Kraj, który walczy - Maja Kołodziejczyk - ebook + książka

Kraj, który walczy ebook

Maja Kołodziejczyk

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Jennishi i Konrad tworzą jedną z par w Projekcie OpenWorld. Zadania, które mają do wykonania, sprawiają, że ich relacja stale się pogłębia. Pozostali uczestnicy także mierzą się z trudnymi i emocjonującymi wyzwaniami, które wystawiają ich na próbę. Tymczasem w rządzie Ligvashu narastają napięcia i konflikty.

Nie wszyscy dygnitarze bezwarunkowo popierają obecnego dyktatora Leia Nursiego i każdą z jego decyzji. Mimo to dostrzegają w jego rządach szansę na realizację własnych interesów. Liczą, że po zakończeniu programu przywódca, zgodnie z wcześniejszą obietnicą, wskaże swojego następcę.

Sytuacja komplikuje się, gdy jeden z uczestników projektu robi zdjęcie czegoś, czego nie powinien był zobaczyć. To odkrycie uruchamia serię wydarzeń, która daje mieszkańcom Ligvashu nadzieję na odmianę losu. Przeciwnicy zmian nie zamierzają jednak odpuścić. Nie zawahają się przed niczym, aby utrzymać dotychczasowy porządek.

Czy rodzące się między bohaterami uczucie przetrwa w świecie pełnym niepewności, tajemnic i walki o lepszą przyszłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 593

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Maja Koło­dziej­czyk 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­cja: Justyna Tech­mań­ska-Szew­czuk Korekta: Jolanta Kuchar­ska, Domi­nika Ładycka / e-DYTOR Pro­jekt gra­ficzny okładki i stron tytu­ło­wych: Agnieszka Zawadka

Wydawca: TIME SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

ISBN 978-83-8343-836-8 War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Ostrzeżenie

Nie­które tre­ści przed­sta­wione na kar­tach powie­ści mogą być nie­od­po­wied­nie dla osób wraż­li­wych. Należą do nich prze­moc, wątki zwią­zane z han­dlem ludźmi, opisy zbrodni wojen­nych oraz życia codzien­nego w pań­stwie tota­li­tar­nym.

Cho­ciaż Ligvash został umiesz­czony na rze­czy­wi­stej mapie świata, wszyst­kie wyda­rze­nia, które się w nim dzieją, są fik­cyjne. Doty­czy to rów­nież odwie­dza­nych przez boha­te­rów miejsc, struk­tur poli­tycz­nych, reli­gii oraz wszyst­kich zagad­nień zwią­za­nych z kata­strofą w Futa­mie.

I. Urodzony przywódca

I

Uro­dzony przy­wódca

Beilong, Ligvash

Życie toczyło się dalej. Świat nie sta­nął w miej­scu. Gdy Jenny i Koni cho­dzili na lek­cje tańca, widzieli dzieci, które mijały ich na rowe­rach. Wyda­wały rado­sne okrzyki, a potem nie­zbyt dys­kret­nie wska­zy­wały na tę dwójkę pal­cami. Ptaki sia­dały na owo­co­wych drze­wach. Śpie­wały, stro­sząc piórka i usi­łu­jąc sku­sić part­nerki, które upo­rczy­wie odwra­cały głowy. Ptasi zalot­nicy przy­cią­gnęli jed­nak uwagę kocura. Oparł łapy o mur i wpa­try­wał się w swoje nie­do­szłe zdo­by­cze, macha­jąc przy tym ogo­nem. Jenny kuc­nęła, aby zro­bić mu zdję­cie. Koni przy­po­mi­nał sobie pierw­sze dni po śmierci matki. Tak bar­dzo iry­to­wało go wów­czas, że wszystko wokół żyło. Chciał, aby świat usechł wraz z nią. Nie mógł znieść cudzego śmie­chu. Spo­koj­nych roz­mów. Widoku rodzin. I dopiero w Ligva­shu dotarło do niego, że tak naprawdę ni­gdy nie prze­szedł żałoby tak, jak powi­nien. Był pod­porą dla wszyst­kich innych. Sam nie miał się o kogo oprzeć. Śmierć Kra­skiego na powrót otwo­rzyła pudełko, które długo pozo­sta­wało zamknięte. Za każ­dym razem, gdy sły­szał o jego wypadku, myślał o matce. A jed­nak teraz chciał, aby życie toczyło się dalej. Musiał mieć pew­ność, że to jesz­cze nie koniec.

– Roz­pie­ścili nas tymi dwoma tygo­dniami w Beilongu. Cie­kawe, czy taki był pier­wotny plan, czy też zmie­nili go pod nas – powie­działa Jenny.

Podra­pała grzbiet burego kota, który wycią­gnął się z zado­wo­le­niem, naj­wy­raź­niej zapo­mi­na­jąc o kolo­ro­wych pta­kach. Swo­boda poru­sza­nia się po oko­licy była ulotna. Jenny i Koni musieli przejść osiem­set metrów wzdłuż zadba­nego osie­dla. Spraw­dzano, czy nie zba­czają z wyzna­czo­nej im ścieżki. Syn­tia wcze­śniej poin­for­mo­wała swo­ich pod­opiecz­nych o kame­rach zamon­to­wa­nych w ogro­dze­niu. Począt­kowo więc uda­wali, że ich nie ma. Póź­niej po pro­stu weszło im to krew. Beilong, a raczej część mia­sta, którą przed­sta­wiono uczest­ni­kom pro­jektu, przy­po­mi­nał domek dla lalek. Świeżo malo­wany, pełen este­tycz­nych detali i cie­szący oko, a jed­nak usta­wiony gdzieś pośrodku wiel­kiego bała­ganu. Cho­ciaż na początku wyjazdu tury­ści byli nasta­wieni na szu­ka­nie pod­stępu, dys­kret­nie nagry­wali opusz­czone lub pospiesz­nie remon­to­wane hotele i robili masę zdjęć wize­run­ków dyk­ta­to­rów, to coś się zmie­niło. Pły­nęli z prą­dem. Pozwo­lili, aby ktoś prze­sta­wiał ich jak lalki z punktu a do punktu b. I abso­lut­nie wszy­scy czuli, że coś się zmie­niło.

– Ty też masz wra­że­nie, że po powro­cie z parku i śmierci Kra­skiego nastał jakiś spo­kój? Coś na kształt chwi­lo­wego zawie­sze­nia broni? – zapy­tała Jenny.

Kon­rad sły­szał stu­kot jej butów ude­rza­ją­cych o chod­nik. Jenny wyjąt­kowo upodo­bała sobie obcasy Syn­tii i trzeba przy­znać, że bar­dzo dobrze się w nich pre­zen­to­wała. Szła tak bli­sko. Była na wycią­gnię­cie ręki. Ich palce i ramiona dzie­liły cen­ty­me­try, lecz żadne z nich nie prze­kro­czyło tej nie­wi­dzial­nej bariery. Tutaj nie cho­dziło tylko o to, że ukry­wali się przed kame­rami. Po pro­stu spali wtu­leni w sie­bie. I cało­wali się wtedy, kiedy było bar­dzo źle. Ni­gdy nie nazy­wali jed­nak rodzą­cego się mię­dzy nimi uczu­cia. Wie­dzieli, że w pew­nym momen­cie zostaną roz­dzie­leni. Naj­pew­niej na zawsze. Dla­tego naj­ła­twiej było cie­szyć się chwilą, zamiast mar­twić się o przy­szłość. Pro­blem pole­gał jed­nak na tym, że Jenny cały czas myślała, co nastąpi po pro­gra­mie. Kon­rad tak samo. Żadne z nich nie mówiło gło­śno o tych oba­wach, chcąc wza­jem­nie się odcią­żyć. Naiw­nie wie­rzyli, że tej dru­giej oso­bie naprawdę udaje się zapo­mnieć choć na chwilę.

– Myślę, że traf­nie to uję­łaś. Pew­nie Raki Bork tylko czeka, aż emo­cje opadną, i będzie miał w pla­nach kolejne wyzwa­nia – powie­dział Koni.

– Też tak uwa­żam. Swoją drogą, dzi­siaj ma być wyemi­to­wany odci­nek z par­kiem. To zna­czy, tak osza­co­wa­łam po tym, co mówił Raki. Ostatni skoń­czył się na naszym prze­pa­ko­wy­wa­niu – stwier­dziła Jenny.

– Zoba­czymy, jak nas oce­nią. Żałuję, że nie mogę poczy­tać komen­ta­rzy w inter­ne­cie. W zasa­dzie to naj­bar­dziej inte­re­suje mnie moment z pocię­ciem namiotu. Cie­kawe, czy pokażą to w tele­wi­zji.

Na wzmiankę o namio­cie Jenny uśmiech­nęła się do wła­snych myśli.

– Prze­ło­mem dla Ligvań­czy­ków na pewno będzie to, że pro­gram burzy dotych­czas usta­loną hie­rar­chię – powie­działa.

– Co dokład­nie masz na myślisz? – zapy­tał, cho­ciaż prze­czu­wał, co zaraz usły­szy.

– Tu nie ma leka­rzy i futai. Podzia­łów na tych, któ­rzy pia­stują ważne i mniej istotne sta­no­wi­ska. Nie ma osób, któ­rym z jakie­goś powodu powinno się wię­cej wyba­czać. Wszy­scy sta­li­śmy się uczest­ni­kami.

Dziew­czyna wycią­gnęła dło­nie ku górze, jakby ten gest miał pod­kre­ślić poczu­cie wol­no­ści, jakie ją ogar­nęło. Jej słowa wydały się Kon­ra­dowi bar­dzo śmiałe. W pierw­szym odru­chu patrzył nawet na torebkę zawie­szoną na jej ramie­niu i tylko cze­kał, aż ukryty w niej tele­fon zawi­bruje. Ten jed­nak mil­czał. Być może dla­tego, że Jenny nie prze­sa­dziła. Jakoś udało jej się zgrab­nie lawi­ro­wać mię­dzy tym, co dozwo­lone a zaka­zane.

– No tak, i każdy ma moż­li­wość zapre­zen­to­wać swój cha­rak­ter.

Kon­rad miał na końcu języka, że wiele jesz­cze zależy od mon­ta­ży­stów. Sam dosko­nale wie­dział, jak w zmyślny spo­sób można zgrab­nie uciąć nie­które frag­menty. Nie dzie­lił się z Jenny tymi uwa­gami, ponie­waż zale­żało mu na spo­koju dziew­czyny. W końcu ich oczom uka­zał się niski, jasny budy­nek z dużymi oknami. Kon­struk­cja bazo­wała na drew­nie i bam­bu­sie, a nie­wielki ogró­dek wie­czo­rami oświe­tlały papie­rowe lam­piony. Nim para z dru­żyny fio­le­to­wej zdą­żyła wejść na teren budynku, Syn­tia prze­su­nęła bam­bu­sowe drzwi. Z wnę­trza wybie­gło sześć dziew­czy­nek. Nie mogły mieć wię­cej niż dzie­więć lat. W geście sza­cunku pokło­niły się swo­jej men­torce. Ta odpowie­działa im tym samym, ale z typową dla sie­bie, wystu­dio­waną gra­cją. Przy­szłe bale­riny chwy­ciły ple­caki i ruszyły w stronę wyj­ścia. Na widok Jen­ni­shi i Koniego rów­nież oddały pokłon. Nie zada­wały żad­nych pytań. Nie szep­tały, nim nie znik­nęły im z pola widze­nia. Dosko­nale wie­działy, że ich nauczy­cielka przyj­muje uczest­ni­ków Pro­jektu Open­World. Mimo to, jak na Ligvanki przy­stało, mil­czały. Na pew­nym eta­pie życia nauczono je, że nie wypada być wścib­skim. I tak jak żaden prze­cho­dzień nie zada­wał futai oso­bi­stych pytań, tak też stro­nił od zacze­pia­nia prze­wod­ni­ków i tury­stów.

– No co tak sto­icie? Chodź­cie! – Syn­tia mach­nęła ręką w stronę swo­ich pod­opiecz­nych.

Miała na sobie jedwabną szatę, naj­pew­niej będącą luź­niej­szą formą ligvań­skiego stroju tra­dy­cyj­nego. Z atła­so­wej torebki wyjęła papie­ro­śnicę. Zdą­żyła zapa­lić papie­rosa, zanim jej goście weszli na teren ogrodu.

– Widzę, że twoje zaję­cia cie­szą się zain­te­re­so­wa­niem – zagaił Koni.

W odróż­nie­niu od Ligvań­czy­ków nie uczono go trzy­ma­nia języka za zębami. Młode tan­cerki, które przed momen­tem wyszły ze szkółki tanecz­nej Syn­tii, musiały pocho­dzić z rodzin, które było stać na takie zaję­cia. Może poli­ty­ków? Albo jakichś dygni­ta­rzy?

– Ow­szem, ale to dopiero począ­tek. Dopóki Ligvash nie zaan­ga­żo­wał się w Pro­jekt Open­World i nie nasta­wił na póź­niej­sze przy­ję­cie tury­stów, pro­wa­dzi­łam głów­nie zaję­cia z baletu. Rodzina Nur­sich go uwiel­biała. Wia­domo więc, że Ligvań­czycy też – oznaj­miła z uśmie­chem.

Na tym eta­pie zna­jo­mo­ści Koni i Jenny potra­fili jed­nak roz­po­znać momenty, w któ­rych Syn­tia pozwa­lała sobie na tę sub­telną, led­wie wyczu­walną nutę cyni­zmu. To był jeden z nich.

– I uwa­żasz, że teraz wzro­śnie popyt na naukę naszego ojczy­stego tańca ligvań­skiego? – zapy­tała Jen­ni­shi.

Syn­tia powoli wypu­ściła dym z ust. Wie­działa, że na tara­sie, mniej wię­cej nad jej głową, zamon­to­wano kamerę. Ist­niało więc duże praw­do­po­do­bień­stwo, że i ten frag­ment ukaże się w tele­wi­zji.

– Oczy­wi­ście. Jesz­cze wspo­mni­cie moje słowa, ale jestem pewna, że nasz taniec ludowy będzie hitem. Zresztą w mojej opi­nii Beilong okaże się tury­styczną mekką. To nie­sa­mo­wite miej­sce, ale mniej­sza o to. Na takie roz­wa­ża­nia przyj­dzie czas przy her­batce. Za pięć minut widzimy się na par­kie­cie. Dołożę wszel­kich sta­rań, by nauczyć was jak naj­wię­cej.

Głos Syn­tii brzmiał nie­zwy­kle poważ­nie. Po wielu poprzed­nich pró­bach Jenny i Koni wie­dzieli, że kobieta pod­cho­dzi do powie­rzo­nego jej zada­nia bar­dzo ambi­cjo­nal­nie.

– Myślę, że ona może mieć rację. Pew­nie cały świat mówi teraz tylko o Ligva­shu – powie­dział Kon­rad, po tym jak przy­sta­nęli, by zdjąć buty w progu.

Od dłuż­szego czasu oboje funk­cjo­no­wali w sta­nie dziw­nego napię­cia. Koni czuł sztyw­ność ramion i pal­ców. Gdy tylko pomy­ślał o czymś bar­dziej stre­su­ją­cym, mię­śnie w jego ciele napi­nały się mimo­wol­nie. Wra­cał też ból na wyso­ko­ści mostka. Wyobra­żał sobie, że jakaś nie­wi­dzialna ręka ści­ska mu wnętrz­no­ści. Że coś przy­gniata płuca, utrud­nia­jąc oddy­cha­nie. I że czy­jeś oczy śle­dzą każdy jego ruch, choć z tym ostat­nim nie­wiele się mylił. Ale Koni dawał radę. Nie bał się, że ten stan wciąż będzie trwać. Prze­ra­żał go moment, w któ­rym się skoń­czy.

– Wciąż na nas patrzy – szep­nęła Jenny.

Unio­sła pod­bró­dek, wpa­tru­jąc się w punkt na ścia­nie. Jej fio­le­towe oczy błysz­czały z eks­cy­ta­cji. Kon­rad rów­nież spoj­rzał w tym kie­runku. Naprze­ciwko drzwi wisiały trzy por­trety. Dwa powie­szono niżej. Jeden nad nimi. Zwy­kły obser­wa­tor mógłby uznać, że Syn­tia w ten spo­sób wyróż­niła panu­ją­cego władcę. Koni i Jenny rozu­mieli jed­nak tę drobną sym­bo­likę. Keram Nursi patrzył na nich oce­nia­jąco ze zło­tych ram. Podob­nie jego pier­wo­rodny syn Keram Danki Nursi. Góru­jący nad nimi Lei Nursi miał w twa­rzy coś dobro­tli­wego. Ist­niało praw­do­po­do­bień­stwo, że w świe­tle ostat­nich wyda­rzeń Koni zaczął patrzeć na niego ina­czej.

– Mamy anioła stróża – odpo­wie­dział cicho.

Wtem Syn­tia prze­su­nęła drzwi i pew­nym kro­kiem wpa­ro­wała do środka. Spoj­rzała na Jen­ni­shi, na Kon­rada, po czym zmarsz­czyła czoło. Wie­działa, na co patrzyli. Domy­ślała się też, o czym myślą. Temat Leia Nur­siego prze­wi­jał się w ich domu każ­dego wie­czoru od śmierci Rafała Kra­sow­skiego. Jenny i Koni chcieli wie­dzieć wię­cej. Zada­wali jej różne pyta­nia, ale w tej kwe­stii Syn­tia była dość powścią­gliwa. Nie­ważne, jak bar­dzo się sta­rali. Otrzy­my­wali lako­niczne odpo­wie­dzi. Kobieta nie opo­wia­dała im, jaki pry­wat­nie był Lei Nursi. Nie mówiła o jego moty­wa­cjach i nie roz­wo­dziła się na temat ich spo­tkań.

„W razie wąt­pli­wo­ści wyślij­cie SMS-a. Ja opo­wie­dzia­łam wam swoją wer­sję histo­rii. Moja jest kon­kret­nie zwią­zana z Nishą. Czy przy­jaź­ni­li­śmy się we troje? Oczy­wi­ście. Jego obecna sytu­acja jest zgoła inna od mojej. Nie będę wypo­wia­dać się za kogoś” – powie­działa sta­now­czo, gdy ostat­nio pró­bo­wali na nią naci­skać.

– Wspar­cie Opatrz­no­ści zawsze się przyda. Nic wam jed­nak nie pomoże, jeżeli będzie­cie tak po pro­stu stać i modlić się do wize­runku naszego wodza. Powin­ni­ście już cze­kać prze­brani w sali lustrza­nej – pona­gliła ich.

Wyko­nali jej pole­ce­nie niczym posłuszni ucznio­wie. Bez słowa prze­su­nęli kolejne drzwi i ruszyli pro­sto do szatni. Pięć minut póź­niej cała trójka weszła do sali lustrza­nej. Syn­tia stała przy otwar­tym oknie. Cie­płe świa­tło oświe­tlało jej syl­wetkę i spra­wiało, że wzory na trzy­ma­nym przez nią wachla­rzu poły­ski­wały. Bez­wied­nie prze­su­wała pal­cem po jego kra­wę­dzi.

– Zacznijmy od cie­bie, Jen­ni­shi. Pokaż, czego się nauczy­łaś.

Syn­tia pod­rzu­ciła wachlarz i z cichym zdu­mie­niem obser­wo­wała, jak dziew­czyna z gra­cją go łapie. Rola Jen­ni­shi była nie­po­rów­ny­wal­nie trud­niej­sza. To ona zaczy­nała, part­ner dołą­czał do niej póź­niej. Kiedy Raki Bork wyzna­czył Syn­tii aku­rat to zada­nie, nie kryła obaw. Ligvań­ski taniec naro­dowy był trudny. Nie wszy­scy pamię­tali, że opo­wia­dał histo­rię pozna­nia rybaka oraz nimfy wod­nej, która miała go ocza­ro­wać. Syn­tia nie mówiła o tym na głos, ale czuła ogromną pre­sję. Chciała jak naj­le­piej nauczyć tańca swo­ich pod­opiecz­nych. Mieli zachwy­cić widow­nię, nie stać się obiek­tem żar­tów, a o to wcale nie było trudno. Instruk­torka tańca szybko zorien­to­wała się jed­nak, że jej pod­opieczni radzili sobie cał­kiem nie­źle. Powoli pode­szła do magne­to­fonu. Ski­nęła na Jen­ni­shi, która sta­nęła na nie­wiel­kim drew­nia­nym pode­ście.

– Gotowa?

Gdy dziew­czyna przy­tak­nęła, Syn­tia włą­czyła muzykę. Jenny roz­ło­żyła ręce na boki i kuc­nęła. Cze­kała, aż wybrzmią odpo­wied­nie nuty. W końcu powoli zaczęła się pod­no­sić. Biała jedwabna szata falo­wała niczym woda z każ­dym jej ruchem. Dłu­gie rękawy spły­wały z jej ramion, gdy uno­siła ręce.

– Ma nie­sa­mo­witą pamięć mię­śniową – szep­nęła Syn­tia tak, że tylko sto­jący tuż obok Kon­rad mógł ją usły­szeć.

Nie lubiła prze­sad­nie chwa­lić uczniów. Wycho­dziła z zało­że­nia, że dobrzy tan­ce­rze to tacy, któ­rzy dużo od sie­bie wyma­gają. Jej celem jako instruk­torki nie było spra­wie­nie, by obro­śli w piórka.

– Głowa do góry! Nie bój się! – krzyk­nęła.

Jenny wła­śnie zro­biła obrót. Następ­nie znów usta­wiła się przo­dem do Syn­tii i Kon­rada. Czuła napię­cie w ciele. Wie­lo­krot­nie pro­szono ją, aby się nie bała, a następ­nie wpro­wa­dzano w kolejny życiowy kosz­mar. Taka wła­śnie była rze­czy­wi­stość futai. Sekundy poczu­cia braku kon­troli wybiły ją z rytmu. Wachlarz upadł na pod­łogę. Jenny kuc­nęła, aby go pod­nieść. Wydu­kała prze­pro­siny i już chciała kon­ty­nu­ować taniec, kiedy Syn­tia wyłą­czyła muzykę. Zastu­kała dłu­gimi paznok­ciami w odtwa­rzacz. Jenny cze­kała na jakąś repry­mendę, ale Syn­tia mil­czała. Jen­ni­shi czuła, że musi coś powie­dzieć:

– Prze­pra­szam. Pomy­li­łam się.

– Roz­pro­szy­łam cię – stwier­dziła Syn­tia.

– Nie jestem pewna. To naj­trud­niej­szy moment.

– Spró­bujmy jesz­cze raz. Pamię­taj o pro­stej posta­wie. Ufaj swo­jemu ciału.

Murong, Ligvash

Spoj­rzał na notatki przy­bite do tablicy kor­ko­wej, cho­ciaż dosko­nale wie­dział, co na nich zoba­czy. Za godzinę wszy­scy uczest­nicy usiądą wraz z Rakim do wspól­nej kola­cji, a to ozna­czało kolejne spo­tka­nie z dorad­cami i oglą­da­nie wszyst­kiego na żywo. Gdyby Lei Nursi miał wybór, zaszyłby się tu. W swoim małym, ale przy­tul­nym gabi­ne­cie. Sie­dział na skó­rza­nym fotelu oto­czony meblami wyko­na­nymi z dobrej jako­ści lakie­ro­wa­nego drewna. Pomiesz­cze­nie wypeł­niała świeża woń jaśminu. Uwiel­biał go, dla­tego kazał kupo­wać odświe­ża­cze i świece o tym zapa­chu. Yoshi Naren pach­niał jaśmi­nem, lecz nikt już o tym nie pamię­tał. Zabrał tę małą, słodką tajem­nicę do grobu, podob­nie jak wiele innych. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej mrocz­nych. Lei Nursi bar­dzo dobrze wspo­mi­nał ban­kiet, na któ­rym widzieli się po raz ostatni. Matka uwiel­biała obco­wać ze sztuką. Ojciec ota­czać się waż­nymi ludźmi. Brat robić wszystko, co zado­woli rodzi­ców. Dzie­więt­na­sto­letni wów­czas Lei czuł ogromną bez­rad­ność. Patrzył na okru­cień­stwo, ale nie mógł nic zro­bić. Matka na każ­dym kroku wyty­kała mu jakieś błędy. Ojciec powta­rzał, że jest słaby. A brat robił i jedno, i dru­gie, ponie­waż zawsze bez­gra­nicz­nie popie­rał rodzi­ców. Cza­sami Lei Nursi pozo­sta­wał nie­wi­dzialny, ale lubił te chwile. Dzięki nim cho­ciaż na moment sta­wał się decy­zyjny. Jak wtedy, gdy nie­po­strze­że­nie wsu­nął rękę pod stół, aby podać Yoshiemu kartkę. Tak bar­dzo nie chciał go wtedy stra­cić i czuł, że wyda­rzy się naj­gor­sze.

Mój drogi,

oni mnie nie­na­wi­dzą. Jestem tylko trze­cim ele­men­tem nie­pa­su­ją­cym do ukła­danki. Takim, który ni­gdy niczego nie osią­gnie. Mogę tylko patrzeć, a widzę, do czego pro­wa­dzi wła­dza. To nie­koń­czące się pasmo okro­pieństw. Nie ryzy­kuj. Pro­szę. Nie chcę, byś tam szedł. Ten świat jest zły. Mam w nim tylko cie­bie. Nie zosta­wiaj mnie. Nie zatrzy­masz ich. To zbyt nie­bez­pieczne. Oni obrócą wszystko w popiół.

Kocham Cię,

L.N.

Lei Nursi nie chciał, aby Yoshi tak czyn­nie anga­żo­wał się w prze­rzu­ca­nie ludzi. Zauwa­żył drobne zmiany w zacho­wa­niu ojca – cho­dził zado­wo­lony, zachwa­lał Gamina, mówił, że coś wie, i szep­tał o prze­bie­głych zdraj­cach. Lei nie wie­dział, na ile te małe oznaki są alar­mu­jące, a na ile jego żyjący w cią­głym stre­sie orga­nizm reaguje w irra­cjo­nalny spo­sób. Po pro­stu chciał, żeby Yoshi na jakiś czas sobie odpu­ścił. Ale nie. Poszedł pomóc prze­rzu­cić Rinę Wang. Tydzień po tej ostat­niej wspól­nej kola­cji rebe­lian­tów wyła­pały woj­ska Gamina, który pro­wa­dził swoje wła­sne śledz­two. Egze­ku­cja nie była publiczna. Media poin­for­mo­wały o niej po fak­cie. Lei Nursi dobrze zapa­mię­tał moment, w któ­rym się dowie­dział.

Jak co dzień zasie­dli do śnia­da­nia w rezy­den­cji w Murongu. Wszystko prze­bie­gało zgod­nie z har­mo­no­gra­mem. Punk­tu­al­nie o godzi­nie dzie­wią­tej zajęli miej­sca przy stole w jadalni. Ojciec był tra­dy­cjo­na­li­stą. Spro­wa­dził wiele anty­ków. Prze­suwne szklane drzwi odgra­dzał ażu­rowy para­wan o pół­ko­li­stym kształ­cie. Za szybą znaj­do­wał się mały wewnętrzny ogród. Rosła w nim czarna sosna japoń­ska, spro­wa­dzona na życze­nie matki. Stro­fo­wany od dziecka Lei wyćwi­czył w sobie umie­jęt­ność wyłą­cza­nia się. Kiedy inni pro­wa­dzili roz­mowy, w któ­rych nie chciał uczest­ni­czyć, po pro­stu wle­piał wzrok w drzewo. W tym świe­cie nie mógł sprze­ci­wić się ojcu. Jak mógł ucie­kać przed kimś, kto był ido­lem całego narodu? Jedyną nadzieją. Naj­więk­szym zbawcą. Nie­malże bogiem. W pra­sie i tele­wi­zji powta­rzano legendy o wspa­nia­łym ojcu narodu. Wielki Keram Nursi był wszę­dzie. A Lei musiał szu­kać spe­cjal­nych szu­flad w gło­wie, aby przed nim uciec.

Tego pamięt­nego dnia coś zachwiało usta­lony porzą­dek świata. Led­wie zdą­żyli usiąść, gdy Keram Nursi rzu­cił na stół dwie gazety. I Lei pojął, że tym razem nie ma ucieczki. Nie pomoże prze­cze­ka­nie lub spo­glą­da­nie w drzewo. W nagłówku było coś o zdraj­cach Ligva­shu. Dzie­więt­na­sto­letni wów­czas chło­pak pospiesz­nie prze­czy­tał nazwi­ska stra­co­nych. Yoshi Naren. Baki Naren. Jakże bole­sne były te cztery pro­ste wyrazy. Ojciec coś mówił. Chyba krzy­czał. Uno­sił ręce do góry i wska­zy­wał na matkę. Lei nie pamię­tał jego słów. Nie docho­dziły do niego. Potrze­bo­wał schro­nie­nia. Wybiegł z jadalni. Zamknął się w pokoju. Zro­zu­miał, że nie zdoła funk­cjo­no­wać w takim świe­cie. Ligvash gnił od środka, a on razem z nim.

Puka­nie do drzwi otrzeź­wiło Leia Nur­siego. Sie­dział w swoim gabi­ne­cie. Miał czter­dzie­ści jeden lat. Ojciec znik­nął. Brat znik­nął. Matka też znik­nęła. Pozo­stał salon z wido­kiem na sosnę japoń­ską. I tabun natar­czy­wych, sta­rych poli­ty­ków. Nie mógł tak po pro­stu się ich pozbyć. Nie dzia­łał tak, jak Keram Nursi. Sie­dział przed ekra­nem lap­topa. Pró­bo­wał uspo­koić drże­nie rąk, moc­niej zaci­ska­jąc palce na dłu­go­pi­sie. Puka­nie roz­le­gło się ponow­nie.

– Pro­szę wejść! – krzyk­nął w końcu.

Męska dłoń nie­śmiało naci­snęła klamkę. Ver­nik Berm miał nie­spełna trzy­dzie­ści lat, gdy roz­po­czął pracę jako sekre­tarz w biu­rze Kerama Nur­siego. Ten sto­sun­kowo krótki okres odbił się jed­nak na jego psy­chice. Jedy­nie osoby prze­by­wa­jące w naj­bliż­szym oto­cze­niu daw­nego wodza wie­działy o jego napa­dach zło­ści. Zasłu­żo­nym pozwo­lił grzać się w swoim bla­sku. Nagra­dzał dobrym sło­wem. Zapro­sze­niem w ważne miej­sca. Pre­zen­tem. Pod­wyżką. Potra­fił jed­nak zga­nić tak, że Ver­nik przy­cho­dził do biura na trzę­są­cych się nogach. Inni pra­cow­nicy rywa­li­zo­wali mię­dzy sobą. Każdy chciał przy­po­do­bać się świa­tłu narodu. Być wyróż­nio­nym. Doce­nio­nym. Nawet zmiana wła­dzy nie wyple­niła do końca sta­rych nawy­ków. Miej­sca zmar­łych zajęli inni dygni­ta­rze, a cza­sem ich dzieci, ponie­waż wiele sta­no­wisk było w Ligva­shu dzie­dzicz­nych. Lei Nursi wie­dział, że nie ugrun­tuje dosta­tecz­nie swo­jej pozy­cji, dopóki nie będzie miał dzie­dzica. Wyobra­żał sobie sce­na­riusz, w któ­rym w razie wypadku wła­dzę po nim przej­mie kanc­lerz Lang Ter­man. Swój urząd objął po ojcu, więc to wszystko mia­łoby sens. Długo plot­ko­wano po tym, jak ze wszyst­kich wysoko posta­wio­nych osób to wła­śnie Ver­nik Berm został mia­no­wany oso­bi­stym doradcą wodza. I nikt nie wziął pod uwagę, że Lei Nursi świa­do­mie wybrał naj­bar­dziej potulną osobę.

– Dzień dobry w Ligva­shu – powie­dział uprzej­mie Ver­nik i się ukło­nił.

– Opatrz­ność nad nami czuwa. Zamknij drzwi – rzekł Lei Nursi.

Nim pole­cił doradcy, by usiadł na fotelu, spoj­rzał na ekran moni­tora. Kamera znaj­do­wała się pod sufi­tem w sali lustrza­nej Syn­tii. Jen­ni­shi stała na pode­ście w lek­kiej, bia­łej sza­cie. Pod­rzu­ciła wachlarz i zła­pała go w locie, obra­ca­jąc się przy tym zgrab­nie. Po karku Nur­siego prze­bie­gły dresz­cze. Przy­po­mniał sobie Yoshiego. Momen­tami widział go w Jenny. Miała podobną gra­cję. I uśmiech. Była jedyną na tym świe­cie potom­ki­nią braci Naren. Lei Nursi mógł się oszu­ki­wać. Mówić, że pomaga dziew­czy­nie, ponie­waż jest to winny jej matce. W rze­czy­wi­sto­ści górę brały zde­cy­do­wa­nie bar­dziej oso­bi­ste pobudki.

– Raki Bork pisał, że kola­cja jest gotowa. Za dwa­dzie­ścia minut mają przyjść uczest­nicy. Wszystko w salce kon­fe­ren­cyj­nej dopięte na ostatni guzik. Kanc­lerz Ter­man już czeka. Zaraz powinni poja­wić się rów­nież mini­stra roz­woju i tech­no­lo­gii oraz mini­ster kul­tury i tury­styki – mówił doradca.

Ver­nik Berm był zawsze punk­tu­alny i dosko­nale przy­go­to­wany. Postronna osoba mogłaby odnieść wra­że­nie, że nie mówił, ale czy­tał swoją wypo­wiedź z zeszytu. On wpro­wa­dził jed­nak sze­reg czyn­no­ści, które miały na celu pomóc mu na wypa­dek zetknię­cia z kimś, kto spró­buje wytknąć błędy. Zyskał takie sta­no­wi­sko, że za wszelką cenę był gotów o nie wal­czyć.

– Tury­styki… – powtó­rzył Lei Nursi z uśmie­chem. – Zobacz, jak to fan­ta­stycz­nie brzmi. Jesz­cze nie­dawno to okre­śle­nie nie funk­cjo­no­wało w naszym słow­nic­twie. Dobrze, że je dopi­sa­li­śmy.

Obró­cił się na fotelu w stronę Ver­nika. Ten sie­dział w nieco luź­nym gar­ni­tu­rze. Ner­wowo popra­wiał koł­nie­rzyk przy nie­na­tu­ral­nie szczu­płej szyi. Wszyst­kie spo­tka­nia doty­czące orga­ni­za­cji Pro­jektu Open­World bar­dzo go stre­so­wały. Przy­glą­dał się już innym dygni­ta­rzom oglą­da­ją­cym frag­menty wido­wi­ska w salce kino­wej. Sły­szał, jak kom­ple­men­to­wali pomy­sło­wość wiel­kiego wodza. Prze­czu­wał, że ten sche­mat znowu się powtó­rzy.

– To prawda. Pod­jął pan wiele świa­tłych i odważ­nych decy­zji. Ligvash roz­wija się jak ni­gdy dotąd.

Lei Nursi mruk­nął nie­kon­tro­lo­wa­nie. Potrze­bo­wał namiastki kom­fortu. Jed­no­znacz­nego sprzy­mie­rzeńca w tym całym bała­ga­nie. Osoby, która cho­ciaż na moment wyj­mie ten cho­lerny kij z tyłka i pogada z nim jak nor­malny czło­wiek. Raki Bork tak potra­fił. Lei nie zawsze zga­dzał się ze wszyst­kim, co on mówi, a jed­nak zda­rzały się momenty, w któ­rych doświad­czali względ­nie swo­bod­nej wymiany zdań. Pro­blem pole­gał na tym, że Raki Bork prze­by­wał w Beilongu, a Lei potrze­bo­wał wspar­cia na miej­scu.

– Usta­li­li­śmy już, żebyś mówił do mnie nor­mal­nie, kiedy jeste­śmy sami. Na ty. Był­bym bar­dzo wdzięczny, gdy­by­śmy pozo­stali przy tym ukła­dzie – powie­dział.

– Rozu­miem, ale to dla mnie trudne. W końcu jest pan… To zna­czy jesteś słoń­cem narodu. Wielki Keram Nursi kładł duży nacisk na takie gra­nice.

Bez względu na to, ile lat minęło, Lei Nursi nadał sły­szał porów­na­nia do swo­jego ojca. Szcze­rze ich nie­na­wi­dził. Na pew­nym eta­pie uświa­do­mił sobie jed­nak, że nie zdoła z tym wal­czyć.

– Wpad­nij dzi­siaj do mnie wie­czo­rem. Zapra­szam na whi­skey. Szo­fer odwie­zie cię potem do domu. Musimy poroz­ma­wiać o kwe­stii, którą czę­sto ostat­nio pró­bu­jesz ze mną poru­szać. Tak na spo­koj­nie – rzekł Lei.

Okre­śle­nie „na spo­koj­nie” odnio­sło sku­tek odwrotny do zamie­rzo­nego. Ver­nik spiął się jesz­cze bar­dziej. Ścią­gnął ramiona i wypro­sto­wał chudą szyję niczym struś. Przed laty Keram Nursi rów­nież zapra­szał do sie­bie wyż­szych rangą urzęd­ni­ków. Bywało, że nie wszy­scy wra­cali potem do domu. Ktoś został aresz­to­wany. Przed posia­dło­ścią cze­kała ochrona.

– Oczy­wi­ście.

– Ver­nik, prze­stań dygać. Prze­cież dobrze mnie znasz. To prawda, Pro­jekt Open­World zmie­nił tro­chę dyna­mikę naszej zna­jo­mo­ści, ale nic złego się nie wyda­rzy. Musisz to sobie uświa­do­mić, dobrze? – powie­dział spo­koj­nie.

Cho­ciaż w pomiesz­cze­niu sie­dzieli cał­kiem sami, Ver­nik obej­rzał się za sie­bie. Tak jakby spraw­dzał, czy nikt nie pod­słu­chuje. Prze­łknął ślinę. Nie­pew­nie pochy­lił się w stronę prze­ło­żo­nego.

– Podzi­wiam pana, że pan nie czuje żad­nego lęku przed tymi tury­stami. Trzeba być naprawdę bar­dzo, bar­dzo wybitną jed­nostką. Ja bym się stre­so­wał. Tak sobie myślę, że może zechcą nam w jakiś spo­sób zaszko­dzić…

Lei Nursi zaci­snął usta w wąską kre­skę. Dobrze znał Ver­nika. On nie mówił takich rze­czy bez powodu. Musiał coś gdzieś usły­szeć. Może pod­słu­chał roz­mowę innych dygni­ta­rzy, któ­rzy lawi­ro­wali na gra­nicy pod­wa­że­nia auto­ry­tetu Nur­siego.

– Naprawdę uwa­żasz, że jestem słoń­cem narodu? – zapy­tał.

Ver­nik zamru­gał. Nie spo­dzie­wał się takiego pyta­nia.

– Oczy­wi­ście. To nie­pod­wa­żalne.

– Skoro jest to nie­pod­wa­żalne, powi­nie­neś zaufać moim wybo­rom. Nie wierz plot­kom, bo to nie zapro­wa­dzi cię do niczego dobrego. Potrzebny mi jest doradca, który myśli samo­dziel­nie. Masz celne uwagi i wła­śnie to w tobie lubię. Ocze­kuję jed­nak bez­względ­nej lojal­no­ści. Musisz wie­rzyć w moje pomy­sły. Bro­nić ich. Stać za mną murem. Możesz być ze mną szczery, gdy roz­ma­wiamy w cztery oczy. Powta­rza­łem ci to wie­lo­krot­nie. Jesteś w sta­nie się o to posta­rać?

– Tak, tak. Nie wąt­pię w cie­bie…

Ugryzł się w język, aby nie dodać „pro­szę pana”. Lei Nursi wiele by dał, aby mieć takiego doradcę jak Syn­tia albo Nisha. Potrze­bo­wał kogoś, kto nie widzi w nim ani boga, ani zagro­że­nia. Musiał jed­nak radzić sobie z zasta­nym sta­nem rze­czy.

– Pomó­wimy o tym dokład­niej wie­czo­rem. Czas ucieka. Z pew­no­ścią reszta już czeka w sali kino­wej.

Lei Nursi wstał z miej­sca. Popra­wił dwa fio­le­towe pasy trzy­ma­jące jego szatę. Czę­ściej można było zoba­czyć go w tra­dy­cyj­nym ligvań­skim stroju niż w gar­ni­tu­rze. Na ścia­nie tuż obok drzwi wisiało lustro. Kiedy zoba­czył w nim swoje odbi­cie, znów przy­po­mniał sobie o Jenny. O Yoshim. Ponow­nie zapiekł go ten dawny ból. Nie­wy­krzy­czany. Skry­wany gdzieś w środku. Wyszedł z gabi­netu. Ver­nik Berm podą­żał za nim jak pies. Skrę­cili w boczny kory­tarz. Ochro­nia­rze strze­gący drzwi do salki ukło­nili się nisko przed dyk­ta­to­rem. Lei Nursi czuł się ogrom­nie samotny. Cały czas uda­wał bez­tro­sko miłego. Wie­dział, że jeżeli za bar­dzo się postawi, będzie na świecz­niku. Nie o to mu cho­dziło.

– Dzień dobry w Ligva­shu! – zawo­łał po tym, jak pchnął dwu­skrzy­dłowe drzwi.

Na jego twa­rzy poja­wił się sze­roki, wystu­dio­wany uśmiech. Wszy­scy gwał­tow­nie wstali. Jakby ktoś rzu­cił na nich jakiś urok. Lei Nursi zwykł oso­bi­ście witać swo­ich gości. Zaczął od kobiety. Naj­pierw uści­snął dłoń mini­strze roz­woju i tech­no­lo­gii – Kimi Nguyen, a póź­niej mini­strowi kul­tury i tury­styki – Kie­nowi Hai. Dopiero potem powi­tał kanc­le­rza Ter­mana. Zgod­nie z zasadą, aby wro­gów trzy­mać bli­sko, usiadł obok niego.

– Dobrze pan wygląda. Jak żona? Zdro­wie dopi­suje? – zapy­tał, jed­no­znacz­nie dając mu odczuć, że pamięta o ich ostat­niej roz­mo­wie.

– Miło, że pan pyta. Ma ter­min na czwar­tek. Nie mogę uwie­rzyć. Będę miał syna. – Lang Ter­man się uśmiech­nął.

– To naprawdę wspa­niałe wie­ści. Naj­lep­sze.

Lei Nursi pokle­pał go po ramie­niu. Skry­cie nie zno­sił samego sie­bie w takich sytu­acjach. Ter­man potra­fił być okrut­nym czło­wie­kiem. Podob­nie jak jego ojciec. Dyk­ta­tor musiał jed­nak zacho­wy­wać pozory. Wymie­nili jesz­cze kilka uprzej­mych zdań. Lei kątem oka śle­dził moment, w któ­rym Ver­nik pod­szedł do lap­topa. Coś usta­wił, po czym na prze­dzie­lo­nym na pół ekra­nie wyświe­tlił im się widok z dwóch kamer. Oglą­da­nie roz­mów wszyst­kich uczest­ni­ków pro­jektu na żywo zawsze przy­no­siło im naj­więk­sze emo­cje.

– Trzeba przy­znać, że zada­nie Vasha i Nor­berta jest obiek­tyw­nie naj­trud­niej­sze. Może i szkoli ich wybitny mistrz sztuk walki, ale w tak krót­kim cza­sie trudno opa­no­wać wszyst­kie ruchy. To naprawdę skom­pli­ko­wane. Mam nadzieję, że zosta­nie doce­nione przez widzów – rzekł kanc­lerz Ter­man.

W wyobraźni Lei Nursi wła­śnie odgryzł mu się jakąś ciętą ripo­stą. Pro­blem pole­gał jed­nak na tym, że nie chciał zdra­dzać swo­jej wyjąt­ko­wej sym­pa­tii do Jenny. Po tym, jak sta­nął murem za Kon­ra­dem, nie­któ­rzy i tak mogli się cze­goś domy­ślać. Na szczę­ście zare­ago­wała Kimi Nguyen.

– Śmiem twier­dzić, że nasz naro­dowy taniec jest rów­nie skom­pli­ko­wany. Koniego i Jenny czeka trudne zada­nie – powie­działa mini­stra.

Lang Ter­man uśmiech­nął się pobłaż­li­wie.

– Nie porów­ny­wał­bym sztuk walki do tańca.

– A ja tak. Tre­no­wa­łam jedno i dru­gie. Dobrze wiem, co mówię.

Sytu­acje takie jak ta spra­wiały, że na czole Ver­nika zaczęły lśnić kro­ple potu. Na szczę­ście na ekra­nie poja­wiły się pierw­sze osoby. Wszel­kie roz­mowy na sali momen­tal­nie uci­chły. Raki Bork usiadł u szczytu stołu, jak przy­stało na gospo­da­rza. Cier­pli­wie cze­kał, aż jego pod­opieczni zajmą miej­sca. Każ­demu z nich przy­pięto mikro­fon, a piątka wyjąt­ko­wych widzów ze sto­licy dokład­nie ana­li­zo­wała zacho­wa­nie uczest­ni­ków. Wielu z nich miało swo­ich fawo­ry­tów. W Murongu obsta­wiano już zakłady, kto z prze­wod­ni­ków otrzyma wizę do Chin. Lei Nursi zacho­wy­wał pozorną neu­tral­ność, cho­ciaż posta­no­wił, by w uła­mek swo­jego planu wpro­wa­dzić poten­cjal­nego sojusz­nika.

II. Obserwatorzy

II

Obser­wa­to­rzy

Beilong, Ligvash

Jenny i Koni cały dzień spę­dzili w biegu. Od razu po zakoń­cze­niu prób Syn­tia pod­wio­zła ich na plażę, gdzie odby­wało się spo­tka­nie z Rakim. Za każ­dym razem Kon­rada zaska­ki­wała pre­cy­zja, z jaką ekipa zadbała o całą sce­ne­rię. Drogę wyzna­czały bam­bu­sowe pochod­nie, a na pia­sku roz­sy­pano płatki kwia­tów. U pod­nóża sie­dział już Raki Bork, pozdra­wia­jąc wszyst­kich swoim sze­ro­kim uśmie­chem. Miał na sobie cienką koszulę z hawaj­skim moty­wem i nowe oku­lary o jakimś kosmicz­nym kształ­cie. Fil­mowcy nagry­wali każdy krok uczest­ni­ków. Aż do momentu, w któ­rym usie­dli na wyzna­czo­nych miej­scach.

– Dzień dobry w Ligva­shu – powi­tał ich Raki Bork.

– Opatrz­ność nad nami czuwa – odpo­wie­działa chó­rem para z dru­żyny fio­le­to­wej.

Koni nawet nie zauwa­żył, w któ­rym momen­cie to powie­dze­nie tak bar­dzo weszło mu w krew. Wyma­wiał je wręcz machi­nal­nie.

– Pocze­kajmy jesz­cze kilka minut. Zaraz doj­dzie reszta – rzekł Raki.

Przy stole bra­ko­wało jedy­nie Nor­berta i Vasha. Pozo­stali sie­dzieli na swo­ich miej­scach. Zauwa­żyli, że kamer było wię­cej niż zwy­kle. Na obru­sie pomię­dzy świecz­kami roz­sy­pano małe muszelki. Jenny chwy­ciła jedną z nich. Bez­wied­nie zaczęła obra­cać ją w pal­cach.

– Usły­szymy dzi­siaj jakąś ważną infor­ma­cję? – zapy­tał Johann.

Raki Bork uśmiech­nął się podejrz­li­wie.

– Pocze­kajmy z ogło­sze­niami do przyj­ścia pozo­sta­łych uczest­ni­ków. Zdra­dzę, że zagramy w pewną grę.

Kilka osób wymie­niło spoj­rze­nia nad sto­łami. Kon­ra­dowi mimo­wol­nie zaczęło udzie­lać się ich zde­ner­wo­wa­nie. Nie byli w dżun­gli i nic nie wska­zy­wało na to, aby w ciągu kilku sekund musieli chwy­tać ple­caki i ruszać w drogę. Na tym eta­pie wie­dział jed­nak, że gierki psy­cho­lo­giczne potra­fią wpro­wa­dzić jesz­cze więk­sze zamie­sza­nie.

– O, idą. – Pierre wska­zał na chło­pa­ków z dru­żyny czer­wo­nej.

Szli gęsiego. Naj­pierw na ścieżkę wkro­czył Nor­bert z zawa­diac­kim uśmie­chem i wysoko pod­nie­sioną głową. Za nim wszedł Vash. Niby wie­dział, że przed kame­rami powi­nien pre­zen­to­wać się jak naj­le­piej, ale stres zja­dał go od środka i było to po nim widać. Wie­dział, jaki odci­nek wyemi­to­wano ostat­nio. Przez ten cho­lerny namiot nie prze­spał kilku nocy. Nor­bert ema­no­wał wład­czą ener­gią, która nie udzie­liła się Vashowi. Przy nim czuł się jak w szpi­talu przy ordy­na­to­rze. Tylko oni dwaj ponad wszyst­kimi. Wytłu­ma­czył sobie, że uka­rał innych za naiw­ność. To tylko gra. Prze­cież nikomu nic się nie stało. Teraz jed­nak szedł ze sztyw­nymi z prze­ję­cia ramio­nami. Myślał tylko o tym, jak ten czyn został uka­zany w tele­wi­zji. Kilka razy roz­wa­żał, by zadzwo­nić do kanc­le­rza Ter­mana i zapy­tać go o zda­nie. Potem wma­wiał sobie, że nie wypada tak postą­pić.

– Dzień dobry w Ligva­shu! Pano­wie, widzę, lekko spóź­nieni – przy­wi­tał ich Raki Bork.

Nor­bert pod­wi­nął rękaw koszuli, eks­po­nu­jąc srebrny zega­rek. Zastu­kał w tar­czę.

– Tylko dwie minutki – zauwa­żył.

– Opatrz­ność nad nami czuwa – wtrą­cił Vash i dys­kret­nie pocią­gnął Nor­biego za mate­riał koszuli przy łok­ciu.

Wczo­raj odbyli już roz­mowę na temat ocie­pla­nia wize­runku, lecz naj­wy­raź­niej Węgier zdą­żył już o tym zapo­mnieć.

– Ach, tak, tak. Opatrz­ność czuwa – powie­dział Nor­bert, ale tro­chę na odczep­nego.

Raki Bork nie wyglą­dał na szcze­gól­nie ura­żo­nego. Patrzył na tę dwójkę znad unie­sio­nych oku­la­rów, a kąciki jego ust wciąż były unie­sione.

– Cie­szę się, że jeste­śmy już w kom­ple­cie. Nim przej­dziemy do kola­cji, mam dla was małą grę. Nie mar­tw­cie się. To nic trud­nego. Ostat­nio zaj­muje was wyko­ny­wa­nie zadań z men­to­rami. Jestem tego świa­domy. Gra będzie miała na celu skło­nie­nie was do myśle­nia. Zoba­czymy, kto jest dobry w zga­dy­wanki. – To powie­dziaw­szy, zakla­skał w dło­nie.

Wów­czas do męż­czy­zny pode­szła Ligvanka z kwia­tem we wło­sach, w tra­dy­cyj­nym stroju ludo­wym. Pod­czas pobytu w Beilongu wie­lo­krot­nie obsłu­gi­wała ich pod­czas kola­cji. Podała Rakiemu złotą kopertę. Pro­wa­dzący, zamiast roze­rwać papier, zaczął się nią wachlo­wać.

– Och, zro­biło się gorąco. Też czu­je­cie tę atmos­ferę?

Po nie­tę­gich minach uczest­ni­ków widział, że wole­liby przejść do sedna. Jedy­nie Nor­bert sie­dział dziw­nie zre­lak­so­wany. Jenny pod sto­łem zaci­snęła dłoń na kola­nie. Miała ochotę zła­pać rękę Kon­rada. Zawsze tak robiła w stre­su­ją­cych chwi­lach, gdy zosta­wali sami. Vash sie­dział naprze­ciwko. Nie patrzył na Rakiego, lecz na nią. Jen­ni­shi nie ucie­kała wzro­kiem. Prze­ciw­nie. Pozwo­liła na to, by toczyli niemą walkę na spoj­rze­nia. W końcu unio­sła brew.

– Czu­jesz atmos­ferę, Vash?

W pro­gra­mie pra­wie wcale nie mieli ze sobą kon­taktu sam na sam. To zabu­rzyło dotych­cza­sową dyna­mikę ich zna­jo­mo­ści. Jenny stała się sil­niej­sza. Vash miał wra­że­nie, że malał w jej oczach. Chciał odzy­skać grunt pod nogami. Nie rozu­miał, dla­czego wszystko zaczęło się walić! Prze­cież był na tak uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji. Żaden inny uczest­nik nie miał po swo­jej stro­nie kanc­le­rza Ter­mana.

– Chło­pak chyba zanie­mó­wił z wra­że­nia – par­sk­nęła Nora, na co Cry­stal zachi­cho­tała pod nosem.

– No dobrze, myślę, że wszy­scy są już gotowi – stwier­dził Raki Bork i odchrząk­nął. – Dro­dzy uczest­nicy, jak dobrze wie­cie, jeste­śmy już po emi­sji trzech odcin­ków. Nasi rodacy oglą­dają pro­gram w tele­wi­zji, ale żeby sko­men­to­wać odcinki, muszą udać się do kawia­renki inter­ne­to­wej. Ina­czej wygląda sytu­acja w przy­padku Chiń­czy­ków. Oni nie mają takich regu­la­cji i korzy­stają z inter­netu w każ­dym moż­li­wym miej­scu.

Wszy­scy zamil­kli i w sku­pie­niu obser­wo­wali każdy ruch gospo­da­rza. Ten wresz­cie roze­rwał kopertę, po czym wyjął z niej kilka kar­tek.

– Pod frag­men­tami nowego odcinka na naszych pro­fi­lach w mediach spo­łecz­no­ścio­wych poja­wiły się liczne komen­ta­rze. Wybra­li­śmy te, które mają naj­wię­cej polu­bień i doty­czą kon­kret­nych osób. Dzięki temu będzie­cie mogli poznać opi­nię inter­nau­tów na wasz temat.

Pod­czas gdy tury­ści, któ­rzy w ojczy­stych kra­jach mają stały dostęp do inter­netu, zasta­na­wiali się, ile komen­ta­rzy musieli usu­nąć ligvań­scy mode­ra­to­rzy, prze­wod­nicy wyglą­dali na nie­sa­mo­wi­cie prze­ję­tych. Denki i Jinato zasło­nili usta z wra­że­nia, a Cry­stal wstrzy­mała oddech. Vash prze­raź­li­wie zbladł. Wyglą­dał tak, jakby zaraz miał zemdleć.

– Nie wiem, czy warto się tym przej­mo­wać. W inter­ne­cie jest wielu hej­te­rów. Będą cze­kać na porażkę uczest­ni­ków pro­gramu. Nie mówię tylko o pro­jek­cie Open­World, ale ogól­nie o rze­czach wyświe­tla­nych w tele­wi­zji. Ludzie czę­sto wyle­wają w ten spo­sób swoje złe emo­cje. Zazdrość, fru­stra­cje i tak dalej – rzekł Nor­bert.

Tajem­ni­czy uśmiech nie znik­nął z twa­rzy Rakiego.

– Ależ tylko od was zależy, jak się odnie­sie­cie do tych komen­ta­rzy. Nikt wam prze­cież nie każe brać ich na poważ­nie. Nasza gra będzie pole­gać na tym, że ja prze­czy­tam trzy komen­ta­rze odno­szące się do kon­kret­nego uczest­nika, a wy będzie­cie musieli zgad­nąć, o kim mowa.

To jedno zda­nie utem­pe­ro­wało butę tury­stów. Uśmie­chy znik­nęły, bo dotarło do nich, że nie tylko usły­szą ocenę przy­pad­ko­wych inter­nau­tów. Będą musieli oce­nić sie­bie nawza­jem. Raki Bork wysu­nął z koperty pierw­szą kartkę.

– To jak? Możemy zaczy­nać? – zapy­tał.

Zebrani poki­wali gło­wami. Jenny mini­mal­nie przy­lgnęła do Kon­rada. Ich ramiona deli­kat­nie się zetknęły. Patrzyli na Rakiego, lecz mimo to dali sobie ulotną namiastkę bli­sko­ści. Koni myślał o ostat­niej roz­mo­wie Jen­ni­shi z Kra­skim. Nagra­nia z tego incy­dentu krą­żyły po sieci. Zasta­na­wiał się, czy fak­tycz­nie zasiały taki chaos. Naj­bar­dziej nie­po­koił go sce­na­riusz, w któ­rym ktoś spró­bo­wałby oczer­nić dziew­czynę.

– Nie widzę sprze­ci­wów. W takim razie pozwól­cie, że zacznę. – Ponow­nie odchrząk­nął, roz­pro­sto­wał kartkę i zaczął czy­tać:

Jest cia­po­waty i ma dużo szczę­ścia, ale w sumie trudno go nie lubić.

Dobrali się ide­al­nie. To tro­chę tak, jakby głu­chy pro­wa­dził śle­pego, a jed­nak zawsze mu się udaje.

Sły­sza­łem, że Ligvań­czycy są uważni i pra­co­wici, a ten żyje w swoim wła­snym świe­cie. Cho­ciaż trzeba przy­znać, że z tury­stą dobrali się ide­al­nie.

Jenny ukrad­kiem spoj­rzała na Kon­rada. Na tym eta­pie dosko­nale wie­działa, że myślą podob­nie. Z wia­do­mość wyni­kało, iż cho­dziło o Ligvań­czyka. Wzmianka o szczę­ściu od razu pod­su­nęła im sytu­ację z namio­tem. Tę, w któ­rej pomo­gli parze z dru­żyny żół­tej. Nim jed­nak zdą­żyli się ode­zwać, Johann pod­niósł rękę.

– Tak? – zapy­tał Raki Bork.

Nie­miec wyglą­dał na nieco spię­tego. Uśmiech­nął się tro­chę krzywo w stronę Jinato.

– Wybacz, stary. Myślę, że tutaj cho­dzi o cie­bie. To nie tak, że zga­dzam się z tymi wszyst­kimi komen­ta­rzami. Nic z tych rze­czy. Po pro­stu fak­tycz­nie ty i Pierre jeste­ście ide­al­nie dobrani, ale jakby w swoim świe­cie.

Jinato mach­nął na to ręką. Nie wyglą­dał na szcze­gól­nie ura­żo­nego, cho­ciaż mogły to być tylko pozory.

– Zga­dłeś! – Roz­ra­do­wany Raki kla­snął w dło­nie.

Nor­ber­towi momen­tal­nie zrze­dła mina.

– Hej, momen­cik. A to nie miało być tak, że wszy­scy obsta­wiają i ana­li­zu­jemy, kto zgadł?

– Nie. Jest tak, że odpo­wiada ten, kto pierw­szy pod­nie­sie rękę. Jeżeli odpo­wie błęd­nie, pyta­nie prze­cho­dzi na kolejną osobę. Ina­czej gra­li­by­śmy w tę grę do jutra, a kola­cja nie może cze­kać – rzekł spo­koj­nie Raki Bork.

– Wcze­śniej o tym nie mówi­łeś – wytknął Nor­bert.

– To teraz mówię.

Iry­ta­cja tury­sty zupeł­nie nie ruszała gospo­da­rza. Nawet nie drgnęła mu powieka, gdy się­gnął do koperty, aby wyjąć z niej kolejną kartkę. Od razu zaczął czy­tać:

Na tle dwóch pozo­sta­łych jest nudna. Wyraź­nie odstaje.

Wszy­scy coś robią, tylko nie ona. Naj­mniej rzuca się w oczy.

To kolejna osoba w cie­niu tury­sty. Liczy­łem na wię­cej.

Kon­rad usły­szał, jak Jenny wstrzy­muje oddech. Naj­bar­dziej zabo­lało go ostat­nie zda­nie. Bar­dzo nie chciał dzia­łać na nie­ko­rzyść dziew­czyny. Dopiero po chwili uzmy­sło­wił sobie, że ten opis zupeł­nie do niej nie pasuje. Jen­ni­shi robiła bar­dzo dużo. Była wyra­zi­sta. Już chciał pod­nieść rękę, ale Vash go uprze­dził.

– To komen­tarz o Jen­ni­shi – oznaj­mił bez waha­nia, gdy Raki Bork udzie­lił mu głosu.

– Nie, tu nie cho­dzi o Jenny.

Wów­czas druga dłoń bły­ska­wicz­nie zna­la­zła się w górze. Zgło­siła się Cry­stal. Spo­strze­gaw­czy obser­wa­tor dostrzegłby, że palce jej dłoni drżały. Ciemna grzywka kle­iła się do wil­got­nego czoła. Raki Bork wska­zał na dziew­czynę.

– Tu cho­dzi o mnie. Bez dwóch zdań. Nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści – powie­działa na jed­nym wde­chu.

Ewi­dent­nie te słowa bar­dzo dużo ją kosz­to­wały.

– Ej, można gło­so­wać na samego sie­bie? To tro­chę dziwne – ode­zwał się Nor­bert.

Wów­czas dziew­czyna fuk­nęła gło­śno. Na jej twa­rzy zago­ściła jakaś nowa emo­cja. Taka, któ­rej do tej pory Kon­rad nie widział.

– Nikt tego nie zabro­nił – odpo­wie­działa sta­now­czo.

W pierw­szym odru­chu Raki Bork chciał zare­ago­wać. Atmos­fera zro­biła się jed­nak gęsta. Cie­kawy roz­woju sytu­acji, posta­no­wił pocze­kać.

– No, ale to głu­pie. I w zasa­dzie przy­kre. Sama potwier­dzasz to, że jesteś nudna i niczym nie wyróż­niasz się na tle innych uczest­ni­ków.

Cry­stal zaci­snęła ręce na kra­wę­dzi stołu tak mocno, jakby miała ochotę go zmiaż­dżyć. Patrzyła Nor­ber­towi pro­sto w oczy.

– Chcesz wie­dzieć, co jest naprawdę przy­kre? – zapy­tała.

– No, dawaj. Zamie­niam się w słuch.

Tury­sta wyglą­dał na wylu­zo­wa­nego. Jego mina wyra­żała igno­ran­cję wobec całego świata. Spra­wiał wra­że­nie kogoś, kogo nic już nie zasko­czy. Ale Cry­stal wie­działa swoje. Miała nie­malże stu­pro­cen­tową pew­ność, że zaraz zbu­rzy ten cho­lerny mur.

– To, że nie życzysz wygra­nej swo­jemu tury­ście. Jego suk­ces po pro­stu cię nie inte­re­suje. Pro­wa­dzisz dys­ku­sje w taki spo­sób, aby wywo­łać sen­sa­cję. Zapewne masz w tym kon­kretny cel. Może chcesz zbu­do­wać popu­lar­ność na kon­tro­wer­sji? Widzę, że pod­pusz­czasz Vasha, aby robił naprawdę fatalne rze­czy. Po pro­gra­mie ogło­sisz, że tań­czył, jak mu zagra­łeś? Cały czas go upo­ka­rzasz. I zacho­wu­jesz się tak, jak­byś tego nie widział. On rów­nież jakoś na to przy­staje. Wasze cele są różne. Nie gra­cie do jed­nej bramki – wyle­wała z sie­bie potok słów, który zszo­ko­wał zgro­ma­dzo­nych.

Zapa­dła cisza. Osłu­piały Nor­bert patrzył na dziew­czynę, jakby sie­działa przed nim jakaś senna mara. Słowa Cry­stal wydały mu się absur­dalne. Nie mógł pojąć, jak ktoś tak cichy mógł nie­spo­dzie­wa­nie wybuch­nąć w taki spo­sób. Nora gwizd­nęła z uzna­niem. Ten gest dodat­kowo go roz­wście­czył.

– Co to za głu­poty i insy­nu­acje?

– Jestem peda­go­giem. Wykła­dam na uni­wer­sy­te­cie, ale wcze­śniej uczy­łam w szkole. Potra­fię przej­rzeć dru­giego czło­wieka – rze­kła hardo.

Vash zagryzł zęby. Sie­dział na krze­śle, led­wie zacho­wu­jąc pion. Naj­chęt­niej opadłby na nie bez­wład­nie niczym kukła. To wszystko było ponad jego siły. Ana­li­zo­wał każde słowo Cry­stal i uzmy­sło­wił sobie, że miała sporo racji.

– Zga­dzam się z tym. Pod­pu­ści­łeś Vasha. Nie sądzi­łeś, że on naprawdę potnie ten namiot – stwier­dził w pew­nym momen­cie Johann.

Sie­dzący obok Zan kiwał głową na znak, że popiera part­nera. Tego wie­czora do Cry­stal dotarło jedno. Nie może postę­po­wać tak, jak ją uczono. Naj­wyż­szy czas zapo­mnieć o szko­le­niu i ruszyć do przodu. Tu każdy powi­nien rzu­cać się w oczy.

Murong, Ligvash

Atmos­fera w salce kino­wej zro­biła się napięta. Lei Nursi widział, jak twarz kanc­le­rza Ter­mana bled­nie. To on wybrał dla Vasha Nor­berta. Dostał w tej kwe­stii pewną swo­bodę i wła­śnie uzmy­sło­wił sobie, jak duży popeł­nił błąd.

– Ludzie z Zachodu nie mogą poka­zy­wać nas jako bandy kre­ty­nów. Dziew­czyna ma rację. Sytu­acja z namio­tem była podej­rzana. Facet go pod­pu­ścił – oce­niła mini­stra Kimi Nguyen.

Ter­man zaci­skał ner­wowo zęby, a Lei Nursi zasta­na­wiał się, co myślał w tym momen­cie. Może już ana­li­zo­wał, jak zadzwo­nić do Vasha i usta­wić go do pionu? Wielki przy­wódca nie był taki głupi. Przez te wszyst­kie lata musiał bar­dzo dobrze poznać osoby ze swo­jego naj­bliż­szego oto­cze­nia. Razem z ich aspi­ra­cjami i marze­niami. Nie­gdyś wielki Keram Nursi sto­so­wał metodę kija. Chciał budzić strach. Zale­żało mu na zyska­niu respektu. Nie miał żad­nych opo­rów przed tym, by wyszar­py­wać go sobie siłą. Sam Keram Nursi nazy­wał sie­bie władcą suro­wym i spra­wie­dli­wym, cho­ciaż co do tego dru­giego Lei miał wąt­pli­wo­ści. Trzeba było jed­nak przy­znać, że roz­bu­do­wany sys­tem kar naprawdę dzia­łał sku­tecz­nie. Nawet doświad­czeni poli­tycy bali się repre­sji, a dono­si­ciel­stwo było na porządku dzien­nym. Lei Nursi nie kon­ty­nu­ował poli­tyki ojca. Odcho­dził od niej na tyle, na ile było to moż­liwe. W pew­nym momen­cie uświa­do­mił sobie jedno. Sam kij nie wystar­czał. Na jego końcu musiała być mar­chewka. Wymy­ślił więc dość nie­kon­wen­cjo­nalny spo­sób, by zachę­cić uni­ka­ją­cych wszel­kich zmian dygni­ta­rzy do popar­cia Pro­jektu Open­World.

– Cicho, cicho. Zoba­czymy, co będzie się teraz działo – rzekł mini­ster Kien Hai.

Wszy­scy wpa­try­wali się w ekran. Vash sie­dział sztywno, zaci­ska­jąc ręce na kra­wę­dzi stołu. Kilku uczest­ni­ków i Raki Bork patrzyli na Ligvań­czyka, jakby ocze­ki­wali od niego jakie­goś komen­ta­rza. Ten jed­nak mil­czał.

– No dobrze, w takim razie przejdźmy do kolej­nej osoby.

Lei Nursi widział, jak kanc­lerz Ter­man ner­wowo przy­gryza wargę. Pamię­tał, jak popro­sił go o roz­mowę przed emi­sją odcinka, w któ­rym Vash pociął namiot. Bła­gał, aby w mon­tażu usu­nąć pewne sceny.

„Pań­stwa Liston darzę szczerą przy­jaź­nią. Ich syn Vash wyka­zał się w tej sce­nie upo­rem i przy­po­mniał innym Ligvań­czy­kom ważne war­to­ści. Cho­ciażby taką, że trzeba być pra­co­wi­tym. Nie można sce­do­wać swo­ich obo­wiąz­ków na kogoś innego. Mar­twię się jed­nak, czy ta scena nie zosta­nie źle ode­brana. Czy da się coś z tym zro­bić?” – pytał wów­czas, a Lei dosko­nale wyczu­wał w jego gło­sie despe­ra­cję.

Przy­jął go z typo­wym dla sie­bie uśmie­chem. Podob­nie jak nie­gdyś ojciec, potra­fił robić dobrą minę do złej gry. Tego aku­rat go nauczono. Pozwo­lił Ter­ma­nowi wyne­go­cjo­wać mały kom­pro­mis. Drony nie krą­żyły nad namio­tami w nocy, dopóki para z dru­żyny zie­lo­nej nie włą­czyła przy­ci­sku na loka­li­za­to­rze. Wście­kły Johann udo­ku­men­to­wał jed­nak dzieło Vasha ze sto­sow­nym komen­ta­rzem, a wszyst­kie pliki prze­słał orga­ni­za­cji przy oka­zji wizyty w kawia­rence inter­ne­to­wej. Lei Nursi udał, że idzie Ter­ma­nowi na rękę. Pozwo­lił odro­binę przy­ciąć nie­które frag­menty. Te, na któ­rych Zan pra­wie pła­kał nad skalą znisz­czeń. Ter­man pró­bo­wał wyne­go­cjo­wać wię­cej, ale Lei Nursi posta­wił gra­nicę. Oczy­wi­ście z uśmie­chem na ustach, spo­koj­nie, budu­jąc taką nar­ra­cję, jakby i tak oka­zał Ter­ma­nowi nie­sa­mo­witą łaskę.

– Jak myśli­cie, kto będzie tym razem? – zapy­tała mini­stra Nguyen.

– Jestem cie­kawy, co powie­dzą o futai – odparł mini­ster Kien.

Raki Bork wyjął kartkę z cyta­tami z koperty. Uniósł brew, jakby zasko­czyła go ich treść. Zastu­kał pal­cami o blat, budu­jąc napię­cie, po czym zaczął czy­tać:

Niby naj­mniej się na tym zna, ale jego mate­riały są naj­lep­sze. Mam na myśli te z kamer pry­wat­nych. Inni nie dają tyle krę­cić Ligvań­czy­kom. Tu są dwie per­spek­tywy. Uwa­żam, że tak jest lepiej.

Typ miał nie­sa­mo­wi­tego farta i teraz żyje swoim naj­lep­szym życiem.

Szcze­rze? Jak to oglą­dam, to sobie myślę, że chciał­bym być na jego miej­scu. Cie­kawy jestem, jak potem pokażą dramę.

Tym razem to Nora jako pierw­sza pod­nio­sła dłoń. Zaraz po niej był Nor­bert. Cmok­nął z nie­za­do­wo­le­nia, widząc, że zdo­łała go uprze­dzić. Widzo­wie mil­czeli, spo­glą­da­jąc w ekran jak zahip­no­ty­zo­wani. Raki Bork miał rację. Ten pro­gram nie­sa­mo­wi­cie wcią­gał, a wraz z popu­lar­no­ścią szły ogromne pie­nią­dze.

Beilong, Ligvash

Uczest­nicy Pro­jektu Open­World coraz czę­ściej zapo­mi­nali, że są nagry­wani. Gdy do głosu docho­dziły praw­dziwe emo­cje, pew­nych rze­czy nie dało się uda­wać. Koni czuł ramię Jen­ni­shi przy swoim.

– Tak? – Raki Bork wska­zał na Norę.

Nor­weżka uśmiech­nęła się pod nosem i odgar­nęła z czoła jasną grzywkę.

– Drama suge­ruje mi dwie sytu­acje. Pierw­sza, która przy­cho­dzi mi na myśl, to oczy­wi­ście incy­dent z namio­tem – zaczęła, na co Zan i Johann zgod­nie poki­wali gło­wami. – Druga to dość nie­de­li­katne okre­śle­nie tego, co spo­tkało Rafała Kra­sow­skiego. Nie powie­dzia­ła­bym, aby Vash żył ostat­nio swoim naj­lep­szym życiem. Uwa­żam więc, że cho­dzi o Kon­rada.

Nor­bert rap­tow­nie spo­waż­niał, gdy tylko Nora wspo­mniała o Kra­skim. Ten temat był dla niego bar­dzo draż­liwy. Spra­wiał, że momen­tal­nie gasł. Koni też zacho­wy­wał powagę, a jed­nak nie wyglą­dał na aż tak poru­szo­nego.

– To dobra odpo­wiedź. Zga­dłaś – powie­dział Raki.

– Mam nadzieję, że się nie gnie­wasz, Koni. – Nora spoj­rzała na niego prze­pra­sza­jąco.

W odpo­wie­dzi mach­nął ręką.

– Skąd.

– A dla­czego miałby się gnie­wać? – ode­zwał się nagle Vash. – W końcu to jest… Jak to szło? Typ, który miał nie­sa­mo­wi­tego farta i teraz żyje swoim naj­lep­szym życiem.

Widział, że Koni i Jenny nie stro­nili od kon­taktu fizycz­nego. Dostrze­gał każdy dotyk, na który reszta uczest­ni­ków nie zwró­ciła uwagi. A może tylko uda­wała, że tego nie widzi? Bez zna­cze­nia. Vash widział wszystko i trudno było mu zwal­czyć kotłu­jącą się w środku złość. Teraz pró­bo­wał myśleć o tym, że ten cho­lerny pro­gram to tylko jakiś etap przej­ściowy. Naj­chęt­niej zre­zy­gno­wałby z udziału w nim, ale nie mógł. Po pierw­sze, nie było takiej moż­li­wo­ści. Po dru­gie, nie chciałby mieć takiej skazy na hono­rze. I w końcu po trze­cie, chciał obser­wo­wać Jenny.

– Możemy przejść do kolej­nych komen­ta­rzy? – zapy­tał Raki Bork, a gdy nikt nie zaprze­czył, wyjął z koperty kolejną kartkę i zaczął czy­tać:

Uwa­żam, że coś takiego jest nie­wy­ba­czalne. Powinni go wywa­lić z pro­gramu.

Było pod­kre­ślone, że to rywa­li­za­cja. Szcze­rze? To tamci byli naiwni, zro­bił, co mógł, dla swo­jej dru­żyny.

Po tru­pach do celu. Jak przy­cho­dzi co do czego, oka­zuje się, że to nie wykształ­ce­nie decy­duje o kul­tu­rze czło­wieka.

Vash wie­dział, że cho­dziło o niego. Mimo to nie odwa­żył się ode­zwać. Poczuł ulgę. Było o wiele lepiej, niż myślał. Szcze­gól­nie środ­kowy komen­tarz pod­niósł go na duchu. Stał się posta­cią kon­tro­wer­syjną, koja­rzoną z kon­kret­nej sceny, ale z pew­no­ścią bar­dzo wyra­zi­stą. Kilka osób szybko pod­nio­sło ręce. Ku swo­jemu zasko­cze­niu Vash spo­strzegł, że pierw­szy był Nor­bert.

– No nie patrz tak na mnie. – Uniósł ręce, jakby tym gestem chciał pod­kre­ślić swoją nie­win­ność. – To było oczy­wi­ste.

Nora gwizd­nęła. Prze­cią­gnęła się niczym kotka i skrzy­żo­wała ręce za głową. Na twa­rzy Cry­stal rów­nież zago­ścił uśmiech.

– Jakoś nie­miło się u was zro­biło, chło­paki – sko­men­to­wał Zann.

Raki Bork odchrząk­nął suge­styw­nie, a gdy uczest­nicy zamil­kli, ponow­nie się­gnął do koperty i prze­czy­tał:

Na pierw­szy rzut oka to taka cicha osoba, ale widzie­li­ście, jak spro­wa­dziła go do par­teru? Pró­bo­wał zada­wać oso­bi­ste pyta­nia i się skoń­czyło.

Sądzi­łam, że będzie bar­dziej zdy­stan­so­wana, a wydaje się po pro­stu ludzka. Jest zde­cy­do­wa­nie najbar­dziej wyra­zi­sta.

Typ miał ją za naiwną, ale jak się odgry­zła, to poszło mu w pięty. Pew­nych pytań się nie zadaje, a ona potrafi posta­wić gra­nicę.

Tym razem to Cry­stal jako pierw­sza pod­nio­sła rękę. Po tym, jak Raki Bork udzie­lił jej głosu, powie­działa:

– Nora?

Gospo­darz odmow­nie pokrę­cił głową. Wtedy zgło­siło się kil­koro uczest­ni­ków. Pierw­szy był jed­nak Kon­rad. Raki Bork wska­zał na niego.

– Mowa o Jen­ni­shi – rzekł pew­nie.

– Poprawna odpo­wiedź – oznaj­mił Raki.

Po tych sło­wach mię­dzy brwiami Nor­berta poja­wiła się pio­nowa zmarszczka. Coś mu nie paso­wało.

– Moment, kogo niby spro­wa­dziła do par­teru?

Kon­rad przy­po­mniał sobie roz­pacz chło­paka po śmierci Kra­skiego. Dotarło do niego, że nikt z uczest­ni­ków nie widział ostat­niego połą­cze­nia Jen­ni­shi z Rafa­łem. O tej wymia­nie zdań wie­dzieli jedy­nie orga­ni­za­to­rzy i widzo­wie. Nie było żad­nych świad­ków.

– Jesteś strasz­nie wścib­ski. Prze­cież na wielu eta­pach w pro­gra­mie się roz­dzie­lamy. Nie śle­dzimy każ­dego kroku wszyst­kich dru­żyn – odpo­wie­działa Jenny.

Jej twardy ton zasko­czył Vasha. Ponow­nie uzmy­sło­wił sobie, że coś się zmie­niło. Zaczy­nał udział w pro­gra­mie z sil­nym poczu­ciem bycia kimś waż­nym. W końcu to on spra­wo­wał naj­waż­niej­sze sta­no­wi­sko, a do tego cie­szył się cichym popar­ciem kanc­le­rza. Sprawy obrały jakiś zły obrót. Kiedy on gasł, Jenny obra­stała w siłę.

– Czy fak­tycz­nie jest tak, że my, jako uczest­nicy, mamy przed sobą tajem­nice? Jeżeli przy­kła­dowo docho­dzi do jakichś waż­nych wyda­rzeń, nie infor­mu­je­cie nas? – zapy­tał Nor­bert Rakiego. Zmru­żył przy tym podejrz­li­wie oczy. Dotych­czas sądził, że to on mie­sza w pro­gra­mie naj­bar­dziej.

– Oczy­wi­ście, że was infor­mu­jemy o naprawdę bar­dzo waż­nych wyda­rze­niach. W pro­gra­mie jed­nak dużo się dzieje. Nie na wszystko mamy czas ante­nowy. Jeżeli chcesz wie­dzieć, incy­dent z namio­tem nie jest jedy­nym wyda­rze­niem, które wzbu­dziło… – roz­ma­so­wał pod­bró­dek, zasta­na­wia­jąc się nad odpo­wie­dzią – powiedzmy silne emo­cje wśród naszych odbior­ców. Dzi­siej­sze zada­nie ma wam nakre­ślić, jak jeste­ście postrze­gani.

III. Propozycja nie do odrzucenia

III

Pro­po­zy­cja nie do odrzu­ce­nia

Murong, Ligvash

Po obej­rze­niu trans­mi­sji kanc­lerz Ter­man na­dal bar­dzo wszystko prze­ży­wał. Lei Nursi dokła­dał wszel­kich sta­rań, by oka­zać mu zain­te­re­so­wa­nie.

– Ale Vasha chyba dobrze oce­nili. Jako cie­kawą osobę. Myślisz, że jest ina­czej? – zapy­tał go cicho, gdy się żegnali.

Dostrzegł kon­ster­na­cję na twa­rzy męż­czy­zny. Widział, jak wal­czył z myślami. Jak pogrą­żał się w tych wszyst­kich wąt­pli­wo­ściach. A wielki wódz patrzył z zasko­czoną miną i peł­nym współ­czu­cia gło­sem powie­dział kilka cie­płych słów. Póź­niej pocze­kał, aż goście wyszli. Kątem oka zoba­czył, jak Ver­nik pakuje papiery do teczki. Chciał podą­żyć za resztą wzdłuż kory­ta­rza, ale Lei go zatrzy­mał.

– Zapo­mnia­łeś o moim zapro­sze­niu?

Berm przy­sta­nął w poło­wie kroku. Był bar­dzo spięty. Lei wie­dział jed­nak, że inni daliby się pokroić za wizytę w jego pry­wat­nej rezy­den­cji.

– Nie, nie, oczy­wi­ście, że nie. Po pro­stu nie wiem, czy wypada, i nie byłem prze­ko­nany, czy pan mówi na poważ­nie – dukał, ukrad­kiem spo­glą­da­jąc na zega­rek.

– Jeżeli tak ci będzie wygod­niej, mogę oso­bi­ście zadzwo­nić do two­jej żony i powie­dzieć, jaka jest sytu­acja – powie­dział spo­koj­nie Lei.

Ver­nik spą­so­wiał. Tro­chę go to prze­ra­stało. Fak­tycz­nie, myślał o żonie, ale nie sądził, żeby ta była prze­ciwna jakim­kol­wiek spo­tka­niom. A już szcze­gól­nie z głową pań­stwa. Po pro­stu prze­ra­stały go nie­które sytu­acje. Bał się kon­fron­ta­cji. Nie chciał usły­szeć cze­goś, co zabu­rzy­łoby jego dotych­cza­sowy spo­kój.

– Nie trzeba. Wysła­łem jej już SMS-a, że mogę wró­cić póź­niej. Po pro­stu nie byłem pewien, czy to na­dal aktu­alne.

– Prze­cież usta­li­li­śmy to przed oglą­da­niem stre­amu na żywo – zauwa­żył Nursi.

Ver­nik nie mógł nego­cjo­wać z takim argu­men­tem. Poki­wał głową i posta­no­wił zdać się na los.

Wyszli przed budy­nek. Wielki gmach nazy­wany par­la­men­tem w rze­czy­wi­sto­ści był insty­tu­cją fasa­dową. Spo­ty­kali się tam mini­stro­wie i dygni­ta­rze, aby oma­wiać ważne sprawy rzą­dowe. Wła­śnie tam znaj­do­wało się także biuro Leia Nur­siego. Kie­dyś wielki wódz marzył, aby Ligvash został pań­stwem demo­kra­tycz­nym. W snach rezy­gno­wał z funk­cji dyk­ta­tora, mia­nu­jąc kogoś kom­pe­tent­nego pre­zy­den­tem. Takie pomy­sły w kraju, który przez tyle lat przy­wykł do reżimu, nie miały jed­nak racji bytu. Nur­siego ota­czali ludzie pra­gnący wła­dzy. Nie­malże czuł na karku ich kwa­śne odde­chy i cho­ciaż ni­gdy nie uwa­żał się za naj­bar­dziej kom­pe­tentną osobę, sądził, że gdy tylko odda wła­dzę, Ligvash wróci do stanu sprzed wybu­chu w Futa­mie. Na to nie mógł pozwo­lić. Musiał zostać spryt­nym rzeź­bia­rzem, for­mu­ją­cym świat z tego, co aku­rat było pod ręką. Żało­wał, że nikt go nie przy­go­to­wał. Żało­wał, że w ciągu pierw­szego roku wła­dzy mar­no­wał czas, roz­wa­ża­jąc samo­bój­stwo. I w końcu żało­wał, że tak wiele czasu zajęło mu wyba­cze­nie Nishy. Pod­jęła słuszną decy­zję. Szkoda, że tak późno to do niego dotarło.

– Wasza Eks­ce­len­cjo! Zaczęło padać.

Lei Nursi scho­dził po mar­mu­ro­wych scho­dach, gdy nagle dobiegł do niego jeden z ochro­nia­rzy. Otwo­rzył para­sol, aby deszcz nie zmo­czył przy­wódcy. Ver­nik z nie­tęgą miną kro­czył obok dyk­ta­tora. Wyglą­dał tak, jakby tro­chę się go bał.

– Och, dzię­kuję. Nie ma takiej potrzeby. Samo­chód już czeka przed budyn­kiem. – Lei Nursi wska­zał na czarne auto, ale ochro­niarz nie zło­żył para­solki.

Kiedy wódz pod­szedł do samo­chodu, inny ochro­niarz otwo­rzył przed nim drzwi. Ver­nik usiadł z dru­giej strony. Wnę­trze Mer­ce­desa May­ba­cha zda­wało się jesz­cze pach­nieć nowo­ścią.

– Dzień dobry w Ligva­shu, Eks­ce­len­cjo – powi­tał dyk­ta­tora kie­rowca.

– Opatrz­ność nad nami czuwa – odpo­wie­dział Nursi.

Ver­nik obej­rzał się, by spoj­rzeć przez tylną szybę. Widział jadące za nimi dru­gie auto z ochroną. Wódz miał w zwy­czaju podró­żo­wać sam, dla­tego doradca był nieco zasko­czony, że kazał mu wsiąść do tego samego pojazdu. Lei Nursi miał opi­nię samot­nika. Berm nie sły­szał o tym, aby w cza­sie wol­nym jego prze­ło­żony spo­ty­kał się z któ­rymś ze swo­ich dygni­ta­rzy. Nie miał żony ani dzieci. O kochance też ni­gdy nie sły­szał. Wódz bar­dzo dbał o pry­wat­ność. Tego wie­czoru posta­no­wił jed­nak wpu­ścić doradcę do swo­jego świata.

Panu­jącą w samo­cho­dzie ciszę zakłó­cała jedy­nie muzyka kla­syczna. Ver­nik zaczął się zasta­na­wiać, czy powi­nien coś powie­dzieć. Kiedy spoj­rzał na Nur­siego, dostrzegł, że ten zamknął oczy. Nie spał. Cicho ude­rzał pal­cami o pod­ło­kiet­nik, wystu­ku­jąc rytm. Naj­wy­raź­niej w taki spo­sób się relak­so­wał. Doradca posta­no­wił go nie zaga­dy­wać. Wle­pił wzrok w szybę i podzi­wiał kro­ple ude­rza­jące w okno.

– Jeste­śmy, Eks­ce­len­cjo – powie­dział kie­rowca, gdy samo­chód wje­chał na teren posia­dło­ści.

Wcze­śniej straż­nik otwo­rzył im bramę. Wszystko musiało prze­bie­gać zgod­nie z pro­to­ko­łem. Wej­ścia na teren posia­dło­ści zawsze strze­gli dwaj męż­czyźni z kara­bi­nami maszy­no­wymi. Prze­pisy naka­zy­wały im zacho­wać odpo­wied­nią postawę, nie ruszać się bez powodu i ubie­rać w okre­ślony spo­sób, bez względu na pogodę. Przez to mokli w desz­czowe dni, a w sło­neczne nie mogli ochro­nić się przed upa­łem. Lei Nursi pamię­tał scenę, w któ­rej jego dzie­się­cio­letni wów­czas brat rzu­cał w męż­czyzn śliw­kami zna­le­zio­nymi w ogro­dzie. Żaden z nich nie mógł zare­ago­wać, a chło­piec śmiał się wnie­bo­głosy. Keram Danki prze­ja­wiał skłon­no­ści do okru­cień­stwa. Młod­szy brat ni­gdy nie potra­fił tego zro­zu­mieć.

– Chodź szybko, bo zmok­niesz, przy­ja­cielu – zwró­cił się do doradcy, który led­wie wysiadł z samo­chodu.

Ver­nik aż otwo­rzył usta w wyra­zie zasko­cze­nia. Wielki wódz ni­gdy dotąd nie zwra­cał się do niego w ten spo­sób. W pierw­szym odru­chu Berm spoj­rzał za sie­bie, by spraw­dzić, czy nie stał tam ktoś inny. Nursi zauwa­żył to i par­sk­nął z roz­ba­wie­nia.

– No chodź!

Ciemne oczy dyk­ta­tora wyda­wały się teraz poczci­wie i roze­śmiane, ale Ver­nik swoje już widział. Wolał więc dmu­chać na zimne. Pokor­nie wyko­nał pole­ce­nie. Dorów­nał męż­czyź­nie kroku i pocze­kał, aż ten wpu­ści go na teren posia­dło­ści. Adres dyk­ta­tora nie był dla nikogo tajem­nicą. Obo­wią­zy­wał jed­nak prawny zakaz sta­nia pod budyn­kiem, nie mówiąc już o foto­gra­fo­wa­niu go bez ofi­cjal­nej zgody. Nie­gdyś Kerama Nur­siego rado­ścią napa­wały tłumy koczu­jące z kwia­tami w dniu jego uro­dzin i wyśpie­wu­jące hymn naro­dowy. Lei tego nie chciał. Ostat­nim, czego sobie życzył, były dele­ga­cje fał­szy­wych pochleb­ców.

– Mam nadzieję, że jesteś głodny. Kucharz przy­go­tuje coś pysz­nego – powie­dział Lei.

Brzmiał bez­tro­sko, pod­czas gdy serce Ver­nika waliło niczym młot. Z zapar­tym tchem podzi­wiał impo­nu­jący ogród wiel­kiego wodza. Jego cen­trum sta­no­wiła fon­tanna. Woda try­skała z rzeźby imi­tu­ją­cej krysz­tał. Naj­pew­niej nawią­zy­wała do futa­mitu. Tereny zie­lone nie two­rzyły jed­nak ide­al­nie upo­rząd­ko­wa­nej prze­strzeni. Zamiast przy­strzy­żo­nych żywo­pło­tów i kwia­tów posa­dzo­nych w rów­nych grząd­kach domi­no­wały drzewa oraz krzewy owo­cowe. W oddali stała altanka, kształ­tem przy­po­mi­na­jąca bud­dyj­ską pagodę. Fio­le­towy dach suge­ro­wał Ver­ni­kowi, że mogła to być pry­watna świą­ty­nia dyk­ta­tora. Albo miej­sce do medy­ta­cji.

– Nie chcę, aby moja obec­ność spra­wiła komu­kol­wiek kło­pot, Wasza Eks­ce­len­cjo – rzekł uprzej­mie.

Lei Nursi zaczął godzić się z tym, że Ver­nik nie zre­zy­gnuje cał­ko­wi­cie ze zwro­tów grzecz­no­ścio­wych.

– Nie zapro­sił­bym cię, gdy­byś spra­wiał mi kło­pot – odpo­wie­dział.

Pierw­szy raz Ver­nik usły­szał w gło­sie wodza domi­nu­jącą nutę. Tę samą miał jego ojciec. Poczuł, jak mię­śnie ramion i nóg mimo­wol­nie się spi­nają. Doradcę Nur­siego nie­po­ko­iło jedno. Jesz­cze za cza­sów sta­rej wła­dzy jego teść robił pewne prze­kręty finan­sowe. Dostał zezwo­le­nie od Kerama Nur­siego na budowę głów­nych dróg pań­stwo­wych. Pie­nią­dze do kie­szeni brał także przy­ja­ciel teścia zaj­mu­jący się sta­wia­niem oświe­tle­nia ulicz­nego. Przy­ja­ciel teścia wpadł. Został ska­zany na pięć lat cięż­kich robót i wię­cej nikt go już nie zoba­czył. Teść zdo­łał unik­nąć kary, ale ist­niało praw­do­po­do­bień­stwo, że pewne kwe­stie po latach ujrzą świa­tło dzien­nie. Ver­nik dosko­nale wie­dział, jak postę­po­wały osoby z bli­skiego oto­cze­nia Nur­siego. Nie­któ­rzy w dąże­niu do wła­dzy, pie­nię­dzy i przy­chyl­no­ści wodza nie mieli naj­mniej­szych hamul­ców. Doradca cały czas się bał, że ktoś wygrze­bie stare brudy na jego rodzinę, a tym samym go pogrąży. Nawet jeżeli Lei Nursi zli­kwi­do­wał więk­szość obo­zów pracy i zna­cząco ogra­ni­czył sto­so­wa­nie kary śmierci, jego dobro­dusz­ność musiała mieć jakieś gra­nice.

– Oczy­wi­ście. Prze­pra­szam. Zapro­sze­nie do pań­skiej rezy­den­cji to dla mnie wiel­kie wyróż­nie­nie – zre­flek­to­wał się Ver­nik.

Lei w żaden spo­sób na to nie odpo­wie­dział. Pchnął cięż­kie drew­niane drzwi, po czym wszedł do środka. Odźwierny już cze­kał, aby powi­tać swo­jego pana w progu. Nauczył się, że nowy dyk­ta­tor miał nieco inne przy­zwy­cza­je­nia niż jego ojciec. Nie lubił, gdy ktoś otwie­rał przed nim drzwi do rezy­den­cji. Wolał po pro­stu być witany w środku. Nursi pozwo­lił, aby męż­czy­zna pomógł mu zdjąć nieco wil­gotną szatę wierzch­nią.

– Chcesz zosta­wić tu mary­narkę? – zapy­tał Ver­nika.

Ber­mowi było wszystko jedno. Nawet nie zwró­cił uwagi na prze­mok­niętą tka­ninę. Gdy jed­nak odźwierny podał mu wie­szak, bez słowa zawie­sił na nim okry­cie. Potem z biją­cym ser­cem ruszył za Nur­sim. Spo­dzie­wał się, że rezy­den­cja wiel­kiego wodza swoim wystro­jem będzie nawią­zy­wała do sta­rych, ligvań­skich tra­dy­cji. I fak­tycz­nie, nie zabra­kło zabyt­ko­wych prze­suw­nych drzwi, obra­zów przed­sta­wia­ją­cych antyczne sceny i mebli wyko­na­nych z ciem­nego drewna. Z tym wszyst­kim kom­po­no­wały się jed­nak nowo­cze­sne akcenty. Wielki, indu­strialny żyran­dol, lustra w sta­lo­wych ramach i rośliny w doni­cach o futu­ry­stycz­nym kształ­cie burzyły dawny porzą­dek. Szata Leia powie­wała dum­nie, gdy kro­czył po sze­ro­kich kory­ta­rzach. Bursz­ty­nowe kin­kiety nada­wały ciem­nemu wnę­trzu przy­tulny cha­rak­ter. Wszystko przez cie­płą poświatę. Nad drzwiami pro­wa­dzą­cymi do salonu wisiały trzy złote ramy. Iden­tyczne z widy­wa­nymi w urzę­dach. Z tą róż­nicą, że w takich pla­ców­kach ramy zdo­biły por­trety Kerama Nur­siego, Kerama Dan­kiego Nur­siego oraz Leia Nur­siego. W tym domu zamiast zdjęć opra­wiono lustra. Takie roz­wią­za­nie bar­dzo zasko­czyło Ver­nika.

– Dla­czego nie ma tu zdjęć? – zapy­tał, nim zdą­żył pomy­śleć. – To zna­czy, pro­szę mi wyba­czyć moje wścib­skie pyta­nie. Po pro­stu jestem zdzi­wiony – spro­sto­wał.

Nursi przy­sta­nął w poło­wie kroku.

– Są sym­bo­lem reflek­sji nad naszymi wła­snymi czy­nami. Myśla­łem o tym, że jak ktoś spoj­rzy w ramy, dostrzeże samego sie­bie. Nie zmie­nimy tego, jak myślą inni. Mamy kon­trolę tylko nad sobą – rzekł spo­koj­nie.

– To bar­dzo mądre. Bez wąt­pie­nia jest pan wiel­kim myśli­cie­lem. W tych wnę­trzach widać też olbrzymi polot i gust.

Cho­ciaż doradca tego nie widział, dyk­ta­tor zmarsz­czył czoło. Nie lubił tanich pochlebstw. Jedną z naj­więk­szych tajem­nic Nur­siego było jego mięk­kie serce. Ojciec wie­lo­krot­nie powta­rzał, że litość jest sła­bo­ścią. Dla­tego od czasu do czasu na życze­nie Jego Wiel­moż­no­ści Ver­nik zle­cał arty­kuły, w któ­rych opi­sy­wano kary sto­so­wane wobec osób nie­po­słusz­nych pań­stwu. Albo zbyt wścib­skich. Szcze­gól­nie wobec futai. Fak­tycz­nie, ist­niały regu­la­cje prawne ska­zu­jące wino­waj­ców, ale Lei wolał ostrze­gać, niż karać. Dla­tego histo­rie o oby­wa­te­lach odpra­co­wu­ją­cych kary w odle­głych gospo­dar­stwach lub odsia­du­ją­cych wyroki w wię­zie­niach czę­sto bywały nie­praw­dziwe. Nursi wie­dział, jak działa pro­pa­ganda, i uży­wał jej, lecz w zupeł­nie inny spo­sób niż ojciec.

– Och, cudow­nie. Wszystko przy­go­to­wali, tak jak pro­si­łem – ucie­szył się Nursi na widok roz­ło­żo­nego na stole jedze­nia.

Pomiesz­cze­nie, w któ­rym się zna­leźli, urzą­dzono dość mini­ma­li­stycz­nie. Stał w nim barek i stół wyko­nany z jed­nego kawałka drewna. Naj­więk­szą uwagę zwra­cał jed­nak widok na ogród zewnętrzny. Za szybą rosła impo­nu­jąca sosna japoń­ska.

– Prze­piękne wnę­trze – zachwa­lał Ver­nik.

Potem dostrzegł dania na stole, a jego oczy roz­sze­rzyły się z zasko­cze­nia. Na bla­cie usta­wiono naczy­nia w kształ­cie drew­nia­nych łóde­czek, w któ­rych uło­żono sushi. Zagra­niczne dania były nie­do­stępne w Ligva­shu. Ni­gdzie nie sprze­da­wano pizzy, ham­bur­ge­rów, wło­skich past czy wła­śnie sushi, cho­ciaż w mediach krą­żyły legendy, jakoby takie lokale splaj­to­wały nie­długo po otwar­ciu. Wielki wódz mógł jed­nak pozwo­lić sobie na wszystko, a że Japo­nia nie leżała prze­cież aż tak daleko, na jego życze­nie spro­wa­dzano skład­niki naj­lep­szej jako­ści.

– Usiądź – pole­cił Lei Nursi, kom­plet­nie igno­ru­jąc zasko­cze­nie na twa­rzy swo­jego gościa.

Pod­szedł do barku i wyjął z niego butelkę whi­skey. Następ­nie srebr­nymi szczyp­czy­kami prze­ło­żył z col­lera do szkla­nek dwie kostki lodu. Lei Nursi był estetą. Służba przy­wy­kła do jego pre­fe­ren­cji. Wie­działa, w jakich naczy­niach należy poda­wać posiłki oraz jaka eks­po­zy­cja dań ucie­szy oko dyk­ta­tora.

– Muszę przy­znać, że kola­cja jest bez wąt­pie­nia wyjąt­kowa – przy­znał Ver­nik, czu­jąc, że cisza mię­dzy nimi trwa już zbyt długo.

Wyjąt­kowa. Jakże bez­pieczne było to słowo. Lei Nursi uśmiech­nął się krzywo. Posta­wił przed swoim gościem szkla­neczkę whi­skey. Led­wie Ver­nik zdą­żył ją unieść, a dyk­ta­tor wypo­wie­dział toast:

– Za twoją lojal­ność.

Te trzy wyrazy bar­dzo nie spodo­bały się Ver­ni­kowi. Znów zaczął krą­żyć myślami wokół dzia­łal­no­ści teścia. Czy coś wypły­nęło? Czy był zagro­żony? Mimo tych wszyst­kich obaw posłusz­nie wyko­ny­wał jed­nak pole­ce­nia Słońca Narodu.

– Za moją lojal­ność. Dołożę wszel­kich sta­rań, aby ni­gdy pana nie roz­cza­ro­wać – oznaj­mił.

– Podoba mi się ta odpo­wiedź.

Oboje upili łyk alko­holu. Lei Nursi obszedł stół i zajął miej­sce u jego szczytu.

– Uwa­żaj na wasabi. Jest bar­dzo ostre. – Wska­zał na zie­loną pastę uło­żoną mister­nie na małym tale­rzyku.

Dyk­ta­tor zacho­wy­wał się tak, jakby nie widział niczego kon­tro­wer­syj­nego w jedze­niu zagra­nicz­nych potraw. Chcąc ośmie­lić swo­jego gościa, pierw­szy się­gnął po spory kawa­łek rolki z łoso­siem. Zamo­czył ją w sosie sojo­wym, a następ­nie wsu­nął jedze­nie do ust. Roz­anie­lony zmru­żył oczy. Ver­nik chwy­cił za pałeczki i nie­pew­nie wziął kawa­łek z kre­wetką. Miał taką minę, jakby podej­rze­wał, że wódz może go otruć.

Roz­ma­wiali na błahe tematy. Ver­nik kom­ple­men­to­wał jedze­nie albo zada­wał pyta­nia na temat ogrodu. Lei Nursi cier­pli­wie mu odpo­wia­dał. Kiedy w końcu się naje­dli i dyk­ta­tor ponow­nie napeł­nił ich szklanki alko­ho­lem, posta­no­wił przejść do rze­czy:

– Bar­dzo cenię w tobie to, że nie jesteś chciwy i w zasa­dzie chyba naj­bar­dziej zależy ci na spo­koju rodziny – powie­dział.

Ver­nik zaka­słał. Wasabi nie­przy­jem­nie zapie­kło go w pod­nie­bie­nie. Fak­tycz­nie, był bar­dzo zasko­czony, gdy kilka lat temu Lei Nursi uczy­nił go swoim doradcą. Oczy­wi­ście stał się wów­czas obiek­tem plo­tek. Innym nie odpo­wia­dało, że ktoś tak wyco­fany objął ważne i dobrze płatne sta­no­wi­sko.

– Jestem bar­dzo zado­wo­lony z mojego obec­nego życia – przy­znał doradca.

Przez myśl prze­mknęło mu, że o wiele łatwiej żyłoby mu się bez stresu, ale wolał o tym nie wspo­mi­nać.

– To dobrze. Doce­niam lojal­nych ludzi. Teraz muszę jed­nak popro­sić cię o stu­pro­cen­tową szcze­rość. Żad­nego krę­ce­nia wokół tematu. Dobrze?

– Oczy­wi­ście.

– Może ja zacznę, żeby cię ośmie­lić – powie­dział Lei Nursi i upił łyk whi­skey. – Wiem o dzia­łal­no­ści two­jego teścia. W zasa­dzie wie­dzia­łem o niej jesz­cze przed tym, nim uczy­ni­łem cię swoim doradcą.

Ver­nik Berm miał wra­że­nie, że jego świat wła­śnie zwol­nił. Zastygł w bez­ru­chu z pałecz­kami w rękach. Patrzył na swo­jego roz­mówcę niczym stru­chlały kró­lik, który sta­nął oko w oko z dra­pież­ni­kiem. I wie­dział, że już nie ma żad­nej ucieczki.

– Spo­koj­nie, Ver­nik. W tym pomiesz­cze­niu nie ma kamer. Przy­się­gam. Jeste­śmy tylko ty i ja. Nasza prawda oraz szcze­rość, która jest teraz tak potrzebna – mówił Lei Nursi.

Jego głos wciąż brzmiał tak miękko, wręcz kojąco i aksa­mit­nie. Co prawda nie uspo­koił dud­nią­cego serca Ver­nika, a jed­nak czę­ściowo przy­wró­cił mu trzeź­wość myśle­nia.

– Dla­czego więc pan mnie wybrał? – wykrztu­sił.

– Już powie­dzia­łem. Ponie­waż nie jesteś chciwy, a twoim prio­ry­te­tem jest sta­bi­li­za­cja, bez­pie­czeń­stwo i odda­nie rodzi­nie. Takiej osoby potrze­bo­wa­łem i dołożę wszel­kich sta­rań, abyś zacho­wał swój spo­kój. A może jakaś pod­wyżka przy oka­zji też się znaj­dzie. Warun­kiem jest twoja bez­gra­niczna lojal­ność.

Lei Nursi nie czuł się dobrze, wspo­mi­na­jąc o teściu Ver­nika. To była zagrywka bar­dziej godna jego ojca. Sytu­acja wyma­gała jed­nak poświę­ceń i nie­znacz­nego nagię­cia zasad.

– Rozu­miem. Co w takiej sytu­acji mam robić? – zapy­tał doradca.

– Odpo­wiedz mi na pyta­nie. Tylko szcze­rze. Nie potrze­buję teraz pochlebstw. Zależy mi na kon­kre­tach.

– Jak brzmi pyta­nie?

– Dla­czego wszy­scy dygni­ta­rze, doradcy i inni ludzie wcze­śniej zwią­zani z moim ojcem tak ocho­czo wyra­zili swoją apro­batę dla Pro­jektu Open­World?

Ver­nik otarł pot z czoła. Przy­gryzł wargę, zasta­na­wia­jąc się nad odpo­wie­dzią. To nie tak, że nie pamię­tał. Wręcz prze­ciw­nie. Wciąż miał przed oczami liczne sytu­acje zwią­zane z ogło­sze­niem pro­jektu. Po pro­stu zasta­na­wiał się, jak tak­tow­nie ubrać słowa w myśli. Przed wpro­wa­dze­niem swo­jego planu w życie Lei Nursi kazał wydru­ko­wać w gaze­tach wię­cej fake new­sów doty­czą­cych rze­ko­mych repre­sji. Póź­niej spo­tkał się w budynku par­la­mentu z naj­waż­niej­szymi oso­bami w pań­stwie, gdzie wygło­sił oso­bi­stą prze­mowę.

– Cóż, na wstę­pie przy­po­mniał pan wszyst­kim zebra­nym, że nie ma żony ani dziecka, a co za tym idzie, pra­wo­wi­tego następcy. W Ligva­shu dzie­dzi­czymy sta­no­wi­ska, dla­tego wiele osób zasta­na­wiało się, jak ten pro­blem zosta­nie roz­wią­zany. I wtedy zapo­wie­dział pan, że po ukoń­cze­niu pro­jektu odczyta publicz­nie testa­ment, w któ­rym wyzna­czy swo­jego następcę.

Ver­nik przez cały czas obser­wo­wał wodza. Patrzył, czy nie wykrzy­wia ust i czy na jego czole nie poja­wiają się zmarszczki. Lei Nursi spra­wiał jed­nak wra­że­nie w miarę spo­koj­nego.

– Metoda kija i mar­chewki – pod­su­mo­wał. – Twoje spo­strze­że­nia są słuszne.

– Pan już doko­nał wyboru?

– Tak, i chcia­łem się z tobą tym podzie­lić. Sytu­acja jest trudna. Na ten moment pro­jekt oczy­wi­ście jest moim prio­ry­te­tem. Nastę­pują prze­ło­mowe zmiany. Po wyło­nie­niu zwy­cięzcy będę chciał ogło­sić, kogo wyzna­czy­łem na mojego następcę. Potrze­buję two­jej pomocy i dys­kre­cji.

Ver­nik prze­łknął ślinę. W duchu zaczął się modlić, aby tą osobą nie został kanc­lerz Ter­man ani żaden skrajny tra­dy­cjo­na­li­sta.

– Oczy­wi­ście. Jak zawsze może pan liczyć na moją pomoc.

Lei Nursi wstał od stołu. Pod­szedł do barku i zza szkla­nej gablotki wyjął wczo­raj­szą gazetę. Następ­nie pod­szedł do swo­jego gościa, aby mu ją podać.

– On – ogło­sił.

Ver­nik wziął pismo. Zdję­cie okład­kowe przed­sta­wiało uczest­ni­ków Pro­jektu Open­World. Szybko dostrzegł jed­nak tytuł arty­kuł zakre­ślony w kółko – „Nowo­ro­dek zna­le­ziony na polu ryżo­wym”. Pośpiesz­nie otwo­rzył tekst na wła­ści­wej stro­nie i zaczął czy­tać:

– Pani Mira­bela z mężem pro­wa­dzi gospo­dar­stwo. Jak co dzień rano udała się do pracy w polu. Nagle usły­szała płacz docho­dzący z pobli­skich zaro­śli. Pode­szła w tamtą stronę i dostrze­gła ple­ciony kosz wyło­żony podartą baweł­nianą koszulką. W środku leżał nowo­ro­dek. Kobieta nie­zwłocz­nie wezwała pomoc.

Lei Nursi widział, jak z każ­dym zda­niem oczy Ver­nika robiły się coraz więk­sze. Skry­cie go to bawiło. Przy­ło­żył dłoń do twa­rzy. Uda­wał, że roz­ma­so­wuje pod­bró­dek. Tak naprawdę zasła­niał uśmiech.

– Z całym sza­cun­kiem, Eks­ce­len­cjo, ale nie do końca wiem, do czego ten tekst zmie­rza – ośmie­lił się przy­znać doradca.

Dyk­ta­tor uniósł brwi. Dosko­nale uda­wał zasko­czo­nego. W ciągu wielu lat wła­dzy do per­fek­cji opa­no­wał przy­wdzie­wa­nie róż­nych masek.

– No, to czy­taj dalej.

Ver­nik prze­łknął ślinę i ponow­nie spoj­rzał na tekst.

– Nie­mowlę zostało nie­zwłocz­nie prze­wie­zione do szpi­tala. Tam prze­pro­wa­dzono sze­reg badań. Oka­zało się, że chło­piec jest synem kogoś oca­la­łego z tra­ge­dii w Futa­mie. Poli­cja pro­wa­dzi docho­dze­nie w celu usta­le­nia toż­sa­mo­ści rodzi­ców, któ­rzy porzu­cili go na polu. Obec­nie został prze­wie­ziony do domu sie­rot, gdzie zapew­niono mu opiekę… – Potarł skroń, pró­bu­jąc połą­czyć bra­ku­jące ele­menty ukła­danki. – Cho­dzi o to, że chło­piec jest futai i dopiero się uro­dził? To zna­czy, że muta­cja nie nastą­piła bez­po­śred­nio w Futa­mie? Do tej pory sądzi­li­śmy, że kobieta musiała być w ciąży w momen­cie, w któ­rym doszło do wybu­chu.

Lei Nursi spo­koj­nie napił się bursz­ty­no­wego trunku. Sie­dział naprze­ciwko swo­jego roz­mówcy z miną godną leni­wego kocura, któ­remu wszystko jest obo­jętne. To była kolejna maska. Ponad wszystko pró­bo­wał ukryć nie­po­kój i stres. Lata rzą­dów nauczyły go, aby nie poka­zy­wał żad­nych sła­bych stron.

– Odno­to­wano już takie dwa przy­padki. Albo to jest trzeci, albo spło­dził go ojciec futai. Widzisz, ta muta­cja nie ma kon­kret­nych ram. Futai mają cechy wspólne. Głów­nie doty­czące ich zdol­no­ści do rege­ne­ra­cji. U nie­któ­rych prze­biega jed­nak sil­niej niż u innych. Dla nas to na­dal tajem­nica. Prze­pro­wa­dzamy bada­nia, ale to pro­ces – powie­dział.

– Ale ma pan jakieś szcze­gólne plany wobec tego chłopca? Cho­dzi wła­śnie o bada­nia?

Dyk­ta­tor uśmiech­nął się blado. Jego roz­mówca wciąż nie rozu­miał. A może celowo wypie­rał tę myśl?

– Ow­szem. Będzie moim synem. Naj­po­tęż­niej­szą głową pań­stwa, jaką widział ten świat. Opatrz­ność dała nam znak. To prze­zna­cze­nie.

Ver­nik sie­dział z sze­roko otwar­tymi ustami, jakby nie docie­rał do niego sens słów dyk­ta­tora. Spoj­rzał na foto­gra­fię, którą opa­trzono arty­kuł. Przed­sta­wiała ple­ciony kosz.

– Do tej pory dzie­dzi­cze­nie było z krwi… – wypa­lił.

Lei Nursi zda­wał się tylko na to cze­kać. Odgar­nął jasne włosy z czoła i pochy­lił w stronę swo­jego roz­mówcy.

– Ależ nic się w tej kwe­stii nie zmieni. Po zakoń­cze­niu pro­jektu wezmę ślub. Stwo­rzymy pełną, typowo ligvań­ską rodzinę. Ja, moja żona oraz nasz syn – rzekł bez­tro­sko.

Ver­nik pró­bo­wał poukła­dać sobie w gło­wie całą tę sytu­ację. Jesz­cze nie zdą­żył prze­ana­li­zo­wać tech­nicz­nych pro­ble­mów, które niósł ze sobą taki plan, a już wyobra­ził sobie reak­cję dygni­ta­rzy. Przy­gryzł wargę, by nie powie­dzieć tego, co naj­bar­dziej cisnęło mu się na usta. Dygni­ta­rze będą wście­kli. Teraz wszy­scy nad­ska­kują Nur­siemu, licząc na sowite wyna­gro­dze­nie. Roz­cza­ro­wa­nie będzie wiel­kie, kiedy wyj­dzie na jaw, że ten nie wybrał żad­nego z nich.

– Żona? – wydu­kał w końcu.

Ten jeden wyraz po prze­cią­ga­ją­cej się ciszy brzmiał gro­te­skowo. Lei Nursi z tru­dem masko­wał roz­ba­wie­nie.

– Ow­szem. Oca­lała z Futamy. Opatrz­ność nam pobło­go­sła­wiła, ponie­waż czy­ta­li­śmy jej znaki.

Ver­nik nie chciał tego wie­dzieć. Wolał zostać posta­wiony przed fak­tem doko­na­nym i dzi­wić się z pozo­sta­łymi dygni­ta­rzami. Nie­stety, został powier­ni­kiem sekretu. I to bar­dzo nie­wy­god­nego. Na domiar złego prze­czu­wał, że wódz ma wobec niego pewne ocze­ki­wa­nia. Dopił whi­skey. Skrzy­wił się, czu­jąc, jak ta pali go w gar­dle, ale potrze­bo­wał teraz alko­holu jak niczego innego.

– Jak mam ci pomóc, Eks­ce­len­cjo? – powie­dział to, co wypa­dało.

– Dobrze, że pytasz. Bar­dzo ci ufam, Berm. Jak nikomu innemu. Chciał­bym, żebyś poje­chał po mojego synka. Dosta­niesz list z pie­czę­cią i wszystko, co potrzebne. Z żoną miesz­ka­cie z teściami, prawda? To naprawdę piękny, duży dom. Znaj­dzie się miej­sce dla takiego maluszka, aż do zakoń­cze­nia pro­jektu.

Ver­nik wstrzy­mał oddech. Ze wszyst­kich rze­czy, któ­rych nie chciał usły­szeć, tej po pro­stu nie prze­wi­dział. Powieka mu nie drgnęła, ale w środku cały dygo­tał. Pró­bo­wał uło­żyć sobie jakiś plan dzia­ła­nia. Wyobra­żał sobie, jak o tym wszyst­kim poin­for­muje rodzinę.

– A czy to nie będzie groźne dla tak małego dziecka? To nowo­ro­dek, tak? Co jeżeli ludzie się zorien­tują? Zoba­czą, że jest dziw­nie duży i…

– Zro­bimy tak, żeby się nie zorien­to­wali – prze­rwał Lei Nursi.

I Ver­nik już wie­dział, że z wiel­kim wodzem nie może dys­ku­to­wać.