Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Jennishi i Konrad tworzą jedną z par w Projekcie OpenWorld. Zadania, które mają do wykonania, sprawiają, że ich relacja stale się pogłębia. Pozostali uczestnicy także mierzą się z trudnymi i emocjonującymi wyzwaniami, które wystawiają ich na próbę. Tymczasem w rządzie Ligvashu narastają napięcia i konflikty.
Nie wszyscy dygnitarze bezwarunkowo popierają obecnego dyktatora Leia Nursiego i każdą z jego decyzji. Mimo to dostrzegają w jego rządach szansę na realizację własnych interesów. Liczą, że po zakończeniu programu przywódca, zgodnie z wcześniejszą obietnicą, wskaże swojego następcę.
Sytuacja komplikuje się, gdy jeden z uczestników projektu robi zdjęcie czegoś, czego nie powinien był zobaczyć. To odkrycie uruchamia serię wydarzeń, która daje mieszkańcom Ligvashu nadzieję na odmianę losu. Przeciwnicy zmian nie zamierzają jednak odpuścić. Nie zawahają się przed niczym, aby utrzymać dotychczasowy porządek.
Czy rodzące się między bohaterami uczucie przetrwa w świecie pełnym niepewności, tajemnic i walki o lepszą przyszłość?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 593
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Maja Kołodziejczyk 2026 Copyright © by TIME SA 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redakcja: Justyna Techmańska-Szewczuk Korekta: Jolanta Kucharska, Dominika Ładycka / e-DYTOR Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: Agnieszka Zawadka
Wydawca: TIME SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
ISBN 978-83-8343-836-8 Warszawa 2026 Wydanie pierwsze
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Niektóre treści przedstawione na kartach powieści mogą być nieodpowiednie dla osób wrażliwych. Należą do nich przemoc, wątki związane z handlem ludźmi, opisy zbrodni wojennych oraz życia codziennego w państwie totalitarnym.
Chociaż Ligvash został umieszczony na rzeczywistej mapie świata, wszystkie wydarzenia, które się w nim dzieją, są fikcyjne. Dotyczy to również odwiedzanych przez bohaterów miejsc, struktur politycznych, religii oraz wszystkich zagadnień związanych z katastrofą w Futamie.
I
Urodzony przywódca
Beilong, Ligvash
Życie toczyło się dalej. Świat nie stanął w miejscu. Gdy Jenny i Koni chodzili na lekcje tańca, widzieli dzieci, które mijały ich na rowerach. Wydawały radosne okrzyki, a potem niezbyt dyskretnie wskazywały na tę dwójkę palcami. Ptaki siadały na owocowych drzewach. Śpiewały, strosząc piórka i usiłując skusić partnerki, które uporczywie odwracały głowy. Ptasi zalotnicy przyciągnęli jednak uwagę kocura. Oparł łapy o mur i wpatrywał się w swoje niedoszłe zdobycze, machając przy tym ogonem. Jenny kucnęła, aby zrobić mu zdjęcie. Koni przypominał sobie pierwsze dni po śmierci matki. Tak bardzo irytowało go wówczas, że wszystko wokół żyło. Chciał, aby świat usechł wraz z nią. Nie mógł znieść cudzego śmiechu. Spokojnych rozmów. Widoku rodzin. I dopiero w Ligvashu dotarło do niego, że tak naprawdę nigdy nie przeszedł żałoby tak, jak powinien. Był podporą dla wszystkich innych. Sam nie miał się o kogo oprzeć. Śmierć Kraskiego na powrót otworzyła pudełko, które długo pozostawało zamknięte. Za każdym razem, gdy słyszał o jego wypadku, myślał o matce. A jednak teraz chciał, aby życie toczyło się dalej. Musiał mieć pewność, że to jeszcze nie koniec.
– Rozpieścili nas tymi dwoma tygodniami w Beilongu. Ciekawe, czy taki był pierwotny plan, czy też zmienili go pod nas – powiedziała Jenny.
Podrapała grzbiet burego kota, który wyciągnął się z zadowoleniem, najwyraźniej zapominając o kolorowych ptakach. Swoboda poruszania się po okolicy była ulotna. Jenny i Koni musieli przejść osiemset metrów wzdłuż zadbanego osiedla. Sprawdzano, czy nie zbaczają z wyznaczonej im ścieżki. Syntia wcześniej poinformowała swoich podopiecznych o kamerach zamontowanych w ogrodzeniu. Początkowo więc udawali, że ich nie ma. Później po prostu weszło im to krew. Beilong, a raczej część miasta, którą przedstawiono uczestnikom projektu, przypominał domek dla lalek. Świeżo malowany, pełen estetycznych detali i cieszący oko, a jednak ustawiony gdzieś pośrodku wielkiego bałaganu. Chociaż na początku wyjazdu turyści byli nastawieni na szukanie podstępu, dyskretnie nagrywali opuszczone lub pospiesznie remontowane hotele i robili masę zdjęć wizerunków dyktatorów, to coś się zmieniło. Płynęli z prądem. Pozwolili, aby ktoś przestawiał ich jak lalki z punktu a do punktu b. I absolutnie wszyscy czuli, że coś się zmieniło.
– Ty też masz wrażenie, że po powrocie z parku i śmierci Kraskiego nastał jakiś spokój? Coś na kształt chwilowego zawieszenia broni? – zapytała Jenny.
Konrad słyszał stukot jej butów uderzających o chodnik. Jenny wyjątkowo upodobała sobie obcasy Syntii i trzeba przyznać, że bardzo dobrze się w nich prezentowała. Szła tak blisko. Była na wyciągnięcie ręki. Ich palce i ramiona dzieliły centymetry, lecz żadne z nich nie przekroczyło tej niewidzialnej bariery. Tutaj nie chodziło tylko o to, że ukrywali się przed kamerami. Po prostu spali wtuleni w siebie. I całowali się wtedy, kiedy było bardzo źle. Nigdy nie nazywali jednak rodzącego się między nimi uczucia. Wiedzieli, że w pewnym momencie zostaną rozdzieleni. Najpewniej na zawsze. Dlatego najłatwiej było cieszyć się chwilą, zamiast martwić się o przyszłość. Problem polegał jednak na tym, że Jenny cały czas myślała, co nastąpi po programie. Konrad tak samo. Żadne z nich nie mówiło głośno o tych obawach, chcąc wzajemnie się odciążyć. Naiwnie wierzyli, że tej drugiej osobie naprawdę udaje się zapomnieć choć na chwilę.
– Myślę, że trafnie to ujęłaś. Pewnie Raki Bork tylko czeka, aż emocje opadną, i będzie miał w planach kolejne wyzwania – powiedział Koni.
– Też tak uważam. Swoją drogą, dzisiaj ma być wyemitowany odcinek z parkiem. To znaczy, tak oszacowałam po tym, co mówił Raki. Ostatni skończył się na naszym przepakowywaniu – stwierdziła Jenny.
– Zobaczymy, jak nas ocenią. Żałuję, że nie mogę poczytać komentarzy w internecie. W zasadzie to najbardziej interesuje mnie moment z pocięciem namiotu. Ciekawe, czy pokażą to w telewizji.
Na wzmiankę o namiocie Jenny uśmiechnęła się do własnych myśli.
– Przełomem dla Ligvańczyków na pewno będzie to, że program burzy dotychczas ustaloną hierarchię – powiedziała.
– Co dokładnie masz na myślisz? – zapytał, chociaż przeczuwał, co zaraz usłyszy.
– Tu nie ma lekarzy i futai. Podziałów na tych, którzy piastują ważne i mniej istotne stanowiska. Nie ma osób, którym z jakiegoś powodu powinno się więcej wybaczać. Wszyscy staliśmy się uczestnikami.
Dziewczyna wyciągnęła dłonie ku górze, jakby ten gest miał podkreślić poczucie wolności, jakie ją ogarnęło. Jej słowa wydały się Konradowi bardzo śmiałe. W pierwszym odruchu patrzył nawet na torebkę zawieszoną na jej ramieniu i tylko czekał, aż ukryty w niej telefon zawibruje. Ten jednak milczał. Być może dlatego, że Jenny nie przesadziła. Jakoś udało jej się zgrabnie lawirować między tym, co dozwolone a zakazane.
– No tak, i każdy ma możliwość zaprezentować swój charakter.
Konrad miał na końcu języka, że wiele jeszcze zależy od montażystów. Sam doskonale wiedział, jak w zmyślny sposób można zgrabnie uciąć niektóre fragmenty. Nie dzielił się z Jenny tymi uwagami, ponieważ zależało mu na spokoju dziewczyny. W końcu ich oczom ukazał się niski, jasny budynek z dużymi oknami. Konstrukcja bazowała na drewnie i bambusie, a niewielki ogródek wieczorami oświetlały papierowe lampiony. Nim para z drużyny fioletowej zdążyła wejść na teren budynku, Syntia przesunęła bambusowe drzwi. Z wnętrza wybiegło sześć dziewczynek. Nie mogły mieć więcej niż dziewięć lat. W geście szacunku pokłoniły się swojej mentorce. Ta odpowiedziała im tym samym, ale z typową dla siebie, wystudiowaną gracją. Przyszłe baleriny chwyciły plecaki i ruszyły w stronę wyjścia. Na widok Jennishi i Koniego również oddały pokłon. Nie zadawały żadnych pytań. Nie szeptały, nim nie zniknęły im z pola widzenia. Doskonale wiedziały, że ich nauczycielka przyjmuje uczestników Projektu OpenWorld. Mimo to, jak na Ligvanki przystało, milczały. Na pewnym etapie życia nauczono je, że nie wypada być wścibskim. I tak jak żaden przechodzień nie zadawał futai osobistych pytań, tak też stronił od zaczepiania przewodników i turystów.
– No co tak stoicie? Chodźcie! – Syntia machnęła ręką w stronę swoich podopiecznych.
Miała na sobie jedwabną szatę, najpewniej będącą luźniejszą formą ligvańskiego stroju tradycyjnego. Z atłasowej torebki wyjęła papierośnicę. Zdążyła zapalić papierosa, zanim jej goście weszli na teren ogrodu.
– Widzę, że twoje zajęcia cieszą się zainteresowaniem – zagaił Koni.
W odróżnieniu od Ligvańczyków nie uczono go trzymania języka za zębami. Młode tancerki, które przed momentem wyszły ze szkółki tanecznej Syntii, musiały pochodzić z rodzin, które było stać na takie zajęcia. Może polityków? Albo jakichś dygnitarzy?
– Owszem, ale to dopiero początek. Dopóki Ligvash nie zaangażował się w Projekt OpenWorld i nie nastawił na późniejsze przyjęcie turystów, prowadziłam głównie zajęcia z baletu. Rodzina Nursich go uwielbiała. Wiadomo więc, że Ligvańczycy też – oznajmiła z uśmiechem.
Na tym etapie znajomości Koni i Jenny potrafili jednak rozpoznać momenty, w których Syntia pozwalała sobie na tę subtelną, ledwie wyczuwalną nutę cynizmu. To był jeden z nich.
– I uważasz, że teraz wzrośnie popyt na naukę naszego ojczystego tańca ligvańskiego? – zapytała Jennishi.
Syntia powoli wypuściła dym z ust. Wiedziała, że na tarasie, mniej więcej nad jej głową, zamontowano kamerę. Istniało więc duże prawdopodobieństwo, że i ten fragment ukaże się w telewizji.
– Oczywiście. Jeszcze wspomnicie moje słowa, ale jestem pewna, że nasz taniec ludowy będzie hitem. Zresztą w mojej opinii Beilong okaże się turystyczną mekką. To niesamowite miejsce, ale mniejsza o to. Na takie rozważania przyjdzie czas przy herbatce. Za pięć minut widzimy się na parkiecie. Dołożę wszelkich starań, by nauczyć was jak najwięcej.
Głos Syntii brzmiał niezwykle poważnie. Po wielu poprzednich próbach Jenny i Koni wiedzieli, że kobieta podchodzi do powierzonego jej zadania bardzo ambicjonalnie.
– Myślę, że ona może mieć rację. Pewnie cały świat mówi teraz tylko o Ligvashu – powiedział Konrad, po tym jak przystanęli, by zdjąć buty w progu.
Od dłuższego czasu oboje funkcjonowali w stanie dziwnego napięcia. Koni czuł sztywność ramion i palców. Gdy tylko pomyślał o czymś bardziej stresującym, mięśnie w jego ciele napinały się mimowolnie. Wracał też ból na wysokości mostka. Wyobrażał sobie, że jakaś niewidzialna ręka ściska mu wnętrzności. Że coś przygniata płuca, utrudniając oddychanie. I że czyjeś oczy śledzą każdy jego ruch, choć z tym ostatnim niewiele się mylił. Ale Koni dawał radę. Nie bał się, że ten stan wciąż będzie trwać. Przerażał go moment, w którym się skończy.
– Wciąż na nas patrzy – szepnęła Jenny.
Uniosła podbródek, wpatrując się w punkt na ścianie. Jej fioletowe oczy błyszczały z ekscytacji. Konrad również spojrzał w tym kierunku. Naprzeciwko drzwi wisiały trzy portrety. Dwa powieszono niżej. Jeden nad nimi. Zwykły obserwator mógłby uznać, że Syntia w ten sposób wyróżniła panującego władcę. Koni i Jenny rozumieli jednak tę drobną symbolikę. Keram Nursi patrzył na nich oceniająco ze złotych ram. Podobnie jego pierworodny syn Keram Danki Nursi. Górujący nad nimi Lei Nursi miał w twarzy coś dobrotliwego. Istniało prawdopodobieństwo, że w świetle ostatnich wydarzeń Koni zaczął patrzeć na niego inaczej.
– Mamy anioła stróża – odpowiedział cicho.
Wtem Syntia przesunęła drzwi i pewnym krokiem wparowała do środka. Spojrzała na Jennishi, na Konrada, po czym zmarszczyła czoło. Wiedziała, na co patrzyli. Domyślała się też, o czym myślą. Temat Leia Nursiego przewijał się w ich domu każdego wieczoru od śmierci Rafała Krasowskiego. Jenny i Koni chcieli wiedzieć więcej. Zadawali jej różne pytania, ale w tej kwestii Syntia była dość powściągliwa. Nieważne, jak bardzo się starali. Otrzymywali lakoniczne odpowiedzi. Kobieta nie opowiadała im, jaki prywatnie był Lei Nursi. Nie mówiła o jego motywacjach i nie rozwodziła się na temat ich spotkań.
„W razie wątpliwości wyślijcie SMS-a. Ja opowiedziałam wam swoją wersję historii. Moja jest konkretnie związana z Nishą. Czy przyjaźniliśmy się we troje? Oczywiście. Jego obecna sytuacja jest zgoła inna od mojej. Nie będę wypowiadać się za kogoś” – powiedziała stanowczo, gdy ostatnio próbowali na nią naciskać.
– Wsparcie Opatrzności zawsze się przyda. Nic wam jednak nie pomoże, jeżeli będziecie tak po prostu stać i modlić się do wizerunku naszego wodza. Powinniście już czekać przebrani w sali lustrzanej – ponagliła ich.
Wykonali jej polecenie niczym posłuszni uczniowie. Bez słowa przesunęli kolejne drzwi i ruszyli prosto do szatni. Pięć minut później cała trójka weszła do sali lustrzanej. Syntia stała przy otwartym oknie. Ciepłe światło oświetlało jej sylwetkę i sprawiało, że wzory na trzymanym przez nią wachlarzu połyskiwały. Bezwiednie przesuwała palcem po jego krawędzi.
– Zacznijmy od ciebie, Jennishi. Pokaż, czego się nauczyłaś.
Syntia podrzuciła wachlarz i z cichym zdumieniem obserwowała, jak dziewczyna z gracją go łapie. Rola Jennishi była nieporównywalnie trudniejsza. To ona zaczynała, partner dołączał do niej później. Kiedy Raki Bork wyznaczył Syntii akurat to zadanie, nie kryła obaw. Ligvański taniec narodowy był trudny. Nie wszyscy pamiętali, że opowiadał historię poznania rybaka oraz nimfy wodnej, która miała go oczarować. Syntia nie mówiła o tym na głos, ale czuła ogromną presję. Chciała jak najlepiej nauczyć tańca swoich podopiecznych. Mieli zachwycić widownię, nie stać się obiektem żartów, a o to wcale nie było trudno. Instruktorka tańca szybko zorientowała się jednak, że jej podopieczni radzili sobie całkiem nieźle. Powoli podeszła do magnetofonu. Skinęła na Jennishi, która stanęła na niewielkim drewnianym podeście.
– Gotowa?
Gdy dziewczyna przytaknęła, Syntia włączyła muzykę. Jenny rozłożyła ręce na boki i kucnęła. Czekała, aż wybrzmią odpowiednie nuty. W końcu powoli zaczęła się podnosić. Biała jedwabna szata falowała niczym woda z każdym jej ruchem. Długie rękawy spływały z jej ramion, gdy unosiła ręce.
– Ma niesamowitą pamięć mięśniową – szepnęła Syntia tak, że tylko stojący tuż obok Konrad mógł ją usłyszeć.
Nie lubiła przesadnie chwalić uczniów. Wychodziła z założenia, że dobrzy tancerze to tacy, którzy dużo od siebie wymagają. Jej celem jako instruktorki nie było sprawienie, by obrośli w piórka.
– Głowa do góry! Nie bój się! – krzyknęła.
Jenny właśnie zrobiła obrót. Następnie znów ustawiła się przodem do Syntii i Konrada. Czuła napięcie w ciele. Wielokrotnie proszono ją, aby się nie bała, a następnie wprowadzano w kolejny życiowy koszmar. Taka właśnie była rzeczywistość futai. Sekundy poczucia braku kontroli wybiły ją z rytmu. Wachlarz upadł na podłogę. Jenny kucnęła, aby go podnieść. Wydukała przeprosiny i już chciała kontynuować taniec, kiedy Syntia wyłączyła muzykę. Zastukała długimi paznokciami w odtwarzacz. Jenny czekała na jakąś reprymendę, ale Syntia milczała. Jennishi czuła, że musi coś powiedzieć:
– Przepraszam. Pomyliłam się.
– Rozproszyłam cię – stwierdziła Syntia.
– Nie jestem pewna. To najtrudniejszy moment.
– Spróbujmy jeszcze raz. Pamiętaj o prostej postawie. Ufaj swojemu ciału.
Murong, Ligvash
Spojrzał na notatki przybite do tablicy korkowej, chociaż doskonale wiedział, co na nich zobaczy. Za godzinę wszyscy uczestnicy usiądą wraz z Rakim do wspólnej kolacji, a to oznaczało kolejne spotkanie z doradcami i oglądanie wszystkiego na żywo. Gdyby Lei Nursi miał wybór, zaszyłby się tu. W swoim małym, ale przytulnym gabinecie. Siedział na skórzanym fotelu otoczony meblami wykonanymi z dobrej jakości lakierowanego drewna. Pomieszczenie wypełniała świeża woń jaśminu. Uwielbiał go, dlatego kazał kupować odświeżacze i świece o tym zapachu. Yoshi Naren pachniał jaśminem, lecz nikt już o tym nie pamiętał. Zabrał tę małą, słodką tajemnicę do grobu, podobnie jak wiele innych. Zdecydowanie bardziej mrocznych. Lei Nursi bardzo dobrze wspominał bankiet, na którym widzieli się po raz ostatni. Matka uwielbiała obcować ze sztuką. Ojciec otaczać się ważnymi ludźmi. Brat robić wszystko, co zadowoli rodziców. Dziewiętnastoletni wówczas Lei czuł ogromną bezradność. Patrzył na okrucieństwo, ale nie mógł nic zrobić. Matka na każdym kroku wytykała mu jakieś błędy. Ojciec powtarzał, że jest słaby. A brat robił i jedno, i drugie, ponieważ zawsze bezgranicznie popierał rodziców. Czasami Lei Nursi pozostawał niewidzialny, ale lubił te chwile. Dzięki nim chociaż na moment stawał się decyzyjny. Jak wtedy, gdy niepostrzeżenie wsunął rękę pod stół, aby podać Yoshiemu kartkę. Tak bardzo nie chciał go wtedy stracić i czuł, że wydarzy się najgorsze.
Mój drogi,
oni mnie nienawidzą. Jestem tylko trzecim elementem niepasującym do układanki. Takim, który nigdy niczego nie osiągnie. Mogę tylko patrzeć, a widzę, do czego prowadzi władza. To niekończące się pasmo okropieństw. Nie ryzykuj. Proszę. Nie chcę, byś tam szedł. Ten świat jest zły. Mam w nim tylko ciebie. Nie zostawiaj mnie. Nie zatrzymasz ich. To zbyt niebezpieczne. Oni obrócą wszystko w popiół.
Kocham Cię,
L.N.
Lei Nursi nie chciał, aby Yoshi tak czynnie angażował się w przerzucanie ludzi. Zauważył drobne zmiany w zachowaniu ojca – chodził zadowolony, zachwalał Gamina, mówił, że coś wie, i szeptał o przebiegłych zdrajcach. Lei nie wiedział, na ile te małe oznaki są alarmujące, a na ile jego żyjący w ciągłym stresie organizm reaguje w irracjonalny sposób. Po prostu chciał, żeby Yoshi na jakiś czas sobie odpuścił. Ale nie. Poszedł pomóc przerzucić Rinę Wang. Tydzień po tej ostatniej wspólnej kolacji rebeliantów wyłapały wojska Gamina, który prowadził swoje własne śledztwo. Egzekucja nie była publiczna. Media poinformowały o niej po fakcie. Lei Nursi dobrze zapamiętał moment, w którym się dowiedział.
Jak co dzień zasiedli do śniadania w rezydencji w Murongu. Wszystko przebiegało zgodnie z harmonogramem. Punktualnie o godzinie dziewiątej zajęli miejsca przy stole w jadalni. Ojciec był tradycjonalistą. Sprowadził wiele antyków. Przesuwne szklane drzwi odgradzał ażurowy parawan o półkolistym kształcie. Za szybą znajdował się mały wewnętrzny ogród. Rosła w nim czarna sosna japońska, sprowadzona na życzenie matki. Strofowany od dziecka Lei wyćwiczył w sobie umiejętność wyłączania się. Kiedy inni prowadzili rozmowy, w których nie chciał uczestniczyć, po prostu wlepiał wzrok w drzewo. W tym świecie nie mógł sprzeciwić się ojcu. Jak mógł uciekać przed kimś, kto był idolem całego narodu? Jedyną nadzieją. Największym zbawcą. Niemalże bogiem. W prasie i telewizji powtarzano legendy o wspaniałym ojcu narodu. Wielki Keram Nursi był wszędzie. A Lei musiał szukać specjalnych szuflad w głowie, aby przed nim uciec.
Tego pamiętnego dnia coś zachwiało ustalony porządek świata. Ledwie zdążyli usiąść, gdy Keram Nursi rzucił na stół dwie gazety. I Lei pojął, że tym razem nie ma ucieczki. Nie pomoże przeczekanie lub spoglądanie w drzewo. W nagłówku było coś o zdrajcach Ligvashu. Dziewiętnastoletni wówczas chłopak pospiesznie przeczytał nazwiska straconych. Yoshi Naren. Baki Naren. Jakże bolesne były te cztery proste wyrazy. Ojciec coś mówił. Chyba krzyczał. Unosił ręce do góry i wskazywał na matkę. Lei nie pamiętał jego słów. Nie dochodziły do niego. Potrzebował schronienia. Wybiegł z jadalni. Zamknął się w pokoju. Zrozumiał, że nie zdoła funkcjonować w takim świecie. Ligvash gnił od środka, a on razem z nim.
Pukanie do drzwi otrzeźwiło Leia Nursiego. Siedział w swoim gabinecie. Miał czterdzieści jeden lat. Ojciec zniknął. Brat zniknął. Matka też zniknęła. Pozostał salon z widokiem na sosnę japońską. I tabun natarczywych, starych polityków. Nie mógł tak po prostu się ich pozbyć. Nie działał tak, jak Keram Nursi. Siedział przed ekranem laptopa. Próbował uspokoić drżenie rąk, mocniej zaciskając palce na długopisie. Pukanie rozległo się ponownie.
– Proszę wejść! – krzyknął w końcu.
Męska dłoń nieśmiało nacisnęła klamkę. Vernik Berm miał niespełna trzydzieści lat, gdy rozpoczął pracę jako sekretarz w biurze Kerama Nursiego. Ten stosunkowo krótki okres odbił się jednak na jego psychice. Jedynie osoby przebywające w najbliższym otoczeniu dawnego wodza wiedziały o jego napadach złości. Zasłużonym pozwolił grzać się w swoim blasku. Nagradzał dobrym słowem. Zaproszeniem w ważne miejsca. Prezentem. Podwyżką. Potrafił jednak zganić tak, że Vernik przychodził do biura na trzęsących się nogach. Inni pracownicy rywalizowali między sobą. Każdy chciał przypodobać się światłu narodu. Być wyróżnionym. Docenionym. Nawet zmiana władzy nie wypleniła do końca starych nawyków. Miejsca zmarłych zajęli inni dygnitarze, a czasem ich dzieci, ponieważ wiele stanowisk było w Ligvashu dziedzicznych. Lei Nursi wiedział, że nie ugruntuje dostatecznie swojej pozycji, dopóki nie będzie miał dziedzica. Wyobrażał sobie scenariusz, w którym w razie wypadku władzę po nim przejmie kanclerz Lang Terman. Swój urząd objął po ojcu, więc to wszystko miałoby sens. Długo plotkowano po tym, jak ze wszystkich wysoko postawionych osób to właśnie Vernik Berm został mianowany osobistym doradcą wodza. I nikt nie wziął pod uwagę, że Lei Nursi świadomie wybrał najbardziej potulną osobę.
– Dzień dobry w Ligvashu – powiedział uprzejmie Vernik i się ukłonił.
– Opatrzność nad nami czuwa. Zamknij drzwi – rzekł Lei Nursi.
Nim polecił doradcy, by usiadł na fotelu, spojrzał na ekran monitora. Kamera znajdowała się pod sufitem w sali lustrzanej Syntii. Jennishi stała na podeście w lekkiej, białej szacie. Podrzuciła wachlarz i złapała go w locie, obracając się przy tym zgrabnie. Po karku Nursiego przebiegły dreszcze. Przypomniał sobie Yoshiego. Momentami widział go w Jenny. Miała podobną grację. I uśmiech. Była jedyną na tym świecie potomkinią braci Naren. Lei Nursi mógł się oszukiwać. Mówić, że pomaga dziewczynie, ponieważ jest to winny jej matce. W rzeczywistości górę brały zdecydowanie bardziej osobiste pobudki.
– Raki Bork pisał, że kolacja jest gotowa. Za dwadzieścia minut mają przyjść uczestnicy. Wszystko w salce konferencyjnej dopięte na ostatni guzik. Kanclerz Terman już czeka. Zaraz powinni pojawić się również ministra rozwoju i technologii oraz minister kultury i turystyki – mówił doradca.
Vernik Berm był zawsze punktualny i doskonale przygotowany. Postronna osoba mogłaby odnieść wrażenie, że nie mówił, ale czytał swoją wypowiedź z zeszytu. On wprowadził jednak szereg czynności, które miały na celu pomóc mu na wypadek zetknięcia z kimś, kto spróbuje wytknąć błędy. Zyskał takie stanowisko, że za wszelką cenę był gotów o nie walczyć.
– Turystyki… – powtórzył Lei Nursi z uśmiechem. – Zobacz, jak to fantastycznie brzmi. Jeszcze niedawno to określenie nie funkcjonowało w naszym słownictwie. Dobrze, że je dopisaliśmy.
Obrócił się na fotelu w stronę Vernika. Ten siedział w nieco luźnym garniturze. Nerwowo poprawiał kołnierzyk przy nienaturalnie szczupłej szyi. Wszystkie spotkania dotyczące organizacji Projektu OpenWorld bardzo go stresowały. Przyglądał się już innym dygnitarzom oglądającym fragmenty widowiska w salce kinowej. Słyszał, jak komplementowali pomysłowość wielkiego wodza. Przeczuwał, że ten schemat znowu się powtórzy.
– To prawda. Podjął pan wiele światłych i odważnych decyzji. Ligvash rozwija się jak nigdy dotąd.
Lei Nursi mruknął niekontrolowanie. Potrzebował namiastki komfortu. Jednoznacznego sprzymierzeńca w tym całym bałaganie. Osoby, która chociaż na moment wyjmie ten cholerny kij z tyłka i pogada z nim jak normalny człowiek. Raki Bork tak potrafił. Lei nie zawsze zgadzał się ze wszystkim, co on mówi, a jednak zdarzały się momenty, w których doświadczali względnie swobodnej wymiany zdań. Problem polegał na tym, że Raki Bork przebywał w Beilongu, a Lei potrzebował wsparcia na miejscu.
– Ustaliliśmy już, żebyś mówił do mnie normalnie, kiedy jesteśmy sami. Na ty. Byłbym bardzo wdzięczny, gdybyśmy pozostali przy tym układzie – powiedział.
– Rozumiem, ale to dla mnie trudne. W końcu jest pan… To znaczy jesteś słońcem narodu. Wielki Keram Nursi kładł duży nacisk na takie granice.
Bez względu na to, ile lat minęło, Lei Nursi nadał słyszał porównania do swojego ojca. Szczerze ich nienawidził. Na pewnym etapie uświadomił sobie jednak, że nie zdoła z tym walczyć.
– Wpadnij dzisiaj do mnie wieczorem. Zapraszam na whiskey. Szofer odwiezie cię potem do domu. Musimy porozmawiać o kwestii, którą często ostatnio próbujesz ze mną poruszać. Tak na spokojnie – rzekł Lei.
Określenie „na spokojnie” odniosło skutek odwrotny do zamierzonego. Vernik spiął się jeszcze bardziej. Ściągnął ramiona i wyprostował chudą szyję niczym struś. Przed laty Keram Nursi również zapraszał do siebie wyższych rangą urzędników. Bywało, że nie wszyscy wracali potem do domu. Ktoś został aresztowany. Przed posiadłością czekała ochrona.
– Oczywiście.
– Vernik, przestań dygać. Przecież dobrze mnie znasz. To prawda, Projekt OpenWorld zmienił trochę dynamikę naszej znajomości, ale nic złego się nie wydarzy. Musisz to sobie uświadomić, dobrze? – powiedział spokojnie.
Chociaż w pomieszczeniu siedzieli całkiem sami, Vernik obejrzał się za siebie. Tak jakby sprawdzał, czy nikt nie podsłuchuje. Przełknął ślinę. Niepewnie pochylił się w stronę przełożonego.
– Podziwiam pana, że pan nie czuje żadnego lęku przed tymi turystami. Trzeba być naprawdę bardzo, bardzo wybitną jednostką. Ja bym się stresował. Tak sobie myślę, że może zechcą nam w jakiś sposób zaszkodzić…
Lei Nursi zacisnął usta w wąską kreskę. Dobrze znał Vernika. On nie mówił takich rzeczy bez powodu. Musiał coś gdzieś usłyszeć. Może podsłuchał rozmowę innych dygnitarzy, którzy lawirowali na granicy podważenia autorytetu Nursiego.
– Naprawdę uważasz, że jestem słońcem narodu? – zapytał.
Vernik zamrugał. Nie spodziewał się takiego pytania.
– Oczywiście. To niepodważalne.
– Skoro jest to niepodważalne, powinieneś zaufać moim wyborom. Nie wierz plotkom, bo to nie zaprowadzi cię do niczego dobrego. Potrzebny mi jest doradca, który myśli samodzielnie. Masz celne uwagi i właśnie to w tobie lubię. Oczekuję jednak bezwzględnej lojalności. Musisz wierzyć w moje pomysły. Bronić ich. Stać za mną murem. Możesz być ze mną szczery, gdy rozmawiamy w cztery oczy. Powtarzałem ci to wielokrotnie. Jesteś w stanie się o to postarać?
– Tak, tak. Nie wątpię w ciebie…
Ugryzł się w język, aby nie dodać „proszę pana”. Lei Nursi wiele by dał, aby mieć takiego doradcę jak Syntia albo Nisha. Potrzebował kogoś, kto nie widzi w nim ani boga, ani zagrożenia. Musiał jednak radzić sobie z zastanym stanem rzeczy.
– Pomówimy o tym dokładniej wieczorem. Czas ucieka. Z pewnością reszta już czeka w sali kinowej.
Lei Nursi wstał z miejsca. Poprawił dwa fioletowe pasy trzymające jego szatę. Częściej można było zobaczyć go w tradycyjnym ligvańskim stroju niż w garniturze. Na ścianie tuż obok drzwi wisiało lustro. Kiedy zobaczył w nim swoje odbicie, znów przypomniał sobie o Jenny. O Yoshim. Ponownie zapiekł go ten dawny ból. Niewykrzyczany. Skrywany gdzieś w środku. Wyszedł z gabinetu. Vernik Berm podążał za nim jak pies. Skręcili w boczny korytarz. Ochroniarze strzegący drzwi do salki ukłonili się nisko przed dyktatorem. Lei Nursi czuł się ogromnie samotny. Cały czas udawał beztrosko miłego. Wiedział, że jeżeli za bardzo się postawi, będzie na świeczniku. Nie o to mu chodziło.
– Dzień dobry w Ligvashu! – zawołał po tym, jak pchnął dwuskrzydłowe drzwi.
Na jego twarzy pojawił się szeroki, wystudiowany uśmiech. Wszyscy gwałtownie wstali. Jakby ktoś rzucił na nich jakiś urok. Lei Nursi zwykł osobiście witać swoich gości. Zaczął od kobiety. Najpierw uścisnął dłoń ministrze rozwoju i technologii – Kimi Nguyen, a później ministrowi kultury i turystyki – Kienowi Hai. Dopiero potem powitał kanclerza Termana. Zgodnie z zasadą, aby wrogów trzymać blisko, usiadł obok niego.
– Dobrze pan wygląda. Jak żona? Zdrowie dopisuje? – zapytał, jednoznacznie dając mu odczuć, że pamięta o ich ostatniej rozmowie.
– Miło, że pan pyta. Ma termin na czwartek. Nie mogę uwierzyć. Będę miał syna. – Lang Terman się uśmiechnął.
– To naprawdę wspaniałe wieści. Najlepsze.
Lei Nursi poklepał go po ramieniu. Skrycie nie znosił samego siebie w takich sytuacjach. Terman potrafił być okrutnym człowiekiem. Podobnie jak jego ojciec. Dyktator musiał jednak zachowywać pozory. Wymienili jeszcze kilka uprzejmych zdań. Lei kątem oka śledził moment, w którym Vernik podszedł do laptopa. Coś ustawił, po czym na przedzielonym na pół ekranie wyświetlił im się widok z dwóch kamer. Oglądanie rozmów wszystkich uczestników projektu na żywo zawsze przynosiło im największe emocje.
– Trzeba przyznać, że zadanie Vasha i Norberta jest obiektywnie najtrudniejsze. Może i szkoli ich wybitny mistrz sztuk walki, ale w tak krótkim czasie trudno opanować wszystkie ruchy. To naprawdę skomplikowane. Mam nadzieję, że zostanie docenione przez widzów – rzekł kanclerz Terman.
W wyobraźni Lei Nursi właśnie odgryzł mu się jakąś ciętą ripostą. Problem polegał jednak na tym, że nie chciał zdradzać swojej wyjątkowej sympatii do Jenny. Po tym, jak stanął murem za Konradem, niektórzy i tak mogli się czegoś domyślać. Na szczęście zareagowała Kimi Nguyen.
– Śmiem twierdzić, że nasz narodowy taniec jest równie skomplikowany. Koniego i Jenny czeka trudne zadanie – powiedziała ministra.
Lang Terman uśmiechnął się pobłażliwie.
– Nie porównywałbym sztuk walki do tańca.
– A ja tak. Trenowałam jedno i drugie. Dobrze wiem, co mówię.
Sytuacje takie jak ta sprawiały, że na czole Vernika zaczęły lśnić krople potu. Na szczęście na ekranie pojawiły się pierwsze osoby. Wszelkie rozmowy na sali momentalnie ucichły. Raki Bork usiadł u szczytu stołu, jak przystało na gospodarza. Cierpliwie czekał, aż jego podopieczni zajmą miejsca. Każdemu z nich przypięto mikrofon, a piątka wyjątkowych widzów ze stolicy dokładnie analizowała zachowanie uczestników. Wielu z nich miało swoich faworytów. W Murongu obstawiano już zakłady, kto z przewodników otrzyma wizę do Chin. Lei Nursi zachowywał pozorną neutralność, chociaż postanowił, by w ułamek swojego planu wprowadzić potencjalnego sojusznika.
II
Obserwatorzy
Beilong, Ligvash
Jenny i Koni cały dzień spędzili w biegu. Od razu po zakończeniu prób Syntia podwiozła ich na plażę, gdzie odbywało się spotkanie z Rakim. Za każdym razem Konrada zaskakiwała precyzja, z jaką ekipa zadbała o całą scenerię. Drogę wyznaczały bambusowe pochodnie, a na piasku rozsypano płatki kwiatów. U podnóża siedział już Raki Bork, pozdrawiając wszystkich swoim szerokim uśmiechem. Miał na sobie cienką koszulę z hawajskim motywem i nowe okulary o jakimś kosmicznym kształcie. Filmowcy nagrywali każdy krok uczestników. Aż do momentu, w którym usiedli na wyznaczonych miejscach.
– Dzień dobry w Ligvashu – powitał ich Raki Bork.
– Opatrzność nad nami czuwa – odpowiedziała chórem para z drużyny fioletowej.
Koni nawet nie zauważył, w którym momencie to powiedzenie tak bardzo weszło mu w krew. Wymawiał je wręcz machinalnie.
– Poczekajmy jeszcze kilka minut. Zaraz dojdzie reszta – rzekł Raki.
Przy stole brakowało jedynie Norberta i Vasha. Pozostali siedzieli na swoich miejscach. Zauważyli, że kamer było więcej niż zwykle. Na obrusie pomiędzy świeczkami rozsypano małe muszelki. Jenny chwyciła jedną z nich. Bezwiednie zaczęła obracać ją w palcach.
– Usłyszymy dzisiaj jakąś ważną informację? – zapytał Johann.
Raki Bork uśmiechnął się podejrzliwie.
– Poczekajmy z ogłoszeniami do przyjścia pozostałych uczestników. Zdradzę, że zagramy w pewną grę.
Kilka osób wymieniło spojrzenia nad stołami. Konradowi mimowolnie zaczęło udzielać się ich zdenerwowanie. Nie byli w dżungli i nic nie wskazywało na to, aby w ciągu kilku sekund musieli chwytać plecaki i ruszać w drogę. Na tym etapie wiedział jednak, że gierki psychologiczne potrafią wprowadzić jeszcze większe zamieszanie.
– O, idą. – Pierre wskazał na chłopaków z drużyny czerwonej.
Szli gęsiego. Najpierw na ścieżkę wkroczył Norbert z zawadiackim uśmiechem i wysoko podniesioną głową. Za nim wszedł Vash. Niby wiedział, że przed kamerami powinien prezentować się jak najlepiej, ale stres zjadał go od środka i było to po nim widać. Wiedział, jaki odcinek wyemitowano ostatnio. Przez ten cholerny namiot nie przespał kilku nocy. Norbert emanował władczą energią, która nie udzieliła się Vashowi. Przy nim czuł się jak w szpitalu przy ordynatorze. Tylko oni dwaj ponad wszystkimi. Wytłumaczył sobie, że ukarał innych za naiwność. To tylko gra. Przecież nikomu nic się nie stało. Teraz jednak szedł ze sztywnymi z przejęcia ramionami. Myślał tylko o tym, jak ten czyn został ukazany w telewizji. Kilka razy rozważał, by zadzwonić do kanclerza Termana i zapytać go o zdanie. Potem wmawiał sobie, że nie wypada tak postąpić.
– Dzień dobry w Ligvashu! Panowie, widzę, lekko spóźnieni – przywitał ich Raki Bork.
Norbert podwinął rękaw koszuli, eksponując srebrny zegarek. Zastukał w tarczę.
– Tylko dwie minutki – zauważył.
– Opatrzność nad nami czuwa – wtrącił Vash i dyskretnie pociągnął Norbiego za materiał koszuli przy łokciu.
Wczoraj odbyli już rozmowę na temat ocieplania wizerunku, lecz najwyraźniej Węgier zdążył już o tym zapomnieć.
– Ach, tak, tak. Opatrzność czuwa – powiedział Norbert, ale trochę na odczepnego.
Raki Bork nie wyglądał na szczególnie urażonego. Patrzył na tę dwójkę znad uniesionych okularów, a kąciki jego ust wciąż były uniesione.
– Cieszę się, że jesteśmy już w komplecie. Nim przejdziemy do kolacji, mam dla was małą grę. Nie martwcie się. To nic trudnego. Ostatnio zajmuje was wykonywanie zadań z mentorami. Jestem tego świadomy. Gra będzie miała na celu skłonienie was do myślenia. Zobaczymy, kto jest dobry w zgadywanki. – To powiedziawszy, zaklaskał w dłonie.
Wówczas do mężczyzny podeszła Ligvanka z kwiatem we włosach, w tradycyjnym stroju ludowym. Podczas pobytu w Beilongu wielokrotnie obsługiwała ich podczas kolacji. Podała Rakiemu złotą kopertę. Prowadzący, zamiast rozerwać papier, zaczął się nią wachlować.
– Och, zrobiło się gorąco. Też czujecie tę atmosferę?
Po nietęgich minach uczestników widział, że woleliby przejść do sedna. Jedynie Norbert siedział dziwnie zrelaksowany. Jenny pod stołem zacisnęła dłoń na kolanie. Miała ochotę złapać rękę Konrada. Zawsze tak robiła w stresujących chwilach, gdy zostawali sami. Vash siedział naprzeciwko. Nie patrzył na Rakiego, lecz na nią. Jennishi nie uciekała wzrokiem. Przeciwnie. Pozwoliła na to, by toczyli niemą walkę na spojrzenia. W końcu uniosła brew.
– Czujesz atmosferę, Vash?
W programie prawie wcale nie mieli ze sobą kontaktu sam na sam. To zaburzyło dotychczasową dynamikę ich znajomości. Jenny stała się silniejsza. Vash miał wrażenie, że malał w jej oczach. Chciał odzyskać grunt pod nogami. Nie rozumiał, dlaczego wszystko zaczęło się walić! Przecież był na tak uprzywilejowanej pozycji. Żaden inny uczestnik nie miał po swojej stronie kanclerza Termana.
– Chłopak chyba zaniemówił z wrażenia – parsknęła Nora, na co Crystal zachichotała pod nosem.
– No dobrze, myślę, że wszyscy są już gotowi – stwierdził Raki Bork i odchrząknął. – Drodzy uczestnicy, jak dobrze wiecie, jesteśmy już po emisji trzech odcinków. Nasi rodacy oglądają program w telewizji, ale żeby skomentować odcinki, muszą udać się do kawiarenki internetowej. Inaczej wygląda sytuacja w przypadku Chińczyków. Oni nie mają takich regulacji i korzystają z internetu w każdym możliwym miejscu.
Wszyscy zamilkli i w skupieniu obserwowali każdy ruch gospodarza. Ten wreszcie rozerwał kopertę, po czym wyjął z niej kilka kartek.
– Pod fragmentami nowego odcinka na naszych profilach w mediach społecznościowych pojawiły się liczne komentarze. Wybraliśmy te, które mają najwięcej polubień i dotyczą konkretnych osób. Dzięki temu będziecie mogli poznać opinię internautów na wasz temat.
Podczas gdy turyści, którzy w ojczystych krajach mają stały dostęp do internetu, zastanawiali się, ile komentarzy musieli usunąć ligvańscy moderatorzy, przewodnicy wyglądali na niesamowicie przejętych. Denki i Jinato zasłonili usta z wrażenia, a Crystal wstrzymała oddech. Vash przeraźliwie zbladł. Wyglądał tak, jakby zaraz miał zemdleć.
– Nie wiem, czy warto się tym przejmować. W internecie jest wielu hejterów. Będą czekać na porażkę uczestników programu. Nie mówię tylko o projekcie OpenWorld, ale ogólnie o rzeczach wyświetlanych w telewizji. Ludzie często wylewają w ten sposób swoje złe emocje. Zazdrość, frustracje i tak dalej – rzekł Norbert.
Tajemniczy uśmiech nie zniknął z twarzy Rakiego.
– Ależ tylko od was zależy, jak się odniesiecie do tych komentarzy. Nikt wam przecież nie każe brać ich na poważnie. Nasza gra będzie polegać na tym, że ja przeczytam trzy komentarze odnoszące się do konkretnego uczestnika, a wy będziecie musieli zgadnąć, o kim mowa.
To jedno zdanie utemperowało butę turystów. Uśmiechy zniknęły, bo dotarło do nich, że nie tylko usłyszą ocenę przypadkowych internautów. Będą musieli ocenić siebie nawzajem. Raki Bork wysunął z koperty pierwszą kartkę.
– To jak? Możemy zaczynać? – zapytał.
Zebrani pokiwali głowami. Jenny minimalnie przylgnęła do Konrada. Ich ramiona delikatnie się zetknęły. Patrzyli na Rakiego, lecz mimo to dali sobie ulotną namiastkę bliskości. Koni myślał o ostatniej rozmowie Jennishi z Kraskim. Nagrania z tego incydentu krążyły po sieci. Zastanawiał się, czy faktycznie zasiały taki chaos. Najbardziej niepokoił go scenariusz, w którym ktoś spróbowałby oczernić dziewczynę.
– Nie widzę sprzeciwów. W takim razie pozwólcie, że zacznę. – Ponownie odchrząknął, rozprostował kartkę i zaczął czytać:
Jest ciapowaty i ma dużo szczęścia, ale w sumie trudno go nie lubić.
Dobrali się idealnie. To trochę tak, jakby głuchy prowadził ślepego, a jednak zawsze mu się udaje.
Słyszałem, że Ligvańczycy są uważni i pracowici, a ten żyje w swoim własnym świecie. Chociaż trzeba przyznać, że z turystą dobrali się idealnie.
Jenny ukradkiem spojrzała na Konrada. Na tym etapie doskonale wiedziała, że myślą podobnie. Z wiadomość wynikało, iż chodziło o Ligvańczyka. Wzmianka o szczęściu od razu podsunęła im sytuację z namiotem. Tę, w której pomogli parze z drużyny żółtej. Nim jednak zdążyli się odezwać, Johann podniósł rękę.
– Tak? – zapytał Raki Bork.
Niemiec wyglądał na nieco spiętego. Uśmiechnął się trochę krzywo w stronę Jinato.
– Wybacz, stary. Myślę, że tutaj chodzi o ciebie. To nie tak, że zgadzam się z tymi wszystkimi komentarzami. Nic z tych rzeczy. Po prostu faktycznie ty i Pierre jesteście idealnie dobrani, ale jakby w swoim świecie.
Jinato machnął na to ręką. Nie wyglądał na szczególnie urażonego, chociaż mogły to być tylko pozory.
– Zgadłeś! – Rozradowany Raki klasnął w dłonie.
Norbertowi momentalnie zrzedła mina.
– Hej, momencik. A to nie miało być tak, że wszyscy obstawiają i analizujemy, kto zgadł?
– Nie. Jest tak, że odpowiada ten, kto pierwszy podniesie rękę. Jeżeli odpowie błędnie, pytanie przechodzi na kolejną osobę. Inaczej gralibyśmy w tę grę do jutra, a kolacja nie może czekać – rzekł spokojnie Raki Bork.
– Wcześniej o tym nie mówiłeś – wytknął Norbert.
– To teraz mówię.
Irytacja turysty zupełnie nie ruszała gospodarza. Nawet nie drgnęła mu powieka, gdy sięgnął do koperty, aby wyjąć z niej kolejną kartkę. Od razu zaczął czytać:
Na tle dwóch pozostałych jest nudna. Wyraźnie odstaje.
Wszyscy coś robią, tylko nie ona. Najmniej rzuca się w oczy.
To kolejna osoba w cieniu turysty. Liczyłem na więcej.
Konrad usłyszał, jak Jenny wstrzymuje oddech. Najbardziej zabolało go ostatnie zdanie. Bardzo nie chciał działać na niekorzyść dziewczyny. Dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że ten opis zupełnie do niej nie pasuje. Jennishi robiła bardzo dużo. Była wyrazista. Już chciał podnieść rękę, ale Vash go uprzedził.
– To komentarz o Jennishi – oznajmił bez wahania, gdy Raki Bork udzielił mu głosu.
– Nie, tu nie chodzi o Jenny.
Wówczas druga dłoń błyskawicznie znalazła się w górze. Zgłosiła się Crystal. Spostrzegawczy obserwator dostrzegłby, że palce jej dłoni drżały. Ciemna grzywka kleiła się do wilgotnego czoła. Raki Bork wskazał na dziewczynę.
– Tu chodzi o mnie. Bez dwóch zdań. Nie mam cienia wątpliwości – powiedziała na jednym wdechu.
Ewidentnie te słowa bardzo dużo ją kosztowały.
– Ej, można głosować na samego siebie? To trochę dziwne – odezwał się Norbert.
Wówczas dziewczyna fuknęła głośno. Na jej twarzy zagościła jakaś nowa emocja. Taka, której do tej pory Konrad nie widział.
– Nikt tego nie zabronił – odpowiedziała stanowczo.
W pierwszym odruchu Raki Bork chciał zareagować. Atmosfera zrobiła się jednak gęsta. Ciekawy rozwoju sytuacji, postanowił poczekać.
– No, ale to głupie. I w zasadzie przykre. Sama potwierdzasz to, że jesteś nudna i niczym nie wyróżniasz się na tle innych uczestników.
Crystal zacisnęła ręce na krawędzi stołu tak mocno, jakby miała ochotę go zmiażdżyć. Patrzyła Norbertowi prosto w oczy.
– Chcesz wiedzieć, co jest naprawdę przykre? – zapytała.
– No, dawaj. Zamieniam się w słuch.
Turysta wyglądał na wyluzowanego. Jego mina wyrażała ignorancję wobec całego świata. Sprawiał wrażenie kogoś, kogo nic już nie zaskoczy. Ale Crystal wiedziała swoje. Miała niemalże stuprocentową pewność, że zaraz zburzy ten cholerny mur.
– To, że nie życzysz wygranej swojemu turyście. Jego sukces po prostu cię nie interesuje. Prowadzisz dyskusje w taki sposób, aby wywołać sensację. Zapewne masz w tym konkretny cel. Może chcesz zbudować popularność na kontrowersji? Widzę, że podpuszczasz Vasha, aby robił naprawdę fatalne rzeczy. Po programie ogłosisz, że tańczył, jak mu zagrałeś? Cały czas go upokarzasz. I zachowujesz się tak, jakbyś tego nie widział. On również jakoś na to przystaje. Wasze cele są różne. Nie gracie do jednej bramki – wylewała z siebie potok słów, który zszokował zgromadzonych.
Zapadła cisza. Osłupiały Norbert patrzył na dziewczynę, jakby siedziała przed nim jakaś senna mara. Słowa Crystal wydały mu się absurdalne. Nie mógł pojąć, jak ktoś tak cichy mógł niespodziewanie wybuchnąć w taki sposób. Nora gwizdnęła z uznaniem. Ten gest dodatkowo go rozwścieczył.
– Co to za głupoty i insynuacje?
– Jestem pedagogiem. Wykładam na uniwersytecie, ale wcześniej uczyłam w szkole. Potrafię przejrzeć drugiego człowieka – rzekła hardo.
Vash zagryzł zęby. Siedział na krześle, ledwie zachowując pion. Najchętniej opadłby na nie bezwładnie niczym kukła. To wszystko było ponad jego siły. Analizował każde słowo Crystal i uzmysłowił sobie, że miała sporo racji.
– Zgadzam się z tym. Podpuściłeś Vasha. Nie sądziłeś, że on naprawdę potnie ten namiot – stwierdził w pewnym momencie Johann.
Siedzący obok Zan kiwał głową na znak, że popiera partnera. Tego wieczora do Crystal dotarło jedno. Nie może postępować tak, jak ją uczono. Najwyższy czas zapomnieć o szkoleniu i ruszyć do przodu. Tu każdy powinien rzucać się w oczy.
Murong, Ligvash
Atmosfera w salce kinowej zrobiła się napięta. Lei Nursi widział, jak twarz kanclerza Termana blednie. To on wybrał dla Vasha Norberta. Dostał w tej kwestii pewną swobodę i właśnie uzmysłowił sobie, jak duży popełnił błąd.
– Ludzie z Zachodu nie mogą pokazywać nas jako bandy kretynów. Dziewczyna ma rację. Sytuacja z namiotem była podejrzana. Facet go podpuścił – oceniła ministra Kimi Nguyen.
Terman zaciskał nerwowo zęby, a Lei Nursi zastanawiał się, co myślał w tym momencie. Może już analizował, jak zadzwonić do Vasha i ustawić go do pionu? Wielki przywódca nie był taki głupi. Przez te wszystkie lata musiał bardzo dobrze poznać osoby ze swojego najbliższego otoczenia. Razem z ich aspiracjami i marzeniami. Niegdyś wielki Keram Nursi stosował metodę kija. Chciał budzić strach. Zależało mu na zyskaniu respektu. Nie miał żadnych oporów przed tym, by wyszarpywać go sobie siłą. Sam Keram Nursi nazywał siebie władcą surowym i sprawiedliwym, chociaż co do tego drugiego Lei miał wątpliwości. Trzeba było jednak przyznać, że rozbudowany system kar naprawdę działał skutecznie. Nawet doświadczeni politycy bali się represji, a donosicielstwo było na porządku dziennym. Lei Nursi nie kontynuował polityki ojca. Odchodził od niej na tyle, na ile było to możliwe. W pewnym momencie uświadomił sobie jedno. Sam kij nie wystarczał. Na jego końcu musiała być marchewka. Wymyślił więc dość niekonwencjonalny sposób, by zachęcić unikających wszelkich zmian dygnitarzy do poparcia Projektu OpenWorld.
– Cicho, cicho. Zobaczymy, co będzie się teraz działo – rzekł minister Kien Hai.
Wszyscy wpatrywali się w ekran. Vash siedział sztywno, zaciskając ręce na krawędzi stołu. Kilku uczestników i Raki Bork patrzyli na Ligvańczyka, jakby oczekiwali od niego jakiegoś komentarza. Ten jednak milczał.
– No dobrze, w takim razie przejdźmy do kolejnej osoby.
Lei Nursi widział, jak kanclerz Terman nerwowo przygryza wargę. Pamiętał, jak poprosił go o rozmowę przed emisją odcinka, w którym Vash pociął namiot. Błagał, aby w montażu usunąć pewne sceny.
„Państwa Liston darzę szczerą przyjaźnią. Ich syn Vash wykazał się w tej scenie uporem i przypomniał innym Ligvańczykom ważne wartości. Chociażby taką, że trzeba być pracowitym. Nie można scedować swoich obowiązków na kogoś innego. Martwię się jednak, czy ta scena nie zostanie źle odebrana. Czy da się coś z tym zrobić?” – pytał wówczas, a Lei doskonale wyczuwał w jego głosie desperację.
Przyjął go z typowym dla siebie uśmiechem. Podobnie jak niegdyś ojciec, potrafił robić dobrą minę do złej gry. Tego akurat go nauczono. Pozwolił Termanowi wynegocjować mały kompromis. Drony nie krążyły nad namiotami w nocy, dopóki para z drużyny zielonej nie włączyła przycisku na lokalizatorze. Wściekły Johann udokumentował jednak dzieło Vasha ze stosownym komentarzem, a wszystkie pliki przesłał organizacji przy okazji wizyty w kawiarence internetowej. Lei Nursi udał, że idzie Termanowi na rękę. Pozwolił odrobinę przyciąć niektóre fragmenty. Te, na których Zan prawie płakał nad skalą zniszczeń. Terman próbował wynegocjować więcej, ale Lei Nursi postawił granicę. Oczywiście z uśmiechem na ustach, spokojnie, budując taką narrację, jakby i tak okazał Termanowi niesamowitą łaskę.
– Jak myślicie, kto będzie tym razem? – zapytała ministra Nguyen.
– Jestem ciekawy, co powiedzą o futai – odparł minister Kien.
Raki Bork wyjął kartkę z cytatami z koperty. Uniósł brew, jakby zaskoczyła go ich treść. Zastukał palcami o blat, budując napięcie, po czym zaczął czytać:
Niby najmniej się na tym zna, ale jego materiały są najlepsze. Mam na myśli te z kamer prywatnych. Inni nie dają tyle kręcić Ligvańczykom. Tu są dwie perspektywy. Uważam, że tak jest lepiej.
Typ miał niesamowitego farta i teraz żyje swoim najlepszym życiem.
Szczerze? Jak to oglądam, to sobie myślę, że chciałbym być na jego miejscu. Ciekawy jestem, jak potem pokażą dramę.
Tym razem to Nora jako pierwsza podniosła dłoń. Zaraz po niej był Norbert. Cmoknął z niezadowolenia, widząc, że zdołała go uprzedzić. Widzowie milczeli, spoglądając w ekran jak zahipnotyzowani. Raki Bork miał rację. Ten program niesamowicie wciągał, a wraz z popularnością szły ogromne pieniądze.
Beilong, Ligvash
Uczestnicy Projektu OpenWorld coraz częściej zapominali, że są nagrywani. Gdy do głosu dochodziły prawdziwe emocje, pewnych rzeczy nie dało się udawać. Koni czuł ramię Jennishi przy swoim.
– Tak? – Raki Bork wskazał na Norę.
Norweżka uśmiechnęła się pod nosem i odgarnęła z czoła jasną grzywkę.
– Drama sugeruje mi dwie sytuacje. Pierwsza, która przychodzi mi na myśl, to oczywiście incydent z namiotem – zaczęła, na co Zan i Johann zgodnie pokiwali głowami. – Druga to dość niedelikatne określenie tego, co spotkało Rafała Krasowskiego. Nie powiedziałabym, aby Vash żył ostatnio swoim najlepszym życiem. Uważam więc, że chodzi o Konrada.
Norbert raptownie spoważniał, gdy tylko Nora wspomniała o Kraskim. Ten temat był dla niego bardzo drażliwy. Sprawiał, że momentalnie gasł. Koni też zachowywał powagę, a jednak nie wyglądał na aż tak poruszonego.
– To dobra odpowiedź. Zgadłaś – powiedział Raki.
– Mam nadzieję, że się nie gniewasz, Koni. – Nora spojrzała na niego przepraszająco.
W odpowiedzi machnął ręką.
– Skąd.
– A dlaczego miałby się gniewać? – odezwał się nagle Vash. – W końcu to jest… Jak to szło? Typ, który miał niesamowitego farta i teraz żyje swoim najlepszym życiem.
Widział, że Koni i Jenny nie stronili od kontaktu fizycznego. Dostrzegał każdy dotyk, na który reszta uczestników nie zwróciła uwagi. A może tylko udawała, że tego nie widzi? Bez znaczenia. Vash widział wszystko i trudno było mu zwalczyć kotłującą się w środku złość. Teraz próbował myśleć o tym, że ten cholerny program to tylko jakiś etap przejściowy. Najchętniej zrezygnowałby z udziału w nim, ale nie mógł. Po pierwsze, nie było takiej możliwości. Po drugie, nie chciałby mieć takiej skazy na honorze. I w końcu po trzecie, chciał obserwować Jenny.
– Możemy przejść do kolejnych komentarzy? – zapytał Raki Bork, a gdy nikt nie zaprzeczył, wyjął z koperty kolejną kartkę i zaczął czytać:
Uważam, że coś takiego jest niewybaczalne. Powinni go wywalić z programu.
Było podkreślone, że to rywalizacja. Szczerze? To tamci byli naiwni, zrobił, co mógł, dla swojej drużyny.
Po trupach do celu. Jak przychodzi co do czego, okazuje się, że to nie wykształcenie decyduje o kulturze człowieka.
Vash wiedział, że chodziło o niego. Mimo to nie odważył się odezwać. Poczuł ulgę. Było o wiele lepiej, niż myślał. Szczególnie środkowy komentarz podniósł go na duchu. Stał się postacią kontrowersyjną, kojarzoną z konkretnej sceny, ale z pewnością bardzo wyrazistą. Kilka osób szybko podniosło ręce. Ku swojemu zaskoczeniu Vash spostrzegł, że pierwszy był Norbert.
– No nie patrz tak na mnie. – Uniósł ręce, jakby tym gestem chciał podkreślić swoją niewinność. – To było oczywiste.
Nora gwizdnęła. Przeciągnęła się niczym kotka i skrzyżowała ręce za głową. Na twarzy Crystal również zagościł uśmiech.
– Jakoś niemiło się u was zrobiło, chłopaki – skomentował Zann.
Raki Bork odchrząknął sugestywnie, a gdy uczestnicy zamilkli, ponownie sięgnął do koperty i przeczytał:
Na pierwszy rzut oka to taka cicha osoba, ale widzieliście, jak sprowadziła go do parteru? Próbował zadawać osobiste pytania i się skończyło.
Sądziłam, że będzie bardziej zdystansowana, a wydaje się po prostu ludzka. Jest zdecydowanie najbardziej wyrazista.
Typ miał ją za naiwną, ale jak się odgryzła, to poszło mu w pięty. Pewnych pytań się nie zadaje, a ona potrafi postawić granicę.
Tym razem to Crystal jako pierwsza podniosła rękę. Po tym, jak Raki Bork udzielił jej głosu, powiedziała:
– Nora?
Gospodarz odmownie pokręcił głową. Wtedy zgłosiło się kilkoro uczestników. Pierwszy był jednak Konrad. Raki Bork wskazał na niego.
– Mowa o Jennishi – rzekł pewnie.
– Poprawna odpowiedź – oznajmił Raki.
Po tych słowach między brwiami Norberta pojawiła się pionowa zmarszczka. Coś mu nie pasowało.
– Moment, kogo niby sprowadziła do parteru?
Konrad przypomniał sobie rozpacz chłopaka po śmierci Kraskiego. Dotarło do niego, że nikt z uczestników nie widział ostatniego połączenia Jennishi z Rafałem. O tej wymianie zdań wiedzieli jedynie organizatorzy i widzowie. Nie było żadnych świadków.
– Jesteś strasznie wścibski. Przecież na wielu etapach w programie się rozdzielamy. Nie śledzimy każdego kroku wszystkich drużyn – odpowiedziała Jenny.
Jej twardy ton zaskoczył Vasha. Ponownie uzmysłowił sobie, że coś się zmieniło. Zaczynał udział w programie z silnym poczuciem bycia kimś ważnym. W końcu to on sprawował najważniejsze stanowisko, a do tego cieszył się cichym poparciem kanclerza. Sprawy obrały jakiś zły obrót. Kiedy on gasł, Jenny obrastała w siłę.
– Czy faktycznie jest tak, że my, jako uczestnicy, mamy przed sobą tajemnice? Jeżeli przykładowo dochodzi do jakichś ważnych wydarzeń, nie informujecie nas? – zapytał Norbert Rakiego. Zmrużył przy tym podejrzliwie oczy. Dotychczas sądził, że to on miesza w programie najbardziej.
– Oczywiście, że was informujemy o naprawdę bardzo ważnych wydarzeniach. W programie jednak dużo się dzieje. Nie na wszystko mamy czas antenowy. Jeżeli chcesz wiedzieć, incydent z namiotem nie jest jedynym wydarzeniem, które wzbudziło… – rozmasował podbródek, zastanawiając się nad odpowiedzią – powiedzmy silne emocje wśród naszych odbiorców. Dzisiejsze zadanie ma wam nakreślić, jak jesteście postrzegani.
III
Propozycja nie do odrzucenia
Murong, Ligvash
Po obejrzeniu transmisji kanclerz Terman nadal bardzo wszystko przeżywał. Lei Nursi dokładał wszelkich starań, by okazać mu zainteresowanie.
– Ale Vasha chyba dobrze ocenili. Jako ciekawą osobę. Myślisz, że jest inaczej? – zapytał go cicho, gdy się żegnali.
Dostrzegł konsternację na twarzy mężczyzny. Widział, jak walczył z myślami. Jak pogrążał się w tych wszystkich wątpliwościach. A wielki wódz patrzył z zaskoczoną miną i pełnym współczucia głosem powiedział kilka ciepłych słów. Później poczekał, aż goście wyszli. Kątem oka zobaczył, jak Vernik pakuje papiery do teczki. Chciał podążyć za resztą wzdłuż korytarza, ale Lei go zatrzymał.
– Zapomniałeś o moim zaproszeniu?
Berm przystanął w połowie kroku. Był bardzo spięty. Lei wiedział jednak, że inni daliby się pokroić za wizytę w jego prywatnej rezydencji.
– Nie, nie, oczywiście, że nie. Po prostu nie wiem, czy wypada, i nie byłem przekonany, czy pan mówi na poważnie – dukał, ukradkiem spoglądając na zegarek.
– Jeżeli tak ci będzie wygodniej, mogę osobiście zadzwonić do twojej żony i powiedzieć, jaka jest sytuacja – powiedział spokojnie Lei.
Vernik spąsowiał. Trochę go to przerastało. Faktycznie, myślał o żonie, ale nie sądził, żeby ta była przeciwna jakimkolwiek spotkaniom. A już szczególnie z głową państwa. Po prostu przerastały go niektóre sytuacje. Bał się konfrontacji. Nie chciał usłyszeć czegoś, co zaburzyłoby jego dotychczasowy spokój.
– Nie trzeba. Wysłałem jej już SMS-a, że mogę wrócić później. Po prostu nie byłem pewien, czy to nadal aktualne.
– Przecież ustaliliśmy to przed oglądaniem streamu na żywo – zauważył Nursi.
Vernik nie mógł negocjować z takim argumentem. Pokiwał głową i postanowił zdać się na los.
Wyszli przed budynek. Wielki gmach nazywany parlamentem w rzeczywistości był instytucją fasadową. Spotykali się tam ministrowie i dygnitarze, aby omawiać ważne sprawy rządowe. Właśnie tam znajdowało się także biuro Leia Nursiego. Kiedyś wielki wódz marzył, aby Ligvash został państwem demokratycznym. W snach rezygnował z funkcji dyktatora, mianując kogoś kompetentnego prezydentem. Takie pomysły w kraju, który przez tyle lat przywykł do reżimu, nie miały jednak racji bytu. Nursiego otaczali ludzie pragnący władzy. Niemalże czuł na karku ich kwaśne oddechy i chociaż nigdy nie uważał się za najbardziej kompetentną osobę, sądził, że gdy tylko odda władzę, Ligvash wróci do stanu sprzed wybuchu w Futamie. Na to nie mógł pozwolić. Musiał zostać sprytnym rzeźbiarzem, formującym świat z tego, co akurat było pod ręką. Żałował, że nikt go nie przygotował. Żałował, że w ciągu pierwszego roku władzy marnował czas, rozważając samobójstwo. I w końcu żałował, że tak wiele czasu zajęło mu wybaczenie Nishy. Podjęła słuszną decyzję. Szkoda, że tak późno to do niego dotarło.
– Wasza Ekscelencjo! Zaczęło padać.
Lei Nursi schodził po marmurowych schodach, gdy nagle dobiegł do niego jeden z ochroniarzy. Otworzył parasol, aby deszcz nie zmoczył przywódcy. Vernik z nietęgą miną kroczył obok dyktatora. Wyglądał tak, jakby trochę się go bał.
– Och, dziękuję. Nie ma takiej potrzeby. Samochód już czeka przed budynkiem. – Lei Nursi wskazał na czarne auto, ale ochroniarz nie złożył parasolki.
Kiedy wódz podszedł do samochodu, inny ochroniarz otworzył przed nim drzwi. Vernik usiadł z drugiej strony. Wnętrze Mercedesa Maybacha zdawało się jeszcze pachnieć nowością.
– Dzień dobry w Ligvashu, Ekscelencjo – powitał dyktatora kierowca.
– Opatrzność nad nami czuwa – odpowiedział Nursi.
Vernik obejrzał się, by spojrzeć przez tylną szybę. Widział jadące za nimi drugie auto z ochroną. Wódz miał w zwyczaju podróżować sam, dlatego doradca był nieco zaskoczony, że kazał mu wsiąść do tego samego pojazdu. Lei Nursi miał opinię samotnika. Berm nie słyszał o tym, aby w czasie wolnym jego przełożony spotykał się z którymś ze swoich dygnitarzy. Nie miał żony ani dzieci. O kochance też nigdy nie słyszał. Wódz bardzo dbał o prywatność. Tego wieczoru postanowił jednak wpuścić doradcę do swojego świata.
Panującą w samochodzie ciszę zakłócała jedynie muzyka klasyczna. Vernik zaczął się zastanawiać, czy powinien coś powiedzieć. Kiedy spojrzał na Nursiego, dostrzegł, że ten zamknął oczy. Nie spał. Cicho uderzał palcami o podłokietnik, wystukując rytm. Najwyraźniej w taki sposób się relaksował. Doradca postanowił go nie zagadywać. Wlepił wzrok w szybę i podziwiał krople uderzające w okno.
– Jesteśmy, Ekscelencjo – powiedział kierowca, gdy samochód wjechał na teren posiadłości.
Wcześniej strażnik otworzył im bramę. Wszystko musiało przebiegać zgodnie z protokołem. Wejścia na teren posiadłości zawsze strzegli dwaj mężczyźni z karabinami maszynowymi. Przepisy nakazywały im zachować odpowiednią postawę, nie ruszać się bez powodu i ubierać w określony sposób, bez względu na pogodę. Przez to mokli w deszczowe dni, a w słoneczne nie mogli ochronić się przed upałem. Lei Nursi pamiętał scenę, w której jego dziesięcioletni wówczas brat rzucał w mężczyzn śliwkami znalezionymi w ogrodzie. Żaden z nich nie mógł zareagować, a chłopiec śmiał się wniebogłosy. Keram Danki przejawiał skłonności do okrucieństwa. Młodszy brat nigdy nie potrafił tego zrozumieć.
– Chodź szybko, bo zmokniesz, przyjacielu – zwrócił się do doradcy, który ledwie wysiadł z samochodu.
Vernik aż otworzył usta w wyrazie zaskoczenia. Wielki wódz nigdy dotąd nie zwracał się do niego w ten sposób. W pierwszym odruchu Berm spojrzał za siebie, by sprawdzić, czy nie stał tam ktoś inny. Nursi zauważył to i parsknął z rozbawienia.
– No chodź!
Ciemne oczy dyktatora wydawały się teraz poczciwie i roześmiane, ale Vernik swoje już widział. Wolał więc dmuchać na zimne. Pokornie wykonał polecenie. Dorównał mężczyźnie kroku i poczekał, aż ten wpuści go na teren posiadłości. Adres dyktatora nie był dla nikogo tajemnicą. Obowiązywał jednak prawny zakaz stania pod budynkiem, nie mówiąc już o fotografowaniu go bez oficjalnej zgody. Niegdyś Kerama Nursiego radością napawały tłumy koczujące z kwiatami w dniu jego urodzin i wyśpiewujące hymn narodowy. Lei tego nie chciał. Ostatnim, czego sobie życzył, były delegacje fałszywych pochlebców.
– Mam nadzieję, że jesteś głodny. Kucharz przygotuje coś pysznego – powiedział Lei.
Brzmiał beztrosko, podczas gdy serce Vernika waliło niczym młot. Z zapartym tchem podziwiał imponujący ogród wielkiego wodza. Jego centrum stanowiła fontanna. Woda tryskała z rzeźby imitującej kryształ. Najpewniej nawiązywała do futamitu. Tereny zielone nie tworzyły jednak idealnie uporządkowanej przestrzeni. Zamiast przystrzyżonych żywopłotów i kwiatów posadzonych w równych grządkach dominowały drzewa oraz krzewy owocowe. W oddali stała altanka, kształtem przypominająca buddyjską pagodę. Fioletowy dach sugerował Vernikowi, że mogła to być prywatna świątynia dyktatora. Albo miejsce do medytacji.
– Nie chcę, aby moja obecność sprawiła komukolwiek kłopot, Wasza Ekscelencjo – rzekł uprzejmie.
Lei Nursi zaczął godzić się z tym, że Vernik nie zrezygnuje całkowicie ze zwrotów grzecznościowych.
– Nie zaprosiłbym cię, gdybyś sprawiał mi kłopot – odpowiedział.
Pierwszy raz Vernik usłyszał w głosie wodza dominującą nutę. Tę samą miał jego ojciec. Poczuł, jak mięśnie ramion i nóg mimowolnie się spinają. Doradcę Nursiego niepokoiło jedno. Jeszcze za czasów starej władzy jego teść robił pewne przekręty finansowe. Dostał zezwolenie od Kerama Nursiego na budowę głównych dróg państwowych. Pieniądze do kieszeni brał także przyjaciel teścia zajmujący się stawianiem oświetlenia ulicznego. Przyjaciel teścia wpadł. Został skazany na pięć lat ciężkich robót i więcej nikt go już nie zobaczył. Teść zdołał uniknąć kary, ale istniało prawdopodobieństwo, że pewne kwestie po latach ujrzą światło dziennie. Vernik doskonale wiedział, jak postępowały osoby z bliskiego otoczenia Nursiego. Niektórzy w dążeniu do władzy, pieniędzy i przychylności wodza nie mieli najmniejszych hamulców. Doradca cały czas się bał, że ktoś wygrzebie stare brudy na jego rodzinę, a tym samym go pogrąży. Nawet jeżeli Lei Nursi zlikwidował większość obozów pracy i znacząco ograniczył stosowanie kary śmierci, jego dobroduszność musiała mieć jakieś granice.
– Oczywiście. Przepraszam. Zaproszenie do pańskiej rezydencji to dla mnie wielkie wyróżnienie – zreflektował się Vernik.
Lei w żaden sposób na to nie odpowiedział. Pchnął ciężkie drewniane drzwi, po czym wszedł do środka. Odźwierny już czekał, aby powitać swojego pana w progu. Nauczył się, że nowy dyktator miał nieco inne przyzwyczajenia niż jego ojciec. Nie lubił, gdy ktoś otwierał przed nim drzwi do rezydencji. Wolał po prostu być witany w środku. Nursi pozwolił, aby mężczyzna pomógł mu zdjąć nieco wilgotną szatę wierzchnią.
– Chcesz zostawić tu marynarkę? – zapytał Vernika.
Bermowi było wszystko jedno. Nawet nie zwrócił uwagi na przemokniętą tkaninę. Gdy jednak odźwierny podał mu wieszak, bez słowa zawiesił na nim okrycie. Potem z bijącym sercem ruszył za Nursim. Spodziewał się, że rezydencja wielkiego wodza swoim wystrojem będzie nawiązywała do starych, ligvańskich tradycji. I faktycznie, nie zabrakło zabytkowych przesuwnych drzwi, obrazów przedstawiających antyczne sceny i mebli wykonanych z ciemnego drewna. Z tym wszystkim komponowały się jednak nowoczesne akcenty. Wielki, industrialny żyrandol, lustra w stalowych ramach i rośliny w donicach o futurystycznym kształcie burzyły dawny porządek. Szata Leia powiewała dumnie, gdy kroczył po szerokich korytarzach. Bursztynowe kinkiety nadawały ciemnemu wnętrzu przytulny charakter. Wszystko przez ciepłą poświatę. Nad drzwiami prowadzącymi do salonu wisiały trzy złote ramy. Identyczne z widywanymi w urzędach. Z tą różnicą, że w takich placówkach ramy zdobiły portrety Kerama Nursiego, Kerama Dankiego Nursiego oraz Leia Nursiego. W tym domu zamiast zdjęć oprawiono lustra. Takie rozwiązanie bardzo zaskoczyło Vernika.
– Dlaczego nie ma tu zdjęć? – zapytał, nim zdążył pomyśleć. – To znaczy, proszę mi wybaczyć moje wścibskie pytanie. Po prostu jestem zdziwiony – sprostował.
Nursi przystanął w połowie kroku.
– Są symbolem refleksji nad naszymi własnymi czynami. Myślałem o tym, że jak ktoś spojrzy w ramy, dostrzeże samego siebie. Nie zmienimy tego, jak myślą inni. Mamy kontrolę tylko nad sobą – rzekł spokojnie.
– To bardzo mądre. Bez wątpienia jest pan wielkim myślicielem. W tych wnętrzach widać też olbrzymi polot i gust.
Chociaż doradca tego nie widział, dyktator zmarszczył czoło. Nie lubił tanich pochlebstw. Jedną z największych tajemnic Nursiego było jego miękkie serce. Ojciec wielokrotnie powtarzał, że litość jest słabością. Dlatego od czasu do czasu na życzenie Jego Wielmożności Vernik zlecał artykuły, w których opisywano kary stosowane wobec osób nieposłusznych państwu. Albo zbyt wścibskich. Szczególnie wobec futai. Faktycznie, istniały regulacje prawne skazujące winowajców, ale Lei wolał ostrzegać, niż karać. Dlatego historie o obywatelach odpracowujących kary w odległych gospodarstwach lub odsiadujących wyroki w więzieniach często bywały nieprawdziwe. Nursi wiedział, jak działa propaganda, i używał jej, lecz w zupełnie inny sposób niż ojciec.
– Och, cudownie. Wszystko przygotowali, tak jak prosiłem – ucieszył się Nursi na widok rozłożonego na stole jedzenia.
Pomieszczenie, w którym się znaleźli, urządzono dość minimalistycznie. Stał w nim barek i stół wykonany z jednego kawałka drewna. Największą uwagę zwracał jednak widok na ogród zewnętrzny. Za szybą rosła imponująca sosna japońska.
– Przepiękne wnętrze – zachwalał Vernik.
Potem dostrzegł dania na stole, a jego oczy rozszerzyły się z zaskoczenia. Na blacie ustawiono naczynia w kształcie drewnianych łódeczek, w których ułożono sushi. Zagraniczne dania były niedostępne w Ligvashu. Nigdzie nie sprzedawano pizzy, hamburgerów, włoskich past czy właśnie sushi, chociaż w mediach krążyły legendy, jakoby takie lokale splajtowały niedługo po otwarciu. Wielki wódz mógł jednak pozwolić sobie na wszystko, a że Japonia nie leżała przecież aż tak daleko, na jego życzenie sprowadzano składniki najlepszej jakości.
– Usiądź – polecił Lei Nursi, kompletnie ignorując zaskoczenie na twarzy swojego gościa.
Podszedł do barku i wyjął z niego butelkę whiskey. Następnie srebrnymi szczypczykami przełożył z collera do szklanek dwie kostki lodu. Lei Nursi był estetą. Służba przywykła do jego preferencji. Wiedziała, w jakich naczyniach należy podawać posiłki oraz jaka ekspozycja dań ucieszy oko dyktatora.
– Muszę przyznać, że kolacja jest bez wątpienia wyjątkowa – przyznał Vernik, czując, że cisza między nimi trwa już zbyt długo.
Wyjątkowa. Jakże bezpieczne było to słowo. Lei Nursi uśmiechnął się krzywo. Postawił przed swoim gościem szklaneczkę whiskey. Ledwie Vernik zdążył ją unieść, a dyktator wypowiedział toast:
– Za twoją lojalność.
Te trzy wyrazy bardzo nie spodobały się Vernikowi. Znów zaczął krążyć myślami wokół działalności teścia. Czy coś wypłynęło? Czy był zagrożony? Mimo tych wszystkich obaw posłusznie wykonywał jednak polecenia Słońca Narodu.
– Za moją lojalność. Dołożę wszelkich starań, aby nigdy pana nie rozczarować – oznajmił.
– Podoba mi się ta odpowiedź.
Oboje upili łyk alkoholu. Lei Nursi obszedł stół i zajął miejsce u jego szczytu.
– Uważaj na wasabi. Jest bardzo ostre. – Wskazał na zieloną pastę ułożoną misternie na małym talerzyku.
Dyktator zachowywał się tak, jakby nie widział niczego kontrowersyjnego w jedzeniu zagranicznych potraw. Chcąc ośmielić swojego gościa, pierwszy sięgnął po spory kawałek rolki z łososiem. Zamoczył ją w sosie sojowym, a następnie wsunął jedzenie do ust. Rozanielony zmrużył oczy. Vernik chwycił za pałeczki i niepewnie wziął kawałek z krewetką. Miał taką minę, jakby podejrzewał, że wódz może go otruć.
Rozmawiali na błahe tematy. Vernik komplementował jedzenie albo zadawał pytania na temat ogrodu. Lei Nursi cierpliwie mu odpowiadał. Kiedy w końcu się najedli i dyktator ponownie napełnił ich szklanki alkoholem, postanowił przejść do rzeczy:
– Bardzo cenię w tobie to, że nie jesteś chciwy i w zasadzie chyba najbardziej zależy ci na spokoju rodziny – powiedział.
Vernik zakasłał. Wasabi nieprzyjemnie zapiekło go w podniebienie. Faktycznie, był bardzo zaskoczony, gdy kilka lat temu Lei Nursi uczynił go swoim doradcą. Oczywiście stał się wówczas obiektem plotek. Innym nie odpowiadało, że ktoś tak wycofany objął ważne i dobrze płatne stanowisko.
– Jestem bardzo zadowolony z mojego obecnego życia – przyznał doradca.
Przez myśl przemknęło mu, że o wiele łatwiej żyłoby mu się bez stresu, ale wolał o tym nie wspominać.
– To dobrze. Doceniam lojalnych ludzi. Teraz muszę jednak poprosić cię o stuprocentową szczerość. Żadnego kręcenia wokół tematu. Dobrze?
– Oczywiście.
– Może ja zacznę, żeby cię ośmielić – powiedział Lei Nursi i upił łyk whiskey. – Wiem o działalności twojego teścia. W zasadzie wiedziałem o niej jeszcze przed tym, nim uczyniłem cię swoim doradcą.
Vernik Berm miał wrażenie, że jego świat właśnie zwolnił. Zastygł w bezruchu z pałeczkami w rękach. Patrzył na swojego rozmówcę niczym struchlały królik, który stanął oko w oko z drapieżnikiem. I wiedział, że już nie ma żadnej ucieczki.
– Spokojnie, Vernik. W tym pomieszczeniu nie ma kamer. Przysięgam. Jesteśmy tylko ty i ja. Nasza prawda oraz szczerość, która jest teraz tak potrzebna – mówił Lei Nursi.
Jego głos wciąż brzmiał tak miękko, wręcz kojąco i aksamitnie. Co prawda nie uspokoił dudniącego serca Vernika, a jednak częściowo przywrócił mu trzeźwość myślenia.
– Dlaczego więc pan mnie wybrał? – wykrztusił.
– Już powiedziałem. Ponieważ nie jesteś chciwy, a twoim priorytetem jest stabilizacja, bezpieczeństwo i oddanie rodzinie. Takiej osoby potrzebowałem i dołożę wszelkich starań, abyś zachował swój spokój. A może jakaś podwyżka przy okazji też się znajdzie. Warunkiem jest twoja bezgraniczna lojalność.
Lei Nursi nie czuł się dobrze, wspominając o teściu Vernika. To była zagrywka bardziej godna jego ojca. Sytuacja wymagała jednak poświęceń i nieznacznego nagięcia zasad.
– Rozumiem. Co w takiej sytuacji mam robić? – zapytał doradca.
– Odpowiedz mi na pytanie. Tylko szczerze. Nie potrzebuję teraz pochlebstw. Zależy mi na konkretach.
– Jak brzmi pytanie?
– Dlaczego wszyscy dygnitarze, doradcy i inni ludzie wcześniej związani z moim ojcem tak ochoczo wyrazili swoją aprobatę dla Projektu OpenWorld?
Vernik otarł pot z czoła. Przygryzł wargę, zastanawiając się nad odpowiedzią. To nie tak, że nie pamiętał. Wręcz przeciwnie. Wciąż miał przed oczami liczne sytuacje związane z ogłoszeniem projektu. Po prostu zastanawiał się, jak taktownie ubrać słowa w myśli. Przed wprowadzeniem swojego planu w życie Lei Nursi kazał wydrukować w gazetach więcej fake newsów dotyczących rzekomych represji. Później spotkał się w budynku parlamentu z najważniejszymi osobami w państwie, gdzie wygłosił osobistą przemowę.
– Cóż, na wstępie przypomniał pan wszystkim zebranym, że nie ma żony ani dziecka, a co za tym idzie, prawowitego następcy. W Ligvashu dziedziczymy stanowiska, dlatego wiele osób zastanawiało się, jak ten problem zostanie rozwiązany. I wtedy zapowiedział pan, że po ukończeniu projektu odczyta publicznie testament, w którym wyznaczy swojego następcę.
Vernik przez cały czas obserwował wodza. Patrzył, czy nie wykrzywia ust i czy na jego czole nie pojawiają się zmarszczki. Lei Nursi sprawiał jednak wrażenie w miarę spokojnego.
– Metoda kija i marchewki – podsumował. – Twoje spostrzeżenia są słuszne.
– Pan już dokonał wyboru?
– Tak, i chciałem się z tobą tym podzielić. Sytuacja jest trudna. Na ten moment projekt oczywiście jest moim priorytetem. Następują przełomowe zmiany. Po wyłonieniu zwycięzcy będę chciał ogłosić, kogo wyznaczyłem na mojego następcę. Potrzebuję twojej pomocy i dyskrecji.
Vernik przełknął ślinę. W duchu zaczął się modlić, aby tą osobą nie został kanclerz Terman ani żaden skrajny tradycjonalista.
– Oczywiście. Jak zawsze może pan liczyć na moją pomoc.
Lei Nursi wstał od stołu. Podszedł do barku i zza szklanej gablotki wyjął wczorajszą gazetę. Następnie podszedł do swojego gościa, aby mu ją podać.
– On – ogłosił.
Vernik wziął pismo. Zdjęcie okładkowe przedstawiało uczestników Projektu OpenWorld. Szybko dostrzegł jednak tytuł artykuł zakreślony w kółko – „Noworodek znaleziony na polu ryżowym”. Pośpiesznie otworzył tekst na właściwej stronie i zaczął czytać:
– Pani Mirabela z mężem prowadzi gospodarstwo. Jak co dzień rano udała się do pracy w polu. Nagle usłyszała płacz dochodzący z pobliskich zarośli. Podeszła w tamtą stronę i dostrzegła pleciony kosz wyłożony podartą bawełnianą koszulką. W środku leżał noworodek. Kobieta niezwłocznie wezwała pomoc.
Lei Nursi widział, jak z każdym zdaniem oczy Vernika robiły się coraz większe. Skrycie go to bawiło. Przyłożył dłoń do twarzy. Udawał, że rozmasowuje podbródek. Tak naprawdę zasłaniał uśmiech.
– Z całym szacunkiem, Ekscelencjo, ale nie do końca wiem, do czego ten tekst zmierza – ośmielił się przyznać doradca.
Dyktator uniósł brwi. Doskonale udawał zaskoczonego. W ciągu wielu lat władzy do perfekcji opanował przywdziewanie różnych masek.
– No, to czytaj dalej.
Vernik przełknął ślinę i ponownie spojrzał na tekst.
– Niemowlę zostało niezwłocznie przewiezione do szpitala. Tam przeprowadzono szereg badań. Okazało się, że chłopiec jest synem kogoś ocalałego z tragedii w Futamie. Policja prowadzi dochodzenie w celu ustalenia tożsamości rodziców, którzy porzucili go na polu. Obecnie został przewieziony do domu sierot, gdzie zapewniono mu opiekę… – Potarł skroń, próbując połączyć brakujące elementy układanki. – Chodzi o to, że chłopiec jest futai i dopiero się urodził? To znaczy, że mutacja nie nastąpiła bezpośrednio w Futamie? Do tej pory sądziliśmy, że kobieta musiała być w ciąży w momencie, w którym doszło do wybuchu.
Lei Nursi spokojnie napił się bursztynowego trunku. Siedział naprzeciwko swojego rozmówcy z miną godną leniwego kocura, któremu wszystko jest obojętne. To była kolejna maska. Ponad wszystko próbował ukryć niepokój i stres. Lata rządów nauczyły go, aby nie pokazywał żadnych słabych stron.
– Odnotowano już takie dwa przypadki. Albo to jest trzeci, albo spłodził go ojciec futai. Widzisz, ta mutacja nie ma konkretnych ram. Futai mają cechy wspólne. Głównie dotyczące ich zdolności do regeneracji. U niektórych przebiega jednak silniej niż u innych. Dla nas to nadal tajemnica. Przeprowadzamy badania, ale to proces – powiedział.
– Ale ma pan jakieś szczególne plany wobec tego chłopca? Chodzi właśnie o badania?
Dyktator uśmiechnął się blado. Jego rozmówca wciąż nie rozumiał. A może celowo wypierał tę myśl?
– Owszem. Będzie moim synem. Najpotężniejszą głową państwa, jaką widział ten świat. Opatrzność dała nam znak. To przeznaczenie.
Vernik siedział z szeroko otwartymi ustami, jakby nie docierał do niego sens słów dyktatora. Spojrzał na fotografię, którą opatrzono artykuł. Przedstawiała pleciony kosz.
– Do tej pory dziedziczenie było z krwi… – wypalił.
Lei Nursi zdawał się tylko na to czekać. Odgarnął jasne włosy z czoła i pochylił w stronę swojego rozmówcy.
– Ależ nic się w tej kwestii nie zmieni. Po zakończeniu projektu wezmę ślub. Stworzymy pełną, typowo ligvańską rodzinę. Ja, moja żona oraz nasz syn – rzekł beztrosko.
Vernik próbował poukładać sobie w głowie całą tę sytuację. Jeszcze nie zdążył przeanalizować technicznych problemów, które niósł ze sobą taki plan, a już wyobraził sobie reakcję dygnitarzy. Przygryzł wargę, by nie powiedzieć tego, co najbardziej cisnęło mu się na usta. Dygnitarze będą wściekli. Teraz wszyscy nadskakują Nursiemu, licząc na sowite wynagrodzenie. Rozczarowanie będzie wielkie, kiedy wyjdzie na jaw, że ten nie wybrał żadnego z nich.
– Żona? – wydukał w końcu.
Ten jeden wyraz po przeciągającej się ciszy brzmiał groteskowo. Lei Nursi z trudem maskował rozbawienie.
– Owszem. Ocalała z Futamy. Opatrzność nam pobłogosławiła, ponieważ czytaliśmy jej znaki.
Vernik nie chciał tego wiedzieć. Wolał zostać postawiony przed faktem dokonanym i dziwić się z pozostałymi dygnitarzami. Niestety, został powiernikiem sekretu. I to bardzo niewygodnego. Na domiar złego przeczuwał, że wódz ma wobec niego pewne oczekiwania. Dopił whiskey. Skrzywił się, czując, jak ta pali go w gardle, ale potrzebował teraz alkoholu jak niczego innego.
– Jak mam ci pomóc, Ekscelencjo? – powiedział to, co wypadało.
– Dobrze, że pytasz. Bardzo ci ufam, Berm. Jak nikomu innemu. Chciałbym, żebyś pojechał po mojego synka. Dostaniesz list z pieczęcią i wszystko, co potrzebne. Z żoną mieszkacie z teściami, prawda? To naprawdę piękny, duży dom. Znajdzie się miejsce dla takiego maluszka, aż do zakończenia projektu.
Vernik wstrzymał oddech. Ze wszystkich rzeczy, których nie chciał usłyszeć, tej po prostu nie przewidział. Powieka mu nie drgnęła, ale w środku cały dygotał. Próbował ułożyć sobie jakiś plan działania. Wyobrażał sobie, jak o tym wszystkim poinformuje rodzinę.
– A czy to nie będzie groźne dla tak małego dziecka? To noworodek, tak? Co jeżeli ludzie się zorientują? Zobaczą, że jest dziwnie duży i…
– Zrobimy tak, żeby się nie zorientowali – przerwał Lei Nursi.
I Vernik już wiedział, że z wielkim wodzem nie może dyskutować.
