Kroniki Krwi i Mroku. Księga 2 - Katarzyna Wycisk - ebook
NOWOŚĆ

Kroniki Krwi i Mroku. Księga 2 ebook

Wycisk Katarzyna

0,0

Opis

Bogowie zniknęli, anioły przejęły władzę nad Alaris, a ludzie stali się pionkami w grze, której zasad nikt już nie pamięta.

Moon dorasta w cieniu Gniazda – ostatniej ludzkiej osady, gdzie każdy dzień to walka o przetrwanie. Gdy brutalna śmierć brata burzy jej świat, dziewczyna zostaje wciągnięta w wir wydarzeń mających na zawsze zmienić bieg historii. Dziesięć lat później dołącza do rebelii walczącej z uciskiem, a w czasie ryzykownej misji spotyka tajemniczego wojownika, którego przeszłość skrywa mroczne sekrety.

Wejdź do świata, gdzie serce bije w rytmie walki, pożądania i nienawiści.

Gdzie każda decyzja może kosztować życie, a miłość… duszę.

Bo niektórych nie da się pokochać bez bólu. I są też tacy, bez których cierpienie nie ma sensu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 492

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Kroniki Krwi i Mroku

Księga 2

Katarzyna Wycisk

Słownik

Adrebach – lodowy kontynent przed Wielką Wojną

Alaris – planeta zamieszkana przez ludzi i niziołki

Ampliflor – roślina wzmacniająca działanie innych substancji

Berseks – więzienie w górach Kargmor

Cyron – kontynent przed Wielką Wojną

Dornheim – miejsce w Naar-Fel

Dunkel-Bezirk – rewir należący do wampirów

Duskyr/Duskari – koszmar/koszmary

Elario – brat/przyjaciel (alaryjski)

Enarel – miecz Moon

Erhon – roślina wzmacniająca

Erkanis – roślina rozpoznająca

Exil – grota, w której śpią veldraki

Faustkirch – stolica Rendanii, krainy przed Wielką Wojną

Feuerheim – góry na Wyspie Ostatnich

Flamma – ptak zamieszkujący las Naar-Fel

Fliedr – fioletowy kwiat odganiający ptaki

Frostrein – roślina wywołująca obniżenie temperatury

Gelt – waluta obowiązująca w Gnieździe

Gipfelkreuz – dom publiczny w Południowym Sektorze Gniazda

Habryth – magiczna istota przypominająca białego jastrzębia

Halblingsburg – wioska, gdzie ukrywają się niziołki

Heilsee – jezioro w Naar-Fel

Heilven/Heilveni – uzdrowiciel (alaryjski)

Hollenloch – nazwa drzew w Naar-Fel

Initium – planeta Inicjan

Kargmor – góry na Wyspie Skrzydeł

Kesland – miejsce na Cyronie, przed Wielką Wojną

Kharon – wojownik (alaryjski)

Letheris – roślina, której sok powoduje amnezję

Ligstern – roślina, która odpowiednio przygotowana zaspakaja głód

Lísmaar – zioło lecznicze

Mirilis – używane jako pieszczotliwe określenie, łączy czułość z szacunkiem (alaryjski)

Mortharis – sztylet odbierający nieśmiertelność

Mürmox – robak bagienny z Lasu Śmierci

Na’drath – przekleństwo w języku alaryjskim

Naar-Fel – Las Śmierci (alaryjski)

Narthulîn – roślina trująca, paraliżująca

Nematody – robaki zamieszkujące korzenie drzew w Naar-Fel

Nest – Gniazdo (alaryjski)

Noctare – przybytek, gdzie przesiadują wampiry

Ostlingen – miasto na Wyspie Skrzydeł

Pentres – królestwo w Initium

Sangwerna – drzewo w Lesie Śmierci

Sebelhorn – mgielny koń

Skarnidy – owady żyjące w Naar-Fel

Sumpfweg – droga w Naar-Fel

Thalvagor – Bezkresne Wody (alaryjski)

Tharnbringer/Tharnbringar – przynoszący śmierć

Thayel/Thayelim – anioł/aniołowie (alaryjski)

Théros – narkotyk

Traght – język demonów

Trifftbrucke – miejsce w Naar-Fel

Varkylis – roślina odstraszająca

Varnesh – używane jako obraźliwe określenie dla osoby służalczej, pochlebczej, bez własnej wartości (alaryjski)

Varngar – Tarcza (alaryjski)

Varnsche – Klucznik (alaryjski)

Veldrak – nietoperz-wampir

Velnari – mgielny lis, istota eteryczna, przyjaciel i posłaniec Drake’a

Vort – sposób szybkiego przemieszczania się, umiejętność Inicjan

Waldland – teren na Cyronie, zamieszkany przez niziołki przed Wielką Wojną

Westlingen – miasto na Wyspie Skrzydeł

Wissenberg – szczyt Feuerheim

Zarven – napar z tej rośliny powoduje rozwinięcie się ciąży w dziewięć dni

Rasy na Alaris

INICJANIE

Królewski ród (bogowie) – złoto-czarne skrzydła, srebrne włosy, turkusowe oczy; wrodzona umiejętność latania, magia krwi, nieśmiertelność;

Inicjanie (lud) – w przeciwieństwie do Inicjan królewskiego rodu są śmiertelni i długowieczni, nie władają magią krwi.

ANIOŁY (thayelim)

Ludzie, którzy zakosztowali krwi Inicjan królewskiego rodu.

Białe skrzydła; długowieczni, śmiertelni, muszą się nauczyć latania, mogą się rozmnażać.

WAMPIRY

Ludzie, którzy zakosztowali krwi aniołów, są posłuszni swoim stwórcom.

Potrzebują krwi, by przeżyć, w przeciwnym razie przemieniają się w veldraki.

Długowieczne, śmiertelne.

VELDRAKI

Zmutowane wampiry żyjące poza Gniazdem, w lesie, żywią się surowym mięsem.

Śmiertelne, długowieczne.

TARKENY

Pierwsi – praludzie, którzy przeszli przemianę podczas Wielkiej Wojny. Podczas pełni księżyca mogą wybrać, gdzie chcą spędzać czas, na lądzie czy pod wodą. Długowieczni, śmiertelni;

Tarkeny – potomkowie pierwszych, drapieżcy, mogą wyjść na ląd, ale nie przeżyją bez wody dłużej niż tydzień. Długowieczni, śmiertelni.

GOBLINY

Pradawni ludzie, których organizmy przystosowały się do życia pod ziemią.

Wyższe – bardziej inteligentne, mają ludzkie odruchy;

Niższe – kierują się instynktem, zatraciły człowieczeństwo.

Długowieczne, śmiertelne.

NIZIOŁKI

Rasa żyjąca na Alaris jeszcze przed Wielką Wojną.

Długowieczne, śmiertelne.

Przedstawienie postaci

Aidan Landcraft – anioł, przyjaciel Drake’a, uzdrowiciel

Aja – niziołka, siostra Schmieda

Amon – goblin, który uwolnił Keirę

Andreth – nauczyciel Drake’a na Initium

Asael – demon, Książę Ciemności

Blair „Sęp” Scherzer – przywódca gangu Krwiożerców

Blitz – biały jastrząb, pośrednik Rowana Seykena

Bram – przywódca rebeliantów, ojciec Matthew, mąż Shany

Castor – wyższy goblin, przywódca armii goblinów, kapitan

Devine – tajemnicza kobieta znająca sposób na zabicie boga

Donnan – żołnierz/wojownik armii anielskiej

Drake Invictus Initium – inicjanin królewskiego rodu, syn Keiry, sprawuje władzę w Gnieździe. Bóg.

Evan – wampir o nieznanej przeszłości, sługa Rowana Seykena

Fergal – Krwiożerca, brat Sorchy

Florian – starszy rebeliant

Gawren – niziołek, kucharz

Hagan – anioł, pierwszy oficer armii anielskiej

Jory – młody Krwiożerca, szpieg Drake’a

Kass – wampir, brat Yvon, sługa Owena

Katze – wojownik napotkany przez Moon w Lesie Śmierci

Keira Proditio Initium – Inicjanka, pozbawiona skrzydeł, skazana na wieczne więzienie na Wyspie Wiecznego Ognia, matka Drake’a, bogini, władczyni Initium

Lavena – córka Sedrica, ukochana Tristana, żona Najwyższego Kapłana

Linch – Krwiożerca, który walczył z Moon

Liraen – żona Sedrica, matka Laveny

Lothmor – tarken, jeden z pierwszych, brat Valmora, wysłannik Skarda

Matthew – rebeliant, syn Shany i Brama

Melvin – Najwyższy Kapłan, mąż Laveny

Moon Kael – rebeliantka, córka Kassidy i Lorcana, siostra Tristana

Nessa Kael – kapłanka inicjańska

Owen – anioł, oficer gwardii anielskiej, pan Kassa

Qatharûn – zmaterializowana magia Drake’a, smok-feniks

Randal Lengland – rebeliant, ojciec Wynna

Ratte – goblin, podwładny Castora

Ravelin – alchemik Melvina, Najwyższego Kapłana

Richtermann – władca Innekant, wraz z armią Inicjan podbija także Cyron i Adrebach (kontynenty)

Rowan Seyken – anioł, generał gwardii anielskiej

Schmied – niziołek, walczył u boku Drake’a podczas Wielkiej Wojny, kowal, brat Aji

Schurle – niziołek, uzdrowiciel

Sedric – nadzorca igrzysk, ojciec Laveny

Shana – rebeliantka, żona Brama, matka Matthew

Skard – władca tarkenów

Sorcha Lockhart – członkini Krwiożerców, kochanka Blaira, siostra Fergala

Soriel – velnari, przyjaciel i posłaniec Drake’a

Thorga – tarkenka, wysłanniczka Skarda

Torin – żołnierz/wojownik armii anielskiej

Tristan Kael – brat Moon, syn Kassidy i Lorcana

Ulrich – nadworny uzdrowiciel króla Richtermanna

Valmor – tarken, jeden z pierwszych, brat Lathmora

Vivienne – szpieg Najwyższego Kapłana Malvina

Wynn – syn Randala

Yalaneu – człowiek, ukochana Drake’a z czasów sprzed Wielkiej Wojny

Yvon – wampirzyca, siostra Kassa, sługa Hagana

Prolog

Dusze nie odchodzą.

Wędrują.

Zrzucają imiona jak zużytą skórę.

Opuszczają ciała.

Wracają na ścieżki wyznaczone przed pierwszym świtem.

Śmierć nie jest końcem.

Raczej przejściem.

Powrotem na planszę.

Pierwsi czuwają nad biegiem wędrówki.

Liczą kroki.

Pilnują, by nic się nie wymknęło z kręgu.

Każda dusza niesie pamięć lęku.

Wraca z ciężarem winy.

Otrzymuje nową powłokę i ten sam wybór.

Kochać.

Niszczyć.

Zapomnieć.

Mówią, że demony boją się światła.

Kłamstwo.

Światło je przyciąga.

Zwłaszcza to bijące z czystego serca.

Nie ma nic bardziej kuszącego niż niewinność, którą da się złamać.

Nic bardziej nęcącego niż miłość, którą można splugawić.

Rozdział 1

Gniew rodzi się w ciszy, ale zabija z hukiem.

Drake wytarł ostrze o spodnie, po czym wsunął sztylet za pas. W żołądku narastał bolesny skurcz świadomości tego, co zrobił Moon. Nie sądził, że uderzy to w niego z taką siłą.

Polubił tę kobietę. Nawet więcej – obdarzył szacunkiem, jakiego od lat nie okazywał wobec śmiertelnika. A mimo to sięgnął po jej krew. Musiał to zrobić.

Zwykłe draśnięcie by nie wystarczyło. Nie mógł jej wtajemniczyć. Bał się, że wojowniczka nie zrozumie i odejdzie, zanim wszystko się zacznie.

Zataił więc prawdę – przed nią, przed sobą, przed światem.

Podjął to ryzyko.

Ale nie żałował.

Podszedł do leżącej na ziemi rebeliantki. Dławiła się własną krwią, przyciskając dłonie do serca, a przecież powinna już ulec prawdziwej naturze. Walczyła z silnym krwotokiem, lecz i tak przeszywała Drake’a morderczym spojrzeniem.

Przykląkł i położył rękę na broczącej ranie. Dopadły go wątpliwości. Zerk­nął w stronę martwego, przejętego przez Keirę ciała. Nic nie wskazywało na pomyłkę. Posoka ciągle sączyła się z trupa, a złote drobinki gasły niczym gwiazdy na czerwonym niebie.

– Odpuść – wyszeptał do Moon. – Zaufaj mi… Na’drath – przeklął, a pot spłynął mu po czole.

Pospiesznie sprawdził, czy naszyjnik nadal wisi na szyi kobiety. Zmarszczył brwi. Medalion, na którym widniał symbol inicjańskich skrzydeł, był nasycony pradawną mocą. Wzmacniał ducha noszącej go istoty i ochraniał jej magiczną część. Gdy śmiertelne ciało umierało, dusza nosząca w sobie choć krztynę mocy zawsze przetrwała.

Drake nie potrafił tego zrozumieć. Przecież Moon należała do rodu Kael, powinna zareagować dokładnie w taki sam sposób jak Nessa. Dlaczego więc umierała na jego oczach, zamiast ulec i przybrać swoją rzeczywistą formę?

Powodów mogło być wiele, ale najprawdopodobniej magia uśpiona w wojowniczce nie była nawet w połowie tak silna jak u jej przodkiń.

– Moon – powiedział rozkazująco.

Pokręcił głową, po czym przegryzł skórę na własnym nadgarstku. Ciepła krew pociekła z przerwanych żył. Serce Moon biło coraz wolniej, gasło niczym płomień świecy na wietrze. Nie miał czasu. Nie mógł już dłużej liczyć, że drzemiąca w kobiecie moc obudzi się sama.

Podłożył wolną dłoń pod głowę Moon i przystawił krwawiącą ranę do jej warg, by zmusić wojowniczkę do przyjęcia daru, który mógł ją ocalić – lub złamać na zawsze.

– Pij! – nakazał tonem nieznoszącym sprzeciwu, a kiedy nie usłuchała, potrząsnął nią, bynajmniej nie delikatnie. – Jesteś najbardziej upartą istotą, jaką w życiu spotkałem! Pij! To twoja jedyna szansa na zemstę – spróbował przemówić jej do rozsądku. – Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś o swoim pochodzeniu, jeśli chcesz odkryć, co wygrawerowano na ostrzu twojego miecza, musisz przeżyć!

Moon nie wahała się dłużej, co wcale go nie zdziwiło. Dostrzegł w jej oczach nie tylko determinację, lecz także błysk rozpoznania. Widział, że toczy wewnętrzną walkę. Nie chciała przyjąć jego pomocy, odrzucała ją całą sobą, ale wiedziała, że nie ma innego wyjścia. Ta świadomość była jak wbita głęboko igła z trucizną.

Rozchyliła usta, a gęsta krew wpłynęła jej do gardła. Przełknęła. W jednej chwili ciało rebeliantki wyskoczyło z objęć śmierci. Nabrała powietrza z łapczywym charkotem, jakby wracała z głębi otchłani. Rana zagoiła się całkowicie, a grymas gniewu wykrzywił rysy.

Usiadła gwałtownie, zanim Drake zdołał coś powiedzieć, wyprowadziła cios. Trafiła pięścią prosto w szczękę Inicjanina. Wiedział, że Moon nie należy do słabych, ale i tak zaskoczyła go brutalna siła tego uderzenia – podsycana zapewne frustracją, bólem i wściekłością, które tłumiła zbyt długo.

Splunął krwią i spojrzał na nią z ukosa, oblizując rozciętą wargę.

– Zasłużone… bez dwóch zdań – wymruczał, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

– Jak mogłeś? – syknęła, drżąca z emocji, i przeniosła wzrok z turkusowych oczu na czarne skrzydła i odsunęła się instynktownie. – Jesteś…

– Bogiem? – wtrącił, unosząc brew. – Oczywiście, że nie. Już ci mówiłem. – Wstał, przechylając głowę na bok. – To ludzie nas tak nazwali. Ja mam na imię Drake.

– Moi przyjaciele nie żyją? – zapytała, ale Invictus wiedział, że znała już odpowiedź. – To nie był Florian, którego znałam. – Popatrzyła na zwłoki rebelianta.

– Ta misja od początku zakładała ich śmierć. Staliście się częścią gry i… przykro mi, że musiało cię to spotkać – zaczął, zdziwiony, z jaką ostrożnością dobiera słowa, by jeszcze bardziej nie skrzywdzić kobiety.

– Kim on był? – zadała kolejne pytanie.

– Nie tym, za kogo go miałaś. Florian już nie żył przed opuszczeniem Nestu. Jego ciałem zawładnęła Keira, moja matka.

– Twoja matka? – zdziwiła się Moon. Głos przestał jej drżeć, lecz ból wypisany na twarzy nawet trochę nie złagodniał.

– Znasz ją pod imieniem Devine – wyjaśnił, śledząc bacznie każdą reakcję rebeliantki. – Okłamała was, wykorzystała i pozbyła się jak śmieci.

– Najwidoczniej macie to we krwi.

Te słowa zraniły Drake’a bardziej, niż uważał to za możliwe. Gdyby ktoś inny porównał go do Keiry, rozszarpałby delikwenta na kawałki, ale ona…

– Skąd wiedziałeś, że Devine przejęła kontrolę nad ciałem Floriana? – zapytała podejrzliwie.

– Inicjanie potrafią wyczuć swoją krew – wyjaśnił ogólnikowo.

Przedstawiciele tej rasy mieli niezwykle wyczulony instynkt, dzięki któremu nieomylnie rozpoznawali nawet subtelne różnice pomiędzy poszczególnymi gatunkami. Co za tym szło, Drake wiedział o Keirze od razu, gdy odzyskał pamięć.

Dźwięk zrywanego łańcuszka wyrwał księcia z zamyślenia. Moon rzuciła złotym naszyjnikiem w Inicjanina, a on złapał przedmiot w ostatnim momencie.

– Jesteś podłym kłamcą – warknęła, podniosła się i oddaliła o kilka kroków. – Czy kiedykolwiek powiedziałeś mi prawdę?

– Jako Katze nigdy cię nie okłamałem – oznajmił szczerze.

– Powiedział kłamca – prychnęła. – Dlaczego ciągle żyjesz? Jeśli teoria Devine była prawdziwa, jakim cudem nic ci nie jest?

– To w dużym stopniu twoja zasługa – stwierdził, a na widok jej miny wyjaśnił: – Drzemie w tobie pradawna magia. Nazywano was varnsche, czyli kluczniczkami.

– Magia? – przerwała mu skołowana. – Jestem zwyczajnym człowiekiem – oznajmiła twardo.

Drake nie miał pojęcia, czy ona chce tym zdaniem przekonać jego, czy samą siebie.

– Zwyczajna to ty z całą pewnością nie jesteś – oznajmił. – Ten sztylet rzeczywiście odbiera nieśmiertelność, ale trzeba wiedzieć, jak się z nim obchodzić. Wykuto go na Feuerheim. Tamtejsi kowale używali zakazanej magii. Zaklinali swoje wyroby, lecz nie informowali o tym ich przyszłych właścicieli. Wykonywali też broń na życzenie. Przed Wielką Wojną trudno było znaleźć kogoś, w czyich żyłach płynęłaby czysta magia, a teraz jest to wręcz niemożliwe. Znałem twoich przodków. Wywodzisz się z rodu Kael.

– Jestem człowiekiem… – wymamrotała tak cicho, że ledwo ją zrozumiał.

– To było pytanie?

Moon wyprostowała plecy i uniosła brodę, ale te pozory nieustraszonej wojowniczki nie zrobiły na nim wrażenia. Wiedział, że w środku cała się trzęsie i modli, by nie uronić ani jednej łzy.

– Chodź ze mną. – Wyciągnął do niej rękę. – To długa historia, a ja nie mam czasu…

– Ani mi się śni – syknęła i zrobiła kolejny krok w tył. – Nigdzie z tobą nie pójdę. Popełniłam wystarczająco dużo błędów, a największym było zaufanie tobie.

Dał sobie chwilę do namysłu. Nie chciał jej tutaj zostawiać. Po pierwsze była jedyną varnsche, o której istnieniu wiedział, a po drugie w niewytłumaczalny sposób czuł się za nią odpowiedzialny.

– Co masz zamiar zrobić, mirilis?

– Nie nazywaj mnie tak! – warknęła, zaciskając pięści.

Drake spostrzegł, że kobieta ledwo powstrzymuje się od ataku. Nie była jednak głupia i doskonale wiedziała, że nie ma z nim szans. Tylko straciłaby siły.

– Do niczego cię nie zmuszam – oznajmił, rozpościerając skrzydła.

– Powiedziałeś, że wiesz, co one oznaczają – zmieniła temat, wyciągając z pochwy miecz, na którego ostrzu wygrawerowano tekst w starej mowie.

– To pewnego rodzaju szyfr – odpowiedział i zmniejszył nieco dystans między sobą a Moon. – Te słowa nie mają sensu bez Księgi Asaela.

– Nie rozumiem – przyznała.

Książę widział, jak nogi jej miękną, lecz był pełen podziwu, że mimo wszystko dzielnie znosiła jego spojrzenie i tym razem się nie cofnęła.

Złożył skrzydła i ponownie wyciągnął rękę ku Moon.

– Mogę? – zapytał. Sam nie mógł uwierzyć, że wręczyła mu miecz. – To liczby. – Przejechał palcami po symbolach. – Liczby oddzielone literami, dające w połączeniu imiona twoich rodziców. Ale to już pewnie wiedziałaś.

– Oczywiście, że tak, jednak cała reszta…

– Spójrz. – Odwrócił ostrze, by mogła się mu lepiej przyjrzeć. – Pierwsza liczba oznacza stronę, druga wiersz, a trzecia słowo.

– Ten napis został wygrawerowany tym samym szyfrem, co tatuaż na twoim ciele – zauważyła, czym odebrała Drake’owi mowę. – Okłamywałeś mnie od początku naszej znajomości, więc choć raz powiedz prawdę.

– To ten sam szyfr – wydusił i oddał jej miecz, a ona natychmiast schowała go do pochwy. – A okłamywać zacząłem cię dopiero kilka dni temu. Jako Katze byłem z tobą szczery.

– Jak mam ci po tym wszystkim wierzyć? Przypuszczalnie w ogóle nie straciłeś pamięci.

– Wręcz przeciwnie. Zdarzyło mi się to nawet dwa razy. A pierwszy zawdzięczam samemu sobie.

– Gdzie znajdę tę księgę? – zapytała, ignorując jego wypowiedź.

– Jeśli jest tam, gdzie ją zostawiłem, to na Feuerheim.

– Jak się tam dostanę?

– Bez mojej pomocy? Wcale.

Moon zacisnęła zęby tak mocno, że w każdej chwili mogły się połamać.

– Nie ufasz mi – oświadczył.

Szybkim ruchem złapał ją za rękę, czego najwyraźniej nie przewidziała. Niemal równocześnie zacisnęła drugą dłoń z zamiarem wymierzenia mężczyźnie lewego sierpowego. Tym razem jednak nie pozwolił się trafić. Pierwszy cios uznał za wystarczającą pokutę. Zablokował uderzenie z wprawą.

– Nigdy nie skrzywdziłbym kogoś, kto próbował ratować mojego przyjaciela – oznajmił poważnie i zaczął odwiązywać rzemienie karwasza Moon.

– Ty wiesz – wyszeptała ledwo słyszalnie. – Pamiętasz mnie…

– Oczywiście. – Odsłonił jej przedramię, następnie przejechał opuszkami po skórze, a niewidzialne linie tatuażu przybrały złotą barwę. – Wiedz, że na tym świecie aż nadto istnień pragnie twojej śmierci. Ja do nich nie należę.

– Wybacz, ale trudno mi w to uwierzyć.

– I słusznie. Nie powinnaś wierzyć nikomu. A jednak mi zaufałaś. To był błąd, bo nikt z nas nie zasługuje na taki przywilej. Wszyscy nosimy w sobie zło. Czasem widoczne na pierwszy rzut oka, czasem ubrane w ułudę niewinności.

– Czyli sam przyznajesz, że nie masz nic wspólnego z dobrem?

– Tego nie powiedziałem.

Zapadła cisza. Gęsta, niewygodna, nasączona tym, czego nie potrafili wypowiedzieć na głos. Moon długo wpatrywała się w Inicjanina, jakby próbowała dostrzec prawdę pod warstwą wyuczonych odpowiedzi. W jej spojrzeniu nie było wyłącznie gniewu – tylko coś chłodniejszego, bardziej niebezpiecznego. Ból zmieszany z rozczarowaniem.

– W takim razie powiedz, co zostało z tego dobra, którego się nie wyparłeś – rzuciła niemal szeptem. – Kropla krwi? Ślad po sumieniu? Czy może tylko wygodna iluzja pozwalająca ci zasypiać?

– To, co z niego zostało, nieraz nie wystarczy, by ocalić jednostkę, ale czasem… to dosyć, by nie dopuścić do całkowitej zagłady.

– Więc nie jesteś bohaterem.

– Nigdy nie twierdziłem, że nim jestem.

Oderwała od niego wzrok i wstrzymała oddech.

– Mam przyjaciół w Gnieździe…

– Miałaś – poprawił ją i od razu dostrzegł w jej oczach stłumioną rozpacz.

Zabrała rękę gwałtownym ruchem, wyrwała mu karwasz z dłoni i ponownie się odsunęła.

– To wszystko… – urwała.

– Moja wina? – zapytał spokojnie, z lodowatym, niepokojącym opanowaniem. – Może. A może nie. Powiedz mi, mirilis… co by się stało, gdybym wtedy nie przybył? Tamtej nocy. – Zrobił krok w jej stronę, głos zniżył do szeptu parzącego bardziej niż krzyk. – Może jeden po drugim braliby cię jak zwierzę. Może rozdzieraliby ci ciało i śmiali się z twoich wrzasków. A potem zostawiliby po tobie nagą, zakrwawioną, złamaną skorupę, żebyś mogła w samotności zdecydować, czy warto jeszcze oddychać, żyć z ich plugastwem w sobie, z tą obrzydliwą pamięcią wypaloną pod powiekami. A może wyrwałabyś się wcześniej? Może zabiłabyś jednego? Może…

– Jesteś potworem – wykrztusiła z trudem, ale spojrzenie miała twarde.

Coś błysnęło w jego oczach. Coś zbyt ludzkiego i prawdziwego. Coś, co zgasło, zanim zdołała dobrze się temu przyjrzeć.

– Tak. – Skinął głową. – Potworem. Mów to sobie. Zapamiętaj dobrze. Jestem plagą. Zgnilizną rosnącą w cieniu i żywiącą się krwią. – Podszedł jeszcze bliżej, aż poczuła jego oddech na skórze. – Bez mrugnięcia okiem mógłbym cię unicestwić. Zgnieść jak robaka.

– Zejdź mi z oczu – syknęła.

– Właśnie tego pragniesz? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?

– Wynoś się!

Kącik jego ust drgnął w bezlitosnym uśmiechu. Była piękna w gniewie. Zraniona. Niewiarygodnie żywa.

– Daj sobie czas. Ale nie za wiele – rzekł. – Wróć do Nestu albo zostań w Naar-Fel i pozwól się pochłonąć ciemności. Przestań udawać, że cię to nie dotyczy. Pomyśl. Przeanalizuj. – Rozpostarł skrzydła z głuchym szelestem. – A kiedy dojdziesz do jakiegoś wniosku – spojrzał na nią z góry – bądź tak uprzejma i daj mi znać.

Złapał ją za szyję, niezbyt mocno, lecz na tyle stanowczo, by dać jej do zrozumienia, kto tu rozdaje karty. Moon jednak nie drgnęła. Wpatrywała się w niego z chłodną, niemal wyzywającą obojętnością. Bez strachu – tylko z czystą pogardą i czymś jeszcze. Czymś dzikim.

Wyczuł puls wojowniczki – szybki, chaotyczny, bliski szaleństwa. Mógłby rozerwać tę kruchą skórę i wziąć to, co i tak już do niego należało. Ale to wydawało się zbyt proste.

Gdzie w tym przestrzeń na grę? Ciche napięcie i słowa zawieszone gdzieś w wieczności Invictusa.

– Widzę to w twoich oczach. Chęć walki. Pragnienie pozostawienia czegoś po sobie, możliwości dokonania namacalnych zmian – wymruczał i pochylił się bliżej, jakby chciał wniknąć w duszę kobiety. – Ty też to dostrzeżesz… prędzej czy później.

Prawie dotknął jej ust swoimi, ale w ostatniej chwili ją puścił, rozpostarł skrzydła i wzbił się w górę. Zniknął pośród ciężkich chmur, pozostawiając po sobie jedynie drżenie powietrza i pustkę.

Moon obserwowała, jak skrzydlaty wojownik odlatuje. Czekała, aż zniknie jej z oczu, po czym padła na kolana i schowała twarz w dłoniach. Uwolniła wstrzymywane do tej pory emocje i łzy. Obezwładniające zimno przeszyło ją na wskroś. Zastygła uwięziona niczym posąg w pętli czasu.

Nieważne, co powiedziała Drake’owi, prawda była taka, że nie wiedziała, dokąd pójść. Obawiała się, że wojownik miał rację i wszyscy jej bliscy nie żyją. Devine, a raczej Keira prawdopodobnie wyrżnęła każdego, kto został w Gnieździe, jeszcze zanim ich grupka wyszła poza mury osady.

Kobieta przeniosła spojrzenie na ciało Floriana, które przywłaszczyła sobie wiedźma. Przygryzła dolną wargę tak mocno, że popłynęła krew. Nie mogła znieść tego widoku. Nieważne, jak bardzo przekonywała samą siebie, że to nie jej przyjaciel, nie mogła się uspokoić.

Dziwnie ciężkie serce nagle przestało należeć do niej. Jakby zostało zakneblowane, złamane i zamknięte za grubymi kratami. Nie słyszała już jego bicia. Milkło z każdym oddechem, aż w końcu całkowicie umarło, pozostawiając po sobie jedynie bolesną pustkę.

Moon była rozdarta pomiędzy chęcią zawołania Inicjanina i przyjęcia jego pomocy a powrotem do Gniazda i dołączeniem do Krwiożerców. Zdesperowana pewnie przystałaby prawie na wszystko, byleby zrzucić część przygniatającego ją ciężaru.

Uważała Drake’a za sojusznika, a nawet za przyjaciela. Godne pożałowania. Nadal się łudziła, iż kiedyś mogliby połączyć siły. Chciała mu ponownie zaufać. Wierzyć, że choć w małym stopniu mu na niej zależy.

Pociągnęła nosem i wytarła twarz mokrą od łez. Nie mogła dojść do ­siebie. Drżała, zawstydzona własnymi uczuciami i bezradnością.

Istniało duże prawdopodobieństwo, że wszystko, co Moon wiedziała o rodzicach, było starannie utkanym kłamstwem. Może Tristan ją oszukiwał. A może sam żył w błogiej nieświadomości – i w tej niewiedzy opuścił ten parszywy świat.

Zaczęła się bujać w przód i w tył niczym przerażone dziecko. Ostatni raz robiła to po śmierci brata. Była wtedy tak bardzo samotna. Tym razem nikt nie poda jej ręki. Bram, Shana i Matthew nie żyją, a wraz z nimi umarła nadzieja na zaznanie rodzinnego ciepła.

Rozdział 2

Od kamiennych ścian komnaty bił chłód nocy, a we wnętrzu panowała cisza. Aidan zamknął drzwi bez słowa. Przez chwilę tylko patrzył na Nessę, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół, każdą krzywiznę jej twarzy.

Kapłanka zadrżała z emocji, które wracały, gwałtowne i niebezpieczne.

– Mogę cię dotknąć? – zapytała szeptem, ostrożnie, byle nie zburzyć tej chwilowej równowagi.

Landcraft skinął głową, powoli, z zaciśniętymi szczękami. W jego oczach zatańczył cień pożądania.

– Tęsknota pożerała mnie każdego dnia… i każdej nocy – wyszeptał. – Ty… zawsze byłaś wszystkim. Nawet gdy świat wokół się rozpadał.

Zrobiła krok bliżej, tak że ich cienie utworzyły jedność na zimnej, kamiennej posadzce.

– Może dostaliśmy jeszcze jedną szansę – wydusiła. – Przeżyliśmy już zbyt wiele. Dość wycierpieliśmy. Chcę choć na moment poczuć radość. – Spojrzała na niego błagalnie. – Proszę… pozwól mi na to. Pozwól, by znów było… jak dawniej.

Aidan ujął twarz kapłanki w dłonie, z niemal nabożną delikatnością.

– Nigdy nie będzie jak dawniej – odparł z czymś pomiędzy żalem a zgodą. – Tamtych nas już nie ma. Jesteśmy innymi osobami. Poskładanymi z doświadczeń, rozdartymi przez straty, ale nadal… prawdziwymi. Te blizny nie znikną. Lecz może właśnie z nimi potrafimy kochać mocniej.

Pochylił się i złożył pocałunek na jej ustach. Niespieszny, lecz przesycony przeszłością, która nie chciała odejść.

– Czas nie uzdrawia – powiedział, muskając oddechem wilgotne wargi kapłanki. – On tylko uczy, jak znosić ból bez jęku. Jednak nie oczyszcza z winy. Nie cofa słów wypowiedzianych w gniewie. Nie przywraca momentów, które poświęciliśmy dumie zamiast miłości.

Nessa chwyciła jego dłoń i przylgnęła do niej policzkiem, jakby chciała, by ta chwila była bardziej rzeczywista.

– Popełniliśmy wiele błędów – wyszeptała. – Raniliśmy się nawzajem, czasem bardziej milczeniem niż czynami. Ale przez te wszystkie lata… nigdy nie przestałam za tobą tęsknić, nawet wtedy, gdy próbowałam cię nienawidzić.

Aidan uniósł brodę kobiety, by spojrzała mu w oczy.

– Wiesz, dlaczego nie umiem cię nienawidzić? – zapytał. – Bo nawet gdy płonęłaś gniewem, byłaś światłem, za którym podążałem. Nawet gdy mnie odrzucałaś… kochałem cię za to, że miałaś odwagę nie ulec ciemności. To, co się teraz dzieje… nie potrafię zrozumieć twoich decyzji, a jednocześnie wiem, że nie pozostawiono ci wyboru.

Z jej oczu popłynęły ciche łzy.

– Może to wszystko… było karą. Za to, iż kiedyś sądziliśmy, że miłość wystarczy. Że uczucie może wybaczyć każdą przewinę, nawet zdradę.

– Miłość nie jest ślepa – powiedział. – Potrafi patrzeć na człowieka nie tylko przez pryzmat grzechu, lecz dużo dalej. Przez błędy, przez rozpacz, przez to, co nas złamało. Może nie po to, by nas zbawić… ale byśmy jeszcze raz odnaleźli siebie w oczach tego drugiego.

Znowu się pocałowali. Ich ciała trwały blisko siebie, a dusze – zbrukane, poranione, niepokorne – przypominały dwa potłuczone ostrza, które mimo pęknięć wciąż potrafiły ciąć.

I może właśnie dlatego ich miłość była prawdziwa. Nie ze względu na czystość, lecz dlatego, że przetrwała upadek. Nie umarła od milczenia, nie rozpadła się pod ciężarem krzywd. Przeszła przez ogień, krew, zdradę – i choć nie wyszła z tego nietknięta, wciąż oddychała. Pokryta bliznami. W cieniu dawnych błędów. Ale żywa. Nie jak sen, lecz klątwa, którą przyjęli dobrowolnie, ponieważ nie umieli istnieć bez siebie.

Nie było słów. Tylko oddechy, splątane dłonie i dotyk mówiący więcej niż jakiekolwiek wyznanie. W ramionach Nessy Aidan przestał być thayel, który przetrwał. Znów stał się stęsknionym człowiekiem.

Ich cienie tańczyły na ścianach – nieme, rozciągnięte, drżące w świetle dogasającego ognia. Poruszały się powoli, niczym duchy przeszłości. Echo dawnej miłości, odnalezionej wśród ruin. W jego spojrzeniu była żałość, w jej dotyku – prośba o przebaczenie. A między nimi – coś, co nie umiało umrzeć, choć świat próbował to zgasić setki razy.

A noc… milczała. Jak stary przyjaciel, który widział zbyt wiele, by poddawać ich ocenie.

W komnacie panował półmrok spowity jeszcze w ciszę nocy. Blade światło poranka ledwo muskało zasłony, niepewne, czy ma prawo wkroczyć do tego miejsca, gdzie czas zdawał się zatrzymać.

Aidan nie spał. Leżał nieruchomo, z głową opartą na ramieniu, wpatrzony w Nessę. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę tu była. Że jej serce wciąż biło, choć świat tak usilnie próbował je uciszyć.

Leżała na brzuchu, spokojna, z policzkiem wtulonym w jedwabną pościel. Jej skrzydła poruszały się delikatnie w rytm powolnych oddechów. Pęknięte w kilku miejscach, poszarpane przez czas, a mimo to piękne.

Landcraft odgarnął kosmyk ciemnych włosów z twarzy ukochanej.

Nessa się zmieniła. Pamiętał dziewczynę, którą mogło zranić jedno słowo. Zanim nadeszła Wielka Wojna. Zanim góry Kargmor zamieniły ją w cień. Więziona w lochach bez światła, bez nadziei, z głodem w duszy większym niż ten zjadający ciało.

Nie zasłużyła na to.

Nie ta istota z oczami pełnymi gwiazd.

Zniszczono ją na wiele sposobów. A on…?

Nie potrafił jej ochronić. Nie wtedy, gdy najbardziej tego potrzebowała.

Zacisnął powieki. Ból był jak głuchy dzwon bijący gdzieś głęboko w piersi. Wyrzuty sumienia pożerały Aidana powoli, cierpliwie. Nieważne, ile razy analizował przeszłość i wracał do tamtych wyborów – nie potrafił znaleźć ścieżki, która dałaby im inny koniec. Lepszy. Szczęśliwy.

Pochylił się i złożył pocałunek na skroni Nessy.

Nie obudził jej.

I dobrze. Niech śni choć chwilę wolna od wszystkiego, co ich pożarło.

On czuwał niczym pokiereszowany strażnik tego, co kiedyś było światłem.

Tak wiele chciał jej powiedzieć – o tęsknocie, gniewie, dniach, w których świat bez niej stanowił tylko wydmuszkę. Ale nie wypowiedział żadnego z tych słów.

Nie mieli czasu.

Okrutny los po raz kolejny został spleciony z ironią. Trafili na siebie ponownie nie w chwili spokoju, lecz w środku burzy. Zło rozprzestrzeniało się po świecie niczym zatruty wiatr. I choć Nessa spała, on czuł to pod skórą: coś nadchodziło. Coś nieodwracalnego.

Czy nie prościej byłoby uciec?

Zabrać ją stąd. Zniknąć. Zaszyć się gdzieś, gdzie nie sięgały macki żadnej wojny. Gdzie słońce jeszcze wschodziło bez wstydu. Mógłby zbudować azyl. Uchronić ukochaną przed światem. Może przez chwilę zdołaliby być razem szczęśliwi.

Jednak ucieczka miała cenę.

Nie dało się odciąć bez konsekwencji. Bez świadomości, że zostawili za sobą nie tylko krew i pożogę, lecz także tych, których kochali. Nie dało się też zapomnieć o tym, że świat w każdej chwili mógł runąć.

Aidan spojrzał przez okno. Niewidoczna granica między nocą a dniem przypominała tę dzielącą jego serce – między pragnieniem a obowiązkiem.

Zacisnął dłonie. Każda decyzja bolała. Każda niosła ofiarę. Ale teraz, gdy Nessa znowu była obok… po raz pierwszy poczuł obawę, że wybierze źle.

Kobieta poruszyła się lekko, z westchnieniem. Uchyliła niechętnie powieki, jakby światło nadchodzącego świtu miało spłoszyć sen, którego nie chciała opuszczać.

Zanim Aidan zdążył coś powiedzieć, uśmiechnęła się delikatnie i uniosła dłoń. Z czułością musnęła opuszką jego wargi.

– Nie chcę stąd wychodzić – szepnęła. – Chcę, by ta chwila trwała wiecznie.

Zanim zdążyła dodać coś więcej, mężczyzna przysunął się bliżej i złączył ich usta w pocałunku. Pragnął zatrzymać ten moment w sobie, by już nigdy nie wyblakł.

Lecz nawet najpiękniejsze chwile pękają pod ciężarem rzeczywistości.

Nessa odsunęła się na tyle, aby spojrzeć mu w oczy. Wyraz jej twarzy zmiękł, a spojrzenie zasnuł cień smutku.

– Twoje skrzydła… – powiedziała cicho. – Widziałam blizny. – Zawahała się, jakby sam dźwięk tych słów kaleczył gardło. – Przykro mi.

Landcraft zesztywniał. Odwrócił wzrok.

– To… odkąd mi je odebrano, czuję się wybrakowany. Dziwnie pusty, niekompletny… Ale… nie potrafię… nie chcę o tym rozmawiać. Jeszcze nie jestem gotowy.

Nessa ułożyła dłoń na jego policzku.

– Nie potrzebuję wyjaśnień – zapewniła. – Dla mnie jesteś perfekcyjny. Taki, jaki jesteś. Z bliznami. Z bólem. Z tym, co nosisz w sercu. – Zawiesiła głos na kilka uderzeń serca, jak gdyby szukała słów, które nie tylko będą pocieszeniem, lecz także prawdą. – Chcę wierzyć… że dobro może przetrwać. Nawet tutaj. Nawet teraz. Że nie wszystko jest stracone. Że miłość wciąż coś znaczy.

Aidan powoli na nią spojrzał. W jego oczach rozbłysła krucha nadzieja.

– Nieważne, co się wydarzy – dodała Nessa. – Ważne, że jesteśmy razem.

Przyciągnął ją do siebie bez słowa i mocno przytulił.

Rok przed Wielką Wojną

Im częściej otwierała portal, tym głośniej wybrzmiewały głosy w jej głowie. Preceptor przestrzegł ją przed mocą Zwierciadła, ale Nessa nie spodziewała się aż takiej potęgi. Czasami miała wrażenie, że magia lustra żyje i woła kobietę, by do niej dołączyła. Za każdym razem, gdy kapłanka stawała przed przejrzystą taflą, przychodziła ciemność. Czuła, jak obejmują ją zimne ramiona, a lodowate usta składają pocałunek na jej czole. Ciche dudnienie w uszach wprawiało Nessę w dziwny stan nieważkości.

– Użyj mnie – szeptało Zwierciadło. – Wypuść mnie.

Głosy nakładały się na siebie i odbijały echem w jej głowie, siejąc zamęt i spustoszenie. Kusiły i podjudzały kobietę do rzeczy, o których sama nawet by nie pomyślała.

– Możemy cię uczynić najpotężniejszą istotą na tym świecie – przemówiły do niej we śnie, kilka dni po tym, jak władczyni Initium postawiła stopę na Alaris. – Znajdź nam silną powłokę. Chcemy się stąd wreszcie uwolnić i zasmakować prawdziwego życia.

Kapłanka coraz rzadziej sypiała i coraz mniej jadła. Głosy kontrolowały jakąś część jej podświadomości i nie dopuszczały do tego, by komukolwiek o nich opowiedziała. Była bezradna w obliczu mocy, która wtargnęła do umysłu i serca kobiety.

Sytuacja na Alaris nie wyglądała ciekawie. Odkąd Inicjanie wkroczyli do świata śmiertelników, wszystko uległo zmianie. Król Richtermann coraz częściej pokazywał się u boku Keiry. Niektórzy mówili, że bogini grzeje jego łoże, ale Nessa szczerze w to wątpiła. Inicjanka gardziła ludźmi i tolerowała ich tylko dlatego, że czerpała z tego korzyści.

Książę był jej zupełnym przeciwieństwem. Podczas gdy jego matka paradowała pod rękę z Richtermannem i pokazywała wszem wobec, jak jest piękna i potężna, Drake stał na uboczu, nie zwracając na siebie większej uwagi. Spotykał się ze śmiertelnikami i zachowywał jak jeden z nich, a oni nie mieli pojęcia, z kim tak naprawdę obcują.

Aidan zaprzyjaźnił się z księciem, na długo zanim ten ujawnił swoją prawdziwą tożsamość. Nessa była jedynym człowiekiem w ich gronie, który widział Drake’a w jego pełnej okazałości, ale coś powstrzymywało ją od wyjawienia prawdy pozostałym.

Srebrnowłosy rzadko mówił o sobie. Na pytania dotyczące przeszłości odpowiadał wymijająco i z wprawą kierował rozmowę na inne tory. Był mistrzem kamuflażu nie tylko pod kątem słów, lecz także emocji. Jego twarz pozostawała nieprzenikniona niczym maska utkana z chłodu i cienia. A jednak jeśli ktoś miał odwagę spojrzeć głębiej, zauważał, że za tą fasadą kryje się coś więcej – gąszcz tajemnic, których lepiej nie rozplątywać.

Każdy na Alaris zdawał sobie sprawę, że władczyni Initium ma syna. Ale nikt nie wiedział, jak on wygląda. Nikt poza Nessą. Kapłanka widziała go naprawdę tylko dwa razy, bez iluzji i zasłon. To wystarczyło, by zapamiętała każdy szczegół.

Drake był inny niż pozostali przedstawiciele jego rasy. Nie chodziło jedynie o aspekt fizyczny – choć i ten wyróżniał go spośród reszty. Biła od niego aura, której nie sposób zignorować – ciężka, władcza, przesycona czymś ­nienazwanym. Dla Nessy to właśnie on powinien być prawdziwym władcą. Nie jego matka. I to jego należało się bać.

Noc przed wydaniem księcia Richtermannowi kapłanka miała koszmar. Przyśnił jej się mały chłopiec o oczach przypominających czarne diamenty.

– Potrzebujemy cię – wyszeptał zdumiewająco słodkim głosem. – Wystarczy jeden odłamek, byśmy przetrwali. Maleńki kawałek lustra, który zabierzesz ze sobą i będziesz pielęgnować, jakby od tego zależało twoje życie.

– Nie rozumiem – odpowiedziała zdezorientowana Nessa, rozglądając się w poszukiwaniu wsparcia. – Kim jesteś? – zapytała, choć w głębi duszy doskonale wiedziała, kogo ma przed sobą.

– Nazywają mnie Asael. – Chłopiec podszedł do kapłanki tak szybko, że aż się wzdrygnęła. – Jesteśmy śmiercią, gniewem, grzechem. – Tym razem zamiast jednego głosu przemówił do niej chór kilku.

– Jesteś Zwierciadłem – stwierdziła, czując dreszcze na plecach.

Do tej pory słyszała tylko szepty. Nieraz im ulegała i robiła rzeczy, za które groziła kara śmierci. Nie potrafiła się temu oprzeć.

– Czego ode mnie chcesz? – Objęła tułów ramionami, próbując ukryć drżące dłonie. – Jestem zwyczajną śmiertelniczką…

– Błąd! – przerwał jej Asael i głośno się roześmiał. – W takim wypadku nasza rozmowa nie byłaby możliwa. Jesteś czymś niezwykle wartościowym.

Nagle chłopca spowiła czarna mgła, a zaledwie jedno uderzenie serca później na jego miejscu pojawił się przystojny mężczyzna odziany w czerń. W oczach płonął mu ogień tak intensywny, że krew w żyłach Nessy przy­pominała lód.

– Nosisz w sobie o wiele więcej magii, niż myślisz. – Popatrzył na nią badawczo. – Jesteś pomostem, dzięki któremu wreszcie zaznamy wolności. – Pogładził ją po policzku, a ona nie śmiała nawet drgnąć. – Myśleliśmy, że nie dasz rady, ale okazałaś się wystarczająco silna. Szukaliśmy tak długo, choć mieliśmy skarb na wyciągnięcie ręki.

Odepchnęła go, jakby wybudziła się z transu. Chciała uciec, lecz nie miała dokąd. Wokół panowała ciemność, która w niewyjaśniony sposób popychała kapłankę w stronę Zwierciadła.

– Będzie nam ze sobą dobrze – zapewnił Asael. – Nawet nie zauważysz naszej obecności. Przynajmniej nie od razu. Będziemy obserwować i czekać na dogodny moment. Jesteśmy cierpliwi.

– Zostawcie mnie w spokoju! – krzyknęła przerażona, nie powstrzymując łez.

W następnej chwili Zwierciadło ponownie się zmieniło w mgłę i gwałtownie objęło kobietę, aż uniemożliwiło jej oddychanie. Gęsta masa wnikała do ust i nosa, a potem w głąb ciała. Sparaliżowana potwornym zimnem kapłanka zmieniła się w lodową rzeźbę, która nagle zaczęła pękać, aż roztrzaskała się na maleńkie kawałeczki. Na krótką chwilę dusza Nessy przestała istnieć.

– A teraz powstań dla nas – wyszeptały głosy, budząc ją na powrót do życia.

Rozproszone po czarnej podłodze kryształki zaczęły latać w powietrzu, wirować, aż w końcu wspólnie utworzyły postać kobiety.

– Jesteśmy jednością – oznajmił triumfalnie Asael. – Idealnie do siebie pasujemy.

Ręce kapłanki samoczynnie się uniosły, jak gdyby ktoś przywiązał do jej kończyn sznurki i za nie pociągał. Spojrzała na dłonie i zrozumiała, że to ciało nie należy już do niej. Od tej chwili dzieliła je ze Zwierciadłem.

Oddychała głęboko i spokojnie, a jej serce biło równomiernie. Strach zniknął, jego miejsce zajęła pustka.

Nessa otworzyła oczy i zamrugała kilka razy. Drżenie dolnej wargi stanowiło jedyną oznakę zdenerwowania. Panowała nad emocjami zdumiewająco dobrze, co w ogóle do niej nie pasowało.

Zacisnęła usta w wąską linię, wpatrzona tępo w magiczne Zwierciadło. Nie miała pojęcia, jak się znalazła w Wielkiej Sali i czego tutaj szukała. Był środek nocy, a poza tym już od dobrych kilku miesięcy nie otwierała portalu do Initium.

Zauważyła, że dotąd nieskazitelna tafla lustra została uszkodzona. W prawym dolnym rogu widniało niewielkie pęknięcie – brakowało maleńkiego odłamka.

Nessa przejechała palcami po gładkiej, zimnej powierzchni i poczuła więź silniejszą niż kiedykolwiek. Miała wrażenie, że ktoś, a raczej coś jej towarzyszy. Ta absurdalna refleksja nie dawała kobiecie spokoju. Nie mogła dojść ze sobą do porozumienia. Była rozdarta pomiędzy pragnieniem wyznania wszystkiego Aidanowi a zachowaniem tajemnicy. Z jednej strony chciała wyrzucić z siebie chaotyczne myśli i wysłuchać zdania ukochanego, z drugiej bała się jego reakcji. Ostatnie, czego chciała, to to, żeby wziął ją za szaloną.

Wstała wreszcie z podłogi i szybkim krokiem ruszyła w stronę swojej komnaty.

Rozdział 3

Moon była wściekła. Nie tylko na Katzego, a raczej Drake’a – choć jego twarz wracała do niej z każdą pulsującą falą gniewu – lecz przede wszystkim na siebie. Miała ochotę krzyczeć i coś rozszarpać.

Nadal nie mogła uwierzyć w to, co się wydarzyło. A może po prostu nie chciała. Wolała żyć iluzją, że to tylko zły sen.

Lecz taka była rzeczywistość.

Przyjaciele nie żyli. Rodzina również. A wszystko przez ten przeklęty sztylet. Ostrze, które miało zmienić przeznaczenie, a w zamian odebrało jej wszystko, co kochała.

Nie wiedziała, czy postąpiła słusznie, że odrzuciła Drake’a. Może w innym życiu, w innym czasie, chwyciłaby jego dłoń bez wahania. Odleciałaby z nim w przestworza i zostawiła za sobą zgliszcza. Ale nie teraz.

Bo wtedy stałaby się zdrajczynią.

Zdradziłaby tych, którzy zginęli. Tych, którzy zaufali. Zdradziłaby samą siebie. I nienawidziłaby się za to do końca życia. Plułaby sobie w brodę, próbując wymazać to jedno „tak” oznaczające „koniec”.

Nieważne, jak bardzo pragnęła poznać prawdę o swoim pochodzeniu, w tamtej chwili ważniejsze było coś innego.

Słońce powoli chowało się za horyzontem, a niebo przybrało różowo-pomarańczową barwę. Wszystko wyglądało tak pięknie i spokojnie, jakby Las Śmierci stanowił oazę bezpieczeństwa. Nic bardziej mylnego.

Moon zatrzymała spojrzenie na grobie Floriana usypanym z kamieni i poczuła żal szarpiący bezlitośnie jej duszę. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, jak okrutną śmierć Keira zgotowała rebeliantowi.

Gdyby wojowniczka zdobyła się na szczerość, musiałaby przyznać, że jest wdzięczna Drake’owi. Nienawidziła go za to, co zrobił, ale nie mogła zaprzeczyć jednemu: jego plan był doskonały. Drań skrócił tę wiedźmę o głowę i pozbył się jej raz na zawsze.

Moon nie miała do niego żalu o to, że została pozbawiona szansy na ­zemstę. W głębi duszy dobrze wiedziała, iż nie zdołałaby zabić Keiry własnymi rękami.

Odwróciła wzrok od lasu i spojrzała w stronę ukrytego wejścia do podziemnego tunelu. Podjęła decyzję – wróci do Gniazda, by się przekonać na własne oczy, czy jej bliscy naprawdę nie żyją. Jeśli została zupełnie sama, będzie musiała znaleźć kogoś, kto pomoże jej przetrwać.

Nie było miejsca na złudzenia. Czekało ją spotkanie z Sępem.

Południowa część osady należała do Krwiożerców. Przejęli ją bez pytania, brutalnie i bezwzględnie, jakby ich prawo wyrosło z krwi i strachu.

Jeśli miała przeżyć, musiała wejść w sam środek tej ciemności.

Zamknęła na moment oczy. Czuła się wycieńczona, ale nie chciała tracić czasu na odpoczynek. Odetchnie, gdy wróci do domu, o ile ten nadal istniał. Poprawiła skórzany pas, do którego przymocowała pochwę z mieczem. Enarel był kolejną zagadką, do której – jeśli wierzyć słowom Drake’a – klucz stanowiła Księga Asaela. Wojownik zdradził także, że owa księga jest ukryta na Feuerheim. Problem w tym, że Moon nie miała pojęcia, co to za miejsce.

Przeklęła pod nosem i ruszyła przed siebie. Czekała ją nieprzyjemna droga, podczas której będzie mogła jeszcze raz wszystko sobie przemyśleć. Może wezwanie Drake’a wcale nie byłoby takie złe? Nie ma szans!, przywołała się do porządku. Nie da gnojkowi tej satysfakcji. Nie, dopóki nie sprawdzi innych możliwości. Wykorzystał ją, bezczelnie okłamał i pozwolił jej uwierzyć, że mu na niej zależy.

Pokręciła głową z niedowierzaniem, gdy zdała sobie sprawę, że akurat w tej kwestii nie kłamał. Rzeczywiście była dla niego ważna, ale nie w taki sposób, w jaki by sobie tego życzyła. Potrzebował jej krwi, żeby aktywować sztylet. Niby zapewnił, że jako Katze pozostawał z nią szczery, lecz wykazałaby się naiwnością, gdyby zaufała jego słowom. Pewnie miał z niej niezły ubaw. Nie daruje mu tego.

Droga przez ciemne kanały była tak samo męcząca i obrzydliwa jak za pierwszym razem. Moon ledwo się powstrzymywała od zwymiotowania i dziękowała sobie w duchu, że przed wejściem do tunelu niczego nie zjadła.

Po dotarciu na miejsce przepełniła ją ulga. Marzyła, by odetchnąć świeżym powietrzem. Wspięła się po drabince i ostrożnie odsunęła właz. Był środek nocy i większość mieszkańców spała, ale o tej porze po uliczkach Gniazda grasowali ludzie Sępa. Z nadzieją, że żaden z nich jej nie zauważy, wyszła na zewnątrz.

Znajomy widok sprawił, że coś ścisnęło ją w dołku. Nie pozwoliła sobie jednak na łzy – płaczem niczego nie wskóra.

Gdy rozległy się głosy nadchodzących mężczyzn, przylgnęła plecami do ściany pobliskiej chaty. Powolnym krokiem ruszyła w stronę domu, obserwując uważnie otoczenie.

Obawiała się wielu rzeczy, ale Blair Scherzer stojący tuż pod drzwiami jej mieszkania zaskoczył ją tak, że pobladła na twarzy. Ostatni raz rozmawiała z nim jakieś cztery lata temu. Choć to, co wtedy robili, mocno odbiegało od rozmowy… Mimo wszystko Moon nie miała najmniejszego zamiaru wspominać tamtych chwil. Dużo ważniejsze było pytanie, czego ta menda tutaj szukała. Owszem, chciała się z nim spotkać, lecz przecież nie od razu.

Świadoma, że Sęp prędzej czy później i tak dostanie ją w swoje łapy, wyszła z cienia. Prawą dłoń zacisnęła na rękojeści Enarela, gotowa na odparcie ataku. Ten jednak nie nadszedł. Wszystko wskazywało, że Scherzer był sam. Nie towarzyszyła mu nawet ta sadystyczna szmata Sorcha, która praktycznie się nie rozstawała z szefem Krwiożerców.

– Moon, skarbie! – Blair wyszczerzył zęby i ruszył swobodnym krokiem w stronę rebeliantki. – Miło cię widzieć – dodał sarkastycznie.

Rozejrzał się pobieżnie, jakby kogoś wypatrywał, choć wciąż skupiał uwagę wyłącznie na Moon.

– Czego chcesz? – zapytała, dzielnie znosząc jego spojrzenie.

Znała Sępa wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie wolno go lekceważyć. To, że nie widziała jego ludzi, nie oznaczało, że ich tutaj nie było. Prawdopodobnie ukrywali się gdzieś w pobliżu i czekali, aż Moon popełni jakiś błąd. Przypuszczalnie dostali rozkaz, by ją obezwładnić, gdy tylko coś pójdzie nie po myśli Scherzera.

– Śmierdzisz gorzej niż gówno – stwierdził, marszcząc nos. – Wiem, że się obracasz w gównianym towarzystwie, ale nie myślałem, że aż tak nim przesiąkniesz.

W normalnych okolicznościach jego docinki nie zrobiłyby na Moon żadnego wrażenia, lecz obecna sytuacja była daleka od normalnej. Granice ­wytrzymałości wojowniczki zostały już dawno przekroczone. Przypominała wulkan tuż przed erupcją i doskonale wiedziała, że nie da rady dłużej zachować spokoju.

Szybkim ruchem wyciągnęła miecz z pochwy i przystawiła ostrze do szyi Sępa. Ten się zaśmiał, jakby jego życie wcale nie zawisło na włosku, a przecież wystarczyłoby jedno krótkie cięcie i poderżnęłaby mu gardło.

Blair powoli uniósł rękę. Moon wiedziała, że tym gestem powstrzymał innych Krwiożerców przed posłaniem strzał w jej plecy.

– Pamiętam, że lubisz na ostro, ale bez przesady, skarbie – wymruczał z czarującym uśmiechem, który kiedyś uważała za pociągający.

Zacisnęła zęby tak mocno, że aż zazgrzytały. Przeklinała każdą chwilę spędzoną z tym sadystycznym skurwielem. Nigdy sobie tego nie wybaczyła. Nieistotne, że nie wiedziała, kim był ojciec Blaira. Nie powinna ulegać pożądaniu i rżnąć się z ledwo poznanym fagasem. Nieważne, jak bardzo pragnęła kogoś, kto pomoże jej choć na moment zapomnieć o otaczającej ją śmierci. Potrzebowała odwrócenia uwagi, rozproszenia przygnębiających myśli, wyładowania złości.

– Czego ode mnie chcesz? – powtórzyła wściekła, delikatnie raniąc jego skórę.

– Od ciebie? – Uniósł lekko brwi. – Wielu rzeczy. Ale nie jestem tutaj z twojego powodu. Szukam Keiry, a skoro nie ma jej z tobą… – Odsunął się o krok, a Moon momentalnie opuściła broń. – Zajebałaś sukę – wysyczał niezadowolony i przeczesał nerwowo włosy palcami. Gdy wojowniczka nie ­zaprzeczyła, podniósł głos: – Kurwa jego pierdolona mać! Nie zrozum mnie źle, skarbie, bardzo miło cię widzieć, ale to nie ciebie się spodziewałem.

Rebeliantka zmrużyła podejrzliwie oczy. Czyżby Keira połączyła siły z Krwiożercami? Gang Sępa nie robił niczego bezinteresownie, więc ta wiedźma musiała im coś obiecać.

– Poszedłeś na układ z tą zakłamaną żmiją? Skąd w ogóle o niej wiesz? – spytała równocześnie zdezorientowana i rozjuszona. – Kazała wam zabić Brama i resztę moich przyjaciół?

– Nie tknąłem twojej pierdolonej rodzinki – oburzył się Scherzer. – Za kogo ty mnie uważasz?

– Za padlinożercę bez serca, który dla złota zrobiłby wszystko. Nie bez powodu zwą cię Sępem. Nie mam czasu na twoje gierki, sukinsynu! Możliwe, że twoi ludzie przeszyją mnie strzałami, ale uwierz, że i tak zdążę ci wbić miecz w gardło.

– Gdybym nie wiedział, jak wiele dobra potrafi zdziałać twój zwinny, niewyparzony język, już dawno kazałbym go obciąć. – Wyszczerzył zęby jeszcze szerzej.

Oczyma wyobraźni widziała, jak obdziera go ze skóry. Powoli, posy­pując solą każdą ranę i upajając się jego krzykami.

– Ci idioci rzeczywiście nie żyją, skarbie – powiedział wreszcie, odbierając kobiecie resztkę nadziei na zobaczenie swoich bliskich. – Ale to nie nasza sprawka. Keira sama się tym zajęła.

Łzy napłynęły do oczu Moon, lecz resztką sił powstrzymała płacz.

– Co wam obiecała? – zapytała i przełknęła ślinę, jakby w ten sposób mogła zahamować szloch.

– Wystarczająco dużo, bym się zgodził jej pomóc. Pierdolona suka – syknął, zaciskając pięści.

– Chcesz mojej śmierci? – spytała rebeliantka i bacznie obserwowała jego reakcję.

Sęp zaśmiał się głośno, jak gdyby opowiedziała niezmiernie dobry żart. Machnął ręką, by odprawić swoich ludzi. Najwyraźniej sądził, że rebeliantka nie zrobi mu krzywdy.

Żebyś się nie przeliczył, gnoju, pomyślała.

– Zostałaś sama jak palec – stwierdził, a tym samym umyślnie wbił niewidzialny nóż w jej serce. – Już kiedyś ci zaproponowałem, byś do nas dołączyła, pamiętasz?

Przygryzł wargi, obserwując ją uważnie. Cierpliwie czekał na odpowiedź. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że idzie jej na rękę.

– Sorcha nie będzie zachwycona moim towarzystwem – skonstatowała.

– Wręcz przeciwnie.

Przesunął po Moon intensywnym, wygłodniałym spojrzeniem. Gdyby nie potrzebowała pomocy, rzuciłaby się na Sępa z pięściami i obijała tak długo, aż zostałaby z niego miazga.

– Mam warunek. – Dumnie uniosła brodę. – Pomożesz mi odnaleźć pewną księgę.

– Chcesz przysługi? – Podszedł do niej, wyraźnie zadowolony z obrotu spraw. – Będziesz musiała się bardziej wysilić, skarbie. – Dotknął jej ust, jakby były jego własnością. – Zdradzisz mi, o jaką księgę chodzi?

Przejechał kciukiem po dolnej wardze, następnie zatopił palce w skołtunionych włosach kobiety. Gdyby nie bijący od niej smród, Blair zdołałby ją posiąść tu i teraz.

– Księga Asaela – odpowiedziała, ale nie ruszyła się z miejsca. Wiedziała, że musi dać mężczyźnie poczucie wyższości, w przeciwnym razie nici z całego planu. – Zbierz dla mnie informacje, a ja przystąpię do Krwiożerców.

– Nie mogę się doczekać – wyszeptał jej do ucha, po czym pocałował ją gwałtownie i zaborczo.

Ugryzła jego wargę tak mocno, że pociekła z niej krew. Splunęła z odrazą i wytarła usta przedramieniem.

– Tęskniłem za tym – przyznał i się oblizał. – Daj mi parę dni, skarbie. Poślę po ciebie, gdy tylko będę coś wiedział.

Drake już dawno nie czuł takiej swobody. Po zgładzeniu matki wolność zyskała dla niego zupełnie nowe znaczenie. Nie mógł przestać się uśmiechać, choć doskonale wiedział, że śmierć Inicjanki nie wymaże wszystkich problemów. Gra, którą toczył od zarania dziejów, nigdy się nie skończy. Keira była tylko jednym z pionków na olbrzymiej planszy.

Zanim dotarł do Feuerheim, gdzie czekał na niego Rowan, przez moment naszły go wątpliwości. Czy naprawdę dobrze zrobił, że zostawił Moon samą?

Rebeliantka była zbyt uparta, by poprosić o pomoc, i zbyt dumna, by przyznać się do błędu. A jednak wystarczyło jedno jego słowo… jeden gest – i poszłaby za nim wszędzie.

Musiała zdawać sobie sprawę, że nie przetrwa w Naar-Fel. Zapewne wróciła do Nestu, aby potwierdzić śmierć tych, których kochała. I w tym właśnie tkwił problem – marnowała czas na pogrzebane cienie.

Westchnął poirytowany. Nie miał pojęcia, co w tej kobiecie sprawiało, że traktował ją tak ulgowo.

Nie mógł zaprzeczyć, że czerpał przyjemność z prowadzonych z nią rozmów. Polubił jej towarzystwo i sposób, w jaki na niego patrzyła. Zdawała się inna niż ludzie, których spotkał dotychczas na swojej drodze. Już wtedy, gdy wyciągnęła pomocną dłoń do Aidana, dostrzegł w jej oczach coś fascynującego. I nie chodziło wyłącznie o przynależność do rodu Kael. Do dziś pamiętał wypowiedziane przez nią słowa: „Wierzę, że nie wszyscy aniołowie są źli… Tak jak nie wszyscy ludzie są dobrzy”.

Odgonił myśli od Moon i skoncentrował się na teraźniejszości. Czekała go rozmowa z Seykenem, więc wolał nie zaprzątać sobie głowy tą upartą śmiertelniczką. Postanowił, że jeśli ona nie wezwie go dobrowolnie w ciągu kilku dni, sam weźmie sprawy w swoje ręce.

Gdy stopami dotknął ziemi, od razu schował skrzydła, a jego oczy przybrały czarną barwę. Rozejrzał się i zatrzymał wzrok na niewielkim obozie rozłożonym u podnóża gór. Wiatr szarpał połami czarnych namiotów tak gwałtownie, że groził zerwaniem linek.

Statecznym krokiem Drake ruszył w tamtą stronę. Kilku skrzydlatych żołnierzy zgromadziło się wokół rozpalonego ogniska, którego migoczące płomienie tworzyły swoistą grę światła i cienia. Mężczyźni gawędzili ze sobą, nie zwracając zbytnio uwagi na okolicę. Najwyraźniej nie spodziewali się kłopotów i doszli do wniosku, że pilnowanie pozycji było zbędne. Głupcy.

Drake bezszelestnie chwycił za mały nóż i rzucił nim w stronę thayelim. Ostrze zraniło policzek jednego z nich, a Inicjanin zyskał całkowitą uwagę.

Niemal jednocześnie wyciągnęli miecze i wymierzyli je w wojownika. Bez dwóch zdań wzięli go za człowieka albo sługusa. Gdyby tylko wiedzieli, z kim naprawdę mają do czynienia.

– Gdzie Seyken? – zapytał i niewzruszony przejechał wzrokiem po zebranych. – Lepiej dla was, jeśli opuścicie broń – polecił, w ogóle nieprzejęty ich bojowym nastawieniem.

– Jak śmiesz atakować anielskich żołnierzy, żałosny krwiopijco! – warknął jeden ze zbrojnych. – Na kolana i błagaj o litość!

Ta scena była tak groteskowa, że Drake z trudem się powstrzymał od śmiechu. Gdyby nie zależało mu na tym, by trzymać tożsamość w tajemnicy, pokazałby temu niewdzięcznemu robakowi, kto tu jest żałosny.

– Seyken! – krzyknął, gotowy na odparcie ewentualnego ataku.

Zanim zdezorientowani żołnierze zdecydowali się zaszarżować na intruza, z namiotu wyszedł generał. Jego zszokowana mina mówiła sama za siebie. Pobladł na twarzy i przełknął nerwowo ślinę. Rzucił swoim podwładnym ganiące spojrzenie, po czym skinieniem głowy zaprosił Drake’a do siebie.

– Ja… – zaczął Rowan, ale pobladł, jakby właśnie ujrzał zjawę z własnych koszmarów.

– Zabrakło ci języka w gębie? – warknął Inicjanin z lodowatą pogardą. – Keira nie żyje.

Oczy generała się rozszerzyły. Przez dłuższą chwilę tylko otwierał i zamykał usta niczym ryba wyrzucona na brzeg.

– Ale… panie… – wykrztusił w końcu, krople potu spłynęły mu po czole. Cała postawa anioła zdradzała napięcie. – To niemożliwe.

Drake zerwał się z miejsca niczym cień oderwany od ściany. Zacisnął dłoń na gardle generała, a drugą chwycił karambit i przyłożył ostrze do brzucha mężczyzny.

– Co zrobiłeś? – zapytał szeptem groźniejszym niż krzyk.

Rowan zadrżał. W jego oczach nie pozostało nic poza strachem.

– To nie był mój pomysł – zaczął, a każde słowo tylko potwierdzało przypuszczenia księcia. – Byłem przekonany, że Inicjanie są nieśmiertelni, panie. Skontaktowała się ze mną pewna kobieta i przedstawiła mi plan wręcz idealny, by raz na zawsze pozbyć się Keiry. Nigdy bym cię nie zdradził, przecież wiesz. Zataiłem całą sprawę, ponieważ Nessa twierdziła, że się nie zgodzisz na otwarcie portalu…

– Nessa? – przerwał mu Drake i wykrzywił usta z wściekłości.

Znał tylko jedną kobietę o tym imieniu, zdolną otworzyć przejście do Initium. Problem w tym, że była martwa. A przynajmniej tak sądził.

– Gdzie ona teraz przebywa? – Popchnął generała tak gwałtownie, że ten omal nie runął na kolana.

– Na Wyspie Skrzydeł – odparł Rowan, masując obolałe gardło. – Ostatni raz, gdy nawiązaliśmy kontakt, ukrywała się w górach.

– Rozmawiałeś z nią osobiście?

– Nie, panie. Wymienialiśmy się wiadomościami za pośrednictwem Blitza – sprostował generał. Zapewne błagał w duchu, by jastrzębia nie spotkała śmierć.

– Będę musiał użyć magii krwi, aby ją odnaleźć – powiedział Drake półgłosem, bardziej do siebie niż do niego.

– Panie… W Ostlingen rozprzestrzenia się jakaś nieznana choroba. Wysłałem tam Landcrafta.

– Aidan jest w pobliżu Nessy? – Invictus zacisnął pięści.

– Nie chciałem źle, panie. Próbowałem pomóc…

– Milcz! – warknął z wyraźnym rozdrażnieniem. – Powinienem cię za to zabić. Nie spodziewałem się po tobie takiej głupoty. Czy ty w ogóle rozumiesz, kim ona jest?

Rowan zgiął kark, dygocząc pod ciężarem spojrzenia Inicjanina.

– Co z Haganem i resztą żołnierzy, których wysłałem na wyspę? – zapytał chłodno książę.

– Właśnie dostałem od nich wiadomość o chorobie szerzącej się w Ostlingen. Nie wiem, czy dotarła również do Westlingen. Kiedy opuszczałem wschodnią część wyspy, nic na to nie wskazywało.

Gdyby czas nie pędził tak bezlitośnie, Drake przesłuchałby generała dokładnie i wydobył z niego każdą zatajoną prawdę. Ale wieści o Nessie zaburzyły jego kalkulację. Nie mógł dłużej zwlekać. Kapłanka stała się priorytetem.

– Przywołaj swoich ludzi do porządku – rozkazał lodowato. – Nikomu nie wolno przekroczyć granicy Feuerheim. Zrozumiałeś?

Seyken pokiwał gorączkowo głową i bez niepotrzebnych pytań opuścił namiot.

– Idioci – burknął Drake, ściskając nasadę nosa.