51,99 zł
Hipnotyzujący kalejdoskop opowieści o odważnych i zniszczonych
Finalistka Nagrody Bookera i Women’s Prize for Fiction po raz kolejny zachwyca pisarskim kunsztem. Wielkim kręgiem pokazała, że potrafi tworzyć monumentalne powieści. Kowbojskim tangiem udowadnia, że jest mistrzynią różnych form opowiadania ludzkich historii i jedną z najważniejszych współczesnych pisarek.
Ingrid szuka w lawinie zaginionego kochanka i cudem wymyka się śmierci.
Podróż poślubna Lyli i Billa w rumuńskie góry kończy się niewyobrażalną tragedią.
Sammy, milcząca kowbojka, ucieka z piekła. Pragnie tylko wybawienia, a na lata wikła się w skomplikowany miłosny trójkąt.
Niczym w pełnym emocji tańcuna powierzchnię przedzierają się tu najgłębiej skrywane niepokoje i pragnienia. Maggie Shipstead z czułością i błyskotliwą ironią pokazuje, że pod skórą każdego człowieka zawsze buzują te same uczucia. Głód miłości i tęsknota za byciem zauważonym.
Maggie Shipstead łączy kinowy rozmach z poetycką troską o szczegół.
„The Times”
Rzadko zdarza się pisarz, który potrafi stworzyć przekonujący świat na kilku stronach, tak samo jak w powieści liczącej 600 stron.
„The Guardian”
Ta sama mrożąca krew w żyłach błyskotliwość, co w najbardziej niepokojących opowiadaniach Daphne du Maurier.
„Financial Times”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 302
Data ważności licencji: 4/19/2028
Tytuł oryginału
You Have a Friend in 10A
Projekt layoutu okładki
Tomasz Majewski
Ilustracja na okładce
Cover photo © Jari Anttonen / fantastinen.ai
Redaktorka inicjująca
Dorota Gruszka
Redaktorka prowadząca
Aleksandra Pietrzyńska
Opieka redakcyjna
Katarzyna Mach
Promotorka
Karina Caban
Adiustacja
Bogumiła Ziembla
Korekta
Barbara Gąsiorowska
Bogusława Wójcikowska
Łamanie
CreoLibro
Copyright © for the translation by Justyn Hunia
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-120-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Dla Rebekki Gradinger
Kiedy pan Glen Karpenbausch ją zatrudnił, Sammy Boone miała szesnaście lat i była tak chuchrowata, że całe jej tyczkowate ciało bez problemu mieściło się w kręgu cienia rzucanego przez jej kapelusz. Pan Karpenbausch przez trzy tygodnie dawał ogłoszenie w wydawanej w Bozeman gazecie, że zatrudni kowboja, ale zgłosiło się tylko dwóch kandydatów. Jeden śmierdział, jakby przepłynął przez rzekę whisky, i to jeszcze zanim jego ciężarówka, zarzucając, zahamowała przed domem ranczera w tumanach kurzu, drugi nie miał lewej ręki. Pan Karpenbausch odwrócił wzrok od jednorękiego mężczyzny i powiedział, że ogłoszenie jest już nieaktualne. Planował ograniczyć hodowlę bydła mięsnego i w większym stopniu skupić się na agroturystyce, mimo że swojemu wujowi Dexowi, gdy ten wydawał z siebie ostatnie sapnięcia, obiecał, że nigdy tego nie zrobi. W dzieciństwie rodzice pana Karpenbauscha, którzy byli nauczycielami, każdego lata posyłali go do wuja Dexa, mężczyzny zarówno konstrukcją fizyczną, jak i psychiczną przypominającego skamieniałą kłodę. Na twarzy miał gruzłowatą korę, w miejscu oczu dziury po sękach, a jego usta były szczelnie zapieczętowane wokół niedopalonego marlboro. Nie należał do ludzi rozmownych – jego chrapliwy głos wydobywał się z ciemnych przewodów jego wola tylko po to, by wydać rozkaz lub drwić z nerwowego, chudego siostrzeńca, że jest nerwowy i chudy.
Lubił się podkradać do małego Glena i dzwonić mu prosto w ucho dzwonkiem obiadowym, a potem obnażać żółte krokodyle zęby, kiedy chłopiec, wykręcając pirueta, podrywał się na równe nogi. Nic więc dziwnego, że o zapisaniu mu przez Dexa czterdziestu tysięcy akrów pan Karpenbausch usłyszał dopiero wtedy, gdy wątła bryza ledwie wiała w strefie ciszy osmolonych na czarno płuc wuja, który na łożu śmierci wyznał, że nikogo nie kochał i nie ma komu zostawić swojego rancza, z wyjątkiem nielubianego siostrzeńca, którego ratowała jedynie umiejętność dosiadania konia.
Rzeczywiście, pan Karpenbausch był wytrawnym jeźdźcem, a ponieważ konną jazdę lubił ponad wszystko, rzucił pracę zarządcy budynku mieszkalnego w ośrodku narciarskim, załadował swoją siwą klacz, Śpiącą Jean, na przyczepę i pojechał oddać wujowi ostatnią posługę. Zanim nadszedł pierwszy deszcz i związał prochy Dexa z twardą ziemią, pan Karpenbausch zdążył sprzedać większość bydła i kupić dwa tuziny koni, w tym reproduktora. Zaopatrzył się też w siodła i uzdy, postawił nową stajnię z boksem o podwojonej kubaturze dla Śpiącej Jean, rozbudował dom i powiększył kuchnię. W trakcie stawiania dziesięciu chatek dla turystów i nowego baraku dla robotników zwolnił najgorszego ze starych kowbojów i dał do gazety tamto ogłoszenie.
Sammy pojawiła się dwa dni po jednorękim mężczyźnie. Całkiem możliwe, że na ranczo przyjechała autostopem, bo jak ją zobaczył, była ledwie białą kropką zbliżającą się drogą gruntową od autostrady. Kiedy się zorientował, że to jeszcze dzieciak, w pierwszym odruchu chciał ją odesłać z kwitkiem, ale miał słabość do chudzielców. Przyszło mu też do głowy, że wczasującym się mieszczuchom, z których w przyszłości będzie żył, dziewczyna od koni wyda się o wiele bardziej interesująca niż drągal z podwiniętymi rękawami, pomagający sobie zębami przy wiązaniu węzłów.
Pan Karpenbausch dyskretnie szarpnął błyszczące szczeciniaste wąsiska.
– Umiesz strzelać? – zapytał.
– Tak – odrzekła.
– Jak sobie radzisz z lassem?
– Całkiem nieźle.
– A dobrze jeździsz?
– Jasne.
Rzucił jej na ręce siodło i uzdę i pokazał krótkonogie czupiradło, bułankę, klacz, która niedawno nie dość, że go zrzuciła na ziemię, to na dokładkę kopnęła i nabiła mu na udzie sińca w kształcie bumerangu.
Gdy Sammy mocno ściągnęła popręg, klacz stuliła uszy, zaczęła się rzucać na boki i wciągać powietrze przez kwadratowe zęby. Dziewczyna klepnęła ją w policzek, a wtedy bułanka kwiknęła i zadarła w górę pysk, lecz po chwili stanęła nieruchomo. Gdy Sammy dosiadła klacz, ta spuściła głowę i bryknęła w prawo. Ściągając wodze i prowadząc ją dosiadem, przejechała przez bramę na padok przy stajni. W pięć minut sprawiła, że bułanka chodziła jak kucyk pokazowy.
– Zaczekaj chwilę – powiedział pan Karpenbausch.
Poszedł osiodłać czym prędzej Śpiącą Jean, którą podprowadził z powrotem na padok, po czym otworzył Sammy bramę.
– Zobaczmy, jak sobie radzisz w terenie. Skoczymy do doliny. – Wskazał na rysujące się na horyzoncie wzgórza.
Bułanka bryknęła, potem puściła się naprzód jak strzała. Sammy siedziała wyprostowana. Długi brązowy warkocz uderzał ją w plecy. Śpiąca Jean była bardzo szybka, ale pan Karpenbausch ściągał cugle, trzymając się z tyłu i obserwując. Sammy ujechała na tamtej klaczy dalej niż większość kobiet, z gracją kołysząc biodrami. Był paskudnie wietrzny dzień, bułanka gnała galopem, ale Sammy nawet nie zadała sobie trudu, żeby podnieść rękę i nasunąć mocniej kapelusz na głowę, tak jak to zrobił pan Karpenbausch.
Kiedy wrócili na padok, zarówno konie, jak i pan Karpenbausch byli umazani białą pianką.
– Chcesz tę robotę? – zapytał.
Sammy kiwnęła głową.
– Ile masz lat?
Zawahała się, a on pomyślał, że się zastanawia, czy skłamać.
– Szesnaście.
Odpowiedź wydała mu się dostatecznie bliska prawdy.
– Czy ty przypadkiem nie uciekłaś z domu? Musimy to sobie od razu wyjaśnić, żebym wiedział, w co się pakuję.
– Nikt nie będzie mnie szukać.
– Gdzie twoi starzy?
– W Wyoming.
– Co tam robią?
– Mają fermę drobiu.
– Nie naślą na mnie gliniarzy za próbę porwania? – Zachichotał porozumiewawczo, żeby ją uspokoić, ale się nie uśmiechnęła.
– Nie, proszę pana.
– Żartowałem! Nie bierz tego na serio.
Sammy mieszkała w domu pana Karpenbauscha do czasu, aż ranczer postawił jej drewniany domek w kępie drzew od strony wschodniej werandy, naprzeciwko domków letników i baraku. Miał nadzieję, że kiedy dziewczyna w końcu się wyprowadzi z jego domu, nie będzie o niej tyle myślał, ale nic z tego. Przez cały boży dzień pilnował się na wypadek, gdyby Sammy go obserwowała, i ważył w myślach każdy ruch, układając specjalnie dla niej choreografię, w której demonstrował zarówno swoją tężyznę, gdy taszczył bele siana, jak i grację, gdy wieczorem dosiadał Śpiącej Jean. Ilekroć z nią rozmawiał, próbował się powstrzymać od nerwowego zaplatania dłoni, bo jego była wygarnęła mu kiedyś, że ten nawyk jest denerwujący. Każdej nocy jego wyobraźnia wyświetlała na suficie sypialni filmy z udziałem Sammy Boone: Sammy cwałująca, wiecznie cwałująca, przez pola i wzgórza, i egzotyczne baśniowe pustynie, zawsze na koniach niezwykłej urody – koniach, których pan Karpenbausch z pewnością nie posiadał. Lubił sobie wyobrażać, jak wyglądają jej włosy po rozpleceniu warkocza i jak by to było dotykać ich palcami.
Czasami puszczał wodze fantazji i wyobrażał sobie, że kocha się z Sammy, ale wtedy odczuwał dojmujący dyskomfort. Chodziło o to, że była za młoda, a poza tym nie chciał mieszać w głowie dziewczynie, która nie miała dokąd iść, mimo że była prawdziwą oazą spokoju, przez co wydawała się starsza niż w rzeczywistości, wręcz stara. Wmawiał sobie, że kocha ją tak, jak kochał wiatr, góry, konie, i że zaburzanie jej natury byłoby zbrodnią. Poza tym nie okazywała mu żadnego zainteresowania. Traktowała go i kowbojów z tą beznamiętną grzecznością, jaką okazują sobie mężczyźni. Zdarzało jej się nawet być wulgarną. Wściekając się na zatrzaśniętą zasuwę w bramie wybiegu, nazywała ją „pizdą”, a pewnej niedzieli w czasie rui u koni poinformowała jedzących śniadanie wczasowiczów, że ogier „poszedł się pieprzyć”. Kiedy wpadała na pana Karpenbauscha, zawsze mówiła tylko o konkretnych problemach drzew, skał, wody i zwierząt. Ilekroć próbował zadać pytanie natury osobistej, udzielała możliwie najkrótszej odpowiedzi i ulatniała się jak kamfora.
– Masz jakichś braci albo siostry?
– Mam braci.
– Gdzie mieszkają?
– Nie mam zielonego pojęcia. Muszę sprawdzić ropień u Wielkiego Boba. Dobranoc, szefie.
I tak przeleciało dziesięć lat. Sammy wciąż była chucherkiem, ale nabrała nieco tężyzny. Zaczęła chodzić trochę koślawo, ogorzały jej przedramiona i wyrobiły się mięśnie. Interes z letnikami wypalił. Pan Karpenbausch zarabiał wystarczająco dużo, żeby dalej małymi krokami rozwijać ranczo, a jednocześnie co roku odkładać trochę pieniędzy. Podczas konnej przejażdżki odkrył gorące źródło bulgoczące obok strumienia, wykopał więc większy stawek, jego brzegi wyłożył kamieniami i zbudował cedrowy pomost, by mogli się na nim wylegiwać wczasowicze. Jak się okazało, mieszczuchy uwielbiały przesiadywać w gorącej wodzie – siarkowa sadzawka przyciągnęła tylu klientów, że dobudował trzy domki letniskowe, a na północnym krańcu posiadłości postawił schronisko dla amatorów parodniowych pieszych wędrówek. Goście nazywali Sammy twardzielką, co drażniło pana Karpenbauscha, bo uważał, że to tak, jakby o majestatycznych górach powiedzieć „ładny widoczek”.
Od samego początku Sammy miała za zadanie zabierać najlepsze stare konie, gdy nadchodził ich czas, do położonej na zboczu wzgórza Perłowej Bramy, gdzie strzelała im w głowę. Nazwa tego terenu pochodziła od dwóch kęp topól o białej korze, rosnących po obu stronach szlaku w miejscu, gdzie wychodził na polanę. Pan Karpenbausch doszedł do wniosku, że Sammy lepiej dogaduje się z końmi niż z ludźmi, i uznał, że sprawi im należyte pożegnanie z tym światem. Kiedy kowboje dostrzegali wracającą ze wzgórz Sammy, dobrze wiedzieli, że lepiej przez jakiś czas nie wchodzić jej w drogę. Zostawiała truchło na żer dzikim zwierzętom, a gdy było już objedzone do kości, wracała, by czaszkę – o ile nie porwały jej drapieżniki – przybić do jednej z sosen okalających polanę. Niewiele koni miało szczęście trafić do Perłowych Wrót. Większość tych, które wracały z zimowego pastwiska kulawe i niedołężne, była sprzedawana na aukcjach i lądowała w srebrnych ciężarówkach o burtach jak tarka do sera, wywożących je do wytwórni karmy dla psów w Meksyku. Ale w ciągu tych lat przez ranczo przewijały się też szlachetne konie, a ich czaszki otaczały polanę za Perłowymi Wrotami jak krąg mędrców, którzy zebrali się na naradę.
Od czasu do czasu pan Karpenbausch chodził tam, żeby zaznać spokoju. Siadał pod podłużnymi białymi czaszkami i przez drżące liście topól wpatrywał się w skrawek nieba. Wczasowicze zapewniali mu utrzymanie i wiedział, że mają prawo, jak każdy, cieszyć się tym zakątkiem, ale w niektóre dni myślał, że są takim samym rakiem toczącym tę ziemię jak wieże wiertnicze, walmarty czy billboardy fast foodów. Paradowali po okolicy, pusząc się i błąkając jak gołębie, gapiąc się na góry, niebo i drzewa, próbując upchnąć to wszystko w swoich aparatach. Wuj Dex, gdziekolwiek teraz przebywał, pewnie był wkurzony jak diabli.
Zwykle Sammy wyruszała na samotne konne przejażdżki, gdy nie musiała zajmować się miastowymi, a pan Karpenbausch był wniebowzięty, jeśli pod jakimś pretekstem udało mu się do niej dołączyć. W zapadającym zmierzchu, po nakarmieniu wczasowiczów i koni, szukał jej i proponował wspólne sprawdzenie takiego czy innego odcinka szlaku albo sprowadzenie paru wołków, które celowo wypuścił poprzedniej nocy. W te wieczory, kiedy niebo miało barwę ametystu, a grzywa sunącej stępem Śpiącej Jean powiewała mu na dłoniach, jego tęsknota i ów moment, w którym dzień przechodzi w noc, wydawały się ulepione z tej samej materii – purpurowej i przepojonej bólem. Szukali tropów zaginionych wołków, a on opowiadał jej wszystkie swoje historie. Sammy słuchała cierpliwie i zwykle bez słowa, tylko od czasu do czasu pytała: „I co dalej?”, a wtedy wracał do opowiadania ze zdwojonym zapałem. Bał się, że Sammy się zakocha w jakimś wczasowiczu albo w jednym z kowbojów, ale wyglądało na to, że nie ciągnie jej do tych spraw.
Chciał wierzyć, że tylko dzięki swojej samokontroli powstrzymuje się przed padnięciem przed nią na kolana i błaganiem, żeby go pokochała, wyszła za niego albo chociaż się z nim przespała, ale w tych rzadkich chwilach gdy powtarzał sobie, że jeśli nie chce spędzić reszty życia w udręce, powinien wyznać jej swoje uczucia, wiedział, że tak naprawdę się boi. Była już dorosłą kobietą, a nie jakąś zahukaną podfruwajką. Bał się, że odejdzie, że go wyśmieje, bał się o siebie, że nie przeżyje odrzucenia, że samotnie uschnie z potwornej tęsknoty. I pewnie tak by to trwało aż do jego starości, gdyby w dziesiątym roku pobytu Sammy na ranczu o jeden raz za dużo nie zwrócił się per „Sammy” do dziewczyny, którą miał w Bozeman. „Do cholery! – krzyknęła, stając nago przy łóżku, podczas gdy on skulił się pod kołdrą. – Karpenbausch, ostatni raz nazwałeś mnie Sammy! Nazywam się LuAnn! Pamiętasz?” Chwyciła obiema dłońmi swoje piersi i potrząsnęła nimi w jego stronę. „LuAnn!”
Z podkulonym ogonem pojechał do domu i z butelką whisky w ręku wyszedł na werandę. Usiadł i patrzył, jak zachodzące słońce przesuwa się ku wierzchołkom wzgórz, tam gdzie po raz pierwszy pojechał konno z Sammy. W zasadzie nie przepadał za whisky, ale wydawało mu się, że to trunek w sam raz pasujący do okazji, poza tym tylko to udało mu się wydębić od dwóch facetów, którzy akurat byli w baraku, kiedy tam zaszedł. Miastowi przyszli do niego na kolację, a potem zostali zagonieni na ognisko. Kiedy w jego domu zapadła cisza, a ciemniejący błękit nieba przechodził w fiolet, pan Karpenbausch poszedł do domku Sammy i zapukał do drzwi. Jej pies Brudas zaszczekał i zamilkł na komendę „Brudas, siedź cicho!”, która padła zza drzwi. Kiedy otworzyła, była w swoim zwykłym ubraniu, tyle że boso. Na chwilę zawiesił wzrok na jej bladych palcach stóp, których nigdy wcześniej nie widział. Potem ponad jej ramieniem zobaczył bujany fotel z kocem w kolorowe paski. Patelnię na kuchence. Poczuł zapach smażonych jajek. Brudas obwąchał mu buty. Pies po prostu pojawił się pewnego dnia tak jak Sammy, na drodze gruntowej od autostrady, a Sammy zareagowała tak, jakby przez cały czas się go spodziewała. Ponieważ Brudas ogólną budową i szczeciniastą sierścią przypominał brązową szczotkę do butelek, kowboje żartowali, że pan Karpenbausch zamienił jeden ze swoich dawnych wąsów w psa dla Sammy.
– Co jest, szefie? – przywitała go, z jedną ręką za głową. Przytrzymywała włosy.
– Przepraszam za najście, ale mam prośbę. Kojarzysz panią Mullinax? Tę babkę z Chicago? Mówi, że zostawiła aparat na skale widokowej. Obiecałem, że podjadę i sprawdzę, i pomyślałem, że może miałabyś ochotę dołączyć. Wiesz, co dwoje oczu, to nie jedno. To znaczy, co czworo oczu, to nie dwoje. – Zaśmiał się.
– Robi się ciemno.
– Uwiniemy się raz-dwa.
– Chłopaki są zajęte?
– Dziś mają wieczór z ogniskiem, a C.J. i Wayne pojechali do miasta.
Wciąż się wahała i miał nadzieję, że to nie dlatego, że wyczuła jego zdenerwowanie albo woń whisky.
– Pomyślałem, że mogłabyś zabrać Hotroda. Trochę go rozruszać.
– Haruje jak wół i wciąż ma, kuźwa, za mało ruchu?
Zamknęła mu drzwi przed nosem, ale po chwili wróciła z włosami splecionymi w warkocz, w sztruksowej kurtce z wełnianym kołnierzem.
– Brudas, ty zostajesz – oznajmiła.
Pan Karpenbausch był bardziej pijany, niż mu się wydawało, i jego stopa sporo się naszamotała w strzemieniu z niegarbowanej skóry, zanim zdołał wciągnąć się na siodło. Gdy tylko to zrobił, Śpiąca Jean rozstawiła tylne nogi, uniosła ogon i strzyknęła moczem przed Hotrodem, który wywinął górną wargę nad chrapami, by rozprowadzić zapach w głębi swoich wielkich zatok przynosowych.
– Dziwka – powiedziała Sammy do Śpiącej Jean, odciągając od niej Hotroda.
Na skale widokowej, z ciemną doliną rozciągającą się u ich stóp i wschodzącymi gwiazdami z wolna przyćmiewającymi migoczące światełka domu i budynków gospodarczych, pan Karpenbausch czekał na idealny moment, który nadszedł, gdy Sammy stanęła, trzymając się pod boki i rzucając z niesmakiem: „Nie widzę żadnego cholernego aparatu”. Wtedy naparł na nią, złapał ją za warkocz i mocno pocałował w usta. Cofnęła się gwałtownie i przez chwilę myślał, że go uderzy, zreflektowała się jednak i nie podniosła ręki na szefa, on zaś w tym samym momencie puścił jej warkocz, niby od razu, lecz odrobinę za późno. Rozpłynął się w żarliwych przeprosinach, próbował paść przed nią na kolana i błagać, żeby puściła całe zajście w niepamięć, ale stracił równowagę i upadł na tyłek, a potem pomyślał, że skoro już jest tam, gdzie jest, to pójdzie na całość.
– Sammy – powiedział, patrząc w górę na jej ciemną sylwetkę – chciałbym ci dać ranczo.
– Co?
– Ranczo. Chciałbym, żeby było tak samo twoje jak moje.
– Po co?
Zaczął rozumieć, że zrobił fałszywy krok, ale był zbyt pijany i spanikowany, by się wycofać, więc brnął dalej.
– No, chciałbym się z tobą ożenić. Moglibyśmy razem prowadzić ranczo. Byłabyś współwłaścicielką. Co ty na to?
Kopnęła kamyk, który ze stukotem spadł w ciemniejącą dolinę.
– Myślisz, że możesz mnie kupić za ranczo?
– Jasne, że nie.
– Nie chcę tego.
– Czego nie chcesz?
– Rancza.
Poczuł beznadziejny przypływ nadziei.
– Ale chyba chcesz… całą resztę?
Milczała przez chwilę, zanim mu odpowiedziała, a on był tak zdenerwowany, że myślał, iż zemdleje.
– Nie – powiedziała cicho.
– Jesteś pewna? Nie przemawia przez ciebie zwykły upór? To nie miała być jakaś łapówka. Przysięgam, Sammy. Chodziło mi tylko o to, że chcę ci wszystko oddać.
Pan Karpenbausch próbował wstać, ale usiadł z powrotem. Zorientował się, że nerwowo zaplata dłonie.
Przywiązana do drzewa Śpiąca Jean zarżała do stojącego przy innym drzewie Hotroda. Hotrod parsknął na klacz, szarpnął uwięź i stanął dęba przy swoim drzewie. Śpiąca Jean znowu zarżała, unosząc ogon.
Sammy cofnęła się jeszcze o krok.
– Po prostu cię nie kocham – powiedziała. – Chciałabym, ale nie potrafię. Czasem po prostu tak jest. Myślałam o tym. Próbowałam nawet się do tego zmobilizować, bo jesteś najprzyzwoitszym człowiekiem, jakiego znam, i wiem, że dobrze byś mnie traktował, ale czułabym się jak oszustka.
– Nie miałbym nic przeciwko – powiedział pan Karpenbausch, próbując przebić się przez hałasującą Śpiącą Jean.
Sammy gwałtownie odwróciła się ku klaczy.
– Do cholery, przestań się wydzierać, zdziro jedna!
Podeszła do Hotroda i kiedy mocno podciągała mu popręg, powiedziała, nie odwracając się:
– Naprawdę mi przykro.
Odwiązała ogiera, trzepnęła go w kark, gdy się rzucił w stronę Śpiącej Jean, wdrapała mu się na grzbiet i odjechała.
Pan Karpenbausch siedział i patrzył, jak ogromny żółty księżyc wynurza się zza horyzontu. Czuł się zamroczony, wyczerpany, rozedrgany, jak ofiara groźnego wypadku drogowego. Nie wiedział, czy bardziej się boi tego, że Sammy porzuci ranczo, czy tego, że zostanie. W końcu zjechał na dół, dokończył whisky i skrzętnie unikał Sammy przez następne trzy miesiące, po czym wszystko wróciło do normy i tak już zostało. Mijały lata. Kochał ją i próbował to ukryć, ona zaś udawała, że tego nie widzi.
Harrison Greene wyjechał na ranczo swojego wuja, kiedy miał już całkowitą pewność, że jego małżeństwo się skończyło. Był mężczyzną o anielskiej cierpliwości, obserwatorem ptaków i amatorem wędkarstwa muchowego, a atrament na papierach rozwodowych schnął aż rok, zanim upewnił się, że naprawdę jest rozwiedziony, mimo iż Marjorie już wtedy od ośmiu miesięcy żyła z Garym Architektem. Wypowiedział więc umowę najmu swojej smutnej kawalerki, spieniężył większość dobytku, wsiadł do samochodu i wyruszył na zachód, wioząc w przyczepie konia Diggera i łapiąc w bocznych lusterkach zmieniające się jak w kalejdoskopie pejzaże Illinois. Harrison utrzymywał się z malowania sugestywnych obrazów zwierząt i ptaków. Były doskonałe w każdej, nawet najdrobniejszej, plamce. Jego toczące się spokojnie życie w końcu obrzydło Marjorie, ale był bardzo zdziwiony, że wprowadziła się akurat do Gary’ego, który całymi dniami siedział w domu na wspornikach, wykonując ciche, drobne ruchy ołówkiem. W tym czasie po drugiej stronie miasta on również wykonywał ciche, drobne ruchy ołówkiem.
– Myślę, że odeszła na dobre – powiedział do wujka przez telefon.
– Hm, tak myślisz? Hm, hm – chrząknął wujek Glen.
Harrison przypomniał sobie, dlaczego nigdy specjalnie nie przepadał za wujkiem Glenem. Był irytujący.
– Wprowadziła się do jednego architekta – ciągnął. – Nie wiem… Tak czy owak, pomyślałem, że może dobrze mi zrobi, jak posiedzę trochę u ciebie. Zapłacę, oczywiście.
– Nie trzeba. Naprawdę nie ma o czym mówić. Malujesz jeszcze?
– Pewnie.
– Może namalowałbyś mi parę obrazów do domu. Masz jeszcze tego konia?
– Zamierzałem go z sobą zabrać.
– Jest piękny. Jakbyś chciał, możesz mi po prostu zapłacić tym koniem. Hm, hm.
– Hm, hm – odchrząknął Harrison.
– W porządku. Zadzwoń, jak będziesz się wybierał.
Pierwszą osobą, którą Harrison zobaczył na drodze przez ranczo, była kobieta dosiadająca szpetnego konia rasy appaloosa. Warkocz i talia wskazywały na kobietę, ale jechała jak mężczyzna, wyprostowana i odchylona do tyłu. Kiedy appaloosa zaczął wierzgać, kreśląc wzdłuż ogrodzenia sinusoidę podobną do toru płynącego delfina, kobieta od niechcenia wysmagała go wodzami po piersi, po czym puściła zwierzę w galop. Mijając się z Harrisonem, uchyliła kapelusza.
– Kim jest ta dziewczyna? – zapytał wuja, gdy już umieścił Diggera w stajni.
– Jaka dziewczyna?
– Ta na appaloosie.
– Większość ludzi dopiero po jakimś czasie się orientuje, że to dziewczyna.
– Ma warkocz.
– Tylko nie mów Sammy, że jeździ jak dziewczyna. Hm, hm.
– Bo nie jeździ! W każdym razie kobiety świetnie jeżdżą. Więc to żadna zniewaga.
– Nie pamiętasz Sammy?
– Nigdy wcześniej jej nie widziałem.
– Na pewno ją widziałeś. Jest tu od piętnastu lat. Nie zauważyłeś jej, bo byłeś z Marjorie.
– To nie powód, żebym miał jej nie zauważyć.
Wujek Glen wziął go pod ramię i poprowadził w stronę domu.
– Tu się zainstalujesz. W pokoju sąsiadującym z moim.
Harrison od razu zaczął się przyłączać do urządzanych przez Sammy konnych przejażdżek, zabezpieczając tyły gwarnych czered mieszczuchów, ale nigdy nie tracąc z oczu jej kapelusza i zatkniętego podeń warkocza. Z początku nie zwracała na niego uwagi, ale był cierpliwy i po kilku tygodniach wiedział, że co najmniej musiała się do niego przyzwyczaić, bo kiedy się odłączał od grupy, by posłuchać jakiegoś ptaka, gwizdem przywoływała go z powrotem. Któregoś dnia podjechała do niego, żeby oznajmić, że Digger jest najładniejszym koniem, jakiego widziała, a kiedy zaproponował, żeby się na nim przejechała, powiedziała:
– No co ty! Serio?
– Jasne. Czemu nie?
– Karp ma na wyłączność wszystkie dobre konie.
Harrison niejedno mógł powiedzieć o wujku Glenie. Że śmieje się z własnych żartów, które nawet nie są śmieszne. Że ma w zwyczaju mówić do pleców, gdy ktoś już się odwrócił, by iść w swoją stronę. Że zdenerwował się nie na żarty, kiedy Marjorie wyznała, że na jego widok wszystko ją swędzi. I że te jego wąsy są tak niedorzeczne, że chętnie by mu je własnoręcznie wyrwał. Mimo to rzucił tylko:
– Myślę, że chciałby, żebyś na nich jeździła.
Wyglądała na zaniepokojoną.
– Dlaczego?
– Bo świetnie jeździsz.
Wydawało się, że poczuła ulgę. Wzruszyła ramionami.
– Karp też umie jeździć. To jego konie. Marty, plecy proste! – krzyknęła do garbiącego się w siodle mieszczucha w zapiętym pod szyją kowbojskim rzemyku. – Nie potrzebujemy tu worków na kartofle!
Mieszczuch obejrzał się przez ramię urażony, a ona śmignęła kłusem na czoło grupy.
Po pewnym czasie Harrison odkrył, że Sammy zajmuje coraz więcej miejsca w jego myślach. Jeździł z nią, kiedy tylko mógł, a wieczorami, gdy wychodził na padok ze szkicownikiem, łapał się na tym, że nie jest w stanie się skoncentrować, bo nasłuchuje jej kroków. Często przychodziła oglądać, co rysuje. Czasami dawał jej Diggera i to był wspaniały widok. Robił szkic za szkicem, a potem ona mówiła: „Fajnie było”, i kładła dłoń płasko na szyi zwierzęcia, zostawiając odcisk na jego mokrej od potu sierści. W nocy, kiedy leżał już w łóżku i słyszał dobiegające zza ściany chrapanie wujka Glena, operując zamaszystymi pociągnięciami pędzla, wypełniał wyimaginowane płótna scenami z Sammy i Diggerem – żywszymi i większymi niż na jego typowych kompozycjach utrzymanych w stylu Johna Audubona. Był zadowolony, że ma teraz coś, co pozwala mu nie myśleć o Marjorie. W Sammy nie było niczego, co przypominałoby mu jego byłą żonę. Marjorie była piękna. Miała delikatne nadgarstki i ramiona, a żyły prześwitywały jej spod skóry jak korzenie młodych kwiatków. Sammy była krzepka i niezdarna, miała zniszczoną skórę, a jej warkocz był za długi, niepasujący do kobiety w jej wieku. Marjorie była żywym srebrem, prawdziwym pędziwiatrem i wiercipiętą, więc to brzmiało zabawnie, kiedy nazywała wujka Glena Szybkim Billem. Nigdy w życiu nie usiadła jak należy na krześle, a jej niecierpliwe usposobienie sprawiało, że każda potrawa wychodząca spod jej ręki była niedogotowana. Tymczasem Sammy równie dobrze mogła być głazem, który odrodził się w ludzkim ciele. Marjorie bez przerwy się śmiała, a jej śmiech przypominał śpiew ptaków. Śmiech Sammy był jak świst powietrza spuszczanego z opony.
Okazało się, że wujek Glen też się buja w Sammy. Bóg jeden wie, jak długo to trwało. W każdym razie dość długo, by uczucia starego, których Sammy najwyraźniej nie odwzajemniała, skondensowały się w nim w coś na kształt poczucia własności. Gdziekolwiek przebywali, wyrastał jak spod ziemi, opowiadając dziwaczne żarty, nie żarty, z których tylko on się śmiał, zacierając swoje wielkie łapy i wlepiając wzrok w Sammy. Kiedy tylko mógł, prosił Harrisona, żeby zrobił mu przysługę i pojechał sprawdzić ogrodzenie na drugim końcu posiadłości, gdy w tym czasie Sammy zabierała mieszczuchów w przeciwnym kierunku, albo posyłał go do miasta po wiadro, worek obroku czy jakiś inny drobiazg, kiedy Sammy miała właśnie wrócić z konnej przejażdżki z wczasowiczami. Gdy Sammy zaczęła jeździć na Diggerze, wujek Glen ni stąd, ni zowąd powiedział o swoim zwyrodnieniu biodra i powierzył Sammy najlepsze konie. Kiedy ich dosiadała, obserwował ją z werandy, trzymając na poręczy fotela zroszoną szklankę czegoś przezroczystego.
Sammy musiała wiedzieć, że szef się w niej podkochuje. Było oczywiste, że gdyby coś do niego czuła, to od dawna byliby razem. A może kiedyś byli. Może Sammy to zakończyła, a mimo to wujek Glen wciąż do niej wzdychał. Wszystko było możliwe. Harrison szukał u Sammy jakichś oznak przywiązania do wujka Glena – wcinanie się w ich rozciągnięte w czasie i burzliwe miłosne podchody byłoby nie fair – ale w jej stosunku do niego dostrzegł jedynie ukształtowaną przez lata wyrozumiałość. Raz z okna boksu Diggera spoglądał na Sammy stojącą z opartymi na ogrodzeniu wybiegu skrzyżowanymi rękami i patrzącą na konie. Wujek Glen podszedł do niej i też skrzyżował ręce, opierając je na płocie. Kiedy rozmawiali, podrygiwały im kapelusze. Sammy wskazała ręką dolinę, a wujek Glen, zamiast spojrzeć w tamtą stronę, wlepił wzrok w jej policzek. Potem zbliżył się o kilka cali do Sammy, a później jeszcze trochę, aż ich rękawy się zetknęły. Po chwili Sammy przesunęła ręce po drążku ogrodzenia, oddalając się od natarczywie muskającej ją kraciastej koszuli Glena. Ale Glen znów się do niej przykleił, a Sammy ponownie się odsunęła, i tak niby dwie połówki gąsienicy przemieszczali się po belce ogrodzenia, w ciągu dwudziestu minut pokonując na oczach Harrisona ze cztery stopy. Ich kapelusze przez cały czas podrygiwały – przypuszczał, że w ogóle nie zdawali sobie sprawy ze swojego wolnego tanga.
Harrison znalazł wujka w biurze rancza siedzącego nad rachunkami.
– Dziś wieczór chcę wyciągnąć Sammy do miasta – oznajmił. – Na tańce.
Wujek Glen przeciągnął palcem po wilgotnej szklance stojącej na bibule.
– Sammy za nic nie da się zaciągnąć na parkiet. Gdybyś ją znał, tobyś wiedział.
– Nie zaszkodzi spytać – odrzekł Harrison. – Jak będzie chciała, to po prostu posiedzimy w barze.
– No to śmiało, idź, pytaj. Tylko uważaj, żeby cię nie kopnęła w zęby. Hm, hm, hm.
– Nie pytałem o pozwolenie. Informuję z grzeczności.
Kiedy Harrison się odwrócił, wujek powiedział:
– Nic nie wskórasz. Nie tacy z nią próbowali.
– Jacy?
– Tacy i owacy.
– Co miałeś na myśli, mówiąc „nie tacy”?
– Że po prostu chyba jej nie w głowie te rzeczy.
– Jakie rzeczy?
– Po prostu miała inne propozycje i wszystkie odrzuciła.
Harrison przyniósł Sammy szkic przedstawiający Brudasa. Psisko było teraz stare, ślepe i niemal bezzębne i Harrison tak właśnie je narysował – z obwisłymi faflami i zbielałymi oczami.
– Wypisz wymaluj Brudas – powiedziała Sammy, patrząc na rysunek. – Zramolały brzydal.
Stała w drzwiach, ostrożnie dotykając arkusz opuszkami palców.
– Dziś wieczorem masz wychodne, nie? Może wyskoczymy na drinka?
Podniosła na niego wzrok i przesunęła dłonią po ramieniu w kierunku warkocza.
– Okej – powiedziała.
Zamknęła mu drzwi przed nosem, a gdy wróciła po pięciu minutach, wyglądała tak jak zawsze, lecz poczuł coś, co nie było zapachem kurzu ani konia, a co mogło być perfumami.
W mieście znaleźli dwa wolne stołki barowe w lokalu Jed’s Antlers. Zamówiła whisky, a Harrison poszedł w jej ślady. Siedzieli i patrzyli, jak kilka par tańczy two-stepa przy dźwiękach kapeli, której członkowie, w dżinsach i wysokich butach, stali na pogrążonej w cieniu scenie w narożniku sali.
– Nigdy tu nie byłam – powiedziała.
– Przez te wszystkie lata ani razu tu nie zajrzałaś? Nie było nikogo, komu dałabyś się wyciągnąć do miasta?
Prychnęła.
– Wujek Glen byłby pierwszy – rzucił.
– Skąd ta pewność?
– To widać gołym okiem. Stale się koło ciebie kręci, jak pies stróżujący, i warczy na takich jak ja.
Potrząsnęła głową.
– Karp jest w porządku. Dobry z niego szef.
– Niektórzy gadają, że za długo zabieram się do rzeczy. Ale stary Glen czai się już od ilu lat? Dwudziestu?
– Piętnastu – sprostowała.
Ugryzła się w język i zmarszczyła brwi.
– Można by pomyśleć, że w końcu zbierze się na odwagę i wystartuje do ciebie.
– Wiesz co – powiedziała, patrząc mu w prosto w oczy – mam u Karpia wielki dług wdzięczności i miałby prawo wymagać spłacenia go, ale nigdy tego nie zrobił.
– Czy faceci w ogóle cię nie interesują czy tylko ci tutejsi? Dobrze by było to wiedzieć.
Sięgnęła dłonią do warkocza.
– Pewnie tylko tutejsi.
– Co to za dług masz u niego?
– Wyciągnął do mnie rękę, kiedy byłam małolatą i nie miałam gdzie się podziać.
– Czemu nie miałaś gdzie się podziać?
– No wiesz. Smutna historia. – Wpatrywała się w swoją whisky. – A ty? Też masz jakąś smutną historię?
Nigdy wcześniej nie zadała mu osobistego pytania. Wiedział, że to niesprawiedliwe, ale czuł, jakby naruszyła jego prywatność.
– Pewnie tak – powiedział. – Może nie najsmutniejszą na świecie. Żona zostawiła mnie dla architekta. To dlatego się tu zatrzymałem. Stwierdziła, że jestem za spokojny. Nie, czekaj… że jestem nudny.
– A to ci pasztet.
– Nie, nie, była bardzo ładna.
– Miałam na myśli całą sytuację.
Sammy uniosła szklankę w stronę barmana.
– Nie żeby między nami panowała idylla – dodał Harrison.
Jego szklanka wciąż była w połowie pełna, ale barman dolał mu whisky bez pytania.
– Wprowadziła się do architekta, jakiegoś Gary’ego. Za skarby świata ani przez sekundę nie będzie sama. Zachowuje się tak, jakby wierzyła, że tylko ktoś niezdolny do miłości może być sam. – Przez chwilę zastanawiał się nad swoimi słowami, po czym skinął głową, zgadzając się z sobą. – Tak – dodał. – Właśnie tak.
Sammy patrzyła na parkiet. Harrison pomyślał, czy w ogóle go słucha, gdy się odezwała:
– Na mój rozum niektórzy są sami, bo tak jest najłatwiej. Chyba nie różnią się zbytnio od kogoś, kto uczepia się architekta, bo tak jest najłatwiej.
Pociągnęła duży łyk. Whisky była tania i paliła w gardle, ale po Sammy wcale nie było tego widać. Nawet się nie skrzywiła.
– No to jaka jest ta twoja smutna historia? – zapytał.
Bawił się pudełkiem zapałek, po czym porzucił je i delikatnie dotknął palcami jej nadgarstka. Czuł się tak, jak wtedy, gdy dosiadał nie do końca ujeżdżonego konia – jeden zły ruch i mógł ponieść.
– Był taki architekt, który złamał mi serce – powiedziała, świdrując go oczami, aż spuścił wzrok. – Mieszka w Chicago. Ma na imię Gary.
Dopiero po chwili się zorientował, że żartuje. To wytrąciło go z równowagi, a nie lubił tego uczucia.
– Bardzo śmieszne, boki zrywam – żachnął się.
Uśmiechnęła się do swojej szklanki zadowolona z siebie.
Odpędził niepewność.
– Teraz twoja kolej – nalegał. – Smutna historia. Zamieniam się w słuch.
Zgarbiła się lekko i przerzuciła warkocz przez ramię, żeby trzymać go za koniec.
– To krótka historia. Wredny ojciec, wredni bracia, wredny chłopak, z którym uciekłam z domu i który potem mnie rzucił. Nie mogłam wracać do domu. Karp dał mi robotę. Ot, cała historia.
– Czuję, że nie cała. Że to nie wszystko.
– To wszystko, co powinieneś wiedzieć w tej chwili. Nie bierz tego do siebie.
– No coś ty…
Opróżnił swoją szklankę i z brzękiem postawił ją na barze.
– W takim razie jedyne, co nam pozostało, to ruszyć w tany.
Wstał i wyciągnął do niej rękę.
– Nie tańczę.
– Nie wierzę.
Chwycił jej dłoń.
– Nie umiem – wyznała, wyszarpując rękę z jego uścisku.
– Sammy, no chodź, zatańczymy.
Stał nad nią i czekał, aż w końcu się podniosła i szła za nim ze speszoną miną, ociągając się jak uczniak zmierzający do gabinetu dyrektora. Kiedy już znaleźli się na parkiecie, objął ją jedną ręką w talii i przycisnął do siebie tak mocno, że ledwo czubki jej wysokich butów szurały o podłogę.
– Żałuję, że nie mam ani jednej spódnicy – wyszeptała.
Wracali w milczeniu, kreślając łagodną pijacką serpentynę na pustej drodze. Kiedy już w jej domku ściągał z siebie i z niej ubranie, stary Brudas wciąż merdał zamaszyście ogonem i przewracał zbielałymi oczami.
– Minęło tyle czasu, że czuję się, jakbym była dziewicą.
Nie wydała z siebie żadnego głośnego dźwięku, ale ścisnęła go za ramiona z taką siłą, że aż krzyknął.
Patrząc w pusty sufit swojej sypialni, pan Karpenbausch wsłuchiwał się w pustkę pokoju bratanka. W końcu rozległ się odgłos nadjeżdżającej ciężarówki i ich kroków na żwirze. Potem słychać było już tylko wyjące na wzgórzach kojoty. Samotny w swoim łóżku pan Karpenbausch przyłączył się do cichego chóru niekochanych.
Karp był zły. Sammy źle się z tym czuła, ale nic nie mogła zrobić. Jeździł na niej jak na łysej kobyle, posyłając ją z mieszczuchami to tu, to tam, a gdy tylko wracała, znów wyprawiał ją gdzieś daleko. Znała tę metodę: kiedy Hotrodowi odbijało, zajeżdżała go, żeby wybić mu z głowy klacze. Ale to nic nie dawało. Nie było takiego zmęczenia, które powstrzymałoby ją przed pójściem do łóżka z Harrisonem Greenem. „Nic się nie dzieje” – powtarzała za każdym razem, kładąc mu dłoń na brzuchu. Nie była szczęśliwa od tak dawna, że zapomniała, jakie to uczucie. Owszem, w miarę szczęśliwa była w siodle, ale to uczucie się kończyło, gdy tylko jej buty lądowały na ziemi. Ostatni raz była szczęśliwa z mężczyzną – przed tym jak Davey okazał się dupkiem, czyli zanim odjechał w siną dal – gdy korzystała z toalety w zajeździe dla ciężarówek pod Boise. Prawdę mówiąc, jakieś pół roku przed pojawieniem się Harrisona zaczęła myśleć, że może powinna w końcu się przełamać i wyjść za Karpia. Karp był dla niej dobry przez połowę jej życia. Miała u niego dług wdzięczności, no i nie chciała opuszczać rancza. Kiedy była młodsza, myślała, że w końcu odejdzie. Że jakoś pogodzi się z tym, że zawsze będzie samotna. Myślała o wielu rzeczach. Potem przybywało jej lat i zasklepiła się w swoich przyzwyczajeniach, a Karp był jednym z jej przyzwyczajeń. Czasami – zwykle podczas ich przejażdżek o zmierzchu – po raz enty zastanawiała się, czy byłaby w stanie wykrzesać ze swej wdzięczności coś więcej. Ale pojawił się Harrison, przypominając jej, że to miłość wybiera nas, a nie my miłość.
Sammy nigdy nie musiała nikogo gościć w swoim domku na ranczu, ale Harrison był tak dyskretny, spokojny i cichy, że jej nie przeszkadzał. To było jak wstawienie nowego mebla, który w dodatku maluje obrazy. Nauczył ją łowić ryby na muchę i gdy tylko udawało im się zgubić Karpia, jeździli ciężarówką Harrisona nad rzekę. Gotował dla niej. Tylko kiedy zadawała mu pytania, sztywniał i się najeżał. A wtedy albo gdzieś wychodził, albo całował ją i ściskał, żeby odwrócić jej uwagę. Więc przestała go wypytywać o jego sprawy.
Lato minęło, a w listopadzie, kiedy wyjechali ostatni wczasowicze i spadł pierwszy śnieg, Harrison wziął Sammy za rękę i powiedział, że musi jechać w odwiedziny.
– Kogo chcesz odwiedzić?
– Po pierwsze, matkę. Po drugie, Marjorie. Mamy kilka rzeczy do załatwienia. Drobiazgi. Muszę też doglądnąć paru spraw związanych z obrazami.
– Wrócisz?
– Taki mam plan. – Zesztywniał.
– Jaki?
– Taki, jak powiedziałem.
– Tylko nie rób mi łaski.
– Mówię szczerze. Planuję wrócić.
– Serio?
„Przestań naciskać – powiedziała sobie w duchu. – Odpuść”.
– Tak. Ale w życiu nic nie jest pewne.
– Poza tym, że będę tu gnić z Karpiem przysypana śniegiem i czekać. Czując się jak kretynka.
– Gdzie się podziała niewzruszona Sammy?
Przyciągnął ją do siebie i pocałował w policzek, a potem się cofnął na długość ręki, trzymając ją za ramiona.
– Zostań tu, gdzie twoje miejsce. Opiekuj się Diggerem.
Odepchnęła go.
– Wal się! Krzyżyk na drogę, Harrison.
Uchyliła kapelusza i odeszła.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
MAGGIE SHIPSTEAD jest autorką powieści Wielki krąg, Zaskocz mnie i Seating Arrangements, bestsellerów „New York Timesa”. Za tę ostatnią otrzymała Dylan Thomas Prize i L.A. Times Book Prize for First Fiction, a Wielki krąg przyniósł jej nominację do Nagrody Bookera. Jest absolwentką Iowa Writers’ Workshop, byłą stypendystką Wallace Stegner Fellow na Uniwersytecie Stanforda oraz National Endowment for the Arts. Mieszka w Los Angeles.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Kowbojskie tango
Podziękowania
Podziemia
Anielska ciągotka
La moretta
W wiosce olimpijskiej
Znajoma z miejsca 10a
Jagnięta
Wielka Środkowopacyficzna Kompania Eksploatacji Guana
Na przełaj
Podziękowania
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
