Red Obsession - Katarzyna Wycisk - ebook
NOWOŚĆ

Red Obsession ebook

Wycisk Katarzyna

5,0

61 osób interesuje się tą książką

Opis

Red Obsession – Katarzyna Wycisk
Przysięgi składa się krwią. Miłość je łamie.

Red Obsession to finałowy tom dylogii Diabły Stambułu i jednocześnie emocjonalny rollercoaster, który pochłonie Cię do reszty. Granice zostały dawno przekroczone, a obsesja zastąpiła miłość. Każda decyzja ma swoją cenę, pytanie ile jesteś w stanie znieść, nim pogrążysz się w mroku?

Stambuł tonie we krwi, kłamstwach, które powoli wychodzą na jaw. Tu nie ma bohaterów. Są tylko wybory i ich konsekwencje.

 

OPIS

Najmroczniejsze historie rodzą się tam, gdzie pragnienie splata się z lękiem przed utratą

 

Może nie trzeba umierać, by zaznać potępienia? Może piekło to nie miejsce, lecz stan – coś, co nosimy w sobie?

 

Po tym, jak Hasan Şahin przyłapuje Aylin na kłamstwie, jej dalsza relacja z Eliasem wydaje się niemożliwa. Kobieta zostaje zamknięta w rodzinnej rezydencji, gdzie jest pilnowana i kontrolowana bardziej niż kiedykolwiek.

Elias nie zamierza się jednak poddać.

Aby odzyskać ukochaną, byłby w stanie przelać krew i złamać każde prawo.

Do tureckiego półświatka niespodziewanie wkracza nowy gracz: tajna organizacja z Berlina. Od tego momentu wszystko się komplikuje. Zdrada idzie ramię w ramię z manipulacją, a sekrety przeszłości zaczynają wychodzić na światło dzienne.

W świecie, w którym cierpienie pisze własne zasady, Aylin i Elias muszą zdecydować, czy ich miłość ma jeszcze szansę przetrwać…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 404

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
oliwczak

Nie oderwiesz się od lektury

Myślicie, że już znacie Eliasa? Nic bardziej mylnego, to właśnie w tym tomie pokaże wam swoje najprawdziwsze oblicze. To nie jest łatwa historia o miłości.
00



Diabły Stambułu #2

Red Obsession

Katarzyna Wycisk

Prolog

Piekło jest puste, a wszystkie diabły są tu.

– William Szekspir, Burza

Noc była duszna. Powietrze zlewało się z mrokiem, oblepiało skórę warstwą niewidzialnego brudu. Dalia czuła serce walące w piersi, ale nie zwalniała. Każde uderzenie przypominało, że jest żywa. Że ­jeszcze ma szansę.

Zaledwie ośmioletni Elias spał na tylnym siedzeniu owinięty w cienki koc. Oddychał spokojnie, sen odgrodził go od rozgrywającego się wokół koszmaru.

Dalia spojrzała w lusterko wsteczne na chłopca i wtedy coś ścisnęło ją za gardło. Gdyby tylko mogła cofnąć czas i nigdy nie wejść do świata, który teraz próbowała za sobą zostawić.

Wiedziała, że to nie będzie proste. Red Jackals byli plagą – przekleństwem rozlewającym się wszędzie tam, gdzie postawili stopę. Ludger nie wybaczał. Nie zapominał. Wyczuwał zdradę szybciej niż rekin krew.

Chwyciła kierownicę tak mocno, że aż zbielały knykcie. Myśli wirowały w głowie, dzikie, nieskładne, napędzane strachem. Miała plan, fałszywe dokumenty, pozorną przewagę. Ale czy zdoła uciec wystarczająco daleko, zanim on się zorientuje?

Zjechała na boczną drogę, ledwo oświetloną, prowadzącą w stronę opustoszałego motelu na skraju miasta. Tutaj czekała na nich osoba, która mogła otworzyć im drzwi do nowego życia poza zasięgiem Szakali.

Kobieta zgasiła silnik, a potem delikatnie pogłaskała Eliasa po głowie. Chłopiec poruszył się lekko, ale nie obudził. Jasne, prawie białe włosy sterczały we wszystkich kierunkach. Dłonie miał zaciśnięte w piąstki. Spał niespokojnie, jakby instynkt strzegł go przed światem bez litości. Tu przetrwanie zależało od drapieżników, a nie od niewinnych istot.

Cisza wokół była niepokojąca. Zbyt głęboka. Dalia wysiadła ostrożnie, tak aby drzwi samochodu nie trzasnęły. Chłodne powietrze owionęło twarz, ale nie przyniosło ulgi. Napięcie osiadło na barkach niczym kamień. Zrobiła krok, potem drugi. Wzrokiem odnalazła pokój z numerem czternaście.

Nagle coś usłyszała.

Nie żaden konkretny dźwięk, raczej subtelne przemieszczenie ciężaru, niemal nie do wychwycenia. Przeszył ją zimny dreszcz. Instynkt kazał się odwrócić, ale zanim zdążyła wykonać ruch, rozbrzmiał metaliczny klik.

Pistolet. Wycelowany prosto w nią.

Zamarła, oddech ugrzązł w gardle. Jej wzrok przywykł do mroku, więc rozpoznała napastnika. Puls dudnił w skroniach.

– Chyba nie sądziłaś, że to będzie takie łatwe?

Głos był zimny, pozbawiony emocji, niczym ostrze przejeżdżające po skórze, ale niezostawiające śladu. Mężczyzna uśmiechał się kpiąco, przekrzywiając głowę.

Hannes. Członek Red Jackals. Jeden z ludzi Ludgera.

Krew odpłynęła z twarzy kobiety. Wiedzieli. Znaleźli ją. To koniec.

Eli wciąż spał w aucie, nieświadomy zagrożenia zaciskającego się wokół nich jak pętla.

Serce łomotało w piersi Dalii, ale nie mogła sobie pozwolić na strach. Sięgnęła po broń w kaburze, gotowa zrobić wszystko, byle ich stąd wyrwać.

Nie zdążyła.

Strzał ostrzegawczy przeciął powietrze.

Zamarła, chłód lufy wbijał się w świadomość mocniej niż dźwięk wystrzału. Nie miała wyboru. Powoli, z wyraźnym oporem, uniosła dłonie. Gniew i bezsilność zatańczyły w jej spojrzeniu, gdy popatrzyła na uzbrojonego mężczyznę.

Szakal wyszczerzył się krzywo, jak drapieżnik wiedzący, że ofiara nie zdoła uciec. Jego oczy błyszczały w świetle lampy motelowej. Nie było w nich cienia litości. Panika ścisnęła płuca Dalii, ale ta robiła wszystko, by nie okazać strachu ani słabości.

– Wracamy do domu – oznajmił Hannes i podszedł niespiesznie.

Kobieta zacisnęła pięści. Nie miała domu. Tylko klatkę. A w razie sprzeciwu czekała ją śmierć.

– Twój niedoszły pomocnik nie żyje – dodał po chwili Szakal, a na jego twarzy zagościł złowrogi grymas. – Wyśpiewał nam wszystko. Każdy pieprzony szczegół.

Odniosła wrażenie, że ziemia osuwa się spod jej stóp. Nie… To nie mogła być prawda. Mieli uciec i pozostać poza zasięgiem niebezpieczeństwa.

– A ty – mężczyzna postąpił krok bliżej – zostaniesz ukarana. Horst poszedł na układ ze Scorch Syndicate. – Głos oprawcy ociekał kpiną, gdy ten przeciągał słowa, rozkoszując się każdą sylabą. – Będziesz dla nich idealnym prezentem. Choć nie powiem… – Uniósł brew i przesunął wzrokiem po jej sylwetce, jakby oceniał towar na targu. – Trochę już zużytym.

Scorch Syndicate.

Żołądek ścisnął się w bolesnym skurczu.

Wiedziała, o kim mowa.

Nie byli zwykłym gangiem, lecz handlarzami ciał, sprzedawcami złamanych dusz. Prowadzili burdele w miejscach, do których nawet policja bała się zaglądać. Brak reguł i brutalna dominacja podsycająca zwierzęce żądze.

Kobiety, które tam trafiały… nigdy stamtąd nie wychodziły.

Ich klienci to osoby skrajnie zdemoralizowane, pozbawione zahamowań. Agresja stanowiła dla nich część rytuału. Im więcej bólu, tym większa satysfakcja. Im zacieklejszy opór, tym bardziej smakowało zwycięstwo.

Nie zdążyła nawet zrobić kroku, gdy dwóch kolejnych Szakali ­wyszło z cienia. Pochwycili ją za ramiona i szarpnęli. Starała się im wyrwać, ale trzymali zbyt mocno. Zawyła, gdy jeden z nich zacisnął dłoń na jej nadgarstku i wykręcił go do tyłu.

– Nie! – krzyknęła. – Puśćcie mnie!

Nie słuchali. Zaciągnęli ją do czarnej furgonetki stojącej kilka metrów dalej i wrzucili do środka jak worek śmieci. Uderzyła biodrem o metalową podłogę i aż syknęła.

Wtedy dobiegł ją cichy głos syna:

– Mamo?

Serce pękło na pół.

– Nie… Nie!!! – wrzasnęła.

Zerwała się z miejsca, ignorując przeszywający ból. Wysoki i dobrze zbudowany Szakal stanął jej na drodze. Warknęła niczym lwica. Desperacko próbowała go wyminąć, ale jedyne, co wywalczyła, to kopniak w brzuch. Zakrztusiła się powietrzem, świat zawirował. Nie… Nie mogła pozwolić, żeby go zabrali.

– Mamo?

Chłopiec był przerażony. Wołał ją. Jego małe serce biło w panice, a ona… miała związane ręce.

– Eli! – wrzasnęła. – Eli!

Uderzenie przyszło nagle. Pięść trafiła w policzek i posłała głowę w bok. Ból eksplodował pod czaszką, mroczki zatańczyły przed oczami. Usłyszała jeszcze, jak drzwi furgonetki trzaskają, a silnik ryczy w ciemności.

Potem zapadła noc.

Ciemność była jej schronieniem. W niej nie musiała używać świadomości. Jednak myśli nie dawały spokoju. Wdzierały się w tę pustkę, rozszarpując ostatnie strzępy nadziei.

Eli.

Ukochany syn. Mały chłopiec, któremu jeszcze wczoraj czytała książkę, a który później zasypiał przytulony do ramienia matki. Który co rano starannie i z namaszczeniem zaplatał jej warkocz. ­Delikatny. Wrażliwy. Czysty.

Teraz został tam. W rękach diabłów.

Ludger go ukształtuje. Wytnie z niego wszystko, co ludzkie. Rozkruszy czułość i wrażliwość, a potem zastąpi je surowym betonem, by Eli stał się idealnym narzędziem. Maszyną do zabijania. Zasadzi w nim ziarno zła, podleje je przemocą, następnie będzie patrzył, jak rośnie. Dzień po dniu, rok po roku.

Zacznie go łamać. Metodycznie. Niezmiennie.

Aż wreszcie chłopiec przestanie być chłopcem.

Aż w oczach zgaśnie wszystko, co jasne i piękne.

Aż zostanie jednym z nich.

Potworem.

Takim samym, któremu próbowała go wyrwać. Takim samym, przed którym go nie uchroniła.

Zawiodłam cię…

Ciało Dalii przestało reagować, ale dusza wyła. Oddałaby wszystko, by cofnąć czas. Uciec szybciej, nie ufać nikomu. Poświęciłaby własne życie, by choć przez chwilę poczuć, że nie zostawiła syna samego w tym piekle.

Ale on już tam był.

A ona leżała w ciemności, bezsilna, zagubiona, przegrana.

Wiedziała, że kiedy znów otworzy oczy, jej dziecko wciąż będzie w rękach tych, którzy zedrą z niego niewinność, kawałek po kawałku.

I wtedy zniknie Eli.

Zostanie im oddany. Zatracony.

I już nie wróci.

Między snem a jawą wyobraźnia wykreowała obraz jasnowłosego chłopca, by dać Dalii możliwość pożegnania, które w prawdziwym świecie nigdy nie miało nadejść.

– Mamusiu? – wymamrotał sennie i przetarł oczy.

Dalia usiadła na skraju łóżka i czule dotknęła policzka syna.

– Pamiętaj – wyszeptała – że nie jesteś taki jak oni. Niezależnie od tego, co ci powiedzą i co każą robić. Nigdy nie będziesz jednym z nich.

Eli zmarszczył brwi.

– Dlaczego tak mówisz? Co się dzieje?

Nie mogła mu powiedzieć. Ani zostawić go z tym brzemieniem.

Gdy jej zabraknie, ten świat porwie Eliego niczym fale wściekłego morza i zatopi, aż nie zostanie nic.

Ale teraz wciąż był tutaj. Jej mały chłopiec.

Uśmiechnęła się lekko. To nic, że w gardle tkwiła gula wielkości pięści.

Jeszcze przez chwilę mogła udawać, że wszystko będzie dobrze.

– Chcę, żebyś pamiętał – dodała cicho.

Pocałowała go w czoło. Drżał równie mocno co ona.

– Kocham cię.

To były najważniejsze słowa. Ostatnie, jakie mu dała. Ostatnie, których i tak nie usłyszy.

Rozdział 1

Aylin

Całe powietrze uleciało mi z płuc. Serce osunęło się w przepaść, a dłonie zaczęły drżeć. Przez krótką chwilę nie mogłam oddychać.

Nie powinnam być zaskoczona. A jednak byłam.

Szok rozlał się po żyłach jak lodowata woda. W miejsce rozmarzenia weszła czysta, pierwotna panika.

– Baba… – wydusiłam cicho.

Ojciec wstał powoli, z gracją człowieka kontrolującego każdą sekundę. Twarz miał spokojną, niemal obojętną. A to oznaczało tylko jedno.

Był wściekły.

Nie krzyczał, nie robił gwałtownych ruchów. Ale jego postawa promieniowała gniewem. Wiedziałam, że to cisza zwiastująca burzę.

Nerwowo powędrowałam wzrokiem do Ismet, jakby potrafiła mi pomóc, ale ona tylko pokręciła głową. W oczach przyjaciółki widziałam nieme przeprosiny.

To nie jej wina.

Z trudem przełknęłam ślinę, gdy ojciec podszedł bliżej. Krew w żyłach zgęstniała. Nie mogłam wykonać ruchu.

Baba stanął przede mną, a zapach jego perfum – znajomy, duszący, od zawsze kojarzący się z zagrożeniem – osiadł na skórze niczym trucizna. Zapowiedź piekła, które czekało mnie w rezydencji.

Oceniające spojrzenie ojca wystarczyło, bym poczuła się niczym popękana lalka, której los już dawno został przesądzony.

– Sprawiłaś mi wiele problemów, Aylin – oznajmił głosem wypranym z emocji, jakby mówił o zepsutej filiżance, a nie o zdradzie własnej córki. – Byłaś nieposłuszna. Okłamywałaś mnie. Wykorzystałaś moją przychylność w najbardziej podły sposób. I może nawet myślisz, że wyświadczyłaś sobie przysługę. Że nie żałujesz swojego czynu. Ale gdy wreszcie pojmiesz, jak wiele dla ciebie poświęciłem… i nadal poświęcam… wtedy zapragniesz się ukarać mocniej, niż ja to za parę chwil uczynię.

Ojciec nie musiał krzyczeć. W jego oczach błyszczała niewzruszona pewność.

Wiedziałam, że się nie zawaha.

Serce łomotało mi w piersi, każda komórka ciała wrzeszczała, by uciekać lub walczyć, ale to niemożliwe.

– Hasan Bey – powiedziała nagle Ismet. – Aylin nie zrobiła nic złego. Ona tylko…

– Wynoś się. – Ton ojca był ostry, podszyty bezlitosną nutą, której tak bardzo nienawidziłam.

– Proszę, Hasan Bey, pańska córka nie zasłużyła na karę…

– Zamilcz i zostaw nas samych – syknął, nie pozwolił jej skończyć.

Niepewność trwała tylko ułamek sekundy. W końcu objęła się ciasno ramionami i ruszyła w stronę wyjścia. Kiedy mnie mijała, szepnęła ledwo słyszalnie:

– Niczego mu nie zdradziłam.

Chciałam podziękować przyjaciółce, ale ojciec to zauważył.

– Wynocha! – ryknął, a jego głos odbił się echem od ścian.

Ismet podskoczyła i zniknęła za drzwiami.

Baba nie tracił czasu. Nim zdążyłam zareagować, wyrwał mi z rąk torebkę. Rozpiął ją i zaczął przeszukiwać.

– Nie rób tego – pisnęłam, czując smak nadchodzących łez.

Nawet na mnie nie spojrzał, skupiony na przeglądaniu rzeczy.

Z każdym ruchem jego dłoni coś w moim wnętrzu się kruszyło – jakby baba sięgał w sam środek duszy i rozgrzebywał sekrety.

– Proszę, przestań – szepnęłam, choć doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie posłucha.

Kiedy wyłowił telefon od Eliego, świat się zwęził do małego, pulsującego punktu.

Nie myśląc nad tym, co właściwie robię, doskoczyłam do ojca. Z całą desperacją. Nie mógł mi tego zabrać.

Nie miałam z nim jednak szans. Chwycił mnie za ramię i szarpnął. Straciłam równowagę i upadłam na tapczan.

– Siedź! – rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu. – I nie odzywaj się niepytana, zrozumiałaś?

Broda mi drżała, ale powstrzymałam płacz. Nogi zmiękły tak, że jeśli teraz bym wstała, nie dałabym rady zrobić choćby kroku.

Ojciec powiódł po mnie wzrokiem, analizując każdy szczegół, który mógłby go naprowadzić na prawdę.

W końcu spojrzał na trzymane w dłoni urządzenie.

– Skąd masz tę komórkę?

Słowa utknęły mi w gardle, a może po prostu bałam się je wypowiedzieć. Powinnam coś wymyślić, ale w umyśle panował chaos. Gorączkowo szukałam rozwiązania, dobrego kłamstwa, które by łyknął.

– Skąd to masz?! – warknął tak ostro, że aż się wzdrygnęłam.

– Znalazłam – wyjąkałam, co skwitował kpiącym śmiechem.

– Okłam mnie jeszcze raz, a przysięgam, że tego pożałujesz. Skąd wzięłaś ten pierdolony telefon?

Zamilkłam.

Baba pokręcił głową z dezaprobatą, po czym skierował uwagę na komórkę. Sztuczne światło ekranu padło na jego twarz.

– Jeden numer – oznajmił surowo. – Żadnych wiadomości… Skasowałaś je?

Przełknęłam ślinę. Oczywiście, że usuwałam je na bieżąco. Nie byłam aż tak naiwna. Niemniej kontakt został. Całe szczęście cyfry nie zdradzały, kto stoi po drugiej stronie.

– Kim jest ta osoba? – zapytał, ale nie miałam zamiaru odpo­wiadać. – Mężczyzna?

Zamrugałam nerwowo.

– Dotknął cię?

Wbiłam plecy w oparcie kanapy. Chciałam zniknąć. Jednak jeszcze bardziej pragnęłam, by Elias pozostał bezpieczny.

– Kurwiłaś się z nim? – zagrzmiał.

Wstrząsnął mną ten dobór słów. Nigdy dotąd nie mówił do mnie w taki sposób.

– Nie – wychrypiałam.

– Przygotowałem dla ciebie idealne życie, a ty plujesz na moją pomoc! Plujesz na własnego ojca!

– Nie… ja… nie…

– Imię i nazwisko!

Zacisnęłam usta.

– Gadaj! – wrzasnął, a gdy wciąż milczałam, stwierdził: – Może więc sam poszukam odpowiedzi.

Ostentacyjnie wcisnął zieloną słuchawkę i włączył tryb głośnomówiący.

Telefon zaczął łączyć. Każda sekunda wydawała się wiecznością.

Jeden sygnał.

Drugi.

Przez krótką chwilę liczyłam, że Eli nie odbierze.

A potem:

– Aylin?

Serce podeszło mi do gardła.

Oczyma wyobraźni widziałam Eliasa marszczącego brwi i próbującego odczytać moje milczenie.

– Jesteś tam?

Baba nie wypowiedział ani słowa.

Zamknęłam oczy.

– Co się stało? – Elias nabrał ostrożności, od razu wyczuł, że coś jest nie tak.

Przestałam oddychać.

Dłonie mi drżały, ale nie byłam w stanie się ruszyć. Z jednej strony miałam ochotę krzyknąć, ostrzec go, błagać, żeby uciekał jak najdalej od mojego ojca. Z drugiej – coś w głębi serca podpowiadało, że lepiej milczeć.

Elias nie cofał się przed niebezpieczeństwem. Gdyby usłyszał mnie panikującą, mógłby zrobić coś głupiego. Na przykład przyjechać do rezydencji.

Co wtedy?

Czy baba…

Nie chciałam kończyć tej myśli. Ani nawet dopuścić jej do świadomości.

Ale umysł nie słuchał.

Pistolet. Wystrzał. Kula przeszywająca głowę Eliasa. Krew. Mnóstwo krwi.

Zacisnęłam powieki.

Nie. Nie mogłam na to pozwolić.

– Aylin?

Eli wypowiedział moje imię z delikatnością, ale także z przestrachem, a potem połączenie zostało przerwane.

Otworzyłam szeroko oczy. Baba zacisnął dłoń na komórce, jakby chciał ją zmiażdżyć.

– Myślisz, że to gra? – spytał. – Spotykałaś się z tym mężczyzną?

Nie potwierdziłam ani nie zaprzeczyłam.

– Gdyby Demir się dowiedział, cały mój wysiłek poszedłby na marne! Wiesz, kim byłabyś w jego oczach? Dziwką! Nic nieznaczącą kurwą rozkładającą nogi przed byle kim! Tego chcesz? Tego?!

Po moim policzku spłynęła samotna łza.

– Daję ci ostatnią szansę, kızım 1. – Wsunął urządzenie do wewnętrznej kieszeni marynarki. – Kim jest ten mężczyzna? I jak daleko się posunął?

Zacisnęłam zęby tak mocno, że poczułam ból w szczęce.

– Niewdzięczna dziewucha! – prychnął baba pogardliwie. – Myślałaś, że możesz mnie oszukać i okpić bez konsekwencji? Koniec sielanki, Aylin. Jeśli nie potrafisz uszanować tego, co dla ciebie robię, najwyraźniej potrzebujesz twardszej ręki.

Pod jego spojrzeniem poczułam się jak przedmiot, który właśnie stracił wartość.

– Uważałem cię za rozważną, inteligentną kobietę. Sądziłem, że masz w sobie chociaż cień rozsądku. Ale najwyraźniej grubo się myliłem. Jesteś naiwną, głupią smarkulą, która uwierzyła w bajki o wolności i wyborze. Mógłbym cię ukarać lekko. Odbębnić to i przejść nad tym do porządku dziennego. Ale nie. Nie pozwolę ci myśleć, że to tylko chwila słabości, drobne potknięcie, które można wymazać. Nie zasługujesz na łaskę. Za bardzo cię kocham, by ryzykować pobłażliwość. – Wykrzywił usta w drwiącym, chłodnym uśmiechu. – Areszt domowy? Zakaz wychodzenia? Uważasz, że to by wystarczyło? – Pokręcił głową z rezygnacją. – Nie. Musisz odczuć konsekwencje. Dogłębnie. Tak, żeby wyryły trwałą bliznę na twoich trzewiach, na duszy, na każdym pierdolonym oddechu. Tak, żebyś nigdy więcej się nie odważyła na podobny wybryk. Żebyś już nigdy nie zapomniała, gdzie leży granica!

Przez chwilę panowała cisza. Gęsta, duszna, lepka jak krew na rozciętej skórze.

Następnie ojciec oświadczył:

– A teraz włóż coś na siebie. Jesteś moją córką, a nie tanią ladacznicą.

Milczenie było głośniejsze niż krzyk. Miało ostre krawędzie, wżerało się w myśli niczym trucizna, pozostawiało po sobie echo niewypowiedzianych słów.

Wnętrze limuzyny przytłaczało ciężarem ciszy. Skórzane siedzenia chłodziły jak marmur, a powietrze stało, ciężkie i duszne. Nie miałam odwagi wziąć głębszego oddechu. Każdy mój ruch mógł sprowokować gniew.

Ojciec siedział naprzeciwko mnie – wyprostowany, niewzruszony, wykuty z kamienia. Jego profil, idealnie znajomy, nagle wydawał się bardziej obcy niż kiedykolwiek.

Spojrzałam na własne dłonie splecione na kolanach. Drżały. Zacisnęłam palce, jakbym w ten sposób była w stanie zmusić ciało do posłuszeństwa. Ale bezskutecznie.

– Do stadniny.

Dwa słowa. Wypowiedziane cicho, bez emocji, a jednak uderzyły mocniej niż cios pięścią.

Serce, do tej pory walące jak oszalałe, na moment zamarło, po czym wpadło w nieregularny rytm. Paniczny lęk rozlał się po ciele, sparaliżował nerwy.

Stadnina? Dlaczego? Po co?

Nie.

Nie tam…

Samochód ruszył.

Czas biegł bezlitośnie, odmierzał sekundy do nieuniknionego. Każde tyknięcie stanowiło krok w stronę bólu, który już czekał, ­gotów pochłonąć mnie w całości.

Dotarliśmy szybciej, niż się spodziewałam.

Noc była bezkresna, czarna jak atrament, bez gwiazd, bez nadziei.

Ciężkie chmury zasnuły niebo. Tłumiły światło. Nawet one sprzysięgły się przeciwko mnie. Powietrze pachniało mokrą ziemią i końmi, ale tym razem nie przynosiło mi to ukojenia. Zimne, przesycone strachem.

Wysiedliśmy.

Ojciec ruszył przodem. Ledwo szłam na miękkich nogach. Każdy krok w stronę boksu Aslana sprawiał, że żołądek ściskał mi się coraz mocniej. Mroczne przeczucie sunęło za mną jak cień.

– Baba…

Nie słuchał.

– Błagam… – Moje własne słowa brzmiały obco. – Błagam cię, nie rób tego. Przepraszam.

Nic.

Jakbym nie istniała. Jakbym była tylko pyłem pod jego stopami.

Chwyciłam go za ramię i zdesperowana zacisnęłam palce na drogiej marynarce.

Ojciec odepchnął mnie brutalnie. Straciłam równowagę, ale zanim zdążyłam ją odzyskać, rozkazał:

– Przytrzymaj ją, ma patrzeć. I nie przeszkadzać!

Wszystko działo się za szybko.

Ktoś mnie złapał. Mężczyzna, którego twarzy nie dostrzegłam, miażdżył mi ramiona z taką siłą, że nie mogłam zrobić ruchu.

Potem usłyszałam rżenie.

Aslan.

Mój koń. Przyjaciel. Jedyna istota, której powierzałam sekrety, która trwała tuż obok, gdy świat stawał się zbyt przytłaczający i okrutny.

Wyszedł spokojny i nieświadomy.

Ciemne, wypełnione ufnością oczy patrzyły wprost na mnie. Nie wiedział. Nie miał pojęcia, do czego zaraz dojdzie.

Moje ciało przestało należeć do mnie. Ręce zrobiły się zimne jak lód, w żyłach zamiast krwi płynęło czyste przerażenie. Ból w klatce piersiowej był coraz bardziej nieznośny.

– Podajcie mi nóż.

Świat zadrżał, a potem rozpadł się na kawałki.

Nie.

Nie, nie, nie.

Stal błysnęła w zimnym świetle reflektorów.

Ojciec przyjął broń bez wahania.

Uszy Aslana drgnęły, nozdrza poruszyły się nerwowo. Wyczuwał zagrożenie, którego nie potrafił nazwać. Zawsze był bystry. Rozumiał emocje ludzi lepiej niż oni sami. A teraz… teraz patrzył na mnie w poszukiwaniu odpowiedzi.

Nie mogłam mu jej dać.

Baba przesunął kciukiem po ostrzu, by sprawdzić ostrość. Ciężki, szeroki nóż przeznaczony do polowań – zbyt solidny, by służyć tylko do zastraszania, ale idealny do tego, co ojciec zamierzał zrobić.

Już wiedziałam.

Czas zwolnił.

– Baba, błagam!

Spróbowałam się wyrwać, ale silne ręce trzymały moje ciało w miejscu.

Ojciec nawet na mnie nie spojrzał.

Po prostu ruszył ku rumakowi.

Buty z głuchym odgłosem wbijały się w żwir.

Aslan znów zarżał.

Nie…

Szarpnęłam się mocniej, desperacja dodała mi sił, jednak mężczyzna, który mnie unieruchamiał, nie drgnął nawet o milimetr.

– Proszę cię! Proszę, nie rób tego!

Baba sięgnął wolną ręką do kantara Aslana. Koń poruszył się niespokojnie, próbował odsunąć łeb, ale chwyt ojca pozostawał bezlitosny.

– Błagam!

Nie słyszał mnie.

Albo nie chciał słyszeć.

Aslan parsknął nerwowo i usiłował się cofnąć, jednak było już za późno.

Baba przyłożył ostrze do jego szyi i jednym szybkim ruchem przeciął tętnicę.

Krew trysnęła jak fontanna.

Krzyknęłam.

Nie kontrolowałam już własnego ciała – szarpałam się tak mocno, że paznokcie mężczyzny rozdarły mi skórę dłoni, ale to bez znaczenia.

Nic nie miało znaczenia.

Aslan zarzucił łbem, rżenie przeszło w dziki, rozdzierający skowyt bólu. Nie umarł od razu.

Zatoczył się, ugiął przednie nogi, kopyta wbił w żwir. Krew płynęła z otwartej rany, tworzyła na ziemi ciemną, gęstą kałużę.

Jego spojrzenie… będzie mnie prześladować do końca życia.

Wciąż patrzył.

Wciąż szukał odpowiedzi.

Nie rozumiał.

Chciał, żebym mu pomogła.

A ja nie byłam w stanie nic zrobić.

Padł na bok, zadrżał. Oddech miał płytki, przerywany dławieniem się własną krwią. Jeszcze żył. Jeszcze walczył.

Ojciec odsunął się powoli, wytarł sztylet o chustkę.

Dla niego to było trywialne.

Dla mnie stanowiło koniec świata.

Z gardła wyrwał mi się zdławiony szloch.

Tonęłam w głębi własnego bólu, wciągana przez fale rozpaczy. Im większy opór stawiałam, tym szybciej mnie pochłaniała, aż w końcu przestałam walczyć. Bo jaki jest sens w dryfowaniu na powierzchni, skoro świat i tak chciał, bym utonęła?

Wreszcie zostałam puszczona.

Podbiegłam do Aslana. Opadłam na kolana.

Koń jeszcze raz spróbował unieść łeb. Ostatni raz na mnie spojrzał.

A potem odszedł.

Cisza po jego śmierci była najgorsza. Pustka, w której zawisła cała moja rozpacz.

Miałam ochotę wrzeszczeć, ale głos ugrzązł w krtani.

Ojciec podszedł i popatrzył na mnie z góry.

– To była dobra lekcja. Zapamiętaj ją.

1kızım (z tur.) – moja córko

Rozdział 2

Elias

Komórka zadzwoniła.

Numer Aylin.

Odebrałem.

Nie powiedziała ani słowa.

Nic. Tylko cisza.

Złe, ciężkie, mordercze milczenie.

Zamknąłem oczy, by spróbować wychwycić jakikolwiek dźwięk po drugiej stronie. Oddech. Szum. Szept. Cokolwiek, co potwierdziłoby, że to ona.

Nic.

Zrozumiałem.

Kurwa.

To był jej ojciec.

Nie miałem na to dowodów. Nie usłyszałem głosu. Nie zobaczyłem twarzy ani nie uzyskałem żadnego namacalnego potwierdzenia.

Ale tego nie potrzebowałem.

Czułem to.

Ciepło rozlało mi się po karku. Przypominało ostrze przyłożone do gardła – nie cięło jeszcze skóry, ale było zbyt blisko, by je zignorować.

Hasan Şahin.

W tej martwej pustce kryło się coś złowrogiego. Milczenie miało siłę bezgłośnej, lecz śmiertelnej broni.

Wciąż czułem wątpliwości. Nie mogłem być stuprocentowo pewny…

Ale instynkt, który uratował mi życie już tyle razy, wrzeszczał wewnątrz umysłu.

Aylin wpadła w jego ręce.

Albo…

Grała od samego początku i to ja byłem pionkiem.

Wiedziałem, że to dopiero początek tego pieprzonego koszmaru.

Połączenie zostało nagle przerwane.

Myśl, którą właśnie wpuściłem do głowy, pulsowała jak rana rozdarta ostrzem.

Aylin by się do tego nie posunęła Byłaby zdolna do takiej podłości? Mimo podarowanych jej słów. Mimo uczucia, przed którym tak długo uciekałem, jednak ostatecznie przegrałem walkę… dla niej?

Ludzie wierzą, że zdrada oznacza dramatyczne gesty – ostrze wbite w plecy, słowa pełne gniewu. Ale prawdziwa zdrada jest cicha. Wkrada się niezauważenie, skrywa w niewypowiedzianych spojrzeniach. W oddechach gasnących, zanim zdążą przejść w krzyk. W pustce wypełniającej przestrzeń między dwojgiem głupców pragnących bliskości.

Poczułem znajome ssanie w żołądku. Wściekłość. Powoli, metodycznie wlewała się w ciało, przenikała każdy mięsień… każdą kość.

Ale musiałem to zdusić. Nie powinienem teraz tracić kontroli.

Zacisnąłem palce na komórce. Trzeba się jej pozbyć. Tu nie ma miejsca na błędy ani półśrodki.

Wszedłem do kuchni, pulsujące napięcie narastało w klatce piersiowej. Każda sekunda była na wagę złota. Zerknąłem na telefon raz jeszcze. Mały, niepozorny kawałek plastiku i metalu. A tak zdradliwy.

Odblokowałem go i przesunąłem palcem po ekranie. Zbyt łatwo dało się dotrzeć do mnie przez ten pierdolony numer. Nie mogłem ryzykować.

Otworzyłem mikrofalówkę i umieściłem komórkę w środku. Zamknąłem drzwiczki. Serce waliło mi w piersi, ale ręce pozostały stabilne.

Obróciłem pokrętło.

Buczenie urządzenia było ciche, lecz dla mnie brzmiało jak odliczanie do detonacji. Metalowe komponenty zaiskrzyły krótkimi błyskami w ciemności. Obudowa zaczęła się topić i skręcać powoli niczym palone ciało.

Chwyciłem telefon przez szmatę. Był gorący. Elektronika powinna zostać zniszczona, ale to jeszcze nie koniec.

Złapałem nóż i z całej siły wbiłem go w ekran.

Trzask.

Pęknięte szkło utworzyło pajęczynę odłamków. Pociągnąłem ostrzem jeszcze raz. Ciąłem urządzenie kawałek po kawałku niczym żywą tkankę, którą należy zniszczyć do samego końca.

Otworzyłem tylną klapkę. Wyrwałem baterię i kartę SIM. Odwróciłem się i podszedłem do zlewu. Bez zastanowienia wcisnąłem kartę do odpływu i puściłem wodę. Obserwowałem, jak wir pochłania niewielki przedmiot. Bateria wylądowała w śmietniku, pod resztkami jedzenia.

Podniosłem pozostałości telefonu z blatu i wyszedłem na zewnątrz. Wyrzuciłem je do pobliskiego kontenera na odpady.

Teraz zyskałem pewność. Nie było już śladów.

Aylin.

Patrzyłem w noc, a piekące napięcie ściskało mi gardło. Nie chciałem wierzyć, że mnie zdradziła. Istniały inne opcje. Dziesiątki scenariuszy, jeden gorszy od drugiego.

Wsiadłem na motocykl. Potrzebowałem się przejechać. Poczuć wiatr na skórze i oczyścić myśli. Skoncentrować uwagę na zaistniałej sytuacji.

Ruszyłem przed siebie, nieważne dokąd.

Co się stało?

Hasan odkrył prawdę. Ustalił, że jego córka nie była tak lojalna, jak sądził? Powiedziała mu o nas? Pękła pod presją? A może sama mnie wystawiła?

Fuck.

Musiałem powstrzymać instynkt. Nie mogłem teraz wpaść tam niczym pieprzony desperat z pistoletem w dłoni. To oznaczałoby koniec.

Dwie godziny później wróciłem już do kwatery w siedzibie Red ­Jackals. Usiadłem na kanapie, oparłem łokcie o kolana i przetarłem twarz dłonią. Zimna noc pulsowała wokół ciszą, w której dźwięk oddechu wydawał się zbyt głośny.

Czekałem do rana. Nie zmrużyłem oka.

Kiedy słońce zaczęło przenikać przez okna, sięgnąłem po drugi telefon i wybrałem numer Marcusa.

– Musimy pogadać – oznajmiłem od razu, gdy odebrał.

– Gdzie? – zapytał zaspany.

Potrzebowałem w miarę bezpiecznego miejsca.

– Mega Revma 2. Wiesz gdzie. Za godzinę.

Spotkania w Arnavutköy nikt by się nie spodziewał. Nie w mojej sytuacji. Dzielnica, choć pełna historycznych drewnianych domów i urokliwych uliczek, kryła w sobie miejsca, gdzie można było uniknąć ciekawskich spojrzeń. Wąskie zaułki, opuszczone podwórza czy zapomniane skwery – idealne na dyskretną rozmowę.

Zaparkowałem motocykl na starym dziedzińcu, otoczonym przez zniszczone mury, gdzie czas zdawał się zatrzymać.

Marcus już czekał. Oparty o swoją maszynę, z papierosem w dłoni.

Rzuciłem mu szybkie spojrzenie i zsiadłem z Harleya. Od razu przeszedłem do rzeczy.

– Jak sprawy z Şahinem? Zdążyłeś się czegoś o nim dowiedzieć?

Marcus popatrzył na mnie spod przymrużonych powiek, wziął ostatniego bucha i odrzucił niespiesznie niedopałek, po czym przydepnął go butem.

– Muszę przyznać, że kiedy zleciłeś mi to zadanie, byłem sceptyczny, ale…

– Do rzeczy – przerwałem mu zniecierpliwiony.

– Hasan wcale nie jest na szczycie.

Zmarszczyłem brwi. Nie tego się spodziewałem.

– Tworzy iluzję władzy, a prawdziwy król przesuwa go po szachownicy niczym zwykłego pionka.

– Kogo masz na myśli?

Marcus uśmiechnął się kpiąco, jakby tylko czekał na moją reakcję.

– Azad.

To imię uderzyło we mnie niczym cios prosto w splot słoneczny. Przez lata współpracy z turecką mafią nauczyłem się jednego – Azada nie należało lekceważyć. Był cieniem u boku Şahina, jego prawą ręką, głosem rozsądku podczas negocjacji i egzekutorem, gdy nadchodził czas śmierci.

– Mów dalej.

– Skurwiel rządzi zza kulis. Hasan to tylko fasada.

– Jak do tego doszło? Władzę w ich organizacji od dekad przekazywano z ojca na syna. Nie pasuje mi to.

Przyjaciel przetarł dłonią kark. Szukał odpowiednich słów, żeby to, co ma do powiedzenia, nie zabrzmiało zbyt absurdalnie.

– Şahin nie stracił żony w żadnym napadzie…

Czułem, że zaraz usłyszę coś, co kompletnie zmieni obraz tej gry.

– To było zabójstwo honorowe.

Mój wzrok pociemniał.

Marcus kontynuował:

– Wydawało się, że to Hasan wydał wyrok, ale kiedy zacząłem kopać głębiej, odkryłem, że za wszystkim stoi Azad.

Nic zaskakującego. Takie zachowanie leżało w jego naturze.

– Szantaż? – dopytałem.

Szakal skinął głową.

– Postawił Hasana przed wyborem: zlecić zabójstwo własnej żony i grać według zasad Azada albo pozwolić, by wśród starszyzny rozeszła się plotka, że Yasemin zdradza Şahina, a Aylin nie jest jego dzieckiem.

Zacisnąłem szczęki. A Marcus mówił dalej, jakby nie dostrzegał narastającego we mnie napięcia.

– Wiesz, jak to działa. Nikt nie zażądałby testów na ojcostwo. Nie w tym świecie. Wystarczyłyby podejrzenia, by starszyzna wydała wyrok. Zginęłyby obie. Şahin zdawał sobie z tego sprawę, więc wybrał jedyne możliwe wyjście.

Myśl dudniła mi w głowie niczym echo wystrzału. Hasan się ugiął. Bo lepiej poświęcić żonę, niż ryzykować także życie córki.

Czy to go usprawiedliwiało?

Nie.

Nie czyniło też lepszym człowiekiem. Ta decyzja nie przyniosła żadnej ulgi ani nie przywróciła godności. To jedynie dowodziło, że Şahin nigdy nie miał wystarczającej siły, by rządzić naprawdę. Był królem tylko z nazwy, zależnym od kogoś, kto reguły rozumiał o wiele lepiej.

Marcus spojrzał na mnie uważnie. Chyba się zastanawiał, czy wystarczająco rozwalił mi głowę tym, co powiedział. Ale widziałem w jego oczach, że nie skończył tej opowieści.

– Trzymasz coś jeszcze w zanadrzu, prawda? Gadaj – ponagliłem przyjaciela.

– Şahin do dziś chroni swoją małą księżniczkę.

– Ach tak?

– Przez ostatnie miesiące szukał odpowiedniej rodziny, żeby wydać ją za mąż. Odrzucił mnóstwo lukratywnych propozycji. Bogaczy, polityków i innych wpływowych skurwieli. W chuj podejrzane, co nie?

Kiwnąłem głową, by kontynuował.

– Hasan ewidentnie nie chce oddać jej komuś, kto miałby tylko pieniądze i koneksje. W końcu oficjalnie ogłosił zaręczyny córki z Muradem Demirem.

– Oczywiście prześwietliłeś typa – zgadłem.

– Oczywiście. Rodzina piekielnie bogata, z silnymi koneksjami politycznymi. Z zewnątrz szanowani biznesmeni, ale wystarczyło zajrzeć pod powierzchnię, by zobaczyć, że są tacy sami jak reszta szumowin. Imperium Şahina się powiększy i wzmocni, a księżniczka pozostanie bezpieczna.

– Skąd wniosek, że nic jej nie grozi?

– Wszystko wskazuje na to, że młody Demir będzie przykładnym mężem. Jego kartoteka jest czysta, żadnych skandali czy występków. Nie włóczy się po burdelach, nie wdaje w bijatyki, nie zostawia za sobą trupów. Grzeczny, do porzygania nudny, dobrze wychowany chłopiec…

Przestałem go słuchać. Odpłynąłem myślami w bardzo niepożądanym kierunku.

Aylin była moja. Nie obchodziło mnie, co Hasan sobie ubzdurał. Nieważne, jakie układy zawierał, kogo próbował oszukać, komu chciał ją sprzedać.

Tylko ja miałem prawo czuć ciepło jej skóry pod palcami.

Tylko ja mogłem smakować ust, odbierać oddech w pocałunkach sprawiających, że traciła grunt pod nogami.

Tylko moje dłonie miały prawo sunąć po jej ciele.

Tylko moje imię powinno wypływać z jej warg w ekstazie.

A jednak Şahin myślał, że może ją oddać. Innemu. Że wolno mu nią handlować niczym kolejnym towarem.

Pieprzony, niewybaczalny błąd.

Zazdrość zatruwała mi duszę od środka. Gniew pulsował w skroniach, ciało było napięte do granic. Morderczy instynkt budził się powoli, karmiony świadomością, że ktoś sięgnął po to, co należało do mnie.

Za takie błędy płaci się krwią.

– Niemniej znalazłem jeden uszczerbek na tym kryształowym ideale – wychwyciłem ostatnie słowa przyjaciela.

– Czyli?

– Demir nie gustuje w cipkach.

Uniosłem brew.

– Hasan wie, że oddaje córkę pedziowi?

– Tego nie ustaliłem. W każdym razie kolesiowi nie brakuje wigoru. – Wyciągnął z kieszeni kamizelki zdjęcia zrobione z ukrycia. – Fiuta ma i najwyraźniej wie, jak go używać.

Zacisnąłem szczęki, lecz nie pisnąłem ani słowa, mimo że w środku mnie rozrywało. Miałem ochotę coś uderzyć. Zmiażdżyć. Poczuć czyjś ból i krew.

Spojrzałem na fotografie. Wszystkie opowiadały tę samą historię. Młody Demir z innym mężczyzną. W różnych miejscach, pozycjach, ale zawsze w kadrach pochodzących niczym z taniego pornola.

Nagie, splecione ze sobą ciała, dłonie błądzące po skórze, ślady po paznokciach na plecach, palce zaciśnięte na biodrach. Usta rozchylone w niemym jęku, zamglone spojrzenia. Napięte mięśnie uchwycone w najbardziej intymnych chwilach.

To nie była jednorazowa słabość czy moment zapomnienia. To sekret, który zamierzałem wykorzystać.

– Dobrze się spisałeś – stwierdziłem i schowałem dowody, zanim zdążyłby mi je odebrać.

– Co robimy? – Marcus poprawił poły kamizelki.

W głowie powoli układałem plan.

Musiałem działać mądrze. Nie pozwolić, by emocje wzięły górę. To nigdy się dobrze nie kończyło.

Problem? Czas. A raczej jego brak.

Zbyt wiele niewiadomych. Za dużo zmiennych, a przez to miejsc, w których coś mogło się rozjebać.

Po pierwsze – musiałem wtajemniczyć ojca.

Ale nie zamierzałem powiedzieć mu wszystkiego. Lepiej, żeby nie poznał prawdziwego powodu.

Ludger miał Aylin w głębokim poważaniu. Jej los nic dla niego nie znaczył.

Należało rozegrać to inaczej. Finezyjnie. Przesunąć figurę tak, aby Horst zrobił dokładnie to, czego od niego oczekuję, nieświadomy, że to ja prowadzę grę.

Nie pozostawię mu wyboru.

– Zwołamy zebranie – zadecydowałem. – Poinformujemy preza o zaistniałej sytuacji.

Marcus skinął głową.

– Szybko. Najlepiej jeszcze dziś wieczorem. – Rzuciłem przyjacielowi wymowne spojrzenie. – Zbierz ludzi, ja dam znać ojcu.

– Dobry ruch. – Marcus pokiwał głową, ale w jego tonie pobrzmiewała nuta ostrzeżenia. – Dłuższe ukrywanie tego chujstwa przed Horstem źle by się dla nas skończyło.

Nie odrywałem od niego wzroku. Uniósł ręce w obronnym geście.

– Tak tylko mówię.

W siedzibie panowało napięcie. Horst przyglądał mi się uważnie, czekając, aż wyjaśnię powód zebrania. Był rozdrażniony. Nie lubił, gdy przejmowałem stery. Nie znosił słuchać.

Marcus wprowadził Szakali w temat. Mówił rzeczowo, konkretnie. Nie silił się na ozdobniki – po prostu wyłożył, na czym stoimy.

Większość z nich wyglądała na zdziwionych.

Ale nie Ludger.

Twarz preza pozostawała kamienna, oczy – nieruchome. Nie drgnął mu nawet mięsień. Odniosłem wrażenie, że już o tym wiedział, a to spotkanie go nudzi.

Nie odrywał ode mnie wzroku, a ja nie spuszczałem swojego. Jeśli czekał na zawahanie, to go nie uświadczy.

– Powinniśmy wysłać kilku ludzi, by obserwowali Şahina. – Mój głos był spokojny, wyważony. Bez miejsca na sprzeciw. – Musimy też prześwietlić Azada. Niewykluczone, że skurwiel prowadzi własną intrygę. – Zrobiłem krótką pauzę, by słowa wsiąkły w ciężką atmosferę. – Ja się zajmę Demirami. Wyciągnę od ich syna więcej pożytecznych informacji.

Prez zmrużył powieki. Powoli. Świadomie. Jego spojrzenie przecięło mnie na wskroś.

Szukał słabości. Ale niczego nie znajdzie.

Nie miał pojęcia o moich ukrytych motywach. I nie pozwolę, by je przejrzał.

Milczał długie sekundy, a potem skinął głową.

– W porządku.

Nie powinienem działać po omacku. Wciąż nie wiedziałem, gdzie przebywała Aylin ani co Hasan planował z nią zrobić. Te luki należało jak najszybciej wypełnić, zanim przejdę do następnego kroku.

Musiałem jednak utrzymać to wszystko z dala od wiedzy prezydenta. Horsta nie angażowały sprawy, które nie dotyczyły bezpośrednio interesów klubu. A Aylin była dla niego nikim. Nie przynosiła zysków, nie miała wartości strategicznej. Gdyby odkrył, że zamierzam się rzucić w środek mafijnych rozgrywek z powodów, które uznałby za sentymentalne bzdury, kazałby mnie sprać do nieprzytomności, żeby wybić mi to z głowy.

Nie mogłem liczyć na nikogo. Nie tym razem.

Zaufanie było rzeczą kruchą i zdradliwą. Złudnym poczuciem bezpieczeństwa prowadzącym prosto na rzeź. Ci, którzy zaufali, kończyli martwi. A ja nie zamierzałem stać się jednym z nich.

Zatrzymałem motocykl kilka ulic dalej, by zminimalizować ryzyko wykrycia przez kamery, strażników, przypadkowych świadków.

Resztę drogi pokonałem pieszo, wtopiony w cień ciasnych uliczek.

Posiadłość Şahina przypominała twierdzę. Monitoring, uzbrojeni ochroniarze, zmiany warty odmierzone co do minuty. Nie było tu miejsca na przypadek, ale nie istniała też bariera, której nie da się sforsować. Każda forteca miała słaby punkt – trzeba go tylko znaleźć.

Księżyc na bezchmurnym nocnym niebie subtelnie oświetlał miasto. Zająłem pozycję na szczycie sąsiedniego budynku, skąd roztaczał się doskonały widok na rezydencję Hasana. Wiedziałem, że muszę zachować niezwykłą ostrożność – dachy w tej części Stambułu były strome, a odległość między domami znaczna.

Wybrałem miejsce w cieniu, z dala od krawędzi, aby uniknąć przypadkowego wykrycia. Upewniłem się, że w pobliżu nie ma żadnych elementów, które mogłyby odbić światło lub wydać dźwięk. Sięgnąłem po lornetkę z noktowizorem. Sprzęt pozwalał wyraźnie widzieć w ciemności i wychwycić niuanse, które gołym okiem pozostałyby niezauważone.

Skupiłem uwagę na szybach willi. Po chwili dostrzegłem ruch. Aylin podeszła do okna i powoli je otworzyła.

Księżycowe światło wydobywało ją z ciemności, malując delikatne refleksy na sylwetce i podkreślając każdy detal – linię szczęki, cienie pod oczami, subtelny łuk ust.

Miała na sobie długą, cienką koszulę nocną. Jedwabna tkanina opływała ciało, uwydatniając kształty. Była skromna, ale kobieca, z rozcięciem na boku, które przy każdym ruchu odsłaniało kawałek smagłej skóry. Rękawy sięgały nadgarstków, a kołnierz delikatnie odkrywał linię obojczyka.

Długie hebanowe włosy rozsypane na ramionach połyskiwały w świetle nocy. Jeden niesforny kosmyk opadł na twarz, ale dziewczyna go nie odgarnęła. Patrzyła w przestrzeń, nieruchoma, zagubiona w myślach.

Szukała czegoś konkretnego?

Nadziei? Ucieczki? Czy się modliła, by ktoś ją stąd zabrał?

Nie potrafiłem oderwać od niej wzroku. Stanowiła piękno utkane z melancholii, cud niemający prawa istnieć w tym brudnym świecie.

Chciałem jej dotknąć. Nie po to, by ją uspokoić albo zapewnić o bezpieczeństwie. Raczej przypomnieć, kim jest naprawdę. Kim była przy mnie.

Pragnąłem tego spojrzenia – intensywnego, pełnego emocji i skierowanego wyłącznie w moją stronę. Chciałem ją mieć. Zamknąć w dłoniach, wyrwać z tego przeklętego miejsca i uczynić swoją na zawsze.

Niech spróbują ją odebrać. Niech się ośmielą stanąć mi na drodze.

Nie byłem wybawieniem. Raczej klątwą szepczącą jej imię w najciemniejszych zakamarkach nocy. Burzą nie do powstrzymania.

Jak mogłem pokochać kogoś, kogo powinienem nienawidzić?

Jak mogłem patrzeć na nią i nie czuć gniewu, gdy w żyłach płonęło wszystko, co zakazane?

Jak mogłem pragnąć jej tak bardzo bez utraty zmysłów?

Nie powinno mnie tu być. Nie powinienem łamać zasad ani ryzykować.

A jednak tkwiłem w ciemności niczym złodziej, drapieżnik czekający na odpowiedni moment, by przypuścić atak.

Czy byłem gotów oddać za nią życie? Patrzeć, jak ona ofiaruje swoje za mnie?

A jeśli wybór nie należy do nas?

Co, jeśli poświęcenie to jedyna waluta, jaką będziemy mogli zapłacić za siebie nawzajem?

Czy te krótkie sekundy – gdy stała przy oknie, nieświadoma mojej bliskości – warte były zachodu?

Czy słusznym jest nazywanie ich wiecznością, skoro lada moment mogły się okazać ostatnim, co mi zostało?

2 Mega Revma – historyczna nazwa dzielnicy Arnavutköy w Stambule.

Rozdział 3

Elias

Klub pulsował ciężkim basem, muzyka drżała w powietrzu niczym przyspieszone bicie serca. Lasery rozbłyskiwały w chaotycznym tańcu, rozmywając sylwetki ludzi na parkiecie.

Siedziałem w prywatnej loży, oddzielony od tego zgiełku półprzezroczystą kotarą. Świat za nią zdawał się odległy, jak scena, na którą patrzyłem z widowni. Tutaj panował półmrok, przerywany nikłym blaskiem lamp i odbiciem świateł w szkle.

Na niskim stoliku przede mną stała karafka wypełniona ciemnym bursztynowym trunkiem, a obok niej dwa kieliszki – jeden dla mnie, drugi dla gościa, który miał się niedługo zjawić.

Kątem oka zerknąłem na niewielkie eleganckie pudełko leżące tuż obok. Niepozorne, a jednak warte więcej niż wszystkie banknoty, które tej nocy przeszły przez ręce gości klubu.

Bilet do rozpoczęcia kolejnej rundy.

As, który praktycznie sam wskoczył mi do rękawa.

Przesunąłem palcami po gładkim opakowaniu. Wiedziałem, że jego zawartość zadecyduje o przebiegu tego wieczoru.

Zachowałem spokój, świadomy, że to ja kontroluję grę. Dziś nic nie wymknie mi się spod kontroli.

Murad Demir wszedł do loży pewnym krokiem. Emanował swobodą, przekonany, że świat działa po jego myśli. Radość biła z twarzy mężczyzny, przynajmniej do momentu, gdy mnie dostrzegł.

Przystanął w pół kroku. Uśmiech zamarł, linia żuchwy lekko się napięła. Spojrzenie ciemnych oczu zaczęło skakać po pomieszczeniu, by zbadać każdy kąt, możliwość ucieczki, dostrzec element układanki, który najwyraźniej mu nie pasował.

Ewidentnie próbował znaleźć w tym wszystkim sens.

Usiadłem wygodniej na skórzanej kanapie.

– Spodziewałeś się kogoś innego? – rzuciłem, przeciągając sylaby.

Murad zrobił krok w tył.

– Kim jesteś? Czego chcesz? – syknął. W jego głosie pobrzmiewały strach i desperacja, starannie maskowane gniewem.

– Kim jestem? – powtórzyłem, pozwalając słowom płynąć leniwie między nami. – To już zależy od ciebie. Mogę być tymczasową niewygodą… ale równie dobrze mogę urządzić ci piekło na ziemi.

– Nie zdajesz sobie sprawy, w co wdepnąłeś. Mój ojciec…

– Twój ojciec pozbawi cię fiuta, kiedy się dowie, gdzie lubisz go trzymać.

Demir zbladł. Wyglądał, jakby miał zaraz zwymiotować.

– Siad – rozkazałem.

Zacisnął pięści, ale nie dyskutował dłużej. Posłusznie zajął miejsce naprzeciwko mnie.

– Musimy poważnie porozmawiać – ciągnąłem. – Widzisz, znalazłem się w dość skomplikowanej sytuacji.

– Gdzie jest…

– Morda – syknąłem ostro. – Kiedy ja mówię, ty trzymasz japę na kłódkę i słuchasz. To chyba nie takie trudne?

Murad zazgrzytał zębami. Naprężył się jak zwierzę gotowe do ataku. Gniew zapłonął w jego spojrzeniu, błysnął niczym ostrze przed śmiertelnym ciosem.

– Przynoszę ci pozdrowienia od Serkana – oświadczyłem i podsunąłem mu pakunek.

Przełknął ślinę. Nie sięgnął po niego od razu. Wpatrywał się w czarne pudełko, jakby skrywało w sobie coś świętokradczego.

– No dalej, otwórz – zachęciłem.

Wysunął rękę. Ostrożnie uniósł wieczko i zajrzał do środka.

Zamarł.

Powietrze wokół zgęstniało, przywarło do skóry niczym lepki dym. Przez kilka długich sekund Murad nie poruszył nawet powieką.

A potem odepchnął od siebie pudełko i odskoczył gwałtownie. Przycisnął plecy do oparcia, myśląc, że to zapewni mu ochronę przed nieuniknionym.

Nozdrza falowały od urywanego oddechu, a źrenice rozszerzyły się w czystej panice.

Teraz zyskał wystarczającą motywację do współpracy. A ja czekałem, chłonąc chwilę, w której dociera do niego, że to coś więcej niż ostrzeżenie.

– Ach, już nie bądź taki delikatny.

Bez cienia wahania sięgnąłem po palec spoczywający na zakrwawionej szmacie w eleganckim czarnym pudełku. Kontrast między misternym opakowaniem a makabryczną zawartością był niemal artystyczny.

Podniosłem odciętą część ciała, by przeanalizować każdy szczegół – poszarpaną krawędź, zakrzepłą krew, bladą skórę.

– To tylko maleńki kawałek tego, co mogę ci dać. – Spojrzałem na Murada z leniwym uśmiechem. Emocje sięgały zenitu. – A uwierz mi, jeśli chodzi o te sprawy, potrafię być kurewsko kreatywny. – Pochyliłem się nieznacznie, głos zniżyłem do niemal intymnego szeptu. – I niezwykle cierpliwy.

Tyle wystarczyło. Po policzkach Demira popłynęły łzy.

– Nie… – szepnął, wpatrzony w sygnet na odciętym palcu. Najpewniej chciał sobie wmówić, że to tylko koszmar.

– Zależy ci na nim – podsumowałem. – Idealnie. Nie muszę więc wspominać, że dysponuję kilkoma niezwykle wymownymi zdjęciami, które mógłbym pokazać twojej rodzinie.

– Gdzie jest Serkan?! – Głos Demira podskoczył o kilka tonów, pełen desperacji i gniewu. – W dupie mam, co powiesz i pokażesz mojej rodzinie. Gdzie go trzymasz?!

Westchnąłem przeciągle i popatrzyłem na niego z mieszaniną rozbawienia i znudzenia.

– I po co te nerwy? – rzuciłem z udawaną urazą, jakby naprawdę dotknął mnie jego brak manier. – Tyle krzyku, a my przecież tylko rozmawiamy.

– Jakim potworem trzeba być, żeby w tak podły sposób wykorzystywać uczucia innych?!

– Bystrym potworem, mój drogi.

Potarł twarz dłońmi, przeczesał palcami włosy. Trząsł się jak osika, próbując złapać oddech.

Musiał go naprawdę kochać.

Czy ja zareagowałbym tak samo na jego miejscu?

Nie. Gdyby mnie spotkało coś podobnego, rozszarpałbym skurwiela własnymi zębami. Kawałek po kawałku. Aż by zdradził, gdzie trzyma moją własność.

– Zrobię wszystko – wydusił w końcu. – Cokolwiek chcesz…

– Trzeba było tak od razu. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że ludzie kompletnie nie szanują czyjegoś czasu. W porządku, przejdźmy do rzeczy. Słyszałem, że masz narzeczoną.

– C-co? – wyjąkał, wyraźnie zbity z tropu.

– Aylin Şahin. Kojarzysz?

– Co ona ma z tym wspólnego?

– Wbrew pozorom bardzo dużo. Możecie się spotkać w każdym momencie?

– Prawdopodobnie tak.

– W twoim domu, z dala od wścibskich spojrzeń?

Przytaknął.

– Doskonale.

– Co ci zrobiła ta kobieta?

– Przerwałeś mi – oświadczyłem twardo. – Nie lubię tego. Ostrzegałem. Zdajesz sobie sprawę, że teraz będę musiał cię ukarać?

– Ty…

Nachyliłem się, by moje słowa osiadły na nim jak ciężar, który nie pozwoli mu spokojnie zasnąć.

– Bez palców Serkan jakoś sobie poradzi, ale pamiętaj, że ma ich ograniczoną liczbę. Na czym skończyliśmy? Ach tak… Spotkanie, jutro wieczorem w twoim domu. Jeśli coś pójdzie nie tak, doprowadzę twojego kochasia do takiego stanu, że śmierć będzie dla niego wybawieniem. Zrozumiałeś?

Gorączkowo pokiwał głową.

Dwie doby wcześniej

Noc była bezchmurna, ale w powietrzu czułem nieuchronność nadchodzącej burzy.

Silnik motocykla mruczał cicho, gdy zbliżałem się do odludnego miejsca na obrzeżach Stambułu. Brak świateł, brak przechodniów. Opuszczone magazyny, pola, drogi niemal nieuczęszczane.

Bez przeszkód dotarłem do celu. Czarny sedan z wyłączonymi reflektorami stał zaparkowany na uboczu. Obok niego czekał postawny mężczyzna.

Nie znałem jego imienia. Nie było mi potrzebne.

To jeden z tych najmitów, których można zatrudnić za odpowiednią sumę. Działał szybko, skutecznie i co najważniejsze – poza mafijnymi strukturami.

A to oznaczało, że nikt z Szakali ani ludzi Şahina nie będzie go szukał.

Zatrzymałem Harleya kilka metrów dalej. Przez sekundę obserwowałem, jak mężczyzna zaciąga się dymem i rzuca mi leniwe spojrzenie spod daszka bejsbolówki.

W końcu zgasił papierosa butem i podszedł do tylnej części wozu.

– Robota wykonana – zameldował.

Sięgnął do zamka i otworzył bagażnik, zawiasy zaskrzypiały w martwej ciszy. Klapa uniosła się powoli i odsłoniła wnętrze, w którym leżał Serkan.

Związany, zakneblowany, upchnięty jak bezwartościowy bagaż, zwinięty w nienaturalnej pozycji. Bezwładne ciało, głowa przechylona na bok, podbródek oparty o pierś. Powieki zamknięte, twarz pokryta smugami zaschniętej krwi, której źródła nawet nie musiałem szukać – ciemna strużka biegła od skroni i znikała w splątanych, wilgotnych od potu włosach.

Oddychał.

Płytko, nieregularnie, balansując na krawędzi nieświadomości.

Przytaknąłem, następnie szybkim, płynnym ruchem sięgnąłem do kabury po pistolet, wycelowałem i nacisnąłem spust.

Głowa najemnika odskoczyła do tyłu, jakby ktoś pociągnął za niewidzialną linkę. Przez ułamek sekundy między jego brwiami pulsowała niewielka ciemniejąca dziura, zanim ciało osunęło się bezwładnie na ziemię.

Bez pytań. Bez ostrzeżeń. Bez świadków.

Ludzie tacy jak on nie znali lojalności, nie kierowali się honorem – tylko cyframi na koncie. A cena zdrady zawsze była względna, zależna od tego, kto da więcej.

Nie czekałem, aż ktoś zapłaci mu za moje życie.

Teraz miałem jeden problem mniej.

Chwyciłem skurwiela pod ramiona i szarpnąłem mocno. Był cięższy, niż się spodziewałem – przynajmniej dziewięćdziesiąt kilogramów martwego mięsa. Nogi szurały po żwirze, zostawiały nieregularne ślady. Do rana wiatr pewnie by je zatarł, ale wolałem nie ryzykować.

Zawsze lepiej się zabezpieczyć zawczasu, niż potem żałować.

Z trudem podniosłem trupa i wrzuciłem go do bagażnika, tuż obok Serkana.

Zatrzasnąłem klapę, powiodłem wzrokiem wokoło, po czym obmacałem rękaw kurtki w poszukiwaniu śladów. Żadnej krwi. Strzał był czysty, bez zbędnego bałaganu.

Zanim wsiadłem do samochodu, wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Marcusa. Krótko i rzeczowo poleciłem mu, by odebrał mój motocykl.

Status wiceprezydenta dawał mi wiele przywilejów. Jednym z nich była bezwarunkowa lojalność. Szakale nie zadawali zbędnych pytań, nie drążyli tematu, nie oczekiwali wyjaśnień.

Po prostu wykonywali rozkazy.

Samochód sunął przez opustoszałe ulice. Światła latarni rzucały długie, poszarpane cienie. Wybrałem trasę rzadko pilnowaną przez patrole.

Las? To pierwsze miejsce, gdzie zaglądają służby.

Nikt już nie zakopuje ciał w ziemi – za łatwo je znaleźć.

Woda była lepsza.

Nie tylko dlatego, że ludzie kryją w sobie pierwotny lęk przed tym, co może z niej wypłynąć. Chodziło o pewność, że to, co raz zostanie wciągnięte w otchłań, nigdy nie wróci na powierzchnię.

Wybór wydawał się oczywisty.

Opuszczona przystań – popękane betonowe płyty, zapomniane resztki kutrów rdzewiejących na mieliznach. Powietrze gęste od soli, przesiąknięte słodkawym smrodem rozkładu i starej ropy.

Ominąłem dziury w asfalcie.

Wokół mnie nie było nic – tylko pustka i szum odległych fal rozbijających się o brzeg. W końcu zatrzymałem samochód na skraju nabrzeża.

Wysiadłem, wyprostowałem plecy, odetchnąłem wilgotną bryzą.

Otworzyłem bagażnik.

To tylko ciało – bez wartości, bez duszy. Skóra już bladła, ślady krwi przyschły na policzku, a bezwładne kończyny przybrały nienaturalne pozy.

Wiedziałem, że nie wystarczy wrzucić trupa do wody. Sam nie rozpłynie się w toni. Po kilku dniach gazy napełniłyby płuca, skóra by pękła, a fale wyrzuciłyby ciało na brzeg. Rozdarte, napuchnięte, śmierdzące padliną.

Potrzebowałem obciążenia.

W tym miejscu walało się wszystko – stare opony, kawałki złomu, porzucone beczki. Ale mnie interesowało coś znacznie cięższego.

Znalazłem blok, dawniej stanowiący część nabrzeża.

Rozłożyłem na ziemi brezent.

Zanim zawinąłem zwłoki, przeciąłem jamę brzuszną, by zapobiec wytworzeniu się gazów. Zimny, szorstki łańcuch sunął po moich dłoniach, gdy obwiązywałem go wokół kostek trupa, potem klatki piersiowej, a na koniec spiąłem całość karabińczykiem. Następnie do wszystkiego przymocowałem beton.

Jeden płynny ruch.

Ciało opadło z krawędzi nabrzeża, brezent napiął się przez ułamek sekundy, ale ciężar nie pozostawił mu wyboru.

Woda połknęła zwłoki. Tylko smuga drobnych pęcherzyków powietrza powędrowała ku górze, a kręgi na powierzchni znikały powoli, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

Musiałem wybrać miejsce, którego nikt nie znajdzie.

Znałem Stambuł – nie ten widziany oczami turystów, lecz jego mroczne podbrzusze: podziemia, zakamarki istniejące jedynie w aktach, ale już nie w ludzkiej pamięci. Miasto pełne było ruin, obiektów wymazanych z map i obszarów, gdzie człowiek od lat nie postawił stopy.

Schowam go tam, gdzie żadna normalna osoba nawet nie zajrzy.

Zrujnowana piwnica pod dawną fabryką. Położona daleko od centrum, w przemysłowej dzielnicy, w której budynki od dekad stały puste, nadgryzione zębem czasu. Pod ziemią – bez okien, kamer czy przypadkowych świadków.

Stare korytarze tworzyły sieć tuneli, z których gangi korzystały jeszcze w latach osiemdziesiątych. Idealna dziura dla kogoś, kogo na razie nie chciałem uśmiercać.

Serkan wciąż pozostawał nieprzytomny, gdy wnosiłem go do środka. Ciążył mi, ale nie na tyle, by stanowiło to problem.

Wewnątrz panowała ciemność.

Wilgoć przenikała ściany, wżerała się w stary beton, a powietrze było gęste od odoru pleśni. Każdy wdech smakował zatęchłą piwnicą, kurzem osiadającym na języku.

Brakowało tu prądu, ale się przygotowałem.

Sięgnąłem po lampę akumulatorową i postawiłem ją na prowizorycznym stole.

Żółtawe światło wypełniło pomieszczenie, odsłaniając surową, przytłaczającą rzeczywistość.

Dwa metalowe krzesła.

Jeden stół.

Brak drogi ucieczki.

Serkan nie obudził się nawet, gdy go sadzałem. Wciąż był ogłuszony, głowa opadła na pierś.

Zacisnąłem kajdanki na jego nadgarstkach.

Kucnąłem, by zamocować pasy na kostkach. Jeszcze się nie poru­szył, ale jeśli tylko spróbuje, szybko zrozumie, że nic mu to nie da.

Na koniec chwyciłem taśmę. Owinąłem ją wokół torsu mężczyzny i kilkoma mocnymi pociągnięciami unieruchomiłem go na siedzisku.

Dopiero gdy mocniej naciągnąłem więzy, powieki Turka drgnęły.

Pierwsze nieświadome mrugnięcie.

Drugie – pełne dezorientacji.

Zaczął odzyskiwać przytomność.

Ciało jeszcze nie nadążało za umysłem, ale instynkt powoli się przebudzał. Klatką piersiową nieco gwałtowniej poruszył nierówny oddech, dłoń lekko drgnęła, jakby mężczyzna chciał ją unieść – i wtedy poczuł opór.

Dotarło do niego, że coś jest bardzo nie tak.

Zabawę czas zacząć.

– Pobudka. – Złapałem go za włosy i szarpnąłem do góry.

Warknął i spróbował się wyrwać. Wzrok miał zamglony, zdezorientowany.

– Ne… siktir… 3 – wychrypiał po turecku, usiłując poruszyć rękami, lecz metal wbił mu się w nadgarstki.

– İngilizce biliyor musun? 4 – spytałem.

Zamrugał nerwowo, a potem skinął głową, więc przeszedłem płynnie na angielski.

– Spokojnie. Nie umrzesz dzisiaj.

Dostrzegłem w jego spojrzeniu błysk czystej paniki.

– Gdzie ja…? Co się dzieje?!

Sięgnąłem po nóż.

Serkan zbladł, pot na czole zalśnił w sztucznym świetle.

– Nie musisz tego robić, nie musisz, nie… – Głos mu się łamał, oddech rwał, ciało zaczęło dygotać.

Przycisnąłem jego prawą rękę do podłokietnika. Turek chciał ją zabrać, jednak więzy trzymały mocno. Złoty sygnet na palcu serdecznym przykuł moją uwagę.

– Ładny, zawsze masz go przy sobie? – zapytałem spokojnie.

– Kim ty, do kurwy, jesteś?! Czego ode mnie chcesz? Pieniędzy?

– To ja zadaję pytania – oświadczyłem, przyglądając mu się wnikliwie. – Ty odpowiadasz. W nagrodę nie skrzywdzę cię bardziej, niż to konieczne. Układ idealny.

– Moja rodzina zapła…

Wymierzyłem mu siarczysty policzek, żeby wreszcie zamknął gębę.

– W chuju mam twoją forsę.

Oddychał ciężko, spazmatycznie, jakby sam ten akt wymagał od niego nadludzkiego wysiłku. W głowie dźwięczały mi słowa, które słyszałem od dziecka.

O czystości. Porządku. O tym, że pewne rzeczy są po prostu złe.

Nie był pierwszym, który się znalazł w takiej pozycji. Nie będzie też ostatnim.

Brudna krew.

Zbrukany umysł.

Nie dlatego tu siedział, ale nie mogłem tego nie czuć.

Obrzydzenia.

Wstrętu na widok czegoś tak… nienaturalnego.

Od dziecka uczono mnie, że świat jest podzielony. Na tych, którzy dzierżą władzę, i tych, którzy powinni się podporządkować.

Serkan należał do tych drugich.

Patrzyłem na niego. Drżenie ciała, strach przyklejony do skóry cuchnącej potem.

Słabeusz…

Nie dlatego, że był skrępowany. Nie dlatego, że ból odebrał mu możliwość obrony.

Po prostu taki się urodził. I w głębi duszy wiedziałem, że nie znajdzie dość siły, by naprawdę walczyć.

Nie mógł.

Bo jego rodzaj nigdy nie stawał do walki.

Ukrywał się. Błagał. Udawał, że należy do tego świata.

Choć nie był częścią niczego.

Aylin.

Jej imię rozbłysło w myślach jak rana, której nie sposób zagoić.

Powinna się zaliczać do tych, wobec których wpojono mi pogardę.

A jednak na nią nie potrafiłem tak patrzeć.

Dla mnie była czystsza niż wszystko, co znałem.

Zbyt doskonała, by nazwać ją brudem.

Zbyt prawdziwa, by oceniać jej wartość przez pryzmat pochodzenia.

Wmawiałem sobie, że to nic takiego, tylko złudzenie.

Łatwiej było kogoś nienawidzić, niż przyznać, że pokochałem kobietę, na której widok bracia spluwali z odrazą.

– Wiesz, co jest piękne w bólu? – Wróciłem do Serkana. – Przybiera różne formy. – Pochyliłem się, by szepnąć mu prosto do ucha: – Może być rwący…

Przejechałem ostrzem po jego szyi, ledwie musnąłem skórę.

Turek wstrzymał oddech, odruchowo szarpnął rękami w kajdankach. Bezskutecznie.

– Albo taki, który przychodzi powoli, a potem narasta tak długo, aż pochłonie wszystko. – Docisnąłem przedramię Turka do podłokietnika.

Zaczął się wyrywać, ale nie miał pola manewru.

– Nie… nie… poczekaj!

Nie zamierzałem.

Uniosłem nóż i głowicą rękojeści uderzyłem dokładnie w punkt, gdzie nerw łokciowy przechodzi obok kości.

Mężczyzna wygiął się niczym porażony prądem, głowa odskoczy­ła mu w tył. Krzyk rozdarł ciemność. Nie był to zwykły cios, raczej posłanie impulsu bólu przez całe ramię, aż do końcówek palców.

Serkan łapał z trudem powietrze. Wił się na krześle, jakby właśnie wylądował w pieprzonym piekle.

Uniosłem nóż ponownie. Nie musiałem tego robić, jednak wewnętrzny instynkt nie pozwalał mi odpuścić.

Drugie uderzenie.

Krzyk był głośniejszy, ale ręka zaczęła już drętwieć. Palce zadrżały, a potem… opadły bezwładnie.

– Dlaczego to robisz? – wyskamlał.

– Bo mogę.

Ta odpowiedź bynajmniej go nie usatysfakcjonowała.

– Skąd masz ten sygnet? – powtórzyłem.

Tym razem nie zgrywał bohatera i od razu zaczął gadać.

– Mój… Ktoś ważny mi go podarował.

– Murad Demir – sprecyzowałem, a Serkan przytaknął. – Idealnie. To teraz zaciśnij zęby, bo ta część nie będzie przyjemna.

Położyłem czubek noża na stawie palca serdecznego.

– Nie! Co ty…

Nacisnąłem.

Mężczyzna wrzasnął. Jego ciało wykręciło się z bólu.

Kość stawiała opór, ale tylko przez chwilę.

Potem chrupnęło.

Turek krzyczał coraz głośniej, jednak tu nikt go nie usłyszy. Krew trysnęła z rany na moje dłonie. Spływała po skórze lepkimi, gęstymi strugami. Ciemna, niemal hipnotyzująca, lśniąca w mdłym świetle, gdy się sączyła i znaczyła wszystko wokół.

Cudowna.

Zwilżyłem wargi, by posmakować jej obecności w powietrzu – ten metaliczny, gorący zapach, uzależniający jak narkotyk.

Ciało wstrząsane konwulsjami bólu. Urywany oddech, rzężący jak silnik tracący moc. Źrenice rozszerzone, niemal błagające – ale ja nie dostrzegałem w tym wszystkim człowieka.

Tylko płótno, które mogłem pomalować czerwienią.

Powoli przejechałem palcem po skórze, tuż obok rany.

Uśmiechnąłem się leniwie, dreszcz podniecenia przebiegł mi po kręgosłupie.

Sygnet wciąż tkwił na odciętym palcu, jakby nawet śmierć nie była w stanie go zdjąć.

Serkan dygotał, klatka piersiowa unosiła się gwałtownie, oczy zaszły łzami i strachem.

W tym momencie naprawdę zrozumiał, że już nigdy nie będzie tą samą osobą.

Zawinąłem odcięty palec w czarną tkaninę.

– Prezent dla twojego przyjaciela – oznajmiłem. – Módl się, żeby nie potrzebował kolejnych.

3Ne… siktir… (z tur.) – Co… kurwa…

4İngilizce biliyor musun? (z tur.) – Znasz angielski?

Dziękujemy za przeczytanie fragmentu naszej książki.

Jeśli Ci się spodobała i chcesz poznać ciąg dalszy, koniecznie zajrzyj na stronę

https://wydawnictwokdw.com,

gdzie znajdziesz tę i wiele innych wspaniałych historii.