Wydawca: Wydawnictwo Literackie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1687 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Łaskawe - Jonathan Littell

Łaskawe to fikcyjne wspomnienia byłego oficera SS, Maximiliana Aue, doktora prawa konstytucyjnego, miłośnika muzyki, literatury i filozofii, a jednocześnie nazistowskiego zbrodniarza, któremu po wojnie udało się uniknąć kary i znaleźć bezpieczny azyl za biurkiem dyrektora fabryki koronek na północy Francji. Szokujący autoportret nazisty-estety, który patrząc na pogromy ludności żydowskiej myśli o Platonie i bardziej niż Rosenberga czy Hansa Franka woli cytować Tertuliana.

Powieść Jonathana Littella ukazuje kulisy Zagłady i rolę, jaką w jej przygotowaniu odegrali technokraci i eksperci: prawnicy, ekonomiści i świetnie wykwalifikowana kadra administracyjna. To znakomicie udokumentowana powieść historyczna, a zarazem uniwersalna przypowieść o spotkaniu Człowieka ze Złem. Wielowątkowa epopeja zbudowana na wzór suity Johanna Sebastiana Bacha i nasycona pięknie aluzjami do greckiej tragedii o matkobójcy Orestesie oraz ścigających go Eryniach, które w finale dramatu przemieniają się w Boginie Łaskawe... "Łaskawe wpadły na mój trop" – to ostatnie zdanie zapisane przez Maxa Aue.

Łaskawe to najgłośniejsza i najbardziej kontrowersyjna książka ostatnich lat. Światowy megabestseller – do tej pory sprzedano już ponad milion egzemplarzy powieści.

Jonathan Littell – amerykański pisarz urodzony w 1967 roku w Nowym Jorku. Łaskawe to jego „pierwsze dzieło literackie”. Powieść – napisana w języku francuskim i wydana we Francji w sierpniu 2006 roku – została wyróżniona Nagrodą Goncourtów oraz Grand Prix du Roman przyznawaną przez Francuską Akademię.

Opinie o ebooku Łaskawe - Jonathan Littell

Fragment ebooka Łaskawe - Jonathan Littell

Wydawnictwo Literackie
Kraków 2013
Tytuł oryginału: LES BIENVEILLANTES
Redaktor prowadzący: JOLANTA KORKUĆ
Opracowanie słowniczka i tabeli: ZDZISŁAW ZBLEWSKI
Redaktor: MAGDALENA PLUTA
Korekta: PAWEŁ CIEMNIEWSKI, EWA KOCHANOWICZ, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, MAŁGORZATA WÓJCIK
Projekt okładki: FABRIZIO FARINA/Giulio Einaudi editore.
Opracowanie: CLARA GORIA
Na okładce: Lucio Fontana, Concetto spaziale, Attese (65 T 21), farba wodna na płótnie, 1965. Rzym, kolekcja T.F. (© Fondazione Lucio Fontana, Milano/SIAE 2008).
Typografia wersji polskiej: MAREK PAWŁOWSKI
Skład i łamanie: Infomarket
Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT
© Jonathan Littell, 2006 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008 © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie
ISBN 978-83-08-05095-8
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 430 00 96 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.
Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.

Umarłym

TOCCATA

Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było. Nie jestem twoim bratem, powie mi na to któryś z was, i nie chcę o niczym wiedzieć. I będzie miał rację, bo to jest straszna historia, straszna, lecz budująca, prawdziwa baśń z morałem, możecie mi wierzyć. Pewnie wyda się wam przydługa, w końcu wydarzyło się naprawdę wiele, ale może akurat zbytnio się nie spieszycie, może, szczęśliwie, macie właśnie czas. Zresztą was też ona dotyczy, sami zobaczycie. Nie, nie chcę was do niczego przekonywać, ostatecznie wasze poglądy to wasza rzecz. Bo jeśli po tylu latach w ogóle zdecydowałem się pisać, to po to, by zrobić z tym porządek dla siebie samego, nie dla was. Latami pełzam tuż przy ziemi jak gąsienica, czekam, aż pojawi się ten wspaniały i delikatny motyl, którego noszę w sobie. Czas upływa, ja się nie przepoczwarzam, pozostaję larwą – przygnębiająca konstatacja, i cóż z tym mogę zrobić? Samobójstwo, rzecz jasna, jest pewną możliwością. Ale, prawdę mówiąc, samobójstwo niezbyt mnie pociąga. Oczywiście, długo o tym rozmyślałem i gdybym się jednak zdecydował, zrobiłbym tak: położyłbym sobie granat na sercu i odszedł w jaskrawym wybuchu radości. Mały, kulisty granat; wyjąłbym delikatnie zawleczkę, a potem puścił łyżkę, uśmiechając się do metalicznego szczęku sprężyny, który byłby zapewne ostatnim usłyszanym przeze mnie dźwiękiem, nie licząc rezonujących w uszach uderzeń mojego serca. A potem nareszcie szczęście, a już na pewno spokój... i ściany biura przyozdobione strzępami mojego ciała. Tym niech się martwią sprzątaczki, w końcu po to tu są, trudno, taki ich los. Lecz, jak mówiłem, nie pociąga mnie samobójstwo. Sam zresztą nie wiem dlaczego, być może, kierowany jakąś starą filozoficzną moralnością, wmawiam sobie, że w końcu nie jesteśmy tutaj dla zabawy. No to w takim razie po co?

Nic nie przychodzi mi do głowy. Może żyjemy po to, by zabijać czas, zanim on nas zabije? W takim wypadku pisanie w wolnych chwilach jest zajęciem równie dobrym jak każde inne. Nie żebym tych wolnych chwil miał jakoś przesadnie dużo, jestem człowiekiem zajętym. Posiadam, jak to mówią, rodzinę i pracę, czyli zobowiązania – to wszystko zajmuje mi sporo czasu, niewiele go zostaje na spisywanie wspomnień. Tym bardziej, że mam tych wspomnień, rzekłbym, bez liku. Istna ze mnie fabryka wspomnień. Mógłbym spędzić życie na wytwarzaniu wspomnień, chociaż teraz płacą mi raczej za wytwarzanie koronek. Właściwie równie dobrze mógłbym nie pisać. W końcu to nie żaden obowiązek. Od czasów wojny zachowuję dyskrecję: dzięki Bogu nigdy nie czułem potrzeby pisania pamiętników, jak niektórzy moi dawni koledzy, ani po to, by się usprawiedliwiać, bo nie muszę się z niczego tłumaczyć, ani też dla pieniędzy, bo i tak zarabiam dość dobrze. Kiedyś – byłem akurat w Niemczech, w podróży służbowej – rozmawiałem z dyrektorem dużej firmy bieliźniarskiej, któremu chciałem zaoferować koronki. Zostałem mu polecony przez dawnych przyjaciół; bez zbędnych pytań obaj wiedzieliśmy więc, czego się trzymać we wzajemnych relacjach. Zakończywszy rozmowę, która miała zresztą pozytywny przebieg, dyrektor wstał, sięgnął do biblioteczki i dał mi książkę. Były to pośmiertnie wydane wspomnienia Hansa Franka, generalnego gubernatora w Polsce. Nosiły tytuł W obliczu szubienicy. „Dostałem list od wdowy, wyjaśnił mój rozmówca. Własnym sumptem wydała rękopis, który Frank zredagował już po procesie, i teraz sprzedaje książkę, żeby utrzymać dzieci. Wyobraża pan sobie, do czego to doszło? Wdowa po generalnym gubernatorze. Zamówiłem u niej dwadzieścia egzemplarzy, na prezenty. Zaproponowałem też wszystkim moim kierownikom działów, żeby kupili po jednym. Przysłała mi wzruszający list z podziękowaniami. Znał go pan?” Zapewniłem, że nie, ale książkę przeczytam z zainteresowaniem. Tak naprawdę spotkałem go kiedyś w przelocie, opowiem wam później, jeżeli tylko wystarczy mi odwagi albo cierpliwości. Wtedy jednak mówienie o tym nie miało żadnego sensu. Książka, nawiasem mówiąc, była bardzo niedobra, bezładna, utrzymana w płaczliwym tonie, pełna kuriozalnej religijnej hipokryzji. Moje zapiski, być może, też będą bezładne i słabe, ale postaram się, żeby pozostały zrozumiałe, a niezależnie od wszystkiego mogę was zapewnić, że do samego końca będą wolne od wszelkiej skruchy. Nie żałuję niczego: taką miałem pracę i już. Co do moich rodzinnych historii, które też może tutaj przytoczę, to są one wyłącznie moją sprawą, a jeśli chodzi o całą resztę, pod sam koniec bez wątpienia przekroczyłem pewne granice, ale wtedy nie byłem już sobą, wszystko mi się mieszało, zresztą świat wokół walił się w gruzy, nie ja jeden traciłem zmysły, przyznajcie sami. Nie piszę również z myślą o przyszłej wdowie i utrzymaniu dzieci – jestem w stanie zaspokoić ich potrzeby. Jeżeli w ogóle zdecydowałem się pisać, to raczej dla zabicia czasu, a także, kto wie?, po to, by rzucić światło na jedną lub dwie sprawy, niejasne dla was, a być może i dla mnie samego. Poza tym myślę, że dobrze mi to zrobi. To prawda, nastrój mam raczej podły. Pewnie z powodu zatwardzenia. Przygnębiający i bolesny problem, nawiasem mówiąc, dla mnie zupełna nowość, bo kiedyś było całkiem odwrotnie. Przez długie lata musiałem chodzić do toalety trzy, cztery razy dziennie – teraz byłbym szczęśliwy, gdybym mógł to robić choćby raz w tygodniu. Jestem skazany na lewatywy, procedurę skrajnie nieprzyjemną, ale za to skuteczną. Wybaczcie, że zdradzam tak przykre szczegóły: mogę się chyba trochę pożalić. Zresztą, jeżeli to was szokuje, radzę nie czytać dalej. Nie jestem Hansem Frankiem, nie bawię się w ceregiele. Chcę być precyzyjny w miarę własnych możliwości. Pomimo dziwactw, a miałem ich naprawdę wiele, nadal należę do osób, które twierdzą, że tak właściwie to człowiek potrzebuje do życia tylko powietrza, jedzenia, picia i wydalania, no i poszukiwania prawdy. Cała reszta jest nadobowiązkowa.

Jakiś czas temu żona przyniosła do domu czarnego kota – może chciała sprawić mi przyjemność. Oczywiście, nie spytała mnie wcześniej o zdanie. Przeczuwała chyba, że z miejsca bym się nie zgodził, fakt dokonany dawał większą pewność. Gdyby musiała go oddać, wnuki zaczęłyby zaraz płakać i tak dalej. Ale ten kot naprawdę był bardzo niesympatyczny. Gdy próbowałem go pogłaskać, żeby okazać swoją dobrą wolę, uciekał, siadał na parapecie i wlepiał we mnie żółte ślepia. Drapał mnie, gdy chciałem wziąć go na ręce. Za to w nocy, zwinięty w kłębek, zalegał mi na piersi jak dławiąca masa, a ja śniłem, że umieram, że się duszę, przysypany stosem kamieni. Z moimi wspomnieniami było podobnie. Za pierwszym razem, gdy postanowiłem je spisać, wziąłem urlop. I to był chyba błąd. Wszystko zdawało się układać jak trzeba: kupiłem i przeczytałem sporo książek na interesujący mnie temat, aby odświeżyć pamięć, rozpisałem organigramy, ustaliłem szczegółową chronologię i tym podobne sprawy. Ale na urlopie nagle zacząłem mieć czas i dopadło mnie myślenie. W dodatku była jesień, brudny, szary deszcz ogołacał drzewa, powoli pogrążałem się w obawach. Uświadomiłem sobie, że myślenie nie jest niczym dobrym.

Mogłem się tego spodziewać. W opinii kolegów z pracy jestem człowiekiem spokojnym, zrównoważonym i rozsądnym. Tak, jestem spokojny, ale bardzo często, w ciągu dnia, moja głowa nagle zaczyna głucho huczeć, niczym piec krematoryjny. Rozmawiam, dyskutuję, podejmuję decyzje jak każdy, ale gdzieś przy barze, nad szklanką fine, zaczynam wyobrażać sobie człowieka, który wchodzi z karabinem i otwiera ogień; w kinie albo w teatrze widzę, jak odbezpieczony granat toczy się pod rzędami foteli; na placu publicznym, w świąteczny dzień, obserwuję eksplozję pojazdu wypełnionego amunicją, spokojne popołudnie zmienia się w jatkę, krew płynie po bruku, strzępy ciał kleją się do murów albo wylatują w powietrze i wpadają przez okna do talerzy z niedzielną zupą, słyszę krzyki, jęki ludzi, których wyszarpane przez wybuch kończyny są jak odnóża owadów wyrwane przez ciekawskiego chłopaka, i słyszę tępe milczenie ocalałych, tę dziwną, wwiercającą się w uszy ciszę, zapowiedź długotrwałego strachu. Spokojny? Tak, zachowuję spokój, cokolwiek się zdarzy, nie pokazuję po sobie niczego, jestem milczący, niewzruszony jak nieme fasady miast dotkniętych klęską, jak staruszkowie na ławce w parku, przykuci do swych lasek i orderów, jak twarze nigdy nie odnalezionych topielców, tuż pod powierzchnią wody. Nie byłbym zdolny przerwać tego porażającego spokoju, nawet gdybym chciał. Nie jestem z tych, co awanturują się z byle powodu. A jednak to ciąży także i mnie. Obrazy, które opisałem, wcale nie są w tym wszystkim najgorsze; takie wizje nawiedzały mnie już dawno, chyba jeszcze w dzieciństwie, w każdym razie dużo wcześniej, zanim sam znalazłem się w centrum kaźni. W tym sensie wojna była tylko ich urzeczywistnieniem, a ja przyzwyczaiłem się do owych krótkich scenariuszy, sądzę, że trafnie komentują marność tego świata. Natomiast tym, co okazało się trudne i ciężkie, było zajmowanie się wyłącznie myśleniem. Zastanówcie się: o czym wy myślicie w ciągu dnia? O niewielu sprawach tak naprawdę. Stworzenie racjonalnej klasyfikacji waszych codziennych myśli byłoby łatwym zadaniem: myśli praktyczne lub mechaniczne, planowanie działań i czasu (przykład: wstawić wodę na kawę przed umyciem zębów, ale grzanki przyrządzić potem, bo będą gotowe szybciej), problemy w pracy, trudności finansowe, kłopoty domowe, fantazje seksualne. Oszczędzę wam szczegółów. Przy kolacji człowiek patrzy na starzejącą się twarz żony, która, to fakt, podnieca go o wiele mniej niż kochanka, ale pod każdym innym względem jest w porządku – cóż, takie jest życie – i zagaja na temat ostatniego kryzysu w rządzie. Akurat kryzys w rządzie obchodzi go tyle co nic, ale o czym tu rozmawiać? Pominąwszy myśli tego typu, zostaje niewiele, chyba każdy się ze mną zgodzi. Przytrafiają się, rzecz jasna, także inne chwile. Nieoczekiwanie pomiędzy dwie reklamy proszku do prania wciska się jakieś przedwojenne tango, powiedzmy Violetta, i oto powraca nocny plusk rzeki, lampiony tancbudy, lekka woń potu na skórze uszczęśliwionej kobiety; gdzieś, w bramie parku, uśmiechnięta twarz dziecka przywodzi komuś na myśl uśmiech syna z czasu, gdy stawiał pierwsze kroki; albo, na ulicy, promień słońca przebija się przez chmury i oświetla duże liście i białawy pień platanu. I nagle – wspomnienie własnego dzieciństwa, szkolne podwórko, zabawa w wojnę przy akompaniamencie okrzyków przerażenia i radości. Miewacie ludzkie myśli. Lecz to są rzadkie chwile.

Jeżeli człowiek zaniecha pracy, zwykłych czynności, codziennej bieganiny, żeby poważnie poświęcić się jednej tylko myśli, dzieje się coś odwrotnego. Wkrótce wszystko powraca, brudną i ciemną falą. Nocami sny burzą się, rozciągają, mnożą, a w głowie, po przebudzeniu, zostaje cierpki i wilgotny osad, który rozpuszcza się jeszcze długo potem. Zrozumcie: nie o poczucie winy, nie o wyrzuty sumienia tu chodzi. One zapewne istnieją, nie będę zaprzeczał, ale myślę, że to jest bardziej złożone. Nawet ktoś, kto nie był na wojnie i nie musiał zabijać, będzie doświadczał tego, o czym tutaj mówię. Powracają złośliwostki, tchórzostwo i fałsz, nieprzyjemności, które dotykają wszystkich. Nic dziwnego, że człowiek wynalazł pracę, alkohol, rozmowy o niczym. Nie dziwi ogromny sukces telewizji. Krótko mówiąc, szybko dałem sobie spokój z tym nieszczęsnym urlopem, tak było lepiej. Miałem wystarczająco dużo czasu na pisaninę, w porze obiadu albo wieczorem, po wyjściu sekretarek.

Chwila przerwy na wymioty i jestem z powrotem. To kolejna z moich małych przypadłości: zdarza mi się zwracać posiłki, czasem natychmiast, czasem trochę później, bez powodu, ot tak. Stary problem, mam to od wojny, zaczęło się jakoś jesienią, dokładnie w czterdziestym pierwszym, na Ukrainie, chyba w Kijowie, chociaż może i w Żytomierzu. O tym też na pewno opowiem. Tak czy inaczej przywykłem przez te wszystkie lata; myję zęby, łykam kieliszek alkoholu i podejmuję przerwaną czynność. Wróćmy do moich wspomnień. Kupiłem kilka szkolnych zeszytów, duży format, mała kratka – trzymam je w biurku, w szufladzie zamykanej na klucz. Wcześniej sporządzałem ołówkiem notatki na fiszkach z brystolu, także w małą kratkę, ale teraz postanowiłem przepisać to wszystko za jednym zamachem. Po co to robię, nie wiem. Bo przecież nie dla potomności. Gdybym zmarł nagle, dajmy na to, na atak serca albo zator w mózgu, i gdyby moje sekretarki wzięły klucz i otworzyły tę szufladę, doznałyby, biedaczki, ciężkiego szoku, moja żona zresztą też: same fiszki wystarczyłyby aż nadto. Musiałyby to wszystko spalić, żeby uniknąć skandalu. Mnie tam obojętne, i tak bym już nie żył. Koniec końców, to nie dla was piszę, chociaż do was się zwracam.

Mój gabinet jest dobrym miejscem do pisania, duży, skromny, spokojny. Białe ściany, prawie bez dekoracji, gablota na próbki, a w głębi wielkie okno, przez które z góry widać całą produkcję. Pomimo podwójnego oszklenia dociera tu do mnie bezustanny stukot koronkarek Leaversa. Gdy chcę trochę pomyśleć, wstaję od biurka i podchodzę do szyby, patrzę na rzędy krosien u mych stóp, na pewne i precyzyjne ruchy tkaczy. Daję się ukołysać. Czasem idę powłóczyć się między maszynami. Sala jest ciemna, zabrudzone okienka pomalowano na niebiesko, bo koronka jest delikatna, nie znosi światła dziennego, i ten niebieski półmrok koi mój umysł. Lubię zapomnieć się przez chwilę w monotonnym, rytmicznym biciu, które dominuje nad przestrzenią, w tych metalicznych uderzeniach na dwa, tak natarczywych. Krosna zawsze robią na mnie duże wrażenie. Są żeliwne, pomalowane na zielono, a każde waży dziesięć ton. Niektóre są bardzo stare, nie produkuje się ich już od dawna, części zamienne każę robić na zamówienie; po wojnie elektryczność zastąpiła napęd parowy, ale mechanizmy pozostały nietknięte. Nie podchodzę zbyt blisko, nie chcę się pobrudzić: wszystkie ruchome części muszą być stale smarowane, ale olej, naturalnie, zrujnowałby koronkę, dlatego używamy grafitu, sproszkowanego ołowiu, którym tkacz bez przerwy przesypuje elementy w ruchu, potrząsając pończochą niczym kadzielnicą. Koronka wysuwa się z krosien uczerniona, pył pokrywa ściany, sufit, maszyny i ludzi, którzy ich doglądają. Chociaż rzadko dotykam tych wielkich maszyn, znam się na nich bardzo dobrze. Pierwsze angielskie krosna tiulowe, zazdrośnie strzeżony sekret, zostały przemycone do Francji zaraz po wojnach napoleońskich przez robotników, którym udało się uniknąć opłat celnych. Mieszkaniec Lyonu, Jacquard, przystosował je do produkcji koronek, wprowadzając perforowane karty, od których zależy wzór. Nawoje na dole podają osnowę, w samym sercu krosna, na czółenku sankowym, ciśnie się pięć tysięcy cewek – to jest dusza. Dalej catch-bar przytrzymuje i wprawia w ruch owo czółenko, przy akompaniamencie głośnych, hipnotycznych uderzeń, w przód i w tył. Nici, podnoszone z boków przez utwierdzone w ołowiu miedziane combs (grzebienie), tworzą sploty według złożonej choreografii, zakodowanej na z górą pięciuset kartach Jacquarda; gęsia szyjka odciąga grzebienie, wreszcie wysuwa się koronka, pajęcza, intrygująca pod warstewką grafitu, i powoli nawija się na tamborek, zamocowany na szczycie krosien.

W fabryce panuje ścisła segregacja płciowa: mężczyźni tworzą wzory, perforują karty, nawijają osnowę, doglądają krosien i zarządzają innymi mężczyznami, którzy je obsługują; ich żony i córki ciągle jeszcze pilnują nawojów, są praczkami koronek, cerowaczkami, wyciągaczkami niepotrzebnych nitek i składaczkami. To bardzo silne tradycje. Koronkarze stanowią tutaj swoistą arystokrację wśród proletariatu. Nauka zawodu jest długa, praca misterna; w ubiegłym wieku koronkarze z Calais przyjeżdżali do fabryki powozami, w cylindrach na głowach i byli na „ty” z właścicielem. Czasy się zmieniły. Wojna zrujnowała ten przemysł, bo czymże było kilka maszyn, pracujących wtedy na potrzeby Niemiec? Trzeba było wszystko zaczynać od zera. Dziś na Północy działa zaledwie kilka setek krosien, przed wojną były ich cztery tysiące. Nie zmienia to faktu, że gdy przyszło ożywienie gospodarcze, koronkarze kupili sobie samochody wcześniej niż wielu burżujów. Ale moi robotnicy nie są ze mną na „ty”. Nie sądzę, by mnie lubili. Nie szkodzi, nie wymagam tego od nich. Poza tym sam też ich nie lubię. Pracujemy razem i tyle. Jeśli pracownik jest sumienny i zaangażowany, a koronka, którą tka na swoim krośnie, wymaga niewielu napraw, to na koniec roku przyznaję mu premię; robotnika, który spóźnia się do pracy albo przychodzi pijany, po prostu karzę. W ten sposób się dogadujemy.

Zastanawiacie się być może, jak trafiłem ostatecznie do koronczarstwa. Handel nie był raczej moim przeznaczeniem. Studiowałem prawo i ekonomię polityczną, zrobiłem doktorat, w Niemczech litery Dr. jur. są integralną i legalną częścią mojego nazwiska. Prawda jest niestety taka, że pewne okoliczności trochę przeszkodziły mi w wykorzystywaniu dyplomu po roku 1945. Jeżeli już wszystko chcecie wiedzieć, to prawo też nie było moim przeznaczeniem: jako młodzieniec gorąco pragnąłem studiować literaturę i filozofię. Ale przeszkodzono mi w tym; kolejny smutny epizod mojej rodzinnej opowieści, być może do niego wrócę. Muszę jednak przyznać, że w koronczarstwie prawo przydaje się bardziej niż literatura. Było mniej więcej tak: gdy nareszcie nadszedł kres tego wszystkiego, udało mi się dotrzeć do Francji, gdzie podałem się za Francuza, co nie było zbyt trudne, zważywszy na panujący wtedy chaos; wróciłem wśród deportowanych, nikt mnie o nic specjalnie nie pytał. Po francusku mówiłem perfekcyjnie, a to dlatego, że miałem matkę Francuzkę i w młodości dziesięć lat spędziłem we Francji. Skończyłem tu gimnazjum, liceum i classes préparatoires, zrobiłem nawet dwa lata studiów wyższych w École libre des sciences politiques, a ponieważ dorastałem na Południu, mogłem dodatkowo przesadnie podkreślać tamtejszy akcent, chociaż i tak nikt nie zwracał na to uwagi – tam był istny burdel; przywitano mnie w Orsay miską zupy i porcją wyzwisk, bo muszę powiedzieć, że nie usiłowałem podawać się za powracającego z deportacji, ale za byłego robotnika obozu pracy przymusowej, a gaulliści niezbyt ich lubili, więc trochę mnie połajali, podobnie jak innych mojego pokroju, po czym puścili – nie było dla nas miejsca w Lutetii, ale za to odzyskaliśmy wolność. Nie zostałem w Paryżu, znałem tu zbyt wielu ludzi, w dodatku nie tych, co trzeba, wyjechałem więc na prowincję, imałem się różnych zajęć, tu i tam. A potem wszystko się uspokoiło. Szybko zaprzestano egzekucji, nikt już nawet się nie fatygował, żeby wysyłać ludzi do więzień. Wtedy zacząłem szukać jednego z mych dawnych znajomych. Dobrze sobie poradził, bez żadnego uszczerbku przeszedł z jednej administracji do drugiej; jako człowiek zapobiegliwy bardzo dbał, aby nie afiszować się z usługami, które nam wyświadczał. Z początku nie chciał mnie przyjąć, ale gdy wreszcie dotarło do niego, kim jestem, zrozumiał, że właściwie nie ma wyboru. Nie powiem, że było to przyjemne spotkanie, obaj byliśmy wyraźnie zażenowani, skrępowani. Ale dobrze rozumiał, że zależy nam w zasadzie na tym samym: ja chciałem znaleźć pracę, on nie chciał stracić swojej. Miał kuzyna na Północy, byłego handlowca, który otwierał małą fabryczkę na trzy koronkarki Leaversa, odkupione od bankrutującej wdowy. To on mnie zatrudnił, musiałem jeździć i zabiegać o sprzedaż jego koronek. Nienawidziłem tej pracy. W końcu zdołałem go przekonać, że byłbym bardziej przydatny w pracach organizacyjnych. Rzeczywiście, miałem na tym polu znaczne doświadczenie, chociaż raczej nie mogłem się na nie powoływać, podobnie jak na doktorat. Fabryka zaczęła się rozrastać, głównie od lat pięćdziesiątych, kiedy nawiązałem kontakty z Republiką Federalną i zdołałem otworzyć dla nas rynek niemiecki. Mogłem wtedy bez przeszkód wrócić do kraju, wielu moich dawnych kolegów wiodło tam spokojne życie, niektórzy wprawdzie odbyli jakąś krótką karę, ale pozostałych nikt się nie czepiał. Z moim wykształceniem mógłbym odzyskać nazwisko, tytuł, mógłbym się domagać renty kombatanckiej i grupy inwalidzkiej, nikt by się niczego nie dopatrzył. Szybko znalazłbym pracę. Ale, myślałem, co mi to da? Prawo było dla mnie równie słabą motywacją jak handel, a ja właśnie zacząłem przekonywać się do koronek, zachwycającego i harmonijnego ludzkiego dzieła. Gdy zakupiliśmy wystarczającą liczbę krosien, mój szef postanowił otworzyć drugą fabrykę i powierzył mi jej dyrekcję. Na tym stanowisku pozostaję do dziś, w oczekiwaniu na emeryturę. Przez ten czas zdążyłem się ożenić – przyznaję, zrobiłem to z niejaką odrazą, ale tu, na Północy, było to raczej konieczne, taki, powiedzmy, sposób na zabezpieczenie majątku. Wybrałem sobie żonę z dobrej rodziny, nawet ładną, taką jak trzeba, i zaraz zmajstrowałem jej dziecko, żeby miała zajęcie. Niestety, urodziła bliźniaki – obciążenie rodzinne, i to z mojej strony – a mnie akurat zdecydowanie wystarczyłby jeden bachor. Szef przyznał mi pożyczkę, kupiłem wygodny dom blisko morza. I w ten oto sposób wsiąkłem w burżuazję. Zresztą tak było dla mnie najlepiej. Po tym wszystkim, co przeszedłem, potrzebowałem tylko spokoju i regularnego trybu życia. Moim młodzieńczym marzeniom życie pogruchotało gnaty, a lęków pozbywałem się stopniowo, włócząc się od krańca do krańca niemieckiej Europy. Wojna poczyniła we mnie wielkie spustoszenia – już tylko gorycz i długotrwały wstyd zgrzytały we mnie jak piasek między zębami. Dlatego tak odpowiadało mi życie według wszelkich społecznych konwencji: wygodne alibi, o którym jednakże często myślałem z ironią, a czasem i z nienawiścią. W tym rytmie życia mam nadzieję dostąpić kiedyś stanu łaski jak Hieronim Nadal i nie być skłonnym ku niczemu, chyba że ku temu, by nie być ku niczemu skłonnym. No proszę, znów wpadam w książkowy ton; to jedna z moich wad. Niestety, ze szkodą dla świętości, nie uwolniłem się całkiem od swoich potrzeb. Czasem jeszcze zdarza mi się uhonorować żonę, sumiennie, z niewielką przyjemnością, ale też bez większego obrzydzenia, po to tylko, by zapewnić sobie spokój w małżeństwie. Jednak, z rzadka, w podróżach służbowych zadaję sobie trud powrotu do dawnych zwyczajów – lecz i to właściwie tylko dla higieny. Te sprawy nie interesują mnie już tak bardzo. Ciało pięknego chłopca czy rzeźba Michała Anioła to jedno i to samo: już mi nie zapiera na ich widok tchu. To zupełnie jak po ciężkiej chorobie, kiedy pokarmy tracą smak: wołowina, kurczak, co za różnica? Jeść trzeba, i tyle. Prawdę mówiąc, niewiele rzeczy wzbudza jeszcze moje zainteresowanie. Może literatura, ale też nie jestem pewien, czy to po prostu nie przyzwyczajenie. Więc może właśnie po to spisuję te wspomnienia: żeby wzburzyć krew, sprawdzić, czy w ogóle jestem jeszcze zdolny cokolwiek poczuć, czy umiem jeszcze choć trochę cierpieć. Ciekawe ćwiczenie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki