Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Epicka powieść o polskich Kresach i trzech siostrach, które rozdzieliła wojna… Czy uda im się przetrwać?
Latem 1941 roku Niemcy zajmują dawne województwo stanisławowskie. Rodzina Szymańskich zostaje rozbita. Uznana za winną zdrady i spiskowania z wrogiem Łucja znajduje się na zesłaniu w ZSRR, Aldona pnie się w górę w hierarchii partii bolszewickiej, Konstancja zaś walczy o przetrwanie w getcie w Stanisławowie. Czy wszechobecna zagłada odbierze im po kolei wszystko, co cenne?
W 1968 roku córka jednej z wysoko postawionych partyjnych urzędniczek chce wyjechać na stypendium na Zachód. To czas, gdy w Polsce mają miejsce wydarzenia marcowe, a wojska Układu Warszawskiego dokonują najazdu na Czechosłowację. Równocześnie w Stanach Zjednoczonych była zakonnica, po opuszczeniu murów klasztornych, postanawia szukać prawdy o sobie i skonfrontować się z siostrą, za której przyczyną przed laty straciła kontakt z rodziną.
„Poszukiwana” to druga – po znakomicie przyjętej „Zdradzonej” – część tryptyku o siostrach Szymańskich. Przenosi czytelniczki i czytelników w odmęty polskich Kresów po niemieckim ataku z czerwca 1941 roku na ZSRR. Wojciech Dutka kreśli epicki obraz, w którym przeplatają się światy – rzeczywisty i metafizyczny, ukazując bohaterów zmagających się z piekłem wojny. Oprócz niemieckiej okupacji Kresów i zagłady Żydów autor porusza też kwestie związane z trudnymi relacjami polsko-ukraińskimi, które już wkrótce doprowadzą do kolejnej tragedii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 506
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68817-05-8
Obóz specjalny numer 2344, niedaleko Czkałowa1, ZSRR, koniec zimy 1941
W sowieckim piekle, w którym się znalazła owa młoda kobieta, wykańczały mróz i straszliwa praca, bezsensowna i ponad wyobrażenie. Lejtmotyw pozostawał jednak iście ewangeliczny: kto nie rabotajet, ten nie kuszajet2. Ale ją opuściły już siły. Nie dojadała, a kradzież jedzenia była jednym z najcięższych przestępstw. Dawne życie, które znała przed łagrem, zacierało się w niej. Nie była już pewna, jak wyglądały twarze sióstr i matki, siostrzeńca czy ojca. Nie zastanawiała się, czy ich jeszcze zobaczy. W filozofii materialistycznej mówi się, że byt określa świadomość. Nigdzie poza obozami sowieckimi ta marksistowska zasada nie nabierała takiej ostrości. Jej byt to była codzienna walka o coś do zjedzenia, obojętnie co. To nieustanna praca, bez końca.
Jednak po powrocie do baraku nie było lepiej. Zimą szczególnie gryzły pluskwy, wypełzające z każdej szpary w ścianie, spadające z sufitu na twarz w nocy, gryzące aż do mięsa. Tego dnia po pracy, gdy padła komenda powrotu, kobieta podjęła decyzję. Nie może już tak żyć. Skończy ze sobą. Chleba i tak zostało dla niej tylko trochę. Był ciemny, ziemisty, ale dawało się go jeść. Wymknęła się niepostrzeżenie z chaty. Zbliżała się wiosna 1941 roku, ale na Syberii wciąż panowały siarczyste mrozy sięgające minus dwudziestu — lub nawet więcej — stopni w nocy. Poszła przed siebie. Gdzieś przed nią znajdowało się ogrodzenie z drutem kolczastym. To była zona. Granica światów. Za nią była już tylko mroźna tajga. Pewna śmierć. Ale przecież ona nie miała sił, żeby wspiąć się po drucie kolczastym, który ciął ciało do kości. Najwyżej zawiśnie na nim, wykrwawi się, znajdą ją jutro.
Zbliżała się powoli do ogrodzenia. Nagle potknęła się i upadła w śnieg. I wtedy wyczuła czyjąś obecność. Ktoś był obok niej. Odwróciła się, ale nie zauważyła nic poza chłodną bielą i oddalonymi chatami. Próbowała się podnieść, ale nie miała siły. Coś było nie tak. Podniosła oczy. Ten ktoś stał przed nią. Po raz pierwszy w życiu widziała coś takiego. Oto w bezkresnej tundrze Związku Sowieckiego, gdzie została wywieziona, stał przed nią chłopiec w bieli.
Mój umysł szwankuje, to z głodu i zimna — pomyślała. Ale po chwili zrozumiała, że ów chłopiec w bieli nie jest ani wytworem jej umysłu, ani też skazańcem. Żaden tak nie wyglądał. Przyjrzała mu się, siedząc na śniegu. Nie miał więcej niż piętnaście lat, ale może tu nie chodziło wcale o wiek, ale o pewien szerszy symbol. Przepowiedziano jej przecież kiedyś, w innym życiu, przed laty, ustami widzącej wieszczki-poetki, że go zobaczy. Pamięć, umęczona codziennością, gubi wspomnienia, ale te, obudzone z letargu nagłym wstrząsem, jakimś granicznym przeżyciem, wracają na należne im miejsce. Ludzki umysł to przecież niezmierzony ocean. Gdybyśmy tylko mogli odmierzyć go łyżeczką dnia codziennego…
Teraz widziała go wyraźnie — był ubrany w lekki garnitur, idealnie uszyty, nie nosił też butów, ale jego postać jak gdyby wyrastała ze śniegu, na którym stał. Kobieta zrozumiała, że widzi istotę ze świata skrzętnie ukrywającego się przed ludźmi, z granicy między dniem i nocą — świata, do którego jako jedna z niewielu ludzi miała dostęp dzięki zmysłowi udziału — i która, żeby było jej łatwiej to zrozumieć, zamanifestowała się przed nią pod taką właśnie postacią.
— Nie wolno ci teraz umrzeć — usłyszała wyraźny zakaz.
Młoda kobieta naprawdę pragnęła śmierci. Nie można było tak żyć, jak ona żyła w łagrze. Tak się przecież nie da…
— Kim jesteś?
— To nie jest ważne.
Łucja otrząsnęła się. To nie mógł być jej ukochany, którego wiersze i twarz nosiła wewnątrz siebie — Bohdan Ihor Antonycz. On zmarł w lipcu 1937 roku. Ale to coś różniło się jednak od istoty, która kryła się nurtach Czeremoszu. Tamta była zła, nieskończenie zła. Łucja czuła, że chłopiec w bieli, choć pochodził z tego samego wymiaru co potwór z Czeremoszu, nie był zły — był diametralnie inny.
— Ale chciałabym to wiedzieć.
— Powiedzmy, że jestem naprawdę twoim jedynym przyjacielem — rzekł chłopiec w bieli. — Musisz mi uwierzyć. Za nami, w niekończącym się uralskim lesie, są istoty gorsze niż ten, którego widywałaś w nurtach rzeki.
Potwór w Czeremoszu. To COŚ, co próbowało wciągnąć jej siostrzeńca. Boże, co się z nim działo? Na to pytanie, podobnie jak na wiele innych, nie było odpowiedzi.
Po chwili młoda kobieta zamknęła oczy. To przecież nie może być prawda — pomyślała. Znów otworzyła oczy. Chłopiec wydawał się młodszy, a może dostosowywał kształt do jej wzroku.
— Jesteś istotą z mroku czy ze światła?
— A jak ci się wydaje?
Teraz zrozumiała metaforę białego koloru ubrania. To był znak dla niej — istota z innego wymiaru zatroszczyła się o to, by przekaz był spójny i dostosowany do kategorii umysłowych, którymi Łucja się posługiwała.
— Rozumiem — rzekła.
— Musisz żyć. Kiedyś umrzesz, za wiele lat, ale nie teraz. — Chłopiec wpatrywał się w nią oczyma, które miały intensywny, nienaturalnie niebieski kolor. — Jest niewielu ludzi mających ten dar i dlatego nie wolno ci umrzeć. Tylko przez takich jak ty możemy się komunikować z tym światem.
— Jacy my?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Istoty z wymiaru rozpiętego między światłem i mrokiem musiały trwać otulone tajemnicą. Podszedł do niej. Wyciągnął dłoń. Łucja się bała. Istoty z tamtego wymiaru nie są ludźmi. Nie ma w nich nic z człowieka, choć manifestują się w naszym tu i teraz jako ludzie, aby osoby takie jak Łucja mogły zrozumieć przekaz.
Dotknij mnie.
Nie wypowiedział ani słowa, ale usłyszała ten nakaz wyraźnie w sobie, w swoim jestestwie, wnętrzu czy też duszy.
Zrobiła to. Ta dłoń była ciepła, niemal ludzka w dotyku. Nagle zauważyła, że ciepło przepływa do jej skostniałej z zimna ręki, potem rozszerza się na ramię — mogła już nim poruszać. Trwało to jakiś czas, a on, kimkolwiek był, przekazywał jej ciepło, które w tym orenburskim, lodowatym pustkowiu, gdzie dął wiatr od strony Uralu, oznaczało trwanie. Po dłuższej chwili Łucja poczuła w sobie życie. To stało się w sposób zupełnie dla niej niewytłumaczalny.
Chciała go wypytać o tyle rzeczy, jednak on zaczął jak gdyby rzednąć w powietrzu, stawał się coraz bardziej przezroczysty, aż wreszcie znikł. Była sama. Ale zupełnie odmieniona. Teraz zrozumiała, że on będzie jej aniołem stróżem. A ona musi tu przeżyć. Nie dla rodziny, której być może już nie zobaczy, ani dla kraju, ani dla nikogo innego. Chciała znów żyć dla samej siebie.
Wróciła po chwili do baraku z taką lekkością, jak gdyby dziś w ogóle nie pracowała.
Nowy Jork, wiosna 1968
Nie można uciec od przeszłości, choćby była zamknięta w ludzkim sercu. Nie da się wykreślić wspomnień ani koszmarów. One tkwią w nas jak cierń, a kumulowane mogą popchnąć w szaleństwo albo w śmierć. Granica między życiem i śmiercią jest bardzo cienka, niemal niedostrzegalna. Jednego dnia człowiek jest, a drugiego już go nie ma. Przemijalność istnienia zaczyna się odczuwać po czterdziestce, wraz z bólem w plecach po przebudzeniu. Dni mierzy się wtedy inaczej, niż kiedy miało się lat kilkanaście. Mijają szybciej. A przecież ludzie nie zauważają, że każdy dzień jest darem. Nie doceniają danego im czasu. Żyją, jak gdyby byli wieczni, a wystarczy jeden zły krok i tuż za rogiem, na ulicy można spotkać przeznaczenie.
Łucja Szymańska w chwili odejścia z klasztoru miała pięćdziesiąt dwa lata. Za dużo, żeby mieć złudzenia, i za mało, żeby zapomnieć to, co przeżyła. Ameryka co prawda była dla niej bezpieczną przystanią od zakończenia drugiej wojny światowej, ale pozostało tyle pytań… Co stało się z jej rodziną? Z obiema siostrami, obojętnie, jak jedna z nich ją skrzywdziła? Co stało się z siostrzeńcem i rodzicami? Na te pytania nie było odpowiedzi. Ale miała nadzieję, że ktoś pomoże jej w ich znalezieniu. Na Brooklynie, gdzie udało jej się wyszukać tańsze mieszkanie (wciąż pracowała jako nauczycielka łaciny i angielskiego w żydowskiej szkole w Stuyvesant — pracę załatwiła jej Jane Singer-Coulfield), wsiadła do metra na Manhattan. Robiła to codziennie z pewną wyuczoną manierą. Pociągi chodziły przecież regularnie i nie spóźniały się, co czyniło nowojorskie metro jednym z lepszych na świecie. Tego dnia rano, kiedy już napiła się kawy i zjadła śniadanie, znów usłyszała w nowojorskim radiu Simona i Garfunkela:
Hello darkness, my old friend
I’ve come to talk with you again
Because a vision softly creeping
Left its seeds while I was sleeping
And the vision that was planted in my brain
Still remains
Within the sound of silence3.
Musiała przed samą sobą przyznać, że ta piosenka jak żadna inna pokazywała jej własną drogę. Nikt przecież w tym wielkim mieście ze szkła i metalu nie uwierzyłby w jej przeżycia. Bo nikt nie wierzy już w to, co kiedyś zwało się metafizyką. W tym sensie w jej świecie to, co widziała realnie od czasu do czasu, nie miało prawa istnieć. A przecież istniało. I choćby tysiąc ludzi zaprzeczało, ona wiedziała, że zmysł udziału jest prawdziwy. Dostrzegała ukrytą rzeczywistość, do której ludzie nie mają i nie mogą mieć dostępu — ani do istot, które w niej żyją.
And in the naked light I saw
Ten thousand people, maybe more
People talking without speaking
People hearing without listening
People writing songs that voices never shared
And no one dared
Disturb the sound of silence4.
Ona wiedziała, że gdzieś wewnątrz tego świata z kamienia, stali i szkła kryły się przed oczyma ludzi te siły i istoty, które ona widziała. Nie miała do dziś pewności, czym są i skąd pochodzą, z jakiego wymiaru, niedostrzegalnego dla innych. Ukryła się w zakonie przed samą sobą — teraz wyraźnie to widziała. I nie żałowała decyzji o odejściu — szkoda jej było jedynie tych lat spędzonych na ukrywaniu się i mierzeniu się z własną wojenną traumą, do której klucz zrozumienia podała jej świecka terapeutka Jane Singer-Coulfield. Była jej bardzo wdzięczna i żywiła przekonanie, że zostaną przyjaciółkami.
Teraz zmierzała na spotkanie ze swoim od dwudziestu sześciu lat niewidzianym kuzynem Antonim Mokrzyckim. Latem 1930 roku miał romans z jej siostrą. Szczeniacki romans. Ale towarzyszyło jej przeświadczenie graniczące z pewnością, że od tego wszystko się zaczęło. Nieodwracalnie rodzina pękła, uległa dezintegracji, a jej członkowie znajdowali się nie wiadomo gdzie.
*
W Bryant Park na Manhattanie, obok biblioteki publicznej miasta Nowy Jork, Łucja zamówiła arbuzową lemoniadę i czekała na kuzyna Antoniego Mokrzyckiego, o którego przeszłości ani działalności podczas II wojny światowej nie wiedziała nic. W ogóle to spotkanie wiązało się dla niej z dużym stresem. Nie była pewna, kogo ma się spodziewać. Pamiętała go jako wagabundę, w którym zadurzyła się jej siostra, a tymczasem minęło tyle lat, podczas których los okradł ją z młodości, ze złudzeń, z urody, ale nie z pasji życia. Łucja chciała odnaleźć bliskich i po prostu czuła, może wiedziona zmysłem udziału, że ten człowiek może jej pomóc. To było ryzykowne myślenie. Ale czy nie ryzykowała więcej, tkwiąc w zakonie, który odbiera człowiekowi wolność myślenia? Gdy kelnerka przyniosła lemoniadę w wysokiej szklance, siorbnęła jej i musiała uznać smak — słynny już na cały Manhattan — za znakomity.
Po chwili go zobaczyła. Szedł 42. Ulicą lekkim krokiem, ubrany w sztruksowy, brązowy garnitur, w eleganckich okularach przeciwsłonecznych. W jednej chwili Łucja zlękła się, że to może nie on, gdyż czas nie oszczędza nikogo, ale kiedy się przybliżył, poznała go. Miał szpakowate włosy, ale wciąż tę samą twarz. Tak, to był kuzyn Antoni.
— Witaj, kuzynko. Kopę lat — rzekł po polsku.
— Dwadzieścia sześć — odparła Łucja. Miała dobrą pamięć. — Widzieliśmy się na chwilę w Rosji, zimą, na przełomie czterdziestego pierwszego i czterdziestego drugiego. W Buzułuku.
— Ach tak, zapomniałem.
Uścisnęli się serdecznie. Mokrzycki też zamówił arbuzową lemoniadę.
— Dałaś ogłoszenie. To bardzo oryginalny sposób odnajdywania ludzi.
— Nie miałam wyjścia — odparła krótko Łucja.
Właściwie co mogliby sobie teraz powiedzieć? Po tylu latach byli dla siebie obcymi ludźmi, w zasadzie powinni się na nowo poznać. Łucja zdawała sobie z tego sprawę. Nie wiedziała jednak, co Mokrzycki robił w USA.
— Dlaczego? — Antoni patrzył na nią z uwagą.
— Bo jesteś jedynym krewnym, jakiego odnalazłam po wojnie.
— Nie rozumiem. — Mokrzycki w międzyczasie już zdołał siorbnąć swojej lemoniady z dużą ilością kruszonego lodu.
— Od zakończenia wojny nie mam kontaktu ani z rodzicami, ani z moimi siostrami, które być może pamiętasz.
— Jakże mógłbym zapomnieć?
W jego głosie i zachowaniu po raz pierwszy pojawił się żal, jakiś element ludzki, bo Mokrzycki, jak odbierała go dzięki swojej empatii Łucja, nie był wcale ciepły i przyjazny. Tkwiło w nim coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać i co wymykało się jej zmysłom. Było w nim coś mrocznego, nieludzkiego i zimnego. Dzięki zmysłowi udziału Łucja nabrała pewności, że on też przeżył koszmar podczas II wojny światowej. Dopiero po chwili zrozumiała. Był podczas wojny mordercą — przemknęło jej przez myśl. Zabijanie zostaje w człowieku, nawet gdy z zewnątrz nic nie widać. Ono tkwi w duszy. A Łucja mogła do niej na ułamek sekundy zajrzeć.
— Co się z nimi stało? — zapytał po chwili.
— Nie wiem, kuzynie.
— Co się działo z tobą?
— Nie uwierzyłbyś.
— Spróbuję.
— Byłam zakonnicą.
— To kiepska fucha. — Mokrzycki uśmiechnął się krzywo.
— Ale to prawda. Przez prawie dwadzieścia lat.
— Co się stało z Konstancją?
— Nie wiem. Tak jak nie wiem nic o Maćku, jej synu.
— Ona miała chyba męża…? — zagadnął Mokrzycki.
— Jana Serafinowicza, podporucznika Korpusu Ochrony Pogranicza. Zginął w trzydziestym szóstym roku podczas strzelaniny z sowieckimi dywersantami.
To wyraźnie poruszyło Mokrzyckiego. Oboje musieli się nauczyć przełamywać tę obcość między nimi, zrodzoną w wyniku wojny, która zniszczyła ich rodzinę.
— A ciocia? — zapytał. — Wujek? Co z nimi?
Łucja westchnęła.
— Nie wiem. Kiedy byłeś w naszym domu we wrześniu trzydziestego dziewiątego, tata właśnie uciekał przez most nad Czeremoszem do Rumunii. Nie widziałam go od tego czasu. Wiem tylko, że był w Stambule, ale czy wrócił potem do mamy podczas wojny… — Bezradnie wzruszyła ramionami.
— Faktycznie wtedy się rozminęliśmy.
— A co się z tobą działo, kuzynie?
Musiał jej zatem opowiedzieć o tym, że wkrótce po wizycie w ich domu stoczył w Kutach walkę z radziecką kolumną pancerną, a potem trafił do niewoli. Znalazł się w obozie w Starobielsku razem z kuzynem Jana Serafinowicza, Łukaszem, ale ostatni raz widział go na stacji Gniezdowo w kwietniu 1940 roku. Potem trafił na Łubiankę, a kiedy wydostał się z obozu sowieckiego, przedarł się do Anglii, został cichociemnym i wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach, Niemcach, komunistach i polskich kurwach szmalcownikach, które wydawały Żydów w ręce Niemców. Przyzwyczaił się do zabijania. Był kurierem, zaniósł dowódcom powstania warszawskiego jasne przesłanie, że Zachód nie pomoże, że będzie mieć Polskę i jej mieszkańców w poważaniu5. Potem walczył w antykomunistycznej partyzantce do 1947 roku. Następnie w wyniku splotu okoliczności uciekł i zabił swoją byłą kobietę, która pracowała dla Urzędu Bezpieczeństwa.
— To się nadaje na wielką książkę, kuzynie — rzekła Łucja.
— Po wojnie zostałem cynglem amerykańskiego rządu — dodał jeszcze Mokrzycki, który po trzydziestu latach „służby” sprawiał wrażenie zmęczonego zabijaniem. — I mam już dość.
— Jesteś szpiegiem?
— Nie określiłbym tego w ten sposób. Moje zadania były ściśle tajne, ale powoli odchodzę z firmy, że tak to ujmę. Coś wiesz o mnie, kuzynko. Teraz twoja kolej.
Musiała mu opowiedzieć wszystko, od przełomu roku 1934 na 1935, kiedy po raz ostatni widzieli się w Warszawie — podczas tej szalonej zabawy sylwestrowej, na której była z Ginczanką6. Nawiązała do tego. Mokrzycki, jak się okazało, dobrze się przygotował do spotkania. Z dużego skórzanego portfela wyjął fotografię. Łucja aż podskoczyła na krześle i niemal strąciła szklankę z lemoniadą ze stolika. To ona wykonała to zdjęcie, była już wtedy zresztą nieźle wstawiona. Pamiętała, że było wesoło i że razem z przyjaciółką Ginczanką świetnie się bawiły. Zamyśliła się. Losów Zuzanny też nie znała…
— Miło, że pamiętasz to wszystko, kuzynko — rzekł Mokrzycki. — To zdjęcie posłużyło mi do odnalezienia tej ślicznej dziewczyny.
Rzeczywiście, stała wtedy obok niego piękna kobieta. Łucja za nic nie mogła sobie przypomnieć, jak się nazywała.
— Barbara Prażmowska — podpowiedział Mokrzycki. — Szukałem jej przez siedem lat7.
— Znalazłeś?
— Tak, mieszka w Japonii razem z synem i synową. Drugi syn pomieszkuje to w Anglii, to Stanach, to w Japonii.
— Niesamowite — musiała przyznać Łucja.
— Ale nie powiedziałaś mi, kuzynko, co się działo z tobą i twoimi siostrami.
Łucja zastanowiła się. Przecież tak naprawdę niewiele wiedziała. Była pewna tylko drogi, którą przeszła. Ale w tej jednej chwili znów się zatrzymała, jej skupienie przeszło na ów wyższy poziom, w którym słyszała kiedyś drzewa i świat cienia. I — mimo że Mokrzycki znajdował się tuż obok — nagle znów zobaczyła chłopca w bieli. Był taki jak przed laty w łagrze. Jej dobry duch… Choć Łucja poznała już wiele złych istot, nawet bardzo złych, i być może nawet jedna z nich miała dostęp do jej duszy i ciała, czuła, że nie czas jeszcze, by wyruszyć w drogę. Najpierw musiała zabezpieczyć samą siebie, nim wejdzie w czas, by dowiedzieć się, co naprawdę stało się z jej siostrami. Z jedną miała rachunki do wyrównania.
Tymczasem chłopiec w bieli wciąż stał na przeciwległym chodniku 42. Ulicy wśród mijających go ludzi. Łucja rozumiała, że tylko ona go widzi. Nie mogła powiedzieć Mokrzyckiemu o swoim nadnaturalnym zmyśle, ponieważ uznałby ją za wariatkę i odszedłby, a tymczasem to właśnie on był jedyną szansą, jaką miała. Musiała ją wykorzystać.
— Łucjo — rzekł Mokrzycki. — Co się z tobą dzieje?
Otrząsnęła się.
— Przepraszam, po prostu wydawało mi się, że widzę kogoś znajomego, ale to tylko złudzenie. Miałam ci powiedzieć, co się ze mną stało. Dobrze, opowiem ci, bo ty też przeszedłeś przez łagry sowieckie, więc mi uwierzysz.
— Naturalnie. — Antoni patrzył na nią pytająco.
Przyjrzała mu się. Miał prawie sześćdziesiąt lat, ale czas potraktował go łagodnie. Włosy zrobiły się szpakowate, ale oczy pozostały te same. Musiała mu powiedzieć coś, co tkwiło w niej od tak dawna.
— Pamiętasz Aldonę? — zapytała.
Zmieszał się. Po takim czasie dopadało go tamte lato, gdy oboje nawzajem uwiedli się z jej siostrą.
— Jak przez mgłę — odparł szczerze. — Nie potrafię przypomnieć sobie jej twarzy. — Powiedział to naturalnie, z żalem w głosie.
Uwierzyła mu.
— Nie gniewaj się, ale musisz wiedzieć, że wasza miłość wtedy była czymś, czego ja, gówniara, nie rozumiałam. Doniosłam wtedy mamie. Rozpętało się piekło, ty musiałeś nas opuścić, ale dla mojej siostry to oznaczało powolne, nieuchronne umieranie jej serca. Przez dziesięć lat, aż do wybuchu wojny, Aldona odsuwała się ode mnie, od Konstancji i rodziców.
— Co się z nią stało?
— Sowieci zabrali nam dom w wyniku kolektywizacji wiosną czterdziestego roku. Aldona któregoś dnia do nas przyjechała, całkowicie odmieniona… Jak gdyby nie była już moją siostrą, ale wrogiem, nienawistnym i bezlitosnym. I wtedy właśnie wydała mnie sowieckiej tajnej policji. Stała się komunistką, suką Stalina, jak wtedy mama ją nazwała.
Gdy wypowiedziała te słowa, oczy Mokrzyckiego zwęziły się, jak gdyby ktoś inny zajął jego miejsce. Łucja potrafiła takie rzeczy wyczuwać i wiedziała już na pewno, że jej kuzyn jest wielokrotnym mordercą, dla którego druga wojna światowa trwała dłużej niż dla wielu innych ludzi. Trafiła w punkt. Nienawidził komunistów i Związku Radzieckiego. Ta nienawiść dalej w nim żyła. Była gorąca jak wulkan i wyrachowana jak stado wilków w Yellowstone, tropiących łosia.
— Nie twierdzę, że to była twoja wina — rzekła Łucja. — Nikogo już nie oskarżam. Mówię tylko o konsekwencjach jednego zdarzenia, które przez lata mogą oddziaływać na innych ludzi. Przed wojną mieszkałam przez jakiś czas z Aldoną we Lwowie. I widziałam, jak moja siostra wewnętrznie obumierała dla naszej rodziny. Z czasem zmieniła się nie do poznania. Powiedziała mi kiedyś, że musiała zabić miłość do ciebie, ale wraz z nią sama umarła. Jakaś część jej duszy naprawdę jest martwa. Uwierz mi, że mam pewność w tych sprawach. Gdyby nie ten romans, może jej życie, i moje także, potoczyłoby się inaczej.
Mokrzycki wydawał się tym wszystkim wyraźnie zaskoczony. Nie spodziewał się takiej rozmowy, psychologicznej analizy po latach, i nie czuł się z tym dobrze. Jego kuzynka została doświadczona przez wojnę, ale przecież on też miał coś do powiedzenia w tej materii.
— Czego ode mnie oczekujesz? — zapytał w końcu.
— Chcę, żebyś mi pomógł odnaleźć moją rodzinę, obojętnie, żywą, w grobie, na emigracji, jak my tutaj w Ameryce, gdziekolwiek są, kimkolwiek są. Mówiłeś, że pomogłeś tej dziewczynie ze zdjęcia. A tutaj chodzi o twoją rodzinę, Antoni.
Mówiąc do niego po imieniu, Łucja podkreśliła więzy krwi. Antoni był jedynym żyjącym jej krewnym, bliskim kuzynem. Ich matki były siostrami. Zdawała sobie sprawę, że z rodziną dobrze wychodzi się na zdjęciach, czego może i Szymańscy byli najlepszym przykładem, ale ona nie miała nawet jednego zdjęcia rodziny. Wszyscy istnieli tylko w jej pamięci: Klementyna i Ludwik, Konstancja z Maćkiem i Aldona. Musiała się podzielić tą pamięcią z kimś, kto mógł nie tylko jej wysłuchać, ale także uwierzyć w jej słowa; z kimś, kto miał podobne przeżycia, kto przeszedł przez ten sam koszmar drugiej wojny światowej.
— Nie wiem, czy mam ochotę drugi raz na taką przygodę — rzekł Mokrzycki.
Opowiedział jej historię Barbary Prażmowskiej. Oczywiście — w skrócie, ale i tak zrobiła na niej wielkie wrażenie.
— Zajęło mi to długie lata, jak już ci powiedziałem — zakończył. — I w dodatku nie robiłem tego sam, ale z pomocą pewnego młodego człowieka, syna Barbary, który też jej szukał. Poza tym jestem o te dziesięć lat starszy.
— Ale ja jestem twoją kuzynką. I to też twoja rodzina. A sprawa dotyczy wojny i losów polskich, kuzynie — zaoponowała Łucja.
Naprawdę nie miała nikogo innego, do kogo mogłaby się zwrócić po pomoc. Szybko rozważyła za i przeciw i podjęła decyzję.
— W takim razie wysłuchaj mojej, tej najbardziej mojej historii. Po raz pierwszy chcę ją komuś opowiedzieć. Wiem, że mnie zrozumiesz.
Mokrzycki nie miał wyjścia. Musiał jej wysłuchać.
— Zacznę od zdrady Aldony. Jak wiesz, po latach moja siostra została komunistką i wydała mnie w ręce NKWD…
Warszawa, marzec 1968
Dyrektor Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk miał swoje biuro w siedzibie urzędu w Warszawie na ulicy Mysiej pod numerem piątym. Pewnego dnia odwiedził to miejsce dociekliwy milicjant, którego nazwisko towarzyszka dyrektor gdzieś sobie zapisała, gdyż Polska Ludowa była światem zamkniętym, w którym na różnych szczeblach władzy, urzędów oraz służb mających bronić partii przed obywatelami panowała nie tyle delikatna rywalizacja, ile wręcz otwarta wojna wszystkich przeciw wszystkim, dokładnie jak opisał to przed czterema wiekami Thomas Hobbes. W tym nieustannym zarządzaniu poprzez konflikt partia zachowywała nad wszystkimi kontrolę, a partię nadzorował ten, kto miał autentycznie największe wpływy w Komitecie Centralnym i kto kierował wojskiem i Służbą Bezpieczeństwa. Towarzyszka dyrektor musiała tę sprawę uciszyć.
— Podstawcie mi samochód za dziesięć minut — powiedziała w sekretariacie.
Sekretarki od razu wiedziały, że szefowa jest nie w humorze. Po latach pracy z nią potrafiły odgadnąć, kiedy można prosić o dzień wolny, a kiedy lepiej tego nie robić. Wszystko stało teraz na głowie z powodu wydarzeń marcowych na Uniwersytecie Warszawskim i Politechnice, a urząd miał z tego powodu mnóstwo pracy. Cenzorzy musieli zapanować nad wszystkim, po tym jak zdjęto z Teatru Dramatycznego „Dziady” w reżyserii Dejmka.
Towarzyszka dyrektor pojechała oczywiście do Ministerstwa Sprawiedliwości. Czasami, gdy miała coś do załatwienia w jakiejś drobnej sprawie, wybierała autobus, ale teraz chciała wywrzeć odpowiednie wrażenie. Zirytowali ją odnalezieniem człowieka, który został dobrze ukryty i nikt nigdy nie miał wpaść na jego ślad. Jednak nie to było najgorsze. Ktoś go z nią rodzinnie powiązał. A taki krewny mógł naprawdę przeszkodzić w karierze w PRL. Towarzyszka dyrektor świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Wkroczyła do Ministerstwa Sprawiedliwości i nawet nie zapisała się w dzienniku wejść i wyjść. Znali ją przecież w tym budynku. Aż za dobrze nawet. Może to ciętemu językowi, chamstwu — jeśli była potrzeba — towarzyszka dyrektor, pierwszy cenzor PRL, zawdzięczała to, że przetrwała na stanowisku od jesieni 1956 roku, owej pamiętnej polskiej jesieni? Bo właśnie wtedy Aldona objęła urząd.
Towarzyszka dyrektor nie lubiła wind i nigdy z nich nie korzystała. Energicznie weszła po schodach na drugie piętro i zmierzała w stronę części ministerstwa zarezerwowanej dla prokuratorów. Kierowała się do biura prokuratora generalnego, którym w owym czasie był Kazimierz Kosztirko8. Próbowano ją zatrzymać. Na próżno.
— Naprawdę chcecie sobie, towarzysze, narobić kłopotów? — zbywała sekretarki i prokuratorów.
Cenzura była jednak w cenie. Przecież gdy trzeba coś ukryć albo przywalić komuś zakaz publikacji, nie ma jak towarzyszka dyrektor! Zakazać komuś pisania, aktorstwa lub wystawiania sztuki — to była władza. Towarzyszka dyrektor nie zdecydowała jeszcze, co zrobi z Kazimierzem Dejmkiem, który wystawił „Dziady”. Był wprawdzie członkiem partii, ale musiał ponieść konsekwencje za tę marcową awanturę. Musiała go jakoś ukarać, boleśnie i artystycznie. Już po głowie chodził jej piękny zakaz wchodzenia do jakiegokolwiek teatru w PRL.
W końcu dotarła do właściwego gabinetu. Duże, masywne, rzeźbione drzwi. Widziała takie kiedyś w Moskwie, na Kremlu. Może sprowadzono je ze Związku Radzieckiego? Pchnęła skrzydło i weszła do środka. Trwała tam narada prokuratora generalnego Kosztirka z jakimiś jego podwładnymi. Należało działać szybko. Sprawiedliwość ludowa musiała być przecież szybko wymierzana tym wszystkim wichrzycielom, studentom, podstępnym intelektualistom uniwersyteckim, gdzie uwili sobie antysocjalistyczne gniazdko. Z tym towarzyszka dyrektor nie miała problemu. Jej lojalność wobec partii była bezdyskusyjna, a na obradach Komitetu Centralnego to ona górowała intelektualnie nad wszystkimi tymi partyjnymi bonzami. Gomułka słuchał jej i zasadniczo szanował. Może się jej bał, jak inni. Ona natomiast nie bała się w PRL prawie nikogo.
— Wyjść! — rzuciła do podwładnych prokuratora generalnego. — Teraz ja sobie porozmawiam z towarzyszem Kosztirką.
Tamci zaniemówili. Żadna kobieta pewnie ich tak dotąd nie potraktowała. PRL był przecież duszną dyktaturą grubawych, palących papierosy mężczyzn, pijących alkohol podczas pracy. Kosztirko też był zaskoczony. Ale on akurat już wiele razy znalazł się w takiej sytuacji. Dał im znak, żeby wyszli.
— Mogłabyś, Aldono, troszkę grzeczniej mówić do moich prokuratorów…
— Mogłabym — przerwała mu Aldona — ale nie muszę. Niech wiedzą, gdzie jest władza.
— W twoim stylu — rzekł z przekąsem Kosztirko. — Czemu zawdzięczam twoją wizytę? Wiesz, ile mamy teraz na głowie.
— Dlaczego wysyłasz do mnie milicjantów? Dlaczego węszą? Dlaczego kopią w sprawach, które nie powinny ich interesować? — Aldona zasypała dygnitarza pytaniami.
Kosztirko uśmiechnął się tajemniczo.
— A, masz na myśli sierżanta Jóźwiaka…
— Nie graj ze mną, Kazimierz! Nie lubię tego! Co to za historia!?
— Nie unoś się. Jóźwiak jest sumiennym milicjantem. Dostanie awans — mówił Kosztirko. — Milicja znalazła po prostu włóczęgę i odwiozła go do szpitala psychiatrycznego. Tam zajął się nim dobry lekarz, ale właśnie wyrzuciliśmy go z kraju.
— Żyd?
— Jakaś ty domyślna. Doktor Żydek Icek jakiś tam — rzekł pogardliwie Kosztirko, który lubił bywać w towarzystwie Mieczysława Moczara, szefa frakcji nacjonalistycznej w Komitecie Centralnym. — Zdiagnozował go. Jóźwiak eskortował naszego doktorka na Dworzec Gdański. A potem przyszedł do ciebie.
— Ale jak to możliwe? — Zaskoczona Aldona poczuła, że Kosztirko ma przewagę.
— Co jest możliwe? Jesteś najprawdopodobniej jedyną żyjącą krewną tego chorego psychicznie mężczyzny — rzekł prokurator generalny.
— Ty wiesz!!?? — syknęła Aldona.
Kosztirko podszedł do szafy pancernej, przekręcił mechanizm otwierający i wyjął szarą teczkę. Usiadł za biurkiem i otworzył ją, żeby się upewnić, czy to na pewno ta teczka. Aldona wciąż stała. Gdy uzyskał pewność, przeszedł do kontrataku.
— Nie zatarłaś odpowiednio śladów — rzekł ze spokojem. — Popełniłaś błąd. Jako jedyny z tej leśnej bandy akowskiej przeżył. Mam akta sprawy, moja droga. Napisałaś w czterdziestym siódmym, że „cała banda została wybita do nogi”, a tutaj, proszę… Jaka siurpryza! — mówił rozbawiony prokurator generalny PRL. — Jóźwiak sprawdził dokładnie, kiedy ten akowiec wypełzł z jakiejś gównianej patriotycznej dziury. Tak trafił do klasztoru w Niepokalanowie, gdzie go ukryłaś dziewiętnaście lat temu. Tak zeznał nasz TW, którego mamy w klasztorze. Ten wariat to jakiś domorosły poeta rozmawiający z drzewami, wszyscy franciszkanie mieli go za durnia, ale robił swoje, sprzątał. Po prostu któregoś dnia świr opuścił klasztor i poszedł przed siebie.
Aldona słuchała z ciężkim sercem.
— To są wszystko twoje wymysły. Nie masz żadnego dowodu. Nie ma żadnych dokumentów z rozwalania po lasach band poakowskich. Trafiali do piachu. Nie jesteś w stanie mnie umoczyć w zdradę Polski Ludowej.
— Twoja pozycja jest zła — rzekł Kosztirko. — Tym razem towarzysz „Wiesław” cię nie obroni.
Gomułka cenił Aldonę. Dla niego była nietykalna, ale jej sposób bycia, trudny i apodyktyczny, nie przysparzał jej przyjaciół w męskim gronie Komitetu Centralnego.
— To nie ty decydujesz, jaka jest moja pozycja. To moja rzecz. — Aldona patrzyła mu twardo w oczy.
— Ale nie zaprzeczasz, że jest twoim krewnym? — zapytał Kosztirko, który też wiedział, że kobieta przejrzała jego blef. Naprawdę nie było żadnych pisemnych dowodów.
— Skąd to wiesz?
— Domyśl się. Jesteś przecież doktoryzowana. Na razie, podkreślam — na razie, pacjent N.N. zostaje w wariatkowie. Jak widzę, zależy ci na nim, a to jest słabość, Aldono. Po raz pierwszy wiem, gdzie jest twój słaby punkt. — Kosztirko uśmiechał się z tryumfem.
— Ta rozmowa nie ma sensu. — Aldona odwróciła się w stronę wyjścia.
— Bądź tak dobra i zaproś do środka prokuratorów, których tak obcesowo wyrzuciłaś z mojego gabinetu — rzucił mężczyzna z przekąsem.
Aldona spojrzała na niego z nienawiścią.
— I powiedz im, proszę, magiczne słowo „przepraszam” — dodał prokurator generalny.
Wyszła bez słowa. Przegrała. On wiedział! Skąd? Jak to było możliwe? Kiedy wracała z kierowcą do swojego urzędu na ulicę Mysią, jej analityczny umysł pracował na najwyższych obrotach. Jak Kosztirko się dowiedział? Nie mógł tego wywlec na podstawie materiałów archiwalnych. Świadków też nie było, przynajmniej żywych.
Aldona wyszła z auta wściekła. Musiała się tego dowiedzieć za każdą cenę.
Kuty nad Czeremoszem, jesień 1940
Ksiądz Manugiewicz z parafii w Kutach czuł, że musi jakoś pomóc Klementynie Szymańskiej po aresztowaniu córki. Nawet Ludmiła, która jako kierowniczka kołchozu była przełożoną swojej byłej pani, martwiła się bardzo jej stanem. Klementyna nie potrafiła pracować, pierwsze dwa dni przepłakała. Wreszcie Ormianin przyniósł suszonych ziół, w tym melisy i męczennicy lekarskiej, oraz korzeń kozłka, i kazał jej wypić napar, by wreszcie się mogła wyspać. Dzięki temu poczuła się lepiej — pierwszy szok minął. Gdy tylko nadarzyła się okazja, Klementyna poszła do księdza Manugiewicza.
— Muszę powiadomić Konstancję o tym, co się stało.
— Proszę nie wysyłać korespondencji pocztą sowiecką, bo list zarekwiruje cenzura — odparł ormiański duszpasterz. — Mnie od czasu do czasu wzywają na przesłuchania do NKWD w Stanisławowie, więc jak tam pojadę, to przekażę wiadomość pani Konstancji.
Dopiero teraz Klementyna usiadła, umęczona i zrozpaczona, na stołku na plebanii.
— Czy ksiądz uważa, że zostaniemy zbawieni, jeśli nie wybaczymy bliźniemu?
— Nie wiem. — Ksiądz Manugiewicz zamyślił się. — Tylko Bóg może oceniać takie przypadki.
— Ja nie wybaczę — rzekła Klementyna.
Spojrzał jej w oczy. Były zimne i posępne.
— Nie mam córki; chcę, żeby ksiądz to wiedział. Aldona jest dla mnie trupem po tym, co zrobiła. To ona wydała moją dobrą Łucję NKWD. Ona, jej własna siostra.
Ksiądz westchnął. Co mógł na to rzec… Rana była zbyt świeża. Postanowił poczekać, aż się nieco zabliźni. Choć wiedział, że pewne rany nigdy się nie goją.
— Opisz to wszystko, Klementyno — rzekł. — Zawiozę twój list do pani Konstancji, jak tylko będę mógł pojechać do Stanisławowa.
— A kiedy będzie ksiądz mógł?
— W ciągu kilku dni. Potrzebuję przepustki na wyjazd w celach liturgicznych od miejscowego NKWD — odparł.
Klementyna Szymańska znów zapłakała. Napisała list do Konstancji i razem z jej adresem przekazała kapłanowi. Wspomnienie tamtej nocy wciąż w niej tkwiło. Rana pozostawała otwarta i nadal krwawiła. Ksiądz Manugiewicz był mądrym człowiekiem i celowo milczał, wspierał ją w ciszy, gdyż nie mógł nic więcej uczynić. Wina Aldony była bezsporna. Znał wszystkich Szymańskich od lat i wiedział, że coś złego się z nią stało. Znał też Sowietów. Jeśli już ktoś wpadał w sidła tej ideologii, nie było drogi powrotu.
Stanisławów, jesień 1940
Tymczasem Łucja po aresztowaniu trafiła do aresztu śledczego w więzieniu NKWD w Stanisławowie, więc znalazła się przejściowo w tym samym mieście, w którym mieszkała starsza siostra z mężem. Zamknięto ją w celi ze starą Ukrainką, prowokatorką na usługach tajnej policji. Istotą systemu radzieckiego było panowanie nad więźniem, jego myślami i umysłem na każdym etapie. Jednak Łucja miała przecież w zanadrzu coś, co sprawiało, że wiedziała o rzeczach i sprawach, o których nie powinna wiedzieć. Wyczuła nieszczerość towarzyszki i nie mówiła nic, sprawiając wrażenie przybitej i zrezygnowanej. Co zresztą było przecież prawdą. Po dwóch dniach, podczas których dostała tylko kawałek czarnego chleba i talerz zupy na kapuście, stanęła przed sądem.
— Pierwsze słyszę, żeby rozprawa odbywała się bez przedstawienia zarzutów.
Na sali sądowej, małej, ciasnej i dusznej, ustawione były dwa biurka — dla prokuratora i obrońcy, a trzecie, na drewnianym podeście — dla sędziego. Prokurator, podobnie jak sędzia, był w mundurze. Obrońca potakiwał na każde skinienie sędziego.
— Zarzuty, obywatelko, przedstawiono wam na posterunku NKWD w Kutach — stwierdził sędzia. — Zresztą podstawą waszego zatrzymania i osądzenia za antyradziecką i antysocjalistyczną postawę jest oskarżenie, które wyszło od waszej siostry, towarzyszki Aldony Szymańskiej, która zadenuncjowała nam groźnego wroga władzy radzieckiej.
— I kto jest tym groźnym wrogiem?
— Wy, obywatelko — rzekł sędzia. — Czy zaprzeczycie, że utrzymywaliście kontakt z przestępcą sanacyjnym, swoim ojcem Ludwikiem Szymańskim, wrogiem radzieckiej władzy, i wiecie, gdzie on się znajduje?
— Nie powiem nic, co mogłoby mnie obciążyć — oświadczyła Łucja. — Zapytajcie moją siostrę, z pewnością wam odpowie.
— Jaki zawód wykonywaliście przed aresztowaniem?
— Byłam nauczycielką…
— No to ładnie uczyliście radziecką młodzież, swołocz! — wrzasnął sędzia.
Jej rosyjski nie był najlepszy. To jednak nie miało żadnego znaczenia. Łucja widziała przecież, że to nie jest normalny sąd, ale proces pokazowy. Przemknęło jej przez myśl, że na pewno Aldona dostanie notatkę służbową o jego przebiegu.
— Sąd uznaje obywatelkę za winną zdrady, spiskowania z wrogiem Związku Radzieckiego. Pozbawiamy was obywatelstwa radzieckiego, orzekamy przepadek mienia oraz skazujemy was, więźniarko, na dziesięć lat pobytu w specjalnym obozie numer 2344.
— Dlaczego specjalnym? — zaniepokoiła się Łucja. — Co ja wam zrobiłam?!
Powoli docierała do niej nieuchronność i beznadziejność własnego położenia.
— Modelowe zachowanie — warknął prokurator. — Wyprowadzić!
Strażnicy zmusili ją do opuszczenia sali posiedzeń sądu. Trafiła do tej samej celi, ale bez prowokatorki, całkiem już niepotrzebnej. Łucja była oficjalnie skazaną więźniarką. Radziecka praworządność wymierzała karę szybko, nieważne komu.
*
Maciek wracał ulicami Stanisławowa do domu, gdzie mieszkał z matką i nowym tatą, doktorem Szopsowicem. Teraz już nikt mu w szkole nie przeszkadzał. Dokuczliwy uczeń został wysłany z rodziną na Sybir, a Maciek cieszył się opinią wzorowego radzieckiego pioniera. Pani Swieta go uwielbiała, chyba z wzajemnością. Miał dobre oceny. Inni uczniowie nauczyli się, że nie należy go tykać, ponieważ się poskarży wychowawczyni, a to już prosta droga do piekła siermiężnej sowieckiej szkoły. Był tylko jeden uczeń, który czasem jednak Maćkowi dokuczał, ale robił to inteligentnie, żeby nikt nie widział. Nazywał się Franciszek Kubiak i był synem jednego z polskich nauczycieli liceum ogólnokształcącego zamkniętego przez władze sowieckie. Teraz jego ojciec, przedwojenny profesor, pracował jako urzędnik sowieckiej poczty. Znał z widzenia Konstancję.
— Twoja matka, Serafinowicz, jest teraz obracana przed Żyda — powiedział głośno Kubiak na którejś przerwie przy innych polskich uczniach; grubiańsko, choć niesłychanie celnie, bo część z nich, usłyszawszy to, parsknęła śmiechem.
Maciek nie wiedział, co to znaczy „być obracaną”, ale wyczuł podłość, więc tylko syknął:
— Będziesz się tłumaczył, Kubiak, u dyrektora!
— Idź, kurwo, donoś! Wszyscy wiemy, że donosisz! — warknął młody Polak.
Ale Maciek po prostu uciekł. I tak skończył dziś zajęcia wcześniej. Pani Swieta przygotowywała go do konkursu poezji socjalistycznej w Moskwie, na który mieli pojechać wiosną 1941 roku. Na tym się dzieciak skupiał. Chciał tam błyszczeć. A jednak wciąż wracał myślami do pewnego wydarzenia z nieodległej przeszłości…
Stanisławów, kilka tygodni wcześniej
Tamtego dnia Maciek podjechał kilka przystanków tramwajem i poszedł do domu. Wszedł na piętro, gdzie mieszkali teraz z mamą i doktorem Szopsowicem, i otworzył kluczem drzwi. Nie słyszał krzątającej się Konstancji ani nie czuł zapachu zupy gotującej się na kuchni węglowej. Jego uwagę zwróciło coś innego. Szmer, zrazu jeden, a potem zaraz drugi, jak gdyby przesuwało się krzesło albo ktoś nieumiejętnie przemieszczał jakąś szafkę. Zlokalizował swoimi zmysłami źródło dźwięku — dobiegał z dziennego pokoju. Maciek ściągnął tornister, ciężki i znoszony, i postawił go na podłodze. Podszedł tak cicho, jak tylko mógł, do uchylonych drzwi. Oprócz dziwnego szurania dał się słyszeć jak gdyby czyjś stłumiony jęk. Trzynastolatek się przestraszył. Może ktoś tu wszedł i napadł mamę? Może ona potrzebuje pomocy? Ale coś mówiło mu, że to nie ten przypadek — w owym nowym mieszkaniu, zwanym teraz domem, nie zauważył żadnych poprzesuwanych sprzętów ani tym bardziej zniszczonych. Zaciekawiony, uchylił drzwi. Starał się to zrobić cicho. Te odgłosy dobiegały z głębi pokoju, chyba z wersalki. Wsunął się do środka. To, co zobaczył, zaszokowało go.
Doktor Szopsowic miał spuszczone spodnie i leżał na mamie, która miała ściągniętą spódnicę. Rytmicznie ruszał pośladkami, a odgłosy, jakie wydawała Konstancja, były dla chłopca szokujące. Nie przypuszczał, że kobieta może się tak zachowywać! Maciek poczuł się nagle bardzo źle. Delikatnie, na palcach, wycofał się, podczas gdy jęki mamy wzmagały się coraz bardziej. Wyszedł przez uchylone drzwi z pokoju dziennego i poszedł do swojego, tego najmniejszego — z widokiem na park. Skulił się pod ścianą i zakrył uszy, jak gdyby ów dźwięk przesuwanych mebli i jęk pary odbywającej akt miłosny były czymś, czego żadną miarą nie mógł słyszeć.
Trwało to dobry kwadrans. Odtąd Maciek wielokrotnie słyszał odgłosy miłości Konstancji i jej męża z racji swojego słuchu absolutnego. Czuł, że traci matkę. Był coraz bardziej zły na Szopsowica…
Stanisławów, jesień 1940
Od czasu, gdy był świadkiem intymności Konstancji i jej męża, Maciek chodził wyraźnie osowiały. Unikał matki i nie dzielił się już z nią tym, czego doświadczał.
— Czy coś się stało w szkole, kochanie? — zapytała w końcu Konstancja, szczerze przejęta stanem syna.
— Naprawdę cię to obchodzi? — odparł Maciek, w którym wzbierała złość także na matkę.
W jego przekonaniu tylko Jan Serafinowicz miał prawo robić z jego matką to, co robił doktor Szopsowic.
— Jak ty się do mnie odzywasz?
— Tak, stało się coś. W szkole — rzucił krótko Maciek.
— Co takiego? Mnie możesz powiedzieć, kochanie.
— Nienawidzę jednego takiego ucznia, Polaka.
— Ty też jesteś Polakiem.
Maciek tym razem gwałtownie zaprzeczył:
— Ja jestem Tatarem, jak tata.
— A co ten Polak ci zrobił? — zadała pytanie Konstancja, widząc, że coś jest nie tak. Maciek nigdy tak o sobie nie mówił jak tego dnia.
— Powiedział, że jesteś obracana przez doktora Szopsowica! — rzucił chłopak. — Ja mu wykrzyczałem, że to nieprawda, i uciekłem ze szkoły!
Konstancja bardzo się na te słowa zmieszała. Nie wiedziała, że syn śledził jej życie miłosne w mieszkaniu. Tymczasem Maciek uważnie obserwował matkę, każde drgnienie jej twarzy. Nie potrafiła ukryć swoich emocji i z pewnością czuła się przyłapana na gorącym uczynku, choć przecież nie miała świadomości, że syn wszystko widział przed paroma miesiącami i teraz pokierował rozmową tak, żeby ją ukarać, żeby wstydziła się normalnego życia małżeńskiego. Po chwili opanowała się i pogładziła go po głowie.
— Nie możesz się kłócić z każdym chamem, którego spotkasz w szkole. Wiesz, że doktor Szopsowic nas uratował i że to jest dobry człowiek.
— Tak, mamo, wiem. Jak ja to dobrze wiem.
Konstancja wstała i poszła do kuchni gotować obiad. Maciek został sam ze swoją wiedzą. Na razie bezużyteczną.
Lwów, jesień 1940
Przyjaciółka Aldony, Halina Górska9, wracała właśnie ze spotkania Radzieckiego Związku Pisarzy Ukrainy we Lwowie do mieszkania, które należało do Szymańskiej. Pozwoliła Halinie zamieszkać w nim razem z mężem i dobrze się tu razem czuli. Teraz przyjaciółka zastała Aldonę w pokoju, siedzącą pod ścianą, apatyczną i milczącą. Na podłodze stała wypita do połowy butelka wódki. Górska nigdy dotąd nie widziała przyjaciółki w takim stanie.
— Co się stało? — Podeszła do Aldony.
Halina Górska czuła się zobowiązana do troski o przyjaciółkę, zwłaszcza że zauważała u niej coraz gwałtowniejszą radykalizację, której przyczyną — o, tak, ona dobrze to wiedziała — była Wanda Wasilewska.
— Wydałam moją siostrę radzieckim organom bezpieczeństwa — rzekła cicho Aldona, jak gdyby pragnęła wypluć z siebie to, co zrobiła.
Górska usiadła przy niej.
— Może miałaś powody. Państwo radzieckie jest otoczone wrogami.
Aldona spojrzała na nią przytomnym wzrokiem, mimo że przecież wypiła już pół butelki wódki.
— Jak ty się troszczysz o państwo radzieckie… — szepnęła w przypływie szczerości. — Zrobiłam to, kurwa, dla mojej kariery! Chcę być taka jak Wasilewska. Chcę jechać na studia do Moskwy! Dlatego wydałam siostrę. Moja matka ma mnie za komunistyczną kurwę i ma rację. Jestem nią.
Aldona przy przyjaciółce mogła sobie pozwolić na szczerość. Znów sięgnęła po wódkę. Po niej zrobiła się jeszcze bardziej wylewna.
— Ale nic to, droga Halinko! Przejdzie mi szybciej, niż myślisz. Najważniejsze jest to, że jadę do Moskwy! Rozumiesz? Do Moskwy!
— Kiedy?
— Wasilewska wysyłała mnie na szkolenie partyjne, ale ja chcę obronić w końcu pracę doktorską ze sztuki. Potrzebuję jeszcze kilku miesięcy, żeby to napisać. A tutaj nie mogę.
— Dlaczego? — zapytała Halina Górska.
— Ponieważ docentka Lanckorońska uciekła do strefy niemieckiej — rzekła Aldona. — Może to i dobrze dla niej, bo nasi towarzysze by jej nie darowali. Ale ja straciłam promotorkę. Wasilewska mówi, że po tym, co zrobiłam, państwo radzieckie pomoże mi w znalezieniu promotora na Akademii Nauk ZSRR10. Tam można zrobić doktorat ze wszystkiego, i to szybko!
Halina nie poznawała swojej przyjaciółki. Była świadkiem jej wewnętrznego umierania, zabijania w sobie do końca siostry. W pewien sposób to rozumiała, bo sama przecież zachęciła ją do pójścia w tym kierunku, ale zarazem miała wrażenie, że drogi jej i Aldony się rozchodzą. I naprawdę ucieszyła się, gdy Aldona powiedziała, że zostawia jej mieszkanie, które ongiś kupił dla sióstr Szymańskich ich ojciec Ludwik.
Stanisławów, więzienie NKWD, w tym samym czasie
Nazajutrz rano o piątej otworzyły się drzwi aresztu, gdzie Łucja trzymana była od wczorajszej rozprawy sądowej.
— Wychodzić! — zabrzmiał metalicznie głos strażnika NKWD.
Poprowadził ją do samochodu, którym przewożono więźniów na dworzec kolejowy. Łucja teraz wiedziała, że nie ma odwrotu. Znalazła się na dworcu w Stanisławowie, który znała tak dobrze — wyruszała przecież z tej stacji do Lwowa na studia. Teraz miała jednak jechać dalej, niż mogła pomyśleć. Nie miała złudzeń, że to, co ją czeka, da się opowiedzieć. Trwała w oczekiwaniu na bydlęcy wagon. Łucja po ludzku była już sama, ale zarazem czuła w sobie siłę, żeby przetrwać to, co było niewyobrażalne. Gdy ruszały na wschód pierwsze wywózki Polaków w lutym 1940 roku, NKWD zabierało ludzi w środku nocy, przy trzaskającym mrozie minus trzydzieści stopni. Dla wielu starszych ludzi i dzieci sama podróż była wyrokiem śmierci. Łucja nie miała powodu uważać, że teraz będzie inaczej. Wielu Polaków aresztowanych w Stanisławowie, Kutach, Stryju i we wszystkich wioskach położonych wśród gęstych rzek tej ziemi czekało razem z nią.
Spojrzała po nich wszystkich, po swoich towarzyszach i towarzyszkach niedoli: na dworcu, otoczone szpalerem żołnierzy NKWD, stały całe rodziny z dziećmi. Być może były to rodziny wojskowych, którzy nie wrócili z sowieckiej niewoli w trzydziestym dziewiątym. Zauważyła też ludzi młodych, zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Wiele twarzy zatroskanych, wpatrzonych tępo w dal lub w jakiś nieistniejący punkt przed nimi. Wszystkich zabrano nagle z domów poprzedniej nocy. Łucja pomyślała o matce. Co się z nią stało? Czy pobiegła za nią? Czy funkcjonariusze NKWD zrobili jej krzywdę? Nie wiedziała i gryzła ją ta myśl.
— Jeśli mnie wywiozą, kiedy znów zobaczę mamę? — wyszeptała.
Przymknęła powieki. Po chwili otworzyła oczy i rozejrzała się. Na stację wjeżdżał sowiecki pociąg, powoli, ospale. Lokomotywa z wielką czerwoną gwiazdą z przodu wyglądała groteskowo.
— Wsiadać! — padła komenda po rosyjsku.
Do każdego z wagonów podeszło po dwóch żołnierzy NKWD, którzy odciągnęli zasuwy i otworzyli drzwi. Pozostali sołdaci zaczęli popychać zgromadzonych na dworcu w kierunku składu.
— Nie ociągać się!
Strach przed bagnetami, których Sowieci mogli użyć, sprawił, że ludzie rzeczywiście ruszyli do środka. Jacyś dwaj rośli mężczyźni weszli pierwsi i zaczęli pomagać kobietom i dzieciom, najpierw swoim, a potem wszystkim innym. Wśród przekleństw, modlitw, jęków i płaczu maluchów pociąg zaczął się zapełniać. Ktoś popchnął Łucję, ruszyła do przodu wraz z ludźmi. Teraz czuła, że to koniec. Ale jeśli Opatrzność, która istniała nad nimi wszystkimi, rzeczywiście kieruje losami ludzkimi, to ona musi przetrwać. W końcu ktoś podał jej rękę i zaraz znalazła się w wagonie.
Niebawem mieli odjeżdżać, gdy na dworcu pojawił się samochód, z którego wysiadło dwóch umundurowanych funkcjonariuszy NKWD. Przez chwilę dyskutowali z pozostałymi. Transport wciąż czekał. Łucja obejrzała się za siebie. Za nią w przedziale bydlęcego wagonu kłębili się ludzie — jak beczące stado dwunogów. Pośrodku tego wagonu w drewnianym poszyciu znajdował się otwór, który miał być dla tych wszystkich nieszczęśników dołem kloacznym do załatwiania potrzeb osobistych. Miejsc na drewnianych pryczach starczyło tylko dla tych, którzy weszli pierwsi. Reszta miała stać. Drzwi zaryglowano od zewnątrz.
Pociąg ruszył i już wkrótce szybko jechał na wschód przez Kijów, Woroneż, Saratów i kierował się w stronę Czkałowa. Pędził dzień i noc. Zatrzymywał się tylko raz dziennie i wtedy na jakiejś stacji, o której nazwie nie informowano skazańców, podawano cztery wiadra kipiatoku, czyli wrzącej wody, i cztery bochny czarnego chleba na wagon. Łucja starała się unikać nieprzegotowanej wody, dlatego to była jej jedyna szansa na napicie się — niestety, z metalowego kubka wielokrotnego użytku, użyczanego podczas postoju. Dwa razy udało się jej dostać od miejscowych, przeważnie Rosjanek, szklankę kwasu chlebowego.
Najstraszniejsze jednak dla Łucji było korzystanie z dziury w podłodze. Na coś takiego decydowali się ludzie najbardziej zdesperowani, z powodu biegunki lub nieżytu żołądka. Podczas postoju pociągu sowieccy strażnicy i miejscowe kobiety pozwalali czasem udać się do ustępów na dworcach, z których korzystanie — choć były obrzydliwe — nie było tak upokarzające jak konieczność kucania w obecności towarzyszy podróży nad dziurą kloaczną w wagonie.
Kto nie wytrzymywał podróży, umierał. Pierwsza odeszła starsza kobieta, która nie chciała puścić syna samego na katorgę. Należało wynieść ją z wagonu. Ten mężczyzna potem płakał całymi dniami, bo NKWD porzuciło zwłoki jego matki na dworcu podczas najbliższego postoju. Może ktoś ją pochowa — łudził się, ale niewykluczone było, że po odjeździe pociągu kobieta, która dała mu życie, trafiła do rowu, a tam zajęły się nią wszędobylskie bezpańskie psy, symbol ZSRR. Ten obraz wdarł się do pamięci Łucji i już tam pozostał — ciało tej kobiety, leżące na skraju peronu gdzieś w bezkresnym Związku Radzieckim, jak gdyby było zbędnym przedmiotem, śmieciem.
Miejscowe Rosjanki okradły tylko jeszcze zmarłą z butów, bo to akurat w ZSRR był skarb.
Stanisławów, jesień 1940
Dopiero po kilku dniach od rozmowy z Klementyną Szymańską ksiądz Manugiewicz dotarł do Stanisławowa. Oficjalnie — żeby się spotkać z proboszczem tamtejszej parafii ormiańskiej, Leonem Isakowiczem11, z którym razem byli w roku 1937 na uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Łaskawej. Kościół ormiański zbierał informacje o tym, co działo się w parafiach, ile osób zostało wywiezionych, czy ucierpieli Polacy i Ormianie. Ksiądz Manugiewicz wiedział, że jego kolega jest w kontakcie z organizacją Służba Zwycięstwu Polski z zaboru niemieckiego. Jak Ormianie umieli to zorganizować, jak przekazywali informacje przez ściśle strzeżoną granicę niemiecko-sowiecką — pozostało tajemnicą.
— Nie przejmuj się, Samuelu — przekonywał ksiądz Isakowicz. — NKWD jeszcze nie dobrało się do nas, na razie zajmują ich ciągle Polacy i Ukraińcy.
— Martwi mnie, co się stanie, jak NKWD sobie o nas przypomni.
— A co, nie chciałbyś pojechać do kołchozu w Armenii?
Żartowali przez chwilę, choć przecież nie było im do śmiechu. Może był to ich osobliwy sposób na oswojenie tego, co nieuchronnie się zbliżało. Potem ksiądz Manugiewicz wyszedł z parafii ormiańskiej i skierował się do tramwaju. Musiał trafić do domu Konstancji obok szpitala, ponieważ nie chciał korzystać z telefonów ani z sowieckiej poczty. Najstarsza z sióstr Szymańskich, choć jako mężatka nosiła już inne nazwisko, musiała się wszystkiego dowiedzieć z pierwszej ręki, z nieocenzurowanego listu od matki. Manugiewicz zastanawiał się, czy nie powinien się przebrać w świeckie ubranie, ale w przypadku kontroli dokumentów to mogłoby się wydać sowieckiej policji podejrzane i zapewne skończyłoby się aresztowaniem. W ZSRR udawanie kogoś, kim się nie jest, było ciężkim przestępstwem. Jechał zatem w sutannie, na którą nałożył płaszcz, i w czarnym kapeluszu, żeby nikt nie miał wątpliwości co do jego tożsamości.
*
Konstancja przebywała w mieszkaniu sama. To, że Maciek zaczął pyskować, nie martwiło jej tak bardzo. Wiedziała, że tak być musi. Chłopak dorasta, buntuje się — tłumaczyła sobie. Czym innym jednak było powolne zanurzanie się Maćka w sowiecką rzeczywistość. To, co stało się jakiś czas temu, po tym jak zaniósł do szkoły jako własne zadanie, które podyktował mu doktor Szopsowic, zmieniło wszystko. Konstancja przeklinała w duszy tamten dzień. Doskonale odrobiona praca domowa otworzyła mu drogę do sowieckiej szkoły. Teraz jej syn zmienił się we wzorowego pioniera.
To, czym żyła Konstancja i jakie wyznawała wartości, zostało poddane próbie przez małżeństwo z Szopsowicem. Dzień po dniu się na to wewnętrznie godziła. Przeistaczała się, nawet jeśli jakaś — wcale niemała — część jej serca oponowała, broniła się przed tym. Sowiecka rzeczywistość przytłaczała, wdzierała się do rodzin i domów, wciskała między najbliższych jak nieproszony gość, jak intruz, który wykorzysta każdą szczelinę, żeby dostać się do środka. A małżeństwo z Szopsowicem miało swoje konsekwencje. Konstancja nie mogła żyć w białym małżeństwie — i nawet tego nie chciała. Nie domyślała, że jej życie seksualne zostało dostrzeżone przez Maćka i syn z tego powodu doznał szoku.
Gdy tak rozmyślała, zadźwięczał dzwonek do drzwi. Konstancja była zaskoczona, gdy okazało się, że to ksiądz Manugiewicz. Znała go doskonale, ale zupełnie się nie spodziewała jego odwiedzin.
— Czy mogę wejść? — zapytał duchowny. — Nie zajmę dużo czasu.
— Czy coś się stało? — Konstancja czuła, że wizyta proboszcza z Kut oznacza kłopoty. — Czy to mama…?
Ksiądz pokręcił głową.
— Przywiozłem, pani Konstancjo, list. Przekazuję i znikam.
— Nie, nie mogę się na to zgodzić — zaoponowała kobieta. — Poczęstuję księdza herbatą.
Proboszcz z kamienną twarzą oddał jej kopertę od matki. Usiedli w pokoju gościnnym, w którym Konstancja mieszkała z nowym mężem. Otworzyła list i zaczęła czytać. To rzeczywiście musiał być dla niej szok. Upuściła kartkę. Zbierało się jej na płacz.
— Aldona? — zapytała z niedowierzaniem.
— Tak, wydała Łucję w ręce NKWD.
Dla Konstancji Łucja była szczególnie bliska. Nie mogła się pogodzić z jej losem ani z niesprawiedliwością, która spotkała jej młodszą siostrę.
— Co możemy zrobić? Porozmawiam z mężem…
— Doradzam ostrożność. — Ksiądz Manugiewicz nie znał Szopsowica, ale miał wiedzę o tym, jak wielu Żydów zachowywało się serwilistycznie wobec władz sowieckich.
Dopił herbatę. Konstancja nie była w stanie się pozbierać po tej wiadomości.
— Znajdę sposób, żeby napisać do mamy. Gdzie ona jest?
— W kołchozie, który Sowiety urządziły z waszego domu. Nie może wyjechać. Ucieczka od tej podłej roboty byłaby traktowana jak najgorsze przestępstwo.
— Jak ona sobie z tym radzi?
— Nie będę pani oszukiwał, nie jest dobrze. Łucja pracowała, pomagała pani matce w obowiązkach, dzieliła się z nią jedzeniem. I jeszcze to aresztowanie… To było dla niej straszne, była przecież przy tym obecna. — Ksiądz Manugiewicz rozłożył bezradnie ręce. Po chwili jednak uśmiechnął się lekko. — Ale stara Ludmiła, którą Sowieci zrobili szefową kołchozu, nie da jej zrobić krzywdy. Pani matka znalazła siłę do życia dzięki nienawiści do Sowietów, co, muszę przyznać, bardzo mnie martwi.
— Dlaczego?
— Nienawiść niczego nie buduje, tylko niszczy. Klementyna tą nienawiścią zniszczy też siebie samą.
Ksiądz Manugiewicz nie chciał przedłużać. Pożegnał się i wyszedł.
Obóz specjalny 2344, niedaleko Czkałowa, ZSRR, jesień 1940
— Tutaj jesteście na granicy Europy i Azji — oświadczył komendant czkałowskiego łagru, czyli specjalnego obozu pracy dla więźniów antysocjalistycznych, wywrotowych i sabotażystów, porucznik NKWD Leonid Myszkin.
Łucja widziała go z daleka. Był wysoki i zawsze chodził w mundurze, a mieszkał w drewnianym domu pośrodku obozu, gdzie zaraz obok znajdowała się w mniejszym baraku kancelaria. Łucja w ogóle nie słuchała tego, co mówił o socjalistycznej pracy. Jedno tylko wyłowiła z jego przemówienia. Rodziny mieszkają razem w domach po trzy na jeden, a baraki dla samotnych kobiet i samotnych mężczyzn znajdują się z tyłu. Tam trzeba było pójść po otrzymaniu z kancelarii numeru obozowego, który ma być przyszyty do ubrania. Brygadzistka w żeńskim baraku i brygadzista w męskim przekażą nowym więźniom obowiązki, które muszą być wykonywane, jak mówił Myszkin:
— …z miłością do wielkiego, kochanego towarzysza Stalina, dzięki którego dobroci wy, wszystkie polskie świnie, macie szansę uczynienia czegoś dobrego dla nowej, socjalistycznej, radzieckiej ojczyzny.
Po tym jakże charakterystycznym przemówieniu zesłańcy mieli iść do swoich domów. Łucja także poszła do baraku kobiecego. Nie wiedziała jeszcze, do jakiego piekła wkracza.
Od pierwszego momentu musiała przyzwyczaić się do smrodu. W łagrze zimą nie istniało coś takiego jak higiena osobista. Zaraz pojawiła się koło niej potężna kobieta, o głowę od niej wyższa, choć przecież Łucja nie była wcale niską osobą. Przysadzista, ale o ogromnie grubych rękach, co nie było wynikiem otłuszczenia, ale masą jej mięśni. Łucja spojrzała na jej twarz. Tamta miała skośne oczy, co u narodów środkowej Azji współtworzących Związek Radziecki jest zupełnie normalną cechą antropologiczną.
— Jak się nazywasz i za co siedzisz? — zapytała po rosyjsku.
— Łucja i siedzę za to, że jestem Polką.
Ta odpowiedź mogłaby ją drogo kosztować, gdyby Łucja trafiła na komunistyczną idiotkę albo fanatyczkę, ale ta potężna kobieta wcale nie była zaskoczona takim dictum.
— Masz ciężki los przed sobą — rzekła kobieta, wciąż po rosyjsku. — Nazywam się Aygal i jestem Uzbeczką. Zostałam tutaj brygadzistką, pracujemy razem na rzecz wielkiego Stalina. Na początku muszę ci wyjaśnić kilka zasad, które panują w tym baraku. Przestrzeganie ich daje ci minimalne szanse przeżycia, nieprzestrzeganie to pewna śmierć. Z mojej ręki albo z ręki strażników NKWD.
Mimo tej oficjalnej retoryki obozowej, która mogłaby każdego przyprawić o dreszcz, Łucja zachowała spokój. Najważniejsze to nie sprowokować tej kobiety, która jednym uderzeniem pięści mogła złamać nos, a uściskiem — kark.
— Tu będziesz spała.
Łucja zauważyła pryczę na parterze. Siennik został zmieniony. Obok znajdował się wełniany koc. Pod głowę wałek ze szmat. Nic więcej.
— Uważaj na szczury, polujemy na nie, ale potrafią w nocy dotkliwie pokaleczyć. Mogą odgryźć palce, szczególnie zimą — ciągnęła Uzbeczka.
— Polujecie na szczury?
— Oczywiście. Jak są tłuste, to patroszymy je i pieczemy nad ogniem. Bardzo dobre mięso.
Nie wzięłabym do ust szczura — pomyślała Łucja i zaraz zrozumiała, że Uzbeczka zrozumiała tę myśl. Jak? To była zagadka.
— Zasada druga. Jesz wszystko, co się nadaje do jedzenia. Jak zima nam przywali minus czterdzieści i będzie trzeba iść do pracy, to zjesz szczura pieczonego na ogniu. Rarytas — zapewniła Aygal.
— Wierzę ci — odparła naturalnie Łucja.
— Jest początek października — mówiła dalej Uzbeczka. — Za chwilę, za kilka dni, zaczną się mrozy. Do tego czasu musisz mieć walonki.
Łucja wiedziała, co to jest. Chodziło o ciepłe obuwie, powszechnie noszone w Rosji podczas zimy, szczególnie na Syberii. Słyszała o walonkach jeszcze w Kutach. Matka chyba o nich mówiła.
— Będzie ze czterdzieści stopni — wyjaśniała Uzbeczka. — Nie możesz pluć, bo zarówno oddech, jak i ślina zamarzają. Tak samo nie mazgaj się tutaj, jak te wszystkie Polki z dobrych domów, bo łzy ci zamarzną na mrozie. Masz jakieś pytania?
— Jak mogę zdobyć te walonki?
— Jutro zaprowadzę cię do magazynu, gdzie mamy różne rzeczy ściągnięte z trupów — oświadczyła Uzbeczka. — Tam sobie wybierzesz. Masz obowiązek pracy podczas wyrębu lasu. Jeśli będziesz unikać pracy, zostaniesz ukarana, a ja potrafię karać, uwierz mi.
— Już wierzę — rzekła Łucja.
— Mamy w obozie lazaret, czyli szpital. Jest tam nawet lekarka z Polski, taka sama więźniarka jak ty. Mamy też sklep, bibliotekę z dziełami towarzysza Stalina i Lenina. Masz obowiązek je czytać.
Łucja miała ochotę zadać pytanie, czy oprócz tych idiotycznych książek jest tam coś cennego, na przykład rosyjska klasyka, ale nie ośmieliła się. Nie pierwszego dnia, żeby ta potężna Uzbeczka nie pomyślała sobie o niej czegoś złego. I nie mogła się pozbyć wrażenia, że ze strony tej silnej kobiety nic jej nie grozi. Może to było na wyrost, może łudziła się niepotrzebnie, ale przecież Łucja miała w zanadrzu coś, czego inni ludzie nie mieli. Przeczucia rzadko ją myliły.
Mimo całego stresu związanego z dwutygodniową podróżą w bydlęcym wagonie pociągu towarowego Łucja zasnęła kamiennym snem, gdy tylko się położyła. Ciało domagało się snu. Wydawało jej się, że jest w Kutach, tej samej nocy, kiedy Aldona wydała ją w ręce NKWD. Ale nieoczekiwanie zamieniła się z siostrą ciałami i teraz to ona musiała być Aldoną. I żyć z tym, co ona zrobiła. Łucja nawet we śnie wiedziała, że nie mogłaby. Pochłonęłaby ją ciemność. Potem długo błąkała się po Kutach, widziała matkę, która w kołchozie codziennie pasała świnie. Mówiła do niej, krzyczała, żeby się nie poddawała, ale matka w tym śnie była jak gdyby za szkłem. Nie słyszała jej. Nie mogła jej usłyszeć. Wtedy Łucja otworzyła oczy. Był ranek pierwszego dnia morderczej pracy.
Kuty nad Czeremoszem, późna jesień 1940
W Kutach nad Czeremoszem mówiono o aresztowaniu Łucji Szymańskiej jeszcze długo po tym, jak miejscowi żołnierze NKWD odprowadzili ją do Kołomyi, by wyprawić potem dalej, do Stanisławowa. Łucja nie wróciła i nie spodziewano się, że to może jeszcze nastąpić. Od NKWD nie wracał nikt. Do popularnej przedwojennej karczmy, która należała niegdyś do Lejba Cwajngolda — teraz to był znacjonalizowany bar mleczny, ponieważ w ZSRR nie mogło być prywatnych inicjatyw — wszedł Timofiej Kuzmienko. Znali go tutaj wszyscy i po cichu się go bali. Otaczał się Ukraińcami, a że niedaleko, zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów stąd, była granica z Rumunią, ustanowiona po tym, jak w czerwcu 1940 Sowieci zagarnęli ziemie rumuńskie, w Kutach Kuzmienko spotykał się z różnymi ludźmi, przeważnie oddanymi idei, w którą on sam wierzył bardziej niż w Boga.
Wierzył w wielką Ukrainę.
Te różne typy nie umykały uwadze Tamary Cwajngold, która pracowała w barze mlecznym. Nie lubiła dzisiejszego Kuzmienki, który kiedyś, gdy chodził z nimi wszystkimi do szkoły podstawowej w Kutach (jeszcze tej polskiej, przed 1939 rokiem), był sympatycznym chłopakiem. Potem Tamara doceniała, jak wypowiadał się o poezji przy Aldonie Szymańskiej i jej przystojnym kuzynie Mokrzyckim dziesięć lat temu. Wtedy ona, która chciała studiować sztukę, też wierzyła w takie złudne, a przez to niebezpieczne mity jak równość narodów, równouprawnienie Żydów czy wolność dla kobiet. Życie szybko to zweryfikowało. Ojciec chciał ją wydać za mąż, ale ona nie zgadzała się tego zrobić bez miłości. Tylko to jej zostało — własna wola, którą stary Lejb Cwajngold szanował, choć to wcale nie było regułą u żydowskich ojców. Kuzmienko wkrótce przestał na nią zwracać uwagę, a ona nigdy nie miała nawet śmiałości, żeby powiedzieć mu po ukraińsku: cześć. Otaczał się dziwnymi typami, ale mieszkał w domu Szymańskich nad rzeką, a potem, kiedy władze sowieckie utworzyły tam kołchoz, uzyskał zatrudnienie. Ale sprytna dziewczyna wiele razy widziała go w mieście w towarzystwie „nietutejszych”, jak określała wszystkich obcych. Ci ludzie, sami mężczyźni, wyglądali tak, że lepiej im w drogę nie wchodzić.
Starała się zawsze podsłuchać, o czym mówią ci Ukraińcy, z którymi spotykał się Kuzmienko w barze (język ukraiński, tak jak i rosyjski, i polski, nie był jej obcy), ale zawsze, kiedy przechodziła obok nich, uciszali rozmowę, jak gdyby sobie nie życzyli, żeby Żydówka ich usłyszała. Jednak tym razem zamówili dużo wódki — chyba z tego powodu, że jeden z rozmówców Timofieja został ojcem i opijali tę niezwykłą okazję. Kilka razy wołali ją do stolika, żeby przyniosła a to śledzia solonego z beczki, a to małosolnego ogórka, który do wódki jest dobrą zakąską. Z początku byli ostrożni, jak zawsze, ale potem, kiedy wódka, wieczna towarzyszka wszelkich miernot tego świata, zaczęła im szumieć w głowach, stali się nad wyraz wylewni. Tamara zdołała wychwycić tylko poszczególne zwroty i słowa, ale uznała, że to było znaczące: „Czekamy na Niemców”, „Uważaj na siebie”. Padło też nazwisko Bandera.
— Gdzie on jest? — zadał pytanie Timofiejowi któryś z mężczyzn.
— W niemieckiej strefie okupacyjnej — odparł.
— To dobrze.
Tyle Tamara zrozumiała, a nie mogła podsłuchiwać dłużej, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Poza tym przychodzili kolejni goście i zamawiali szklankami kwas chlebowy, więc dziewczyna musiała się uwijać w pracy. Ale dobrze wszystko zapamiętała. I obiecała sobie, że będzie mieć na tego młodego Ukraińca oko.
Stanisławów, późna jesień 1940
Szymon Szopsowic lubił, gdy jego nowa rodzina spędzała razem czas, choć nie miał go zbyt wiele dla Konstancji i adoptowanego synka Maćka, gdyż ciągłe dyżury w sowieckim szpitalu, a zwłaszcza nieustanne kontrole, zgodnie z leninowską zasadą „wierzyć i sprawdzać”, wykańczały go psychicznie. Ale Konstancję kochał naprawdę i cieszył się tym, że miał ją u swego boku.
— Jesteś jakaś nieswoja od kilku dni, kochanie — rzekł pewnego dnia do żony.
Konstancja od czasu odwiedzin księdza Manugiewicza rzeczywiście nie była sobą. Musiała się oswoić z myślą o utracie siostry. Swoje zrobiły też słowa księdza o ostrożności. Szopsowic był przecież członkiem partii bolszewików.
— Moja siostra Łucja została aresztowana przez NKWD — powiedziała cicho.
Świadomość nieodwracalności tego, co się wydarzyło, sprawiła, że Konstancja nagle pękła, skurczyła się w sobie, osunęła na kolana w ich małej kuchni i zaczęła płakać. Maciek natychmiast podbiegł do matki, przytulił ją. Kobieta długo szlochała. Kiedy się uspokoiła, powiedziała do męża i syna:
— To straszne, ale najgorsze, że wydała ją Aldona, moja siostra.
Szopsowic bardzo szybko poradził sobie z funkcjonowaniem w sowieckiej rzeczywistości, ale to, że siostra wydała drugą siostrę w ręce NKWD, nie mieściło mu się w głowie.
— Czy jest coś, co mógłbyś zrobić? — zapytała męża.
— Obawiam się, że nie — odparł szczerze. — Jakiekolwiek wstawienie się za Łucją to wyrok. Wiesz, jak działają NKWD i praworządność radziecka.
— Tak myślałam. — Konstancja posmutniała.
Wyrok zesłania orzeczony wobec Łucji przygniatał ją, paraliżował jej wolę, nieodmiennie czuła, że musi być silna nie tylko dla siebie i dla Maćka, ale też… dla nowego życia, które się w niej rozwijało. Uznała, że to odpowiedni moment, żeby powiedzieć im obydwu.
— Jest jeszcze coś…
Zarówno Szopsowic, jak i Maciek wstrzymali oddech.
