłość, aby powołać wieczne trwanie, obejmuje zrozumieniem całość.

Dziewczęta w luźnych wreszcie, kolorowych sukniach zdążają pospiesznie w to, co nadchodzi. Animowane wzrokiem mężczyzn, za którymi nie muszą się oglądać, bo łapczywe spojrzenia przenikają cienkie okrycia i dotykają ciał, mimo że patrzący pogrążyli się już w bezimienności wiosennego tłumu. Kobiety stwarzane są oczami mężczyzn, ale to one nadają im życie. Ludzka biologia upaja i obiecuje nienazwane ekstazy, a ja jak zawsze w takich momentach, musiałem dokonać wysiłku, aby skoncentrować się, aby nie porwała mnie wiosna i płynące wraz z nią dziewczęta. I znowu, jak często w takich chwilach, powróciła do mnie Chantal, jej twarz, głos, postać.

Musiałem tłumaczyć sobie, że to już wyłącznie odruch zmysłów, minął ponad rok, a przecież pamięć odzywała się głębokimi wibracjami ciała, wypełniała je, sięgała podbrzusza. Nie przypuszczałem, że zostanę z nią dłużej, chociaż spędziliśmy ze sobą dwa lata. Kilka razy myślałem już, żeby zerwać, i nie robiłem tego chyba tylko z przyzwyczajenia. Wszystko, co mnie z nią łączyło, to wygoda i przyzwyczajenie, ale kiedy to ona zniknęła, zostawiając mi sentymentalny liścik… Żartowałem z jej zaklęć i łez w tych rzadkich chwilach, kiedy w łóżku traciła panowanie nad sobą, wychodziła z roli, którą jej narzuciłem, albo kiedy cisza między nami zdawała się obiecywać coś więcej, gdy nawet mi przelatywało przez głowę, że może zdarzyć się coś nieodwracalnego i z tym ostrzejszym sarkazmem odpowiadałem na eksklamacje, że ona już na zawsze i nikt inny nie potrafi jej mnie zastąpić… Tyle razy słyszałem te słowa i wiedziałem, ile są warte… Ale kiedy odeszła, okazało się, że nieświadomie potraktowałem je serio. To, że nikt nie potrafi mnie zastąpić, było dla mnie na tyle oczywiste… może właśnie dlatego zacząłem wierzyć, że i ona potrafiła to zrozumieć. Tylko jakie znaczenie mogła mieć ta prawda? Jakie znaczenie ma to dla kogoś, kto powinien już rozumieć, że rzeczy świata tego, to jedynie mniej lub bardziej poważna gra?

A przecież zabolało bardziej, niż mogłem przypuszczać. Przemierzałem uliczki Quartier latin, obserwując z ironią siebie śledzącego nasze trajektorie i wywołującego z przeszłości nie tak znowu liczne wspólne spacery, wstępowałem do knajpek w poszukiwaniu tamtego czasu, piłem calvados albo koniak. Szydziłem z tych melodramatycznych odruchów, usiłowałem zrozumieć, jakim cudem uwolniły się u mnie. Czy ten przybierający tak konwencjonalny kostium żal to prosta reakcja organizmu, ścigająca kulturową formę, bo innych przecież nie znamy, a w tych kwestiach zawsze będzie ona zużyta i tandetna, czy inaczej: to żal za utratą swojej własności, do której tak przywykłem, za bliską, niemą adoracją, która okazała się tak potrzebna? Czy tęskniłem za uznaniem, jakim Chantal obdarzała mnie, swojego pana? Ubolewałem nad rolą, jakbym zatrzymał się na tym poziomie, który dawno już powinienem był przekroczyć, redukowałem się do odruchów i wyłączyłem rozum, dopadła mnie trywialna, pożerająca ironię ambicja?

Musiałem przyznać przed sobą, że liczyłem na spotkanie, wbrew sobie wierzyłem, że odnajdę ją w jednym z tych miejsc i bez zbędnego wyjaśniania czegokolwiek pójdziemy do mnie, aby wszystko wróciło do utartego biegu jak po rzadkich sprzeczkach, które nam się przydarzały… Miałem być więc jak ci episjerzy czy kelnerki, postacie z piosenek kierowane przez nieświadome impulsy, jak marcowe koty śpiewające swoje księżycowe serenady? Czyżbym chciał swoje uczucie zamknąć do mansardy czy choćby największego apartamentu, który zawsze pozostanie tylko kryjówką, przeciwstawić miłość światu, a może nawet jeszcze lepiej, zwieńczyć ją dzieckiem, aby wyłączyć się z całości istnienia i pogrążyć w rodzinnej monadzie, pieścić swoją namiętność jak Harpagon w ukryciu przed wszystkimi, jak Pierrot szukać schronienia, aby zachować na zawsze popęd natury, którego ani zachować nie można, ani nie jest tego wart… Miałem pozostać na tym zredukowanym poziomie indywidualności, śmiesznej mieszczańskiej negacji, a całe moje rozumienie totalności, w której to, co nazywamy miłością, jest tylko niskim, zwierzęcym impulsem… cała moja wiedza o tym, że wyższa miłość jednoczy wszystkie aspekty egzystencji w ten szczególny, równie sarkastyczny, co upajający związek, a łączący dwa ciała zmysłowy spazm jest jedynie ślepym oszustwem natury, cała ta moja świadomość to wyłącznie iluzja…

Miałbym się dać schwytać w najbardziej banalną pułapkę ślepej natury, ja, który miałem panować nad nią, a więc i sobą, pociągać za nitki swojego świata?

Chantal nie było. Wróciłem do domu zawiany i zasnąłem od razu. Obudziłem się późno, starając się nie pamiętać niejasnych snów, i spieszyłem do dziennych obowiązków, bo szofer czekał już. A przecież obraz dziewczyny natrętnie powracał, wypełniał ten dzień i kolejne, mimo że usiłowałem wypchnąć go ze świadomości i szydziłem ze swoich melodramatycznych odruchów. Wspomnienia męczyły i upokarzały. Zapominałem o Chantal wolniej, niż to sobie obiecywałem, chociaż już tydzień później sprowadziłem do łóżka Marie-Françoise.

Ten związek trwał niecały miesiąc, następne nie dłużej, aż wreszcie uzmysłowiłem sobie, że dawno powinienem dorosnąć na tyle, aby przestać udowadniać cokolwiek w tej materii i tracić czas na kolejne podboje, a usługi lepszych czy gorszych prostytutek powinny wystarczyć, kiedy potrzeby seksualne znowu za bardzo męczą. Działo się to zresztą coraz rzadziej i zacząłem się orientować, że chyba bardziej kultura współczesna, a zwłaszcza jej reklamowe opakowanie, naskórek naszego życia, który coraz głębiej wrasta w nie i przenika w głąb naszych ciał, to one wabią erotycznymi atrakcjami, kuszą i obiecują więcej, niż jest w stanie zapewnić biologia. Dlatego w tej kwestii należy iść śladami starego pierdoły, Kefalosa, który cytował innego starucha cieszącego się, że uszedł już władzy pana wściekłego i dzikiego.

Mimo to wspomnienia Chantal wracały tak jak wtedy, kiedy z Saint-Germain skręciłem w plątaninę prowadzących w kierunku rzeki uliczek.

Jej wizerunek obudziła buchająca poprzez miasto wiosna, natura, której do końca człowiek ciągle nie potrafił okiełznać. To ona w takich chwilach brała wszystko w posiadanie, objawiała się tańczącymi na ulicach dziewczętami, które niewoliły mój wzrok. Niekiedy, na mgnienie, nasze spojrzenia spotykały się, ale już za chwilę ich oczy porzucały mnie, mijały obojętnie. Byłem tylko jednym z wielu, nieciekawym w tym banalnym, fizycznym wcieleniu starzejącego się czy dla wielu z nich starego już mężczyzny, którego elegancki garnitur nie wystarczył, aby wyodrębnić go z zapatrzonego na nie tłumu. Musiałem przyznać, że wtedy, na krótko, odruchowo zaczynałem żałować swojego wyboru, anonimowości, dystansu do pozoru, którym chlubi się prawdziwa władza. Nikt z obcej sobie ciżby nie znał mnie, a ci, którzy wiedzieli o mojej egzystencji, byli zbiorowością tak nieliczną, że żaden z przechodzących mimo nie uwierzyłby w to, ile znaczę dla ich indywidualnych i zbiorowych losów. Zresztą nie zrozumiałby tego.

Wystarczyła refleksja, abym odzyskał pewność, a anonimowość znowu zaczynała przynosić satysfakcję. Patrzyłem pod stopy i wydawało się mi, że zauważam, jak na klombie wokół ogrodzonego platanu pod naciskiem gotujących się soków zaczyna wibrować ziemia. Czułem jej żarłoczność pod nogami, pod brukiem i kamieniami, ziemię, która usiłuje rozsadzić i unicestwić ludzkie siedziby. Korzenie ożywały, rozdzierały grunt, kłącza wyrywały się na powierzchnię, brudna masa nieprzytomnym impulsem pędziła ku górze, tam, dokąd wabił ją budzący się żar. Bezrozumna, ślepa natura trawi wszystko, pożera dogorywające zwłoki, żywi się nimi, aby rosnąć, buchać, nabierać sił, a potem tracić je w ciągle tym samym kołowrocie życia, które wyrasta ze śmierci, żywi się nią tak, jak ona nim. Chaos wzrastania i obumierania, któremu dopiero przeciwstawią się ludzie, zbudują przeciw niemu miasto, aby trwało i opierało się instynktownej, wyrastającej z agonii i staczającej w nią na powrót sile.

Ile trzeba samooszustwa, aby widzieć w tej bezrozumnej mocy długi łańcuch bytu, harmonię sfer czy przedustawny ład. Ile trzeba strachu, aby wyrzec się własnej stwórczej potencji, jedynej, która potrafi nadać sens ślepej woli natury, która poza nami jest może zaledwie złudzeniem. A jednak, jeśli nawet nie jesteśmy w stanie, nie potrafimy wziąć na barki odpowiedzialności, i tak stwarzamy porządek dziejów, nasz pęd ku panowaniu staje się ładem. Naznaczamy nim kolejne piętra dziejów. Jeśli potrafimy to zrozumieć, zaczynamy dźwigać ciężar przeznaczenia, pojmować historię, wysiłki tych, którzy tworzyli ją i zastygli w monumentach stanowiących naszą prawdziwą ojczyznę. Świadomość tego potrafiła upajać jak wtedy, wiosną tego roku, kiedy Paryż odkrywał przede mną swoje tajemnice. Ogarniałem czas, a więc i panowałem nad nim, nie tylko umiałem czytać przeszłość, ale śledząc ją, podążałem w przyszłość.

Nitki losów tych, którzy potrafią tylko istnieć, splatają się, chociaż oni, skupieni na trudach kolejnego dnia, nie mają tego świadomości. Rozterki i lęki zdają się wyłącznie ich własne, tak jak wysiłki, aby uniknąć kolejnych, czyhających na nich i im najbliższych zagrożeń; przelotne chwile radości i satysfakcji, które ustąpią kolejnym obawom, staną się dla nich wyłącznie osobistym doświadczeniem i nie będą wiedzieli, że ich drogi się przenikają i składają w kształt zrozumiały wyłącznie w ogólnej, im niedostępnej perspektywie. Pasemka indywidualnych przeżyć wyplatają zbiorowe wzory, tkaninę dziejów, która wchłonie i przetworzy zmienione nie do poznania, osobnicze historie. Nie wiedząc o tym, będą wznosili miasto.

Sięgałem w głąb dziejów, próżnych marzeń i realnych cierpień, bólu i porażek. Mury wzniesione ich rękami wchłaniały ciała oraz krew, potrafiłem odczytać z nich przeznaczenie - to, co było, i co będzie. Rozumiałem, jak beznadziejne były wizje, którym pokolenia ofiarowały swoje siły i życie, ideały świecące w witrażach, którym można tylko służyć, gdyż pojąć ich nie sposób. Wielkie iluzje ludzkiego rodzaju. Tamte konwulsje walki i rozpaczy uspokajają się, ulatniają, przetapiają w codzienny, coraz mniej dojmujący trud, a nierealizowalne idee blakną zastępowane spokojem codziennego komfortu. Obumiera złudna walka o uznanie. Wyrastają nowe pokolenia, które coraz mniej wspólnego mają z tamtymi patetycznymi wojownikami i zniewoloną przez nich resztą.

Teraz mogłem zatrzymać wzrok na Sekwanie i przesunąć go w kierunku białej bryły Notre Dame, zajrzeć w głąb naszej epoki, którą opuścił duch historii, dawne świątynie stawały się wyłącznie pomnikami martwej przeszłości, a święte miejsce wojowników i kapłanów zastąpiła zapobiegliwa krzątanina ludzkiego mrowiska. Pojmowałem, a więc zaczynałem widzieć przecinające się wymiary czasu i przestrzeni. Dlatego potrafiłem sięgnąć wstecz, znaleźć czasy inne, oglądać tych dumnych, powracających z krucjat, a pod ich triumfującymi twarzami dostrzec przyszłe katastrofy i upokorzenia, aż po klęskę ostatniej wyprawy, którą poprowadzi święty król, aby umrzeć na pustyni śmiercią zwykłego grzesznika. Piękna twarz jego wnuka odwraca się wyłącznie ku swojemu krajowi i miastu; planuje, kalkuluje, pergaminowe konstrukcje stają się ciałem, tłoczą w państwo krew jego mieszkańców, a władca liczy i zgarnia pieniądze, wydziera je Żydom, aby ich oddać płomieniom, tak jak towarzyszy swoich przodków, rycerzy z czerwonymi krzyżami na płaszczach, którzy konać będą w tym samym ogniu, co niechrzczeni potępieńcy. A rzesze wygłodniałych i pokornych wznosić będą mury miasta i świątyń, karczować pola pod uprawę, młócić zboże i gnieść winne grona, nie dbając o walki i cierpienia tych, którzy decydują o ich losach, jakkolwiek nie tak, jak to sobie wyobrażają.

Tak będzie długo. Nawet wtedy, gdy chrześcijanie staną przeciwko sobie, walcząc o czystość wiary, ci na dole uczęszczać będą do kościoła albo podkładać pod nim ogień – zależnie od tego, co podpowiedzą im inni. Będą wierzyć, ale słowa i obrazy przygotują im powołani do tego. To oni prowadzić będą zbiorowe przedsięwzięcia i wyobrażenia, czepiając się jeszcze złudzeń, od których jesteśmy już wolni, chociaż nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę tak jak ja. Aby rozumieć swój czas, trzeba bowiem pojąć to, co do niego doprowadziło. Świadectwa odnajdujemy nie tylko w murach, ale i pod nimi, w kamieniu, który milczy dla ogółu. To z niego nieliczni potrafią odczytać dawne tragedie, oczyszczenie przez krew. Zdołają odnaleźć tamten czas, otworzyć go przed sobą. Potrafimy wędrować przez czas, zagłębiać się w stronach historii jak w kolejnych ludzkich osiedlach, trafić w noc polowania na hugenotów, których prześladowcy swój codzienny strach i nędzę zagłuszyć chcą w charkocie cudzej agonii. Ból innych daje rozkosz, zabijanie jest panowaniem, zwłaszcza uśmiercanie tych, którzy wcześniej budzili lęk. Czuję spazmatyczne gesty katów i ofiar, słucham modlitw, drążę ich lęk i coraz bardziej beznadziejną tęsknotę. Zabijanie ma przywrócić im Boga. Ale po dwóch wiekach, w tej świątyni nad rzeką, rozbijali już będą posągi świętych i królów, wizerunki Boga samego. A potem w huku i kurzawie, kiedy spadały i roztrzaskiwały się o posadzkę pomniki konającego świata, pośród pijanej radości wyzwolonych w nicość, odkrywam niepokój tych niewielu, którzy dostrzegali otwierającą się pod ich stopami pustkę i szukali punktów oparcia, wołali o istotę zdolną wyprowadzić ich z otchłani. Widzę oszołomioną twarz nieprzekupnego i jego najbliższych, obserwuję ich, gdy wciąż nieświadomi znikają w paszczęce gilotyny, aby uczynić miejsce następcom, przyglądam się beznadziejnym wysiłkom odbudowy i spoza nich dostrzegam nowe kształty ducha, który ma twarz człowieka. Inne drogi odsłaniają się za tym, co jest, kierują ku odmiennym miastom i czasom.

Bo ci, którzy próbowali przywrócić świętość, sami pozbawieni już będą pewności. Ich modły niosą coraz wątlejszą wiarę w to, że egzystencja to tylko przedsionek do wielkiej katedry, która otworzy się, a oni czyści i przemienieni wejdą w nowe życie. I dlatego, gdy uspokoi się zawierucha, próby odbudowy martwej świątyni staną się jedynie estetycznym gestem, cyzelowaniem wymyślonej przeszłości, bez wiary we wskrzeszenie martwego świata, który opuścił już duch. Bo wszystko skończyło się wcześniej, kiedy Napoleon ruszył na podbój świata. To on wcielał historię i dlatego nie musiał jej rozumieć ani się zastanawiać, nie to było jego rolą, bo rozumienie przedsięwzięciu Napoleona nadawał mędrzec. I chociaż wydawało się, że nowy cesarz przegrał, było to jedynie złudzeniem, gdyż nic nie wróciło już do uprzedniego stanu, nie mogło być takie jak wcześniej, ani państwo, ani religia, które skończyły się, chociaż mało kto dostrzegał, że ich istnienie jest wyłącznie wegetacją widma. Ludzie opuszczali wsie, potem fabryki, aby spełniało się proroctwo z psalmów, iż spoczywać będą na zielonych łąkach, chociaż psalmista nie powiedział, że potrzebowali będą innego pasterza.

Nie było jednak czasu na dłuższą kontemplację tej wizji. Musiałem się odwrócić, przepchnąć przez gęstniejącą przed południem ciżbę, pociągnąć ku sobie poręcz szklanych drzwi, na której stylizowany witraż przedstawiał jednorożca spoczywającego na kolanach młodej damy i przesłaniał wnętrze, odciąć się od słońca i ludzkiego gwaru. W antykwariacie było zadziwiająco cicho. Znad blatu zasłanego książkami i papierami wąsaty właściciel André przesłał mi uśmiech.

Mimo tylokrotnych wizyt zawsze zaskoczony byłem łudzącą niepozornością tego wnętrza. Trzeba było wejść głębiej, zostawić za sobą ściany obłożonych ciemnobrązową skórą czy może tylko skóropodobną folią encyklopedii, słowników i leksykonów, pomiędzy wielkimi globusami przejść szlakiem map, których najstarsze egzemplarze przypominały fantastyczne obrazy, przemierzyć siedzibę wydań dzieł zebranych z wytłoczonymi na okładach nazwiskami klasyków, aby zobaczyć, że antykwariat rozwidla się w kolejne pomieszczenia, spoza których prześwietlały następne. Trzeba było iść jeszcze czas jakiś, mijać stałych bywalców: madame La Rouche nerwowo kartkującą na zmianę Złotą księgę, dzieła Bławatskiej czy Junga, pana Remy’ego, zagłębionego w komentarzach do Dunsa Szkota i Williama Ockhama, Jeana Ratatouille’a, który poruszał ustami, studiując antologię z Nadż Hammadi, jakby uczył się jej tekstów na pamięć; trzeba było tę przestrzeń odwiedzić wiele razy, aby wreszcie móc bezbłędnie kierować się do wyznaczonego celu, który stanowił gobelin przedstawiający Atlasa dźwigającego sklepienie niebieskie, w ciemnym rogu galerii obrazów i tkanin, rozejrzeć się ostrożnie, upewnić się, że nie towarzyszy mi żadne spojrzenie, i dopiero wtedy odsunąć materię, aby znaleźć za nią małe drzwiczki. Po ich zamknięciu chwilę należało przyzwyczajać oczy do półmroku korytarzyka, którym można było przecisnąć się do kolejnej furtki. Po umówionych paru stuknięciach czekało się, aż drzwi otworzy uśmiechnięty Siergiej i szerokim gestem, obejmując równocześnie, zaprosi mnie do środka.

– Och, Lwie Aleksandrowiczu, nie wyobraża pan sobie, jaka to dla mnie zawsze przyjemność spotkać pana. Przyjemność i zaszczyt. Niech pan nie myśli, że to puste słowa, pochlebstwa… owszem, stosujemy je. Komplement zawłaszcza. Szkolili mnie. Wie pan o tym – opowiadał Siergiej, sadzając mnie za stołem.

Wnętrze, zwłaszcza w kontraście do obfitości antykwariatu, wydawało się wyjątkowo ubogie. Okna przesłonięte banalnymi żaluzjami, komoda, niewyróżniający się niczym kredens, kilka krzeseł. Na stole stał dzbanek wody i dwie szklanki. Kiedy znaleźliśmy się tu po raz pierwszy, gospodarz sumitował się, że mimo skromności wystroju mieszkanko zaopatrzone jest doskonale.

– No, może na dobry obiad trzeba będzie trochę poczekać, ale jeśli ma pan jakieś życzenia, proszę wcześniej dać znać, wszystko będzie przygotowane, a ja będę miał przyjemność obsługiwać pana.

Nigdy nie skorzystałem z tego zaproszenia. Nie sprawdziłem także, na ile zapewnienia gospodarza dotyczące możliwych trunków są prawdziwe. Ograniczałem się do wody na stole. Skromne wnętrze prowokowało ascezę.

Kiedy zająłem już wskazane miejsce, gospodarz stanął przed stołem i wpatrywał się we mnie jak w dzieło sztuki.

– Ale jeśli komplement to jedynie potwierdzenie prawdy? Przecież obaj wiemy, że w innych okolicznościach nie miałbym szansy pana spotkać. Człowieka, który tworzy historię. I to nie w tym, trywialnym wymiarze, w jakim robią ją ludzie na wysokich stanowiskach. Ale może chce pan napić się czegoś? Choćby kawy? – Przestraszył się swojego zapomnienia.

Kiedy odmówiłem, kontynuował jednak, jakby przerwał tylko, aby się zastanowić:

– Pana uczniowie… wydaje się, jakby nic się panu nie miało oprzeć. To wszystko brzmi patetycznie, ale to przecież prawda. I teraz… wspólna Europa. To przecież pan w dużej mierze ją wymyślił i pociąga za sznurki. Powtarzam się, ale nie potrafię inaczej. Wszystko powiedziałem, kiedy poznaliśmy się, teraz mogę jedynie wracać do tego. Ile to już? Cztery lata? Kiedy pan zobaczył mnie po raz pierwszy, bo ja… znałem pana już wcześniej, dużo wcześniej. Pamięta pan nasze pierwsze spotkanie?

Pamiętałem. Pierwsze i kolejne. Poznaliśmy się w La Coupole, którą producent wynajął z okazji nowego filmu Pierre’a Bresnaya. Pod opalizującym błękitno-różowo szkłem kłębił się tłum. Przemierzałem, a raczej przepychałem się przez ciżbę ludzką od jednej bardziej zwartej grupy do kolejnej z coraz natrętniej powracającym odczuciem, że wokół mnie trwa ciągle ta sama, przetwarzana na różne głosy, ale w sumie uboga rozmowa, którą dałoby się sprowadzić do kilku takich samych zdań. Kolejne postacie kontynuowały to, co zaczęły osoby w innym końcu sali, i dlatego zatrzymywany wymawiałem się, aby podążyć dalej i usłyszeć to samo, potwierdzić swoje wrażenie. – Tak, to niezwykłe, ta, tak dyskretnie zaznaczana obcość bohatera w tłumie – To niezrozumienie, powtarzalność gestów i słów – Nieautentyczność, która wyzwala poszukiwanie człowieka – Ale człowieka zastępuje burżuj – Się mówi, się robi.

Kiedy usiłowałem znaleźć pustą przestrzeń, aby ukryć się i pozbierać elementy tego fenomenu, zauważyłem zbliżającego się znanego eseistę, publicystę „l’Humanité”, Bernarda Cassina. Znaliśmy się kilka lat, a spotkania nasze przypominały zwykle intelektualny pojedynek, moje argumenty odbijały się od pancerza ideologii, który nawet najinteligentniejszemu komuniście pozwala zignorować najspójniejszy wywód. Przypomniałem sobie jedno z naszych ostatnich starć, które zresztą niewiele różniło się od poprzednich.

– Pan nie wierzy w rewolucję we Francji! Nie porozumiemy się! – wykrzykiwał Cassin.

– Pan jest człowiekiem gorącej wiary, choć niewierzącym, ja jestem bardziej sceptyczny. Pan wie, że trzeba przygotowywać rewolucję we Francji. Ja, choćbym zgadzał się z waszymi celami, podkreślam, to jedynie tryb warunkowy, przygotowywałbym się na dłuższy możliwy czas.

– Dłuższy czy krótszy, względem tego albo tamtego, takie są wasze sceptyczne wykręty – warknął Cassin. – Ale to nadejdzie. To nadejdzie! – zaśpiewał. – Wszyscy burżuje na latarnie, wszystkich burżujów powiesimy! – nieomal krzyknął wyzywająco.

– No, jeśli będzie pan tak to ogłaszał, to nie wiem, czy doczeka tego radosnego momentu. Swoją drogą, większość pana znajomych można zakwalifikować jako burżujów, bo przecież trudno nazwać ich robotnikami, a sam pan…

– Co za bzdury! – Cassin był autentycznie zły. – Nie trzeba być pracownikiem fizycznym, żeby być komunistą. Marks był burżujem? Albo Lenin?

– Niech się pan tak nie gorączkuje – Cassin bawił mnie. – Mówi pan o Leninie. Niech pan sobie przypomni jego taktykę. A czy geniusz Stalina w czasie wojny nie polegał na odwołaniu się nie tylko do patriotyzmu, ale nawet do prawosławia?

– Powtarza pan burżuazyjną propagandę. Te wszystkie… nieistniejące wydarzenia… Nic takiego nie było! Opisaliśmy to w „l’Humanité”…

– Dobrze, nie mam zamiaru spierać się o fakty, ale rewolucyjna taktyka Lenina, tego pan chyba nie zaneguje. Powinien więc pan zrozumieć, gdzie nasze drogi się łączą. A kiedy zabiegam o to, aby Francja stała się ośrodkiem trzeciej siły w Europie, to przecież osłabiam anglosaskie imperium. W Moskwie na pewno to rozumieją.

Cassin zaciskał zęby, ale nagle się roześmiał.

– Naturalnie, chwytam. Tak, wspólna walka. Front Ludowy. Niemniej pan powinien zrozumieć, co się z panem stanie po rewolucji.

Niespodziewanie, bezwiednie, dosięgnął mnie. Jego słowa wywołały wspomnienia sprzed trzydziestu lat. Chłód mokrych murów. Uderzenia w twarz, oszołomienie i wszechogarniający strach, pierwotna bojaźń, która wypiera myślenie i przeobraża człowieka w zwierzęcy skurcz. Powróciło nagle, zapomniane zdawało się, uczucie nienawiści, którą przez moment poczułem, patrząc na Cassina. Nie wiedząc o tym, ten dogmatyczny dureń trafił mnie. Raz jeszcze okazało się, że mimo wszystkich złudzeń stare urazy nie zabliźniły się definitywnie. Był to jednak tylko przebłysk. Uspokoiłem się.

– I z panem może być różnie. Czy mam przypominać historię bolszewickiej partii? Choć chętnie się zgodzę, że pański indywidualny los w kontekście historii nie ma znaczenia. Niezależnie od tego powinniśmy zrozumieć, że dziś warto odnaleźć wspólne cele. Może na dłużej, niż się panu zdaje.

W La Coupole jednak Cassin zbliżał się z entuzjazmem, którym emanowało całe jego obfite ciało.

– Ach, mój towarzysz drogi! – ujął mnie za ramię. – Cieszę się, że pana widzę, mój polemisto – sarkazm w jego głosie dźwięczał tym razem dobrodusznie. – Koniecznie chciałem poznać pana z moim sowieckim przyjacielem. – Wyrósł przed nami niewysoki człowiek o płaskiej twarzy i wystających kościach policzkowych. Jedną ręką ściskał mi dłoń, drugą łapał za ramię i wpatrywał się w oczy. – Oto Siergiej Kuzmin, radca sowieckiej ambasady do spraw kultury, a to…

– Nie musi pan kończyć – przerwał Kuzmin z szerokim uśmiechem – czy mógłbym na poważnie zajmować się współczesną kulturą francuską i nie wiedzieć, kim jest Lew Aleksandrowicz? Najwybitniejszy znawca Hegla i rzecznik łacińskiego imperium, wychowawca paryskiej, a więc i europejskiej elity, mam kontynuować?

– Nie musi pan – przerwałem rozbawiony tę grandilokwencją, patrząc na wizytówkę, którą przed chwilą wcisnął mi Kuzmin. – Jako zawodowy dyplomata doktorat zrobił pan pewnie ze stosunków międzynarodowych?

– Cóż za cienka, ale nie mniej dojmująca ironia. Nie od zawsze jestem dyplomatą, jeśli jestem nim w ogóle. A doktorat zrobiłem z filozofii, z Hegla. Wiem, że nie przywiązuje pan wagi do tytułów. A do naszych… Rozumiem pana. Trzydzieści lat to mało czasu, chociaż… Mój doktorat z Hegla przy panu to groteska. Nie chcę gorszyć naszego przyjaciela – uśmiechnął się w kierunku Cassina, który patrzył na niego ze zdumieniem. Przypomniałem sobie, że czujność jest ich warunkiem przetrwania. – Oczywiście, wszystko u nas jest doskonałe, ale mogłoby być jeszcze bardziej. Czyż nie tak? Przecież poprzez przeszkody, zmierzamy do komunizmu. – Publicysta „l’Humanité” nie odpowiedział. – Dlatego tym bardziej chciałbym poznać tego – Kuzmin znowu zwracał się do mnie – który poprzednika naszego mistrza nie tylko rozumie, ale proszę nie protestować, który jest jego… nie, powiem to inaczej, żeby nie musiał pan się obruszać. Gdyby Hegel żył w naszych czasach, rozpoznałby w panu co najmniej bratnią duszę. Pan jest jednym z powodów, dla którego wybrałem Francję. Oczywiście, są i inne. Paryż wart jest niejednej mszy. Tyle atrakcji, ale kto wie lepiej, że rozmowa, którą może pan oferować, to więcej niż przeczytanie nawet najlepszej, kolejnej rozprawy. Kiedy się poznamy, a wierzę, że dostanę taką szansę, udowodnię, że mówię szczerze.

Mówił dalej, ale prawie nie słuchałem. Doczekałem się. Mimo coraz wyraźniejszych, przekładających się na nadzieję rachub, które dopominały się o działanie i prowokowały niepokój, powstrzymywałem się przed choćby aluzją wobec kogoś z licznych znajomych, pozostających w kontakcie z ambasadą sowiecką, takich jak Cassin, a nawet Ponty-Alain czy Lecombes, chociaż umiałbym zrobić to zupełnie niewinnie, tak że nastawieni na tego typu propozycje schwyciliby ją w lot, a jednocześnie nie potrafiliby wskazać z mojej strony nawet cienia konkretu, mimo to nie pozwoliłem sobie nawet na najlżejszą sugestię, skutkującą informacją dla dyplomatów, która uruchomiłaby tak oczekiwany przeze mnie ciąg dalszy: odpowiedź, wstępne rozmowy i wreszcie przeskok na kolejne pola na szachownicy wielkiej polityki. Wiedziałem, że impuls musi wyjść z tamtej strony. Potrafiłem czekać, wstrzymać się od jakichkolwiek gestów, aby wreszcie, po ilu to, pięciu (?) latach historia objawiła się przede mną w śmiesznej osobie attaché kulturalnego ambasady. Bo wiedziałem, że to spotkanie to tylko początek znajomości i relacji, które mogą uczynić ze mnie pośrednika między tymi, tylko na pozór tak odmiennymi, światami. W spojrzeniu radcy widziałem tego świadomość i tylko Cassin, jak zawsze, pozostawał poza kręgiem zrozumienia.

Raz jeszcze odkrywałem, ile warta jest cierpliwość, nad którą pracowałem latami, zmagając się z wyobraźnią i prowokowaną przez nią gorączką. Nauczyłem się wystrzegać pokus i trzymać na wodzy zapał, a zasadzie tej sprzeniewierzyłem się tylko raz, który okazał się najważniejszy. Mój błąd był nie do naprawienia.

Parę miesięcy po wojnie Paryż roił się, a ludzie spazmatycznie, jak to po wielkim kataklizmie, usiłowali wrócić do normalnego życia. Słońce świeciło jakby obudziło się na nowo, nowe były nadzieje, którym dawano wyraz w żarliwych rozmowach, nowe znajomości oraz obietnice na ulicach i w kawiarniach. Wojna wydawała się zasadniczym przełomem, choć była tylko ostatnim, nie tak już ważnym paroksyzmem umierającego świata. Hitler raz jeszcze sięgnął do rezerwuaru narodu, aby w oparciu o tę minioną potęgę zdominować Europę. I chociaż odwołał się do największej na naszym kontynencie i obdarzonej imponującym wigorem nacji, przegrał z kretesem w starciu z siłami imperiów rosyjskiego i anglosaskiego.

Odwiedzili mnie dwaj uczniowie z lat trzydziestych: Antoine Hugelin i Jacques Boulan. Dorobili się znaczących pozycji przy de Gaulle’u. Hugelin przedostał się do Anglii, gdzie funkcjonował w otoczeniu generała, a Boulan działał w ruchu oporu, awansował nawet do szczebli oficerskich, przyszedł do mnie jeszcze w mundurze majora. Był pod wrażeniem doświadczeń z Niemiec, gdzie oglądał jeden z obozów koncentracyjnych. Egzaltował się okropieństwami, jakich tam dokonywano, chyba chodziło o Dachau. Z detalami opisywał komory gazowe. Trochę nudził. Historia to rzeźnia, wojna ją kondensuje, a jej totalna, przemysłowa wersja jest szczególnie paskudna. No, ale powtarzanie tego do niczego nie prowadzi, a z mnożenia strasznych detali nie rodzi się rozumienie. Grzecznie imitując zainteresowanie, przestałem słuchać wyliczania kolejnych okropieństw.

Przyszli, jak