Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bogowie zniknęli, anioły przejęły władzę nad Alaris, a ludzie stali się pionkami w grze, której zasad nikt już nie pamięta.
Moon dorasta w cieniu Gniazda – ostatniej ludzkiej osady, gdzie każdy dzień to walka o przetrwanie. Gdy brutalna śmierć brata burzy jej świat, dziewczyna zostaje wciągnięta w wir wydarzeń mających na zawsze zmienić bieg historii. Dziesięć lat później dołącza do rebelii walczącej z uciskiem, a w czasie ryzykownej misji spotyka tajemniczego wojownika, którego przeszłość skrywa mroczne sekrety.
Wejdź do świata, gdzie serce bije w rytmie walki, pożądania i nienawiści.
Gdzie każda decyzja może kosztować życie, a miłość… duszę.
Bo niektórych nie da się pokochać bez bólu. I są też tacy, bez których cierpienie nie ma sensu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 483
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Adrebach – lodowy kontynent przed Wielką Wojną
Alaris – planeta zamieszkana przez ludzi i niziołki
Ampliflor – roślina wzmacniająca działanie innych substancji
Berseks – więzienie w górach Kargmor
Cyron – kontynent przed Wielką Wojną
Dornheim – miejsce w Naar-Fel
Dunkel-Bezirk – rewir należący do wampirów
Duskyr/Duskari – koszmar/koszmary
Elario – brat/przyjaciel (alaryjski)
Enarel – miecz Moon
Erhon – roślina wzmacniająca
Erkanis – roślina rozpoznająca
Exil – grota, w której śpią veldraki
Faustkirch – stolica Rendanii, krainy przed Wielką Wojną
Feuerheim – góry na Wyspie Ostatnich
Flamma – ptak zamieszkujący las Naar-Fel
Fliedr – fioletowy kwiat odganiający ptaki
Frostrein – roślina wywołująca obniżenie temperatury
Gelt – waluta obowiązująca w Gnieździe
Gipfelkreuz – dom publiczny w Południowym Sektorze Gniazda
Habryth – magiczna istota przypominająca białego jastrzębia
Halblingsburg – wioska, gdzie ukrywają się niziołki
Heilsee – jezioro w Naar-Fel
Heilven/Heilveni – uzdrowiciel (alaryjski)
Hollenloch – nazwa drzew w Naar-Fel
Initium – planeta Inicjan
Kargmor – góry na Wyspie Skrzydeł
Kesland – miejsce na Cyronie, przed Wielką Wojną
Kharon – wojownik (alaryjski)
Letheris – roślina, której sok powoduje amnezję
Ligstern – roślina, która odpowiednio przygotowana zaspakaja głód
Lísmaar – zioło lecznicze
Mirilis – używane jako pieszczotliwe określenie, łączy czułość z szacunkiem (alaryjski)
Mortharis – sztylet odbierający nieśmiertelność
Mürmox – robak bagienny z Lasu Śmierci
Na’drath – przekleństwo w języku alaryjskim
Naar-Fel – Las Śmierci (alaryjski)
Narthulîn – roślina trująca, paraliżująca
Nematody – robaki zamieszkujące korzenie drzew w Naar-Fel
Nest – Gniazdo (alaryjski)
Noctare – przybytek, gdzie przesiadują wampiry
Ostlingen – miasto na Wyspie Skrzydeł
Pentres – królestwo w Initium
Sangwerna – drzewo w Lesie Śmierci
Sebelhorn – mgielny koń
Skarnidy – owady żyjące w Naar-Fel
Sumpfweg – droga w Naar-Fel
Thalvagor – Bezkresne Wody (alaryjski)
Tharnbringer/Tharnbringar – przynoszący śmierć
Thayel/Thayelim – anioł/aniołowie (alaryjski)
Théros – narkotyk
Traght – język demonów
Trifftbrucke – miejsce w Naar-Fel
Varkylis – roślina odstraszająca
Varnesh – używane jako obraźliwe określenie dla osoby służalczej, pochlebczej, bez własnej wartości (alaryjski)
Varngar – Tarcza (alaryjski)
Varnsche – Klucznik (alaryjski)
Veldrak – nietoperz-wampir
Velnari – mgielny lis, istota eteryczna, przyjaciel i posłaniec Drake’a
Vort – sposób szybkiego przemieszczania się, umiejętność Inicjan
Waldland – teren na Cyronie, zamieszkany przez niziołki przed Wielką Wojną
Westlingen – miasto na Wyspie Skrzydeł
Wissenberg – szczyt Feuerheim
Zarven – napar z tej rośliny powoduje rozwinięcie się ciąży w dziewięć dni
Królewski ród (bogowie) – złoto-czarne skrzydła, srebrne włosy, turkusowe oczy; wrodzona umiejętność latania, magia krwi, nieśmiertelność;
Inicjanie (lud) – w przeciwieństwie do Inicjan królewskiego rodu są śmiertelni i długowieczni, nie władają magią krwi.
Ludzie, którzy zakosztowali krwi Inicjan królewskiego rodu.
Białe skrzydła; długowieczni, śmiertelni, muszą się nauczyć latania, mogą się rozmnażać.
Ludzie, którzy zakosztowali krwi aniołów, są posłuszni swoim stwórcom.
Potrzebują krwi, by przeżyć, w przeciwnym razie przemieniają się w veldraki.
Długowieczne, śmiertelne.
Zmutowane wampiry żyjące poza Gniazdem, w lesie, żywią się surowym mięsem.
Śmiertelne, długowieczne.
Pierwsi – praludzie, którzy przeszli przemianę podczas Wielkiej Wojny. Podczas pełni księżyca mogą wybrać, gdzie chcą spędzać czas, na lądzie czy pod wodą. Długowieczni, śmiertelni;
Tarkeny – potomkowie pierwszych, drapieżcy, mogą wyjść na ląd, ale nie przeżyją bez wody dłużej niż tydzień. Długowieczni, śmiertelni.
Pradawni ludzie, których organizmy przystosowały się do życia pod ziemią.
Wyższe – bardziej inteligentne, mają ludzkie odruchy;
Niższe – kierują się instynktem, zatraciły człowieczeństwo.
Długowieczne, śmiertelne.
Rasa żyjąca na Alaris jeszcze przed Wielką Wojną.
Długowieczne, śmiertelne.
Aidan Landcraft – anioł, przyjaciel Drake’a, uzdrowiciel
Aja – niziołka, siostra Schmieda
Amon – goblin, który uwolnił Keirę
Andreth – nauczyciel Drake’a na Initium
Asael – demon, Książę Ciemności
Blair „Sęp” Scherzer – przywódca gangu Krwiożerców
Blitz – biały jastrząb, pośrednik Rowana Seykena
Bram – przywódca rebeliantów, ojciec Matthew, mąż Shany
Castor – wyższy goblin, przywódca armii goblinów, kapitan
Devine – tajemnicza kobieta znająca sposób na zabicie boga
Donnan – żołnierz/wojownik armii anielskiej
Drake Invictus Initium – inicjanin królewskiego rodu, syn Keiry, sprawuje władzę w Gnieździe. Bóg.
Evan – wampir o nieznanej przeszłości, sługa Rowana Seykena
Fergal – Krwiożerca, brat Sorchy
Florian – starszy rebeliant
Gawren – niziołek, kucharz
Hagan – anioł, pierwszy oficer armii anielskiej
Jory – młody Krwiożerca, szpieg Drake’a
Kass – wampir, brat Yvon, sługa Owena
Katze – wojownik napotkany przez Moon w Lesie Śmierci
Keira Proditio Initium – Inicjanka, pozbawiona skrzydeł, skazana na wieczne więzienie na Wyspie Wiecznego Ognia, matka Drake’a, bogini, władczyni Initium
Lavena – córka Sedrica, ukochana Tristana, żona Najwyższego Kapłana
Linch – Krwiożerca, który walczył z Moon
Liraen – żona Sedrica, matka Laveny
Lothmor – tarken, jeden z pierwszych, brat Valmora, wysłannik Skarda
Matthew – rebeliant, syn Shany i Brama
Melvin – Najwyższy Kapłan, mąż Laveny
Moon Kael – rebeliantka, córka Kassidy i Lorcana, siostra Tristana
Nessa Kael – kapłanka inicjańska
Owen – anioł, oficer gwardii anielskiej, pan Kassa
Qatharûn – zmaterializowana magia Drake’a, smok-feniks
Randal Lengland – rebeliant, ojciec Wynna
Ratte – goblin, podwładny Castora
Ravelin – alchemik Melvina, Najwyższego Kapłana
Richtermann – władca Innekant, wraz z armią Inicjan podbija także Cyron i Adrebach (kontynenty)
Rowan Seyken – anioł, generał gwardii anielskiej
Schmied – niziołek, walczył u boku Drake’a podczas Wielkiej Wojny, kowal, brat Aji
Schurle – niziołek, uzdrowiciel
Sedric – nadzorca igrzysk, ojciec Laveny
Shana – rebeliantka, żona Brama, matka Matthew
Skard – władca tarkenów
Sorcha Lockhart – członkini Krwiożerców, kochanka Blaira, siostra Fergala
Soriel – velnari, przyjaciel i posłaniec Drake’a
Thorga – tarkenka, wysłanniczka Skarda
Torin – żołnierz/wojownik armii anielskiej
Tristan Kael – brat Moon, syn Kassidy i Lorcana
Ulrich – nadworny uzdrowiciel króla Richtermanna
Valmor – tarken, jeden z pierwszych, brat Lathmora
Vivienne – szpieg Najwyższego Kapłana Malvina
Wynn – syn Randala
Yalaneu – człowiek, ukochana Drake’a z czasów sprzed Wielkiej Wojny
Yvon – wampirzyca, siostra Kassa, sługa Hagana
Na początku była krew.
Nie światło ani łaska.
Tylko lepka, dusząca, wieczna krew.
Wyciekła z wnętrzności pustki niczym z niedającej się zasklepić rany.
Zimna, ciemna i stara jak samo zapomnienie.
Z krwi zrodził się ogień.
Pożerający, tańczący wśród jęków i rozdzierający niebo pazurami gniewu.
W sercu tej pożogi powstało ciało.
Wyrwane z krzyku, rozpięte na cierniach bólu i zamknięte w powłoce ze stali i łusek.
Złożone z kości, duszy i płomienia.
Rozszarpywane przez wieczność, składane, aż ukształtowało się w coś, czego sam Stwórca nie śmiałby nazwać swym dziełem.
Nieśmiertelne, bo zbyt wiele razy umierało.
Wskrzeszone, bo nie pozwolono mu odejść.
Zanim spojrzało w niebo, już pluło ogniem w twarze bogów.
Nie miało matki ani ojca.
Ani też duszy – tylko pamięć o bólu.
Było ostatnim tchnieniem Stwórcy i pierwszym przekleństwem światów.
Tworzyło i niszczyło, nie rozróżniając dobra od zła.
Jego skrzydła stanowiły rozdarcie między tym, co święte, a tym, co zakazane.
Krew krążąca w żyłach oznaczała zarówno zbawienie, jak i wyrok.
Potrafiło dać życie… lecz tylko po to, by zaraz je zabrać.
Z jego cienia powstawały armie.
Z gniewu – ruiny.
Tylko jedno imię będzie w stanie je powstrzymać.
Jedno serce, którego bicie nie ustanie, nawet gdy cały wszechświat straci oddech.
Jedna istota – zrodzona z cienia i światła. Wyśniona przez ogień. Ukryta w słabości. Obudzona przez śmierć.
Kiedy to serce stanie naprzeciw niego, bogowie odwrócą wzrok.
I zapłoną materia i czas.
Odkąd pamiętała, mieszkała z bratem w Gnieździe – osadzie zbudowanej przez bogów. Nie wiedziała, co się stało z jej rodzicami. Nie znała ich twarzy, nie pamiętała ciepła ramion. Tristan unikał rozmów na ten temat, zbywał pytania milczeniem, z czasem coraz bardziej bolesnym.
Doprowadzało to Moon do szału. Przecież musiała skądś pochodzić. Ktoś ją kiedyś kochał. Ktoś trzymał za rękę. Śmierć matki i ojca wydawała się podejrzana. Byli młodzi i zdrowi, a serca nie przestają bić bez powodu.
Westchnęła cicho i popatrzyła na czerwone jabłko. Ślina napłynęła jej do ust. Owoce stanowiły rzadkość w Gnieździe – rarytas, na który stać było nielicznych, a większość mieszkańców żywiła się sztucznie wyprodukowanym jedzeniem dostarczanym przez anioły. Nikt nie zadawał pytań o źródło, dopóki półki pozostawały pełne, a codzienność toczyła się bez zakłóceń. Żaden człowiek nie mógł wychodzić poza granicę muru osady, bez względu na posiadany status. Tylko aniołowie mieli ten przywilej. Ponoć świat na zewnątrz pożarłby śmiertelników żywcem.
– Wszystkiego najlepszego – zagaił Tristan. – Na co czekasz? Smacznego.
Moon odwzajemniła uśmiech. Podeszła do podniszczonego blatu. Otworzyła szufladę i wyjęła stary, ręcznie kuty nóż. Przecięła jabłko równo i podała bratu połowę. Nie przyszłoby jej do głowy zjeść całe w pojedynkę.
– To twoje urodziny – przypomniał, ale przyjął owoc z wdzięcznością. – Kiedyś kupię ci całą skrzynię.
Myśl o tym tak rozgrzała dziewczynę od środka, że przez moment zapomniała, gdzie żyje. Trzynaście lat w tym miejscu zakrawało na cud – i była pewna, że bez Tristana nie przetrwałaby ani jednego roku.
On zawsze wiedział, kiedy nie wychodzić. Znał pory, gdy ulice przestawały być neutralnym gruntem, a stawały się pułapką. Pracował wystarczająco, by mieli co jeść. I miał kontakty, o których nie mówił. Nigdy.
Moon podejrzewała, że milczał z troski. Nie chciał odsłaniać świata, w którym przetrwanie wymagało przeobrażenia się w potwora. A jednak pragnęła choć odrobiny prawdy ukrytej za spojrzeniem brata.
Poczucie bycia ciężarem znała aż nazbyt dobrze. Od najmłodszych lat patrzyła na rzeczywistość dojrzalej niż inni. Dorosła zbyt szybko, myślami krążyła wokół spraw poważnych, niosących analizy, przed którymi uciekali rówieśnicy. Nic dziwnego, że łatwo przyszło jej uwierzyć, iż stała się kulą u nogi Tristana, balastem, podczas gdy on walczył, by oboje nie utonęli w mroku.
– Nie wychodź dzisiaj w nocy – powiedział nagle. – Roi się od aniołów i wampirów.
Moon drgnęła, otoczyła tułów ramionami. Wiedziała, co będzie się działo w centrum Gniazda. Aniołowie wznieśli tam arenę – kolosalną eliptyczną budowlę, gdzie pożerano ludzkie życia w imię rozrywki.
Mieszkańcy osady dzielili się na dwie grupy. Jedni nienawidzili bogów za to, że najechali Alaris, żeby siać strach i spustoszenie. Drudzy kochali te istoty i podziwiali ich legendarne piękno, nieśmiertelność oraz nadprzyrodzone moce. Niektórzy wznosili do nich modły, składali im cześć i ofiary.
Moon nie potrafiła zrozumieć, jak można dobrowolnie ciąć się nożem, by oddać własną krew bytom odpowiedzialnym za powolną zagładę ludzkości.
– Zabarykadować drzwi? – zapytała retorycznie, ponieważ doskonale znała odpowiedź. Następnie dodała ściszonym głosem: – Zostaniesz ze mną?
Tristan przymknął oczy i wciągnął powietrze powoli, jakby próbował ułożyć w myślach to, czego nie umiał głośno wymówić. Oparł dłonie na biodrach.
Moon nie potrzebowała odpowiedzi.
– A więc nie – odpowiedziała za niego.
Brat pracował dla handlarza winem. A dzisiejsza noc należała do igrzysk – największego święta krwi i chaosu.
W takich chwilach alkohol płynął strumieniami. Najlepiej schodził na rynkach, gdzie lśniły miecze, śmierdziało potem, a śmiech aniołów mieszał się z krzykami nieszczęśników walczących na arenie.
To właśnie tam – pośród ruin godności – przylatywały dzieci nowych bogów karmiące się ludzką naiwnością.
– Myślisz, że przybędzie? – Spojrzała ukradkiem na Tristana, ale ten od razu pokręcił głową.
Jeszcze nikt nie widział bogów na własne oczy.
Zostali zrodzeni z opowieści, pieśni śpiewanych półgłosem przy ogniskach, krwi na ołtarzach. Jedni mówili, że polegli podczas Wielkiej Wojny, rozdarci między światami. Inni – że powrócili do niebiańskiego królestwa, znużeni ludzką słabością.
Ale jedna historia powracała częściej niż inne.
Podobno na Alaris pozostał tylko jeden bóg. Ten, który nie dzielił się władzą.
Ponoć uciszył braci i siostry, zanim jeszcze zaświtał pierwszy dzień. Nie miał imienia, lecz tytuł: Invictus. I to wystarczyło, by drżały przed nim całe pokolenia.
– Nie rozmawiajmy dłużej na ten temat – zbył dziewczynę machnięciem ręki. – Po prostu mnie posłuchaj i nigdzie nie wychodź.
W gardle narastała złość, ale Moon ją stłumiła, zanim wypełzła na twarz. Tristan nie zasłużył na nieposłuszeństwo ze strony siostry. Był wszystkim, co miała.
– Uważaj na siebie – wymamrotała po chwili.
Chłopak wzruszył ramionami i uśmiechnął się beztrosko. Moon już dawno zrozumiała, że nie sposób wyczytać z niego prawdziwych emocji.
Nosił je głęboko. Zamknięte za spojrzeniem, które zawsze wydawało się spokojne.
– Do zobaczenia rano – rzucił przez ramię, jakby jutro było pewnikiem. Jakby ktokolwiek w tym świecie miał gwarancję dotrwania do świtu.
Rozległ się burzliwy ryk tłumu. Utkany z tysięcy gardeł: ludzkich, nieśmiertelnych i tych, które nigdy nie powinny były przemówić.
Tristan stał nieruchomo i cierpliwie czekał. Serce waliło mu w piersi. Próbował się skupić na tym rytmie, odciąć od wrzasków, szczęku stali, gardłowych okrzyków walczących.
Lecz dźwięki docierały do niego nielitościwie. Czuł je w skroniach. W kręgosłupie. A wraz z nimi uderzył charakterystyczny metaliczny zapach.
Świeża krew.
Aniołowie urządzali igrzyska raz w tygodniu – rzekomo z rozkazu boga. Tristan jednak w to nie wierzył. Wątpił, by którakolwiek z legendarnych istot naprawdę istniała. Podejrzewał, że cała ta historia została zmyślona przez aniołów. Była wystarczająco przerażająca, by ludzie milczeli, klękali i nie zadawali pytań.
W świecie, gdzie krew lała się częściej niż deszcz, strach stanowił najlepsze narzędzie władzy.
Chłopak zacisnął pięści.
Nie był dumny z tego, że okłamywał siostrę. Ale nie widział innego wyjścia. Moon to kruche dziecko. Musiał ją chronić. Choćby sam miał utonąć.
Czuł się za nią odpowiedzialny w sposób niemożliwy do wyrażenia słowami.
Powiedział, że pracuje w winiarni. I pozwalał, by w to wierzyła. Lecz jego prawdziwa praca zaczynała się wtedy, gdy arena nasiąkała krwią.
– Nie rób tego. – Głos był cichy, ale wystarczył, aby wszystko zamarło.
Tristan odwrócił głowę powoli. Wiedział, kogo zobaczy.
Pochwycił jej spojrzenie. Oddech ugrzązł mu w gardle. Żołądek zacisnął się w twardy węzeł.
Znał to miejsce aż za dobrze – zawieszone gdzieś między ciszą a wdechem, napięciem a spokojem. Zawsze tam trafiał, gdy na nią patrzył.
– Co tutaj robisz? – zapytał. Kosztowało go to więcej, niż chciałby przyznać. – Nie możesz tu być. Twój ojciec…
– Chrzanić go – przerwała mu ostro, mrużąc gniewnie oczy. – Nie będzie decydował, z kim się spotykam.
Zrobiła krok w stronę chłopaka.
Nie powinna tu przychodzić.
Lavena – dziewczyna o jasnych, długich, falujących włosach i oczach błękitnych niczym zamarznięte niebo w pogodny dzień.
Dlaczego nie siedzi teraz w loży ojca, otoczona złudnym splendorem? Czemu nie gra roli posłusznej córki, udającej, że rozrywany na arenie człowiek to nic takiego? Dlaczego przyszła tutaj, do Tristana, zamiast odwrócić wzrok, zgodnie z regułami tego świata?
Sedric oszaleje. Chłopak nie miał co do tego wątpliwości.
Wolał nie myśleć, jak mężczyzna zareaguje, gdy się dowie, co wyprawia jego dziecko.
Ojciec Laveny odpowiadał za organizację igrzysk. Człowiek bez kręgosłupa moralnego, całujący anielskie stopy z taką gorliwością, jakby wykuto je ze złota.
Robił wszystko, by zadowolić swoich panów. Posłuszny pies gotowy zdradzić własne stado za kilka nieświeżych kości.
– Sedric jest nieobliczalny. Wiesz o tym doskonale – powiedział. – Gdyby mógł, zamknąłby cię w klatce i przykuł do podłogi ciężarem własnych ambicji.
Lavena zamknęła oczy. A potem bez ostrzeżenia przywarła do chłopaka z taką siłą, jak gdyby tylko jego ramiona zdołały utrzymać ją przy życiu.
– Podsłuchałam rozmowę ojca z Rowanem – szepnęła i schowała twarz w zagłębieniu szyi ukochanego.
Tristan objął ją bezwiednie. Ręce same odnalazły talię dziewczyny.
– Dzisiaj na arenę wejdą też wampiry – dodała cicho, jakby w obawie, że samo wypowiedzenie tych słów sprowadzi śmierć. Przytuliła się mocniej. – Zabiją cię.
Nie musiał na nią patrzeć, by wiedzieć, że płacze.
Słyszał to w drobnych załamaniach głosu. Czuł w przyspieszonym, rwącym oddechu. W kurczowo zaciśniętych palcach na ramieniu, próbujących zatrzymać coś, co już dawno zaczęło umykać.
Rowan należał do gwardii anielskiej. Wyglądem przypominał anioła Starej Wiary. Z jedną znaczącą różnicą. Piękno pełniło wyłącznie powłokę, a wnętrze skrywało demona.
Był sadystą śliniącym się na widok krwi. Gdyby nie obrzydzenie do ludzkiego ciała, zapewne własnoręcznie torturowałby każdego człowieka i z rozkoszą chłonął krzyki i ból.
– Zapłacą mi podwójnie za starcie z wampirem – rzucił Tristan, próbujący uśmiechem złagodzić ciężar słów.
Lavena odepchnęła go gwałtownie, jakby dotyk chłopaka nagle ją oparzył. Pospiesznie starła łzy przedramieniem.
– Jeśli wyjdziesz na arenę, zginiesz – powiedziała ostro. – Tego chcesz? Zostawisz siostrę? I mnie?
Tristan zacisnął szczęki. Złość przyszła nagle. Nie potrafił jednak odróżnić, czy to gniew na ukochaną… czy na samego siebie.
Potrzebował geltów. Nie mógł sobie pozwolić na odrzucenie takiej stawki.
Za zwykły pojedynek otrzyma dziesięć brązowych monet. Za wampira nawet trzy razy tyle.
Był dobry.
Ojciec zadbał, by poznał każdy sposób walki – miecz, zapasy, łuk, oszczep. Wśród śmiertelników Tristan nie miał sobie równych. Ale długowieczny to nie człowiek. Dzieci aniołów, zwykle szybsze i silniejsze, nie umierały tak łatwo.
– Potrzebuję wynagrodzenia – oznajmił w końcu, jak gdyby wypowiedzenie tego na głos mogło uczynić sprawę mniej bolesną. – Mieszkamy w Południowym Sektorze, Laveno. A tam życie nie wybacza błędów.
Gniazdo dzielił potężny mur przechodzący niczym blizna przez serce osady. Po stronie północnej wznosiły się czyste ulice, wysokie domy i ogrody, do których dostęp miały tylko złoto i uległość. Tam wszystko stanowiło nagrodę za posłuszeństwo, pokorę, wybór milczenia potrafiący zgiąć kark szybciej niż głód. Tam też mieszkali zagorzali wyznawcy.
Południowy Sektor przypominał klatkę dla niechcianych. Upchnięto tu resztki społeczeństwa: bezimiennych, zbuntowanych, ubogich. W tym miejscu godność kosztowała więcej niż życie, a przemoc stała się walutą dnia codziennego.
Przemieszczanie się między sektorami było surowo zabronione, ale to nie oznaczało, że niemożliwe.
– Nie bądź głupi! – warknęła Lavena. Nerwowo zerknęła przez ramię, aby się upewnić, że nikt ich nie obserwuje. – Rozumiem, że chcesz uzbierać dość geltów, by zyskać szansę na wyrwanie się z Południowego Sektora… ale to, co planujesz, to czyste szaleństwo.
– Nie mogę przepuścić takiej okazji – powiedział twardo. – Dam radę. Zobaczysz.
Dziewczyna zacisnęła usta. Broda jej drżała. Łzy spływały bez oporu.
– Kocham cię. Zawsze będę cię kochać – załamała głos na ostatnim słowie.
Odwróciła się nagle, zanim pękło w niej coś więcej niż serce.
A on… nawet nie drgnął, bo ślepo wierzył, że zostanie mu jeszcze czas.
Jednak ten świat nie znał litości. Nie czekał. Nie wybaczał. Był areną dla silnych i mogiłą dla słabych. Ci z Południa nie dysponowali boską ochroną, tytułami, złotem. Mieli tylko pięści. I serca, które nie chciały przestać bić, choć już dawno straciły sens życia.
Wielkie wrota rozwarły się z jękiem, a korytarz zalała oślepiająca łuna światła. Na drodze Tristana leżały zmasakrowane zwłoki. Ludzcy niewolnicy wynosili resztki ciał ofiar jak śmieci.
Fanfary rozdarły powietrze.
Strach przyszedł wraz z dźwiękiem – stary, uporczywy cień, którego nie sposób zgubić mimo wielu stoczonych walk.
Uniósł wzrok ku niebu. Księżyc w pełni wisiał nad areną niczym oko, które widzi wszystko i niczego nie zmienia.
Dawno temu szeptano o bogu mającym zstąpić na Alaris, by zbawić świat. O aniołach opowiadano jak o istotach zrodzonych ze światła, zesłanych, aby strzec ludzkości przed ciemnością.
Tristan prychnął gorzko. Wiara tamtych czasów była piękna. I równie naiwna.
Skrzydlaci nie przyszli z nieba, by chronić. Przybyli, by niszczyć.
Aniołowie nie opiekowali się ludźmi. Stali się ich panami.
Wiara nie ocaliła tego świata.
Ani nie uratuje go teraz.
Dzisiejszy pojedynek miał być trudniejszy. Tristan wiedział, że igra ze śmiercią.
Był szybki, zwinny, dobrze wyszkolony. Ale zdawał sobie sprawę, że to nie wystarczy przeciwko istocie, która porzuciła człowieczeństwo w zamian za wieczność. Spryt będzie jego najmocniejszą bronią. Stanie się iskrą, która rozbłyśnie tam, gdzie wszystko już zgasło.
Z zamyślenia wyrwał go zgrzyt ciężkich wrót otwieranych naprzeciw.
A potem rozległo się warczenie.
Chłopak zamarł. Otworzył szerzej oczy, a po kręgosłupie przebiegły mu lodowate dreszcze.
Lavena ostrzegała go przed wampirem, ale nie wspomniała, że przeciwnik będzie… w takim stanie.
Krwiopijcy nie rodzili się potworami, lecz ludźmi. Ci jednak zapragnęli długowieczności i potęgi. Przysięgli więc wieczną służbę aniołom, a te z uśmiechem podzieliły się z nimi własną krwią i złamały im karki, zanim zdążyli zmienić zdanie.
Po przebudzeniu nie było już powrotu. Wypełniali rozkazy bez pytania, pozbawieni własnej woli. Ich serca biły dla krwi, i tylko ona potrafiła uciszyć głód.
A bez niej… zmieniali się w puste skorupy. Bestie, którym nawet śmierć nie miała nic do zaoferowania.
Tristan poprawił chwyt na rękojeści, ale nie przyjął jeszcze pozycji bojowej. Stał nieruchomo, z każdym zmysłem napiętym do granic. Dźwięki, zapachy, światło – wszystko docierało do niego ostrzej niż zwykle, jakby ciało przeczuwało, że za chwilę rozpęta się piekło.
Zatrzymał wzrok na istocie prowadzonej w kajdanach przez dwóch aniołów.
Czerwone ślepia żarzyły się w półmroku niczym rozpalone węgle. Nie karmiono go od tygodni. Nieodwracalna już mutacja nie zaszła jeszcze w pełni.
Poszarzała skóra łuszczyła się i pękała na krawędziach. Porastała ją krótka, czarna sierść. Palce były zakończone szponami, a stopy przestały przypominać ludzkie. Z pleców wyrastały zarysy nietoperzych skrzydeł – groteskowe, wciąż nieuformowane do lotu, lecz wystarczająco przerażające.
Chłopak bezwiednie zrobił krok w tył, pot spływał mu po skroniach. Z trudem powstrzymywał się od ucieczki, która i tak oznaczałaby niepowodzenie.
Wyszczerzeni okrutnie aniołowie uwolnili stworzenie z łańcuchów. Potężne skrzydła uderzyły powietrze, gdy wzlecieli nad arenę.
Bestia natychmiast ruszyła do ataku. Ślina ciekła z pyska, a kły błyszczały w świetle księżyca. Ruchy miała nieskoordynowane, jakby nie mogła przywyknąć do zmian w ciele; chwiała się, ciężko sapiąc.
Gwałtownie stanęła i znieruchomiała, niczym kobra tuż przed uderzeniem. Przez chwilę sprawiała wrażenie, że coś w jej wnętrzu ożywiło dawnego człowieka. Bzdura, pomyślał Tristan. To nie wspomnienie ani resztka duszy, tylko chłodny instynkt. Skanowała go wzrokiem w poszukiwaniu luki w obronie. Druga szansa może się nie nadarzyć.
Chłopak natarł z mieczem na potwora, ale łapa wampira zablokowała cios. Złapała ostrze jak zwykły patyk. Tristan bez wahania przeciął grubą skórę, lecz stwór nawet nie jęknął i prawie nie krwawił.
Rozwarł szpony i zaczął nimi miotać na oślep. Gdyby dosięgnął przeciwnika, rozerwałby go bez wysiłku. Najwyraźniej jednak nie umiał jeszcze korzystać z nowego ciała, co dawało chłopakowi nadzieję na zwycięstwo.
Tristan ruszył ponownie. Dla zmyłki wymierzył cios w ramię, by ostatecznie zmienić tor i pchnąć ostrzem w drugą łapę.
Metal przeciął skórę.
Bestia zawyła gardłowo.
Uśmiech przemknął przez twarz chłopaka. Zgasł równie szybko, jak się pojawił. Rana była płytka. Nie sięgnęła mięśni, a krew niemal nie popłynęła. Wampir błyskawicznie odzyskał kontrolę.
Skoczyli na siebie jednocześnie.
Ostrze spotkało pazury.
Łomot stali mieszał się z rykiem potwora i urywanym oddechem ludzkiego przeciwnika.
Stwór parł naprzód. Tristan krok po kroku prowokująco oddawał mu przestrzeń. Liczył, że zwierzęca natura złapie przynętę.
Wreszcie cofnął się gwałtownie i opuścił rękojeść miecza, by udać słabość. Bestia nie zareagowała tak, jak przewidział – zamiast zaszarżować po ziemi, jednym susem skoczyła na oponenta.
Zanim umysł zareagował, wyćwiczone ciało podjęło walkę. Chłopak uniósł oręż i ciął w dół, schodząc z linii ataku.
Za wolno.
Trafił stwora, lecz w tej samej chwili pazury przebiły mu bark jak haki i rozerwały mięsień z brutalną łatwością. Kość pękła, ramię oderwało się od stawu. Wykręcone nienaturalnie, zwisało teraz na strzępie włókien.
Kiedy potwór wyrwał szpony, krew chlusnęła szerokim łukiem.
Niewyobrażalny ból uderzył Tristana, ale ten nie padł. Zmusił ciało do ruchu. Chwycił miecz w zdrową dłoń i pospiesznie się odsunął.
Z rany biło ciepło, pulsujące niczym światło. Z każdą utraconą kroplą krwi słabł, kolana uginały się pod ciężarem, którego nie czuł jeszcze chwilę temu. Świat falował.
Potwór natarł ponownie. Tristan uniósł ostrze, choć ręka mu drżała, a przed oczami majaczyły ciemne plamy. Uderzenie sparował krótkim, niepewnym zamachem.
Potem wyprowadzał ciosy na oślep. Ostrze zahaczyło o skórę wampira.
Nogi zmiękły mu jeszcze mocniej. Ziemia przysunęła się pod stopy niepokojąco szybko.
Tristan jednak trwał. Zsunął dłoń po rękojeści, podparł ciało resztkami woli i wykonał kolejny desperacki zamach.
Trafił. Wreszcie zranił przeciwnika na tyle, by zyskać na czasie.
Niestety wzrok mu mętniał, tętno dudniło jak dzwon pogrzebowy.
Czerwień kapała z ramienia, mimo to walczył, nie zważając na to, że każdy ruch przyspieszał wykrwawienie.
Jeszcze nie wszystko stracone.
Dopóki trwał, nie mógł uznać porażki. Dopóki czuł, wiedział, że żyje.
A życie, choć wisiało na włosku, wciąż mogło rozniecić ogień zdolny spalić tę bestię.
Potrząsnął głową, by otrzeźwić umysł.
Wampir klęczał, cicho skomląc. Patrzył na ranę, która powoli zaczynała się goić.
Tristan nie mógł dłużej zwlekać.
Musiał wrócić do Moon, zobaczyć Lavenę i jeszcze raz skosztować jej słodkich ust. W duchu obiecał sobie, że jeśli wyjdzie z tego żywy, już nigdy nie postawi stopy na arenie i naprawdę zajmie się pracą w winiarstwie.
Natarł, celując w szyję bestii. Ta nie reagowała, wciąż zawodziła z bólu. Tristan mimo cierpienia włożył całą pozostałą energię w uderzenie, które nigdy nie sięgnęło celu.
Potwór się odwrócił i zamaszystym ciosem łapy trafił w jelec miecza. Ostrze poleciało w piach. Nadgarstek chrupnął.
Zanim chłopak zdążył złapać oddech, wampir doskoczył na niego, by chwilę później wbić kły w szyję z siłą rozrywającą skórę i rozszarpującą tętnice.
Tristan zawył, krew trysnęła. Automatycznie sięgnął dłonią do rany, ale palce tylko ślizgały się po mięsie.
Oddychał spazmatycznie, lecz zamiast tlenu do gardła spływała gorąca posoka. Krztusił się i charczał, walcząc o każde uderzenie serca, jakby jeszcze mógł cofnąć to, co go spotkało.
Padł na kolana, potem na bok.
Życie opuszczało chłopaka powoli.
Uciekło przez drżące palce i rozchylone wargi, niczym pieśń urwana w połowie wersu.
Aidan Landcraft nie mógł postąpić inaczej. Choć od dawna nie był jednym z nich, nigdy nie odmówiłby ludziom pomocy. Niezależnie od tego, co myślał Drake.
Wiedział, jak śmiertelnicy potrafią być okrutni. Jak łatwo krzywdzą. Ich decyzje bywały bezlitosne, a czyny podszyte egoizmem i strachem.
Nie umiał jednak potępić Drake’a za jego niechęć.
Wczoraj Aidan spacerował po Południowym Sektorze. Powietrze cuchnęło stęchlizną. Woda po ostatnim deszczu utworzyła kałuże, błoto zmieszane ze śmieciami. Po nierównym bruku snuły się wychudzone psy grzebiące w porzuconych resztkach.
W zaułku nędzy ujrzał kobietę klęczącą przed miejscowym znachorem. Błagała o pomoc dla dziecka – zapłakana, zrozpaczona, bez jednego gelta przy duszy. Głos jej drżał, a słowa odbijały się od obojętnej twarzy medyka, który tylko pokręcił głową i odszedł, bez patrzenia za siebie.
Serce Landcrafta zabiło boleśnie.
Gdy tylko uzdrawiacz zniknął z pola widzenia, Aidan podszedł do śmiertelniczki i bez słowa położył dłoń na jej wychudzonym ramieniu.
Wzdrygnęła się przestraszona i uniosła wzrok. Najpierw napotkała karmelowe oczy, potem zatrzymała spojrzenie na białych skrzydłach przylegających ciasno do pleców mężczyzny.
– Nie skrzywdzę cię – powiedział cicho, zabierając rękę. – Jeśli pozwolisz… pomogę.
Drake zawsze ostrzegał przyjaciela przed zapuszczaniem się na południe Nestu1. Twierdził, że prędzej czy później spotka go tam coś złego. Istoty takie jak Aidan nie były tu mile widziane.
Południowy Sektor różnił się od Północnego nie tylko wyglądem. Tutejsi mieszkańcy nie ukrywali pogardy wobec skrzydlatych. Nazywali ich aniołami. Landcraft podejrzewał, że to przez skrzydła, które w oczach śmiertelników symbolizowały władzę, wyższość i okrucieństwo.
Ciekawe, co by zrobili, gdyby odkryli, że ci, których tak nienawidzą, również byli kiedyś ludźmi, a skrzydła nie stanowiły oznaki boskości, lecz skutek uboczny przemiany bazującej na magii krwi.
– Anioł… – wykrztusiła kobieta, po czym skłoniła nisko głowę. – Wybacz, panie.
Nienawidził tego, w co przekształcono jego rasę. Tego, co ta uczyniła z ludzi.
Skrzydlaci uważali się za lepszych. Gardzili śmiertelnikami, wyszydzali ich słabości, deptali godność. A dla kaprysu – odbierali życie.
– Nie rób tego. – Przyklęknął i pomógł kobiecie wstać. – Nie jestem niczyim panem. Pomogę twojej córce – oświadczył i uniósł delikatnie brodę śmiertelniczki, by spojrzała mu w oczy. – Czekaj tu na mnie jutro po rozpoczęciu igrzysk. Przyniosę coś, co podziała.
Uśmiechnął się subtelnie na jej reakcję. Potem rozłożył skrzydła i wzleciał ku niebu, zostawiając za sobą powiew ulotnej nadziei.
Westchnął, skupiając myśli na obecnej chwili. Wrota areny zdążyły się otworzyć – co oznaczało rozpoczęcie igrzysk. Matka, której dzień wcześniej złożył obietnicę, zapewne już na niego czekała.
Spojrzał na szklaną fiolkę w dłoni. We wnętrzu połyskiwał sok z owoców lísmaaru – kilka kropli tej substancji wystarczało, by pokonać nawet najbardziej wyniszczającą chorobę.
Rozpostarł skrzydła i poleciał ku południowej części Gniazda.
W środku nocy uliczki były oświetlone pochodniami, ale główne źródło światła stanowił olbrzymi księżyc w pełni. Bezchmurne, zasypane gwiazdami niebo koiło myśli. Przez moment serce Landcrafta zaznało spokoju. Spośród wszystkiego, co znał, tylko firmament pozostawał niezmienny.
Popatrzył w dół i po chwili dostrzegł znajomą sylwetkę. Kobieta rozglądała się nerwowo dokoła. Ramiona skrzyżowała ciasno na piersiach, w ochronie przed nocnym chłodem. Wiatr plątał z czułością miedziane kręcone włosy.
Aidan zniżył lot i bezszelestnie wylądował tuż obok śmiertelniczki. Jednak na widok jej miny pobladł.
Strzała świsnęła w powietrzu i przeszyła jego bok. Ból rozlał się po wnętrzu niczym płynny ogień.
Zanim zdążył zareagować, kilku mężczyzn wyskoczyło z mroku. Zarzucili na ofiarę ciężką, utkaną ze stalowych pierścieni sieć.
Szarpnęło nim w dół. Skrzydła uderzyły o bruk. Napastnicy podchodzili ostrożnie, jakby sprawdzali, czy to stworzenie naprawdę da się pokonać.
Landcraft próbował wstać, ale coś było nie tak. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Palce sztywniały. Uczucie senności zaczęło się rozprzestrzeniać od rany.
Zrozumiał, że grot został nasączony trucizną, która już krążyła w żyłach, odcinając wolę od ciała.
– Dlaczego? – wykrztusił, gdy pochwycił wzrok kobiety, która go wydała. Cienkie strużki łez spłynęły po jego policzkach. – Przecież chciałem ci pomóc.
– Za twoje pióra wykupię miejsce w Północnym Sektorze – zdradziła bez skrupułów. – Będzie mnie stać na lekarstwa, pożywienie, odzież i wiele innych rzeczy.
– Czyli to była tylko gra…
– Obserwujemy cię od dawna – potwierdziła.
Uniosła podbródek. Jej spojrzenie było zimne, pozbawione żalu. Nie zostało nic z matki jeszcze wczoraj błagającej o pomoc. Stała przed nim wyrachowana hiena w ludzkiej skórze.
Włócznia przeszyła skrzydlatego bez ostrzeżenia. Syknął przez zaciśnięte zęby, lecz nie zdołał się poruszyć. Leżał jak bezbronne zwierzę.
– Trucizna już działa. Możecie zdjąć z niego sieć – rzucił chrapliwie łysy mężczyzna. – Rozłóżcie skrzydła. Mięśnie już mu odcięło. Nie ma siły się bronić.
Dwóch osiłków podbiegło do Aidana. Chwycili jego skrzydła – każdy po jednym – i rozciągnęli je brutalnie.
Ciało nie reagowało. Landcraft nie był już w stanie choćby drgnąć.
– A teraz, chłopcy – zaczął z drapieżnym uśmiechem przywódca, podając maczetę jednemu z towarzyszy – będziecie musieli się trochę napracować.
– Proszę, nie… – wyskamlał anioł, czując wzbierające mdłości.
Spojrzał błagalnie na kobietę i tym razem dojrzał iskrę skruchy w jej oczach. Czyżby żałowała decyzji?
– Myślałam, że najpierw go zabijecie – powiedziała zdezorientowana, po czym dodała ciszej, zerkając niepewnie w stronę Aidana. – Zamierzacie odrąbać mu skrzydła żywcem?
Łysy mężczyzna prychnął pogardliwie i splunął na ziemię.
– Masz z tym problem? Droga wolna. Ale nie licz, że zobaczysz choćby jednego gelta. Nie płacę tchórzom.
Kobieta drgnęła, jednak szybko opanowała emocje.
– Nigdzie się nie wybieram – rzuciła chłodno. – Róbcie z nim, co chcecie.
Aidan stracił resztki nadziei. Może gdyby Drake nie opuścił dziś Nestu, istniałaby jeszcze szansa.
Od kiedy skosztował jego krwi, łączyło ich coś więcej niż przyjaźń – empatyczna nić zdolna przenosić ból, strach i zagrożenie.
Gdyby Drake był bliżej, ruszyłby Landcraftowi z pomocą. Większy dystans potrafił osłabić więź do granic wyczuwalności.
– Pamiętajcie, by wpierw wybić je z barków. Wtedy pójdzie szybciej – warknął przywódca. – No ruszać się, barany! Do roboty!
Mężczyzna trzymający prawe skrzydło popatrzył porozumiewawczo na resztę. Dwóch zbirów natychmiast do niego dołączyło. Złapali kończynę wysoko, tuż przy stawie, i zaczęli ją wykręcać. Mięśnie Aidana napięły się do granic wytrzymałości.
Nie zdołał powstrzymać krzyku. Wrzasnął, gdy ból rozdarł go od środka.
– Mocniej! – wrzasnął jeden z oprawców.
W następnej chwili rozległ się głuchy trzask. Główna kość skrzydła wyskoczyła.
Aidana zalała fala gorąca, która zaraz potem przeszła w lodowaty dreszcz. Żołądek podszedł mu do gardła. Świat wokół zawirował.
Desperacko błagał w myślach, by stracić przytomność. By uciec. Choć na chwilę.
– Wy trzymajcie, ja będę ciął! – zawołał zbir.
Powieki anioła opadły. Ciało zadrżało raz jeszcze – w ostatnim, niemym sprzeciwie wobec tego, co miało nadejść.
Potem zapadła cisza.
Niepokojąca. Rozciągnięta niczym pajęczyna między śmiercią a świadomością.
I nagle trzask.
Coś pękło nie tylko fizycznie, lecz także głęboko w nim samym.
Przyszedł ból.
Wdzierający się falami, zalewający wszystko, co jeszcze żyło.
Maczeta opadała raz po raz. Przecinała mięśnie bez litości.
Każde uderzenie odcinało skrzydło wraz z częścią Aidana – wspomnienie lotu, wolności, istnienia.
Moon wciąż nie zmrużyła oka. Leżała w ciemności, nasłuchując dźwięków z zewnątrz. Sama myśl, że aniołowie i wampiry krążyli gdzieś niedaleko, sprawiała, że po plecach przebiegały dreszcze.
Tristan nauczył siostrę unikać tych istot. Ale wiedza nie zawsze szła w parze ze szczęściem.
Raz zupełnie przypadkiem otarła się o ramię jednego z nich.
Zamarła. Wstrzymała oddech i czekała jak zwierzyna, która wie, że została zauważona.
A jednak… nic się nie stało. Anioł nie zwrócił na dziewczynę najmniejszej uwagi.
Czasami zachodziła w głowę, dlaczego bogowie skazali ludzkość na taki los. Pomijając fakt, że prawdopodobnie nie istnieli, ale musieli przecież mieć jakiś powód. Nie potrafiła uwierzyć, że chodziło wyłącznie o władzę. To byłoby zbyt proste.
Niemal cała ludzkość została unicestwiona w wyniku Wielkiej Wojny. Ci, którym udało się przetrwać, żyli w Gnieździe.
Bogowie pojawili się na Alaris przed tysiącami lat i przywłaszczyli sobie wszystko, czego zapragnęli.
Tak przynajmniej głosiły legendy.
Zabrali nadzieję. W zamian zostawili strach.
Po osadzie krążyły szeptane opowieści. Mówiono, że władali potężną magią – leczyli dłońmi, następnie wchodzili do ludzkich umysłów i zostawiali w nich wieczne rany.
Byli koszmarami niekończącymi się po przebudzeniu. Mieszali myśli, pętali wolę.
Piękno stanowiące śmiercionośny wabik. Turkusowe oczy, czystsze niż tafla jeziora. Krew z płynnego złota.
Bogowie to zło i nie warto sądzić inaczej. Gdyby Tristan wiedział, nad czym siostra duma, wyśmiałby ją bez litości. Dla niego świat był prosty. Czarno-biały. Bogowie, aniołowie, wampiry – wszystko, co nie należało do ludzi, zasługiwało na śmierć. Bez wyjątków.
– Nie! – dobiegł ją męski głos przepełniony bólem.
Moon wyrwała się z głębokiego snu. Serce jej zamarło, a oddech utknął w gardle.
Krzyki były zbyt realne i bliskie, by brać je za omamy.
Dziewczyna instynktownie ruszyła w stronę wyjścia. Wsunęła buty na stopy, a na ramiona narzuciła pelerynę. Zanim złapała za klamkę, zawahała się, bo przypomniała sobie słowa Tristana: „nie wychodź dzisiaj w nocy”.
Przełknęła ślinę i cofnęła rękę, ale kolejny wrzask przeszył ciemność tak gwałtownie, że wyrwał ją z niepewności. Otworzyła drzwi i wybiegła na zewnątrz.
Nie musiała długo szukać źródła hałasu. To, co ujrzała, zmroziło jej krew w żyłach. Stanęła jak wryta i na moment zapomniała o oddychaniu.
Zaledwie kilka metrów dalej na kamiennej nawierzchni leżał zakrwawiony mężczyzna. Wokół niego krążyła grupa ludzi o spojrzeniach pozbawionych litości.
Jeden z nich dzierżył maczetę, wciąż lśniącą od świeżej krwi. Trzech kolejnych odkładało na bruk wielkie skrzydło. Czwarty ze stoickim spokojem obserwował wszystko z boku.
Moon w przerażeniu cofnęła się o krok, jednak sumienie nie pozwoliło jej zawrócić.
– Co wy robicie? – wydusiła. – Zabijecie go! – krzyknęła, zaciskając pięści tak mocno, że aż zbielały jej knykcie.
Czuła, że ciało odmawia posłuszeństwa, jakby nogi wrosły w ziemię.
Wszystkie spojrzenia skierowały się ku niej. Półprzytomny mężczyzna mozolnie podniósł głowę.
– Ucie… uciekaj – wyszeptał z trudem, a potem opadł twarzą na bruk.
– Posłuchałbym na twoim miejscu – rzucił jeden ze zbirów trzymający drugie skrzydło i posłał Moon krzywy uśmiech. – Chyba że masz ochotę się zabawić.
Dziewczyna rozejrzała się gorączkowo, ale wokół panowała martwa cisza. Ulice świeciły pustkami. Większość mieszkańców wyruszyła na igrzyska, by sycić oczy widokiem krwi. Nie było nikogo, kto mógłby pomóc.
Skierowała wzrok ku oświetlonej arenie pełnej hałasu i śmierci.
Tristan wróci dopiero nad ranem. Ta świadomość niemal odebrała jej dech.
– Zostawcie go! – krzyknęła, choć po policzkach popłynęły łzy bezradności.
Nim zdążyła powiedzieć coś jeszcze, silne ramiona chwyciły Moon w talii i rzuciły ją na ziemię, tuż obok skrzydlatego.
Upadła ciężko bokiem na twardy bruk. Z gardła wyrwał jej się stłumiony jęk. Potem przyszedł paraliżujący strach.
– Skoro tak ci zależy na tej żałosnej kreaturze… może do niej dołączysz? – zakpił przywódca bandy. – Patrz uważnie, kruszynko! To anioł! Nie zasługuje na nic więcej! – warknął i kopnął leżącego mężczyznę.
– Kylian! – rozległ się kobiecy głos.
Moon dopiero teraz dostrzegła rudowłosą, która wychynęła z cienia.
– To jeszcze dziecko – powiedziała, wskazując na dziewczynkę. – Nie wie, co robi. Wypuśćcie ją i dokończcie to, co zaczęliście, zanim ktoś nas zobaczy.
Twarz herszta wykrzywiła się wściekłością.
– Już raz ci coś powiedziałem, Gwen – burknął, przeszywając ją morderczym spojrzeniem. – Chcesz złoto, to trzymaj mordę na kłódkę!
Rudowłosa zacisnęła usta, jej broda nerwowo zadrżała. Nie protestowała dłużej, tylko posłusznie się oddaliła.
– Na czym stanęliśmy? – rzucił łysy, podchodząc powoli do spanikowanej Moon.
Dziewczynka doczołgała się do anioła. Ubranie nasiąkało posoką. Miała ją na dłoniach, we włosach, na twarzy. Pachniała śmiercią.
– Ona… nie ma z tym nic wspólnego – wychrypiał skatowany anioł. – Pozwól jej odejść… proszę. – Ledwo wciągał powietrze, co rusz krztusił się własną krwią. – Błagam… – W jego głosie nie pozostało nic z dawnych sił. Tylko rozpacz wyzuta z dumy.
Przywódca wybuchnął śmiechem.
– Anioł, który błaga – prychnął. – Patrzcie, ludzie! Cuda się jednak zdarzają! – Wyszczerzył żółte zęby, a potem znów kopnął rannego w bok. – Upierdolcie mu drugie skrzydło. – Uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony surową, martwą maską. – A z małą zróbcie, co chcecie.
Większość rasy ludzkiej była dla Drake’a śmierdzącą zarazą. Książę Initium najchętniej unicestwiłby jej przedstawicieli do cna.
Nie szanowali nawet samych siebie.
Gdyby rzucić worek wypchany złotem na środek Nestu, zlecieliby się niczym szarańcza i zagryźli nawzajem, byle tylko zdobyć nagrodę. Za odpowiednią cenę zabiliby braci. Dla władzy poderżnęliby dziecku gardło.
Ludzie.
Szlam cywilizacji, który stracił nie tylko pozycję, lecz także honor.
Teraz stanowili pożywienie.
Byli towarem. Mięsem. Narzędziem.
Leciał, omiatając wzrokiem ciemniejący horyzont, w tym sztuczną rzekę otaczającą Nest. W otchłani jej wód żyły osobliwe istoty: krwiożercze humanoidy zwane tarkenami.
Inicjanin poszybował dalej w stronę gęsto zarośniętego lasu na południu. Poranny patrol doniósł, że kilka veldraków zdołało się przedrzeć przez bór.
Drake wątpił, że zdołałyby przepłynąć rzekę i dotrzeć do Nestu. Tarkeny pożarłyby je żywcem, nie zostawiając nawet kości. Co prawda skalani posiadali skrzydła – skutek uboczny działania magii krwi – ale nie potrafili latać. Byli bezmyślnymi drapieżnikami kierującymi się pierwotnym instynktem. Gdyby dotarły do osady, zburzyłyby cały łańcuch pokarmowy. Ludzie poszliby na pierwszy ogień, prędzej czy później wszyscy zostaliby wybici albo zamienieni. Co za tym szło, wampirom odebrano by pożywienie. Bez krwi anielscy słudzy przeobraziliby się w bestie. Dotąd trzymano veldraki pod kontrolą, ale jeśli ich liczba radykalnie by wzrosła, roznieśliby zarazę i thayelim również by wyginęli.
Książę zawisł w powietrzu nad połyskującą taflą, trzepocząc czarno-złotymi skrzydłami. Wyostrzonym wzrokiem bez trudu wyłapał ruch w zaroślach. Dwa veldraki wyłoniły się z kniei. Masywne stwory o nietoperzych pyskach obracały łby to w jedną, to w drugą stronę, badając teren. Podeszły ostrożnie do wody, ale nie odważyły się jej tknąć.
Delikatny podmuch wiatru musnął twarz Inicjanina. Srebrzyste kosmyki opadły na jego czoło, przysłaniając na moment turkusowe oczy.
Napiął mięśnie. Pióra skrzydeł się wydłużyły i zaostrzyły jak klingi.
W dłoniach mężczyzny połyskiwały karambity – zakrzywione noże z otworem na palec wskazujący. Niepozorne, jednak śmiertelnie skuteczne.
Nie mógł pozwolić, by skalani zbliżyli się do osady. Ich miejsce było w lesie – tam, gdzie mrok pożerał wszystko niezdolne stawić mu czoła. Jeśli choć jedna z tych istot przekroczyłaby rzekę, sprowadziłaby zgubę na mieszkańców Nestu. Dlatego Drake musiał zamknąć im drogę, zanim los postanowi się wymknąć spod kontroli.
Odetchnął głęboko, a potem zapikował z nieba niczym jastrząb. Wylądował na niczego niespodziewającej się maszkarze. Objął szeroką, umięśnioną szyję i gwałtownie rozsunął uzbrojone ręce na boki, by poderżnąć stworowi gardło. Krew trysnęła z otwartej arterii, a zraniony veldrak padł na ziemię.
Dwa kolejne ruszyły na Drake’a, lecz ten wykonał obrót wraz z rozłożeniem skrzydeł. Ostre lotki rozcięły brzuch jednego ze skalanych i uwolniły wnętrzności. Drugi zdążył odskoczyć, ale ponowne machnięcie piórami przypieczętowało także jego los.
Z gęstego lasu wyłoniły się kolejne monstra świdrujące księcia czerwonymi ślepiami. Z pysków kapała im gęsta ślina, gdy warczały gniewnie. Zaatakowały nagle, otwierając uzbrojone w kły szczęki i wyciągając szpony.
Inicjanin ścisnął mocniej rękojeści karambitów i ruszył na przeciwników. Tuż na skraju ich cienia wzbił się lekko w powietrze, by chwilę potem wylądować za plecami stworów. Skrzydła zawirowały. Czarno-złote ostrza niosły śmierć. Zakrzywione noże dopełniły egzekucji.
Ciepła posoka spływała po ciemnym pancerzu Drake’a – warstwowej zbroi z czarnej skóry i wtopionych w nią stalowych paneli.
Zapanowała cisza. Tylko wiatr poruszał leniwie koronami drzew, jakby świat zawisł na moment w bezruchu. Do nozdrzy Inicjanina dotarł metaliczny zapach.
Książę przymknął powieki i odetchnął głęboko. Przez tysiące lat egzystencji emocje wypaliły się w nim niczym ogień. Przestał czuć głód… pragnienie. Nawet gniew wydawał się zaledwie echem czegoś dawno utraconego.
Została pustka. I chłód, którego nie rozgrzewała już żadna krew.
Walczył dla ulgi i z obowiązku. Dla rozładowania ciężaru wieczności. Nierzadko także dla nadziei, że znajdzie coś, co wyrwie go z tego odrętwienia.
Nagle zakłuło go w piersi.
Otworzył oczy. Oddech przyspieszył, szczęki zacisnęły się instynktownie.
Bez chwili wahania wzleciał w niebo, zostawiając za sobą truchła veldraków.
Musiał się rozpędzić w locie, by użyć vortu. Gdy przeciął powietrze z dostateczną siłą, wyczuł znajome zawirowanie. W następnej chwili przestrzeń wokół zadrżała, a świat się rozdarł.
Zniknął.
I pojawił się gdzie indziej – szybciej, niż powinien mieć prawo.
Nie wybaczyłby sobie, gdyby Aidana spotkała śmierć. Tyle razy go ostrzegał. Tyle razy próbował wybić mu z głowy te bezsensowne idee, ten chorobliwy humanizm. Nie rozumiał, skąd ta potrzeba. Po tak wielu zdradach, kłamstwach i próbach mordu jego przyjaciel wciąż wierzył, że warto krwawić dla ludzkości.
Ratował ich. Leczył. Chronił.
A przecież wiedział, że jeśli tylko się odwróci, wbiją mu nóż w plecy.
Ludzie nie byli wdzięczni, lecz egocentrycznie głodni, zachłanni i zdesperowani.
Moon, choć zdawała sobie sprawę, że i tak nikt jej nie wysłucha, modliła się w duchu. Nie do bogów – ci od dawna milczeli.
Błagała o pomoc. O wsparcie kogoś, kto miałby odwagę stanąć przeciwko temu piekłu.
Gdy leżała na ziemi, ze strachem ściskającym gardło, skierowała wzrok ku aniołowi.
Nie rozumiała, jakim cudem jeszcze żył. Oddychał, choć z jego pleców wystawały krwawe kikuty, skóra była sina i oblepiona kurzem.
W spojrzeniu skrzydlatego dostrzegła przerażenie. Zbyt ludzkie, by mógł być jednym z bezlitosnych aniołów.
Usta mężczyzny poruszały się bezgłośnie, formowały się w jedno słowo: „przepraszam”.
Ale to nie on powinien przepraszać. Nie on szarpał jej ciało. Nie on próbował wyrwać z niej resztkę niewinności.
Skupiła wzrok na oczach anioła, jakby mogły Moon ochronić przed tym, co właśnie się działo.
Chciała zniknąć. Uciec w bezpieczny cień. Jednak rzeczywistość nie pozwalała na żaden ruch.
Ktoś przytrzymał nogi dziewczynki, przydusił ją ciężarem własnego ciała. Drugi unieruchomił nadgarstki, wbił palce tak mocno, że niemal przestała je czuć.
Trzeci szarpnął gwałtownie za materiał spodni, wściekły, że jeszcze nie leży naga i złamana.
Chłód dotknął skóry Moon, gdy tkanina opadła i odsłoniła uda. Przerażenie eksplodowało w klatce piersiowej.
Ale nie krzyczała.
Widziała w oczach anioła coś, co trzymało ją przy resztkach świadomości.
Iskrę nadziei.
I przez ułamek chwili, przez ten jeden błysk uwierzyła, że jeszcze nie wszystko stracone.
Przywódca bandy stał w bezruchu, obserwując swoich ludzi z obojętnością pozbawioną choćby śladu człowieczeństwa. Wyryte na twarzach symbole odwróconych krzyży zdradzały przynależność do gangu Krwiożerców.
Kobieta gdzieś zniknęła.
Szorstkie palce dotknęły skóry dziewczynki. Zsunęły bieliznę aż do kolan.
Zamarła. Krew w żyłach zastygła, ciało zdrętwiało. Pozostała skorupa. Drewniana lalka pozbawiona woli i głosu.
Śmierć nie niosła już strachu, lecz ciszę, której Moon tak desperacko potrzebowała. Wybawienie. Jedyne, na jakie mogła jeszcze liczyć.
Pragnęła umrzeć, bo w świecie, gdzie ludzie stali się gorsi niż potwory, śmierć oznaczała łaskę.
Nagle Moon poczuła silny podmuch. Wypełnił jej płuca pyłem, zmuszając do zakasłania. Coś ciężkiego opadło na ziemię, przyciągając uwagę mężczyzn.
– Elario – wyszeptał anioł, uśmiechając się z trudem.
Oprawcy, którzy unieruchamiali Moon, w pierwszym odruchu zamarli, następnie zeszli z ofiary, jakby niewidzialna siła kazała im przerwać.
Dziewczynka drżącymi dłońmi podciągnęła spodnie, po czym przyczołgała się do anioła. Nie umiała odpowiedzieć, czemu to robi. Powinna stąd uciec i nie oglądać się za siebie.
Ranny oparł ciężar ciała na łokciach i wstał mozolnie. Wyglądał jak cień dawnej potęgi. Sięgnął do kieszeni, skąd wyciągnął małą szklaną fiolkę, a potem spojrzał Moon prosto w oczy i wręczył jej buteleczkę.
– W tamtym domu – wystękał, skinąwszy ręką w kierunku jednej z chat – mieszka chore dziecko. To mu pomoże.
Moon nie wierzyła własnym uszom. Po wszystkim, co go spotkało, ten anioł chciał pomóc człowiekowi? A może…
– To nie jest trucizna – wymamrotał, jakby właśnie odczytał jej myśli.
Otworzył fiolkę i przystawił ją do spierzchniętych warg. Wziął maleńki łyk, po czym ponownie wręczył dziewczynie, a ona tym razem schowała naczyńko do wewnętrznej kieszeni peleryny.
– Twoje skrzydła…
Jej wypowiedź przerwał wrzask. Moon odwróciła się od anioła w poszukiwaniu źródła hałasu. Banda rzezimieszków najwyraźniej została od nich odciągnięta.
– Nie obawiaj się – wyszeptał anioł, gdy opadł ponownie na ziemię. – Dzisiaj jesteś już bezpieczna. – Zamknął oczy i odetchnął z ulgą.
Dziewczyna wstała ostrożnie. Wolnym krokiem poszła w stronę, skąd dobiegały krzyki. Zbliżyła się do ściany swojego domu, następnie zaczęła sunąć bezszelestnie wzdłuż muru.
Kiedy dostrzegła potężne czarne skrzydła o piórach mieniących się złotem, oniemiała. Było w nich coś niepokojącego. Intuicja podpowiadała, że nie ma do czynienia ze zwyczajnym aniołem.
Jej wybawca stał odwrócony plecami, skrywał twarz w cieniu kaptura. Nakrycie głowy stanowiło część długiego, lekkiego płaszcza falującego cicho na wietrze. Zdawał się nierealną istotą, której sama obecność zaginała powietrze wokół.
– Nie zasługujecie nawet na to, bym poderżnął wam gardła – oznajmił cicho, a jego lekko zachrypnięty głos o niepokojącej melodyjności niósł się nieubłaganie.
Moon nie mogła pohamować ciekawości, więc wyjrzała zza rogu, by dostrzec grupę oprawców, którzy wcześniej torturowali anioła.
To, co zobaczyła, wprawiło ją w osłupienie.
Mężczyźni wyciągnęli noże i skoczyli na siebie jak opętani.
Zarzynali się nawzajem w dzikiej furii, jakby nie pamiętali, że jeszcze przed chwilą stali ramię w ramię. Przywódca bandy złapał jednego z kompanów za fraki i z impetem zaczął tłuc jego głową o ścianę chaty. Uderzał raz za razem, aż czaszka tamtego pękła z chrzęstem, a kawałki mózgu zmieszane z krwią oblepiły mur.
Padali jeden po drugim, dławieni własnym oddechem i agonią. Śmierć zbierała żniwo bez wysiłku.
Zakapturzony mężczyzna splunął z pogardą w ich kierunku i odwrócił się raptownie.
Nie spojrzał na Moon. Nie zwolnił nawet kroku. Pobiegł w stronę anioła pozbawionego skrzydeł.
Padł na kolana. Zdjął jedną rękawiczkę i przyłożył przegub do ust, aby wbić zęby w skórę.
Wypłynęła krew, w której połyskiwały świetliste opiłki, jakby ktoś zmieszał ją z drobinkami złota.
Objął przyjaciela i podniósł go ostrożnie, by jego wargi zetknęły się z pulsującą raną.
– Dlaczego nigdy mnie nie słuchasz, uparty głupcze? – syknął pełen gniewu i bólu.
Anioł zaczął pić, jak gdyby jego ciało instynktownie rozpoznawało moc zawartą w karminowej posoce. Rany na plecach niemal natychmiast zaczęły się zasklepiać.
Moon nigdy nie słyszała, by krew tych istot mogła leczyć. Gdyby ta wiedza trafiła w niepowołane ręce, martwi teraz łupieżcy z pewnością nie poprzestaliby na odrąbaniu skrzydeł. Znaleźliby sposób, aby wytoczyć z ofiary całą płynną esencję życiową. Do ostatniej kropli.
Wzrok poszkodowanego samowolnie powędrował w stronę skrzydeł, jeszcze niedawno stanowiących jego część. Strużka łez spłynęła mu po policzku, a twarz wykrzywiły grymas bólu i tęsknota.
Zamaskowany przybysz zauważył tę reakcję. Po odjęciu skaleczonej dłoni od ust towarzysza, strzepnął resztkę krwi w kierunku odciętych skrzydeł. Posoka opadła na białe pióra i momentalnie jakby je pożarła.
– Nie musiałeś – wystękał ranny, choć wyraźnie odzyskiwał siły.
– Nie pozwolę, by trafiły w niepowołane ręce. Nie zabierzemy ich także ze sobą. Przy patrzeniu na nie, bolałoby jeszcze mocniej…
– Moje skrzydła nie mają znaczenia. Kiedyś żyłem bez nich i też dawałem radę… – oznajmił anioł.
– Ty! – warknął nagle zakapturzony skrzydlaty, gdy kątem oka dostrzegł patrzącą na nich Moon.
Momentalnie znalazł się tuż przed nią i przyłożył nóż do jej gardła. Nos i usta skrywała materiałowa maska. Jedyne, co mogła zobaczyć, to niezwykłe turkusowe oczy. W ich głębi tańczyły złote drobiny – takie same jak te, które chwilę wcześniej połyskiwały we krwi. Lśniły niczym odłamki światła w lodowym oceanie.
Dziewczyna ani drgnęła.
– Nie! – zawołał anioł. – Ona do nich nie należy. Próbowała mi pomóc.
Zakapturzony wojownik zamarł w pół ruchu, a po chwili powoli opuścił ostrze.
Moon usłyszała ciche kroki. Wiedziała, że ten z odciętymi skrzydłami właśnie do nich podchodzi.
Była zdumiona, że podana mu krew w tak krótkim czasie postawiła go na nogi. Nigdy przedtem nie spotkała się z podobnym uzdrowieniem. Słyszała o magicznych roślinach, ale nawet one nie leczyły błyskawicznie tak rozległych i poważnych obrażeń.
– Dlaczego? – Czarnoskrzydły zwrócił się tym razem do Moon.
– Dlaczego co? – spytała ledwie szeptem, drżącym jak źdźbło na wietrze.
– Dlaczego próbowałaś im przeszkodzić i pomóc Aidanowi? To anioł.
Zamilkła na moment. Spoglądający na nią zamaskowany mężczyzna wyglądał dziwnie znajomo. Nagle odniosła wrażenie, że wcale nie czuje strachu, a słowa same ułożyły się na języku:
– Ponieważ wierzę, że nie wszyscy aniołowie są źli… Tak jak nie wszyscy ludzie są dobrzy.
Wojownik w masce zamrugał powoli, bo chyba nie dowierzał własnym uszom. Zrobił krok w tył, by utworzyć między nimi dystans, a potem rozłożył skrzydła z cichym szelestem.
Były tak potężne, że przez krótką chwilę niemal zasłoniły niebo. Każde pióro połyskiwało niczym obsydian zanurzony w płynnym złocie.
Majestatyczna część istoty, której nie powinno się oglądać z bliska ani tym bardziej dotykać. Biło od nich coś boskiego… a także przerażająco nieuchwytnego.
Nieznajomy sięgnął po jedną z lotek i wyrwał ją bez wahania. Chwycił Moon za nadgarstek, podciągnął rękaw jej peleryny i przyłożył pióro do wewnętrznej strony przedramienia.
– Jeśli będziesz kiedyś potrzebowała pomocy – zaczął, a pióro niespodziewanie zamieniło się w tatuaż zdobiący śniadą skórę. – Zawołaj mnie, choćby w myślach – oznajmił, a czarne linie przybrały złotą barwę, po czym całkowicie znikły.
Moon przełknęła głośno ślinę. Coś w nieznajomym sprawiło, że zapragnęła za nim pójść. Nieważne dokąd. To uczucie było kuriozalne, lecz nie potrafiła mu się oprzeć.
– Nie wiem, kim jesteś. Nie znam nawet twojego imienia – pisnęła, wpatrzona w jego intensywnie turkusowe tęczówki.
Kącik ust mężczyzny uniósł się nieznacznie.
– Drake – odpowiedział.
1 Nest – Gniazdo w języku alaryjskim.
