Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przywódca bandy złodziejaszków i żebraków Aron poznaje przybyłą z daleka dziewczynę – Melindę, pragnącą odzyskać skradzioną rodzinną pamiątkę. Postanawia jej pomóc. Zadanie jest o tyle trudne, że jest już zamieszany w inne ryzykowne przedsięwzięcie. Ma jednak asa w rękawie, o którego istnieniu nikt nie zdaje sobie sprawy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 71
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kroniki Valeny
Melinda
Dawid Traczykowski
Kroniki Valeny: Melinda
Copyright © 2026, Dawid Traczykowski
Autor niniejszego dzieła nie zezwala na wykorzystanie jego całości ani części w żadnych programach rozpoznających wzorce graficzne, tekstowe itp. (tzw. Sztuczna Inteligencja).
Projekt okładki
Dawid Traczykowski
W książce użyto czcionek na licencji freeware
BlackChancery by Doug Miles
https://www.1001fonts.com/blackchancery-font.html
Royalty Criminals by Vladimir Nikolic
https://www.1001fonts.com/royalty-criminals-font.html
Morris Roman by William Morris (digitized by Dieter Steffmann)
https://www.1001fonts.com/morris-roman-font.html
Pomoc wszelaka
Kamil Traczykowski
ISBN 978-83-977901-2-4
Aron nie lubił tego dnia w miesiącu. Powłóczył nogami po zabłoconych ulicach Tamiru, dzierżąc w ukrytej w kieszeni kurtki dłoni mieszek ze srebrnymi monetami, starając się jeszcze choć przez krótką chwilę poczuć jego właścicielem. Zimny wschodni wiatr i stalowoszare chmury leniwie sunące po niebie pogłębiały jego podły nastrój.
Wkrótce błoto ustąpiło miejsca wyślizganym, mokrym kamieniom alei Antera Agitara. Na targ na placu Oktawiana licznie zmierzali mieszkańcy kadryjskiej stolicy: skrywający twarze pod kapturami wełnianych peleryn klienci rozmaitej zamożności, spóźnieni, zataczający się pod ciężarem towarów (a może wrażeń ubiegłej nocy?) kupcy, rozglądający się na boki w poszukiwaniu ofiar kieszonkowcy czy bogato ubrani, kroczący pawim chodem, pracownicy sukiennic. Aron dołączył do pochodu, zaciskając jedną dłoń na mieszku, a drugą trzymając w gotowości do odparcia zakusów konkurencji. Na szczęście okoliczni złodzieje wybierali łatwiejsze cele, jego czujne spojrzenie i pewny krok wystarczały, by ich odpędzić.
Przybywszy na zatłoczony, gwarny bazar, przecisnął się w stronę wybudowanej na północnym krańcu placu kamiennej fontanny w kształcie sarny i usiadł na ławce obok wytwornie ubranego czterdziestokilkulatka. Starając się zachowywać spokój, bacznie obserwował uzbrojonych w halabardy strażników miejskich, przechadzających się w pobliżu wodotrysku. Ich ciemnozielone tuniki i mokre białe płaszcze prezentowały się tego pochmurnego dnia nadzwyczaj ponuro.
— Przyszedłeś tu pogapić się na targ czy w interesach? — spytał sąsiad z ławki.
— Przecież straż…
— To moja obstawa. — Odparł lekceważąco mężczyzna, wyciągając otwartą dłoń w pospieszającym geście.
„Robi się coraz bardziej bezczelny — pomyślał Aron, wyciągając haracz z kieszeni. — Najpierw spotkania w zatłoczonych miejscach, a teraz ochrona straży miejskiej. Jego szef musi się czuć nadzwyczaj pewnie, jeśli mu na to pozwala”.
Srebrne monety zabrzęczały w dłoni Jego wysłannika. Jak na komendę, gwardziści obrócili się w stronę dokonujących zakupów mieszczan. Mężczyzna długo oglądał pieniądze, szczególnie uważnie przyglądając się ich krawędziom.
— Te dwie są chyba ślizgane — stwierdził w końcu.
Aron słyszał o ślizganiu monet. Podobno przesuwając wielokrotnie, i z odpowiednią siłą, krawędzią pieniądza po specjalnie przygotowanym suknie, można było po kilku miesiącach odzyskać z tkaniny nieco kruszcu. Tylko że to wymagało naprawdę wielu monet, by zanadto żadnej nie odchudzić. Nikt w jego bandzie nie dysponował takimi ilościami pieniędzy. Cwaniak chciał w bezczelny sposób naciągnąć ich na dodatkową opłatę. Należało mu wyjaśnić, uprzejmie, lecz zdecydowanie, żeby nie próbował z nim podobnych sztuczek.
— Ślizgane? Srebrne monety? — udał zdziwienie. — Komu by się to opłacało? Tylko złoto…
— Srebro też — przerwał mu Jego przedstawiciel.
— I naprawdę myślisz, że przez nasze ręce przechodzi aż tyle pieniędzy…?
— Wiem, ile przechodzi przez wasze ręce — rzucił mężczyzna poirytowanym tonem. Strażnik obrócił na niego pytające spojrzenie. Odpowiedziało mu delikatne potrząśnięcie głową. Wartownik wrócił do obserwowania tłumu. Wysłannik spojrzał w zachmurzone niebo i po krótkiej chwili kontynuował spokojnie: — Dlatego każę wam płacić tyle, ile płacicie. Ale to ostatni raz, kiedy przyjmuję ślizgane monety.
Aron ciężko westchnął.
— Jeśli to jakiś proceder prowadzony na szeroką skalę, a skoro ma się opłacać przy srebrnych monetach, to taki z pewnością jest, wkrótce możemy tu mieć same ślizgane pieniądze. Skąd ci wtedy wezmę normalne? I czy twoi znajomi ze straży miejskiej nie mogą czegoś z tym zrobić? To przecież ryzyko dla całej waluty. W czasach imperium bito przecież monety z coraz mniejszą zawartością złota i srebra i wszyscy wiemy, jak się to skończyło.
Mężczyzna uśmiechnął się wesoło.
— Proszę, proszę. Niby zwykły złodziejaszek, a jaka wiedza. Idź może do Meridiusa, na pewno znajdzie dla ciebie jakieś stanowisko na dworze.
„Już nie tylko złodziejaszek” — stwierdził z satysfakcją Aron.
— Polityką monetarną kraju niech zajmuje się ktoś inny. Ty masz mi dostarczać nieślizganych monet i pilnować swojej hałastry… co ostatnio chyba średnio ci wychodzi.
— Nie rozumiem — zdziwił się chłopak. — Przecież nie działamy poza swoim terenem. — Czyżby ktoś z jego bandy zaczął pracować na własną rękę, narażając kompanów na poważne problemy?
— Jeden chłopaczek od ciebie od dwóch dni gra w króla na placu Camillusa — odparł Jego przedstawiciel, świdrując Arona wzrokiem.
— Tak? — Przywódca bandy nic o tym nie wiedział. Mężczyzna chyba wyczytał w jego oczach szczerość, bo rozsiadł się na ławce i spokojnie ciągnął: — To brat twojego dobrego kolegi, Larnaka.
„Hanik? Przecież on tylko pomaga w pracach domowych i przygotowywaniu posiłków. Nie wychodzi zarabiać pieniędzy. Chyba muszę porozmawiać z Larnakiem”.
— Całkiem nieźle mu idzie — kontynuował Jego przedstawiciel — ale nie udzieliliśmy wam licencji na działanie na tym terenie. Poza tym konkurencja już go namierzyła. Jeśli nie zniknie do jutra…
— Załatwię to.
— Wiem. A w ramach rekompensaty w przyszłym miesiącu przyniesiesz mi jeszcze jedną taką monetę. — Mężczyzna wyciągnął z kieszeni dziesięciokoronówkę.
Aron nie polemizował. Była to niewielka kara na podobne wykroczenie. Kilka lat temu jeden z jego podopiecznych został ciężko pobity po ledwie kilku godzinach działalności na cudzym terenie. Hanik dostał trzy dni. Może dlatego, że miał tylko siedem lat, a może ktoś dostrzegł jego unikalny talent? Jeśli potrafił to co Larnak…
— Coś jeszcze? — Aron zaczął się podnosić z ławki.
— Tak — odparł zimno mężczyzna — jest jeszcze jedna sprawa.
Chłopak usiadł. Nie chciał dłużej przebywać w towarzystwie Jego wysłannika, wodził więc wzrokiem po tłumie, czekając, aż ten wyłoży swoją sprawę. W pewnej chwili dostrzegł w ciżbie niewysoką blondynkę o długich włosach, rozglądającą się na boki. Dziewczyna czegoś szukała, wydawała się zagubiona. Lada chwila niesiony przez nią na kiju niewielki tobołek mógł stać się celem okolicznych złodziei. Zapragnął jej pomóc. Bynajmniej nie z pobudek altruistycznych — liczył na okazaną na osobności wdzięczność. Miał dwadzieścia jeden lat i pomimo pełnienia odpowiedzialnej roli w bandzie, nie zapominał o swoich potrzebach.
— Słyszałeś o kupcu Vladirze? — dobiegło go jak z oddali. — Hej, mówię do ciebie. — Mężczyzna trzepnął go w głowę jak jakiegoś smarkacza.
Aron odruchowo napiął mięśnie, szykując się do oddania ciosu. Złowrogie spojrzenia strażników miejskich sprawiły, że w porę się opamiętał.
— Słyszałem — odparł, kątem oka obserwując dziewczynę. — Umarł chyba w zeszłym miesiącu.
— Dwa miesiące temu — sprostował sąsiad. — Bezdzietnie. Jego majątek przejęła Korona.
— I co z tego? — Aron teraz już nawet nie patrzył na rozmówcę. Całą uwagę skupił na blondynce.
— Vladir zgromadził pokaźną kolekcję artefaktów z czasów imperium: zbroje oraz broń sławnych konsulów, ich przedmioty osobiste i tym podobne. Według oszczędnych szacunków jego zbiory mogą być warte nawet pół miliona koron.
Wobec przedłużającej się ciszy, Aron obrócił spojrzenie na wysłannika. Ten przyglądał mu się świdrującym wzrokiem.
— I? — Nie miał ochoty kontynuować konwersacji. W pobliżu blondynki zaczęło się kręcić dwóch złodziejaszków. Zaraz ustalą, któremu należy się łatwy łup i zaczną działać.
— Spieszno ci dokądś? — spytał mężczyzna, wpatrując się w niego.
Chłopakowi cisnęła się na usta kąśliwa uwaga o tym, że on musi pracować na swoje utrzymanie, a nie cały dzień siedzieć na ławce i przyjmować pieniądze od innych, ale podobne słowa tylko przedłużyłyby rozmowę (nie wspominając o ryzyku podniesienia haraczu lub pobicia przez straż miejską), więc ugryzł się w język.
— Muszę zarabiać pieniądze — odparł tylko.
— A nie próbujesz czasem rozszerzyć działalności?
— Nie rozumiem.
— Ktoś sprzedał ostatnio niejakiej Warenii, wdowie po Samusie, tym od nieruchomości, grzebień z kości słoniowej Cezara.
— To na pewno fałszywka. Cezar nie miał aż tyle włosów, by używać grzebienia — zażartował Aron.
Wysłannik zachował kamienną twarz.
— Jemu nie spodoba się kręcenie swoich interesów bez powiadamiania go o tym… i odprowadzania należnego mu procentu.
— Dlaczego mnie o tym mówisz? Nie znam się na tego typu przedmiotach. A do osób pokroju Warenii czy Vladira nigdy nie dopuściliby mnie ich ochroniarze.
— Mówię o tym wszystkim.
Aron zerknął w stronę zagubionej dziewczyny. Kieszonkowcy chyba już ustalili hierarchię, bo jeden gdzieś zniknął, a drugi zbliżył się do ofiary.
— Jeśli jest jakaś nagroda za odnalezienie tych gratów, to mogę popytać na mieście. — Zaczął się podnosić. — Jeszcze coś?
Mężczyzna zmierzył go badawczym spojrzeniem, ale po chwili pokręcił głową i skierował wzrok na czekającego na swoją kolej następnego „klienta”.
Aron pospieszył ku będącej w opałach, choć niczego nieświadomej, dziewczynie. Ta niestety zdążyła zniknąć w tłumie. Odnalazł ją jednak w samą porę. Mimo iż oddalała się od niego, złodziej, który właśnie rozciął jej tobołek i wyciągnął z niego malutki mieszek, zmierzał w jego kierunku. Aron podstawił mu nogę, a gdy ten się potknął, prawą ręką pomógł mu utrzymać równowagę, lewą zaś sięgnął do jego kieszeni.
— Wszystko w porządku? — spytał troskliwie, chowając zdobycz do kurtki.
Złodziejaszek prychnął i obrzuciwszy go lekceważącym spojrzeniem, oddalił się bez słowa.
— Przepraszam panienkę. — Aron dogonił i zaczepił dziewczynę. — Mam coś, co może panienkę zainteresować.
— Nie stać mnie, proszę dać mi spokój. — Nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem.
— Nie chcę za to ani korony. Tylko lepiej oddalmy się trochę od tego tłumu.
Zatrzymała się i przyjrzała mu podejrzliwie.
— Sami złodzieje i zboczeńcy w tym Tamirze. Nie interesuje mnie, co tam chowasz w spodniach. — Odwróciła się i ze zdwojonym wysiłkiem poczęła przeciskać przez tłum.
Oszołomiony Aron stał chwilę w miejscu. Po pierwsze, nigdy jeszcze nie usłyszał pod swoim adresem podobnej uwagi. Po drugie, blondynka z bliska prezentowała się oszałamiająco. Piękna, foremna twarz, równe, białe zęby, lekko zadarty nos i niebieskie oczy o morskiej głębi. Zaraz jednak się opamiętał i ponownie dogonił dziewczynę.
— Co do zboczeńców, to nic na ten temat nie wiem, ale złodziei rzeczywiście tutaj pełno. — Wskazał dziurę w jej tobołku.
— O nie. — Blondynka postawiła zawiniątko na kamiennym podłożu i zaczęła je przetrząsać. Mijający ją przechodnie rzucali jej poirytowane spojrzenia. Tu się chodzi, nie ogląda swoje zakupy — powiedział nawet ktoś. — Zabrali mi… To ty — wskazała palcem na Arona — to ty, przyznaj się.
— Ja? — Przesadna zaciętość wymalowana na jej obliczu rozbawiła go. Miała jedną z tych twarzy, które zawsze zdawały się uśmiechać, nawet dąsając się czy oskarżając kogoś o kradzież. — Co ja?
— Ukradłeś mi pieniądze. — Wypowiedziany głośno zarzut nie wzbudził niczyjego zainteresowania. — Ukradłeś, a teraz próbujesz wyłudzić znaleźne.
Uśmiechnął się szeroko. Jej oskarżenie było tak niedorzeczne, że aż zabawne.
—
