Kroniki Krwi i Mroku. Księga 3 - Katarzyna Wycisk - ebook
NOWOŚĆ

Kroniki Krwi i Mroku. Księga 3 ebook

Wycisk Katarzyna

0,0

Opis

Bogowie zniknęli, anioły przejęły władzę nad Alaris, a ludzie stali się pionkami w grze, której zasad nikt już nie pamięta.

Moon dorasta w cieniu Gniazda – ostatniej ludzkiej osady, gdzie każdy dzień to walka o przetrwanie. Gdy brutalna śmierć brata burzy jej świat, dziewczyna zostaje wciągnięta w wir wydarzeń mających na zawsze zmienić bieg historii. Dziesięć lat później dołącza do rebelii walczącej z uciskiem, a w czasie ryzykownej misji spotyka tajemniczego wojownika, którego przeszłość skrywa mroczne sekrety.

Wejdź do świata, gdzie serce bije w rytmie walki, pożądania i nienawiści.

Gdzie każda decyzja może kosztować życie, a miłość… duszę.

Bo niektórych nie da się pokochać bez bólu. I są też tacy, bez których cierpienie nie ma sensu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 506

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Kroniki Krwi i Mroku

Księga 3

Katarzyna Wycisk

Słownik

Adrebach – lodowy kontynent przed Wielką Wojną

Alaris – planeta zamieszkana przez ludzi i niziołki

Ampliflor – roślina wzmacniająca działanie innych substancji

Berseks – więzienie w górach Kargmor

Cyron – kontynent przed Wielką Wojną

Dornheim – miejsce w Naar-Fel

Dunkel-Bezirk – rewir należący do wampirów

Duskyr/Duskari – koszmar/koszmary

Elario – brat/przyjaciel (alaryjski)

Enarel – miecz Moon

Erhon – roślina wzmacniająca

Erkanis – roślina rozpoznająca

Exil – grota, w której śpią veldraki

Faustkirch – stolica Rendanii, krainy przed Wielką Wojną

Feuerheim – góry na Wyspie Ostatnich

Flamma – ptak zamieszkujący las Naar-Fel

Fliedr – fioletowy kwiat odganiający ptaki

Frostrein – roślina wywołująca obniżenie temperatury

Gelt – waluta obowiązująca w Gnieździe

Gipfelkreuz – dom publiczny w Południowym Sektorze Gniazda

Habryth – magiczna istota przypominająca białego jastrzębia

Halblingsburg – wioska, gdzie ukrywają się niziołki

Heilsee – jezioro w Naar-Fel

Heilven/Heilveni – uzdrowiciel (alaryjski)

Hollenloch – nazwa drzew w Naar-Fel

Initium – planeta Inicjan

Kargmor – góry na Wyspie Skrzydeł

Kesland – miejsce na Cyronie, przed Wielką Wojną

Kharon – wojownik (alaryjski)

Letheris – roślina, której sok powoduje amnezję

Ligstern – roślina, która odpowiednio przygotowana zaspakaja głód

Lísmaar – zioło lecznicze

Mirilis – używane jako pieszczotliwe określenie, łączy czułość z szacunkiem (alaryjski)

Mortharis – sztylet odbierający nieśmiertelność

Mürmox – robak bagienny z Lasu Śmierci

Na’drath – przekleństwo w języku alaryjskim

Naar-Fel – Las Śmierci (alaryjski)

Narthulîn – roślina trująca, paraliżująca

Nematody – robaki zamieszkujące korzenie drzew w Naar-Fel

Nest – Gniazdo (alaryjski)

Noctare – przybytek, gdzie przesiadują wampiry

Ostlingen – miasto na Wyspie Skrzydeł

Pentres – królestwo w Initium

Sangwerna – drzewo w Lesie Śmierci

Sebelhorn – mgielny koń

Skarnidy – owady żyjące w Naar-Fel

Sumpfweg – droga w Naar-Fel

Thalvagor – Bezkresne Wody (alaryjski)

Tharnbringer/Tharnbringar – przynoszący śmierć

Thayel/Thayelim – anioł/aniołowie (alaryjski)

Théros – narkotyk

Traght – język demonów

Trifftbrucke – miejsce w Naar-Fel

Varkylis – roślina odstraszająca

Varnesh – używane jako obraźliwe określenie dla osoby służalczej, pochlebczej, bez własnej wartości (alaryjski)

Varngar – Tarcza (alaryjski)

Varnsche – Klucznik (alaryjski)

Veldrak – nietoperz-wampir

Velnari – mgielny lis, istota eteryczna, przyjaciel i posłaniec Drake’a

Vort – sposób szybkiego przemieszczania się, umiejętność Inicjan

Waldland – teren na Cyronie, zamieszkany przez niziołki przed Wielką Wojną

Westlingen – miasto na Wyspie Skrzydeł

Wissenberg – szczyt Feuerheim

Zarven – napar z tej rośliny powoduje rozwinięcie się ciąży w dziewięć dni

Rasy na Alaris

INICJANIE

Królewski ród (bogowie) – złoto-czarne skrzydła, srebrne włosy, turkusowe oczy; wrodzona umiejętność latania, magia krwi, nieśmiertelność;

Inicjanie (lud) – w przeciwieństwie do Inicjan królewskiego rodu są śmiertelni i długowieczni, nie władają magią krwi.

ANIOŁY (thayelim)

Ludzie, którzy zakosztowali krwi Inicjan królewskiego rodu.

Białe skrzydła; długowieczni, śmiertelni, muszą się nauczyć latania, mogą się rozmnażać.

WAMPIRY

Ludzie, którzy zakosztowali krwi aniołów, są posłuszni swoim stwórcom.

Potrzebują krwi, by przeżyć, w przeciwnym razie przemieniają się w veldraki.

Długowieczne, śmiertelne.

VELDRAKI

Zmutowane wampiry żyjące poza Gniazdem, w lesie, żywią się surowym mięsem.

Śmiertelne, długowieczne.

TARKENY

Pierwsi – praludzie, którzy przeszli przemianę podczas Wielkiej Wojny. Podczas pełni księżyca mogą wybrać, gdzie chcą spędzać czas, na lądzie czy pod wodą. Długowieczni, śmiertelni;

Tarkeny – potomkowie pierwszych, drapieżcy, mogą wyjść na ląd, ale nie przeżyją bez wody dłużej niż tydzień. Długowieczni, śmiertelni.

GOBLINY

Pradawni ludzie, których organizmy przystosowały się do życia pod ziemią.

Wyższe – bardziej inteligentne, mają ludzkie odruchy;

Niższe – kierują się instynktem, zatraciły człowieczeństwo.

Długowieczne, śmiertelne.

NIZIOŁKI

Rasa żyjąca na Alaris jeszcze przed Wielką Wojną.

Długowieczne, śmiertelne.

Przedstawienie postaci

Aidan Landcraft – anioł, przyjaciel Drake’a, uzdrowiciel

Aja – niziołka, siostra Schmieda

Amon – goblin, który uwolnił Keirę

Andreth – nauczyciel Drake’a na Initium

Asael – demon, Książę Ciemności

Blair „Sęp” Scherzer – przywódca gangu Krwiożerców

Blitz – biały jastrząb, pośrednik Rowana Seykena

Bram – przywódca rebeliantów, ojciec Matthew, mąż Shany

Castor – wyższy goblin, przywódca armii goblinów, kapitan

Devine – tajemnicza kobieta znająca sposób na zabicie boga

Donnan – żołnierz/wojownik armii anielskiej

Drake Invictus Initium – inicjanin królewskiego rodu, syn Keiry, sprawuje władzę w Gnieździe. Bóg.

Evan – wampir o nieznanej przeszłości, sługa Rowana Seykena

Fergal – Krwiożerca, brat Sorchy

Florian – starszy rebeliant

Gawren – niziołek, kucharz

Hagan – anioł, pierwszy oficer armii anielskiej

Jory – młody Krwiożerca, szpieg Drake’a

Kass – wampir, brat Yvon, sługa Owena

Katze – wojownik napotkany przez Moon w Lesie Śmierci

Keira Proditio Initium – Inicjanka, pozbawiona skrzydeł, skazana na wieczne więzienie na Wyspie Wiecznego Ognia, matka Drake’a, bogini, władczyni Initium

Lavena – córka Sedrica, ukochana Tristana, żona Najwyższego Kapłana

Linch – Krwiożerca, który walczył z Moon

Liraen – żona Sedrica, matka Laveny

Lothmor – tarken, jeden z pierwszych, brat Valmora, wysłannik Skarda

Matthew – rebeliant, syn Shany i Brama

Melvin – Najwyższy Kapłan, mąż Laveny

Moon Kael – rebeliantka, córka Kassidy i Lorcana, siostra Tristana

Nessa Kael – kapłanka inicjańska

Owen – anioł, oficer gwardii anielskiej, pan Kassa

Qatharûn – zmaterializowana magia Drake’a, smok-feniks

Randal Lengland – rebeliant, ojciec Wynna

Ratte – goblin, podwładny Castora

Ravelin – alchemik Melvina, Najwyższego Kapłana

Richtermann – władca Innekant, wraz z armią Inicjan podbija także Cyron i Adrebach (kontynenty)

Rowan Seyken – anioł, generał gwardii anielskiej

Schmied – niziołek, walczył u boku Drake’a podczas Wielkiej Wojny, kowal, brat Aji

Schurle – niziołek, uzdrowiciel

Sedric – nadzorca igrzysk, ojciec Laveny

Shana – rebeliantka, żona Brama, matka Matthew

Skard – władca tarkenów

Sorcha Lockhart – członkini Krwiożerców, kochanka Blaira, siostra Fergala

Soriel – velnari, przyjaciel i posłaniec Drake’a

Thorga – tarkenka, wysłanniczka Skarda

Torin – żołnierz/wojownik armii anielskiej

Tristan Kael – brat Moon, syn Kassidy i Lorcana

Ulrich – nadworny uzdrowiciel króla Richtermanna

Valmor – tarken, jeden z pierwszych, brat Lathmora

Vivienne – szpieg Najwyższego Kapłana Malvina

Wynn – syn Randala

Yalaneu – człowiek, ukochana Drake’a z czasów sprzed Wielkiej Wojny

Yvon – wampirzyca, siostra Kassa, sługa Hagana

Prolog

Istniały kiedyś serca, które biły jednym rytmem.

Odnajdywały się pośród narodzin i śmierci, jakby wszechświat był jedynie drogą prowadzącą do ich spotkań.

Krążyły wokół siebie niczym ogień i powietrze.

Jedno pożerało, drugie podtrzymywało istnienie.

Gdy przebywały razem, granice między życiem a jego końcem traciły znaczenie.

Wędrowały przez wieki.

Zmieniały ciała i imiona, lecz zawsze rozpoznawały siebie bez słów.

Każde życie przynosiło miłość i nieuchronne cierpienie.

Ponieważ od początku należały do wojny starszej niż bogowie.

Jedno z nich stworzyła Otchłań.

Drugie zrodziło się ze Światła.

Otchłań i Światło nie walczyły otwarcie.

Rozkładały pionki.

Przesuwały dusze.

Rozpisywały istnienia w Odwiecznej Grze.

Otchłań szukała słabości i pęknięć.

Światło czekało, wierząc, że krąg można przerwać.

Kochankowie spotykali się w różnych epokach, pośród wojen i ruin.

Każde spotkanie stanowiło kolejny obrót kręgu.

Każde rozstanie pozostawiało ślad, który wracał w następnym życiu.

Jedni wierzą, że wygrana Otchłani przyniesie ciszę głębszą niż śmierć.

Inni – że triumf Światła zakończy Grę, lecz za cenę jednego serca.

Najstarsi szepczą jednak trzecią prawdę.

Że zwycięzca nie został jeszcze wybrany.

Że pionki mogą unieść wzrok znad planszy.

I że miłość, która przetrwała wszystkie życia, może złamać reguły, na których oparto wieczność.

Gra nadal trwa.

Krąg wciąż się obraca.

A serca znów zaczynają bić.

Rozdział 1

Blada mgła snuła się nad wodą jak duchy tych, którzy kiedyś próbowali tu dotrzeć i nigdy nie wrócili.

Moon stała na pokładzie statku, wpatrzona w zarys lądu majaczący w oddali. Wyspa Skrzydeł. Od Drake’a wiedziała, że właśnie tu żyły anioły, lecz w przeciwieństwie do tych strzegących Gniazda nie potrafiły nawet latać. Zwyczajni thayelim nie różnili się tak bardzo od ludzi. Byli długowieczni i obdarzeni skrzydłami, lecz nie potrafili ich używać bez stosownego treningu. Przestawali się starzeć z ukończeniem dwudziestu pięciu lat. Bez przeszkód mogli zakładać rodziny i mieć potomstwo, nie zważając na upływ czasu. W przeciwnym razie nie byłoby ich tak wielu.

Podróż trwała kilka dni, choć morze nie stawiało oporu. Statek sunął gładko po falach, prowadzony przez tarkeny. Załoga traktowała to jak coś naturalnego.

Rebeliantka przez całą podróż nie zamieniła ani słowa z kapłanką, w której ciele mieszkał Asael. Demon również trzymał dystans. Moon nie wiedziała, czy to milczenie wynikało z ostrożności, pogardy czy chłodnej kalkulacji. Być może Książę Ciemności wykorzystał czas na uważne studiowanie wojowniczki?

Tak czy inaczej, cisza działała na jej korzyść.

Większość podróży spędziła w przydzielonej kajucie. Ciasnej, przesiąkniętej wilgocią i zapachem starego drewna, ale dającej prywatność. Tam odzyskiwała siły, porządkowała myśli, ostrzyła wewnętrzne krawędzie. Spała krótko, czujnie.

Gdy statek z głuchym jękiem przybił do zabutwiałego pomostu, Asael w towarzystwie kilku goblinów ruszył pierwszy, a Moon podążyła za nimi.

Wyspa powitała ich głuchą, nienaturalną ciszą.

Każdy oddech przynosił zapach rozkładu. Zgliszcza białych budynków ciągnęły się wzdłuż spękanych ulic – niegdyś dumnych gmachów i świątyń, teraz zbezczeszczonych, z wypalonymi wnętrzami, pokrytych czarną pleśnią.

Nad ich głowami kłębiły się stada natrętnych owadów. Ich brzęczenie było nie do zniesienia.

Snujące się po ulicach gobliny obserwowały Moon z ciekawością i czymś, co przyprawiało kobietę o nieprzyjemne dreszcze. Niektóre podchodziły bliżej, wciągały zapach spiczastymi nosami i szeptały coś do siebie w niezrozumiałym dla rebeliantki języku.

– Intrygujesz ich – oświadczył demon, nawet nie racząc jej spojrzeniem. – Jak myślisz, co by z tobą zrobiły, gdybym dał im wolną rękę?

Nie odpowiedziała. Była zmęczona i zdenerwowana. Pragnęła czym prędzej się upewnić, że Drake’owi nic nie jest. Błagała w duchu, by Soriel przybył lada chwila. Bo jeśli… Inicjanin się mylił, to oznaczałoby, że naprawdę go zabiła.

Dłonie zadrżały jej na tę myśl, więc uformowała je w pięści. Nie mogła go stracić. Nieważne, jak bardzo ją zranił. On… stał się bliski sercu wojowniczki. Być może również przez wspomnienia o Yal, ale Moon czuła, że nie tylko z tego powodu.

– Unieś głowę, śmiertelniczko – nakazał Asael. – Niech widzą, kogo ze sobą przyprowadziłem. Czują jego zapach na tobie. A kiedy ogłoszę im, ­czego się dopuściłaś…

Surowy śmiech demona wystarczył, by żółć podeszła rebeliantce do gardła.

Teraz jeszcze bardziej doceniła brak kontaktu z tym parszywcem podczas podróży. Najlepiej by było, gdyby w ogóle się do niej nie odzywał.

– Zasłużył na śmierć – skłamała, przywdziawszy na twarz zimną maskę obojętności.

– Nie, moja droga, on zasłużył na coś o wiele gorszego. Śmierć była łaską.

– Wolałbyś się nad nim znęcać?

– Stanowiłby moją ulubioną rozrywkę i dałby mi więcej energii niż cała ta zapchlona wyspa. Wyssałbym z niego każdą kroplę strachu.

– A jednak nie starczyło ci odwagi…

Demon stanął, wziął zamach i wymierzył Moon policzek. Tłum zamarł, a rebeliantka pod wpływem uderzenia zatoczyła się dwa kroki w tył.

– Uważaj na słowa, śmiertelniczko – ostrzegł duskyr. – Jesteś nędznym robakiem i z łatwością mógłbym cię zgnieść.

– Niemniej tego nie uczynisz. – Powoli się wyprostowała i spojrzała kapłance prosto w oczy. Miała przed sobą piękną kobietę, ale wiedziała, że to jedynie powłoka. – Widzisz we mnie potencjał. Pragniesz czystego serca, a ja wiem dokładnie, gdzie go szukać.

Demon wybuchnął śmiechem. Tym razem jeszcze bardziej jadowicie. Podszedł do Moon, zmrużył śliczne oczy okolone gęstymi ciemnymi rzęsami i rzekł:

– Ugnij kolana i pokłoń się przed swoim władcą.

Zebrane wokół gobliny patrzyły tępo na tę scenę. Rebeliantka nie wiedziała, czy te stworzenia wiedzą, kim tak naprawdę jest Nessa. Drake twierdził, że nadal uważają ją za inicjańską kapłankę, która wyrwała ich z ciemności gór. Są jej wdzięczni, do tego pałają żądzą zemsty na aniołach. Aczkolwiek gdyby się dowiedzieli, że ciało kobiety zostało przejęte przez duskari…

– Nie będę powtarzał – syknął Asael.

Moon zacisnęła zęby i spełniła polecenie. Zdawała sobie sprawę, że demon zauważył poruszenie wśród tłumu. Musiał czym prędzej pokazać goblinom, że ma wszystko pod kontrolą.

– Invictus nie żyje! – Głos Nessy odbił się echem od zrujnowanych murów. – Nie musicie się już lękać jego gniewu. Tharnbringer, przynosząca śmierć, stanęła po jedynej właściwej stronie. Po naszej! – Demon wskazał na klęczącą Moon. – Jej krew odbiera nieśmiertelność, a ten sztylet – wyjął broń zza pasa i zaprezentował goblinom – jest na to dowodem. Jeszcze ciepły od posoki księcia. Ciągle pachnie jego śmiercią.

Zbliżył ostrze do ust i przeciągnął językiem po zakrzepniętej krwi, której nawet woda morska nie zdołała całkowicie zmyć.

– Tak smakuje zwycięstwo – kontynuował. – Ponieśliśmy wielkie straty, ale to nie oni będą dziś świętować, tylko my! Niewiele nam brakuje, by sięgnąć po Wyspę Ostatnich. Przysięgam wam: całe Alaris będzie nasze. Na wieki.

– Kharon nie żyje? – spytał ktoś.

– To niemożliwe…

– Książę nie mógł zginąć! – zawołał ktoś inny.

– Co z nami będzie?!

– Kiedy nas stąd wyprowadzisz?

– Mamy dość życia w hańbie!

– Nie jesteśmy wieprzami bez sumienia!

Tłum zaczął się burzyć. Napięcie sięgało zenitu. Wieść przekazana przez kapłankę nie wzbudziła podziwu. Wręcz przeciwnie. Spojrzenia goblinów stawały się coraz bardziej mętne, ruchy nerwowe, a zgrzyt zębów i pazurów przypominał ostrzenie broni.

Zaczęły podchodzić do otoczonej przez strażników Nessy. Coraz szybciej i gwałtowniej. Jakby krew, której zapach unosił się w powietrzu, obudziła w nich coś, czego nie sposób powstrzymać.

– Okażcie wdzięczność, ścierwa! – wrzasnął duskyr, co jeszcze bardziej sprowokowało poddanych.

– Kapłanka, którą znałem, nie podniosłaby ręki na Kharona! – odezwał się kolejny głos z tłumu.

– Książę nie był naszym wrogiem!

Moon czuła, że cierpliwość demona jest na wyczerpaniu. Znała możliwości Asaela, wiedziała, że dałby radę stłumić ten bunt w kilka chwil. Dostrzeg­ła jednak okazję do zyskania większego zaufania. To było ryzykowne, ale mogło zadziałać.

Wstała i wysunęła się przed kapłankę, śmiało, z podniesioną głową.

– Posłuchajcie! – zaczęła z nadzieją, że pradawni ludzie pamiętają czasy Wielkiej Wojny tak dobrze, jak twierdził Drake. – Invictus wami gardził! Byliście dla niego nikim. Zostawił was na śmierć w mroku gór. Nie opłakujcie kogoś, kto nie istniał! To Nessa zwróciła wam wolność i to dzięki niej odzyskacie niebawem spokojne życie.

Gobliny były w szoku, ale przestały nacierać na kapłankę. A potem Moon wykonała jeden bardzo znaczący gest. Tak, aby Asael go nie zauważył, lecz ci, którzy stali tuż przed rebeliantką, już tak. To wystarczyło, by przekazali wiadomość dalej.

Uderzyła trzy razy pięścią w pierś, po czym uniosła rękę i uformowała ustami słowa:

Mortar thûn alsher ven'drakar. Valar narn, nai'drak ven'kara!1

Stojący najbliżej goblin wytrzeszczył oczy i ledwo zauważalnie kiwnął głową. To utwierdziło wojowniczkę w przekonaniu, że przesłanie zostało poprawnie odczytane, a pradawni nadal poszliby za Drakiem w ogień. Nie była jednak pewna, czym kierowały się niższe gobliny, które niestety stanowiły większość.

– No proszę – usłyszała za plecami głos Asaela. Na tyle cichy, by dotarł tylko do jej uszu. – Grzeczna dziewczynka, zasłużyłaś na odpoczynek.

Otoczeni strażą tarkenów i goblinów ruszyli w stronę jednego z największych budynków – dawnego ratusza. Dziś został po nim tylko cień chwały, którą Moon widziała we wspomnieniach Drake’a.

Wnętrze przypominało jamę pełną resztek świętości, zepchniętych w kąt, by gniły.

Na ścianach, kiedyś pokrytych mozaikami i inskrypcjami, wisiały truchła aniołów, którym oczy zostały wyrwane, a skrzydła przebite grubymi hakami.

Z sufitu zwisały łańcuchy. Niektóre wciąż trzymały resztki czegoś, co kiedyś mogło być człowiekiem – fragmenty kości, pasma włosów, skrawki skóry…

– Nie przeszkadza ci ten odór? – zapytała, nie okazując ani krzty strachu. Chciała, by demon postrzegał ją jako kogoś istotnego, z kim nie warto pogrywać.

– Sądziłem, że to dla ciebie chleb powszedni, w końcu na co dzień otaczałaś się tym plugastwem – parsknął demon.

– Masz na myśli anioły, ludzi czy siebie?

– Nie zapominaj się, śmiertelniczko, bo zawiśniesz i będziesz gnić tak samo jak oni. – Pokazał na zeschnięte ścierwa skrzydlatych.

Wreszcie dotarli na wyższy poziom. Asael otworzył drzwi komnaty, a potem odprawił strażników, tylko dwóm goblinom kazał zostać. Zanim Moon weszła do środka, zastawił jej drogę.

W oczach kapłanki błysnęła iskra perwersyjnej satysfakcji, jakby wewnątrz niej coś zatańczyło w rytm wspomnień, których rebeliantka nie chciała przywoływać.

– Jak to było, hmm? – zapytał demon. – Gdy ostrze przebijało jego serce? Szeptał twoje imię przed końcem, a może raczej jej?

Moon się spięła, ale zdławiła pełne nienawiści słowa.

– Czułaś satysfakcję? Ulgę? A może coś o wiele ciekawszego… rozkosz? – Wykrzywił usta w odrażającym uśmiechu. – Jak to jest być tą, która pokonała boga? Kto by pomyślał, że smok poniesie śmierć z twojej ręki… – Zbliżył się na odległość szeptu. – A może… bolało? Może chciałaś zrezygnować, ale było już za późno? Może kiedy krew trysnęła na twoją skórę, zrozumiałaś, że zabiłaś coś więcej niż tylko mężczyznę? Że zabiłaś część siebie?

– Niczego nie żałuję, jeśli o to pytasz. Z przyjemnością zrobiłabym to ponownie – odpowiedziała bez zająknięcia.

– Mógłbym dać ci więcej, gdybyś tylko poprosiła – ciągnął demon. – Twoje ciało… jest takie apetyczne. Ciekawe, co by było, gdybym zamienił powłokę kapłanki… na ciebie. Wniknął pod skórę, wsiąknął w krew. Scalił się z tobą.

Moon uniosła brodę, niewzruszona.

– Tylko spróbuj. Zanim zdążysz przekroczyć granicę, poderżnę sobie gardło. A wtedy wylądujesz w trupie.

– Jaka zadziorna. Zaczynam rozumieć skąd ta fascynacja księcia twoją kruchą, śmiertelną osóbką. – Przeszedł przez próg. – Rozgość się. – Gestem ręki zaprosił Moon do pomieszczenia. – Możesz chodzić swobodnie po ­wyspie, ale zawsze u boku wartownika. Ty – zwrócił się do jednego z goblinów – od dziś będziesz cieniem naszej nowej towarzyszki, zrozumiano? Zadbaj, by niczego jej nie zabrakło i by przypadkiem nie zabłądziła.

Po tym, jak Moon została sama, owładnęły ją nerwy i mało nie padła na kolana. Na drżących nogach podeszła do łoża i powoli spoczęła na miękkim posłaniu.

Położyła się i zamknęła oczy. Wszystko w niej pulsowało – zmęczenie, gniew, strach. Jej ciało niemal płonęło od napięcia, a w gardle zalegało coś cięższego niż żółć. Myśl. Jedna, uparcie wracająca.

A co, jeśli… naprawdę go zabiłam?

Może plan Drake’a nie zadziałał. Może się przeliczył – a ona, głupia, zaufała mu po raz ostatni.

Zacisnęła powieki. Łzy drapały je od środka, jednak nie wypłynęły. Nie mogła sobie na nie pozwolić. Musiała być silna. Grać swoją rolę.

Ale minęło już tyle dni… a Soriel nadal nie przybył. A przecież mógł. Była sama w kajucie. Miał możliwość…

Obraz zaczął się rozmazywać. Świadomość odpływała, a sen wziął kobietę w objęcia i mocno ścisnął.

Poczuła ciepło dłoni. Czyjegoś ciała. Oddech tuż przy uchu.

Drake leżał obok niej, z włosami rozsypanymi na poduszce. Czas go nie dotykał – rysy były ostre, wyraziste, nieludzko piękne.

Ciemne oczy przypominały obsydian. Czarne tęczówki zdawały się pochłaniać światło, a jednak nie były zimne. Przeciwnie – spoglądały na nią z łagodnością, jakiej nigdy wcześniej w nich nie widziała.

Gdy się poruszył, luźna koszula spłynęła mu z ramienia, odsłaniając fragment torsu i bok, na którym widniał tatuaż – ciąg tajemniczych symboli układających się w szyfr. Linie znaków pulsowały w rytmie oddechu.

Wokół migotało miękkie światło świec, rzucające na ściany złote refleksy i cienie drgające niczym wspomnienia.

Nie było wojny. Ani krwi.

Tylko oni.

Książę wyciągnął rękę. Musnął jej policzek. Opuszki miał chłodne, ale dotyk niósł w sobie dziwny rodzaj ciepła… budził w rebeliantce coś głęboko uśpionego.

Powoli przesunął dłonią po linii żuchwy. Kobieta zatopiła się w czułości, jakiej po nim nie oczekiwała.

Zjechał niżej – delikatnie, prawie nieśmiało – wzdłuż szyi, przystanął przy pulsującej tętnicy, jak gdyby wsłuchiwał się w rytm serca wojowniczki. Potem powędrował dalej, musnął obojczyk rozważnym ruchem, aż oddech uwiązł Moon w gardle.

Jej skóra płonęła w miejscach, których dotknął. Ciało pamiętało więcej, niż umysł chciał przyznać.

A potem wrócił dłonią do góry. Cierpliwie, powoli, jakby rysował mapę, której nigdy nie chciał zapomnieć.

Zatrzymał się na twarzy kobiety. Wpatrzony w lekko rozchylone wargi rebeliantki, powiedział:

– Gdybyś mogła wybrać jeszcze raz…

– Zginęłabym przy tobie, a nie dla ciebie – wtrąciła Moon, zanim zdołał dokończyć zdanie.

Książę zamknął oczy, a jego rysy złagodniały. Odetchnął z wyraźną ulgą, właśnie to chciał usłyszeć.

– Nie planowałem takiego finału. Ani niczego, co wydarzyło się między nami – dodał po chwili i znów na nią spojrzał.

– Żałujesz?

– Samolubna część mnie nie żałuje, ale zdrowy rozsądek owszem. Gdybym pozostał niewzruszony, być może odnalazłabyś szczęście u boku kogoś, kto obdarzyłby cię szczerym uczuciem.

– Twierdzisz, że twoje nie było szczere?

– Przede wszystkim było wyniszczające – wyznał, zakładając niesforny kosmyk włosów Moon za ucho. – Zżerało mnie od środka, odbierało rozum. Za każdym razem w twojej obecności świat przestawał istnieć. A kiedy znikałaś… nie zostawało nic.

Moon zamilkła. Wiedziała, że jeśli coś powie, rozpadnie się – tu, w jego ramionach, których nie mogła naprawdę poczuć.

Bo to przecież tylko sen.

Iluzja stworzona przez zmęczony umysł i serce, które wciąż nie potrafiło przestać kochać.

Tylko sen…

A jednak bolał bardziej niż rzeczywistość.

– Nasza historia nigdy nie miała prawa się wydarzyć – ciągnął Drake, a jego spojrzenie paliło mocniej niż ogień. – Od pierwszej chwili byliśmy skazani na porażkę.

– Ale i tak wracaliśmy.

– Mimo że każdy powrót ostatecznie przynosił rozpacz.

– Jednak znów się odnajdywaliśmy – stwierdziła pewnie, kładąc dłoń na jego piersi.

Serce księcia powitało ją mocnym uderzeniem, jakby od wieków należało tylko do niej.

– Pośród ruin – szepnął, zbliżając usta do jej spragnionych warg.

– Za każdym razem, gdy pozwalaliśmy sobie na bliskość… świat płonął. Ktoś ginął. Ktoś cierpiał.

– Bo miłość taka jak nasza… nie jest darem, tylko karą.

– Karą za co? – zapytała cicho.

– Za to, że ośmieliliśmy się sprzeciwić przeznaczeniu. Zapłatą zawsze była śmierć jednego z nas… i samotność drugiego.

– A mimo to wciąż sięgaliśmy po siebie. Nawet wtedy, gdy niebo spadało nam na głowy.

– Bo nawet piekło nie było wystarczającą groźbą, by zrezygnować z tej jednej chwili razem.

Kciukiem musnął kącik ust kobiety. Przestrzeń między nimi wnet zniknęła.

Pocałował ją mocno i zachłannie.

Smakował wspomnieniami.

Wszystkimi chwilami, których nie mogli przeżyć. Bólem, którego nie sposób zapomnieć.

Moon odpowiedziała z takim głodem, że aż jęknęła, gdy wplotła palce we włosy mężczyzny. Czuła ciepło skóry księcia, drżenie mięśni, ten dobrze znany zapach – dym, noc, odrobinę deszczu. Pachniał jak powrót do czegoś, czego nigdy nie powinna utracić.

Ich usta zderzały się raz po raz w pocałunku – bez łagodności, bez słów. Jakby każda chwila była kradziona bogom. Jakby chcieli przeżyć całe życie w tym jednym momencie.

Drake przesunął palcami po karku rebeliantki, potem niżej, aż wygięła ciało w łuk i naparła nim na mężczyznę. Wciąż ją całował, a ona czuła, że traci kontrolę i rozsądek.

Rozpacz ubrana w dotyk. Ostatni oddech przed upadkiem. Pożegnanie dusz, które nigdy nie powinny się spotkać.

– Yal – wyszeptał między pocałunkami.

Moon znieruchomiała z sercem rozszarpanym tym jednym słowem.

Nie ona wypełniała myśli księcia, gdy zamykał oczy. Nie jej imię pulsowało mu w żyłach. Nie była pierwszą. Tylko próbą zapomnienia o tej, której nie umiał przestać kochać.

Moon odsunęła się nieznacznie. Wciąż trzymała dłoń na jego piersi, a jednak odniosła wrażenie, że wyrósł między nimi mur, którego nie zburzy nawet najczulszy dotyk.

Zrozumiała, że nie walczy z przeznaczeniem, lecz z kobietą, która nawet po śmierci wciąż żyła w każdym westchnieniu mężczyzny.

Nagle poczuła znajomy ciężar w ręce. Spojrzała w dół i spostrzegła, że ściska inicjański sztylet.

– Zabij go – rozległ się demoniczny szept. – Zabij… zabij!

Głosów było coraz więcej. Nachodziły na siebie, a po chwili wszystkie krzyczały. Coraz głośniej i natarczywiej.

Ręka Moon poruszyła się samoczynnie, bez woli rebeliantki. Szybkie, precyzyjne pchnięcie i ostrze przecięło skórę, nie napotykając na opór, wniknęło głęboko w ciało, aż po rękojeść.

Drake drgnął. W jego oczach błysnęło zaskoczenie. Poruszył bezgłośnie ustami. Może próbował coś powiedzieć. Może się pożegnać.

Krew wsiąkała w białą koszulę, barwiąc ją na głęboki karmin. Na twarzy księcia pozostał ślad tamtego pocałunku. Jak gdyby śmierć zatrzymała go w momencie, w którym wciąż ją kochał.

Ciałem mężczyzny szarpnęło. Z ust wypłynęła czerwień. Zakrztusił się, łapiąc rwące oddechy.

Moon w panice objęła go i przyciągnęła do siebie, jakby mogła powstrzymać jego odejście własnymi ramionami.

Spojrzenie księcia zawisło na niej – zamglone, pełne bólu, a jednocześnie dziwnie czułe. Głowa opadła mu bezwładnie. Ostatni oddech opuścił usta w cichym, przeciągłym syknięciu.

Moon gwałtownie wyrwała się ze snu. Serce biło w rytmie paniki, a spazmatycznie wciągane powietrze było ciężkie, gęste, cuchnące spalonym wspomnieniem.

Dłońmi kurczowo ściskała materiał posłania, a na ustach wciąż czuła smak Drake’a.

Nie mogła przestać drżeć.

To tylko koszmar.

Nim zdołała się podnieść, kątem oka dostrzegła cień.

Na krawędzi łoża siedział kruk. Czarny jak noc, z połyskującym piórem i oczami ciemniejszymi niż wszystko, co znała. Widziała go już wielokrotnie, doskonale wiedziała, do kogo należy.

Skrzyżowała z nim spojrzenie. Nie była pewna, ale przypuszczała, że jakimś sposobem demony służące Asaelowi mogły wtargnąć do jej podświadomości. Drake mówił, że duskari żywią się strachem. Żerują na śpiących istotach, kreują w ich umysłach najgorsze obrazy, byle tylko zadać ból i wywołać lęk.

Ptak wydał pojedynczy, głęboki skrzek, a potem wzbił się w powietrze i z trzepotem skrzydeł wyleciał przez wąskie okno ratusza.

Wydarzenia z wizji… mogły być tylko próbą złamania woli. Albo czymś znacznie gorszym – testem. Zbyt realistycznym, precyzyjnie skrojonym pod słabości rebeliantki.

Wciąż czuła krew na dłoniach, choć po przebudzeniu nie było po niej śladu.

Czyżby Asael nasłał tamte zjawy w konkretnym celu? Siedział z obłudnym spokojem w ciele kapłanki i obserwował Moon nawet we śnie?

Czy dał się nabrać na to, że naprawdę zdradziła Drake’a? Wystarczająco dobrze odegrała swoją rolę?

A co, jeśli sen był nie tylko polem manipulacji, ale i bramą. Kiedy umysł porzucał ciało, granice zanikały. Jeśli wojowniczka zdoła zachować świadomość i kontrolować śnienie… będzie bezpieczniejsza, a szala znacząco przechyli się na jej korzyść.

1Mortar thûn alsher ven'drakar. Valar narn, nai'drak ven'kara! – Lepsza śmierć niż życie w niewoli. Lepiej umrzeć, niż paść na kolana przed wrogiem! (język alaryjski)

Rozdział 2

Kilkanaście dni wcześniej

Lavena bardzo pragnęła pomóc, lecz ciało sabotowało ją na każdym kroku. Nie została stworzona do walki. Ledwie potrafiła utrzymać miecz w dłoni, a i to zawdzięczała wyłącznie cierpliwości Schmieda, który wytłumaczył jej podstawy fechtunku.

Z oddali obserwowała codzienne treningi niziołków. Ich ruchy, choć pozbawione anielskiej gracji, emanowały precyzją i wytrwałością. Czasem dołączała do ćwiczeń, ale każdy wysiłek kończył się porażką, jeszcze zanim zdążyła rozgrzać mięśnie. Była zbyt krucha, zbyt delikatna, niczym kwiat wyrwany z ogrodu i rzucony na kamienie.

Aja nie dawała za wygraną. Twierdziła, że każdą słabość można pokonać. Powtarzała, że każdy może nauczyć się walczyć. Wystarczą pot, odrobina krwi i upór, który nie pęka nawet wtedy, gdy nogi odmawiają posłuszeństwa.

To właśnie Aja była dla jasnowłosej opoką. Ramieniem, na którym mogła się wypłakać, kiedy wspomnienie Tristana przebijało serce niczym zatruty sztylet. Osobą szepczącą kojące słowa i nigdy nieoczekującą nic w zamian. Gdyby nie ona, Lavena najpewniej pogrążyłaby się w żałobie i zgasła niczym płomień pozbawiony powietrza.

Mieszkańcy wioski szykowali się do kolejnej bitwy, obstawiali jej przebieg i ile poniesie za sobą ofiar. Każdy miał swoje zadanie, które sumiennie wykonywał. Schmied był odpowiedzialny za uzbrojenie, Aja za żywność, natomiast Drake i Moon kierowali wszystkim z góry. Tylko Lavena czuła się bezradna i niepotrzebna.

Invictus stanowczo dał jasnowłosej do zrozumienia, że nie opuści tak szybko Halblingsburgu. Podczas gdy reszta dzielnie stawiała czoła zagro­żeniu, ona grzecznie czekała w ukryciu. Oczywiście nie sama, tylko pod opieką Schurle. Najstarszy niziołek pełnił funkcję uzdrowiciela i choć walka nie była mu obca, wolał trzymać się od niej z daleka. Nieraz wspominał czasy Wielkiej Wojny, szczególnie gdy wychylił o jeden kielich za dużo. To jasne, że przeżył traumę, a tamtejsza masakra do dziś prześladowała go w koszmarach.

Bitwa dobiegła końca, lecz cisza, która nastała, nie dawała ukojenia ani spokoju.

Oznaczała raczej zawieszenie wyroku.

Z oddali niosły się odgłosy kroków, jęki i ostre, krótkie rozkazy. Jasnowłosa stała nieruchomo w cieniu chaty, zaciskając palce na wilgotnym materiale fartucha. Widziała, jak dwóch niziołków i Aja z trudem niosą nieprzytomną Moon. Twarz wojowniczki była blada, a skołtunione włosy nasiąknięte krwią i ubrudzone ziemią.

Na ten widok coś ścisnęło Lavenę w żołądku. Dostrzegłszy Invictusa, podbiegła do niego i skłoniła się nisko, prosząc o pomoc. Słyszała, że krew boga leczy nawet najgłębsze rany, a tutaj chodziło o siostrę Tristana.

Kharon nie miał jednak najmniejszego zamiaru spełnić tej prośby. Kobieta wyraźnie czuła niechęć srebrnowłosego. Była przekonana, że nią gardzi i trzyma przy życiu wyłącznie z powodu jej czystego serca.

– Moon przeżyje bez względu na to, czy podzielę się z nią moją krwią, czy nie – oświadczył, po czym odleciał bez dalszych wyjaśnień, jakby rebeliantka nic dla niego nie znaczyła.

Ale Lavena wiedziała, że to tylko pozory. Moon miała na niego duży wpływ. Być może inni nie zauważali tego tak wyraźnie. Być może jedynie ktoś, kto sam kocha bezgranicznie, jest w stanie dostrzec iskry między nimi. W każdym razie coś było na rzeczy, lecz jasnowłosa nie potrafiła jeszcze wywnioskować, co konkretnie.

Przeszył ją dreszcz bezsilności, ale nie mogła pozwolić, by ją sparaliżował.

Ruch w wiosce gęstniał. Niziołki przynosiły kolejnych rannych. Zakrwawionych, poparzonych, krzyczących z bólu albo już całkiem cichych.

Podwinęła rękawy i wypatrzyła Aję właśnie opuszczającą chatę, do której zanieśli Moon. Niziołka spojrzała na Lavenę i machnęła ręką. Jasnowłosa ruszyła za nią, próbując opanować rosnący w gardle lęk.

Wokół niewielkiego ogniska zbierano rannych. Świeże siano i stare płachty służyły za prowizoryczne legowiska. Przytomnych układano najbliżej. Ciepło i obecność innych trzymały ich przy resztkach świadomości. Tych z bladością śmierci na twarzach znoszono nieco dalej. Ciała martwych kładziono pod rozpostartym płótnem po drugiej stronie placu. Lavena kątem oka dostrzegła kilka zwłok przykrytych płachtami.

Zatrzymała się na moment, czując niespokojne bicie serca. Wtedy coś zawyło przeraźliwie. Dźwięk był dziwnie przeciągły, przypominający charkot duszonego zwierzęcia. Lavena zadrżała i rozejrzała się nerwowo.

Tuż przy ruszcie, na którym parowały miedziane kociołki z wrzątkiem, stała wielka beczka połowicznie wypełniona wodą. Z wnętrza wynurzało się ranne stworzenie o szarobłękitnej skórze połyskującej śluzem. Górną część ciała miała wynaturzoną, humanoidalną budowę, dolna zaś zwężała się w mocno umięśniony ogon. Na głowie połyskiwała czerwona, rozdarta płetwa. Czarne, wypukłe ślepia spoglądały na kobietę bez mrugnięcia. Przezroczyste błony co chwilę przeciągały się po powierzchni gałki ocznej. Gdy istota znów zawyła, Lavena dostrzegła rząd ostrych, ciasno ułożonych zębów.

– Co to jest, na bogów? – spytała, sparaliżowana strachem.

– Tarken – wyjaśniła niziołka. – Został pojmany przez generała gwardii anielskiej. Skrzydlaci go dostarczyli.

Stworzenie zasyczało i znów zanurzyło się po szyję.

– Po co nam to? – Kobieta nie mogła oderwać wzroku od potwora.

– To nie czas na pytania – odparła Aja. – Za mną! – zarządziła i ruszyła w stronę najbliższej chaty.

Lavena pobiegła za nią i razem wkroczyły do środka przez kotarę zasłaniającą wejście. Wewnątrz unosił się zapach krwi, potu i ziół. Przytłaczająca mieszanka widma śmierci w najczystszej postaci. Na klepisku leżało kilku rannych, rozdzielonych jedynie cienkimi zasłonami. W jednym kącie ktoś zawodził, w drugim panowała przerażająca cisza.

Aja podeszła do rannego niziołka leżącego na słomianym posłaniu najbliżej ściany. Miał rozdarty bok. Cięcie było głębokie, lecz nie na tyle, by odsłonić wnętrzności. Krew pulsowała spod poszarpanych tkanek, tworząc lepką kałużę pod biodrem mężczyzny. Przy każdym oddechu powietrze uchodziło z wojownika z charczeniem i bulgotem.

– Jeszcze żyje – rzuciła Aja i bez wahania sięgnęła do skórzanego sakwojażu przewieszonego przez ramię. – Ale jeśli natychmiast się nim nie zajmiemy, dołączy do tych pod płótnem. – Wyciągnęła niewielką fiolkę z ciemnobursztynowym płynem i podała ją Lavenie. – Wino z szałwią i żywicą. Wiem, że pachnie paskudnie, lecz oczyści ranę. Nie żałuj. I nie słuchaj jego wrzasków, to dobry znak – dodała chłodno, choć spojrzenie miała łagodniejsze.

Jasnowłosa przytaknęła i wykonała polecenie. Mężczyzna jęknął przeciągle i zadrżał, gdy płyn zetknął się z rozciętą skórą. Kobieta odskoczyła odruchowo, ale zaraz znów nachyliła się nad rannym.

Aja już rozłożyła lniane opatrunki i przygotowała igłę, którą zanurzyła w ostrej, ziołowej nalewce – wystarczająco silnej, by wypalić zarazki.

– Dobrze. Teraz pomożesz mi go przytrzymać. I słuchaj uważnie – dodała ciszej. – Nie patrz na ranę, tylko na moje dłonie. Zobacz, jak prowadzę igłę. Jeśli zaczniesz drżeć, zrobisz mu więcej krzywdy.

Lavena skinęła głową. Ręce miała mokre od potu, ale pod wpływem spokojnego głosu Aji zdołała opanować nerwy. Pomogła przytrzymać wojownika, a potem z rosnącym zrozumieniem obserwowała każdy ruch towarzyszki.

– Pamiętasz, czego cię uczyłam przed bitwą? – mruknęła niziołka, nie odrywając wzroku od wykonywanej czynności. – Krwawnik hamuje krwotok. Żywokost przyspiesza gojenie…

Lavena przypomniała sobie ich wspólne poranki, kiedy jeszcze nie padały rozkazy, a powietrze nie śmierdziało dymem i krwią. Aja siadała obok niej z koszem pełnym liści, korzeni i wysuszonych kwiatów. Tłumaczyła cierpliwie, co przyłożyć do oparzeń, co wetrzeć przy obrzękach, a czego nie wolno dotykać bez rękawic. Dzięki niej jasnowłosa zyskała coś, czego wcześniej nie miała – poczucie sprawczości. Do walki jej nie ciągnęło. Nie potrafiła wojować mieczem ani magią. Ale teraz umiała rozpoznać poszczególne zioła. Wiedziała, jak przygotować okład, jak zatrzymać krwawienie, jak zmniejszyć gorączkę. Może nie uratuje setek, ale przestała być zupełnie bezradna.

Zielarstwo stało się dla niej cichą bronią – sposobem na walkę bez przemocy. Dawało nadzieję. I może, jeśli postara się wystarczająco mocno, jeśli zdoła udowodnić, że zasługuje na więcej niż status obserwatora… już niebawem wywalczy sobie ponowne spotkanie z Tristanem.

– Świetnie ci idzie. Jeszcze kilka razy i dasz radę sama. – Aja skończyła szew i zawiązała nić z wprawą, jakiej nie powstydziłby się żaden medyk.

Ranny jęknął cicho, lecz jego oddech był już stabilniejszy. Niziołka podsunęła Lavenie czysty bandaż i spojrzała na nią z uznaniem.

– Dokończ, a potem sprawdzimy kolejnych.

Jasnowłosa zawiązała opatrunek, próbując nie myśleć o tym, ile bólu mogła tym sprawić mężczyźnie. Aja już wstała i starła z czoła smugę krwi, która nie należała do niej.

– Następny – rzuciła krótko, nie pozwalając na przerwę.

Po dłuższym czasie wyszły na zewnątrz. Powietrze było gęste. Nad wioską wisiała ciemność zrodzona z cierpienia oplatającego wszystko wokół.

Dwóch niziołków niosło kolejnego rannego. Ich buty rozpryskiwały kałuże krwi i błota, przez co zostawiały za sobą brunatny ślad. Dźwigane przez nich ciało chwiało się bezwładnie. Twarz młodego wojownika przypominała wosk – zmatowiała, dziwnie spokojna, z rozchylonymi ustami próbującymi zaczerpnąć jeszcze odrobinę tlenu. Ramię zwisało mu pod nienaturalnym kątem. Bark był poszarpany, jakby wgryzło się w niego dzikie zwierzę. Cały tors zalała ciemna posoka.

– Tu! – wrzasnęła Aja, wskazując wolne miejsce przy ścianie jednej z chat.

Lavena rozłożyła na ziemi wełniany koc, drżącymi dłońmi pomogła ułożyć chłopaka na boku. Jego ciało parzyło od gorączki. Rozdarła mu koszulę. Rana sięgała od piersi aż po biodro, odkrywała głębokie warstwy mięsa i skóry. Krew sączyła się gęsto, a organizm tracił resztki sił.

Kobieta spróbowała zatamować krwotok, uciskając bandażem ranę.

– On nie jest jednym z was – zauważyła, na co Aja przytaknęła.

– To człowiek – przyznała. – Krwiożerca.

Lavena przełknęła nerwowo ślinę. Doskonale znała ludzi z gangu Sępa. Niekiedy bała się ich bardziej niż aniołów czy wampirów.

– To nic nie daje – wychrypiała, a w jej oczach błysnęła desperacja.

Niziołka uklękła przy jasnowłosej. Zlustrowała rannego i już wiedziała… był nie do uratowania. Położyła dłoń na ramieniu kobiety.

– Za późno – powiedziała cicho. – Stracił zbyt wiele krwi.

Lavena zamarła w pół ruchu. Dłonie nadal trzymała przy ranie, bandaż już przemókł, palce ślizgały się od posoki. Serce łomotało jej w piersi. Nie mogła oddychać, jakby coś ją dusiło – nie dym, nie zapach śmierci, lecz to jedno spojrzenie Aji pozbawione nadziei.

– Zrób coś… – wyszeptała. – Proszę…

Chłopak poruszył wargami. Próbował coś powiedzieć, lecz zamiast słów z jego ust wypłynęła karminowa posoka. Czerwony strumień ściekł po brodzie i wsiąkł w materiał posłania. Ciało zadrżało raz… drugi… ostatni. Oczy, do tej pory nieprzytomne, rozszerzyły się na ułamek chwili, a potem zgasły na zawsze.

– Był taki młody – pisnęła jasnowłosa i matczynym gestem odgarnęła mu kosmyki z czoła. Następnie zamknęła powieki zmarłego, mrużąc na moment własne.

Chciała krzyczeć. Łzy popłynęły jej po policzkach. Starła je wierzchem dłoni, nie pozwalając sobie na szloch.

Nie miała czasu na żałobę.

Aja sięgnęła po czyste płótno i zakryła chłopaka. Potem spojrzała na Lavenę. I w tych oczach, zwykle twardych jak skała, pojawił się ból.

– Nie zdołamy uratować wszystkich – powiedziała cicho, jakby zdradzała największą tajemnicę dławiącą ją od środka. – Ale to nie powód, by przestać próbować.

Lavena przełknęła gulę w gardle i skinęła głową. Spojrzała na własne dłonie – pokryte krwią, oblepione kurzem. A mimo to… gotowe działać dalej. Kiedy ruszyły ku kolejnemu rannemu, jasnowłosa zostawiła za sobą dziewczynę, którą dawniej była.

Coś w niej pękło. Ale jednocześnie coś się narodziło – ciche, niepozorne światło majaczące wśród popiołów.

Rozdział 3

Zwycięstwo nie przychodzi z mieczem w dłoni. Rodzi się w ciszy. W spojrzeniu sięgającym dalej niż cios. W decyzji, która zapada, zanim przeciwnik dobędzie broni.

Ci, którzy wygrywają wojny, nie uderzają mocniej, lecz czekają cierpliwie, by natrzeć w odpowiednim momencie.

Strategia nie ma w sobie nic z chwały. To głód trzymany na wodzy. Sztuka stawiania kroków na kruchym lodzie i udawanie, że nie słychać trzasku.

Ruchy wroga to zaledwie echo czegoś, co już przewidziano.

Drake przesunął spojrzeniem po zakrwawionej koszuli. Dostrzegł wa­hanie w oczach Moon. Bała się, że brak obręczy nie wystarczy, a sztylet, nawet niekompletny, odbierze mu nieśmiertelność.

Wbrew obawom rebeliantki plan się powiódł. Rana pozostawiona przez inicjańskie ostrze zniknęła niemal tak szybko, jak powstała, a jedyny dowód jej istnienia stanowiła biała, nasiąknięta karminem tkanina.

Invictus odetchnął głęboko, rozważając dalsze ruchy. Nie mógł pokazać się niziołkom ani aniołom. Musiał pozostać w ukryciu, przynajmniej do czasu, aż Moon zdobędzie informacje o odłamku Zwierciadła. Zaufanie było luksusem i rzadko mogli sobie pozwolić na nie ci, którzy żyli wystarczająco długo, by wiedzieć, czym naprawdę jest zdrada.

Często to nie wrogowie zadawali najgłębsze rany, tylko najbliżsi.

Drake dobrze znał ten schemat. Im bliżej kogoś do siebie dopuścisz, tym łatwiej możesz skończyć z nożem wbitym w plecy. A teraz stawka była zbyt wysoka, żeby ryzykować.

Kruk Asaela jakimś sposobem odnalazł drogę do Halblingsburgu, a to oznaczało, że duskyr także ją znał. Gdyby nie przeszkody w postaci Naar-Fel oraz ludzi wiernych Invictusowi, zapewne demon wtargnąłby z armią do wioski i wyrżnął wszystkich, którzy nie pokłonią się przed jego majestatem.

Drapieżny ptak, przypuszczalnie sterowany przez niższe demony pod kontrolą Asaela, krążył nad dachami chat niziołków, potem wracał złożyć raport.

Gdyby ujrzał Drake’a żywego, niezwłocznie powiadomiłby swego pana o intrydze, czego konsekwencje odbiłyby się na Moon. Rebeliantka dysponowała mocą, o której niejeden mógłby pomarzyć, ale nadal była śmiertelniczką i odczuwała ból tak samo jak zwyczajni ludzie. Tortury prędzej czy później by ją złamały.

Czas mijał. Lada chwila ktoś zauważy nieobecność księcia. Przecież miał tylko zajrzeć do swojej wojowniczki i wrócić, aby omówić bitwę oraz dalsze posunięcia.

Przypuszczenia Invictusa znalazły potwierdzenie szybciej, niż zdołał to przewidzieć. Usłyszał kroki, a po chwili rozległo się pukanie.

Ostrożnie, niemal bezdźwięcznie, podszedł do wejścia. Otworzył, skryty w cieniu, by nikt z zewnątrz go nie dostrzegł.

– Kharon? – Zaniepokojony głos Schmieda rozciął ciszę.

Niziołek z zawahaniem przekroczył próg chaty i utkwił zszokowane spojrzenie w zakrwawionym posłaniu. Wtedy Drake pchnął drzwi, a te z głuchym trzaskiem zamknęły się za plecami gościa.

Rudzielec odruchowo dobył miecza. Obrócił się, gotów do walki… ale gdy zobaczył Drake’a, powoli opuścił broń.

– Co tu się wydarzyło? Czyja to krew? Gdzie jest Moon? – Powieka niziołka drgnęła nerwowo.

– Później ci wyjaśnię – odparł Invictus. – A teraz wybiegniesz z chaty i oświadczysz, że nikogo tu nie zastałeś. Opowiedz o krwi. O tym, że prawdopodobnie należy do mnie. Zrób, co w twojej mocy, by reszta uwierzyła w moją śmierć.

– O czym ty…

– Działaj – nakazał ostrzej. – A kiedy zapadnie zmrok, będę czekać przy grobie Aidana.

Schmied się zawahał, jakby próbował zrozumieć to, co właśnie usłyszał, ale w jego oczach błysnęła lojalność. Skinął głową bez słowa i opuścił chatę.

Drake pozostał na miejscu, nasłuchując. Po kilku uderzeniach serca dobiegły go przytłumione odgłosy rozmów i nawoływań. Wkrótce Schmied zaczął przemawiać:

– Chata jest pusta. Kharona nie ma. Została tylko jego krew.

Mieszkańcy zebrali się na środku placu, zgiełk powoli narastał.

– Co ze śmiertelniczką? – zapytał ktoś z tłumu.

– Widziałem ją! – wrzasnął inny.

– I nic nam nie powiedziałeś?

– Nie myślałem, że to istotne…

– Ty nigdy nie myślisz!

– Spokój! – zagrzmiał Schmied, ostro przerywając dyskusję dwóch mężczyzn.

– Moon miała Mortharis. Jako jedyna byłaby w stanie…

– Walczyła z Kharonem ramię w ramię! – Drake rozpoznał głos Aji. – Nie zdradziłaby go. Nie wierzę, że posunęłaby się do tak okrutnego czynu.

– Invictus widział w niej Yal…

– Nie waż się mówić o nim w czasie przeszłym! – Aja podniosła głos. – On żyje.

– Siostro…

– On żyje! – wrzasnęła.

– Trzeba odnaleźć Moon – ustalił Schmied. – Aniołowie mogli coś dostrzec…

– Chcesz wdrożyć w tę sprawę skrzydlatych? – wtrącił ktoś jeszcze.

– Co innego proponujesz? – zapytał rudy. – Drake planował zebranie ze wszystkimi o świcie. Pojawią się tam przedstawiciele thayelim i ludzi. Brak Invictusa wzbudzi podejrzenia. Będą oczekiwać wyjaśnień.

Książę zarzucił na siebie płaszcz i opuścił chatę bezszelestnie, wykorzystując gwar i zamieszanie, które zapanowały w centrum wioski. Cienie, gęste i czujne, przyjęły go jak swego. Naciągnął kaptur na twarz, a jego sylwetka rozpłynęła się w półmroku niczym widmo.

Nie zwalniał, dopóki nie dotarł do odludnego skrawka ziemi, gdzie wiatr szarpał krzewy, a pośród głazów porośniętych mchem cicho szemrały drzewa. W miejscu, gdzie nie zaglądał nikt, pochował wspomnienie przyjaciela – brata z wyboru.

Ziemię wokół grobu Aidana porastały paprocie, a kamienny krąg ułożony przez Drake’a wyraźnie wskazywał, że ten skrawek terenu ma znaczenie. Nie mógł pochować ciała. Asael odebrał mu nawet to. Ale pamięć… była nietykalna.

Książę ukląkł przy mogile i oparł dłoń na krzyżu zrobionym z dwóch gałęzi. Zamknął oczy.

– Ileż bym dał, żeby zamienić się z tobą miejscami, elario – wyszeptał, a wspólnie spędzone chwile z Landcraftem przemknęły przez jego podświadomość. – Nie przewidziałem, że umrzesz. To moja wina. Całe zło, które cię spotkało. Nie potrafię cofnąć czasu i wymazać siebie z twojego ­życia, ale… przysięgam, że przerwę ten diabelski krąg. Powinienem to zrobić dawno temu.

Nagle poczuł chłód, a potem miękkie futro muskające policzek. Uchylił powieki i uniósł kącik ust.

– Czym sobie zasłużyłem na twoje oddanie i lojalność? – Pogłaskał wiernego velnariego po łbie.

Zwierzę wydało z siebie ciche mruknięcie, po czym przytuliło się mocno do Drake’a.

– Będziesz moimi oczami i uszami? – zapytał, łapiąc pyszczek Soriela w obie dłonie.

Mgielny lis odpowiedział ulotnym, przejmującym jęknięciem. Cichym jak echo dawno zapomnianej pieśni.

Książę oparł czoło na łebku velnariego. Przyjął to potwierdzenie z ciężarem, który trudno ubrać w słowa.

– Odszukaj Moon, obserwuj ją z bezpiecznej odległości, a kiedy spostrzeżesz zagrożenie, powiadom mnie i pod żadnym pozorem nie interweniuj sam.

Soriel cofnął się gwałtownie i spojrzał na Invictusa z ukosa.

– Nie rób tego. – Głos Inicjanina nabrał ostrości. – Jeśli duskyr cię przyłapie… jeśli wpadniesz w jego szpony…

Velnari ani drgnął, a Drake doskonale wiedział, co oznacza to zachowanie.

– Masz nie ryzykować. Ten demon nie zna skrupułów, nie pozwolę, żebyś…

Zwierzę doskoczyło raptem do księcia i popchnęło go przednimi łapami, jakby w ramach protestu.

– Ona nie jest nią. Przestań!

Soriel zaskomlał, a jego jasne oczy wypełniły się łzami.

– Przestań – powtórzył Invictus, ale polecenie nie miało już tej samej mocy co wcześniej.

Velnari przylgnął do księcia, a ten po chwili wahania, objął go i poklepał po szyi. Łączyła ich zbyt silna więź. Trwali przy sobie od tysięcy lat. Nie byli jedynie towarzyszami. Ich dusze splotły się jak nici w starym, zaklętym gobelinie.

Czasem Drake odnosił wrażenie, że czują jednym sercem, że ból Soriela rozrywa i srebrnowłosego, a każdy szept jego myśli rezonuje w świadomości istoty.

Razem przemierzali ruiny poległych światów, razem śnili o odkupieniu, choć żaden z nich nie wypowiadał tego na głos.

Lis nigdy nie mówił ludzkim językiem, lecz wystarczyły gesty i spojrzenia. Jego oczy nie wyrażały zwątpienia – nawet wtedy, gdy świat zatonął, a niebo pękło pod ciężarem bluźnierstw.

Dla księcia był cieniem, ale i światłem. Wspomnieniem i przyszłością. Niewinnym echem wszystkiego, co Drake utracił… i dowodem, że coś czystego jeszcze przy nim zostało.

Soriel znał Invictusa, zanim świat zadrżał od jego imienia, a ogień stał się mu przeznaczeniem.

Widział Inicjanina kłaniającego się przed matką… i pierwszy raz kwestionującego jej słowa.

Słyszał przysięgi składane z czystego serca… i te łamane bez wahania.

Był świadkiem pierwszego pocałunku Drake’a z Yalaneu… i tego ostatniego, który smakował jak pożegnanie.

Znał dotyk, który chronił… i ten, który ranił bez litości.

Czuł ból księcia, gdy ten cierpiał w imię miłości… i gniew, gdy sączył krew z wrogów.

Podążał za nim, gdy ten prowadził innych… i milczał, gdy błądził samotnie.

Stał u jego boku, gdy łamał zasady… i wtedy, gdy sam został złamany.

Czasem przyjmował formę cienia. Niekiedy był jedynie szeptem. Ale nigdy nie odszedł.

Nie osądzał. Nie odwracał spojrzenia. Trwał, nawet gdy Drake stawał się potworem… a także wtedy, gdy walczył, by nim nie być.

– To niesprawiedliwe. – Książę mimowolnie przywołał wspomnienie o Yalaneu bawiącej się z Sorielem.

Nigdy wcześniej nie czuł jej obecności tak intensywnie jak przy Moon. I to był ogromny problem, ponieważ Inicjanin sam zaczynał myśleć, że cząstka utraconej miłości rzeczywiście otrzymała kolejne życie.

– Leć do niej i przynieś mi dobre wieści, przyjacielu. – Oddalił się od lisa, rezygnując z prośby, by ten nie ryzykował.

Dawno temu przysiągł, że nie będzie zmuszał Soriela do niczego. Ta istota zasłużyła na wolną wolę jak nikt inny. Jeśli pragnęła strzec młodej Kael, niech tak się stanie.

– Moon będzie potrafiła odczytać moją wiadomość. Da radę… A teraz słuchaj…

Gdy Invictus skończył mówić, Soriel przylgnął do niego ostatni raz, po czym rozpłynął się w migoczącej chłodnymi barwami mgle.

Drake odetchnął głęboko. Uniósł wzrok. Delikatny, ciepły wiatr kołysał gałęziami drzew. Pomiędzy liśćmi tańczyły maleńkie ptaszki o pstrym upierzeniu, co rusz zatrzymujące się przy kwiatach i wtykające do nich długie, cienkie dziobki.

Yal miała możliwość sięgnięcia po nieśmiertelność. Wystarczyło jedno słowo, by na zawsze wyszła spod władzy czasu. Ale odrzuciła dar, który dla wielu byłby błogosławieństwem.

Uważała, że nie wolno zakrzywiać harmonii. Że każda dusza ma swój rytm, cykl narodzin i przemian, który nie powinien być przerywany ani zatrzymywany. Nie traktowała śmierci jako końca, lecz jako przejście.

Powiedziała mu kiedyś, że wróci. Nie w tej samej skórze. Nie z tym samym głosem. Jednak wróci.

Ponieważ przeznaczone sobie istnienia nie gubią się na zawsze. Czas może je rozdzielić, zedrzeć z nich imiona i wspomnienia, ale serce… ono zawsze pozna swoje echo.

– Prędzej czy później mnie rozpoznasz – wyszeptała, muskając jego policzek. – Choćbym miała narodzić się na nowo tysiąc razy, w innych ciałach, pod obcym niebem… moja dusza zawsze będzie wracać do ciebie.

Nie wiedział, czy jeszcze kiedyś odnajdzie ją w tym życiu. Lecz liczył, że ich drogi znów się skrzyżują.

Bo niektóre dusze są ze sobą splątane.

Na przekór bogom czy śmierci.

I nic nie zdoła rozdzielić tego, co zostało zapisane w samym rdzeniu istnienia.

Niemniej to były jedynie marzenia, a on nie przypuszczał, że kiedykolwiek się ziszczą.

Odrzucał więc myśl, że Moon mogłaby…

Nie. Ta perspektywa doszczętnie by go zniszczyła. Nie zniesie tego przeszywającego na wskroś bólu po raz kolejny. Nie, jeśli los znów zadrwił z niego tak okrutnie.

Bo jeśli naprawdę była kolejnym wcieleniem Yalaneu… jeśli ten sam płomień błyszczał teraz w oczach innej powłoki…

To co zostało z jego przysięgi? Z jego żałoby?

Dusza, którą kochał, ukryta pod skórą rebeliantki. To samo spojrzenie. Ten sam bunt. To samo światło przenikające mrok.

A jednak… Moon to nie Yal. Nie do końca. Miała w sobie ostrzejsze krawędzie. Mniej łagodności, więcej ognia. Inne wspomnienia, doświadczenia, smak…

Czy to właśnie oznaczało, że powrót duszy nie przynosi ukojenia, ale rzuca w wir nowej walki?

A może… właśnie w tym tkwiła istota ich losu.

By odnajdywać siebie pośród ruin świata. By kochać od nowa, jakby pierwszy raz. I tracić się w okrutnych okolicznościach.

Może to nie życie ją do niego przyprowadziło… lecz wieczność, która nie zna końca?

Drake usłyszał nadchodzące kroki. Suche gałęzie pękające pod ciężarem stóp. Przedzierającą się przez gęstwinę postać.

Oderwał myśli od Yal i Moon. Najwyższa pora, by skoncentrować uwagę na teraźniejszości. Decyzje już wkrótce miały zapaść, a krew popłynąć. Przyszłość nie była linią, lecz rozgałęzieniem rozciągniętym w nieskończoność, kształtowanym przez każdą podjętą decyzję, każdy sukces i porażkę. Jeden fałszywy ruch mógł zrzucić ich w przepaść.

– Co się dzieje? – zapytał niziołek, marszcząc brwi. Jego postawa nie pozostawiała wątpliwości, nie zadowolą go półsłówka. – Ludzie są zdezorientowani. Nie mają pojęcia, co nas czeka. Niektórzy widzieli Moon wybiegającą z chaty. Wiesz, jak to działa. Wystarczy jeden język, a plotka rozpleni się po całej wiosce szybciej niż ogień w suszy.

– Dobrze – odparł książę spokojnie, niemal obojętnie.

– Dobrze? Czyżby Moon naprawdę się od nas odwróciła? Mamy ją uznać za zdrajczynię? Próbowała cię zabić?

– Jak widzisz, ciągle żyję, ale dla świata muszę pozostać martwy. A ona… powinna być podejrzewana o zgładzenie mnie.

Schmied zacisnął pięści.

– Dlaczego? Czemu ma służyć ten teatr?

– To nie teatr – rzekł Drake. – Trwa wojna, którą możemy wygrać jedynie podstępem. Asael musi uwierzyć, że nie żyję. Że Moon mnie zabiła i przeszła na jego stronę.

– Ale to nieprawda…?

– To się jeszcze okaże.

– Kharon! – Schmied podniósł głos pełen oburzenia.

Drake popatrzył na pusty grób Aidana, jakby chciał odnaleźć tam odpowiedź.

– Moon zmierza tam, gdzie powinna się znaleźć. Na Wyspę Skrzydeł. W samo serce plugastwa. Zyskała uwagę Asaela. Zdobyła jego zaufanie… przynajmniej na tyle, by przetrwać. Tylko ona może zrealizować tę część planu.

– Czego od niej oczekujesz?

– Ma wejść do umysłu demona – powiedział książę. – I dowiedzieć się, gdzie ukrył odłamek Zwierciadła, w którym uwięzimy go wraz ze wszystkimi służącymi mu koszmarami. Bez tego… Asael nigdy nie odejdzie. Będzie żerował dalej.

Schmied spojrzał na Inicjanina z przerażeniem, jakby dopiero teraz dostrzegł powagę sytuacji.

– Chcesz, żeby wtargnęła do umysłu jednego z najpotężniejszych duskari? On ją rozszarpie!

– Dlatego ją szkoliłem – odparł Drake. – Dlatego pozwoliłem jej się zbliżyć. W niej tkwi coś więcej. Magia zrodzona na pograniczu światła i mroku. Tylko tacy jak ona mogą sięgnąć po to, co zakazane.

– A jeśli zawiedzie? – zapytał Schmied. – Jeśli Asael odkryje prawdę?

Drake spojrzał mu prosto w oczy.

– Wtedy zostaną po nas jedynie legendy. Ale przynajmniej odejdziemy ze świadomością, że próbowaliśmy. Nie ugodzeni w otwartym polu… lecz z iskrą nadziei w dłoni.

Cisza zaległa między nimi ciężkim całunem. Nawet wiatr przestał szeptać, jak gdyby czekał na decyzję.

– Rozumiem – powiedział w końcu niziołek, kiwając głową. Przejechał dłonią po miedzianej brodzie, próbując uspokoić myśli. – Skoro pragniesz pozostać w cieniu, musisz się ukryć. Dokąd pójdziesz?

– Naar-Fel – odpowiedział książę bez wahania.

– Jak długo zamierzasz tam pozostać?

– Tyle, ile będzie to konieczne.

Schmied podniósł wzrok, a jego twarz przybrała poważny wyraz.

– Lada chwila w obozie aniołów ma się odbyć narada – przypomniał. – Jak to sobie wyobrażasz? Kiedy thayelim usłyszą o twojej śmierci, zaczną walczyć o władzę. Powstanie chaos. Alians między rasami istnieje głównie z twojego powodu. Jedni darzą cię szacunkiem, inni widzą w tobie boga… a reszta po prostu się ciebie boi.

Niziołek zmrużył oczy, badając twarz Inicjanina, jakby próbował rozczytać ukrytą mapę z zapisaną przyszłością.

– Jeśli nie chcemy, by alianci rzucili się sobie do gardeł, musimy dać im coś więcej niż ciszę. Potrzebują przywódcy. Symbolu. Kogoś, komu będą mogli zaufać… albo się mu podporządkować. Właśnie dlatego wybrałem ją – oświadczył książę.

– Moon przebywa na Wyspie Skrzydeł, nie rozumiem, jak…

– Mówię o złotowłosej śmiertelniczce – sprostował Drake.

– Lavena? – Schmied uniósł brwi w zdziwieniu.

– Serce tej kobiety nie zna pychy, a dusza nie została skalana złem. Jest ludzka, a jednocześnie… czysta. Dla jednych będzie niewinną ocalałą. Dla drugich nadzieją na odkupienie. A dla reszty… niepojętą zagadką. I to właśnie ta niejednoznaczność stanie się jej siłą.

– Chcesz ją wystawić na widok publiczny?

– Nie od razu. Najpierw musi się przygotować. Filar nie może drżeć, gdy nadejdzie sztorm.

– A co, jeśli nie uniesie ciężaru?

Drake spojrzał ponad ramieniem niziołka, w głąb lasu.

– Wierzę, że tak się nie stanie. Czasem to nie herosi z mieczem w dłoni niosą światło przez mrok, lecz ci, których świat nigdy nie uważał za silnych. To właśnie w takich duszach, kruchych, niepozornych, drzemie najczystsza moc. Z nich wykuwa się oręż, którego nie sposób przewidzieć… ani zatrzymać.

– Brzmi obiecująco, ale sama teoria nie wystarczy. Co zamierzasz zrobić, by ludzie naprawdę w nią uwierzyli?

Invictus zamilkł na chwilę, pogrążony w myślach.

Lavena…

Niegdyś żona Najwyższego Kapłana, później kochanka wampira. Nie była wojowniczką, a jednak w jej wnętrzu drzemała siła mogąca skruszyć najtwardsze mury. Napędzana miłością, stawała się nieugięta. Gdy w grę wchodziło życie Tristana, bez wahania zanurzyłaby ręce we krwi.

Asael nie bez powodu dostrzegł w niej blask nieskalany ciemnością. Czystość serca, której nie sposób podrobić ani ukryć. A skoro nawet duskyr to zauważył… znaczyło to, że ocena Drake’a musiała być słuszna.

– Każdy cień potrzebuje właściwego światła, by nabrać znaczenia. A Lavena stanie w samym sercu płomieni.

Schmied uważnie słuchał księcia. Po tylu latach wiernej służby wiedział jedno – jeśli Kharon coś planował, nie było w tym miejsca na przypadek. Wszystkie decyzje tworzyły precyzyjnie splecioną pajęczynę, w której każdy ruch miał znaczenie. Pozostawało jedynie pytanie: kto w tej sieci zostanie uwięziony, a kto zatriumfuje?

Gdy Invictus przedstawił zamysł dotyczący kluczowej roli Laveny w całym konflikcie, w umyśle niziołka zakiełkowała jeszcze jedna, paląca myśl:

– A co z naradą w obozie thayelim? Jeśli się nie pojawisz… niektórzy uznają to za afront. Inni zaczną rościć sobie prawa do dowodzenia. Cały ten misterny układ, który z takim trudem sklejałeś, może runąć, zanim Lavena w ogóle stanie na polu bitwy.

Drake skinął głową.

– Wiem. Dlatego to ty przemówisz, jeszcze zanim rozpoczną dysputy. Powiesz im, że moja śmierć wymaga od nich odwagi i jedności. Że teraz wszystko zależy od tego, czy zaufają dziedzictwu, które po sobie zostawiłem.

– A jeśli zapytają o następcę? – mruknął Schmied, wciąż niepewny.

– Powiesz, że nie przyszła jeszcze pora, by ogień ujawnił nową twarz. Lecz niech wiedzą, że płomień nie zgasł. I że znów rozgorzeje. W sercu kogoś, kto nie urodził się po to, by rządzić… ale by łączyć.