Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Cykl: Kroki w nieznane, t. 5
Książka dostępna w zasobach:
Książnica Podlaska im. Łukasza Górnickiego w Białymstoku
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 768
Rok wydania: 2009
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
nimncH fnnmsTVKi
lan
Ludzie piasku i popiołu
Howard Szkaradne Waldrop kuraki
Zbawiciel
NAUKA BEZ SŁÓW
Prorok
- Ja nie znajduję w Nim żadnej winy - oparłszy się
Greg
- Nienawidzę cię!
- A mamy czas na wszystkie pięćdziesiąt wersji? -
Zaślubiny ze Słońcem
Przyjęcie
Imperator i Maula
Noty o autorach
| Podziękowania
Acknow-
ledsements
I'm©
>30% Biobasf Venfiefl Dy ASTM D68f
►>
RimflCH funmsTYM
TOM 5
W sprzedaży:
Kroki w nieznane 2005 Kroki w nieznane 2006 Kroki w nieznane 2007
Kroki w nieznane 2008
TOM 5
pod redakcją Mirka Obarskiego
Stawiguda 2009
Kroki w nieznane 2009 „The People of Sand and Slag” by Paolo Bacigalupi. Copyright © 2004 by Paolo Bacigalupi. Reprinted by permission of the author.
„A New Beginning” by Tony Ballantyne. Copyright © 2001 by Tony Ballantyne. Reprinted by permission of the author.
„The Farewell Party” by Erie Brown. Copyright © 2007 by Erie Brown.
Reprinted by permission of the author.
„Glory” by Greg Egan. Copyright © 2007 by Greg Egan.
Reprinted by permission of the author and author s agent, Curtis Brown Group, Ltd. „Sindrom Łazarja” by Aleksiej Kaługin. Copyright © 2001 by Aleksiej Kaługin. Reprinted by permission of the author.
„Pride and Prometheus” by John Kessel. Copyright © 2008 by John Kessel. Reprinted by permission of the author.
„The Prophet of Flores” by Ted Kosmatka. Copyright © 2007 by Ted Kosmatka. Reprinted by permission of the author.
„Saviour” by Nancy Kress. Copyright © 2007 by Nancy Kress.
Reprinted by permission of the author and author s agent, Ralph M. Vicinanza, Ltd. „Marvin” by Gustaw Nielsen. Copyright © 2002 by Gustavo Nielsen.
Reprinted by permission of the author.
„The Magicians House” by Meghan McCarron. Copyright © 2008 by Meghan McCarron. Reprinted by permission of the author.
„The Little Goddess” Copyright © 2005 by łan McDonald.
Reprinted by permission of the author and author s agent Zeno Agency, Ltd. „Stigmaty” by Julia Ostapienko. Copyright © 2004 by Julia Ostapienko.
Reprinted by permission of the author.
„Marrying the Sun” by Rachel Swirsky. Copyright © 2008 by Rachel Swirsky.
Reprinted by permission of the author.
„Ugly chickens” by Howard Waldrop. Copyright © 1980 by Howard Waldrop. Reprinted by permission of the author.
„Ali Seated on the Ground” by Connie Willis. Copyright © 2007 by Connie Willis. Reprinted by permission of the author and author s agent, Ralph M. Vicinanza, Ltd.
„The Emperor and The Maula” by Robert Silverberg. Copyright © 2007 by Robert Silverberg. Reprinted by permission of the author and author’s agent, Ralph M. Vicinanza, Ltd.
ISBN 978-83-7590-44-6
POOPiy),
n>aSZa GOrn'C?:S
V
Nr
INWTt.
W
bSSGsT
CŁÓWNY
i opracowanie graficzne okładki Grzegorz Kmin [orekta Bogdan Szyma ikład Tadeusz Meszko
Wydanie I
Agencja „Solaris” Małgorzata Piasecka 11-034 Stawiguda, ul. Warszawska 25 A tel./fax 089 541 31 17
solarisnet.pl
KSIĄŻKI W SIECI
solarisnet.pl
KSIĄŻKI W SIECI
e-mail: [email protected] sprzedaż wysyłkowa: www.solarisnet.pl
Ugly chickens
175
Nancy Kress Zbawiciel Saviour
Mirek
Obarski
Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapienko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen).
Najmłodszym autorkom w zbiorze można zarzucać, że w gruncie rzeczy napisały opowiadania psychologiczne. Bez kostiumu fantasy „Dom Maga” Meghan McCarron to freudowska, kontrowersyjna historia wchodzenia w dorosłość. Pozbawiając mitologii „Zaślubiny ze Słońcem” Rachel Swirsky
otrzymamy obraz wzajemnej fascynacji, ale i niedopasowania kobiety i mężczyzny. Ale z drugiej strony osiągnięcie wrażeń, które oferują te pełne wdzięku teksty byłoby zupełnie niemożliwe bez fantastyki. Sekunduje im Tony Ballantyne, bo „Nowy rozdział” to przewrotna historia o uzależnieniu, toksycznym związku i zdradzie.
Autorzy zza wschodniej granicy, jeśli nie chcą nas śmieszyć, to chwytają się natychmiast poważnych zagadnień. Julia Ostapienko zajmuje się w „Stygmatach” problemem wolności, zaś Aleksiej Kaługin w „Syndromie Łazarza” przekleństwem nieśmiertelności. Rosjanin opowiada historię wskrzeszenia w ujęciu materialistycznym, co w efekcie daje tekst bulwersujący. Fantastyka na serio to także domena Teda Kosmatki, rewelacji poprzedniego almanachu. Jego „Prorok z wyspy Flores” rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości, w której kre-acjonizm awansował do rangi ideologii. Paolo Bacigalupi, naczelny pesymista amerykańskiej fantastyki i zarazem jej objawienie, serwuje w „Ludziach piasku i popiołu” pozornie mili-tarystyczną sf. W istocie ten przytłaczający tekst mówi o utracie człowieczeństwa.
Kanwą kilku opowiadań są odwiedziny z kosmosu, modne ostatnio za sprawą filmu „Dystrykt 9”. Connie Willis sugeruje w „Usiądźcie wszyscy wraz...”, że może to być wydarzenie zabawne. Inaczej widzi rzecz Erie Brown w „Przyjęciu pożegnalnym”, tekście opartym na niedopowiedzeniu i niepewności. Początek „Zbawiciela” Nancy Kress nawiązuje do klasyki sf, ale wyłącznie po to, żeby uśpić naszą czujność. Blisko tematyki obcologicznej są dwie odmienne próby reaktywacji space opery. W „Glorii”, Greg Egan poszerza formułę gatunku refleksją nad rozwojem cywilizacji kosmicznej i trzyma się twardo praw fizyki. Robert Silverberg akcentuje w „Imperatorze i Mauli” wartość opowieści, tego na czym dotąd bazował ten odłam fantastyki.
Dopełnieniem tomu jest kilka świetnych opowiadań balansujących na krawędzi gatunku. „Duma i Prometeusz” Johna Kessela to gratka dla miłośników gier literackich i twórczości Jane Austin. „Szkaradne kuraki” Howarda Waldropa, które powstały blisko trzydzieści lat temu nic nie straciły ze swej wartości. Gustavo Nielsen sięga po fantastykę chętnie i z powodzeniem. Jak w „Marvinie”, wyciszonej historii o niesamowitej aurze, będącej jego znakiem wywoławczym. Autor „Małej bogini”, łan McDonald, bywa coraz częściej doceniany poza kręgiem miłośników fantastyki. Brytyjczyk porównywany jest do Raya Bradburyego, poety science-fiction.
Poczułem, że muszę przeprosić, jak tylko wszedłem do mieszkania.
- Chcę cię przeprosić - powiedziałem, zdejmując płaszcz. Julia uniosła na mnie wzrok znad książki i z wyczerpanym
wyrazem twarzy potrząsnęła głową.
- Nie teraz, James. Jestem za bardzo zmęczona.
Ostatnimi czasy kłóciliśmy się zbyt często, stosując taktykę
starych wyg, wyjątkowo doświadczonych w prezentowaniu niewielkich ustępstw, oczekując podobnych zachowań od drugiej strony. Wtedy właśnie do niej dotarło. Z uśmiechem na twarzy zerwała się na równe nogi.
- Złapałeś to, tak? Złapałeś Niebieskie Szkło.
Objęła mnie ramionami i przytuliła tak mocno, aż moje ciało zatrzeszczało i zadrżało. To było miłe uczucie, lecz szybko stało się zbyt intensywne, aż gwałtownie wypuściłem z siebie powietrze. Wpatrując się twarzą pełną niepokoju, uwolniła mnie z ramion.
- Och, przepraszam. Zapomniałam, jak czułym jest się na samym początku. Chodź tu i usiądź.
Wzięła mnie za rękę, ciepłym i trzeszczącym chwytem, po czym poprowadziła w kierunku naszej starej, poplamionej sofy. Dopiła resztkę lemoniady ze stojącej tam szklanki, po czym wyciągnęła ją w moim kierunku. W mojej odmienionej wizji szkło zdawało się lśnić od środka głębokim purpurowym światłem. Dokładnie taki sam blask emitowała wilgoć jej pięknych brązowych oczu.
- A teraz po prostu potrzyj ją palcem. Delikatnie, wzdłuż ścianki.
Oblizała wargi, a ja dostrzegłem wewnątrz jej ust piękny niebieski odcień. Nachyliłem się, by ją pocałować, lecz potrząsnęła głową.
- Nie. Najpierw szklanka. Powoli, nie spiesz się.
Wyciągnąłem palec i dotknąłem szkła. Przyczajony dźwięk
już czekał tuż pod jego powierzchnią. Wystarczyło pstryknąć palcem, by go usłyszeć. Gdy dotknąłem szklanki, ukryty dźwięk wypełnił mi ciało. Przeciągnąłem palcem po ściance naczynia, a każda komórka mojego ciała zadrżała na znak solidarności.
- Miłe, prawda? - spytała Julia.
- Mmm - zamruczałem w odpowiedzi.
- Przez chwilę gładź szklankę. Później potrzymamy kawałek drewna. Daje takie ciepłe, żywe odczucie.
Jakiś czas siedzieliśmy tak sobie w ciszy. Ja pocierałem szklankę, a Julia tylko patrzyła na mnie, uśmiechając się. Było tak, jakby sprzeczki ostatnich kilku tygodni w ogóle się nie wydarzyły.
- Gdzie złapałeś? - spytała.
Zadrżałem, gdy wspomnienie przeciskało się na zewnątrz przez migotliwe trzaski wrażenia. Obraz nachylającej się nade mną wysokiej, patykowatej postaci, pokrytej wypłowiałą białą szczeciną. Pusta maska jej twarzy z dwiema mrocznymi półkulami odbierających w podczerwieni jam czuciowych, które znajdowały się w miejscu oczu. Na chwilę przestałem gładzić szkło.
- Zaraził mnie obcy. Czekałem na zmianę świateł na przej -ściu koło ratusza, gdy nadbiegł ku mnie. Kluczył pomiędzy samochodami i ciężarówkami, omijającymi go ledwo o włos. Zamarłem z... trwogi, jak mi się zdaje. A on stał tam na ulicy, tuż przy krawężniku, wpatrując się we mnie. Mogłem dostrzec szok malujący się na twarzach kierowców, wykręcających w ostatnim możliwym momencie, by go wyminąć.
- Ratusz wyznacza mu granice terytorium. - Julia pokiwała głową ze zrozumieniem. - Nie wkroczy na obszar obcego z Downey Road.
Przytaknąłem jej ze zniecierpliwieniem. To była moja historia, nie jej.
- Tak, wiem. W każdym razie, wpatrywał się we mnie przez jakieś dziesięć sekund, po czym po prostu odwrócił się nieoczekiwanie w innym kierunku, jak jakiś ptak, i skupił na czymś zupełnie innym w górze ulicy. I już go nie było, ponownie wbiegł w ruch uliczny. Dopiero w połowie drogi do domu zdałem sobie sprawę, że mnie zaraził.
Zadrżałem na samo wspomnienie. Słowo „obcy” stało się frazesem. Łatką pozwalającą nam unikać konieczności przyznawania przed sobą, z jak dosłownie innego świata pochodziły te istoty. Julia nic nie odpowiedziała, a ja nie rozumiałem wtedy, że jej milczenie wyrażało głębsze zrozumienie sytuacji. Znów zacząłem pocierać szklankę, tym razem obejmując ją dłońmi. Było to elektryzujące uczucie. Obserwowałem, jak drgające walce niebieskiego światła wzbierają z drżeniem w kierunku sufitu, przemawiając do mnie uspokajającym mruczeniem.
- To cudowne. Przez tak długo nie zdawałem sobie sprawy o czym mi opowiadałaś. Nie powinienem na ciebie krzyczeć, gdy pozwalałaś się zarażać. A kiedy rzuciłaś pracę, powinienem starać się ciebie zrozumieć. Powinniśmy przeżywać to wspólnie w domowym zaciszu.
Na twarzy Julii pojawił się nieznaczny uśmiech.
- Zostało jeszcze mnóstwo chorób, które możemy złapać. Barnaby twierdzi, że jest ich przeszło sto pięćdziesiąt. Jestem pewna, że niektóre z nich możemy przejść wspólnie.
Przebiegła mi dłonią po włosach, poczułem trzaski, jakby przepełniała je elektryczność. Przez moje ciało, upojnym drżeniem, przebiegły fale ciepła.
- Jakie to miłe uczucie. Co je powoduje?
Zaczęła delikatnie ugniatać mi głowę, równocześnie recytując lekcję, której nauczył ją Barnaby.
- Czynnik powodujący Niebieskie Szkło jest przenoszony w wodzie. Obcy wydzielają zakażoną substancję, wychwytywaną przez warstwę szczeciny porastającej ich ciało, i ta czeka tam tylko, aż obcy przelotnie się o kogoś otrze. Po zarażeniu, czynnik przenika do twojego układu nerwowego i tam inku-buje. Odmienne wrażenia, które obecnie odbierasz, są właśnie wynikiem jego działania, gdy - w celu reprodukcji - przebudowuje ci układ nerwowy. Doznania te przemijają po rozpoczęciu reprodukcji, lecz wtedy twoje ciało staje się zdolne do przyjęcia większej liczby obcych chorób. Niebieskie Szkło przeciera im szlaki.
- Och - westchnąłem z przyjemnością. - Ile to będzie trwało?
- Dwa do trzech dni. Ciesz się, póki możesz.
Kiedy teraz wspominam kłótnie, jakie raz za razem wybuchały między nami, gdy Julia zaczęła kolekcjonować obce choroby, czy sposób, w jaki stawiałem pod znakiem zapytania jej inteligencję i zdrowy rozsądek, to zawsze byłem lekko zdziwiony spokojem, z jakim przyjmowała moje późniejsze przeprosiny. Kilka pierwszych dni po złapaniu Niebieskiego Szkła prawie przypominało te z początku naszej znajomości. Prawie. Zawsze istniała bowiem między nami ta niewielka strefa milczenia. Tego, o czym nigdy nie rozmawialiśmy.
Zaraz po Niebieskim Szkle złapałem Promyk Słońca w Kościach. Promyk Słońca w Kościach. Ta nazwa brzmi dosyć dziwnie dla wszystkich, którzy nigdy tego nie przeszli. Wiecie, jak to jest podczas poważnego przeziębienia, gdy człowiek leży sobie w łóżku cieplutko opatulony? To uczucie zadowolenia, gdy ktoś przynosi wam gorące napoje, a wy nie musicie się martwić obowiązkami, pracą ani niczym innym, a jedynie kulicie się, by wracać do zdrowia? Tak właśnie wygląda Promyk Słońca w Kościach, tyle tylko, że bez tych wszystkich negatywnych symptomów, takich jak zablokowane uszy, bóle głowy czy cieknący nos.
Pamiętam, jak leżąc na sofie, uśmiechnąłem się do Julii, która przyniosła mi kolejną szklankę gorącej herbaty z cytryną.
- Dlaczego nam to robią? - spytałem.
Chcąc przysiąść na krawędzi łóżka, zrzuciła na podłogę jakiś kolorowy magazyn i uśmiechnęła się do mnie.
- Nie wiem. Barnaby twierdzi, że obcy zmieniają nasze ciała. Każda choroba troszkę nas ulepsza. Na początku odnowiono ci układ nerwowy, teraz odmładzają twój szpik kostny. Każda z chorób czyni nas odrobinę lepszymi.
Zmarszczyłem brwi i upiłem łyk herbaty. Smakowała tak cudownie, że poczułem się parszywie, nie mogąc się z nią zgodzić.
- Och. To dziwne. Mam wrażenie, że obcy nawet w najmniejszym stopniu, tak czy inaczej, nie dbają o ludzi. Popatrz tylko na tego naszego. Czasem, dotykając płyt chodnika, czołga się na czworakach po głównej ulicy, a kiedy indziej można go zobaczyć, jak wpatrując się w gwiazdy wysiaduje na dachu Kings Arms. Nieustannie widuję go, jak wchodzi czy wychodzi z kanałów. Biega wzdłuż granic swojego terytorium, czy też po głównej ulicy, wymijając ludzi, jakby ich tam zupełnie nie było, ale nigdy, jak się zdaje, nie jest nami zainteresowany. Kiedy mnie zarażał, miałem wrażenie jakby patrzył przeze mnie na wskroś.
Julia rozparła się wygodnie i przeciągnęła zmysłowo. Zapuszczała włosy. Kosmyki tlenionych włosów rozłożyły się na obiciach sofy, a ich lśniące, brązowe odrosty tworzyły poduszkę wokół jej głowy. Uśmiechnęła się do mnie protekcjonalnie.
- Starasz się wyczytać konwencję mowy własnego ciała u obcej istoty. Bety od tysiącleci podróżowały przez galaktyki. Barnaby twierdzi, że dzielą wspólną pulę pamięci gatunkowej, której używają do wzajemnej komunikacji. Czy język ciała znaczy cokolwiek dla telepaty? Czy ty naprawdę uważasz, że możemy pokładać nadzieję, że u tak zaawansowanej rasy odnajdziemy odpowiedniki wszystkich naszych doświadczeń?
Poczułem się lekko zraniony. Odpowiedź, jakiej jej udzieliłem, była wynikiem mego rozdrażnienia.
- Nie wyglądają znowu na aż tak zaawansowanych. Przypominają raczej stado ptaków, które wylądowało na naszej planecie. Gromadka rudzików, z których każdy broni własnego terytorium. Nijak nie wygląda, by komunikowali się z ludźmi.
- Mmm. Może jeszcze tego nie robią - odparła enigmatycznie Julia. Nieoczekiwanie ziewnęła, po czym przeciągnęła się i wstała. - Słyszałam, że Selina złapała coś nazwanego Symfonią Smyczkową. Brzmi ciekawie. Pomyślałam, że wpadnę do niej, by sprawdzić, co to takiego. Chcesz iść?
Potrząsnąłem głową. Jak na razie byłem całkiem zadowolony z Promyka Słońca w Kościach.
- Jak sobie chcesz - powiedziała, wychodząc z pokoju. - Do zobaczenia.
- Cześć - odpowiedziałem, lecz kiedy wyszła, nie było już tak samo. Zasnąłem, starając się sobie wyobrazić, w jaki sposób obce choroby zmieniały moje ciało, przeistaczając mnie w nową, wspaniałą istotę. Zamiast tego męczyły mnie koszmary. Obcy wpatrywał się we mnie swoimi niewidzącymi, ciemnymi jamami oczu. Westchnął z przyjemności, gdy moja wola powoli, wraz z kolejnymi falami chorób, oddzielała się ode mnie, aż znalazłem się całkowicie pod jego kontrolą.
Kiedy się obudziłem, Promyk Słońca powoli znikał z moich kości.
Julia złapała Symfonię Smyczkową od Seliny i prawie przez tydzień chodziła z uśmiechem na twarzy, wywołanym grającą jej w uszach muzyką sfer. I nieważne, jak bardzo się starałem, nie mogłem się tym zarazić. Za to udało mi się złapać Parchy. Skóra nabrzmiała mi wielkimi, czerwonymi i ropiejącymi krostami, które szybko twardniały, tworząc brązowe strupy, rozmiarami, kształtem i kolorem przypominające jednopensówki.
- Ohyda - zajęczałem pewnego ranka, strząsając z łóżka odpadłe ze mnie strupy.
- Mnie to mówisz - powiedziała z niesmakiem Julia. - Nie mógłbyś sypiać na sofie?
Popatrzyłem na nią zdziwiony.
- Powinnaś okazać mi trochę więcej współczucia.
- Podobnie jak ty, kiedy to złapałam?
Spuściłem oczy.
- Przepraszam, ale wtedy nie zdawałem sobie sprawy jak to jest. Myślałem, że to była wyłącznie twoja wina.
Podeszła do mnie i musnęła wargami mój policzek.
- Wiem. Większość niezarażonych ciągle jeszcze tak myśli. Biedaku.
Przysiadłem na brzegu zapadającego się łóżka i pogrzebałem palcami u stóp w czerwonawym stosiku strupów zebranym na starym dywanie. Oparłem na kolanach wypełnione nimi dłonie i rozejrzałem się wokół, po zniszczonych, żółtych, drewnianych panelach ścian pokoju. Nowość, związana ze wspólnym mieszkaniem, odpłynęła już dawno. Wpatrywałem się w szarą, wełnistą nitkę pajęczyny, odchodzącą z sufitu aż do bezkształtnej brązowej szafy, i chciałem stąd wyjść, zniknąć na cały dzień. Wszystko, byle się wyrwać z ciepłej klaustrofobii naszych słabo oświetlonych pokoi i niekończących się filiżanek herbaty z mlekiem, które musiałem pić, by karmić swe wypełnione wysiękiem strupy.
- Nienawidzę tego - stwierdziłem, wzdychając. - Czuję, jak mnie wysysają. Każdy odpadający ze mnie strup przypomina kolejną cząstkę mnie, którą tracę na zawsze. Czy nie uważasz, że to właśnie nam robią? Dzień po dniu zbierają nas po trochu jak jakieś plony? Ocalają nasz materiał genetyczny z biologicznych szczątków zrzucanych przez nasze ciała?Jeśłfct£wałobv to wystarczająco długo, nic by ze mnie nie^ mnie odbudować z tych pozbieranycj wolnika na swoim statku kosmiczny]
- Obcy nie mają statku. Wszysc]
- No, ale wiesz, co mam na myśiDTOrh^sk'^ złapana choroba zmienia nas w jakiś sp<
tak daleka, tylko po to, by nas nimi zarażać? Musi być jakiś powód. W co oni nas przemieniają?
Julia wzięła szczotkę do włosów i przyklękła przed sięgającym jej do pasa lustrem, opartym o ścianę w pobliżu drzwi. Powoli zaczęła szczotkować włosy, tak wyczesując ich kosmyki, by móc widzieć swój naturalny kolor lśniący w świetle. Pomyślałem, jak to wolałem ją z krótkimi blond włosami, lecz nie powiedziałem tego na głos. Dalej czesała się w ciszy. Zacząłem ponownie.
- No wiesz, popatrz tylko na mnie. Przez ostatnie kilka tygodni zmieniono mi układ nerwowy, mój szpik kostny też uległ zmianom, a teraz zrzucam skórę. Słyszałem, że te zmiany są genetyczne i że zapisano je w naszym DNA. Nasze dzieci urodzą się już przeistoczone. I to nie tak, że będą posiadały naturalną odporność na Niebieskie Szkło, lecz ta choroba nie będzie się ich imać, gdyż już ich odmieniła. Oto, co chcę powiedzieć i nie przekonasz mnie, że ciebie to nie martwi. Skąd mamy mieć pewność, że obcy działają w naszym interesie?
Julia przeciągnęła ze złością szczotką po włosach, po czym upuściła ją na podłogę. Nagłym ruchem odwróciła się do mnie.
- Czasem naprawdę mnie wkurzasz, James. Nie słuchasz niczego, co do ciebie mówię, nie zgadzasz się ze wszystkim, co przeczytasz, a na dodatek starasz się wierzyć wszystkim historiom zasłyszanym w pubie od nieznajomych. Obcy nie mogą nam zaszkodzić i tego nie zrobią. To powszechnie zaakceptowany fakt, ustalony podczas kontaktu. Nikt, absolutnie nikt tego nie neguje. Nikt, za wyjątkiem ciebie.
Potrząsnąłem powoli głową. Tak właściwie, to i ja wierzyłem w to samo. Każdy, kto poczuł tamtej nocy falę wiary przelewającej się przez świat, gdy obcy wreszcie wyswobodzili się z gigantycznej kupy błota, którą wyhodowali na Wanstead Flats, nie mógł czuć inaczej. Witajcie, powiedzieli. Dosłyszeliśmy wasze umysły wołające do nas z przestrzeni. Nie zrobimy wam krzywdy. To było tak oczywiste, że leżało poza wszelkimi wątpliwościami.
Tym, którzy uważają nas z powodu naszej wiary za naiwnych i głupich, powiem tak: po pierwsze, jeśli was tam nie było, to tego nie zrozumiecie, po drugie, jak na razie wszystko wskazuje, że mieliśmy jednak rację. Obcy nigdy nie zamierzali nam zaszkodzić.
Twarz Julii złagodniała.
- Przepraszam, że na ciebie naskoczyłam - powiedziała.
- To nie twoja wina. Pamiętam, jak sama przechodziłam Parchy. Masz wtedy negatywne nastawienie do całego świata. Nie martw się. Przejdzie ci.
Wyprostowała się i przebiegła palcami po włosach, popatrzyła na siebie z zadowoleniem i sięgnęła po wiszący na tyłach drzwi nowy brązowy, wełniany płaszcz.
- Wychodzę na chwilę - stwierdziła. - Potrzebuję świeżego powietrza. Chcesz czegoś?
Spuściłem wzrok na dywan i westchnąłem.
- Zostań ze mną - poprosiłem. - Nudzę się.
- Nie będzie mnie tylko przez jakąś godzinkę - powiedziała. - Jesteś pewien, że niczego nie potrzebujesz?
Popatrzyłem na garść trzymanych w ręce strupów i ponownie westchnąłem.
- Tak, jestem. Co powinienem z nimi zrobić?
Podążyła wzrokiem za moim spojrzeniem i zaczęła chichotać.
- Powinieneś je pozbierać, a następnie umieścić w słoiku, który schowasz w suchym i bezpiecznym miejscu. Nie pozwól, by obcy ci je ukradli.
Uśmiechnąłem się i potrząsnąłem głową w udawanej rozpaczy.
- Jesteś chora.
Zebrałem do ręki kilka pozostałych na łóżku strupów i przeszedłem do łazienki, gdzie wrzuciłem je do toalety.
Niezapominajkę złapaliśmy wspólnie z Julią od jakiejś pary, poznanej w pubie niedaleko ratusza. Tamci złapali Niebieskie Szkło prawie zaraz po tym, jak obcy wyznaczył granicę wokół South
Street i byli obecnie wytrawnymi graczami w grze w obce choroby. Starania Julii, by zaimponować im przechodzonym niedawno atakiem Symfonii Smyczkowej, nie poruszyły ich nic a nic, lecz śmiali się, gdy opowiedziałem im o moim słoiku pełnym parchów. Gdy wieczór miał się już ku końcowi i byliśmy już bardzo pijani, zgodzili się nas zarazić. Niezapominajka jest - podobnie jak Niebieskie Szkło - chorobą węzłową. Musisz ją złapać, by otworzyć swe ciało na możliwość zarażenia kolejnymi chorobami. Mieli już zamykać, gdy mężczyzna nachylił się nade mną i pocałował mnie w usta, po czym zaczął chichotać. Uśmiechnąłem się z przymusem, nie zdając sobie sprawy, z czego tak naprawdę się śmiejemy. Dopiero później dowiedziałem się, że Niezapominajka przenosi się poprzez stan umysłu, a nie na drodze kontaktu fizycznego. Upojenie alkoholem pozwala chorobie przeskoczyć w odpowiednie miejsce pnia mózgu, nieznacznie zmodyfikowane już Niebieskim Szkłem.
Zataczaliśmy się, gdy trzymając się wzajemnie pod rękę, wracaliśmy do domu.
- Jestem pijana - zachichotała. - Nie mogę sobie przypomnieć, gdzie mieszkamy.
- Tędy - powiedziałem, wskazując w dół uliczki, którą w połowie długości blokowało metalowe ogrodzenie, za którym leżała ciemność pustki porzuconego, niezagospodarowanego terenu. Oboje zaczęliśmy się śmiać.
- Niezapominajka przeprogramuje nam mózgi - powiedziała Julia. - Przesunie nasze wspomnienia, umieszczając je w zupełnie innych miejscach.
Stałem niepewnie na nogach, kołysząc się i starając sobie przypomnieć. Wszystkim, co przychodziło mi do głowy, było świąteczne ciasto. Wbijanie szpikulca, by zrobić w nim otwory, a następnie nalewanie tam whisky z nakrętki butelki. Bogaty smak nasączonych alkoholem rodzynek wypełnił mi usta. Nieoczekiwanie uczucie się rozpłynęło i doznałem przebłysku pamięci.
- Poszliśmy w złą stronę. Wracamy.
Niezapominajka jest najlepszą chorobą. Teraz może tak nie uważasz, ale kiedy już ją złapiesz...
Siedzieliśmy z Julią na łóżku, zajęci zabawą w sprawdzanie pamięci.
- Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam śnieg - opowiedziała. - Tata wyciągnął mnie w ramionach i patrzyłam w górę, na ciemne niebo, a w moim kierunku zaczęły spadać te duże białe płatki. Wrzeszczałam z zachwytu. A wtedy jeden z nich spadł mi na język, a ja po prostu nie mogłam przestać chichotać.
Trzymałem ją za rękę, starając się sobie przypomnieć, jak miała na imię. Wróciło to do mnie w postaci nieoczekiwanej fali, której towarzyszył wybuch prawdziwego uczucia. Przypominało to prawie tę gorączkę, która trzymała mnie w szponach przez pierwsze trzy tygodnie naszej znajomości. Coś innego wyciekło mi z pamięci.
- Zapomniałem jak brzmieli Beatlesi - stwierdziłem.
- No, no! Nieźle. - Julia wyraźnie była pod wrażeniem. Wspomnienia wkrótce powrócą, i to olbrzymią falą, a będzie to przypominać słuchanie każdej z ich piosenek po raz pierwszy, tyle że tym razem będą one poobklejane wszystkim innym, całym późniejszym, nabieranym z czasem głębszym zrozumieniem, które pozwalało ci naprawdę doceniać, co posiadałeś.
Po wszystkim, co powiedziano na temat tego, co zrobili nam obcy, Niezapominajka wciąż była wspaniałym przeżyciem.
Julia zaczęła się uśmiechać. Mocno ścisnęła mi dłoń i zwinęła palce u nóg, rolując w fałdy tanie wzorzyste prześcieradło.
- Później mam zamiar się wymknąć i spotkać z Barnabym. Sypiamy razem, wiesz. - Zachichotała. - Och nie, zapomniałam. Nie powinnam była ci tego mówić, prawda?
Przeczesałem dłonią jej coraz dłuższe brązowe włosy i zakręciłem na palcu ich blond końcówki. Również chichotałem.
- Nie przejmuj się. Mój mózg mi mówi, że wiedział o tym. - Zaśmiałem się głośniej. - Ojej! Teraz o tym zapomniałem!
Lecz później to do mnie wróci, a wtedy naprawdę zaboli.
- O czym zapomniałeś? - zapytała Julia i oboje zaśmialiśmy się jeszcze głośniej.
Chwila przeminęła, westchnęliśmy i ułożyliśmy w ciszy na łóżku. Julia obróciła się na brzuch, oparła głowę na mojej piersi i zaczęła gładzić mnie po ramieniu.
- Więc to tak - powiedziała. - Ostateczne zrozumienie. Powiadają, że Niezapominajka jest końcem początku. Powinniśmy osiągnąć stan łaski, który doprowadzi nas do docenienia pozostałych, wciąż czekających na nas chorób. Nasze ciała są przygotowane.
- Mmm - stwierdziłem, wpatrując się w wielką papierową kulę delikatnego abażuru.
- Wszelkie dzielące nas lata, cała dzieląca nas odległość. Wkrótce będziemy mogli zajrzeć do puli wspomnień gatunku obcych. Jak to będzie, spojrzeć przez przestrzeń, by zajrzeć w umysły innych istot, błyszczące w ciemności niczym gwiazdy?
- Oświecenie - powiedziałem.
- Też tak myślę - marzycielsko zgodziła się ze mną. Nagle stężała.
- Poczekaj. Nadchodzi. Czujesz to?
Czułem. Ogromna ciemna jama rozwarła się gdzieś i wpadaliśmy w nią w naszych umysłach. Pośrodku było światło. Julia chwyciła mnie za ramię, a ja ułożyłem się wokół niej. Światło rozlało się i obmyło nasze ciała.
Nie minął tydzień, a Julia zostawiła mnie i wprowadziła do Barnabyego. Mają całkiem przyjemne mieszkanko w szemranej okolicy tuż za ratuszem. Z powodu tamtejszych dzieciaków malujących po murach, dzielnica sprawia wrażenie bardziej zrujnowanej, niż jest w rzeczywistości, lecz Julia zapiera się, że czuje się tam bezpiecznie, gdy musi wyjść w nocy. Żeby było śmiesznie, ich mieszkanie jest o rzut beretem od owych zapuszczonych terenów, przy których wylądowaliśmy tej nocy, gdy zapomnieliśmy drogi do domu. Julia ma teorię, że jesteśmy w stanie wyczytać własne myśli zarówno z czasowym wyprzedzeniem, jak i po fakcie. Według jej teorii, kierowała się wtedy najzwyczajniej w świecie do swego przyszłego domu. Ja wciąż nazywam to wyłącznie zbiegiem okoliczności. Kłócimy się o to, kiedy się spotykamy, by wymienić choroby. Istnieje spora grupka oświeconych, którzy myślą, że ma rację, lecz ogólnie rzecz biorąc większość z nas uważa, że to po prostu czysta fantazja. Bardzo rzadko można spotkać oświeconego, który nie stąpa twardo po ziemi. Jesteśmy rozsądną gromadką. Cóż nam zostało, musimy tacy być, prawda? Tworzysz sobie te wszystkie fantazje o własnym miejscu we wszechświecie, o tym, jak to ktoś cię dogląda, i nagle pojawiają się obcy i wydawać by się mogło, że można najzwyczajniej w świecie przestać to robić. Przybyli, by pomóc ci przekształcić swe ciało i przenieść na wyższą płaszczyznę istnienia, ale oczywiście to nie do końca tak, prawda?
Grupka rolników - oto kim są. Dokładnie nie tyle rolnicy, co pasterze. Przez tysiąclecia powoli przemierzający wszechświat w poszukiwaniu planet, na których życie wyewoluowało w sposób umożliwiający podtrzymanie ich żywego inwentarza: stu pięćdziesięciu - czy coś koło tego - chorób, tworzących ich stado. Hodują je wewnątrz naszych ciał, stających się ich nowym pastwiskiem, by zbierać dziwaczny plon, kolekcjonując martwe bakterie, których się pozbywamy. Zobaczyłem to wszystko z Julią w jednej olbrzymiej pętli, dzięki ich skumulowanej pamięci gatunkowej, zaraz po tym, jak Niezapominajka przyłączyła nas do wspólnej części ich świadomości. Runęliśmy w przeszłość przez czas, świat za światem, do jakiejś niczym nie wyróżniającej się dalekiej planety, na której pierwotnie ewoluowali. Odbijając się znów do przodu, podążając ich śladem, do coraz to nowszych światów, gdy mieszkańcy planet i ich potomstwo uodparniali się na ich choroby. Gdy nie mogli już dłużej uprawiać swej metaforycznej ziemi.
To trzeźwiąca myśl, która równocześnie zmusza, byś stanął twarzą w twarz z faktami. Wcale się nami nie interesowali. W głębi naszych serc wiedzieliśmy o tym, wystarczyło tylko zauważyć, jak na nas patrzą.
Dostrzeżenie prawdy tego kalibru zmusza do stawienia czoła prawdziwemu światu.
Co w takim razie zrobiłem? Cóż, posprzątałem mieszkanie. Ta długa pajęczyna definitywnie musiała stąd zniknąć. Wyrzuciłem zapychające mi szafę stare ciuchy i sprzedałem gitarę, na której nigdy nie nauczyłem się grać. Nawet przeczyściłem lodówkę. Odkurzyłem edytor tekstu i znów zacząłem pisać artykuły do magazynów i gazet. To była moja pierwsza próba - moje otrzepanie się z kurzu. Czuję, jakbym ponownie zapanował nad własnym życiem, a nie czekał, aż rzeczy same mi się przydarzą. Wydaje mi się, że kiedy przybyli obcy, wszyscy włączyliśmy sobie pauzę w naszych życiach.
Och, boli mnie gardło, mocno, jakby brała mnie jakaś choroba. Mam nadzieję, że to jedynie najzwyklejsze przeziębienie.
Przełożył Konrad Kozłowski
Mały człowieczek, zanim jeszcze zsiadł z motoru, zdjął kask i powiesił go na kierownicy. To był stary motocykl, pomalowany na czarno syntetycznym lakierem, a z tyłu miał przyczep-kę na rowerowych kołach, z której wystawały kolorowe pudła. Kiedy podjechał pod bramę szkoły, zauważyłam, że ma zajęczą wargę. Przekątna linia dzieliła jego uśmiech na dwie niepasują-ce do siebie krzywizny, przez co chwilę musiałam się przyzwyczajać do jego wyglądu.
Pół ranka zeszło mi na próbach wydobycia z Anity jakichś odpowiedzi oraz na przywoływaniu reszty uczniów do porządku, żeby dali jej spokój. Uczę od czterdziestu dwóch lat. Tamtego dnia uczyłam od trzech godzin, ale już wiedziałam, że na wsi różnice jeszcze bardziej rzucają się w oczy. Kulawy pies w polu pszenicy przeznaczony jest do odstrzału. A Anita, biedaczka, była najwolniejsza z całej klasy.
Najbliższa miejscowość leżała dwadzieścia kilometrów dalej. Dzieci przyjeżdżały konno, powozem, niektóre autem. Prócz tych, które przyjeżdżały autem, wszystkie pojawiały się w szkole ze względu na potrawkę. Kucharką była mama Anity. Kroiła warzywa i mięso na drobne kawałeczki, a do tego dodawała grzyby. To były takie brązowe, bardzo kwaśne kapelusze, które ujednolicały kolor i smak wszystkich potraw. I tak gulasz nie różnił się niczym od zupy z soczewicy. Mama Anity była grubą i upartą kobietą, i zawsze chodziła w klapkach. O swojej córce mówiła tak, jakby to był ktoś obcy. „Nie ma się co przejmować, głucha jest, można do niej gadać po próżnicy”, tłumaczyła poklepując ją czule po głowie. „Jak tak dalej pójdzie, to się nawet nie nada do podawania do stołu u pana, nie ma co”.
Tego dnia dzieci wyjątkowo dokuczały Anicie. Musiałam jednego wyrzucić z klasy. Była zima. Wyjrzałam przez okno; chłopak, Gastón, dygotał. Wtedy pojawił się człowieczek na motorze. Widziałam, jak podaje chłopcu rękę, jak się pochyla. Odwróciłam głowę do klasy i do pytania mamy Anity. Niewiarygodne, że ta kobieta mogła patrzeć na swoją płaczącą córkę i pytać, czy ma dać cebulę do sosu czy nie. Napluli Anicie na głowę. Zauważyłam to, kiedy ją przytuliłam. Ciepło jej ośmiu lat wtuliło się w moje piersi i brzuch. Przejdzie do następnej klasy, bo wszyscy przechodzą. Tak to jest w wiejskich szkołach. I tak miało być i tutaj, w tej pojedynczej szkolnej sali zagubionej w polu. I niech sobie przyjeżdżają wizytatorzy.
- Więcej cebuli i mniej grzybów - powiedziałam. Wyszła.
Człowieczek zapukał dwa razy w szybę. Pocierał ręce. Wyszłam.
- Gastón, możesz wracać. - Chłopiec kopnął kamyk. -Tak?
- Jestem magikiem - powiedział człowieczek.
Chuchał sobie w dłonie. Para buchała spod jego blizny jak
słup dymu. Dłonie miał delikatne, bez biżuterii czy zegarka.
- Tak? - zapytałam.
- Objeżdżam szkoły - dodał - i robię pokaz dla uczniów...
Jego przyczepka wyglądała jeszcze dziwniej przy tym motorze niż ta warga na twarzy.
- Kiedy?
- Teraz, zaraz.
Powiedziałam, że teraz nie da rady, bo prowadzę lekcję. Wyglądał na rozczarowanego. Popatrzył na dzieci, które przez sekundę siedziały cicho i bez ruchu.
- Jeśli pani woli, wpadnę na przerwie... Albo później.
Rozchylił ręce i usta. Dwie części jego górnej wargi zawibrowały.
- Kiedy później?
Wzruszył ramionami. Nie zamierzał wracać.
- Dobra - powiedziałam. - Ale proszę poczekać, aż skończą wypracowanie. Niech pan wejdzie, zimno jest.
Przytaknął. Potarł zdrętwiałe ręce i ruszył w stronę przyczepy. Wyładował pudła. Miał cylinder pomalowany tym samym lakierem, który został mu po malowaniu motoru.
- Gdzie się mogę rozłożyć? - zapytał.
- W kuchni.
Odprowadziłam go do drzwi. Kucharka stała plecami do nas. Kiedy wróciłam, dzieci zdążyły ukraść Anicie zeszyt.
- Zamykamy oczy i zeszyt ma się pojawić sam - powiedziałam.
- To on, to on - krzyczała Anita.
Przymknęłam powieki. Z przeciwnej strony niż pokazywała Anita, dziewczynka z pierwszej klasy rzuciła jej zeszyt.
- Cisza - poprosiłam.
W drzwiach klasy stała jej mama. „Kim jest ten pan? Kto to widział, dał mi całusa i podwędził jabłko. Kazałam mu zaraz wyjść, ale on na to, że go pani przysyła”.
- Proszę mu powiedzieć, żeby przyszedł.
Otworzyłam zeszyt Anity na stronie z wypracowaniem.
Ktoś na nią nadepnął. Odcisk, jak jakaś pieczęć, odbił się na linijkach i dziecięcym piśmie. Udało się jej napisać: „Krowa lubi dobże jeść”; poprawiłam błąd i poszukałam czystej strony.
- Wyrzucono mnie - powiedział człowieczek.
Wskazałam mu pustą ławkę, żeby usiadł. Znów wyszedł
i wrócił z dwoma złożonymi pudłami, które ustawił na podłodze. Jedno było złote i miało napis „Marvin”; drugie czerwone ze smokami. Cylinder położył na poziomym smoku, a resztę pudeł pod ścianą. Zanim usiadł, pokazał pustą dłoń i zakasał rękawy; potrząsnął palcami w powietrzu i pojawił się kwiatek. Goździk. Gastón podszedł do magika, który szepnął mu coś do ucha. Gastón wyszedł na przód klasy i wręczył mi goździka. Marvin puścił do mnie oko. Pomyślałam, że jednak nie trzeba było się zgadzać. Wszystkie dzieci, oprócz Anity, o coś go prosiły. Mama Anity, wściekła, pojawiała się w drzwiach.
- Niech mi pan powie, gdzie schował cebule.
Stukała czubkiem swojego prawego klapka o betonową podłogę. Spojrzałam na Marvina, a on uniósł brwi.
- Musiały zniknąć - odpowiedział. Dzieci wybuchnęły śmiechem, w powietrzu pojawił się papierowy samolot. Mama Anity odwróciła się mamrocząc coś pod nosem.
- W porządku - poddałam się. - Wygrał pan. Proszę robić przedstawienie.
- Hurra! - krzyczały wszystkie dzieci prócz Anity, która gryzła sobie paznokcie i wyjadała spod nich smarki. Magik wyszedł na przód klasy witany brawami i gwizdami. Poprosił o ciszę, żeby dokończyć rozkładanie pudeł.
Usiadłam na jego miejscu. Jedyny chłopiec z trzeciej klasy, ten z napomadowanymi włosami, zaświstał jak na swojego konia. Marvin miał sześć pudeł. Ustawił trzy, jedno na drugim, tak że utworzyły wieżę wysokości dziecka. Otworzył we wszystkich drzwiczki i zobaczyliśmy, że są ze sobą połączone, jakby to był jeden kuferek. Nałożył sobie cylinder.
- To próba, którą robię w każdej szkole, od Azul aż dotąd. To magia powielania głów. Wierzycie w takie czary?
- Taaaak - odpowiedziały dzieci.
- Ja nie - odezwałam się.
- Pani nie? - zapytał. - A to dziwne. Nauczycielka powinna wierzyć w powielanie głów... - stwierdził.
- Nie wierzę, bo nie wiem, o co chodzi.
- To proste - powiedział. - To pewna teoria.
- Ćśśś - poprosiłam o ciszę.
Gastón, który stanął za ławką, krzyknął: „A co sobie zrobiłeś w usta?”. Powiedziałam mu, żeby siadał. Nie usłuchał.
- Moja teoria jest taka - zaczął. - Każdy ma więcej niż jedną głowę, może nawet wiele. Chłopiec może mieć jedną głowę do zakochiwania się, drugą do myślenia o rodzicach, trzecią do zabawy, i jeszcze jedną do spania albo jedzenia. Miałby wtedy w sumie cztery głowy.
- Pięć - powiedziała dziewczynka kończąca siódmą klasę.
Marvin policzył na palcach.
- Jeśli ta, której używa do spania jest inna od tej do jedzenia, to rzeczywiście pięć.
Mówiąc to złapał się za swoją, jakby chciał ją zdjąć z szyi.
- Ja mam tylko jedną - zawołała Maria, dziewczynka z prostymi warkoczykami.
- Ale z dwiema antenkami, co może oznaczać, że masz dwie głowy: po jednej na warkocz.
- Nie - obraziła się. Magik uśmiechnął się do niej swoimi dziwnymi ustami. To wystarczyło, by dzieci z miejsca się uspokoiły. Wszystkie prócz Anity, która sama z siebie była spokojna i opierała prawy policzek na swojej miękkiej rączce.
- Kto z was ma więcej niż jedną głowę?
- Cholo! - krzyknęło kilkoro dzieci jednocześnie. Cho-lo był męską wersją Anity, ale przeszedł już do szóstej klasy, miał czternaście lat i potężne ciało zwieńczone wielką brodatą głową.
- Podwójna głowa! - krzyknął mag i wszyscy, prócz Cho-la i Anity, zaśmiali się. Łącznie ze mną.
- Pani! - zawołała dziewczynka z siódmej.
- Trzy głowy! Pani ma trzy głowy! - ciągnął Marvin, podnosząc ręce. Chwycił za różdżkę. - Trzy głowy to sporo, ale nie wystarczająco. Cisza, proszę. Zaraz, zaraz, czuję, że w tej szkole jest ktoś, kto ma o jedną głowę więcej, ktoś z czterema... Zaraz... - zaczął przechadzać się między ławkami.
- Dlaczego masz tam takie coś? - nalegał Gastón.
- Jakie coś? - Marvin przystanął.
- Takie przerwane.
- Żeby mieć dwie pary ust. Dobry magik musi mieć dwie: jedną do zapowiadania sztuczki, drugą do przemilczenia, jaki jest trik. Dlatego mam je oddzielone - pokazał na ranę - dzięki temu mam pewność, że prawidłowo działają. Z głowami czasami się nie udaje. Czasami ma się po kilka głów, ale nie są za dobrze połączone z ciałem, nawet ta, którą widać, której się używa to włożenia swetra. Zdarza się to zwłaszcza wtedy, jak się ma ich więcej niż trzy.
Zawrócił przy ostatniej ławce i posłał mi uśmiech swymi dwiema parami ust. Kiedy występował, robił się ładny. Zmieniał defekt swojej twarzy w coś szczególnego. Szedł powoli przed siebie.
- Już mam - powiedział. - Już znalazłem. Cztery główki... Imię?
Dzieci zaczęły buczeć. Anita podniosła wzrok, bo celował w nią czubek wskaźnika. Popatrzyła na magika sennie. Już miałam go powstrzymać.
- Imię? - zapytał mnie.
- Anita - powiedziałam.
Ona wstała i nie patrząc na mnie podeszła do przodu. Dzieci przestały buczeć. Zastanawiałam się, jaką krzywdę może jej wyrządzić takie zdarzenie, ale Marvin już ją wprowadził do wieży z pudełek. Wszystko przebiegało bardzo naturalnie. Wyglądało na to, że ona jest zadowolona. Cholo rzucił kulką papieru, która odbiła się od tablicy. Magik pochylił się i podniósł papier.
- Przesyłają nam wiadomość, Anita - powiedział rozwijając karteczkę. - Podwójna głowa życzy ci udanego zabiegu.
Ona się uśmiechnęła. „Wcale że jej niczego nie życzę”, zawołał chłopak. Gestem kazałam mu usiąść i się zamknąć. Mar-vin zapytał Anitę, czy dobrze się czuje.
- Tak - odpowiedziała.
On starannie zamknął drzwiczki w dwóch niższych pudłach. Głowa wystawała w ostatnim otwartym pudle.
- Na pewno?
Anita wzruszała ramionami, choć nie było ich widać, ale ponieważ lekko pochyliła głowę, to tak mi się wydawało. „Byle matka nie weszła”, pomyślałam. Zacisnęłam kciuki.
- Dobrze - powiedział Marvin. - Anita, jeśli się nie mylę, ma wielkie zdolności umysłowe i niesamowitą wyobraźnię, tyle że ich jeszcze nie rozwinęła, bo jest bardzo mała. Ile masz lat?
Wystawiła przez otwarte drzwiczki osiem palców.
- Jasne, osiem... I cztery głowy, tak mówiłem?
- Tak - odpowiedziały dzieci.
- Tyle że ich nie widać, bo nikt ich nie podłączył. Stuk-stuk - zapukał kostkami dłoni w pudełko. - Czy mamy krótkie spięcie w głowie?
- Taaaak - zawołały jej dwie jedyne koleżanki.
- Ale ja ją pytam. Czy iskrzysz przy myśleniu, panienko?
- Nie wiem - odpowiedziała.
- A, nie wie panienka. Dobrze... Czy mogę zamknąć drzwiczki?
- Tak - odpowiedziała.
Myślałam, że się popłacze, kiedy ją zostawią w ciemności. On zamknął drzwi. Dzieci szeroko otworzyły oczy. Dało się usłyszeć oddechy małych płuc. Wstałam.
- Dobrze się czujesz, Anita? - zapytałam. Magik dał mi znak. Podniosłam głos.
- Tak - odpowiedziała. Jej potwierdzenie dobiegało jakby z głębi studni.
Znów usiadłam. Byłam mocno zdenerwowana i to, co wydarzyło się później, tak bardzo mnie zdziwiło, że w ogóle, w żadnym momencie tego przedstawienia, nie wiedziałam, co robić. Magik skupił na sobie całą uwagę wszystkich, kiedy zaczął przekręcać górne pudełko nad tymi dolnymi. Używał obu rąk, żeby udawać, że odkręca głowę Anity z wielkim trudem. Od udawanego wysiłku zaciskał rozdwojone wargi. Wyjął skądś czarny kawałek blachy i wsunął tam, gdzie dziewczyna powinna mieć szyję. Podniósł górne pudło i przeniósł je na biurko. Spojrzenia dzieci i także moje podążyły tam za
nim. Na podłodze wciąż stała zmniejszona wieża. Dzieci zaczęły wstawać. Marvin zaczął oklepywać pudełko spoczywające na biurku. Zapytał:
- Jesteś tam jeszcze?
Nikt nie odpowiedział.
- Anita, ciebie pytam: jesteś tam, moja droga?
- Tak - odpowiedział jej głos ze środka. Magik zamachał kilka razy różdżką. Kiedy otworzył drzwiczki, dzieci, które stały, cofnęły się o krok wstecz.
- Cześć - powiedziała Anita.
Chociaż to nie była Anita, tylko głowa Anity, oddzielona od jej ciała i w niewyjaśniony sposób postawiona na moim biurku.
- Boli cię?
- Nie, nic.
- Z twoim ciałem w porządku?
- Mhmmm - powiedziała.
- To znaczy tak?
-Tak.
- Chcesz czegoś?
- Ale czego?
- No czegokolwiek; może chcesz coś wiedzieć...
-Nie.
- To się nie ruszaj - powiedział i znów zamknął drzwiczki. Podszedł do trzech pustych pudeł, które zostawił na podłodze na początku przedstawienia. Postawił jedno po prawej i dwa na górze, tworząc coś jakby pryzmę. Ciszę w klasie można by kroić nożem. Stanął przed drzwiczkami. Otworzył to pierwsze pudło z biurka. Anita wciąż tam była. Otworzył pudło z boku i te dwa z góry. Cztery głowy.
- Uaaa - wyrwało się z ust czternastu dzieci.
- Cześć - powiedziała Anita, tym razem czterokrotnie.
Jeszcze mocniej zacisnęłam kciuki, żeby tylko nie weszła
matka oświadczając, że „obiad gotowy”, i nie zobaczyła swojej córki z obciętą i pomnożoną głową, i do tego nie wiedzieć czemu uśmiechniętą.
- To nie jest magia - powiedział Marvin - to było w środku Anity. Ja tylko wyjąłem to na zewnątrz, żebyście wy także mogli zobaczyć. Choć jest jeden problem.
- Jaki? - zapytałam. Dzieci spojrzały na mnie.
- Bałagan - odpowiedział. - Problem z Anitą jest taki, że ma bałagan. Głowy Anity nie są poustawiane tak, jak powinny. Z przyczyn od niej niezależnych pomyliły drogi i pozamieniały się położeniem. To tak, jakbyś ty, jak ci na imię?
- Gastón.
- Jakby Gastón usiadł na miejscu Anity, a Anita na jego.
- Nie mógłbym w nią rzucać kredą - powiedział Gastón.
- To może ona by w ciebie rzucała.
Anita słuchała tych wyjaśnień bez zmrużenia powieką. Zerknęłam na zegarek. Była za pięć dwunasta. O dwunastej przez te drzwi wkroczy jej matka, a kobieta jest dość porywcza. Kiwnięciem ręki dałam znać magikowi, żeby się pośpieszył.
- Załóżmy, Gastón, że wszystkie rzeczy zamienią się miejscami.... Kreda, zamiast pod tablicą, znalazłaby się w apteczce, a plastry pod tablicą.
- Nie można by pisać! - zawołał ten od napomadowa-nych włosów.
- Ani zalepiać skaleczeń! - uzupełniła ta z warkoczykami.
- Nie mielibyśmy innego wyjścia i trzeba by wszystko posprzątać - powiedział magik. - Albo opatrywać rany kredą, a rysować plastrem i gazą.
Kilkoro dzieci się zaśmiało. On zamknął cztery drzwiczki, jedne po drugich. I dodał:
- Dlatego poprzestawiam pudła, żeby wszystko znów było w porządku. Plasterki w apteczce, a kreda w puszce. A każda głowa na właściwym miejscu.
Zdjął tę z góry, odstawił na dół, przełożył tę z lewej na prawo; zawahał się i przestawił z powrotem te górne.
- Gotowe - powiedział.
Śledziłam jego ruchy z uwagą. Z jakiegoś powodu w ogóle nie ruszył pierwszego pudła, tego z podłogi, po prawej. Otworzył tamte drzwiczki. Anita wciąż tam była.
- Widzicie jakąś różnicę?
- Nie - odpowiedzieliśmy.
- A ty? - zapytał ją.
- Nie - odpowiedziała Anita.
Magik ponownie zamknął jej drzwiczki przed twarzą, odłożył pozostałe dwa pudła na podłogę i umieścił pierwsze na te dwa zawierające tułów Anity. Wyjął czarną blachę. Ponownie odegrał wysiłek przy zakręcaniu głowy.
- Nikt nie zauważył - powiedział - ale jeszcze zauważycie. Głowy Anity zostały podłączone na nowo. To jest tak ważne, że jeśli niczego nie zauważycie, to znaczy, że to wasze są pomieszane, i może nie da się ich naprawić. W jej głowie nie będzie już zamieszania.
Otworzył drzwiczki w pudłach, wszystkie na raz, jakby to była jedna płachta. Anita wyszła. Jej mama wysunęła się zza drzwi, popatrzyła pogardliwie na maga i jego przedmioty, i powiedziała:
- Jedzenie gotowe, polenta w sosie bez cebuli.
Dzieci zerwały się z ławek, przepychając się. Wybiegły na korytarz. Anita usiadła za swoją ławką. Podeszłam do Marvi-na, który wszystko rozmontowywał.
- Jak pan to zrobił?
- Lustra - odpowiedział pochylając się na pudłami. Rozłożył jedno z nich; wewnętrzne ściany miały lustra. Wyszedł z klasy ze wszystkimi sprzętami, żeby poukładać je w przyczepie. Zdjął kask i włożył cylinder.
- Może zostanie pan na obiad? - zaproponowałam.
- Kucharka chyba nie byłaby za szczęśliwa. Poza tym czekają na mnie o czwartej w Olayarria.
- Wskaźnik jest mój.
- A, racja.
- Był pan znakomity - pogratulowałam. Dłoń miał lodowatą. - Naprawdę niesamowity.
- Dziękuję.
- Wróci pan kiedyś?
- A po co, skoro dzieci już to widziały?
- Tylko tę sztuczkę pan zna?
- Nie, inne też. Ale rząd płaci mi za tę. Jeśli zaczną mi płacić za inne, kto wie...
Wsiadł na motor. Trzy razy nacisnął na pedał, zanim odpalił.
- Jeszcze raz dziękuję.
- To ja pani dziękuję - odpowiedział.
Nawrócił pomagając sobie nogami i ruszył ziemną drogą. Wróciłam do klasy i zamknęłam drzwi. Anita wciąż siedziała w ławce.
- Nie jesteś głodna? - zapytałam.
Pokręciła głową, że nie. Czterema głowami w jednej. Przyklęknęłam przy niej.
-1 jak było?
- Dziwnie, ale wspaniale - odpowiedziała.
Zmiany ujawniały się powoli, z czasem. Nie potrafiłam pojąć jak, ale ta dziewczyna, trochę zapóźniona, odzyskała zdolność nawiązywania kontaktów i uczenia się. Zaczęła płynnie czytać i pisać bez błędów. Pożyczyłam jej kilka książek. Jeśli jakiemuś innemu dziecku kiepsko szło z zadaniem domowym, pomagała. Była w czwartej klasie, a rozwiązywała zadania z siódmej. Dyktowałam jej zdanie i Anita zaznaczała podmiot, orzeczenie, czasownik, dopełnienie. Tylko ona zdołała opanować całą tabliczkę mnożenia. Koledzy zaczęli ją szanować. Tylko matka narzekała.
- Strasznie dużo pani uczy Anitę, jeszcze się rozkręci i nie będzie chciała pracować dla pana. Jeszcze mi weźmie i wyje-dzie.
O to chodziło... Osobiście poleciłam ją jednej wizytatorce, żeby jej załatwiła stypendium w szkole średniej w Necochea. Anita dostała się do liceum przy placu z najwyższą punktacją. Potem na jakiś czas nie miałam o niej wieści.
W szkole nie było już tak jak wcześniej. Miałam z dziećmi coraz więcej pracy i brakowało mi Anity. Jej mama do tego stopnia się do mnie uprzedziła, że musiałam ją zwolnić. Wrzucała
dojedzenia popiół, a nawet niedopałki papierosów. Patrzyłam, jak odchodzi, przez to samo okno, przez które widziałam przyjeżdżającego magika. Cały czas czekałam, żeby wrócił. Minęło pięć lat i to ona wróciła. Bardzo przepraszała za te papierosy i potrzebowała podjąć znów pracę, bo nie miała pieniędzy. Wyraźnie schudła i cała była w zmarszczkach. Powiedziałam jej, że wysyłają mnie na południe, do jakiejś szkoły bez stołówki. Uczniowie będą musieli jeść w klasie. Wyobraziłam sobie zeszyty z plamami po sosie. Przytaknęła. Kazałam jej obiecać, że nie będzie już robić takich rzeczy, a potem zarekomendowałam nowej nauczycielce.
Zapytałam, czy ma jakieś wieści od Anity, a ona pokazała trzy koperty. Otwarłam pierwszą, którą pokazała, i przeczytałam przy niej list, na głos, ale cicho. Anita skończyła szkołę ze złotym medalem i wybierała się do stolicy, studiować prawo. „Musi być pani dumna”, powiedziałam. „Niech pani czyta dalej”, odpowiedziała matka z powagą. Podała mi drugi list, już wyjęty z koperty. Anita zaręczyła się ze studentem inżynierii rolnej.
- Wieś przyciąga, co? - powiedziałam przyjaźnie.
- Też żem się tak ucieszyła, jak pani... Ale niech się pani nie cieszy, niech pani przeczyta trzeci list.
W ostatnim liście okazywało się, że sprawy miłosne jednak nie wypaliły. Studia szły dobrze. Adwokatura okazała się dla Anity łatwa i ciekawa.
- Trafiła mi się szalona córka - powiedziała kobieta.
Potem były tylko pozdrowienia dla matki i pytała, jak tam
żniwa.
- No dobrze, dziękuję - powiedziałam cichutko. Kobieta schowała listy do kieszeni fartucha i obie zapatrzyłyśmy się w słońce, czerwieńsze niż kiedykolwiek nad kłosami pszenicy.
Postarzałam się, prawda, ale to dlatego, że zrobili ze mnie Główną Wizytatorkę. Z jednej szkoły przeszłam do drugiej, potem do jeszcze innej, i innej, i wreszcie do La Platy, gdzie mnie przemianowali. Ja tego nie chciałam. Wracam do tych wszystkich szkół, ale teraz spędzam tam tylko jeden dzień. Za każdym razem, kiedy spotykam dwudziesto-, dwudziestojednoletnią nauczycielkę, widzę samą siebie z czasów sprzed zmarszczek i kurzych łapek. Pomyśleć, że ja też kiedyś wypinałam pierś pod fartuchem, prostując plecy przed klasą. Dziś wypełniam rubryczki, sprawdzam oceny, zadaję uczniom łatwe pytania.
Tego południa zaproszono mnie na lunch, co się za często nie zdarzało. To była szkoła w Tandil, z kwadratowym dziedzińcem z masztem i flagą, oraz malutką kuchenką, w której pracowała Chinka. Było gorąco.
- Lubi pani cykorię? - zapytała Chinka.
- Bardzo - odpowiedziałam.
Oparła się o okno wychodzące na zewnątrz. Pejzaż nie był taki jak zawsze: prócz słoneczników, łanów pszenicy i nieba, był też łańcuch górski; a także motor. Z przyczepką. Motocykl z przyczepką na rowerowych kołach, załadowaną pudłami. Wyglądał prawie tak samo; dodał tylko napis na błyszczącej blasze nad reflektorem głoszący „Cudowny Marvin”. Czyli teraz był jeszcze cudowny. Odwróciłam głowę w stronę drzwi. Dzieci były na przerwie. Nauczycielka rozmawiała z kimś, ale z mojego miejsca nie mogłam zobaczyć kto to.
- A czosnek, proszę pani? Lubi pani drobno siekany czos-neczek?
- Csss.
Wychyliłam się. Człowieczek zdjął kask. Miał trochę siwych włosów, urosły mu dłuższe i był rozczochrany. Nie udało mi się usłyszeć, o czym rozmawiali, bo nauczycielka lekko przekręciła głowę, kiedy poczuła się obserwowana, więc musiałam się schować. W jednym z garnków odbijała się moja stara twarz, mapa tych wszystkich lat. Od tego ciągłego chodzenia po ziemi, robi się człowiekowi ziemista cera. Znów podeszłam do okna.
Nauczycielka musiała sama podjąć tę decyzję, to było jasne. Przypomniała mi się Anita. Wyobrażałam ją sobie z dyplomem ukończenia prawa i najwyższą średnią, w kancelarii w stolicy, jak broni ludzi przed nietolerancją innych ludzi. Zacisnęłam kciuki. Nie zauważyłam, czy Marvin wciąż ma ten defekt ust. Zrobił gest, jakby chciał wyładować swoje pudła, stał plecami do ściany. To były te same, złote i czerwone kartony. Powiesił kask na kierownicy i wszedł do sali z pustymi rękoma, w odpowiedzi na wezwanie nauczycielki. Jedną dłoń trzymał na twarzy, przez co nie widziałam blizny. Nie słyszałam go w ogóle przez hałas, jaki robiły dzieci na dziedzińcu.
- A czerwoną kiełbaskę nałożyć?
- Mogę zobaczyć?
Pochyliłam się nad garnkiem. Jarzyny pływały w czerwonej cieczy. Zabrzmiał dzwonek. Dzieci przestały tak hałasować. Ustawiły się jedno za drugim, gęsiego. Nauczycielka wzięła za rękę pierwszego chłopca, był albinosem. Drugi w szeregu walił go plastikową linijką po głowie. Pośpieszyłam do klasy, kiedy nagle usłyszałam warkot dobiegający z rury wydechowej.
- A ten magik? - zapytałam.
Dzieci, stojące gęsiego, zawisły gdzieś między mną a moim pytaniem; między młodą nauczycielką, która powiedziała „No, skoro mamy lekcje...”, a dziwnym ruchem palca wskazującego i kciuka prawej ręki, którymi uszczypnęła się w górną wargę, prawie dokładnie pośrodku; między ochotą, jaką miała ta dwudziestolatka, żeby obejrzeć przedstawienie, a surową obecnością Głównej Wizytatorki. Wybiegłam na drogę. Kask człowieczka oddalał się i znikał, daleko za wzgórzem, na horyzoncie szarego asfaltu.
Przełożył Tomasz Pindel
Dom
Maga
Dom maga wyglądał w środku jak każdy inny dom w naszej okolicy, poza tym, że było w nim więcej drzwi. Miał troje drzwi w korytarzu, dwoje pod schodami, czworo w holu, jedne koło kominka i kolejne ukryte za sofą. Były na wyposażeniu domu, pomalowane na taki sam czysty, biały kolor jak ściany. Obejrzałam każde z nich prowadzące do pokoju w kolejnym domu, który wyglądał dokładnie tak, jak ten. Ten dom był domem wzorcowym, domem, który pozwalał istnieć wszystkim innym domom.
Nie przeszliśmy przez żadne z tamtych drzwi, choć się tego spodziewałam. Tymczasem mag poprowadził mnie do kuchni, otworzył piekarnik i wczołgał się do niego. Otwór wydawał się zbyt mały dla człowieka jego wzrostu, a co dopiero dla mnie. Zajrzałam do środka; nie było tam półek, ścianek czy grzałek. Tylko ciemność. Zerknęłam na pokrętła. Wszystkie były w pozycji „OFF”.
- No? - ze środka rozległ się głos maga. Odbijał się echem, jakby dochodził spod ziemi.
Wsadziłam głowę do piekarnika; wewnątrz było dziwnie wilgotno, a powietrze pachniało ciepłem i drożdżami. Nie widziałam żadnych ścian, tylko mrok. Wzięłam głęboki wdech i włożyłam do środka najpierw jedną, a potem drugą rękę. Kiedy podciągałam nogi uderzyłam się w piszczel o brzeg kuchenki. Pełzłam w smolistą ciemność, twarda metalowa podłoga nagrzewała się pod moimi rękami. Wszystko to nagle zaczęło wyglądać na beznadziejny pomysł. Jednak zanim mogłam się odwrócić, pochłonęła mnie ciemność i ześlizgnęłam się w dół.
W piekarniku migotała gazowa lampa, oświetlająca tapicerowane krzesła, które kilka miesięcy temu widziałam na śmietniku. Zapamiętałam je, bo były jaskrawozielone i przemknęła mi przez głowę myśl, żeby zabrać je do domu, do mojej różowo-kwiatowej sypialni, żeby wkurzyć moją mamę. Mag już siedział, czekając na mnie. Wyglądał na znudzonego. Otarłam z twarzy nerwicowy pot, wzięłam głęboki wdech i usiadłam.
Mag był wysoki i chudy, miał zaskakująco mocne dłonie i ciemne, siwiejące włosy. Poskładał się na krześle jak marionetka. Na moje spotkanie założył czarne, elastyczne spodnie, jedwabną górę od piżamy, wiśniowy kardigan i czarne klapki. Gdybym zobaczyła go na ulicy, zaczęłabym się śmiać, ale w piekarniku wydawał się dokładnie na swoim miejscu, aż w moich szortach khaki i wypłowiałej koszulce poczułam się śmiesznie. Nawet ułożyłam włosy. Po raz pierwszy, zamiast czuć się w moich maskujących ciuchach niewidzialna, poczułam się wyeksponowana.
Przez męczącą chwilę mag wpatrywał się we mnie. Wreszcie się pochylił.
- Powiedz mi, co widzisz, kiedy widzisz kolor czarny - polecił.
Pomyślałam o pozbawionym światła tunelu w piekarniku.
- Widzę... czarny? - powiedziałam.
Mag westchnął.
- Co widzisz? - powtórzył.
- Czarny.
Zamknęłam oczy. W ciemności ujrzałam gładki, połyskujący materiał, naciągnięty na kobiecym biodrze. Czarna sukienka koktajlowa. Satyna.
- Yyy - powiedziałam. Nie chciałam mu powiedzieć, co zobaczyłam; to wydawało się być tajemnicą. - Yyy. Coś, jak, yyy, widzę coś jakby przestrzeń. Jakby kosmos, nie?
Mag pochylił się i uderzył mnie w twarz.
Krzyknęłam i szarpnęłam się. Przycisnęłam dłoń do piekącego policzka. Mag obrzucił mnie wszystkowiedzącym, gniewnym spojrzeniem.
- Kłamiesz - powiedział. - Widzisz ciało kobiety.
Oczy wypełniły mi się łzami.
- Jak wygląda ta kobieta? - zapytał.
Pociągnęłam mocno nosem.
- Widziałam tylko... jej biodro. Półleżała, w czarnej satynowej sukience.
Kiedy to usłyszał, w jego oczach pojawiło się dziwne światło. Później, dużo później, powiedział mi, że kiedy jego mistrz zadał mu to pytanie, zobaczył dokładnie tę samą rzecz.
- Dlaczego chcesz się uczyć magii? - powiedział.
Zamrugałam, żeby pozbyć się łez. To było głupie pytanie.
Moja matka chciała, żebym znalazła sobie hobby. Rzucała różne sugestie: jazda konna, taniec, muzyka - na odczepnego, jako dowcip, rzuciłam magię. Ale ona w moim wieku zajmowała się tarotem i ten pomysł ją zachwycił. Odkąd zadzwoniła do maga wywlekała dziwne historie o rzeczach, które zrobiłam jako dziecko, a które według niej wskazywały, że mam nadprzyrodzone zdolności. O ile mogłam powiedzieć, wszystkie dotyczyły tego, że jadłam ziemię. Nie sądzę, żeby się spodziewała pokojów w piekarnikach.
Nie chciałam jednak wyjść na głupią.
- Moja matka kazała mi przyjść. - Mag wyraźnie już mnie spisał na straty i nie podobało mi się to. - Bo chcę wiedzieć coś prawdziwego.
Mag odchylił się trochę na krześle i spojrzał na mnie gniewnie.
- Przyjdź w przyszłym tygodniu - powiedział wreszcie. - Ubierz się jak człowiek. I przynieś łopatę.
Wróciłam w podartych jeansach i starej koszulce mojego taty. Wyglądało to jak kolejny kostium, ale mag skinął głową na mój widok, zadowolony. Mój tata zachował się tak samo, kiedy spytałam, czy mogę pożyczyć T-shirt.
Mag zabrał mnie na swoje podwórko i polecił kopać. Nie dał mi żadnych innych wskazówek, tylko łopatę (ta, którą przyniosłam, była „za słaba”) i pozwolenie na zniszczenie swojego podwórza.
Najpierw wykopałam płytkie, leniwe otwory, a mag kazał mi je wszystkie zasypać z powrotem. Potem powiedział, żebym przestała kopać jak dziewczyna. Odparłam mu, że bycie kobietą nie jest złe, ale kiedy wróciłam do kopania wbijałam łopatę w ziemię mocno i gniewnie, jak wydawało mi się, że robiliby to chłopcy.
Moje następne dziury były wąskie, głębokie, tajemnicze. Kopałam je po całym podwórku, wyrzucając bogatą, ciemną ziemię, na której niegdyś, kiedy ten budynek był farmą, rosła kukurydza. Od czasu do czasu trafiałam na pordzewiałą puszkę z lubieżnie odchylonym wieczkiem. Przepociłam koszulkę taty i poplamiłam jeansy odciskami brudnych rąk. W miarę upływu czasu kopanie zaczęło trochę przypominać taniec albo muzykę, z rytmicznymi uderzeniami łopaty i kołysaniem mojego ciała. Uznałam swoje dziury za bardzo piękne.
Pod koniec dnia mag przyszedł obejrzeć moją pracę. Do kilku dziur wsadził nogę, żeby sprawdzić, jakie są głębokie. Posmakował ziemi. Potem odesłał mnie do domu.
Kiedy po tygodniu wróciłam, dziury zniknęły; gapiłam się na trawiaste, nieskalane podwórze z czymś na kształt żalu. Maga nie było w domu; zamiast tego na jego stole kuchennym czekał na mnie plan płaskiego, pozbawionego dziur podwórza.
Następna dziura, jaką wykopałam, była solidna i nieregularna. Myślałam o tym jak o modelu serca, rozłożonym na części i powyginanym. Kopanie szło łatwiej, mag powiedział, że to
dlatego, że ziemia zna mnie lepiej. Moim zdaniem to była kwestia mięśni ramion, ale nie kłóciłam się. Jego idea bardziej mi się podobała. Kiedy kopałam, z okna na drugim piętrze sączył się blues. Howlin Wolf, Lightnin Hopkins, Son House, Robert Johnson, Mississippi John Hurt, Blind Willie McTell. Ludzie, których imiona coś o nich mówią, poza Robertem Johnsonem, którego nazwisko było czarną dziurą, zagadką. Kiedy muzyka umilkła mag wychylił się przez okno i czytał mi o tych ludziach, ich geniuszu i obcości. Według niego rozumieli ziemię. Rozumieli, skąd się wzięli.
Gdy tylko skończyłam moją dziurę, mag wskoczył ze mną do niej. Cała byłam pokryta ziemią i potem, a ramiona wciąż mi drżały. Mag prowadził mnie pod ramię, z zamkniętymi oczami, przez zakręty i pętle mojego labiryntu. Kiedy doszliśmy do końca zabrał swoją łopatę i zabronił mi przychodzić, dopóki mnie nie wezwie.
Nie wezwał mnie do listopada, kiedy o drugiej w nocy przysłał mi smsa: „Przyjdź”. Wpatrywałam się w wiadomość i zastanawiałam, czy śnię. Ale telefon znów zapiszczał i wygrzebałam się z łóżka. Wyczołgałam się przez drzwiczki dla psa, żeby rodzice nie usłyszeli, że się wymykam. Mag czekał na mnie na swoim frontowym trawniku, opatulony w niebiesko-pomarańczową kurtkę narciarską z lat osiemdziesiątych. Miał też czerwoną czapkę z pomponem. Wyglądał jak wysoki, chudy niedźwiedź przebrany za klauna. Na pierwszy rzut oka uroczy, ale w sumie złowieszczy.
- Wiesz, co dziś za dzień? - zapytał.
- Przesilenie? - odpowiedziałam.
Poklepał mnie po głowie, więc uznałam, że to dobra odpowiedź.
- Dzisiejszej nocy ziemia pogrążona jest w najgłębszym ze swoich snów. Poznamy pewne tajemnice. Następnie dołożymy się do tego, żeby się przebudziła.
W milczeniu maszerowaliśmy przez lasy, mijając opuszczone domki skautów, zardzewiały automat do coli, i duży znak z napisem MLEKO. W lasach lądowały śmieci z farm - gdzieniegdzie stał cały samochód. Mag szedł ścieżką przede mną, błysk oranżu nad niewidzialnymi nogami. Udawałam, że go śledzę.
Wspięliśmy się na najwyższy punkt, gdzie znajdował się odsłonięty kamień i mała jaskinia. Dzieciaki przychodziły tutaj, żeby się napić, a kiedy mag wszedł na czworakach do środka usłyszałam brzęk pustych puszek po piwie. W środku było kompletnie ciemno i lodowato; czuć było słaby zapach papierosów i ziemi. Dygotałam pod wyziębioną skałą.
- Odwróć się twarzą do skały i wyszepcz swoje pytanie - powiedział do mnie z ciemności mag.
- Moje pytanie? - zdziwiłam się.
Jego ubranie zaszeleściło, kiedy się odwracał, a głos zasy-czał, kiedy szeptał do skały coś, czego nie dosłyszałam. Usiadłam z policzkiem przy zimnym kamieniu, milcząc, słuchając oddechu maga odbijającego się od ściany jaskini. Nie mogłam tak po prostu o drugiej w nocy klepać pytań do skały. Gdyby mnie ostrzegł, wymyśliłabym idealne pytanie, pytanie, które zawierałoby wszystko, co chciałam wiedzieć o swoim życiu, a zamiast tego siedziałam tam jak kołek.
Szept ucichł i mag podszedł do mnie w ciemności. Złapał mnie za ramię.
- Czego chcesz? - spytał.
-Co?
- Czego chcesz na tym świecie?
Przycisnęłam policzek do skały i zastanowiłam się.
- Nie musisz mi mówić - powiedział. - Po prostu zadaj pytanie.
Wyczołgał się na zewnątrz przy akompaniamencie pobrzękiwania pustych puszek, a mnie otuliła cisza jaskini. Skała ziębiła mi policzek, więc uniosłam głowę.
- W jaki sposób stanę się magiem? - zapytałam.
Do mojej głowy zaczęły się wlewać obrazy, za dużo, za szybko, jakbym zadała za duże pytanie, żeby uzyskać prostą odpowiedź. Gorączkowo łapałam oddech. Kiedy to się skończyło wszystkim, co mi zostało, była moja żądza, wyraźniejsza niż dotąd, bardziej skoncentrowana. Do tej chwili nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tego chciałam, ale teraz stało się to absolutnie jasne.
Kiedy ja byłam w jaskini, mag na szczycie wzgórza rozpalił ognisko. Kiedy zobaczył, jak wychodzę, uśmiechnął się. Zastanawiałam się, czy teraz jesteśmy przyjaciółmi.
Gdy otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, odwrócił się do ognia. Wyciągnął ręce, żeby je ogrzać, a potem znów schował je w rękawiczki. W jednym gwałtownym ruchu odrzucił głowę do tyłu i krzyknął.
- OBUDŹ SIĘ!
Zaczął tańczyć wokół ogniska, zabawny, wariacki taniec, dużo wymachiwania rękami, wyginania kolan i szurania. Nie mogłam się powstrzymać od chichotu.
Zignorował mnie. Znów odrzucił głowę do tyłu i krzyknął.
- OBUDŹ SIĘ!
Nie zaprosił mnie, a ja początkowo byłam zbyt wystraszona, żeby do niego dołączyć. Zamiast tego trzymałam się z boku, tuż poza granicą żaru od ogniska. Kiedy wreszcie się do niego przyłączyłam, to bardziej ze względu na ciepło, niż na rytuał. Robiłam to, co on, ale w sumie tańczyłam lepiej. Poruszałam wyciągniętymi rękami jak wschodzące słońce. Potrząsałam biodrami, żeby przypomnieć ziemi przyjemności wiosny. Kiedy odrzucił głowę, ja też to zrobiłam i razem krzyknęliśmy.
- OBUDŹ SIĘ!
Tańczyliśmy i krzyczeliśmy do świtu, potem zgasiliśmy ognisko i wróciliśmy ścieżką przez las. Wziął kilka jajek i przygotował omlety. Zrobił też kawę. Kiedy jedliśmy, frontowymi drzwiami weszła jego żona, świeża po własnym magicznym przesileniu. Mag powiedział mi, że jest związana z ogniem; może to dlatego jej twarz była zarumieniona w sportowy, prawie seksowny sposób. Była wysoka, elegancka i pełna gracji, kiedy całowała męża w policzek. Uznałam ją za przerażającą.
- Przesilenie się udało? - spytała.
- O tak - odparł mag.
Spojrzała na mnie i obdarzyła szerokim uśmiechem hostessy.
- Miło znów cię widzieć, moja droga - powiedziała. - Udane przesilenie?
Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
Kiedy wychodziłam, mag odprowadził mnie do drzwi i pochylił się, żeby pocałować w policzek, suche, niezgrabne dziobnięcie. Z opóźnieniem cmoknęłam powietrze, ale byłam tak zaskoczona tym gestem, że ten całus wylądował przy jego szyi, zamiast na twarzy.
- Może jest zbyt zmęczona, żeby prowadzić? - zawołała jego żona z kuchni.
- Wszystko w porządku - odkrzyknął. - Wypiła kawę.
Przytaknęłam, jakby kobieta mogła mnie zobaczyć.
- Szczęśliwego przesilenia - powiedział mag.
Kiedy wyszłam, stał w drzwiach i patrzył, jak odjeżdżam.
Wiosną zaczął mi dawać zadania. Nie takie, jak kopanie dziur, które było bardziej testem. Prawdziwy mag czyni rzeczy, ale żeby nauczyć się czynienia, najpierw musi zaliczyć zadania. Nie do końca to rozróżniałam, ale uznałam, że to kwestia zaufania.
Mag opowiadał czasem o innych uczniach, których miał. Wszyscy byli chłopcami, w jego opinii, tępymi. Kiedy zapytałam, czy zadawał im zadania, mag rzucił mi dziwne spojrzenie.
- Nie, żaden z nich nie był na to gotowy - odparł, machając ręką, jakby się ich pozbywał. Potem uśmiechnął się do mnie.
- Żaden z nich nie był taki, jak ty - powiedział.
Hołubiłam te słowa całymi dniami, drżąc z przyjemności,
kiedy powtarzałam je w głowie. Mag uważał, że byłam taka, jak on. Uważał, że będę wielka, jak on. Nie byłam taką osobą, za jaką się uważałam.
Moim pierwszym zadaniem było połączyć dwa miejsca, które dotąd nie były połączone. Poprzez koła samochodu nie czułam ziemi, więc chodziłam na piechotę. Ku swojej konsternacji szybko odkryłam, że na przedmieściach większość miejsc była już połączona, chociaż w okropny sposób. Bezmyślne drogi łączyły domy z centrami handlowymi, kościołami, synagogami, szkołami. Drzewa poprzez korzenie trzymały się życia innych drzew. Zwierzęta wydeptywały swoje drogi, drogi, które zaraz znikały, ale łączyły wszystko, co było im potrzebne. Mogłam połączyć jedne domy z innymi, ale ludzie stawiali frustrujące mnie zapory: ogrodzenia drewniane, ogrodzenia elektryczne, paliki wyznaczające dokładnie granice własności, nawet w środku lasu.
Wyłożyłam te problemy magowi, a on się roześmiał.
- Byłaś zbyt dosłowna - powiedział, jakby to było urocze.
Chodziłam bocznymi uliczkami, drogami, jezdniami i ścieżkami po osiedlu, na którym mieszkaliśmy czując, jak ziemia jęczy i napina się pod wylewanym asfaltem. Ludzie, którzy po okolicy nie jeździli samochodami - dzieci - śmigały we wszystkich kierunkach, mijając oznaczone granice własności, przeskakując płoty (zazwyczaj ku konsternacji psów) i w miarę możliwości unikając dróg. Jedynym, co je zatrzymywało, były wielkie, ruchliwe drogi otaczające osiedle, podczas gdy one chciały tylko biec, biec i biec.
Od farmy, na której sprzedawano lody, oddzielała nas czte-ropasmowa jezdnia. Dzieci rozbijały się o barierkę jak fale o klif, spoglądając tęsknie na świeżo zaorane pola kukurydzy, mleczne krowy i znaki zachęcające do spróbowania lodów czekoladowo-miętowych. Najpierw pomyślałam, żeby zbudować tam most, ale nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Przejście dla pieszych było głupim pomysłem, ale i tak go rozważyłam; późno w nocy obserwowałam samochody, żeby się przekonać, czy wtedy ruch jest o tyle mniejszy, żeby udało się namalować pasy (nie był). Wiedziałam już za to, jak kopać. Tunel. To było to.
Po drugiej stronie pola kukurydzy była niezabudowana przestrzeń, więc zaczęłam tam kopać, na skraju drogi. Kopałam w nocy, a ziemię wrzucałam do dołu w pobliżu, gdzie wybierano ziemię pod fundamenty domu. Od wiosennego deszczu ziemia była mokra i ciężka, a w nocy widziałam własny oddech. To była ciężka praca i na trzeci dzień nie byłam pewna, czy dam radę. Ale kiedy przyszłam następnej nocy zastałam tam małego chłopca. Czekał na mnie z plastikową łopatką. Pozwoliłam mu pomagać. Następnej nocy był tam kolejny dzieciak, potem
troje następnych, potem dziesięcioro. Wraz ze mną kopało trzynaścioro dzieci, używając łopatek do piasku, rydli ogrodowych, a nawet jednego czy dwóch prawdziwych szpadli. Rowery były obwieszone wiaderkami i ciągnęły za sobą kosze na śmieci na kółkach, a dzieci wysypywały ziemię w swoich piaskownicach, na kompostach w ogrodach rodziców albo na suchej, pozbawionej trawy przestrzeni przeznaczonej pod budowę. Dwunastej nocy skończyliśmy kopać i na każdym końcu tunelu postawiliśmy skrzynkę na listy, choć w zasięgu wzroku nie było żadnego domu. Trzynastej spałam sama na środku tunelu i podczas, gdy nade mną przemykały samochody prosiłam ziemię, żeby pamiętała, jak to jest być twardym i mocnym kamieniem.
Następnego popołudnia razem, mag i ja, szliśmy przez osiedle, żeby obejrzeć moje dzieło. Tyle czasu spędziliśmy w piwnicy, że ujrzenie go w świetle słońca było szokiem - wyglądał tak dziwnie, wysoki i tak blady, że niemal przezroczysty, w zbyt dużej koszulce i długich, obcisłych getrach. Bałam się, że ktoś może nas razem zobaczyć; było mi wstyd za to uczucie, ale jednak na widok nadjeżdżających aut ukrywałam twarz.
Przeszliśmy przez pustą przestrzeń do samotnej skrzynki na listy. Była w kształcie gęsi w locie, lecącej do swojej siostrzanej skrzynki. Pozwoliłam sobie na odrobinę zabawy i kupiłam drugą w kształcie łabędzia, także w locie, więc wyglądały, jakby szykowały się do wielkiej bitwy. Gęś kontra Łabędź.
Powiedziałam o tym, ale mag się nie uśmiechnął.
- No i? - powiedział, wskazując na moje bliźniacze skrzynki. - Co to jest?
- Pociągnij dziób gęsi - odparłam.
Mag wyciągnął żylaste ramię i zrobił to. Skrzynka się odchyliła, razem z kawałkiem ziemi, w której była umocowana, odsłaniając drabinę, która błysnęła w słońcu i ciemny tunel poniżej.
- Ha! - powiedział mag. Zszedł na dół, a ja za nim, zamykając za nami właz.
Poinstruowałam dzieci, żeby u dołu każdej drabiny trzymały latarki, ale jeszcze ich nie przyniosły, i tunel był smoliście
czarny. Wykopałam go, wyśniłam go, ale jego idealna czerń mnie sparaliżowała.
- Musisz się pochylać? - wyszeptałam. Mówić normalnym głosem wydawało się niewłaściwe.
- Trochę - odpowiedział.
- Chodź za mną - powiedziałam i poszukałam jego dłoni. Podał mi ją luźno, zostawiając mi decyzję, czy chwycić ją mocniej. Jego palce poruszały się nerwowo.
Przejście tunelu zajęło nam tylko jedną czy dwie minuty, ale kiedy nasze ciała przesuwały się przez zimny, wilgotny mrok, każda sekunda wydawała się znacząca. Zanikł nawet dźwięk samochodów jeżdżących nad głową. Mag dwa razy uderzył się w głowę, a raz ostro wciągnął powietrze, jakby zobaczył coś zdumiewającego. Jego dłoń wciąż drgała w mojej; przestrzeń między nimi była coraz cieplejsza.
- To niesamowite - powiedział. - Po prostu niesamowite.
Ścisnął moją rękę mówiąc to, a potem trzymał ją mocno. Zadrżałam.
- Zimno? - spytał z dziwnym napięciem.
- Nie! - odpowiedziałam równie nerwowo. - Nie, nie, w porządku.
Z ogłuszającym trzaskiem wpakowałam się prosto w drabinę. Zachichotałam i puściłam jego rękę. Po krótkim wahaniu także się roześmiał.
Postawiłam stopę na szczeblu.
- To naprawdę niesamowite - znów powiedział mag. - Masz prawdziwy talent.
Zatrzymałam się w połowie wspinaczki, żeby rozkoszować się tą pochwałą, a jego pierś otarła się o moje ramię; znajdowaliśmy się bliżej, niż zdawałam sobie sprawę.
- Dziękuję? - powiedziałam. Ledwie mogłam oddychać.
Mag znów sięgnął po moją dłoń. W ciemności jego oddech musnął moją szyję. Uczucie było cudowne, ale skręcił mi się żołądek.
Cofnęłam rękę i wspinałam się dalej.
W świetle, kiedy mag wyłonił się z tunelu, zajęłam się otrzepywaniem ubrania z ziemi. Pole u moich stóp było ciemne, mokro brązowe, niedawno zaorane i bogate. Wszędzie wokół mnie rosły zielone kiełki, świeże i żywe w słońcu. Mag umieścił skrzynkę na miejscu i zaśmiał się do siebie dziwnym, wysokim głosem. Nie odwracałam się do niego. Nie chciałam zobaczyć, jaką absurdalną pozę przyjął, jaka okropna osoba sprawia, że serce waliło mi jak młotem, a na skórze pojawił się pot.
- Zrobiłaś wspaniałą drogę - powiedział za moimi plecami. Odwróciłam się; gładził palcem brzeg skrzynki z łabędziem. Spojrzał na samochody ryczące pomiędzy nami a domami.
- Powinniśmy... wrócić tunelem?
Mój żołądek podskoczył.
- Przebiegnę przez drogę - powiedziałam.
Patrzył mi w oczy, a kiedy to powiedziałam, twarz mu zmiękła.
- W porządku. Uciekaj - powiedział z cichym śmiechem. - Ja się tam jeszcze rozejrzę.
Przez długą, pełną napięcia chwilę zawahał się, podczas gdy ja czekałam na lukę pomiędzy samochodami. Wreszcie otworzył właz i zniknął pod ziemią. Sekunda, może dwie, przerwy między samochodami i ruszyłam biegiem. Kiedy znalazłam się po drugiej stronie zmusiłam się, aby zwolnić do tempa spacerowego, ale szłam energicznie, jakbym wiedziała, że ktoś za mną idzie. Dłonie u boków miałam zwinięte w pięści, a przez głowę przelatywał mi stały strumień kurwa, kurwa, kurwa. Ale moja skóra czuła tylko pieszczotę jego kciuka na dłoni, muśnięcie oddechu i mocne, wilgotne odczucie jego ciepła pod ziemią.
Potem przez kilka tygodni nie widziałam się z nim. Miałam wymówki realne i kilka wymyślonych. Rodzinne wakacje, Wielkanoc, „chora” na „grypę” Nie zamierzałam się wycofać, ale nie chciałam wracać, dopóki nie zakotwiczę mocniej w prawdziwym świecie. Uznałam, że nadszedł czas, żeby znów stać się normalną nastolatką.
Moja mama była przejęta zabierając mnie na zakupy do centrum handlowego i kupując jasne T-shirty i kwieciste sandały. Tata był równie przejęty, kiedy dołączyłam do obsługi sceny na wiosenne przedstawienie (żeby wykorzystać moje umiejętności budowlane) - nazwał to „zdrowym hobby”. W szkole po raz pierwszy od miesięcy podczas lunchu usiadłam ze starymi przyjaciółmi i zaczęłam żartować w klasie. Nie powiedziałam nic o magii, i nikt nie pytał. Kiedy wróciłam do maga, siedzieliśmy w stosownej odległości i wróciliśmy do dziur i bluesowych nagrań. Nie dał mi nowego zadania, a ja nie prosiłam.
Wtedy zaczęły się sny.
Początkowo nie mogłam ich sobie przypomnieć. Na powierzchni przemykały jakieś obrazy, zrujnowane miasta, wezbrane rzeki, sięgające nieba drzewa, ale nie wiedziałam, dlaczego budzę się o świcie odwodniona, zdezorientowana, czasem pobudzona, czasem wystraszona. Wreszcie przy łóżku położyłam notatnik, a kiedy się budziłam, wszystko zapisywałam. Moja ręka poruszała się po papierze; czytałam to, co pisałam.
![Kroki w nieznane. Almanach Fantastyki 2009 - Mirek Obarski [redakcja] - ebook](https://files.legimi.com/images/73e114140ff1c87f8432503ad4417d2a/w200_u90.jpg)