Kurier z Teheranu - Wojciech Dutka - ebook + audiobook + książka

Kurier z Teheranu ebook i audiobook

Wojciech Dutka

4,6

Opis

Sprawa katyńska, walka wywiadów i epicka opowieść o Polsce podczas II wojny światowej...

Hrabiemu Antoniemu Mokrzyckiemu, dyplomacie znanemu z powieści „Kurier z Toledo” nie dane było ułożyć sobie życia u boku żony. Powołany do wojska w stopniu podporucznika otrzymuje rozkaz jako agent Dwójki: ma wywieźć i schować dokumenty agentów polskiego wywiadu w ZSRR. Jednak kampania wrześniowa komplikuje te plany. Mokrzycki staje do walki z Armią Czerwoną w drodze do rumuńskiej granicy. Zaprowadzi go to do obozu kozielskiego. Cudem unika Katynia. Staje się świadkiem ponurej tajemnicy, która zaważy na losie Polski podczas wojny światowej...

Na swej drodze bohater styka się z niezwykłymi ludźmi: Józefem Czechowiczem, Tadeuszem Dołęgą-Mostowiczem, Józefem Retingerem, generałami Sikorskim i Andersem, ale także z katami z NKWD. Mokrzycki stanie oko w oko ze Stalinem, szachem Iranu oraz innymi postaciami z historii.

,,Kurier z Teheran'' to doskonałe połączenie powieści historycznej z literaturą sensacyjno-szpiegowską, a zarazem przewrotna opowieść o drugiej wojnie światowej.

Autor książki, Wojciech Dutka, to urodzony w 1979 roku w Bielsku-Białej pisarz, nauczyciel i historyk. Człowiek spełniony, który uwielbia wędrówki po górach, dobry teatr, a także smak przygody i wytrawnego czerwonego wina. Jednak jego największą pasją jest pisanie. Czuje się dobrze zarówno w powieści historycznej, przygodowej, jak i sensacyjnej, ale z powodzeniem uprawia kolaż tych gatunków. Opublikował osiem powieści, w tym głośną „Czerń i purpurę” oraz „Kuriera z Toledo” pierwszą z cyklu o Hrabim Mokrzyckim, polskim szpiegu i dyplomacie, wydaną nakładem Liry.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 582

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 24 min

Lektor: Maciej Więckowski

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Wojciech Dutka, 2020

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © cd123/123rf.com

Zdjęcie Wojciecha Dutki: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-29-8 (EPUB); 978-83-66503-30-4 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

PROLOG

BEJRUT, LIBAN, 7 GRUDNIA 1943 ROKU

Porucznik Antoni Mokrzycki, lat trzydzieści pięć, spieszył się na statek. Minął tydzień od spotkania wielkiej trójki: Stalina, Roosevelta i Churchilla w Teheranie, a Mokrzycki był najprawdopodobniej pierwszym Polakiem, który poznał prawdę o ich ustaleniach w sprawie polskiej. Był bliski załamania, gdy tylko się o niej dowiedział. Ale zarazem poczuł wściekłość, która nie pozwalała się poddać – niewidzialna nić wzywała go znowu do kraju nad Wisłą. Może i kraj spływał krwią, przesiąkał biedą i zacofaniem, ale to był jego kraj.

W Teheranie Mokrzycki przebywał oficjalnie jako hiszpański dziennikarz bliski generałowi Franco. Jako jeden z niewielu przedwojennych pracowników Dwójki, polskiego kontrwywiadu wojskowego, ostał się w strukturze polskiego wywiadu, zachowując przedwojenne kontakty, w tym te z Hiszpanii z czasów wojny domowej. Jednak druga wojna światowa go nie oszczędziła – stracił wszystkich. Mokrzycki nie umiał już nikogo kochać, nauczył się za to nienawidzić. Przy czym zawsze uważał, że Polska miała dwóch wrogów: Niemcy i Związek Radziecki. I ten drugi był gorszy od Niemców, bo oni zabijali tylko ciało, a Sowieci i ciało, i duszę.

Mokrzycki poznał, czym jest NKWD, jeszcze w czasie wojny domowej w Hiszpanii. Zajrzał wtedy w paszczę potwora, kiedy wyciągał przyjaciela z łap bezpieki. Wiedział, że NKWD nie zna litości dla nikogo, kto mówi „NIE” Związkowi Radzieckiemu i Stalinowi. Nie miał więc złudzeń, że sprawa katyńska jest dla Sowietów kompromitująca, a dla Brytyjczyków szalenie niewygodna. Walcząc o prawdę, popełnił wiele zła. Nauczył się zabijać, aby samemu nie zostać zabitym.

Wojna zabrała mu wszystko. Wojna wszystko zniszczyła.

Ta wojna zdawała się nie mieć końca.

CZĘŚĆ PIERWSZASierpień – październik 1939
ROZDZIAŁ IPrzebudzenie

MAJĄTEK MOKRZYCKIEGO POD LUBLINEM,11 SIERPNIA 1939 ROKU

Antoni Mokrzycki ocknął się w swoim pokoju nad ranem po częściowo tylko przespanej nocy. Od przyjazdu do Polski wiosną 1939 roku nocami w snach wracał wciąż do Hiszpanii. Tamte dni i noce w Sewilli latem 1936 roku, kiedy kochał naprawdę i był kochany, miały się już nigdy nie powtórzyć. Nie chodziło jedynie o to, że jego Hefajstion nie żył, ale już nigdy nie miała się powtórzyć ta atmosfera przesycona upałem, zapachem kwitnącej lawendy i lepkiej miłości. Tęsknił za Teo, a jego tęsknota przybierała formę fizycznego bólu. Czasami zabity kochanek przychodził doń w nocy. Mokrzycki chciał go we śnie dotknąć i wtedy zawsze powtarzała się ta sama scena:

– Musisz się obudzić.

– Nie chcę się budzić. Chcę zostać z tobą.

– Przykro mi, ale to niemożliwe...

I Teo rozpływał się w powietrzu. Po obudzeniu Mokrzycki żałował, że to był tylko wytwór jego umysłu pogrążonego w rozpaczy. Cierpiał, ale zwlekał się z łóżka, narzucał na siebie szlafrok i starał się prowadzić codzienne życie. Nie dzielili z żoną sypialni, ale fikcja ich małżeństwa cały czas trwała. W lipcu tego roku Monika Mokrzycka-Skirmunt urodziła synka, którego ojcem nie był Antoni, tylko jej kochanek, kuzyn Leszek Piotrowski. Dziecku nadano imię Jaś, po dziadku Antoniego, który zginął w powstaniu styczniowym. W ten sposób Antoni uznawał dziecko za swoje, a żona była mu wdzięczna. Oboje się przecież nawzajem zdradzili, oboje się zranili i oboje potrafili przejść nad tym do porządku dziennego. Monika miała oczywiście Antoniemu za złe romans z hiszpańskim wagabundą, ale któregoś burzowego wieczora Mokrzycki po prostu rozpłakał się na jej kolanach. To wtedy Monika pojęła, jak bardzo mąż cierpi. Po urodzeniu dziecka przestała nienawidzić tego nieznanego z imienia Hiszpana, który tyle znaczył dla jej męża. Nie mówili więcej o tym, co ich podzieliło. Postanowili zacząć od nowa.

Mokrzycki próbował znaleźć pocieszenie w filozofii. W Lublinie zamówił w naukowej księgarni Gebethnera i Wolffa dwie ważne książki filozoficzne. Pierwsza, którą kupił owego lata, była w języku niemieckim, którym władał swobodnie. Bycie i czas Martina Heideggera było z pewnością lekturą poważną i dla nowego adepta filozofii fundamentalną, ale za autorem ciągnęła się nazistowska aura, więc Mokrzycki schował ją głęboko za pazuchę, wychodząc z lubelskiego antykwariatu.

Drugą książką był Traktat logiczno-filozoficzny Ludwiga Wittgensteina, wydany nie tak dawno, bo w 1929 roku. Jednak lektura tego tekstu wymagała ogromnego skupienia. Filozofia w ogóle wymaga czasu, uwagi i precyzji słowa. Dzięki tej książce Mokrzycki zrozumiał, że słowa mają znaczenie. Czy kochając Teo, użył wszystkich koniecznych słów? Czy powiedział Hiszpanowi, że stał się jego drugim oddechem, życiem na jawie, jego wypełnieniem, cierpieniem i radością? Mokrzycki nie był tego pewny, ale wiedział, że druga taka miłość już nigdy się w jego życiu nie powtórzy.

Bo prawdziwa miłość nigdy się nie powtarza, nie można jej kupić, zamówić u demiurga dziejów, wymarzyć i posiąść. Ona się przytrafia. Przychodzi i tylko od nas zależy, czy ją przyjmiemy, czy podepczemy. „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć” – napisał Wittgenstein. Monika i Antoni postanowili objąć milczeniem to wszystko, co ich oddaliło od siebie. Ze względu na żonę i pragnienie ułożenia relacji z nią Mokrzycki postanowił nigdy więcej nie wspominać o zabitym Hiszpanie. Teo miał odtąd istnieć już tylko w pamięci hrabiego.

*

Nazajutrz, 12 sierpnia pod majątkiem Mokrzyckiego zjawił się samochód z Warszawy – citroën avant, ulubione auto sfer rządowych. Wysiadł z niego młody porucznik Wojska Polskiego w polowym mundurze. Kierowca, nie gasząc silnika, czekał w aucie. Oficer zażądał od służby, żeby natychmiast zaprowadziła go do hrabiego Mokrzyckiego. Służąca zaanonsowała przybysza państwu kończącym śniadanie.

Antoni zauważył, że młody oficer jest zdenerwowany, a to nie wróżyło niczego dobrego.

– Chorąży Jakub Kaliński, przyjeżdżam ze sztabu generalnego z rozkazem dla pana hrabiego! – Podoficer przepisowo stuknął obcasami.

Monika przypatrywała się temu z zaniepokojeniem. Z takim samym niepokojem Mokrzycki popatrzył na przesyłkę w szczelnie zalakowanej kopercie.

– Dla mnie?

– Nie inaczej! – Młody człowiek podał Mokrzyckiemu kopertę z pieczątką Drugiego Oddziału Sztabu Generalnego, czyli Dwójki. Kontrwywiad wojskowy przypomniał sobie o hrabim.

Mokrzycki wiedział, co jest w środku – powołanie do wojska i jednocześnie rozkaz wywiadowczy ścisłego przeznaczenia. Tylko do jego własnych oczu. Nie może go przeczytać przy Monice. Wskazał dłonią letnią werandę, dokąd natychmiast przeszedł z oficerem. Złamał pieczęć, otworzył kopertę i wyjął z niej złożoną na dwie kartkę. Wzrok mu spochmurniał.

– Wykonam rozkaz. Kiedy mam się stawić w Warszawie?

– Natychmiast.

– Rozumiem. Chcę powiedzieć żonie, że muszę wyjechać.

– Oczywiście.

Monika przyjęła to ze spokojem. Wiedziała, że znów dzieje się coś niedobrego. Podobnie silne uczucie niepokoju miała wtedy, kiedy żegnała Antoniego na dworcu kolejowym w Warszawie przed jego wyjazdem do Hiszpanii.

– Nie martw się o mnie – powiedziała, skrywając strach. – Wypełnij swój obowiązek.

Mokrzycki popatrzył na Monikę z wdzięcznością, po raz pierwszy od dawna. Źle ją oceniał. I teraz żałował, że nie powiedzieli sobie tylu rzeczy. Powinien był być z nią szczery, gdy oboje trwali w dziwacznym i pełnym konwenansów narzeczeństwie. Powinien był powiedzieć o swoich namiętnościach. Jednak teraz nie było już możliwości, żeby zawrócić czas z powrotem. Podszedł do żony i przytulił ją. Miał nadzieję, że ten wyjazd jest tylko na chwilę, że wróci z Warszawy i być może dane im będzie zaleczyć rany. Mokrzycki wiedział, że oboje się bardzo skrzywdzili. Oboje potrzebowali wybaczenia, ale na to trzeba było czasu.

Poszedł do siebie, by się przebrać. Było bardzo ciepło, więc wybrał spodnie i marynarkę z szarego bielskiego płótna i niebieską koszulę. Do tego ciemnogranatowy krawat w żółte prążki. Monika kupiła mu go kiedyś, ale dotąd go nie zakładał. Nie lubił krawatów od żony. Pożegnał się jeszcze z małym Jasiem i poszedł z oficerem do samochodu.

Mokrzycki, przeczytawszy jeszcze raz rozkaz w aucie, wiedział, że sytuacja zmierza w stronę najgorszą z możliwych. Wojna wydawała się nieuchronna, choć jeszcze wielu ludzi łudziło się, że pogłoski o niemieckiej koncentracji na granicy pozostaną w sferze plotek. Gdzieś na dnie serca on także miał nadzieję, że może interwencja wielkich mocarstw zmieni układ sił, a Hitler nie zaatakuje. Wszak po polskiej stronie znalazły się Francja z trzymilionową armią i Wielka Brytania z najpotężniejszą flotą wojenną w Europie. Polska prasa codzienna starała się utrzymywać wrażenie, że Hitler nie ośmieli się zaatakować. Mokrzycki czytał już wiele razy slogan: „Silni – zwarci – gotowi”, ale ta propaganda nie robiła na nim wrażenia. Był raczej przybity faktem, że polskie wojsko, szósta armia w Europie pod względem wielkości, zostało stworzone do walki z innym wrogiem niż niemiecki Wehrmacht, czyli z Armią Czerwoną. O tym, jak walczą Niemcy, Mokrzycki miał okazję przekonać się dobitnie w Hiszpanii. Mimo tlących się resztek nadziei nie wierzył w rządową propagandę mówiącą, że Anglia i Francja zrobią cokolwiek dla Polski. Dla Hiszpanii nic nie zrobiły. Dlaczego wobec Polski miałyby postąpić inaczej?

*

Pod wieczór tego samego dnia Mokrzycki spotkał się w centrali Drugiego Zarządu Sztabu Generalnego Wojska Polskiego w Warszawie z jego szefem, pułkownikiem Józefem Smoleńskim. Oficer ten, w randze pułkownika dyplomowanego, w lutym 1939 roku zastąpił na tym stanowisku generała Pełczyńskiego. Mokrzycki nie znał go zbyt dobrze, ale z uwagi na wojenną gorączkę, jaka udzielała się wszystkim, nie zdziwiło go, że został wezwany mimo wakacyjnej aury w sposób tak nagły.

Gabinet pułkownika był ciasny, a jego biurko niedbale zawalone papierami. Szef sprawiał wrażenie zestresowanego i przepracowanego. Mokrzycki zauważył, że pułkownik bardzo się pocił. Sierpień był tego roku upalny. Okno pozostawiono otwarte, ale do wnętrza dostawało się tylko rozgrzane, duszne powietrze.

– Pozwoliłem sobie wezwać pana na osobiste polecenie ministra Becka.

Jezu, znów Beck. Mokrzycki pomyślał, że ostatnim razem polecenie szefa naprawdę daleko go zawiodło. Był ciekawy, co teraz każą mu zrobić.

Pułkownik wskazał Mokrzyckiemu gestem, by usiadł. Sam wstał zza biurka i podszedł do hrabiego.

– Czy ukończył pan szkołę podchorążych? – zapytał znienacka pułkownik.

– Oczywiście. Jestem podchorążym rezerwy – odparł Mokrzycki.

– Został pan właśnie wcielony do sił zbrojnych. Z uwagi na pana zasługi dla naszego wywiadu w Hiszpanii prezydent Mościcki postanowił pana awansować do stopnia podporucznika. Patent oficerski i pasowanie z rąk prezydenta odbierze pan w Belwederze w Święto Wojska Polskiego.

– Kiedy? – zapytał zdumiony Mokrzycki.

– Za trzy dni.

Podporucznik to najniższy stopień oficerski w Wojsku Polskim.

– O niczym innym nie marzę – pozwolił sobie powiedzieć Mokrzycki, ledwie kryjąc ironię. – Właśnie niedawno żona urodziła dziecko. Mam syna. Na imię mu Jaś.

– Widzę, że się pan nie cieszy – westchnął pułkownik. – Ale dziś rodzina musi zejść na dalszy plan. Wezwaliśmy pana, ponieważ odegrał pan ważną rolę w pracach sekcji IIB[1]. Miał pan kontakty z tym pisarzem... Hemingwayem. Pana raporty o polskich komunistach, w tym Walterze-Świerczewskim, zrobiły na nas wrażenie. Przyznaję, że to głównie ja czytałem pana doniesienia. Ma pan u nas dobrą opinię.

– Dziękuję, panie pułkowniku.

– Otrzyma pan od nas zadanie – powiedział przełożony. – Bardzo ważne zadanie.

– Słucham.

– Jesteśmy zdania, że wojna z Niemcami jest nieunikniona. To wiedza operacyjna wywiadu. Niemcy od kwietnia na polecenie Hitlera przygotowali plan ataku na nasz kraj. Nazwali go Fall Weiss, czyli Wariant Biały. Niemcy zaatakują z kierunku Śląska, Prus Wschodnich oraz z byłego terytorium Czechosłowacji.

Mokrzycki nie chciał uwierzyć w to, co usłyszał. Wywiad polski o wszystkim wiedział, a władze nie robiły nic, aby temu zapobiec.

– Jak jest ustawiona nasza armia?

– Wzdłuż granic.

Mokrzycki zdawał sobie sprawę, że takie ustawienie nic nie da, jeśli Niemcy zastosują tę samą taktykę, co w Hiszpanii. Zmasowane uderzenie pancerne przy wsparciu artylerii i lotnictwa. Blitzkrieg. Wojna błyskawiczna.

– Co na to wódz naczelny? – Mokrzycki miał na myśli marszałka Rydza-Śmigłego.

– Nic.

– Jak to nic?

– Wódz naczelny wierzy w Anglię i Francję. Twierdzi, że one przyjdą nam z pomocą, gdy Hitler na nas napadnie.

– A pan?

Pułkownik Smoleński spojrzał wymownie na Mokrzyckiego. To było pytanie retoryczne.

– Uważam, że musimy zabezpieczyć nasze srebra rodowe, czyli dane wywiadu. Zbyt ciężko pracowaliśmy, aby nasze sukcesy miały teraz przepaść. Niemcy nie mogą trafić na spis naszych agentów w Związku Radzieckim, a zapewniam pana, że chętnie by się tego dowiedzieli. Pan ma opinię jednej z najlepiej poinformowanych w Dwójce osób na temat NKWD.

– Przecenia mnie pan pułkownik.

Mokrzycki popatrzył badawczo na przełożonego. Doświadczenia z Hiszpanii podpowiadały mu inne rozwiązanie. Należałoby zapytać, ile Sowieci wiedzieli o polskim wywiadzie, jak bardzo był on podatny na zagrożenie ze strony służb komunistycznych.

– Tym bardziej musimy uważać, żeby te dane nie wpadły w ręce Sowietów, panie pułkowniku.

Smoleński popatrzył na hrabiego ze zrozumieniem. Nikt w Polsce nie wiedział, jak w razie ataku niemieckiego zachowa się Związek Radziecki.

Obydwaj byli pracownikami wywiadu nie od dzisiaj, więc podejrzewali najgorsze. Stalin od początku lat trzydziestych prowadził przeciwko Polsce krwawą dywersję. Polacy musieli utworzyć Korpus Ochrony Pogranicza, ale były to siły zbyt słabe, aby zabezpieczyć całą wschodnią granicę.

– Ile wie o nas NKWD? – zapytał Mokrzycki.

– Dużo – odparł bez wahania pułkownik Smoleński. – O wiele za dużo. Nie mamy za wiele możliwości za wschodnią granicą, ale te, które nam pozostały, są na wagę złota.

Pułkownik wstał i podszedł do kasy pancernej. Wskazał na nią dłonią.

– Tu jest wszystko. Cała nasza praca. – Pokazał kilkanaście teczek osobowych. – Pana zadaniem jest zabezpieczyć listę naszych agentów u Sowietów przed Niemcami.

Po chwili zawahania pułkownik dodał:

– I nie tylko przed nimi. Przed każdym. Tego nikt nie może już zobaczyć. Pan jest ostatnim człowiekiem, który widzi te materiały jako „tajne specjalnego znaczenia”.

– Od kiedy mam zacząć?

– Od zaraz. Proszę zapoznawać się z tymi materiałami wyłącznie tutaj. Może pan to zrobić w moim gabinecie. Nie wolno ich kopiować i nie wolno o nich mówić z nikim nieupoważnionym.

I tak Mokrzycki zasiadł do lektury. Wszedł tego dnia w posiadanie największych tajemnic polskiego wywiadu w Związku Radzieckim. Kilka nazwisk polskich agentów było naprawdę zaskakujących. Stał się jednym z niewielu ludzi mających wiedzę tajną, specjalnego znaczenia, oddanych do dyspozycji naczelnego wodza. Po lekturze tych teczek Mokrzycki uznał, że polski wywiad naprawdę miał być z czego dumny. Postanowił nauczyć się na pamięć prawdziwych danych kontaktowych kilku osób w Moskwie, tych najważniejszych. Miał wrażenie, że mogą mu się przydać już wkrótce.

*

W dniu 15 sierpnia 1939 roku po południu w Belwederze odbyła się ostatnia[2] nadzwyczajna promocja oficerska, w której wziął udział sam prezydent Ignacy Mościcki. Promowano w trybie nadzwyczajnym kilku podoficerów rezerwy, już zmobilizowanych, w tym pilotów, kawalerzystów oraz podchorążego Mokrzyckiego.

Ceremoniał wzorowano na pasowaniu na rycerza, a po złożeniu przysięgi prezydent Rzeczypospolitej dotknął szablą ramienia każdego z pasowanych. Mokrzycki odebrał swój patent oficerski. W uroczystości wzięli udział minister Beck, pułkownik Smoleński oraz żona Antoniego wraz z synkiem i rodzicami. Był to jeden z najprzyjemniejszych dni, jakie razem przeżyli. Po uroczystości Mokrzycki zaprosił wszystkich znajomych na obiad do Hotelu Europejskiego, gdzie podawano znakomite cielęce zrazy. Beck wymówił się obowiązkami, ale w obiedzie wzięli udział pułkownik Smoleński i znajomi z Dwójki.

Teść, profesor Skirmunt, pękał z dumy, a Monika poczuła wielki szacunek do męża. Teraz dobitnie zdała sobie sprawę, że w wywiadzie był naprawdę kimś.

Mokrzycki jadł mało i pił niewiele. Później, gdy wspominał ten dzień, wspaniały obiad i swoją rodzinę, myślał: Jakie to miłe złudzenie.

*

Dwudziestego sierpnia Mokrzycki postanowił wyrwać się z domu. Monika nie zadawała pytań. Uczyła się kochać męża takim, jaki był. Mundur polskiego oficera budził powszechny szacunek i podziw. Wszyscy czuli, że wojna zbliża się szybkimi krokami, i ludzie chwytali się każdej iskry nadziei. Mokrzycki wiedział, gdzie znajdzie pocieszenie. Skierował się na ulicę Tłomackie, w okolice synagogi warszawskiej. Polscy Żydzi, widząc umundurowanego oficera, z szacunkiem się rozstąpili, ale Mokrzycki nie zwracał na nich uwagi – kierował się w jedno miejsce, do kobiety, która go kochała, a którą on porzucił.

Golda Cwajnblum teraz nazywała się Szaffer i pracowała w żydowskim teatrze. Jej pasją były współczesne sztuki teatralne pisane w języku jidysz dla publiczności żydowskiej. W II Rzeczypospolitej istniało kilkaset gazet i periodyków w języku jidysz lub hebrajskim; był to mikroświat, który za chwilę miał przestać istnieć. Mokrzycki już raz odczuł taką nostalgię – gdy w 1936 roku przechadzał się z Teo po ulicach Sewilli. Zawsze tęsknił za Goldą, którą na swój sposób kochał, choć inaczej niż Teo i żonę. Tę ostatnią zresztą dopiero uczył się szanować.

Nie miał kłopotu z odnalezieniem Goldy. Gdy go ujrzała, uśmiechnęła się. Przeprosiła osoby zgromadzone w teatrze i podeszła do niego.

– To ty – powiedziała, jak gdyby zakończyli rozmowę wczoraj, choć nie widzieli się od 1938 roku, od drugiego wyjazdu Mokrzyckiego do Hiszpanii.

– Musiałem cię zobaczyć.

Golda obdarzyła go smutnym uśmiechem.

– Wyglądasz w tym mundurze tak pociągająco, że mam ochotę cię pocałować, mój mesjaszu – powiedziała. – Ale nie wolno mi tego uczynić. Nam, Żydom, nie wolno okazywać miłości do polskiego hrabiego.

Mokrzycki wiedział, że nie należy do jej świata, wiedział też, że ona go na swój sposób miłuje, dlatego wybaczał jej dużo więcej niż innym. Polacy i Żydzi, choć żyli w jednym kraju, trwali obok siebie w coraz wyraźniejszej wrogości. Narzucona opinii publicznej przez obóz narodowy i sympatyzującą z nim część sanacji, z pułkownikiem Adamem Kocem na czele, antysemicka retoryka przybierała smutne, a czasem wręcz ohydne formy, jak numerus clausus na Uniwersytecie Warszawskim. Tu i ówdzie w gazetach pisano o przymusowej emigracji Żydów na Madagaskar. Ale Mokrzycki w mundurze oficera Wojska Polskiego miał w poważaniu te antysemickie nastroje polskiej ulicy.

– Chodźmy gdzieś – zaproponował.

Golda zgodziła się chętnie. Wziął ją pod rękę i polski oficer, ziemianin, oraz Żydówka ruszyli razem przed siebie, jak gdyby groźba zza zachodniej granicy wcale nie istniała. Oni dwoje rozumieli się doskonale i szanowali swoją inność.

– Bylibyśmy wspaniałym małżeństwem, nie sądzisz? – zapytał Goldę Mokrzycki, idąc w stronę Marszałkowskiej.

Golda uśmiechnęła się.

– To przyjemne złudzenie, nieprawdaż, mój mesjaszu?

– Nadzwyczaj przyjemne – odparł Mokrzycki.

– Ja gotowałabym koszerne jedzenie, a ty zabierałbyś mnie do kościoła, wywołując zgorszenie swoich bigotów.

Szli tak, przekomarzając się i nie zwracając uwagi na nikogo poza sobą nawzajem. W jeden z tych ostatnich sierpniowych dni jeszcze cieszącej się pokojem Warszawy Mokrzycki zabrał Goldę do najlepszej restauracji w mieście – Savoy na ulicy Nowy Świat, pod numerem pięćdziesiątym ósmym. Elegancki lokal przeznaczony dla bardzo dobrze sytuowanych. Mokrzycki zawsze miał ze sobą w gotówce dwieście złotych i to pozwoliło im spędzić razem ostatni przed wojną wieczór. Wybrali rosół z litewskimi kołdunami, na przystawkę karasie w śmietanie (zupełnie niekoszerne), a na główne danie sandacza z sosem miodowo-cytrynowym. I naturalnie butelkę przedniego miodu pitnego. Bo jeśli żyć, to ze smakiem! Zjedli pierwszorzędną wieczerzę.

Golda wyczuwała, że Antoni zabrał ją na kolację nieprzypadkowo.

– Czy znów wyjeżdżasz?

– Tak. Na razie do Lublina, ale nie wiem, kiedy znów się zobaczymy – odparł Mokrzycki.

Zabrzmiało to jak pożegnanie. Nie mógł jej powiedzieć niczego o swojej misji.

– Staram się zrozumieć. Od twojego powrotu z Hiszpanii nie rozmawialiśmy...

– To było i jest dla mnie bardzo trudne.

– Czy odnalazłeś go?

Mokrzycki westchnął i popatrzył jej w oczy. Nie mieli przed sobą tajemnic, jeśli chodziło o miłość. Pojęła bez słów.

– Przykro mi, kochanie. Naprawdę.

– To już przeszłość, Goldo, nieodwołalnie zamknięta – rzekł Mokrzycki i zmienił temat: – Zaprosiłem cię tu dziś wieczorem, żeby cię namówić do wyjazdu.

Golda była bardzo zaskoczona.

– Z jakiego powodu?

– Nie widzisz tego, co się dzieje?

– Ja się nie boję Niemców.

– Zdumiewasz mnie. Nie wiesz, co robią z Żydami w Niemczech?

– Mój mesjaszu – rzekła Golda swoim aksamitnym, miękkim głosem – nie będzie wojny. Nie wierzę w nią. Jest z nami Anglia i Francja, a cóż Hitler może przeciw nim uczynić?

Mokrzycki z kolei nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Chciał krzyczeć, ale przemógł się i uspokoił. Nie ważąc na obyczaje, położył swoją dłoń na jej dłoni. Nie uszło to uwadze kilku gości – oficer Wojska Polskiego faworyzował Żydówkę!

– Mylisz się. Wojna jest nieunikniona, przynajmniej tak mi się wydaje. Oni tutaj przyjdą, Goldo. – Mokrzycki powiedział to z całą mocą, na jaką było go stać. – I zniszczą to, co widzimy, i miasto, które oboje kochamy. Widziałem ich w akcji w Hiszpanii. To nie są już ci sami Niemcy, co z czasów wielkiej wojny dwadzieścia lat temu. Wiesz, czym jest SS?

– Nie.

– To formacja z trupimi główkami na czapkach. Na mundurach mają dwie runy. To mordercy. Oni zniszczą świat, jaki znamy.

– W prasie u nas mówią, że nie mamy się czego bać – zauważyła Golda.

– To propaganda. Spróbuj namówić męża na wyjazd do Ameryki albo przynajmniej do Anglii. Proszę, rozważ to.

Golda pokręciła głową.

– Moje miejsce jest tutaj, w Warszawie. Rozumiem, że masz doświadczenia z Niemcami z dalekiej Hiszpanii, ale nie wydaje mi się, żeby oni tutaj przyszli. Hitler się nie odważy.

Mokrzycki popatrzył na Goldę ze współczuciem. Nie wierzyła mu, mimo tego, że świat stał na krawędzi. Już kiedyś przeżył taką scenę, w Grenadzie latem 1936 roku, kiedy próbował namówić Federica Garcíę Lorcę do wyjazdu. Bezskutecznie. Zrozumiał, że i teraz nic nie wskóra.

Przez resztę wieczoru rozmawiali o teatrze, sztuce, o Prouście i jednym z najwybitniejszych pisarzy Polski, równie tajemniczym, co niepokojąco wybitnym – Brunonie Schulzu. Mokrzycki uwielbiał współczesną polską literaturę i Sklepy cynamonowe Schulza przeczytał jako jedną z pierwszych książek po powrocie z Hiszpanii. Wrażenie zrobiła na nim szczególnie oniryczna i klaustrofobiczna wyobraźnia pisarza. Jego styl był niespotykany.

– Wiesz, ostatnio spotkałam u nas w żydowskim teatrze wspaniałego poetę – zaczęła Golda.

Kolejny poeta, Chryste Panie! – pomyślał Mokrzycki. Ale był szalenie ciekawy, kogo miała na myśli jego znakomita przyjaciółka.

– To Józef Czechowicz, znasz go może?

– Nie, choć nazwisko obiło mi się o uszy.

– A ja zakochałam się w nim bez reszty – wyznała Golda. – Chcę, żebyś go poznał.

– Naprawdę? Znałem już kiedyś wielkiego poetę. Nazywał się Federico García Lorca – rzekł Mokrzycki. – Jego śmierć podczas wojny w Hiszpanii była dla mnie bolesna. Nie wiem, czy chcę poznawać kolejnych poetów, gdy znów mamy czas wojenny.

– Proszę cię tylko, żebyś mu pomógł – odrzekła Golda. – Wiele przeszedł. Nie ma nikogo, do tego zwolnili go z pracy.

– Za co?

– Za miłość niemożliwą – rzekła Golda, a Mokrzycki zrozumiał w mig.

Polski Lorca – pomyślał Mokrzycki z ironią, nie zdając sobie sprawy, jak blisko jest prawdy.

– Jestem zazdrosny o to, że zakochujesz się w poetach za moimi plecami.

– I słusznie! Bądź zazdrosny. Podarował mi tomik wierszy. Pomyślałam, że wyrecytuję ci jeden z nich, dokładnie oddaje to, co czułam, kiedy wyjeżdżałeś do Hiszpanii, mój mesjaszu.

Mokrzycki zrozumiał. Pamiętała mało wyszukany styl, w jakim ją zostawił. To nie on miał dyktować warunki, na jakich mieli przeżyć ów wieczór.

Golda zaczęła recytować z pamięci. Mówiła z taką dykcją i tak pięknie, że siedzący obok goście też się zasłuchali. Utwór Czechowicza nosił tytuł Urywki z podartego wiersza:

zaplecione ramiona...

walka ogromnych żądz...

a noc błyskiem gromów patrzy w nas pochmurna

a w domu zrąb – uderza młot fali jeziornej

ponad świat ponad gromy burzę i nad ciebie

rozszerza się jak tuman rozkosz przeogromna

i gdy ja się na twoich biódr łodzi kolebię

w domu szczęście króluje dusza ma bezdomna...[3]

Erotyk był śmiały obyczajowo, ale Mokrzycki zwrócił uwagę na niezwykłą melodyjność wiersza, na jego wewnętrzną spoistość i obrazowość. Cóż mamy własnego, jeśli nie miłość? Mokrzycki miał już pewne doświadczenia w tej kwestii i wiedział, że nie można jej pomylić z Erosem, bożkiem nadzwyczaj kapryśnym. Nie mógł odmówić prośbie Goldy.

– Dobrze. Daj mu, proszę, adres do mnie. Niech przyjdzie za kilka dni na Freta, do mieszkania moich teściów. Zatrzymałem się u nich na czas pobytu w Warszawie.

Żydówka pięknie się uśmiechnęła.

– Mój mąż wyjechał do Łodzi. Będzie najwcześniej za kilka dni. Zresztą, jak wiesz, nasz układ jest dość luźny. Nie chcę się z tobą żegnać jak wtedy, kiedy wyjeżdżałeś do Hiszpanii.

To było zaproszenie. Mokrzycki czuł się samotny, więc nie mógł pozostać obojętny na taką propozycję ukojenia. Tej nocy byli ze sobą jak za dawnych lat.

*

Kiedy Antoni obudził się rankiem następnego dnia, Goldy nie było obok niego w pokoju hotelowym. Nie zdziwił się jej. Wróciła do swojego żydowskiego świata, do którego on z oczywistych powodów nie mógł mieć wstępu. Zostawiła mu jednak prezent. Obok niego na łóżku leżał tomik poezji Józefa Czechowicza Nuta człowiecza, wydany w czerwcu 1939 roku. To było pożegnanie Goldy. Na stronie tytułowej napisała:

TOBIE JA – PRZYPROWADZĘ GO DO CIEBIE – GOLDA

ROZDZIAŁ IIPakt diabłów

WARSZAWA, POPOŁUDNIE 24 SIERPNIA 1939 ROKU

Poeta Józef Czechowicz pod koniec sierpnia 1939 roku miał ukończone trzydzieści sześć lat. Wystarczająco dużo, aby poznać życie. Zakosztować smaku miłości i cierpienia, które są dwiema stronami tego samego medalu. Wieczorem poprzedniego dnia przyjął u siebie przyjaciół z pisma literackiego „Pióro”, które założył przed rokiem. W towarzystwie to on pilnował, żeby wszyscy kompani wrócili do siebie i nie wypili za dużo. Zresztą nie mógł sobie pozwolić na zbyt wystawne przyjęcie. Miał nieregularne dochody. Czasami zalegał z czynszem. Utrzymywał się ostatnio z pisania i redagowania słuchowisk dla Polskiego Radia. Jednak udzielająca się wszystkim wojenna gorączka negatywnie oddziaływała także na Czechowicza. Znał swoje królestwo, a była nim poezja. Doskonale wiedział, jak układać słowa, aby nabierały nowych sensów. Żonglował nimi, bawił się, płacąc wielką cenę za swoje niezależne i otoczone nimbem „poety przeklętego” życie. Z powodu oskarżeń o niemoralność wyrzucono go z pracy, a tymczasem Czechowicz potrafił żyć pełnią życia wbrew polskiej bigoterii.

Tego dnia znów śnił dziwny sen. Znalazł się w nim w dziwnym miejscu, które nie przypominało niczego, co znał. Był to jak gdyby ogród, z kwitnącymi drzewami, z tą jedynie różnicą, że ogrodzony drutem kolczastym. Pośrodku stał budynek z czerwonej cegły z dużym kominem. We śnie Czechowicz wszedł do środka. W zaciemnionym miejscu zauważył, że w głębi budynku znajduje się obudowany cegłami duży piec. Ów piec nie pracował. Nie było żadnego śladu ognia. Czechowicz zauważył, że drzwi pieca drgnęły. W środku znajdował się... on sam.

Poeta Józef Czechowicz obudził się zlany zimnym potem.

Często miewał takie sny. Kiedy umierała jego matka, cudowna prosta kobieta, jej śmierć także mu się przyśniła. A teraz widział własną. Jej przeczucie nosił w sobie i często publicznie o tym mówił, ale zaczynał bać się tego, co nadchodzi. Nie potrafił określić, czym było owo marzenie senne. Uspokajał się, przekonując przyjaciół i samego siebie, że ma długą linię życia na prawej dłoni.

Ale nie wierzył w to, co mówił.

*

Mokrzycki tego dnia miał jechać do domu, żeby się spakować i pożegnać z żoną, ale po południu wezwano go do siedziby kontrwywiadu. Pułkownik Smoleński dopiero co zakończył spotkanie z ministrem Beckiem i marszałkiem Rydzem-Śmigłym. Wrócił w złym humorze.

– Czy pan wie, co się dziś stało? – zapytał pułkownik.

– Skądże – odparł zdziwiony Mokrzycki.

– Dziś minister spraw zagranicznych Rzeszy Joachim von Ribbentrop poleciał do Moskwy. Podpisał pakt o nieagresji ze Związkiem Radzieckim. Po południu ten fakt potwierdziło niemieckie radio.

– To zaskakujące – odparł Mokrzycki.

– Zawaliliśmy to – powiedział z rezygnacją pułkownik Smoleński. – Wódz naczelny rzucił mi to w twarz.

– Tak się wyraził?

– Powiedział, że to spierdoliliśmy – doprecyzował pułkownik. – Jak rzadko, zgadzam się z wodzem naczelnym.

Mokrzycki rozumiał emocje swego przełożonego. Dwójka i sieć jej współpracowników w Niemczech powinni byli ostrzec kierownictwo państwa polskiego, że zbliżenie się Sowietów z III Rzeszą jest możliwe. Jeśli tak się nie stało, to kto ponosił za to winę?

– To zaskakujące – rzekł Mokrzycki. – Będąc w Hiszpanii, nigdy bym nie przypuścił, że Hitler ze Stalinem mogą się dogadać. Ale...

Pułkownik dostrzegł wahanie Mokrzyckiego. Cenił jego analizy strategiczne.

– Ale co?

Mokrzycki odchrząknął.

– Można to było jednak przewidzieć. Od układu w Monachium z września ubiegłego roku Sowieci są w izolacji. Tymczasem wiele państw na Monachium zyskało. My też.

Mokrzycki pił do tego, że w październiku zeszłego roku Wojsko Polskie wkroczyło na Zaolzie. Pułkownik puścił to mimo uszu. Jednak po chwili Mokrzycki asekuracyjnie dodał:

– Najważniejsze jest to, jakie ów pakt może mieć konsekwencje dla nas.

Pułkownik Smoleński podniósł wzrok. Mokrzycki zobaczył w jego oczach pustkę i trochę się tego przeraził. Nie spodziewał się takiego braku wiary w oczach szefa agencji wywiadu wojskowego. Zrozumiał, że teraz, po podpisaniu tego paktu, są zgubieni.

– Co mam zatem czynić? – zapytał spokojnie.

– To, co będzie sugerowała panu sytuacja. Te materiały nie mogą trafić w ręce Niemców, a ponieważ teraz nie wiemy, jak zachowają się Sowieci, pana zadaniem powinno być wywiezienie dokumentów z kraju w razie wojny. Proszę udać się w stronę granicy węgierskiej lub rumuńskiej.

Mokrzycki pomyślał z goryczą, że pułkownik z taką łatwością mówi o granicy węgierskiej, jak gdyby Czechosłowacji nigdy nie było na mapach. A przecież istniała do wiosny tego roku. Nie żeby specjalnie lubił Czechów, ale cała ta sytuacja pokazywała, że Polska znalazła się w bardzo złym położeniu. Mokrzycki nie miał też wielkiej wiary w zachodnich sojuszników; widział przecież, że Wielka Brytania i Francja nie zrobiły wiele, aby zatrzymać Hitlera i Mussoliniego w Hiszpanii.

– Materiały będą na pana czekały spakowane w kasie pancernej, do której klucze będzie miał tylko pan. Odbierze je pan od naszego podoficera łącznikowego chorążego Kalińskiego, którego już pan poznał. Nie podlega pan nikomu oprócz mnie i naczelnego wodza. Wykonuje pan misję o specjalnym znaczeniu. Proszę pamiętać, że pod żadnym pozorem te materiały nie mogą wpaść w ręce wroga. Dokładnie tak brzmi rozkaz. Nie precyzuję, kto będzie tym wrogiem.

Smoleński nie mógł wiedzieć, jak zachowają się Sowieci, w razie gdyby Hitler napadł na Polskę.

Mokrzycki wstał. Nie zostało mu nic do dodania, przełożony wyraził się dostatecznie jasno.

– Czy to wszystko, panie pułkowniku?

– Nie. Minister Beck chce z panem skonsultować układ niemiecko-sowiecki. Proszę być przygotowanym na każde pytanie. Od czasu wojny w Hiszpanii uchodzi pan za jednego z najzdolniejszych analityków wywiadu. Gdybyśmy mieli takich ludzi jak pan w Związku Sowieckim, moglibyśmy wydrzeć wiele tajemnic NKWD.

– Czego mam się spodziewać po ministrze?

– Pełnych gaci strachu – odrzekł pułkownik, nie owijając w bawełnę. – Siedzi u niego ambasador francuski Noël. Chciałbym, aby utarł pan nosa temu gościowi. Proszę jednak nie przekraczać granicy dobrego smaku.

Smoleński podał mu rękę. Ściskając ją, Mokrzycki zauważył, że była mokra od potu. Pułkownik też się bał. Po chwili Mokrzycki uświadomił sobie, że klęska militarna nie jest wcale najgorszą rzeczą, jaka może spotkać Polskę wystawioną na pastwę dwóch najbardziej krwiożerczych reżimów totalitarnych w dziejach. Polska mogła zostać pożarta. Jadąc do pałacu Brühla na spotkanie z ministrem Beckiem, hrabia Mokrzycki postanowił uświadomić mu to za wszelką cenę.

*

W drodze do ministra Mokrzycki pokonał tę samą trasę co zwykle. Z tą różnicą, że ze względu na mundur i przydział służbowy do kontrwywiadu nikt go tym razem o nic nie pytał. Atmosfera w MSZ była przygnębiająca, nawet sekretarki, które zazwyczaj rzucały przystojnemu Mokrzyckiemu ukradkowe spojrzenia, teraz wyglądały na zupełnie pogubione. Mokrzycki poszedł prosto do gabinetu ministra.

Beck siedział za swoim wspaniałym biurkiem w stylu Ludwika XVI. W popielniczce znajdował się stos niedopałków – minister zaczął palić bardzo mocne papierosy. Mokrzycki przepisowo stuknął obcasami oficerskich butów i zauważył, że na kanapie rozsiadł się wygodnie ambasador francuski Leon Noël, znany Mokrzyckiemu z prasy. Hrabia miał nosa do ludzi, których spotykał na swojej drodze. Teraz postanowił się przyjrzeć Francuzowi. Był to pięćdziesięcioletni mężczyzna o miłej powierzchowności, z włosami zaczesanymi brylantyną, o głęboko osadzonych oczach i ciemnych brwiach. Nosił się elegancko, ubrany był w popielaty garnitur uszyty u dobrego krawca w Paryżu. Jednak Mokrzycki wyczuwał w nim węża. Nie miał na to żadnego dowodu, poza swoim nosem do ludzi.

– Pan minister chciał mnie widzieć – powiedział.

Beck podniósł wzrok na Mokrzyckiego. Wstał, uścisnął mu dłoń i wskazał miejsce obok ambasadora francuskiego. Ten nie ruszył się z miejsca, aby przywitać się z hrabią. Nie lubię ludzi niemających taktu – pomyślał Antoni. Było oczywiste, że rozmowa będzie prowadzona po francusku. Mokrzycki radził sobie doskonale w tym języku, podobnie jak w angielskim, niemieckim, hiszpańskim i rosyjskim.

– Wezwałem pana, podporuczniku Mokrzycki – rzekł Beck po francusku – żeby przyjrzeć się wspólnie podpisanemu dziś paktowi niemiecko-sowieckiemu. Jest on dla nas sporym zaskoczeniem, ale pan ambasador Noël jest zdania, że przeceniamy ten traktat.

– Naturalnie – odparł dyplomata. – Polska ma podpisany sojusz z Francją i Anglią, i to sojusz tak silny, że nic nie może go złamać. Wystarczy spojrzeć na potencjał wojskowy naszych trzech armii, żeby wiedzieć, że Niemcy nie mogą wygrać tej wojny. Wiedzą to i nie zaryzykują. Pamiętają o laniu, jakie odebrali w dziewięćset osiemnastym.

Mokrzycki popatrzył na ambasadora Francji z politowaniem.

– Rzeczywiście nie mamy czego się bać – powiedział ironicznie znakomitym francuskim Mokrzycki. – Francja też podpisała z Hitlerem układ w Monachium, prawda, panie ambasadorze?

Mokrzycki wiedział, jak wsadzić szpilę Francuzowi. Z lubością obserwował, jak ten po jego słowach z niecierpliwością zmienił pozycję na kanapie.

– Pan podporucznik chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jaką potęgą jest Francja – odparł ambasador.

– Przeciwnie, zdaję sobie sprawę z jej potencjału. Ale doświadczenie, jakie zdobyłem, obserwując z dwóch stron wojnę domową w Hiszpanii, podpowiada mi, że to nie Francja ani Anglia rozgrywają teraz politykę Europy, ale Hitler i Stalin. My jesteśmy tylko pionkami w tej grze.

– Zaskakuje mnie pan – rzekł zimnym tonem Beck.

– Wiem, że rozmawiał pan z pułkownikiem Smoleńskim. Rzeczywiście, w kontrwywiadzie nie przewidzieliśmy tego traktatu. Uważam jednak, że ma on niezwykłe znaczenie, dużo ważniejsze, niż teraz myślimy.

– Dlaczego go podpisali? – zapytał Beck, godząc się z tym, że Mokrzycki nie będzie mówił po jego myśli. Jako jeden z niewielu polityków sanacyjnych cenił sobie taką postawę.

– Bo siebie wzajemnie potrzebują. W Hiszpanii widziałem Niemców i Sowietów skaczących sobie do oczu, ale podobieństwa między ich reżimami na poziomie praktycznym są zastraszające.

– Co pan mówi? – wtrącił Noël niezadowolony ze słów polskiego oficera.

– Mówię nie o wymiarze ideologicznym, ale praktycznym. Policja polityczna, wróg ideologiczny, wszechwładza partii i przywódca. To są cechy wspólne tych reżimów, które teraz stały się sojusznikami – powiedział twardo Mokrzycki.

– Co pan proponuje? – zapytał Beck.

– Trzeba przeanalizować ten traktat. – Mówiąc to, hrabia wpadł na pewną myśl i zwrócił się do Francuza: – Czy francuski wywiad ma wiadomości o tym dokumencie? Czy zdobyliście kopię tekstu?

Ambasador Noël wyglądał na poważnie zakłopotanego.

– Nie wiem – odparł bezradnie. – Muszę zapytać w Paryżu.

– Dlaczego pan o to pyta? – Beck zwrócił się do Mokrzyckiego.

– Przeczucie, panie ministrze – odparł Polak. – Taki traktat między dwoma bardzo ekspansywnymi reżimami musi nieść określone konsekwencje polityczne, gospodarcze i wojskowe.

– Co pan sugeruje?

– Czy jesteśmy pewni, że oprócz oficjalnego traktatu o nieagresji nie podpisano jeszcze jakiegoś innego dokumentu, nieznanego opinii publicznej?

Na te słowa Beck zareagował:

– Jest pan pierwszym oficerem, który mówi dziś do rzeczy! Musimy się tego dowiedzieć. Natychmiast zadzwonię do marszałka Rydza-Śmigłego z prośbą o wydanie dyspozycji wywiadowi. To będzie pana zadanie. Pułkownik Smoleński powie panu, do kogo się odezwać – zakomenderował Beck. – Ale zanim pan odejdzie, hrabio, chcę przekazać panu niezwykle ważny dokument.

Mokrzycki dobrze znał ministra. Sanacyjny dygnitarz do perfekcji opanował sztukę robienia wrażenia.

Minister przeszedł na język polski, którego Noël nie rozumiał.

– Otrzymuje pan upoważnienie o najwyższym uprzywilejowaniu ze względu na materiały wywiadowcze, jakie pan będzie wiózł.

Pokazał Mokrzyckiemu dokument złożony na czworo, po czym włożył go do koperty i podał podporucznikowi.

– Ten dokument podpisali naczelny wódz, ja oraz pułkownik Smoleński. Może pan w razie zagrożenia misji wydawać rozkazy oficerom wyższych stopni niż pan. Te dokumenty mają absolutny priorytet.

Mokrzycki czuł się doceniony, podając dłoń ministrowi. Pożegnawszy się z ministrem, rzucił okiem na Noëla, który siedział na kanapie zupełnie nie w humorze. Francuz oczywiście nie wstał i nie podał ręki polskiemu oficerowi, ale na Mokrzyckim nie zrobiło to wrażenia.

Wrócił do pułkownika Smoleńskiego, który w zaistniałej sytuacji postanowił użyć jednego z kontaktów Dwójki w Moskwie. Tego dnia wysłano z Warszawy do polskiej ambasady w Moskwie zaszyfrowany przez polskich matematyków pilny rozkaz. Odpowiedź miała nadejść wkrótce.

*

Mokrzycki rzeczywiście zatrzymał się u teściów, powiadomiwszy profesora Skirmunta o tym, że został zmobilizowany. Profesor wiedział, że w małżeństwie jego córki z hrabią nie układało się za bardzo, ale nie dociekał, czy było tak z winy Mokrzyckiego, czy Moniki. Miał też świadomość, że wnuk nosi nazwisko Mokrzyckiego, ale nie jest z jego krwi. Dla Antoniego nie miało to żadnego znaczenia. I profesor był mu za to wdzięczny.

Gdy 25 sierpnia rodzina zasiadła do obiadu, Mokrzycki na pytanie teścia, co sądzi o pakcie niemiecko-sowieckim, który ogłosiło niemieckie radio, miał ochotę powiedzieć, że wojna jest nieunikniona, ale powstrzymał się ze względu na damy. Źle się jednak czuł przez tyle kłamstw – nie dość, że po raz kolejny zdradził Monikę z Goldą, to teraz musiał kłamać w sprawie wojny.

Pod wieczór, kiedy małżonkowie położyli się do jednego łóżka, Monika dotknęła dłonią jego brzucha. Mokrzycki nie był na to gotowy. Powinien był kochać się z nią dla zachowania pozorów, ale nie potrafił. Ich relacje wciąż były bardzo skomplikowane, musieli sobie dać więcej czasu.

– Powiedz mi prawdę – powiedziała do niego szeptem Monika.

Mokrzycki pomyślał, że jeszcze wczorajszej nocy obok niego leżała Golda, i już miał się z tym zdradzić, gdy Monika dopowiedziała:

– Czy będzie wojna?

Hrabia odetchnął z ulgą.

– To nieuniknione. Nie chciałem mówić o tym przy obiedzie ze względu na rodziców. Uważam, że najbezpieczniej będzie wrócić na wieś.

– Mam tam być sama?

– Zabierz rodziców. Przydadzą się nie tylko dla towarzystwa i pomocy przy dziecku. Myślę, że na wsi będzie lepsze zaopatrzenie w żywność – tłumaczył Antoni. – Kiedy to się zacznie, miasta, a w szczególności Warszawa, mogą być bombardowane.

Pomyślał o Madrycie bombardowanym przez niemieckie samoloty z legionu Condor. To samo mogło się powtórzyć w Warszawie.

– Niemcy to cywilizowani ludzie. Tak mówi papa – powiedziała Monika, choć bez przekonania.

Mokrzycki postanowił pozbawić żonę złudzeń.

– Dzisiejsi Niemcy nie są cywilizowani – odparł z naciskiem. – Widziałem w Hiszpanii, do czego są zdolni. Boję się o Żydów, choć jak wiesz, polska ulica też za nimi nie przepada. Nawet Tuwim przeszkadza dziś wielu Polakom. Musisz pojechać na wieś i czekać na mnie w naszym majątku. Proszę, nie odmawiaj.

– Dobrze – odpowiedziała żona, wtulając się w niego.

Mokrzycki pomyślał, że choć może to tylko przyjemne złudzenie, niewątpliwie zbliżyli się do siebie. Tę noc spędzili ze sobą jako mąż i żona. Subtelnie i cicho uczyli się znów swoich ciał na pamięć.

Hrabia jeszcze kilka dni musiał pozostać w Warszawie, codziennie wzywany na narady do siedziby Dwójki przy sztabie generalnym. Trzydziestego sierpnia, w środę, Monika wraz z małym Jasiem i rodzicami, po namowach Antoniego, opuściła Warszawę, kierując się szosą na Lublin.

*

Tymczasem ambasador Francji w Polsce Leon Noël rzeczywiście skontaktował się z Paryżem w sprawie paktu niemiecko-sowieckiego. Zdziwiło go, że jego depesza została przekazana do francuskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych z „najwyższym priorytetem”. Odpowiedź przyszła nazajutrz, w takim samym trybie. Gdy we francuskiej ambasadzie odszyfrowano wiadomość, nawet Leon Noël, który grał w Warszawie wyjątkowo perfidną rolę (zdawał sobie z tego sprawę, bo mimo wszystko był człowiekiem niepozbawionym elementarnej uczciwości), był jej treścią poruszony:

TAJNE SPECJALNEGO ZNACZENIA. PAKT

NIEMIECKO-SOWIECKI MA TAJNY PROTOKÓŁ.

WSCHODNIA POLSKA DO LINII CURZONA

ORAZ FINLANDIA, PAŃSTWA BAŁTYCKIE DO

ZSRR. NIEMCY POŁOWA POLSKI.

STANOWCZO NIE PRZEKAZYWAĆ TEJ

INFORMACJI POLAKOM.

Francuski ambasador postanowił wypełnić instrukcje swojego rządu. Nie miał innego wyjścia. Zrozumiał, że Polska zostanie starta na proch przez dwa najbardziej krwiożercze reżimy w dziejach.

Resztę nocy spędził przy dużej butelce koniaku. Pił sam. Nawet kłamcy mają momenty, w czasie których ich własne kłamstwa budzą w nich obrzydzenie.

ROZDZIAŁ IIINoc poetów

WARSZAWA, 29 SIERPNIA 1939 ROKU

Dzień był słoneczny, ale nie upalny. Mokrzycki wyczuwał nadchodzące nieszczęście, jak ktoś przewidujący polityczną przyszłość swojego kraju. Podpisany kilka dni wcześniej pakt niemiecko-sowiecki zaczynał przerażać hrabiego, choć pełnię jego istoty dostrzegał dopiero teraz. Ambasada polska w Moskwie odpowiedziała pułkownikowi Smoleńskiemu, że nie jest w stanie zweryfikować informacji o żadnym tajnym aneksie do układu niemiecko-sowieckiego. Ale Mokrzycki nie odpuścił. Skontaktował się z samodzielną placówką wywiadowczą w sowieckim Mińsku na Białorusi, gdzie przebywał zakonspirowany podoficer Dwójki podporucznik Rafał Protassowicki. Z uwagi na działanie sowieckiego kontrwywiadu odpowiedź przybyła do Mokrzyckiego via Londyn – telegrafem. Mokrzycki przeczytał w nim:

23.08.1939 pakt o nieagresji zawiera tajny protokół.

Państwa bałtyckie do ZSRR. Los Polski nie jest znany.

Ów pakt nie był tylko układem o nieagresji, ale skazaniem Polski na śmierć. Ten krótki meldunek potwierdzał domysły Mokrzyckiego, że tajny protokół rzeczywiście istnieje. Antoni przekazał raport pułkownikowi Smoleńskiemu, a ten natychmiast oddał go Beckowi i Rydzowi-Śmigłemu. Meldunek Mokrzyckiego oczywiście nie mógł zmienić planu obrony Polski, ale mógł wpłynąć na przyspieszenie mobilizacji. Z uwagi na konflikt między MSZ i generalnym inspektorem Sił Zbrojnych (a był nim marszałek Rydz-Śmigły) utknął jednak gdzieś między gabinetami. Nie najlepiej świadczyło to o porozumieniu między wywiadem polskim a MSZ.

Mokrzycki znał ustawienie polskich wojsk, które wedle koncepcji zatwierdzonej przez marszałka Rydza-Śmigłego miały bronić granicy na całej jej długości, zamiast skupić się na linii Wisły i próbować zablokować Niemców tak, jak Francuzom udało się to w roku 1914 nad Marną.

Te rozmyślania przerwał Mokrzyckiemu gong do drzwi.

– Któż to może być? – zapytał sam siebie.

Poszedł otworzyć, ponieważ po wyjeździe Moniki z dzieckiem i jej rodziców Antoni dał służbie wolne, radząc, żeby – jeśli mogą – wyjechali z Warszawy.

Otworzył drzwi.

– Dzień dobry, mój mesjaszu – powiedziała Golda i uśmiechnęła się do niego.

Dla Mokrzyckiego ten uśmiech był chwilowym błyskiem radości w mroku, w jakim przebywali i w jakim miała się zanurzyć Polska. Po chwili zauważył, że obok Goldy stoi trzydziestokilkuletni mężczyzna ubrany w znoszoną marynarkę w kolorze grafitu. Był starannie ogolony, o miłej twarzy skrywającej niebywały smutek. Ów wyraz twarzy zaraz przywołał w głowie hrabiego Lorcę, wieszcza z Grenady. Po chwili Mokrzycki zrozumiał. Golda bardzo pragnęła, aby się spotkali, ale on nie chciał znów być skazany na cierpienie, które nigdy nie zostanie zaspokojone.

Gdy Golda i nieznany mężczyzna weszli do mieszkania, kobieta zwróciła się do hrabiego:

– Chciałabym ci przedstawić jednego z najlepszych polskich poetów, Józefa Czechowicza.

A więc to on – przemknęło Mokrzyckiemu przez myśl. Czechowicz uścisnął mu dłoń. Wydał się Antoniemu bardzo skrytym i nieśmiałym człowiekiem. W pewnym sensie stanowił charakterologiczne przeciwieństwo Lorki, który uwielbiał kontakt z ludźmi i lubił skupiać na sobie uwagę.

– Nie mam zbyt wiele czasu, ale cieszę się, że przyszłaś.

Golda uśmiechnęła się i przeszła do salonu. Wymienili obowiązkowy całus i Mokrzycki wyjął dla gości nalewkę z pigwy, po czym poszedł zaparzyć kawę. Czechowicz był przystojnym mężczyzną, ale po ubraniu widać było, że mu się nie przelewa. Jednak mając w pamięci spotkanego ongiś w drodze do Toledo Hiszpana, który okazał się największą miłością w jego dotychczasowym życiu, Mokrzycki powstrzymywał się przed osądzaniem ludzi po wyglądzie.

– Golda mówiła mi, że poznał pan w Hiszpanii Lorcę – powiedział Józef Czechowicz. – Czytaliśmy jego teksty w grupie poetów, w Warszawie i w Lublinie. Lorca zyskał sławę nawet nad Wisłą.

– Tak, to prawda, ale jego sława nie uratowała mu życia – odparł Mokrzycki.

– Jaki on był? – dopytywał Czechowicz.

– W jakim sensie?

– Ludzkim i artystycznym.

Mokrzycki zauważył, że Czechowicz nie pyta o Lorcę z próżnej chęci zaimponowania mu, ale z autentycznej pasji. Hrabia popatrzył poecie w oczy. Były brązowe i łagodne. Czechowicz musiał podobać się kobietom... i mężczyznom. Antoni odpowiedział:

– Był geniuszem w każdym tego słowa znaczeniu. Morderstwo na nim to mord na literaturze hiszpańskiej.

Mokrzycki nalał im pigwówki do kieliszków i aromatycznej kawy do filiżanek, po czym powiedział:

– Jawi mi się teraz jako męczennik hiszpańskiej republiki, ale też sztuki. To była niezwykła osobowość. Pod każdym względem. Przeczuwał swoją śmierć, widział rzeczy i wydarzenia, które miały dopiero się wydarzyć. Wiem, że to brzmi niedorzecznie, ale poeci naprawdę dostrzegają lepiej i dalej.

Golda spojrzała wymownie na Czechowicza, który słuchając wywodu Mokrzyckiego, mieszał łyżeczką kawę w filiżance.

– Wierzy pan w profetyczną moc poezji? – zapytał Czechowicz.

– Ja wierzę – powiedziała Golda, wyczuwając, że między Antonim i Czechowiczem coś iskrzy.

Mokrzycki upił łyk kawy. Była mocna i gorzka, taka, jaką lubił.

– Wierzę, że prawdziwy poeta widzi głębiej i dalej niż zwykły człowiek, ponieważ poezja, jeśli wierzyć Platonowi, stanowi kolejny punkt w drodze do poznania prawdziwej miłości. Bez niej poezja jest niczym. Muszę powiedzieć, że zajrzałem do pańskiego ostatniego tomiku poetyckiego, który dostałem od Goldy.

– Do Nuty człowieczej?

– Tak – przyznał hrabia. – Pańska poezja jest przede wszystkim hołdem złożonym językowi. Lubi pan słowa i mam wrażenie, że poszukiwanie nowych sensów sprawia panu dużo przyjemności. Jednak widzę też zbieżność między pańskim postrzeganiem człowieczeństwa a filozofią Nietzschego.

– Zadziwił mnie pan! – powiedział zaskoczony Czechowicz.

– Moje porównanie może wydawać się daleko idące, ale wydaje mi się, że w centrum pańskiego doświadczenia poetyckiego jest człowiek i jego istnienie, a konkretnie cierpienie z tym związane – rzekł Mokrzycki. – Proszę mi wierzyć, ja również wiem, co znaczy cierpienie.

– Doprawdy? – zapytał Czechowicz.

– Widziałem śmierć w Hiszpanii, podczas wojny domowej. Byłem świadkiem oblężenia Madrytu i świadkiem tego, jak Pablo Neruda prezentował swój wiersz o krwi płynącej ulicami. Mam wrażenie... – Mokrzycki przerwał, by złapać tchu, bo znów obudził w sobie emocje związane ze śmiercią Teo – ...że to samo wydarzy się tutaj, w tym mieście. Czy pan to widzi w swoich snach? Ja wyczuwam katastrofę naszego świata każdą cząstką mojego ciała. Jesteśmy na krawędzi zniszczenia wszystkiego, co widzimy w Warszawie; tego, co dobre, jak i tego, co złe.

– Dlaczego tak uważasz, mój kochany? – wtrąciła się przejęta Golda.

– Mówiłem ci, że to nie są Niemcy, do których świat przywykł. Hitler stworzył najbardziej barbarzyńską formę dyktatury chcącej zniszczyć świat wartości judeochrześcijańskich, jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Oni tutaj przyjdą, rozumiecie to? Są tuż za progiem.

– Przecież jesteśmy silni, zwarci i gotowi – zauważył z łatwo wyczuwalną ironią Czechowicz.

– Proszę nie wierzyć w te slogany – powiedział z rezygnacją Mokrzycki. – Ale nie chcę też być posądzony przez pana o defetyzm.

– Daleki jestem od tego – zapewnił Józef Czechowicz. – Ja także dostrzegam to wszystko, co pan opisuje. Nie mam doświadczenia wojny, poza bolszewicką. Służyłem wtedy w Czwartym Pułku Piechoty Legionów. Pamiętam atmosferę bitwy nad Niemnem we wrześniu dziewiętnaście lat temu. Smród pola bitewnego, trupy i zapach śmierci.

– Cokolwiek to znaczy dziś dla nas, drogi Józefie – rzekła Golda – był to czas chwalebny.

Mokrzyckiemu podobała się ta uwaga Goldy odnośnie do zwycięstwa nad bolszewikami w roku dwudziestym. Jednak nie miał złudzeń, że nic nie przydarza się dwa razy.

– Mówię nie o zwycięstwie, tylko o doświadczeniu śmierci – zauważył Czechowicz.

– Boi się jej pan? – zapytał odważnie Mokrzycki.

Golda zamarła. Wiedziała o obsesji śmieci, na jaką cierpiał Czechowicz. Jednak poeta wybrnął z tej kłopotliwej sytuacji.

– Czy pan ma mój ostatni tomik?

– Oczywiście – odparł Antoni, wstając. Wziął książkę z komody i podał ją poecie.

Czechowicz przekartkował tom, aż trafił na wiersz zatytułowany Moje zaduszki, co było dość zabawną odpowiedzią na pytanie Mokrzyckiego.

przeznaczenie to moje umarli

wam krokami pożarów grać

cienie wzywać na grobów darni

słów muzyką ku wam je gnać

a w tym kraju inaczej świta

łuski wodne u kryp się łamią

gwiazdę bladą przez kraty widać

głosy fabryk ranią i kłamią

o piwiarnio w której się budzę

obnażone konary lip

ci pijani ubodzy ludzie

dorożkarska szkapa u szyb

wolno kładę na kartach rękę

trudno śpiewać śpiewaniem pisać

zziębli z torów zbierają węgiel

węgiel brudzi listopad liszaj

lepię tęcze na rudej darni

królów gonię na złoty bieg

to co stworzę wesprzyjcie zmarli

może przetrwa i nas i brzeg[4].

Mokrzycki był pod wrażeniem recytacji Czechowicza. Uświadomił sobie, że to, co po nas zostanie, to tylko słowa. Najlepiej, aby zostały zapisane. Cała poezja wraca do Wergiliusza: exegi monumentum aere perennius... „Wybudowałem pomnik trwalszy od spiżu”. Czechowicz sam się unieśmiertelnił w swojej poezji. Jednak Antoni pomyślał o sobie: Co zostanie po hrabim Antonim Mokrzyckim? Jakiś rozkaz niewypełniony, zdradzona kobieta, zabity kochanek w dalekiej Hiszpanii...

Jednym słowem – niewiele.

Czechowicz się odezwał:

– Pyta mnie pan, czy boję się śmierci. Tak, po ludzku oczywiście, boję się. Ale powiem panu więcej. Mam sny o tym, co nas czeka. To więcej niż pańskie przeczucie wynikające z doświadczeń z hiszpańskiej wojny.

– O czym pan śni? – zapytał zaintrygowany Mokrzycki.

Golda wstrzymała oddech.

– Śnię, że świat spłonie – powiedział Czechowicz. – I my wszyscy spłoniemy w ogniu, który nadchodzi. Czy Warszawa wydała się panu kiedykolwiek bardziej pociągająca niż dzisiaj? Mieszkam tutaj od trzydziestego trzeciego roku. Czy wie pan, ile w niej zakamarków wartych grzechu? Ile spelun, a ile miejsc, gdzie kobiety i chłopcy czekają, aż ktoś ich kupi? Może pan twierdzić, że to niskie, obrzydliwe, ale ja, idąc w stronę śmierci, celebruję życie i niczego się już nie wstydzę. Kocham chłopaków stąd, z Warszawy. Nikogo nie krzywdzę. Nie smakował mi tak śledź z wódką, kiedy wracałem z wojny bolszewickiej jako zwycięski żołnierz, jak smakuje mi teraz, w podejrzanym lokalu na Pradze. A wie pan dlaczego? Bo to jest warszawskie, obezwładniające życie. Nauczyłem się czerpać przyjemność z mojego oczekiwania na śmierć. Skoro zaraz wszystko się zawali, dlaczego nie ukochać życia takim, jakie ono jest? Przecież mamy je jedno.

Boże, już to gdzieś słyszałem – pomyślał Mokrzycki. Golda słuchała Czechowicza jak, nie przymierzając, rabina.

– Ale ja wiem, że śmierć nie przyjdzie jutro – powiedział Czechowicz. – Mam bardzo długą linię życia na prawej dłoni.

Mówiąc to, odwrócił rękę. Faktycznie, bruzda ciągnąca się od miejsca między kciukiem a palcem wskazującym sięgała daleko w głąb delikatnej, wypielęgnowanej dłoni poety. Mokrzycki porównał ją ze swoją, bardzo krótką.

– Wnioskuje pan o długości życia na podstawie tego?

– A pan nie? – zapytał Czechowicz. – W Lublinie na ulicy Kościuszki stara Cyganka wróżyła mi niegdyś, że minie wiele lat, nim umrę na tej ulicy.

– Przepowiedziała to panu? – zapytał Mokrzycki.

– Tak.

– I uwierzył jej pan?

– Oczywiście, a cóż innego mógłbym zrobić? Czy pan wie, że są ludzie znający przyszłość? Ja wierzę, że owa Cyganka taką była.

Racjonalny umysł Mokrzyckiego podpowiadał mu, że widzenie przyszłości, profetyzm są niemożliwe. Jednak w Hiszpanii przebywał zbyt blisko Lorki, by nie widzieć, że ów wieszcz przeczuwał katastrofę. Nie przewidział jej, ale przeczuł. Przeczucie było możliwe.

Zastanawiał się, czy gdyby Czechowicz mógł spotkać Lorcę, to czy dane byłoby im stać się komunią? Ci dwaj ludzie, z którymi zetknął go los, wydawali mu się wcieleniem tego samego antycznego poety, który widzi w rzeczywistości, jaka nas otacza, więcej, niż zwykli ludzie są w stanie dostrzec. Mokrzycki miał na myśli pierwiastek duchowy, czysty sens przekraczający barierę widzialnego świata. Wierzył w to, że poeta może przeczuwać nadchodzące nieszczęście, i mógł mieć jedynie cichą nadzieję, że wszyscy troje – on, Golda i Czechowicz – zdołają przetrwać ów niszczycielski pochód barbarzyńców, jaki miał się rozpocząć lada dzień. Żeby to uczynić, potrzebowali siebie wzajem we troje, właśnie tej nocy.

*

Mokrzycki nie planował tego. Zrobiło się późno, a o takiej porze nie wyrzuca się gości ze swego domu. Golda poszła się wykąpać. Gdy w łazience do wanny lała się ciepła woda, Mokrzycki i Czechowicz wypili jeszcze po drinku i poszli na taras wychodzący na Nowe Miasto w Warszawie. Noc była bardzo ciepła, niemal upalna, przypominała Mokrzyckiemu gorące dni i noce w Sewilli w czerwcu 1936 roku.

Czechowicz był subtelnym człowiekiem i wyczuwał tę tęsknotę. Sam był duszą spragnioną miłości.

– Straciłem kogoś w Hiszpanii – powiedział po dłuższej chwili Mokrzycki.

– Kobietę? – spytał Czechowicz, popijając ze szklaneczki burbona.

Mokrzycki popatrzył na niego wymownie.

– Nie – odpowiedział. – Był ode mnie dziewięć lat młodszy. Nacjonaliści zabili go na moich oczach.

– Jak miał na imię?

– Teo.

– Przykro mi.

Patrzyli na Warszawę wokół nich. Miasto przesiąknięte upałem, które za chwilę miało spłonąć w pożarze, jaki śnił się Czechowiczowi. Mokrzycki nawet nie zauważył, kiedy poeta położył dłoń na jego dłoni, którą trzymał opartą o barierkę balkonu.

– Naprawdę tego chcesz? – zapytał go Mokrzycki.

– Tak. Tego głodu nigdy nie zdołałem zaspokoić.

Wiem, o czym mówisz – pomyślał Mokrzycki. Tak dobrze to wiem.

– A Golda? Jest wspaniałą kobietą – dodał Antoni.

– To w niczym nie przeszkadza.

Mokrzycki rozumiał namiętności Czechowicza, sam oddał się podobnym w Hiszpanii. Ale teraz sytuacja była inna. Chciał zacząć na nowo życie z Moniką, nie mógł jej zdradzić w taki sposób.

– Mam żonę – odpowiedział. – Nie mogę.

Czechowicz natychmiast cofnął rękę.

– Przepraszam.

*

W nocy żadnemu z nich nie chciało się spać. Bardzo długo rozmawiali o literaturze. Poruszyli szereg literackich tematów, omówili Króla Leara Szekspira, W poszukiwaniu straconego czasu Prousta oraz skandalizującą Granicę Nałkowskiej. Nocne rozmowy zeszły także na tematy obyczajowe i Czechowicz wyznał, że nacierpiał się wiele z powodu plotek o swoim życiu. Przy Mokrzyckim i Goldzie mógł czuć się swobodnie. Hrabia pamiętał, jak Czechowicz jeszcze tego wieczoru drwił, że w Warszawie wszyscy wiedzą o jego niemoralnym prowadzeniu się i że brakuje tylko, by Nałkowska i Boy-Żeleński brali go w obronę. Mokrzycki coś tam słyszał o powodach zwolnienia Czechowicza ze Związku Nauczycielstwa Polskiego, ale nie obchodziło go to.

W końcu poszli spać. Golda – w łóżku Moniki, Czechowicz zdrzemnął się na wersalce teścia i przykrył się kocem, a Mokrzycki, paląc papierosa za papierosem, zasnął na balkonie. Nad ranem obudził się z ostrym, przenikliwym bólem w dole pleców.

– Niech to szlag! Jeszcze mi bólu korzonków brakowało!

Ponieważ wstał pierwszy, poszedł do kuchni, żeby zaparzyć dla wszystkich kawę. Odnalazł jakieś pastylki przeciwbólowe w apteczce teściów. Przełknął dwie tabletki i popił wodą. Po kilkunastu minutach przelał kawę do dzbanka i wziął ze sobą trzy małe filiżanki, które ustawił jedna na drugiej, choć bał się, że spadną i się potłuką. A były to ulubione filiżanki jego teściowej. Tymczasem Golda się obudziła i poszła do łazienki. Mężczyźni nie protestowali, wiedząc, że rankiem toaleta jest zawsze sanktuarium kobiety. Czechowicz wyspał się na wersalce jak nigdy i oznajmił, że jest piekielnie głodny.

Antoni nie miał wyboru, jak tylko opróżnić spiżarnię teściów z suszonych wędlin, powideł i miodów. Pieczywo też znalazł, ale czerstwe. Wystarczyło jednak do zrobienia śniadania.

– Panie Józefie, niech pan włączy radio – powiedział Mokrzycki.

Odbiornik znajdował się na czarnej bukowej komodzie. Dochodziła siódma rano. Tuż po pełnej godzinie usłyszeli głos spikera, który w patetycznych słowach poinformował, że rząd Rzeczypospolitej Polskiej ogłosił mobilizację wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Natychmiast powinni się skierować do miejsc koncentracji swoich jednostek wojskowych.

– Cholera jasna – zaklął Mokrzycki.

Golda wyszła z łazienki, ale czar poranka już prysł. Zjedli w milczeniu śniadanie. Ich myśli kierowały się ku wojnie, która wyraźnie miała się zacząć lada dzień.

Po śniadaniu Mokrzycki w mundurze udał się do siedziby zarządu Drugiego Sztabu Wojska Polskiego, a Czechowicz i Golda pożegnali go czule. Wychodząc z mieszkania, Czechowicz poprosił go o pomoc w wydostaniu się z Warszawy, gdy TO się zacznie. Obydwaj wiedzieli, czym było „TO”. Hrabia podał poecie swój bezpośredni adres i numer, ale ostrzegł, że linie telefoniczne mogą być przeciążone. Mokrzycki poprosił, żeby w razie czego Czechowicz zostawił mu wiadomość na portierni w sztabie generalnym. Jeśli będzie miał wolne auto, to weźmie go ze sobą do Lublina. Mógł to być początek pięknej przyjaźni: polski hrabia o zranionej duszy, wyklęty poeta Czechowicz i jedna z najzdolniejszych aktorek żydowskich w Warszawie Golda Szaffer primo voto Cwajnblum.

Gdy goście zniknęli za rogiem, Mokrzycki przypomniał sobie czterowiersz Jeana Arthura Rimbauda:

Gwiazda w muszli twych uszu płakała różowo,

Bezkres biało z twych ramion na biodra się stoczył,

Morze spłoniło wzgórza twych piersi perłowo,

A Człowiek na twym łonie czarno krwią się zbroczył[5].

Ta trójka miała się już nigdy więcej nie spotkać. Przyjaźń nie zdążyła się narodzić.

ROZDZIAŁ IVDies irae

WARSZAWA, 1 WRZEŚNIA 1939 ROKU

O godzinie szóstej czterdzieści pięć warszawiaków obudził huk wybuchów. Było to pierwsze bombardowanie miasta. Niemieckie dorniery do-17 zrzuciły bomby na Okęcie oraz w rejonie Rakowa i Koła, a na ulicy Obozowej zginęli pierwsi niewinni ludzie. Niemieckie samoloty zostały wkrótce przegnane przez wyznaczoną do obrony Warszawy eskadrę pościgową wyposażoną w samoloty PZL P-11C. Pierwszego dnia Niemcy stracili kilka dornierów, które nadleciały nad miasto bez osłony myśliwców i zapłaciły drogo za tę nonszalancję. Na Woli zebrał się tłum gapiów, aby popatrzeć na wystający na kilka metrów w górę ogon niemieckiego samolotu. Piloci zginęli, a ciało jednego z nich, w kombinezonie lotnika, ale bez nóg, zwisało z drzewa. Kałużę krwi poniżej zlizywały bezpańskie głodne psy.

Mokrzycki tej nocy nie spał. O północy wszystkie komórki wywiadu informowały w rozpaczliwych meldunkach, że wybuch wojny jest już kwestią godzin. Spędził je w siedzibie sztabu generalnego. Rozkazy, które otrzymał w sprawie tajnych materiałów referatu Wschód, dotyczące polskich agentów w Związku Sowieckim, nagle nabrały mocy. Mokrzycki musiał spakować dokumenty do kasy pancernej i zorganizować osłonę. Pułkownik Smoleński, palący tej nocy papierosa za papierosem, tak że cały jego gabinet w świetle migoczącej upiornie żarówki wypełniony był niebiesko-szarym dymem, powiedział jednak:

– Proszę się wstrzymać z ewakuacją z Warszawy. Nie może pan wyjechać przed ucieczką rządu.

– Mam nadzieję, że rząd Sławoja-Składkowskiego i prezydent Mościcki wybiorą heroizm.

– Panie podporuczniku Mokrzycki – odparł pułkownik, zaciągając się kolejnym papierosem – nie jest pan dzieckiem, prawda?

Mokrzycki poczęstował się papierosem z paczki egipskich z filtrem, które palił Smoleński. Hrabia rzadko ulegał temu nałogowi, ale teraz sobie nie odmówił.

– Jak długo to potrwa?

Smoleński wiedział wiele o dysproporcjach obu armii.

– Nie wiem – odparł przełożony. – Teraz na pewno ruszą Francja i Anglia. Musimy wytrzymać dwa tygodnie.

Pułkownik powiedział to z wielką wiarą. Mokrzycki nie dziwił mu się. W coś trzeba wierzyć.

*

Nad ranem 1 września Józef Czechowicz usłyszał alarm bombowy. Nie miał wątpliwości, że nadeszła wojna. Jednak w przeciwieństwie do większości warszawiaków nie żywił złudzeń co do jej przebiegu i tego, jaki los spotka Polskę i Polaków. Poeta wynajmował suterenę na ulicy Narbutta 11a i starał się urządzić ją w miarę swoich skromnych możliwości. Urodził się przecież w podobnej suterenie w Lublinie w roku 1903 i teraz, kiedy świat miał się skończyć, znów trafił do takiego miejsca. Jednak natura nieodmienne podpowiadała umysłowi poety, że tak jak w marcu 1933 roku, kiedy żegnał się z Lublinem, wykonując szereg sentymentalnych fotografii, tak i teraz nastąpi koniec wszystkiego, co znał. Warszawa miała spłonąć jak w jego snach.

Jednak tego ranka nie był sam. Spędziwszy dwa dni wcześniej wspaniały wieczór u Mokrzyckiego i Goldy, z jeszcze większym bólem odczuł samotność. Leczyli go z niej przygodnie poznani chłopcy, którzy sprzedawali się jak córy Koryntu w okolicach ulicy Chłodnej czy placu Muranowskiego. Robotnik w Warszawie zarabiał około stu pięćdziesięciu złotych miesięcznie, a ceny żywności były wysokie. Kilo masła kosztowało siedem złotych, kilogram dobrej kiełbasy – dziewięć. Czechowicz wiedział, co to znaczy bieda, bo w niej wzrastał w Lublinie, lecz teraz, nawet mając pieniądze za słuchowiska w Polskim Radiu, nie mógł sobie pozwolić na to, by przenieść się do eleganckiego mieszkania na Mokotowie czy Ochocie. Seks bywa lekarstwem na samotność, a Czechowicz po prostu kochał tych chłopaków. Jeśli już kupił sobie miłość jednego, to ów kochanek wracał do niego, bo poeta był opiekuńczy i dobry. Pierwsza noc wojny też została naznaczona piętnem ciemnej, przeklętej miłości. Czechowicz zdążył zjeść z chłopakiem śniadanie, podczas gdy pościel na łóżku już stygła.

Tego dnia mało kto spał w kamienicy na Narbutta. Doświadczenie pierwszego nalotu na stolicę było dla wszystkich przerażające. Pierwszego dnia wojny miały się odbyć jeszcze dwa silne naloty.

Na pierwszym piętrze mieszkała wdowa po nauczycielu, pani Kozubek. Kobieta miała koło sześćdziesięciu lat i znana była z plotkarskiej pasji, którą dzieliła się z każdym z mieszkańców. Czechowicz, jako młody, przystojny i samotny mężczyzna, z oczywistych powodów był znakomitym tematem do plotek. Gdy syreny umilkły, Kozubek wyszła z mieszkania i skierowała się na dół, do sutereny, ale z uwagi na zamknięte drzwi niczego nie mogła zobaczyć ani usłyszeć. Gdy koło ósmej rano poeta wyszedł odprowadzić chłopaka, któremu było na imię Zenek, kobieta widziała ich w oknie. Wszyscy słuchali radia i apelu w sprawie wojny – Niemcy byli już w granicach, ale Kozubek prowadziła swoją małą, polsko-polską wojenkę, której ceną była moralność.

Gdy Czechowicz wrócił, czekała na niego przy drzwiach sutereny.

– Chcę porozmawiać, panie poeto.

Czechowicz był człowiekiem nieśmiałym i zazwyczaj przyjmował pozycję obronną wobec wścibskich warszawskich bab.

– Proszę wejść. Czy napije się pani herbaty?

– Nie na herbatę tu przyszłam – rzekła oschle Kozubek. – Zresztą niczego bym tu do ust nie wzięła.

Czechowicz źle się czuł w sytuacjach, kiedy ludzie atakowali go z wiadomego powodu.

– To czego pani chce?

– Wy, poeci, piszecie te swoje wiersze, ale ja jestem kobieta uczciwa i nigdy nie dopuściłam się nieprawości – powiedziała. – Wiem, że po raz kolejny miał pan u siebie chłopaka w nocy. Brzydzę się takimi jak ty i stać mnie na to, żeby powiedzieć o tym otwarcie.

– Lubuje się pani w moralności?

– Tak. Jestem normalna, w przeciwieństwie do ciebie. Na dziś poproszę sto złotych albo, jak mi Bóg miły, pójdę na policję.

Czechowicz zrozumiał, że to jest szantaż.

– I co pani powie policji? Czy sądzi pani, że oni dziś nie mają innych spraw na głowie? Wybuchła wojna.

– Wiem, złociutki, że wojna na nas przyszła – powiedziała Kozubek. – To przez takich jak ty Bóg nas karze. Warszawa od dawna jest siedliskiem rozpusty. Ale ja do tego ręki nie przyłożę. Jak mi dasz na dziś sto złotych, dam ci spokój na jakiś czas. Do roboty byś się wziął! – dorzuciła. – W radiu podali, że rowy przeciwczołgowe trzeba kopać.

– To niech pani kopie – odparł spokojnie Czechowicz, który miał już dość jej bezczelności. – A teraz proszę stąd wyjść.

Kobieta zaniemówiła. Nie tego się spodziewała.

– Natychmiast – dodał Czechowicz. – A na policję radzę iść zaraz, bo nie dostanie pani ode mnie ani grosza.

Baba wyszła, jakby robiła mu łaskę, że opuszcza jego mieszkanie. Józef odetchnął z ulgą. Wyczerpywały go takie konfrontacje.

Czechowicz zajmował w suterenie na Narbutta dwa pokoiki z przepierzeniem, gdzie miał malutką kuchnię. W mieszkaniu zawalonym książkami, szkicami warszawskich ulic, biednych zaułków, które tak lubił rysować, i szkiców chłopaków, którzy mu się podobali, znajdowała się też duża amerykanka, na której usiadł po wyjściu kobiety. Już raz to przeżył – kiedy został zwolniony ze Związku Nauczycielstwa Polskiego. Teraz siedział na kanapie i czuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Upokorzenie to jedno, do tego można przywyknąć. Ale zawsze w takich sytuacjach przychodził lęk tak straszny i tak dojmujący jak nieproszony gość w środku nieprzespanej nocy. Czechowicz zauważył, że drżały mu ręce jak wtedy, gdy w wieku piętnastu lat został przez ojca nakryty na świntuszeniu pod kołdrą. Ojciec był brutalnym i nieczułym zwierzęciem. W duszy Czechowicza zapisał się jako nigdy niezagojona i wiecznie gnijąca rana. Ten brak czułości w rodzinnym domu sprawił, że poeta wciąż szukał miłości i nie mógł jej znaleźć.

Siedział na kanapie może pół godziny, a może więcej. Potem przyszła fala strachu, która nakazała mu działać, uczynić wszystko, byle tylko nikt się nie dowiedział o schadzkach w suterenie. Czechowicz poszedł do Kozubek, ale jej nie zastał. Zrozumiał, że musiała iść na donos. Gdzie to babsko mogło pójść? Z ulicy Narbutta niedaleko było do dużego posterunku policji obok aresztu śledczego na Rakowieckiej. Nie zastanawiając się, ruszył w tym kierunku. Gdy był na ulicy, znów zawyły syreny, długo i przeciągle, wywołując u przechodniów atak paniki. Ludzie uciekali na wszystkie strony. Czechowicz wmieszał się w tłum i skrył się w jakiejś piwnicy. Słyszał wyraźnie dwa wybuchy – bomby musiały spaść w bezpośredniej okolicy.

*

Był to drugi poranny nalot na Warszawę, nad którą pojawiło się sześćdziesiąt dornierów w asyście trzydziestu myśliwców Messerschmitt Bf-109. I tym razem, tak jak we wczesnych godzinach rannych, warszawska brygada pościgowa wzbiła się w powietrze, ale oprócz zestrzelenia trzech dornierów i rozproszeniu niemieckiej formacji Polacy stracili dwa myśliwce PZL P-11C.

Po godzinie ludzie zgromadzeni w piwnicy usłyszeli krzyki i harmider dobiegające z ulicy. Zrobiło się duszno, a powietrze przesycone było zapachem starego brudu, potu i krwi.

Czechowicz wyszedł wraz z innymi na zewnątrz. Wciągał w płuca powietrze, ale zauważył, że na Rakowieckiej coś się stało. Poszedł tam wraz z gapiami. Na ulicy ziała wielka dziura, a obok niej leżał wykolejony tramwaj. Wokół było pełno szkła, roztrzaskanego poszycia, drewnianych kawałków ławek, ziemi, asfaltu i ludzkiej krwi. Jej struga wypływała spod ciała sześćdziesięcioletniej kobiety, którą zabił wybuch bomby. Czechowicz poznał natychmiast swoją dręczycielkę i zrobiło mu się jej żal. Zginęła, idąc z donosem na niego. Jej twarz wyrażała zdziwienie, a w miejscu jej zwalistego biustu ziała ciemnoczerwona dziura. Spod ciała strumień krwi wypływał na ulicę. Czechowicz zdziwił się, że w człowieku może być jej aż tyle.

– Ludzie, rozejść się! – ponaglał policjant. – Musimy przywrócić ruch na ulicy.

Czechowicz się oddalił.

*

Dopiero w popołudniowych wydaniach gazety, między innymi „Kuriera Codziennego”, napisano o bandyckiej napaści Niemiec na Polskę. Ale Mokrzycki zdawał sobie sprawę, że gazety pisać będą ku pokrzepieniu serc, a nie ku prawdzie. Trzeciego września Francja i Anglia wypowiedziały wojnę Niemcom, co wynikało z obustronnych traktatów, które Polska z nimi podpisała. W okolicach ambasad brytyjskiej i francuskiej zebrały się tłumy wiwatujące na cześć sojuszników. Mokrzycki jednak wiedział swoje. Gdy Monika zadzwoniła z majątku na Lubelszczyźnie, bardzo przejęta wiadomościami o tym, że Anglia i Francja przystąpiły do wojny, szybko ostudził jej dobry nastrój.

– Chciałbym, żebyś miała rację, ale wątpię, czy to zmieni nasze położenie.

– Ależ co ty mówisz, kochanie! – obruszyła się Monika. Pesymizm męża nie odpowiadał jej wyobrażeniom o prowadzeniu wojny. – Papa jest zdania, że teraz flota brytyjska wpłynie na Bałtyk, a Francuzi pomaszerują na Berlin. Papa jest pewny, że do Bożego Narodzenia będzie po wojnie. Kiedy do nas przyjedziesz?

– Przecież wiesz, że mam obowiązki. Jestem oficerem Wojska Polskiego.

– No tak, przepraszam, kochanie – powiedziała Monika. – Ale tak bardzo chcę, żebyś był tutaj z nami.

– To niemożliwe. Wkrótce opuszczę Warszawę. Klucze oddam sąsiadom, gdybyście chcieli wrócić, ty albo rodzice. Ale powrót teraz to nie jest najlepszy pomysł. Warszawa jest codziennie bombardowana. Dziś jest trzeci września i mieliśmy już trzeci nalot, a jeszcze noc przed nami. Piloci z brygady pościgowej są od trzech dni bez snu, Niemcy mają ogromną przewagę.

– Zasmuca mnie to, co mówisz – powiedziała przejęta Monika.

Mokrzycki zdał sobie sprawę, że być może długo nie zobaczy ani nie usłyszy żony. Chciał jej wynagrodzić to, że przez ostatnie lata nie był dobrym mężem.

– Proszę, Moniko, kochanie, wysłuchaj mnie teraz – powiedział z naciskiem. – Pod żadnym pozorem nie wracajcie do Warszawy. Myślę, że będzie tylko gorzej. Wieś wydaje mi się teraz najbezpieczniejsza. Chodzi mi o naszego syna, o ciebie i rodziców. Zakazuję wam wracać do miasta.

– Zrobię, jak każesz – powiedziała wzruszona Monika, gdy usłyszała, że Antoni powiedział o „ich” dziecku, choć przecież nie był ojcem Jasia.

– Do widzenia – powiedział Mokrzycki. – Proszę, wybacz mi, że nie byłem dla ciebie takim mężem, jakiego pragnęłaś.

– Wszystko już zapomniałam – odparła Monika.

Znów zawyły syreny. Był już wieczór i tym razem Mokrzycki usłyszał szum silników zbliżającej się dużej nocnej formacji niemieckich bombowców. Artyleria przeciwlotnicza w Warszawie, wyposażona w doskonałe francuskie działa Bofors, otworzyła ogień, a w niebo skierowano reflektory o dużej mocy. Wybuchy przerwały połączenie. Mokrzycki zdał sobie sprawę, że to najpotężniejszy nalot od początku wojny. Jeśli ktoś myślący miał nadzieję, że po wypowiedzeniu wojny przez Anglików i Francuzów Hitler zawróci wojska z Polski, teraz dostał odpowiedź. Wkrótce nocne miasto oświetliła łuna pożarów, coraz więcej niemieckich bombowców przedzierało się nad Warszawę.

*

Piątego września zapadła decyzja, że rząd Polski ewakuuje się ze stolicy. Mokrzycki tymczasem przygotowywał dokumentację referatu Wschód Dwójki do wywiezienia w bezpieczne miejsce. Miał się kierować do granicy rumuńskiej, jedynego przyjaźnie nastawionego państwa graniczącego z Polską. Warszawiacy rozpoczęli kopanie rowów przeciwczołgowych na obrzeżach miasta od strony zachodniej – na Woli i Ochocie. Tego dnia pułkownik Smoleński przekazał Mokrzyckiemu informację, że w Katowicach Niemcy, zająwszy miasto, zastrzelili w masowych egzekucjach setki złapanych powstańców śląskich.

– Co za skurwysyny – wściekał się pułkownik Smoleński.

– Moje obawy co do tego, jak Niemcy będą się zachowywać, potwierdzają się. Jednak, jeśli armia francuska ruszy na Zachodzie, z pewnością napór na nas zelżeje.

Mokrzycki nie wiedział, dlaczego to powiedział. Sam w to nie wierzył. Zdawał sobie sprawę, że ewakuacja najważniejszych instytucji i materiałów wywiadowczych państwa polskiego stawała się koniecznością.

Tego dnia postanowił zabrać ze sobą chorążego Jakuba Kalińskiego, który przywiózł mu rozkaz mobilizacyjny. Chorąży uchodził za dobrego kierowcę w Dwójce, a towarzyszyli mu dwaj wyszkoleni żołnierze: chorąży Maciej Widłak oraz kapral Kamil Wilk – do ochrony dokumentacji, na którą składały się osiemdziesiąt cztery teczki raportów referatu Wschód oraz dwanaście teczek osobowych ściśle tajnego znaczenia zawierających akta osobowe polskich szpiegów w Związku Radzieckim. Jednak w ogólnym zamęcie, jaki powstał, Mokrzycki dopiero 6 września uzyskał zgodę na przydział benzyny od dowódcy obrony Warszawy generała Waleriana Czumy. Nazajutrz, 7 września, Mokrzycki rozpoczął swoją wojenną gehennę, wśród tysięcy warszawiaków pragnących za wszelką cenę wydostać się z miasta.

Tuż przed wyjazdem hrabia dowiedział się w zarządzie wywiadu, że Czwarta Niemiecka Dywizja Pancerna wyposażona w dwieście pięćdziesiąt czołgów Panzer Mark II podchodzi do miasta od strony południowo-zachodniej. Generał Czuma, dowódca obrony stolicy, wysłał w rejon Woli i szczególnie narażonej Ochoty wszystkie odwody oraz utworzoną naprędce z ochotników brygadę robotniczą. Nie wszyscy ludzie uciekali z domów; mnóstwo mężczyzn, którzy nie zostali zmobilizowani z powodu wieku lub stanu zdrowia, kopało rowy przeciwczołgowe na Ochocie i Woli. Podchodzenie Niemców pod miasto już po tygodniu wojny Mokrzycki uznał za bardzo przygnębiającą wiadomość. Liczył jednak na to, że stolica wytrzyma jak najdłużej. Była symbolem Polski walczącej, tak jak Westerplatte, które wciąż się broniło.

Mokrzycki dostał od dowództwa Dwójki samochód marki Renault Celtaquatre, model z 1936 roku, z przydziałem benzyny i prawem jej rekwizycji na całej trasie. Kapral Wilk towarzyszył mu jako drugi kierowca, a chorąży Widłak jechał na motocyklu Sokół jako ochrona. Tylko Mokrzycki wiedział, co wiozą w bagażniku. Wyjeżdżając z siedziby sztabu generalnego Wojska Polskiego, hrabia zastanawiał się, kiedy znów przyjdzie mu zobaczyć Warszawę.

– Skręć na Narbutta – powiedział do siedzącego za kierownicą Jakuba Kalińskiego.

Chorąży nie dyskutował.

Gdy dojechali na miejsce, Mokrzycki zastał Czechowicza pakującego swoje rzeczy do plecaka. Józef spojrzał na hrabiego z wdzięcznością. Gdyby nie wojna, może dane by im było żyć razem. Ale teraz musieli uciekać.

– Nie dostałem już biletów na pociąg – powiedział Czechowicz.

– Nie dziwi mnie to. Zresztą kolej była przepełniona i nie najbezpieczniejsza. Niemcy bombardują także pociągi, żeby sparaliżować nasze linie komunikacyjne. Zabiorę cię do Lublina.

Czechowicz przytulił się do niego jak dziecko, którym w istocie był. Zlęknionym, przepełnionym bólem trzydziestoletnim dzieckiem.

– Dziękuję – wyszeptał.

– Chodźmy do auta. Mam jedno miejsce wolne.

Wkrótce okazało się, że przy wyjeździe z Warszawy szosa na Lublin jest zapchana setkami uchodźców. Mokrzycki nic nie mógł zrobić. Kapral Wilk nalegał, żeby zmusić ludzi do przepuszczenia wojskowego samochodu uprzywilejowanego, ale Mokrzycki nie chciał rzucać się w oczy. Wywoził w końcu tajne materiały polskiego wywiadu.

Jechali z prędkością może piętnastu kilometrów na godzinę. Gdy mijali Wawer, już po prawej stronie Wisły, Mokrzycki ze zmęczenia przysnął. Ocknął się dopiero, gdy na drodze podniósł się tumult. Ludzie nerwowo oglądali się za siebie. Na niebie pojawił się punkt, a potem drugi i zaczęły szybko się do nich przybliżać. Chorąży Kaliński zdołał usłyszeć charakterystyczny ryk syreny niemieckiego bombowca nurkującego Junkers Ju-87, zwanego popularnie stukasem. Samoloty te już zaczęły wywoływać w Polsce trwogę. Zestrzelono ich kilka nad Warszawą, ale ci piloci widocznie obrali sobie za cel kolumnę uciekinierów.

– Wysiadać z auta! – krzyknął chorąży.

Antoni natychmiast wykonał polecenie i schował się w rowie, przybierając pozycję embrionalną.

Stukas się zbliżał. Ryk syreny potężniał i rozchodził się na wszystkie strony.

Krzyki ludzi mieszały się z nerwowym rżeniem koni, które wyczuwały zagrożenie, ale nie miały się gdzie schronić.

Nagle niedaleko eksplodowała dwustupięćdziesięciokilogramowa bomba.

Fala uderzeniowa przewróciła motocykl chorążego Widłaka, którego wybuch rzucił na pobliskie drzewo. Odłamki rozprysnęły się we wszystkich kierunkach, raniąc dziesiątki osób, a tych, którzy stali najbliżej, wybuch wręcz rozerwał na strzępy. Na masce samochodu Mokrzyckiego znalazły się czyjeś wnętrzności. Hrabiemu, ukrytemu w rowie, nic się nie stało, podobnie jak dwóm jego ludziom, którzy uciekli z samochodu. Jednak chorąży Widłak nie mógł wstać. Jęczał z bólu. Tego Mokrzycki nie przewidział – Niemcy coraz silniej atakowali z powietrza.

Po chwili przerażeni warszawiacy zaczęli wstawać i otrzepywać z ubrań ziemię i krew. Ktoś zapłakał. Ranni krzyczeli. Ktoś inny prosił o opatrunek, a jeszcze inny wołał matkę. Mokrzycki otarł chusteczką pot z czoła, poprawił czapkę wojskową, po czym podszedł do rannego.

– Chyba jestem ranny w nogę – wycedził przez zęby chorąży Widłak. – Bardzo boli.

Mokrzycki zdał sobie sprawę, że żołnierz nie może kontynuować misji. Jednak nie mógł go tutaj zostawić na pastwę losu. Hrabia, jako oficer, był odpowiedzialny za swoich ludzi.