Kurier z Toledo - Wojciech Dutka - ebook

84 osoby właśnie czytają

Opis

 

Najnowsza powieść autora bestsellera „Czerń i purpura”!

Szpiedzy, wielka historia, a zarazem uniwersalna opowieść o miłości, która nie miała prawa zaistnieć…

Warszawa, rok 1936. Młody dyplomata, hrabia Antoni Mokrzycki, wyjeżdża na zlecenie wywiadu do pogrążonej w kryzysie Hiszpanii. Mokrzycki zostawia w Polsce narzeczoną „z rozsądku” i kochankę, która jako jedyna zna jego sekret. Kiedy w czasie hiszpańskiej misji na drodze dyplomaty pojawia się Teo, młody anarchista, a zarazem uczeń szkoły korridy z Madrytu, ich wspólny los zostaje przypieczętowany. Mokrzycki stanie przed koniecznością postawienia wszystkiego na jedną kartę i zaryzykuje – swoją karierę, narzeczeństwo, a nawet życie.

Wojciech Dutka z pisarskim kunsztem wplata w los bohatera w dzieje jednej z najkrwawszych wojen domowych współczesnej Europy. Mokrzycki spotka wielkie postaci historycznych: Ernesta Hemingwaya, Federico Garcię Lorkę, Simone Weil, Pablo Nerudę oraz przerażającego generała Quiepo del Llano. Stanie też oko w oko z generałem Franco...

Kurier z Toledo” to doskonałe połączenie powieści historycznej z literaturą sensacyjno-szpiegowską!

Wojciech Dutka to urodzony w 1979 roku w Bielsku-Białej pisarz, nauczyciel i historyk. Człowiek spełniony. Uwielbia wędrówki po górach, dobry teatr, a także smak przygody i wytrawnego czerwonego wina. Jednak największą pasją jest pisanie. Czuje się dobrze zarówno w powieści historycznej, przygodowej, jak i sensacyjnej, ale z powodzeniem uprawia kolaż tych gatunków. Opublikował siedem powieści, z których najsłynniejsza jest „Czerń i purpura”, oparta na faktach historia miłości w obozie Auschwitz, która uzyskała pozycję bestsellera. „Kurier z Toledo” to pierwsza książka autora wydana nakładem Liry.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 350

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Wojciech Dutka, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © martacobos/AdobeStock.com

Zdjęcie Wojciecha Dutki: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Joanna Fortuna

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-70-9 (EPUB); 978-83-66229-71-6 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

PROLOG

Z DZIENNIKA ANTONIEGO MOKRZYCKIEGO, NOWY JORK, 28 KWIETNIA 1979 ROKU

W lipcu 1936 roku w Hiszpanii wybuchła wojna domowa – kiedy prawicowa część armii pod przywództwem generała Francisco Franco wypowiedziała republice hiszpańskiej walkę na śmierć i życie. Znalazłem się tam w owym czasie jako pracownik polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a w rzeczywistości jako agent polskiego wywiadu, słynnej Dwójki[1]. Widziałem chaos, śmierć i wzbierającą jak rzeka po burzy nienawiść, która podzieliła ten wspaniały kraj i ludzi. Brat występował przeciw bratu, przyjaciel przeciw przyjacielowi, a dzieci przeciw rodzicom. Poróżniali się sąsiedzi, znajomi ze studiów i kochankowie. Hiszpania płynęła krwią.

Teraz, kiedy sięgam pamięcią do tamtego lata, znów powracają wspomnienia. Przyblakłe obrazy nabierają barw, a emocje ponownie sprawiają cierpienie. Przeszłość, w której próbowałem zamknąć smak zakazanej miłości, znów dała o sobie znać. Pamiętam każdą chwilę, którą udało się nam spędzić razem w Hiszpanii późną wiosną i latem 1936 roku. Nigdy potem nie oddałem się nikomu z taką pasją życia jak wtedy. I wiem, że ten drugi człowiek kochał mnie najmniejszą swoją cząstką aż po śmierć. Teraz wiem, że te chwile były mi ofiarowane przez Boga jako esencja życia.

Jestem już stary i moje ciało zwiędło. Nikt na nie już nie patrzy. Nikt go nie pożąda. Żałuję wszystkich grzechów, które popełniłem w życiu, oprócz tego jednego. Pamiętam zapach jego włosów i skóry. To był mój piękny hiszpański grzech.

Wkrótce moje życie się skończy. Zanim dobry grabarz przykryje mi twarz piaskiem, chcę raz jeszcze przeżyć to wszystko. Choć na krótką chwilę raz jeszcze poczuć w pełni życie i miłość, bez której nic nie ma sensu. Dzięki niej nie żałuję ani jednej minuty, ani jednego pocałunku i ani jednej wspólnie spędzonej chwili.

CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ IDyplomata

WARSZAWA, WIOSNA 1936 ROKU

Przed gmach Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie zajechał samochód. Po chwili wysiadł z niego szofer i otworzył drzwi citroëna, z którego wysiadł elegancki mężczyzna w garniturze starannie dopasowanym do jego sylwetki.

– Nie czekaj na mnie – powiedział mężczyzna do szofera. – Po południu przejdę się na obiad do hrabiny Skirmuntowej.

Hrabia lubił od czasu do czasu przemieszczać się per pedes. Prośba nie zdziwiła szofera, który szybko odjechał zadowolony, że będzie miał wolne popołudnie.

Tymczasem hrabia Antoni Mokrzycki, lat dwadzieścia osiem, został wezwany przez ministra Józefa Becka do MSZ w trybie nagłym. Nie znał celu tak pilnego wezwania, ale skoro przełożony prosił go o stawienie się, musiał mieć ku temu powód. Od trzech lat w ministerstwie podobne nagłe narady były na porządku dziennym i koncentrowały się na dwóch kwestiach wymiennie: raz Hitler, innym razem Stalin, i tak w kółko. Póki żył Marszałek, można było pozwolić sobie na złudzenia. Jednak Piłsudski zmarł wiosną poprzedniego roku, a pułkownik Beck poczuł się wówczas bardzo samotny. Odtąd sam musiał podejmować decyzje, a do tego się nie nadawał. Jednak Antoni Mokrzycki nie dał po sobie poznać, co naprawdę myśli o swoim przełożonym. Dyplomata w każdym calu.

Wygładził garnitur. Kwiecień tego roku był ciepły. Wszedł do budynku, po czym podał umundurowanemu podoficerowi Wojska Polskiego (sanacja lubiła mundury) swoje dane. Sprawdzono jego tożsamość, a następnie jeden z wojskowych przekazał telefonicznie, że hrabia Mokrzycki we własnej osobie czeka na spotkanie z ministrem. Po chwili podoficer dał znać, że hrabia może iść na spotkanie.

– Znam drogę – rzekł na odchodne mężczyzna.

Antoni Mokrzycki, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, na którym studiował literaturę hiszpańską i historię, miał opinię specjalisty do spraw hiszpańskich i iberoamerykańskich. Rzeczpospolita, będąc krajem suwerennym i niepodległym, nawiązała kontakty dyplomatyczne z wieloma krajami świata. Hiszpania była jednak od Polski i jej spraw tak odległa, że Mokrzycki dziwił się bardzo, iż został wezwany do ministerstwa w trybie tak nagłym, jak gdyby co najmniej zajmował się kwestią niemiecką albo sowiecką.

Po kilku minutach zapowiedział się w sekretariacie ministra. Sekretarki były miłe, lecz obojętne. Jedna z nich zbliżyła się i powiedziała:

– Minister czeka na pana hrabiego.

Mokrzycki przestąpił próg i ujrzał łysiejącą głowę pułkownika Becka siedzącego za pięknym masywnym biurkiem w stylu Ludwika XVI. Na biurku znajdowało się sporo teczek, papierzysk, małe marmurowe popiersie marszałka Piłsudskiego i zdjęcie żony ministra. Po chwili Beck podniósł oczy i powiedział:

– Dobrze, że zjawił się pan tak szybko.

– Czy mógłbym zapytać o powód?

– Mógłby pan – rzekł Beck, podchodząc do niego i serdecznie ściskając Mokrzyckiemu dłoń. – Wezwałem pana, ponieważ otrzymałem bardzo niepokojący raport od księżnej Aristizábal. To dystyngowana, tradycyjna w każdym calu dama, która wykonuje zlecenia dla naszej Dwójki. Przed laty jej syn był ambasadorem w Polsce, miała więc okazję bywać u nas w Warszawie. Prowadzi dziś dwór w Grenadzie, gdzie spotyka się z wieloma ludźmi. Według niej wybuch wojny domowej jest już tylko kwestią czasu. Zawiązał się spisek wyższych dowódców wojska hiszpańskiego przeciw republikańskiemu lewicowemu rządowi. Proszę pomyśleć – ewentualny wybuch wojny w Hiszpanii otworzy naszym wrogom, Niemcom i Sowietom, pole manewru na skalę, jakiej jeszcze nie doświadczaliśmy!

– Czy to dla mnie zadanie? – zapytał Mokrzycki, przyznając w duchu, że Beck mówi do rzeczy.

– Nie inaczej. Muszę wysłać mojego najlepszego człowieka do spraw iberyjskich do Hiszpanii.

– Pochlebia mi pan minister.

– Pana zadaniem będzie dowiedzieć się na miejscu, jak bardzo Niemcy i Sowieci mogą się tam zaangażować. Oczywiście jeśli to pana interesuje – rzekł minister.

– Brzmi ekscytująco.

– Uda się pan do Hiszpanii, do naszej ambasady. Formalnie będzie pan mieć status chargé d’affaires, ale otrzyma daleko większe kompetencje. Będzie pan zbierał informacje wywiadowcze, szczególnie ma pan uważać na Niemców i Sowietów, gdyby pojawili się w Hiszpanii w związku z kryzysem politycznym w tym kraju.

– Czy sytuacja jest tak poważna? – zapytał Mokrzycki.

– Niestety tak – odparł Beck. – Tak źle nie było od czasu wyjazdu króla z Hiszpanii. Księżna Aristizábal, którą pan pozna, pisze do mnie, że sytuacja gwałtownie zaostrzyła się w lutym bieżącego roku, kiedy lewica wygrała wybory. Front Ludowy ma większość w parlamencie i zaczyna powrót do wielu bolesnych reform. Płoną kościoły... Lewica uważa, że Kościół jest źródłem zacofania społecznego Hiszpanii. Proszę sobie wyobrazić coś takiego u nas!

– Niemożliwe. To przecież bolszewizm.

– Pan tego nie pamięta, ale kiedy bolszewicy szli na Warszawę w 1920 roku, zdarzały się różne rzeczy, w tym wieszanie proboszczów na drzewach. Księżna pisze, że prawica w Hiszpanii oraz armia coś przygotowują. Wiedzą o tym wszyscy, ale rząd uważa, że problemu nie ma, a prawica i katolicy są coraz bardziej przerażeni skalą zmian, jakie wprowadza lewicowy rząd. Pana zadaniem jest połapać się w tym wszystkim. Nie mamy zbyt wielu ważnych agentów w Hiszpanii, stanie się pan więc moimi uszami i oczyma, że się tak wyrażę – skwitował minister Beck.

– Kiedy mam ruszać?

– Jak najszybciej. Zakładam, że dwa tygodnie wystarczą panu, aby zamknąć bieżące sprawy w kraju.

– Właśnie się zaręczyłem.

– Ach, nie wiedziałem – rzekł Beck zaskoczony. – O niczym pan nie wspominał. Kim jest wybranka pańskiego serca?

– Monika Skirmuntówna – odparł dumnie młody człowiek.

– Rodzinę znam, litewska szlachta. Znakomita partia dla pana.

– Dziękuję, panie ministrze.

– Czy misja, którą panu powierzam, jest przeszkodą osobistą w obecnej sytuacji?

Mokrzycki odchrząknął, dobierając słowa, by nie powiedzieć czegoś niestosownego.

– Myślę, że nie – odrzekł po chwili namysłu. – Znamy się z narzeczoną i rozumiemy. Narzeczeństwo w naszym towarzystwie powinno trwać przynajmniej rok. Jej rodzice wymagają zachowania dobrego tonu we wszystkim. Moi również tego właśnie oczekiwaliby od dziedzica tytułu hrabiów Mokrzyckich, ale jak pan minister wie, od kilku lat jestem sam na tym świecie. Czy narzeczona będzie mogła do mnie przyjechać?

– Oczywiście. Wrzucimy to w koszty ministerstwa.

Mokrzycki uśmiechnął się zadowolony. Właśnie takiej odpowiedzi od Becka oczekiwał. Pożegnał się z ministrem. Ustalili, że szczegóły wyjazdu zostaną omówione z szefem protokołu i zarazem dyrektorem organizacyjnym ministerstwa, kapitanem Waredą. Mokrzycki miał dostać bilety na ekspres do Paryża, a stamtąd podróżować dalej do Hiszpanii.

*

Po spotkaniu z ministrem Mokrzycki udał się na piechotę do rodziców narzeczonej. To narzeczeństwo było do pewnego stopnia wymuszone sytuacją. Mokrzycki miał nazwisko i majątek nieobjęty hipoteką, czego nie można było powiedzieć o majątku Skirmuntów żyjących ponad stan. To prawda, że Skirmuntówna miała opinię dziewczyny raczej niedostępnej i wyniosłej. Studiowała malarstwo we Lwowie, stąd nieczęsto mogli spotykać się w Warszawie, gdzie na co dzień Mokrzycki pracował. Była od niego o pięć lat młodsza, ale uchodziło to za dobre rozwiązanie w ich towarzystwie. Poznali się na jednym z niekończących się przyjęć wyższych sfer sanacyjnej Polski, na których do dobrego tonu należało znać Eugeniusza Bodo lub chodzić na przedstawienia kabaretu Qui Pro Quo.

Idąc od Pałacu Brühla, siedziby MSZ, Mokrzycki miał zamiar skręcić w Krakowskie Przedmieście i przejść się słoneczną ulicą pełną ludzi na Stare Miasto, minąć kościół Świętej Anny i Zamek Królewski i dojść na ulicę Freta, gdzie Skirmuntowie posiadali eleganckie mieszkanie. Mokrzycki lubił gwar Warszawy i jej żywą różnorodność. Mijał przekupki, śpieszących się gdzieś studentów ubranych w mundury korporacyjne, inteligentów, robotników i starozakonnych rabinów trzymających się razem i spierających w języku jidysz o sprawy biblijne. Na Krakowskim Przedmieściu kupił w kiosku nowy numer „Skamandra”. Choć dla wielu w jego sferach to pismo uchodziło za „żydowskie” w negatywnym znaczeniu tego słowa, Mokrzycki kupował je zawsze, by podkreślić wśród znajomych, jak bardzo obcy jest mu antysemityzm, który zyskiwał w Polsce coraz większą popularność. Hrabia gardził chłopcami z Obozu Narodowo-Radykalnego, uważał ich za idiotów, a w żadnym razie za patriotów. Do sanacji miał stosunek pozytywny, ale niepozbawiony krytycyzmu. Wychował się w kulcie marszałka Piłsudskiego, Legionów Polskich i legendy Bitwy Warszawskiej, w czasie której jego świętej pamięci ojciec, hrabia Wojciech Maria Mokrzycki, został ranny. Kiedy go zabrakło, młody hrabia poczuł się nieco zdezorientowany w swoim osobistym stosunku do sanacji. Ojciec Antoniego był Piłsudskiemu oddany bezgranicznie.

Rodzice narzeczonej wybierali się właśnie na kabaret. Młodzi mieli zostać sami. Monika celowo dała służbie wolne. Jednym z przekleństw ich sfery było podglądactwo służby. Nie lubił tego – tych wszystkich ukradkiem rzucanych spojrzeń, pełnych niechęci lub udawanej życzliwości. Wiedząc o tym, Monika odprawiła służbę i czekała na niego przy pianinie. Znał jej upodobania na tyle, by odgadnąć, w jakim jest humorze, po muzyce, jaką grała. Kiedy była w romantycznym nastroju, zawsze wybierała Eine kleine Nachtmusik Mozarta lub sonaty Schuberta.

– Czy podobało ci się, kochanie, jak dla ciebie gram? – Monika zwróciła się do niego melancholijnym, słodkim głosem, kiedy zjawił się w mieszkaniu.

Mokrzycki lubił patrzeć, jak gra na pianinie, jak jej długie, piękne place suną po klawiszach. Ale nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy dziewczyna ma do tego talent. Gdy pojechali razem do Wiednia na koncert słynnych na cały świat filharmoników, by usłyszeć ich wykonanie V symfonii Mahlera, zastanawiał się, czy jego towarzyszka rozumiała choć cząstkę tę muzykę. Bo przecież jeśli ktoś rozumie V symfonię Mahlera, nie może zachowywać się próżnie. Tymczasem na koncercie Monika przysnęła! Na Mahlerze! W duchu musiał przyznać, że jej muzyka fortepianowa była miła dla ucha, ale nic poza tym. Podobnie ich związek – byli sobie przyrzeczeni, ich małżeństwo miało zapewnić obydwu rodzinom poważanie. Ale nic poza tym. W jego wieku należało się ożenić. Ona zapewniała sobie nowy dom i zwalniała rodziców z kosztów utrzymywania jej. On zyskiwał żonę, a w jego sferze znaczyło to bardzo dużo. Rodzice Mokrzyckiego wymusili na nim ożenek przed trzydziestką odpowiednim zapisem testamentu.

Monika miała duże zielonkawe oczy, eleganckie szlachetne rysy, lekko zadarty, mały nos i zmysłowe usta. Nie lubiła się ostentacyjnie malować, preferowała dyskretny makijaż. Mokrzycki podszedł do niej i pocałował ją w usta. Wiedział, że nie należy prosić jej o zgodę, bo gdyby zapytał, przewrotnie odpowiedziałaby „nie” i musiałby się przed nią upokorzyć, błagając, czy może to zrobić. Monice by to bardzo odpowiadało. A tego zdecydowanie nie lubił. Przylgnął wargami do jej ust i wsunął dłoń pod jej bluzkę. Zdołała jednak zatrzymać jego palce, dając znak, by nie posuwał się za daleko. Poczuł się zawiedziony. W zepsutym do szpiku kości świecie elit Warszawy ludzie sypiali ze sobą wedle prawideł wolnej miłości, lecz Monika Skirmuntówna miała swoje zasady. To niegdyś kluczowe słowo w kontekście erotycznej więzi między kobietą i mężczyzną było w moralności roku 1936 roku na tyle osobliwe, że Mokrzycki czuł się przez chwilę jak powstaniec styczniowy całujący się z ukochaną przed wyruszeniem na bój śmiertelny z zaborcą. A tymczasem Mokrzycki nie chciał być powstańcem. Nie tego potrzebował. Chciał zakasać do góry jej sukienkę, włożyć dłoń między jej nogi i nasycić się wilgocią. Potrzebował jej ciała, którego ona przed ślubem nie chciała mu dać.

Zasady. Musiał po raz kolejny uznać swoją porażkę. Ale on to sobie jeszcze odbije gdzie indziej.

Ileż w ich narzeczeństwie było wieczorków, które płynęły lekko w rytm fokstrota lub nudnych wynurzeń muzycznych późnego Brahmsa. Na szczęcie nie musiał silić się na poważne tematy, ponieważ ona i on mieli podobne gusta: literackie i plotkarskie, no, może z tą różnicą, że Monika w ogóle nie interesowała się polityką. Nie chodziła także na wieczory panieńskie do znanej z feministycznych poglądów Zofii Nałkowskiej, gdzie można było napić się absyntu, zapalić przemycaną z Francji marihuanę oraz omówić najnowsze odkrycia mody. Czasy morfinistów przeminęły wraz z Nad Niemnem Orzeszkowej, zresztą Antoni zawsze uważał tę powieść za wyjątkowo nudną, ale cóż, w szkole musiał ją czytać z zachwytem, choć robiło mu się od tego niedobrze.

– Mam nadzieję, że się na mnie nie gniewasz – powiedziała z wahaniem w głosie Monika.

– Nie, jakżebym mógł! – odrzekł Mokrzycki, choć odczuł po raz kolejny, jak go odrzuca, mimo fizycznej bliskości. – Mamy, moja duszko, całe życie, żeby się ze sobą kłócić.

Celowo tak ją nazwał. Monika Skirmuntówna była bardzo dumną dziewczyną i nie lubiła, gdy mężczyźni zwracali się do niej protekcjonalnie.

Czar wieczoru prysł.

Antoni poczuł, że musi się ulotnić, choćby pod byle pretekstem.

– Za dwa tygodnie wyjeżdżam do Hiszpanii – powiedział w końcu.

Monika dała wyraz swemu niezadowoleniu.

– A ja? A nasze narzeczeństwo?

– Narzeczeństwo na tym nie ucierpi, moja kochana – rzekł Antoni. – Mój wyjazd tylko je wzmocni. Zaraz jak wrócę, weźmiemy ślub.

– W Wilanowie?

– A czemuż by nie? Zaprosimy pięciuset gości, a może i więcej. Stać nas. Choć po prawdzie, wszystko może się jeszcze wydarzyć, moja misja w Hiszpanii zdaje się niebezpieczna – powiedział przebiegle Mokrzycki.

Monika natychmiast się zmartwiła. Lubił tę jej naiwność i w pewien sposób uroczą prostoduszność. Za nic w świecie nie chciałby jej skrzywdzić, a jednak – małżeństwo z nią musiało dojść do skutku z rozsądku, on natomiast miał już teraz swoje potrzeby i wiedział, gdzie dać im upust. Jak tylko stąd wyjdzie, z tego przesłodzonego gniazdka, uda się do miejsca, gdzie będzie mógł poczuć się jak mężczyzna.

– Martwię się o ciebie – powiedziała Monika.

– Niepotrzebnie, serce ty moje. Muszę jechać. To mój obowiązek.

Dobrze rozumiała to słowo. Mieli się pobrać z obowiązku wobec swojej sfery i rodziny. Antoni nie umiał wyobrazić sobie samego siebie prowadzącego monotonne życie u boku Moniki, dlatego tym bardziej uznał, że wyjazd do Hiszpanii jest okazją, jaka może się więcej nie powtórzyć. Nawet tego dnia, po prawie godzinie w jej towarzystwie, nie mógł dłużej wytrzymać. Wykręcił się pretekstem koniecznego spotkania z jednym z oficerów Becka.

– Będą cygara i dużo wódki, a ty tego nie lubisz, kochanie – powiedział, by nie prosiła, żeby ją ze sobą zabrał.

Nie zrozumiała.

– Nie podoba mi się ta luźna atmosfera. Kiedy będziemy małżeństwem, twoim obowiązkiem będzie mi towarzyszyć. Skończą się te wieczorki kawalerskie!

Mokrzycki ukrył irytację.

– Nie wątpię w to, moja duszko. – Pożegnał się szybko, nie chcąc narażać się na jej reakcję na ponowne nazwanie jej tymi słowami.

*

Po wyjściu od Skirmuntów Mokrzycki poczuł, że musi pooddychać świeżym powietrzem, którego brakowało w ich dużym sześciopokojowym mieszkaniu. Miał pewien sekret, pielęgnował skrywaną namiętność do żydowskiej tancerki pracującej w jednym z klubów nocnych na ulicy Nowolipie. Nazywała się Golda Cwajnblum, miała dwadzieścia sześć lat, a poznali się podczas jednego z wieczorów kawalerskich kolegów z roku Antoniego. Absolwenci prawa Uniwersytetu Warszawskiego zazwyczaj po studiach wybierali drogę adwokatury, jeśli mieli dostatecznie bogatych i mających znajomości rodziców, lub drogę wojskową. Ci drudzy zostawali podporucznikami Wojska Polskiego, a to była nie lada gratka. Własne mieszkanie, ordynans na posyłki i cztery tysiące złotych pensji, podczas gdy robotnik w Warszawie zarabiał trzysta złotych miesięcznie w fabryce u Lilpopa.

Podczas jednego z takich suto zakrapianych wesołych wieczorków Mokrzycki poznał Goldę. Miała fantastycznie długie nogi, temperament i czarne piękne włosy. Każdy z chłopaków chciał ją zdobyć, ale Golda, jako tancerka, nie była panienką do wynajęcia. Mokrzycki ze swoich kumpli był najbogatszy, a papa, gdy żył, nigdy nie żałował mu na uciechy, wiedząc, że jak chłopak się wyszumi, będzie lepszym mężem i ojcem w przyszłości. Gdy inni ochoczo pogwizdywali, Mokrzycki po prostu zaprosił ją na kolację do najlepszej koszernej restauracji w Warszawie. Wówczas jeden z podchmielonych polską wódeczką kolegów wyrzekł słowa, które zapamiętano na długo:

– I ty, patentowany polski hrabia, z Żydówką będziesz się szlajał...?!

Hrabia Mokrzycki zachował się wówczas zupełnie jak nie ze swojej sfery. Wziął olbrzymi zamach i wymierzył cios prosto w szczękę temu, kto śmiał antysemickim bluzgiem w jego obecności ubliżyć kobiecie. Wszyscy się zdumieli, gdy pięść Mokrzyckiego ozdobiona sygnetem złamała nos pijanemu wielbicielowi polskiego narodu. Usłyszano trzask, po którym nawet Golda, która zatańczyła wspaniałe flamenco, musiała nabrać do Mokrzyckiego szacunku. Wieczór kawalerski skończyłby się karczemnym mordobiciem, gdyby nie to, że kilku oficerów odciągnęło Mokrzyckiego od wrzeszczącego wniebogłosy mężczyzny. Hrabia użył prawego sierpowego, ale lewy miał równie silny i zamierzał przećwiczyć go na szczęce tamtego. Zalany posoką narodowiec został odprowadzony do łazienki, a z kuchni przyniesiono mu szybko lód, w którym chłodziła się wódeczka. Owym lodem okładał bolące miejsca na twarzy.

– Aleś bokser! – skwitowali koledzy.

– Pax inter Christianos! – rozległ się głos wzywający do pokoju.

– Użyłem przemocy, której się brzydzę – powiedział Mokrzycki – ponieważ kolega Ziobro źle wyraził się o damie.

Ziobro był doktorantem prawa konstytucyjnego i członkiem opozycyjnego wobec władz Stronnictwa Narodowego. Znany był z niechęci do Żydów, którą na ogół tolerowano, ponieważ na spotkania kawalerskie Polacy nie dopuszczali swoich starszych braci w wierze. Ziobro został jednak zmuszony do przeproszenia damy, ale odtąd Mokrzycki zyskał w jego osobie śmiertelnego wroga.

Działo się to w sylwestra 1935 roku. Wtedy właśnie Mokrzycki poznał Goldę. Była Żydówką, ale nie żyła według praw swojej wiary. Pochodziła z Żytomierza, a jej religijna rodzina wyrzekła się jej. Pracowała w różnych warszawskich kabaretach jako tancerka, żeby się utrzymać. Mokrzycki zauważył, że nie brakowało jej na dobre ciuchy i znośne perfumy, więc było prawdopodobne, że miała jednego lub kilku adoratorów. Nigdy o to nie pytał. Nie był zazdrosny, nie miał zresztą do niej praw.

Połączyła ich czułość. Mokrzycki potrzebował tego, czego nie dostawał od swojej narzeczonej, czyli ostrego seksu i tego, co potem – wtulonych w siebie ciał, wsłuchiwania się w bicie serca, rozmów o sztuce, religii i muzyce. Czegoś takiego nigdy od Moniki nie dostał i nie był wcale pewny, czy po ślubie otrzyma choćby namiastkę.

– Ja już znalazłam mojego mesjasza.

– Doprawdy?

– Tak, ciebie, hrabio Mokrzycki.

– Bluźnisz, Żydówko.

Pocałowała go namiętnie w usta.

– Mogę bluźnić, bylebyś pozwolił mi kochać cię dalej – odpowiadała Golda, patrząc na Mokrzyckiego spod swoich kruczoczarnych brwi, podczas gdy on leżał nagi obok niej. – Takiś ty mądry, a jakbyś nie wiedział, jedyna różnica między Żydem a katolikiem jest taka, że wy od dwóch tysięcy lat już macie swojego Mesjasza, a my wciąż czekamy.

Mokrzycki nie wdawał się jednak w dyskusje na mesjańskie tematy. Po pierwsze dlatego, że przesiąknął nimi w szkole w II Rzeczypospolitej – mesjaszem była Polska umierająca za inne narody w Europie, choć nikt tego nigdy od Polski nie wymagał. Mokrzycki był realistą. Jego dziadek walczył w powstaniu styczniowym i stracił w bitwie pod Miechowem z Rosjanami lewą rękę, jednak patriotyczna przeszłość rodziny nigdy nie stępiła w hrabim trzeźwego osądu politycznego. A poza tym spotykał się z Goldą nie jako z Polak z Żydówką, tylko dlatego, że była doświadczoną kochanką i towarzyszką, lubił z nią rozmawiać o muzyce Szymanowskiego i było im razem dobrze w łóżku.

– Jaka jest ta twoja... Monika? Ta Skirmuntówna – zapytała go kiedyś Golda, gdy po szybkim seksie leżeli obok siebie na jej łóżku w wynajmowanym przez nią pokoju przy ulicy Nowolipie.

– Zimna jak westalka.

– To po co się z nią żenisz? Dla pieniędzy? Wytłumacz mi, bo nie rozumiem.

Mokrzycki popatrzył na kochankę tak, jak nigdy wcześniej.

– Czyżbyś była zazdrosna?

– Trochę jestem. Ona nic dla ciebie nie znaczy, a chcesz się z nią żenić – odpowiedziała Golda. – Nie obraź się, ale mam doświadczenie z różnymi facetami.

– Nigdy nie robiłem ci z tego powodu wyrzutów – powiedział Mokrzycki, podnosząc głowę z łóżka. – Wiesz o tym dobrze.

Golda uspokoiła go, gładząc po włosach dłonią.

– Wiem, kochanie, że jesteś dżentelmenem, i za to cię lubię. Lubię cię też za inne rzeczy, jesteś dla mnie dobry, nie żałujesz mi pieniędzy, kiedy proszę cię o pożyczkę. Ale nie w tym rzecz. Twoja narzeczona nie znaczy dla ciebie wiele, ponieważ... – urwała.

– Ponieważ? Wyduśże to z siebie!

– Ty chcesz kochać kobiety, starasz się, przykładasz, po polsku, elegancko, ale nie tego pragnie twoja dusza, skarbie.

Mokrzycki nigdy się nad tym nie zastanawiał. Po chwili zmienił pozycję na łóżku i zapalił papierosa. Nie wiedział, co odpowiedzieć, bo w gruncie rzeczy zdawał sobie sprawę, że Golda miała rację. Monika Skirmuntówna była ładna, niewinna, głęboko wierząca, dumna, pełna patriotycznych uczuć, kochająca Polskę romantyczną, a przy tym wpatrzona w siebie i w pojęcia, które wpoili jej rodzice, ale nie była kobietą dla niego. Hrabia miał mętlik w głowie. Nie wiedział, czy może się jeszcze wycofać ze związku z Moniką. To byłby skandal, który z pewnością miałby wpływ na jego pozycję w MSZ, a na to nie mógł sobie pozwolić. Nie chciał, aby prywatne życie miało wpływ na jego karierę zawodową. I choć docenił szczerość tego, co powiedziała mu Golda, odparł z naciskiem:

– Nie mówmy o tym, proszę. Nie chcę rozmawiać o Monice.

– Ale nie rozmawiamy o niej, kochanie, tylko o tobie.

– Nie jestem na to gotowy – odpowiedział szczerze.

– Bo przychodzisz do mnie, by o niej zapomnieć – odezwała się na to Golda.

Mokrzycki obrócił się na łóżku i pocałował ją w usta. Dziewczyna próbowała zatrzymać go w swoim świecie, ale obydwoje wiedzieli, że to niemożliwe. On musi odejść do swoich eleganckich sfer, a ona podążyć własną drogą – tancerki wyklętej przez swoich i balansującej na krawędzi. Mokrzycki uznał, że to dobry moment, żeby jej coś wyznać.

– Dostałem nowe zadanie.

– Mianowicie? – zaciekawiła się. – Cała zamieniam się w słuch, panie sekretarzu stanu.

– Muszę wyjechać do Hiszpanii.

– Musisz czy chcesz?

– To jedno i to samo.

Mokrzycki czytał ostatnio książkę Hermanna Cohena i uznał, że taka odpowiedź będzie najlepsza. Rzeczywistość, możliwość i konieczność to przecież tożsame kategorie.

– Na długo?

– Nie wiem. Mam objąć stanowisko w ambasadzie.

– Zabierzesz mnie ze sobą?

– Wiesz przecież, że to niemożliwe – odpowiedział spokojnie, gładząc kochankę po włosach.

– Zobaczymy się jeszcze? – zapytała dziewczyna, szczerze zmartwiona jego wyjazdem.

Nadszedł moment, aby to przerwać, dla mojego i jej dobra, pomyślał Mokrzycki. Po chwili jednak zreflektował się, że sam siebie okłamuje. Porzucał ją wyłącznie dla własnych korzyści.

– Mam teraz dużo spraw na głowie, muszę je wszystkie zamknąć przed wyjazdem. Wyruszam za kilka dni, nie zdążę się wcześniej z tobą zobaczyć.

Zabolało ją to. Widział to w jej oczach. Takiego spojrzenia się nie zapomina. Wie to każdy, kto zostawił ukochaną osobę i wybrał siebie samego zamiast miłości. Nie urządziła jednak sceny histerycznego szlochu ani pretensji, których by nie zniósł.

– Wiedziałam, że mnie zranisz.

– Kochanie, w tym nie ma nic osobistego – powiedział Mokrzycki, i było to prawdą.

W tym rozstaniu naprawdę nie było niczego osobistego – mężczyzna poszedł w swoją stronę, po własne przeznaczenie, a kobieta została sama, z pustym miejscem w łóżku przepełnionym jego zapachem.

ROZDZIAŁ IIParyskie interludium

WARSZAWA, 16 KWIETNIA 1936 ROKU

Hrabia Antoni Mokrzycki czekał na Dworcu Głównym w Warszawie na swoją narzeczoną. Nigdy nie lubił tego budynku, wzniesionego jeszcze w czasach carskich. Dworzec wydawał mu się ciasny i wiecznie zatłoczony, co nie odbiegało od prawdy. Choć mżył wiosenny deszcz, hrabia wybrał miejsce na zewnątrz, chcąc pooddychać świeżym powietrzem. Jego pociąg ekspresowy, który przez Poznań, Berlin, Düsseldorf i Metz miał zawieść go do Paryża, odjeżdżał za dwadzieścia minut. Część swoich rzeczy wysłał do Hiszpanii kurierem tydzień wcześniej, a teraz miał jedynie bagaż podręczny, by nie psuć sobie wrażeń z podróży i nie zajmować się doglądaniem dobytku.

Monika Skirmuntówna zjawiła się z rodzicami na kwadrans przed odjazdem. Rozumiał ją. Jego wyjazd był jej nie na rękę, ponieważ będzie musiała pokazywać się w towarzystwie bez swojego mężczyzny. Poza tym wyjeżdżał bez niej, czym była mocno urażona. Gdyby łączyła ich naprawdę głęboka i szczera miłość, pojechałaby za nim na kraniec świata. Za jego dziadkiem, powstańcem styczniowym, babcia, wówczas jako narzeczona, z własnej woli ruszyła na Sybir. Mokrzycki uznał, że wymagać tego od nowoczesnej kobiety to zbytni ambaras dla obojga. Jego podróż była więc w istocie próbą weryfikacji ich związku. Nie miał co do tego wątpliwości. Gdy więc szczupła i elegancka postać Moniki wyłoniła się z gąszczu podróżnych, uśmiechnął się do niej. Zauważyła go i podbiegła.

– Kochanie, czy pamiętałeś o paszporcie? – Zadając błahe pytania, próbowała udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku.

– Oczywiście – odparł Mokrzycki i ją przytulił.

Zbierało się jej na płacz, ale on, patrząc na jej niezmiennie ładną buzię, zastanawiał się, czy już w godzinę po jego wyjeździe nie pójdzie na ploteczki do koleżanek.

– Obiecujesz pisać do mnie regularnie? Będę czekała.

– Oczywiście, kochanie.

Czułe słówka. Ta scena wydała się Mokrzyckiemu słodka jak z dziewiętnastowiecznego romansu. Z szacunkiem pożegnał się rodzicami narzeczonej, Zdzisławem Skirmuntem, profesorem na Politechnice Warszawskiej, oraz Anielą Sirmuntową z Potockich, znaną warszawską marszandką. Mokrzycki nie po raz pierwszy pomyślał, że obrazy Leona Wyczółkowskiego, które wisiały na ścianach w salonie Skirmuntów w Warszawie, odpowiadały przede wszystkim gustowi matki, nie córki. Monika nigdy nie podjęła z nim rozmowy o Leonie Wyczółkowskim i jego malarstwie. Nie rozumiała tego.

Gdy znalazł się już w przedziale, odwzajemnił czułe gesty narzeczonej, która machała do niego chusteczką. Jednak jego wzrok zmierzał gdzie indziej, a serce pragnęło zobaczyć na dworcu kogoś innego. Mokrzycki wiedział, jak podle potraktował Goldę Cwajnblum. Zostawił jej nawet pokaźną sumę pięciuset złotych, jak jakiejś ladacznicy, łatwej panience. Wiedział, że postąpił źle. Gdyby ją zobaczył ten ostatni raz, byłoby mu odrobinę lżej wyjeżdżać.

Pociąg ruszył do przodu. Gdzieś na dworcu rozległo się wołanie: „Pasażerowie, proszę wsiadać, drzwi się zamykają”. Mokrzycki wreszcie ją dojrzał. Stała jakieś dwadzieścia metrów od Skirmuntów. Ubrana skromnie, miała na sobie szarą sukienkę ze złotym paskiem, który kupił jej w Krakowie. Przywdziała jasny kapelusz, a w dłoniach trzymała parasolkę.

Dostrzegłszy ją, bardzo się ucieszył. Wstał, otworzył okno i pomachał na pożegnanie. Ona dała znak ręką. Powiedziała do niego coś, czego nie zrozumiał z powodu świstu lokomotywy. Zinterpretował to jako wybaczenie – nie gniewała się na niego. Lubiła go. Ze swoją urodą mogła mieć każdego mężczyznę w Warszawie. A on nie miałby o to do niej pretensji. Jednak Golda była pierwszą kobietą, przed którą próbował się otworzyć. Pragnął, by znów kiedyś dane im było się spotkać i powiedzieć sobie ostatnie słowo. To, które ona wyczuła na dnie jego duszy, a od którego on uciekł, kiedy oboje leżeli na jej łóżku mokrym od ich potu.

*

Minęła doba. Lutetia Parisorum, łacińska nazwa osady, na miejsce której wzniesiono stolicę Francji, przemknęła hrabiemu przez myśl, kiedy pociąg wtoczył się na Gare du Nord, dworzec północny w mieście nad Sekwaną. Mokrzycki lubił Paryż i właśnie dlatego nie chciał bywać w nim zbyt często – żeby widoki paryskie i paryskie zabytki za bardzo mu nie spowszedniały. Uwielbiał zwłaszcza Montmartre i jego wąskie uliczki, galerie malarskie, kafejki, gdzie można przyjemnie spędzić czas przy espresso i kieliszku doskonałego wina. Dobrze się czuł także w Dzielnicy Łacińskiej, gdzie miał zamiar się zatrzymać w drodze do Hiszpanii, w mieszkaniu służbowym polskiej ambasady w Paryżu przy Rue Saint-Séverin. Pociąg do stacji Atocha w Madrycie, przez Bordeaux i San Sebastián, odjeżdżał następnego dnia o osiemnastej. Mokrzycki miał zatem dobę na to, aby odwiedzić ulubione miejsca i kupić kilka książek.

Bagażowy zawiózł jego torby do wynajętego mieszkania, gdzie Mokrzycki miał się zatrzymać. Nie planował się rozpakowywać, z podręcznego bagażu wyjął tylko kilka drobiazgów, w tym wodę kolońską i brzytwę do golenia. Postanowił wkrótce rozejrzeć się po mieście, ale przede wszystkim coś zjeść. Nie był specjalnie wybredny, jeśli chodzi o posiłki, nigdy nie ulegał przesadnie przyjemnościom podniebienia. Był szczupłym mężczyzną, mierzącym metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, o wadze odpowiedniej do swej postury. Wykąpał się po podróży, założył nową koszulę, wełnianą marynarkę i spodnie szyte z bielskiej wełny, i wyszedł na ulicę. Gdy opuścił mieszkanie, jego uwagę przyciągnął kościół Świętego Seweryna. Znał to miejsce jako ośrodek kultu zrzeszający Polonię paryską. Być może to tutaj Mickiewicz, dumając na paryskim bruku, snuł swoje mesjanistyczne idee, którymi zaraził go Towiański.

Bruk Paryża wart jest swojej historii, tak jak Paryż był wart mszy. Mokrzycki nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Przechadzając się krętymi uliczkami, wiedział, że zbliża się do rzeki i do Île de la Cité, z wznoszącą się na wyspie ku niebu katedrą Marii Panny. Gdy czytał po raz pierwszy powieść Victora Hugo, wyobrażał sobie siebie w średniowiecznym Paryżu, jak przechadza się i spotyka miłość równie gorącą jak uczucie dzwonnika do Esmeraldy. Teraz jednak te młodzieńcze fantazje wydawały mu się niedorzeczne, wręcz głupie. Na wystawie jednej z licznych w tej dzielnicy paryskich księgarni zauważył tomiki francuskiej poezji. Wstąpił do środka i zakupił wiersze Jeana Arthura Rimbauda oraz jego poemat pisany prozą poetycką Sezon w piekle, a z uwagi na fakt, że jechał do Hiszpanii, poprosił o wszystkie tomiki najsłynniejszego tamtejszego poety, którego sława sięgała poza Półwysep Pirenejski – Federico Garcíi Lorki.

W restauracyjce, której okna i patio wychodziły na katedrę, Mokrzycki zamówił francuską zupę cebulową, ratatouille, eskalopki cielęce oraz butelkę Châteauneuf-du-Pape, słynnego prowansalskiego wina, które było ulubionym trunkiem Napoleona Bonaparte. Sączył je powoli, spoglądając na katedrę, niemego świadka historii, rewolucji i codziennego życia mieszkańców Paryża. Lubił wytrawny smak tego wina, przypominało mu, że prawdziwa rozkosz pierwszego łyku jest nam dana tylko raz, tak jak miłość.

Czy kiedykolwiek kochał naprawdę? To pytanie dręczyło go po rozmowie z Goldą w jej pokoiku w Warszawie. Czy doświadczył w życiu miłości, która byłaby pewna i ostateczna? Czy taka miłość w ogóle jest możliwa? Życie mężczyzny z dobrego szlacheckiego domu w II Rzeczypospolitej było łatwiejsze niż chłopaka z dzielnicy robotniczej. Okazji do skosztowania miłości miał sporo. W wieku lat siedemnastu spotykał się z pokojówką o wydatnym biuście, którą obmacywał za wiedzą i zgodą ojca. Dała mu to, czego chciał, raz albo ze dwa razy, ale Mokrzycki, nabrawszy doświadczenia, uznał, że takie zaspokojenie (przecież nie namiętność) jest w gruncie rzeczy niczym wartym zapamiętania. Potem była starsza kuzynka w majątku na Ukrainie. Ona chyba naprawdę się w nim zadurzyła. Kochając się z nią na sianie latem, czuł przez moment błogość i szczęście, ale zaraz potem porzucił ją bez podania przyczyny. Płakała dniami i nocami, nie mogąc znieść jego obojętności, po czym wyjechała na studia do Włoch. Nie wiedział do dziś, dlaczego postąpił tak podle. Karcił się w duchu za te romanse, w istocie swej płoche i niemające dla niego żadnego znaczenia.

– Jestem próżny w miłości, widać taka moja natura – mawiał do siebie.

Jednak nareszcie coś wstrząsnęło tym młodym chłopcem, jak Mokrzycki oceniał siebie z perspektywy lat. Tamtego lata pojechał nad przełom Dniestru, niedaleko granicy rumuńskiej. Poszedł się kąpać nad rzekę i wówczas zobaczył miejscowego chłopca, może osiemnastoletniego, jak ten nagi obmywał się w wodzie. Mokrzycki przystanął i patrzył, ale nie tak, jak spogląda się na obce nam rzeczy. Po raz pierwszy doświadczył czegoś podobnego – ogarnęło go gwałtowne pożądanie na widok tego szczupłego, gibkiego ciała. Zszokowało go to, że zapałał taką żądzą na widok drugiego mężczyzny. Przestraszył się tego uczucia i przysiągł wówczas, że nigdy więcej sobie na coś takiego nie pozwoli. Szukał potem zapomnienia. Pił, szalał, jeździł na zabawy po okolicznych dworach, ale gdzieś głęboko w jego świadomości, tam, gdzie kłębią się uczucia, pierwotna myśl została nienaruszona. Była zdradziecka i niebezpieczna, choć Mokrzyckiemu wydawało się, że panuje nad swoimi odczuciami, a nie one nad nim. Ta bolesna, grzeszna i niebezpieczna skłonność teraz wróciła ze zdwojoną siłą, lecz skoncentrowana na osobie Goldy. Mokrzycki nie bronił się już przed nią jak wtedy nad Dniestrem, gdy uciekł na widok pięknego chłopca kąpiącego się w rzece. A to dlatego, że teraz ta myśl nie zmaterializowała się jako pożądanie, lecz jako tęsknota – za czymś prawdziwym i nieporównywalnym z żadną miłością fizyczną ani duchową, jakiej doświadczył.

Przy okazji zdał sobie sprawę, że nie kocha Moniki Skirmuntówny, że nie wyobraża sobie życia pod jej pantoflem i że taki los byłby okrucieństwem nie tylko wobec jego własnej natury i uczuć, ale przede wszystkim wobec tej biednej, tak zapatrzonej w siebie istoty. Monika nie pojęłaby jego duszy w sposób, jakiego pragnął. To zrozumienie okazała mu Golda Cwajnblum, obca dla jego polskiego, katolickiego świata. Zrozumiał, że ona nie tylko dawała mu swoje ciało, choć to także, w dodatku sama to lubiła (kobieta ma przecież swoje potrzeby), ale dała mu po stokroć więcej – wiedzę o sobie samym, nareszcie uświadomioną i nazwaną tęsknotę za uczuciem ostatecznym.

Czekając na posiłek, otworzył Sezon w piekle Rimbauda i przeczytał:

Moje życie, jeżeli mnie pamięć nie zwodzi, było niegdyś ucztą, na której otwierały się wszystkie serca, płynęły wszystkie wina.

Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno. – I przekonałem się, że jest gorzkie. – Znieważyłem je[2].

Pozazdrościł podmiotowi lirycznemu Rimbauda tej bolesnej samowiedzy, ponieważ on nigdy nie posiadł Piękna w całej jego istocie, a rozkoszował się jedynie wrażeniami miłosnymi, z których chyba najprawdziwszym była Golda Cwajnblum. Żałował, że nie może teraz pójść z nią na spacer po Dzielnicy Łacińskiej albo pojechać z nią metrem na plac Pigalle, upić się tanim winem i spędzić noc w wynajętym pokoju, gdzie świt zastaje kochanków zmęczonych kacem. Jednak szybko odrzucił to bezpieczne myślenie o sobie w miłości. Nigdy nie posiadł Piękna, ponieważ nie odważył się wejść za nieznanym chłopcem do rzeki. Pragnął wziąć na kolana Piękno i oddać się mu bez reszty, ale nie rozumiał jeszcze, co znaczy, że ono jest gorzkie, kapryśne, złudne i nieskłonne do przebaczenia. Owego dnia w Paryżu miał przeświadczenie graniczące z przeczuciem o jakimś fatalnym końcu, który czekał go u kresu hiszpańskiej podróży.

*

Kelner postawił przed nim posiłek. Był gorący i wyśmienity. Smakował dań, wkładając do ust powoli każdy kęs.

Z zamyślenia wyrwał go nieznajomy mężczyzna.

– Czy mogę się przysiąść? – zapytał go po francusku z silnym niemieckim akcentem.

– Tak, proszę się nie krępować – odparł Mokrzycki, zastanawiając się, czy gdzieś już nie widział tego człowieka.

– Nie przedstawiłem się. Nazywam się Maximilian Klarenbach. Wsiadłem w Berlinie do tego samego pociągu, którym pan podróżował. Dlatego też ośmielam się pana niepokoić. Wydaje mi się, że jedziemy w tym samym kierunku.

Mokrzycki przypomniał sobie słowa Becka o tym, że Niemcy mogą sprawiać kłopoty w Hiszpanii. Czyżby rozmawiał ze szpiegiem? Te wątpliwości wyjaśnił sam monseigneur Klarenbach.

– Jestem pracownikiem niemieckiej ambasady w Madrycie. Wiem, że pan ma objąć podobne stanowisko w polskiej. Zapytałem konduktora, jakiego użył pan paszportu przy przekraczaniu granicy. Odparł, że dyplomatycznego...

– To prawdziwie niemieckie – przerwał mu Mokrzycki. – Ale na szczęście jestem dziś w dobrym humorze. Napije się pan ze mną? Zamówiłem całą butelkę Châteauneuf-du-Pape. Proszę się częstować.

Niemcowi spodobała się ta odpowiedź. Był blondynem o pociągłej twarzy, ze szramą ciągnącą się od lewego ucha po podbródek, zapewne z czasów Wielkiej Wojny. Mokrzycki pomyślał, jakie to szczęście, że historia, jako młodszemu, oszczędziła mu tego doświadczenia. Mógł rozmawiać z Niemcem, ale musiał być ostrożny. Czasem między szpiegiem a dyplomatą nie było specjalnych różnic. Słowa Becka o tym, że Niemcy będą chcieli coś ugrać dla siebie w Hiszpanii, stały się dla Mokrzyckiego paląco rzeczywiste. Nalał Niemcowi kieliszek Châteauneuf-du-Pape i zszedł na bezpieczne tematy.

– Jak smakuje panu wino? – zapytał Mokrzycki. – W Niemczech nie dostanie pan takiej głębi. To ulubione wino Napoleona.

– Oczywiście, ma pan rację, jeśli chodzi o wina czerwone – odparł Klarenbach. – Ale z pewnością doceniłby pan białe wina mozelskie, ich lekkość i słodycz, gdyby zechciał pan kiedyś odwiedzić Niemcy w wakacje. Co do Napoleona, cenimy go w moim kraju.

– Doprawdy? Wszak to on obalił mit o niezwyciężoności armii pruskiej – zaznaczył Mokrzycki.

– Ach, mówi pan o kampanii tysiąc osiemset szóstego roku – westchnął Niemiec. – Wtedy Francuzi byli górą. Cenimy Napoleona za to, że zapoczątkował proces zjednoczenia Niemiec, który potem pogłębił Bismarck, a do końca doprowadził nasz Führer.

Mokrzycki uśmiechnął się ironicznie na wzmiankę o Hitlerze, co nie uszło uwadze Niemca. Włożył kęs wybornej cielęciny do ust i przeżuwał go dokładnie. Po chwili Mokrzycki odpowiedział:

– Wyobraża pan sobie Polaka podróżującego po Niemczech w czasie, gdy narodowy socjalizm stał się tam wyznacznikiem poprawności? A gdybym tak poszedł do hotelu w Bawarii i powiedział, że jako Polak chcę najlepszy pokój z widokiem na góry? Czy nie usłyszałbym w odpowiedzi: „To tylko dla Niemców”?

Klarenbach zrozumiał doskonale sens słów Mokrzyckiego. Jednak musiał jakoś odeprzeć ten atak.

– Gdyby tak się stało, a nie przeczę, że jest to bardzo prawdopodobne, wówczas proszę poprosić właściciela o telefon i zadzwonić do mnie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeszy Niemieckiej. Jestem pewien, że właściciel natychmiast przeprosiłby pana za swoje zachowanie.

– Doceniam pana gest – odrzekł Mokrzycki. – Czy jedzie pan jutrzejszym pociągiem do Madrytu?

– Tak. Czeka nas dwa dni podróży. Kupiłem sobie na drogę oryginalne wydanie powieści Agathy Christie. Akcja rozgrywa się właśnie w pociągu.

Mokrzycki spojrzał na okładkę. Widniała na niej lokomotywa, a pod nią napis w języku angielskim: Morderstwo w Orient Expressie. Christie była znana w Polsce jedynie elitom mówiącym po angielsku i choć Mokrzycki radził sobie w tym języku doskonale, tej powieści nie czytał. Wydana w 1934 roku, do Polski jeszcze nie dotarła.

– Agatha Christie pisze świetne powieści detektywistyczne, ale ja nie gustuję w tego typu literaturze. – Zmienił temat. – Co pan sądzi o tym, co dzieje się w Hiszpanii?

Niemiec upił łyk wina.

– Sytuacja jest gorsza niż w lutym, kiedy Front Ludowy zyskał większość w wyborach. Prawica czuje się oszukana i z pewnością nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Jednak determinacja lewicy do przeprowadzenia reform jest naprawdę imponująca.

– I pan to mówi? W Niemczech komuniści trafiają do obozów!

– W Polsce też nie się mile widziani – odparł Klarenbach, zbywając wzruszeniem ramion wzmiankę o niemieckich obozach. – Jednak Hiszpania jest inna. Ponad siedemdziesiąt procent ludzi w tym kraju było do niedawna pozbawionych dostępu do słowa pisanego i innych dobrodziejstw cywilizacji. Nierówności społeczne są tam zatrważające. Przekona się pan, kiedy tam trafi. Był pan kiedyś w Hiszpanii?

– Tak, sześć lat temu wyjechałem na stypendium z uniwersytetu. Byłem w Madrycie i Saragossie.

– Sześć lat w przypadku Hiszpanii to szmat czasu – odparł Klarenbach. – Cała epoka. Sześć lat temu rządził tam król, a teraz Alfons XIII jest we Włoszech na wygnaniu. Duce udziela mu gościny na dworze króla Wiktora Emmanuela. Król Hiszpanii miał szczęście, że nie skończył jak car Mikołaj II, zabity przez bolszewików.

– Uważa pan, że Hiszpania idzie taką właśnie drogą, w stronę bolszewizmu? – zapytał Mokrzycki.

– To nieuchronna konsekwencja wygranej Frontu Ludowego w wyborach. Lewica coraz bardziej się radykalizuje. Jestem ciekaw, co tam zastaniemy.

Mokrzycki musiał się z tym zgodzić. Wznieśli toast za Hiszpanię, jakakolwiek by nie była. Hrabia dokończył posiłek, a Niemiec obiecał, że następnym razem on postawi towarzyszowi podróży wyborne hiszpańskie wino.

Mokrzycki położył się tego dnia z dziwnym bólem w klatce piersiowej. Przestraszył się, że to serce, ale po chwili uspokoił się – to nie był objaw somatyczny, lecz duchowy. Wrażenie wywołane przez Goldę, która wspomniała o jego podwójnej naturze, coraz bardziej mu ciążyło. Musiała do tego dojść, kiedy kochali się w jej pokoju. Teraz jednak Golda była wspomnieniem, a przed Mokrzyckim stała otworem nowa, zmieniająca się Hiszpania.

*

Także w pociągu Mokrzycki nie mógł uwolnić się od Niemca, który przyszedł doń z butelką wina zamówioną w wagonie restauracyjnym. Był wieczór i hrabia właśnie kładł się spać, ścieląc sobie kuszetkę. Po chwili niezręcznego zakłopotania szybko włożył spodnie, wciągnął na siebie sweter dla ochrony przed chłodem i wpuścił Niemca.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

– Ależ skąd. Zapraszam do środka, choć nie będzie nam tutaj zbyt wygodnie. Nie mam też kieliszków.

– Bez obaw, o wszystko zadbałem. Pożyczyłem je z restauracyjnego.

Rzeczywiście, Klarenbach wyciągnął zza siebie dłoń, w której trzymał dwa kieliszki na wino.

Prowansalski trunek było dobry, choć Mokrzyckiemu brakowało kilku oliwek i pleśniowego sera do pełni smaku.

– Nader ciekawą rozmowę przeprowadziliśmy w Paryżu – rzekł Niemiec.

– O Napoleonie i winie Châteauneuf-du-Pape...

– Możemy od Napoleona przejść do dalszej części.

– A jest jakaś dalsza część?

– To zależy tylko od pana.

– O zjednoczeniu Niemiec? – zapytał Mokrzycki, chcąc dowiedzieć się, do czego zmierza Niemiec.

– O tym także, ale przede wszystkim warto się zastanowić, dlaczego Napoleon przegrał.

– Z powodu pychy i spóźnienia się marszałka Neya pod Waterloo.

Klarenbach się zaśmiał. Byłby to dobry przyczynek do sojuszu niemiecko-angielskiego, wszak Anglików pod Waterloo wspomagał pruski marszałek Blücher. Ale jemu chodziło o coś innego. Mokrzycki nie rozumiał jeszcze, w czym rzecz. Po chwili Niemiec wyjaśnił:

– Napoleon przegrał, bo zlekceważył Rosję.

To nie miało sensu. Hitler i Stalin przecież się nienawidzili, te dwa reżimy były wobec siebie wrogo nastawione.

– A wy, Niemcy, czy wy nie lekceważycie Rosji?

– Co pan ma na myśli?

– Wasz Führer wyraża się bardzo źle o Związku Radzieckim.

– A wy, Polacy, czy wy nie gardzicie Rosją i jej bolszewizmem?

– Pogarda dla ustroju nie oznacza lekceważenia siły militarnej Sowietów. To my pokonaliśmy Amię Czerwoną pod Warszawą.

To był fakt, któremu Niemiec nie mógł zaprzeczyć. Rozmowa toczyła się dalej wokół rosyjskiej literatury, którą Klarenbach dobrze znał. Mokrzycki, przywołując swobodnie dzieła Tołstoja, Czechowa i Dostojewskiego, które czytał w oryginale, zrobił na Klarenbachu duże wrażenie. Noc minęła im na dyskusjach, podczas gdy pociąg mknął przez Francję na spotkanie Pirenejów.

Po wyjściu Klarenbacha Mokrzycki długo jeszcze nie mógł zasnąć. Czyżby pracownik niemieckiego MSZ próbował wysondować, co on myśli o Rosji? A dlaczego nie o Niemczech? Na to pytanie nie zdołał znaleźć odpowiedzi i w końcu zapadł w sen. Miało to mieć swoje konsekwencje w czasie i w miejscu, których Mokrzycki się nie spodziewał.

ROZDZIAŁ IIIŻycie jest snem

MADRYT, KWIECIEŃ 1936 ROKU

Kilka dni wcześniej minęła właśnie piąta rocznica ucieczki króla Alfonsa XIII. Tłum zebrał się na Gran Via, reprezentacyjnej ulicy Madrytu, świętując obalenie monarchii i piąte urodziny republiki. Republika hiszpańska, la niña bonita – piękna dziewczyna (jak nazywali swój wymarzony kraj Hiszpanie), pokazywana na plakatach jako westalka z flagą i wawrzynem pokoju, uosabiała dążenia liberalnej burżuazji i sił lewicy społecznej, domagających się zmian w kraju, w którym prawie połowa mieszkańców nie potrafiła czytać ani pisać. Od pięciu lat Hiszpania zmagała się sama ze sobą. Gdzieś pod tą zastygłą skorupą lawy gotowała się piekielna magma nierówności społecznych, gotowa do wybuchu.

Mokrzycki wysiadł na dworcu Atocha w Madrycie z mieszanymi uczuciami po męczącej podróży. Zapragnął kontaktu z językiem, który dobrze znał, choć zawsze bał się, że miejscowi od razu rozpoznają w nim obcokrajowca. Miał trochę kłopotu z ciężkim bagażem, ale obsługa dworca zaraz zamówiła dla niego dorożkę, a walizy załadowano na powóz i przewieziono pod adres wskazany przez Mokrzyckiego. Czuł, że zaczyna brakować mu sił. Niemiec Klarenbach nie chciał się odczepić i Mokrzycki przez dwa dni słuchał na zmianę o Rosji lub o Hitlerze, aż dostawał od tego mdłości. Granicę francuską minęli bezpiecznie, a Hiszpania powitała ich nie tyle upałem, co lekką bryzą wiejącą od oceanu w okolicach San Sebastián. Dopiero w Madrycie poczuł, co to znaczy wiosenne słońce – było pewnie ze dwadzieścia osiem stopni.

Mokrzycki pojechał natychmiast zameldować się u polskiego posła przy rządzie Republiki Hiszpańskiej. Sanacja i republika nie miały sobie zbyt wiele do zaoferowania, a nowy przełożony Mokrzyckiego, ambasador Marian Szumlakowski, narzekał na niedostatki personelu odkąd objął placówkę rok wcześniej. Przyjazd nowego chargé d’affaires był dla niego pozytywnym zaskoczeniem. Przywitali się serdecznie, a Szumlakowski nie zadawał pytań. Mokrzycki pokazał mu list z poleceniami służbowymi od ministra Becka.

– Będzie miał pan dużo swobody – powiedział Szumlakowski, zapoznawszy się z korespondencją. – Czy ktoś jeszcze wie o pańskich zadaniach wywiadowczych dla naszej Dwójki?

Z perspektywy rządu polskiego niechętnego lewicy Hiszpania miała znaczenie drugorzędne, ale polski wywiad musiał wiedzieć, w co i dlaczego angażują się jego wrogowie: Abwehra oraz kontrwywiad SS, czyli SD, a ze strony sowieckiej także NKWD.

– Tylko minister Beck, ja i pan – odparł Mokrzycki. – Nie zabawię w Madrycie długo. Muszę spotkać się z księżną Aristizábal.

– To wielka dama – odparł ambasador i dodał: – Będziemy zatem w kontakcie. Był pan już kiedyś na południu Hiszpanii?

Hrabia zaprzeczył ruchem głowy.

– Andaluzja to w zasadzie jedyny region, którego nie znam.

– Nie zawiedzie się pan. Powodzenia! – Szumlakowski uścisnął mu dłoń. – Gdyby miał pan ważne wiadomości, proszę o pilny telegram. Oddzwonię do pana z zabezpieczonej linii.

– Czy życzy pan sobie, bym co jakiś czas stawiał się w Madrycie?

– Nie, to nie jest konieczne. Jest pan samodzielnym pracownikiem. Kontakt tylko w razie wyższej konieczności – odpadł Szumlakowski, żegnając się z Mokrzyckim.

Hrabia wrócił do hotelu, po czym przebrał się, wykąpał i poszedł na swój pierwszy spacer po mieście. Uważał to za czynność konieczną, a zarazem niezwykle intymną. Pierwszy kontakt z miastem, w którym dawno się nie przebywało, był jak dotyk ciała kochanki. Idąc w stronę Gran Via, Mokrzycki wchłaniał w siebie atmosferę Madrytu. Już kiedyś zachwycił się otwartymi do późna tawernami, restauracjami, klubami muzycznymi, gdzie toczyło się kolorowe i hałaśliwe hiszpańskie życie. Uwielbiał to, w jaki sposób Hiszpanie celebrują codzienne przyjemności. Mokrzycki zdążył już zatęsknić za tutejszą swobodą.

*

Idąc wzdłuż Gran Via, zauważył, że na ścianach kilku budynków oraz na słupach ogłoszeniowych widniały plakaty zachęcające do obejrzenia spektaklu na bazie sztuki Calderóna Życie jest snem. Mokrzycki przystanął i spojrzał na listę aktorów; hiszpańskie nazwiska w większości nic mu nie mówiły. Sześć lat to szmat czasu. Zauważył, że w jednej z ról obsadzono Federico Garcíę Lorkę. Znał jego teksty, był to bodajże najsłynniejszy hiszpański poeta liryczny. A jako że Mokrzycki miał wolne popołudnie, pierwsze w Madrycie od tak długiego czasu, postanowił, że pójdzie na to przedstawienie.

Klasyka hiszpańskiej literatury trafiała częściej na deski teatru od czasu, kiedy rząd republikański w 1931 roku rozpoczął gwałtowne reformy społeczne. Postulat oddania ziemi chłopom i bezrobotnym w małych miasteczkach na terenie całej Hiszpanii wynikał z jasno zdefiniowanej idei sprawiedliwości społecznej. Jednak rząd republikański chciał też przybliżyć kulturę własnego kraju niepiśmiennym mieszkańcom Hiszpanii, których wciąż było wielu. Mokrzycki się temu nie dziwił. W Polsce odsetek analfabetów spadł dopiero w latach trzydziestych.

Na afiszu zespół teatralny nosił nazwę La Barraca. Mokrzycki zadumał się. Czy życie rzeczywiście jest snem? La vida es sueño – hiszpański tytuł skłonił hrabiego do refleksji nad sobą samym. Jaką cząstkę własnej duszy zostawił w Polsce? Czy narzeczona i życie u jej boku po ślubie to naprawdę wszystko, czego pragnął? Wszedł do teatru. Czuł się w tym miejscu, jakby było stworzone dla niego, potomka hrabiowskiego rodu, dumnego człowieka, który naprędce uczył się życia, przyjmując to, co ono przynosiło. Ów teatr uchodził za jedno z najbardziej luksusowych miejsc w Madrycie czasów dyktatury Primo de Rivery. Mokrzycki zakupił bilet za sto peset i zasiadł w loży z dobrym widokiem na scenę i aktorów.

Akcja dramatu Życie jest snem Calderóna de la Barca traktowała o Polsce, a głównym bohaterem był królewicz Zygmunt. Mokrzycki poczuł dziwną satysfakcję, jakiej może doświadczyć Polak, który za granicą wysłuchuje czegoś miłego o swoim własnym kraju. Tego wieczoru był w teatrze La Barraca w Madrycie jedynym Polakiem. Słuchał sztuki w skupieniu, aż padły słowa wypowiadane przez królewicza Zygmunta:

Czym życie? Złudzenia chwilką,

Czym życie? Marzeniem tylko,

Cieniem, majakiem, rojeniem,

Największe szczęście – pół niczym:

Sennym jest życie – marzeniem,

Sen zaś snem tylko zwodniczym[3].

Mokrzycki poczuł, że w tym życiu, które śnił, czegoś mu brakuje. Tym czymś była miłość – pragnienie dawania i obdarowywania drugiego człowieka, póki sen trwa, póki się nie obudził z majaków zwanych życiem. Ta świadomość sprawiła mu ból, ale nie był to ból fizyczny, nad którym człowiek może zapanować. Mokrzycki zrozumiał, że to jego prawdziwa natura dochodzi do głosu, jak wtedy, gdy uciekł na widok kąpiącego się w Dniestrze pięknego chłopca. Skoro życie jest tylko snem, dlaczego nie poznać wszystkich jego kolorów? Dlaczego nie śnić go do końca, aż do kresu, za którym kryje się Wielka Tajemnica lub nicość? Czy życie nie zasługuje na to, by poznać szczęście i smutek, łaskę kochania i łaskę cierpienia po utracie miłości? Czy angażując się na siłę w związki z kobietami, nie traci czegoś niepowtarzalnego? Czy nie traktuje swej narzeczonej instrumentalnie? Ona tak czekała na wiadomości od niego, a on nie pomyślał nawet, aby wysłać do niej telegram. Te pytania były dla Mokrzyckiego prawdziwą męką, podświadomie wiedział już bowiem, że w hiszpańskim słońcu, które niszczy w południe każdy cień, nie będzie w stanie się dłużej bronić; że jego prawdziwa natura, przed którą tak uciekał, pod błękitem hiszpańskiego nieba pokona go całkowicie, a on podda się owemu miłosnemu prądowi, który poniesie go daleko, może nawet poza granice jego wyobraźni. Bał się tego, ale zarazem pragnął z całego serca.

Mokrzycki nawet nie zauważył, kiedy przedstawienie się skończyło. Publiczność biła brawo, oklaski trwały dobrych kilka minut. Trzy razy aktorzy wychodzili naprzeciw zgromadzonym i trzy razy dostawali owacje. Mokrzycki dał się ponieść chwili. Stare dzieło Calderóna obudziło w nim świadomość własnych namiętności. W przypływie impulsu, chcąc się przekonać, jak wygląda słynny poeta hiszpański, zwrócił się do kobiety obok:

– Czy wśród aktorów jest Federico García Lorca?

Kobieta odpowiedziała:

– Grał rolę Cienia. I reżyserował całość. Wspaniałe przedstawienie, prawda?

– Rzeczywiście, fenomenalne. Dziękuję pani. Chciałem mieć pewność – odparł Mokrzycki.

– Widziałam tę sztukę po raz trzeci i wciąż nie mam jej dość. A pan przyjezdny? – zapytała kobieta.

Mokrzycki zrozumiał, że zdradził go akcent. Zbyt akademicki. Kastylijczyk pozna to natychmiast.

– Tak, jestem gościem z Polski.

– O, to niezwykłe – powiedziała Hiszpanka. – Teraz rozumiem, dlaczego chciał pan zobaczyć przedstawienie.

Akcja sztuki Calderóna rozgrywała się w kraju od Hiszpanii tak odległym, że aż dla wielu niewyobrażalnym. Ale znalazł się i Polak w hiszpańskim teatrze. Osobliwość! Jak odnaleziona nieoczekiwanie skamielina zwierzęcia sprzed milionów lat.

Tego dnia szczęście miało uśmiechnąć się do Mokrzyckiego.

– Doprawdy? – zagadnął.

Roześmiała się serdecznie.