Korporacja 13 - Zbigniew Kazimierz Siatkowski - ebook

Korporacja 13 ebook

Zbigniew Kazimierz Siatkowski

0,0

Opis

Niedługo po zakończeniu konfliktu zbrojnego w 2019 roku, gdy zerwane zostały wszelkie kontakty i stosunki dyplomatyczne Polski z sąsiadami zza wschodniej granicy, zwycięskie siły zadecydowały o przyszłości top managerów z polskich oddziałów największych światowych firm. Ta elita miała dzierżyć w swych dłoniach los nowych ludzi, mających stworzyć zalążki przyszłego społeczeństwa. W ten sposób na zgliszczach prężnie rozwijającego się niegdyś miasta utworzono azyl i jednocześnie miejsce pracy dla dwustu szczęśliwców — Korporację 13, w której nie istnieje podział na płeć, a każdy pracownik otrzymuje tożsamość ściśle dopasowaną do CV sprzed lat, znalezionego w bazie komputerowej nieistniejącej już firmy. Jednak nie wszyscy mieszkańcy Korporacji akceptują rzeczywistość, w jakiej przyszło im żyć. Z inicjatywy największych buntowników zawiązuje się grupa rewolucyjna, która planuje przewrót poprzez podbicie legendarnego dziewiętnastego piętra. Nikt z nich nie spodziewa się, że poza Korporacją może istnieć zupełnie inne życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 349

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Korporacja 13

Zbigniew Kazimierz Siatkowski

Drogi Czytelniku,

Akcja powieści rozgrywa się w fikcyjnej rzeczywistości, jakże odmiennej od tej, w której znajdujesz się obecnie. Jeżeli jednak pomimo wszystko książkowi bohaterowie będą wręcz nachalnie przywoływać skojarzenia ze znanymi Ci dobrze osobami, będziesz musiał poradzić sobie z tym problemem sam.

Wierzę, że się z tym uporasz.

Twój oddany Autor.

Motto:

„Kula ziemska kręci się jakoś tak niezrozumiale”

(Mikołaj)

Copyright © by Zbigniew Kazimierz Siatkowski, 2015

ISBN 978-83-951959-1-4

Wydanie III poprawione, Lublin 2026

Słowo do Czytelnika wydania trzeciego

Mija 11 lat od debiutu tej książki — pierwsze wydanie ukazało się w 2015 roku nakładem wydawnictwa Novae Res — i właśnie teraz, we wrześniu 2026 roku, powieść doczekała się angielskiego przekładu: „Corporation 13: The Forgotten Hive” ukazała się na platformie Amazon Kindle.

Myślę, że to dobry moment, by przypomnieć bohaterów powieści w jej rodzimym wydaniu. Bohaterowie ci nie zestarzeli się — przeciwnie: ostatnie wydarzenia w Europie jeszcze mocniej uwypuklają elementy, których jedenaście lat temu nie mogłem znać. Obecnie pracuję nad kontynuacją powieści, a jej przebieg będzie — jak sądzę — sporym zaskoczeniem dla tych, którzy zdążyli już poznać jej postacie i obdarzyć je uczuciami: od sympatii i kibicowania po ich całkowite przeciwieństwo.

Życzę przyjemnej lektury.

Autor

Część 1. Ostatnie dni.

1

Trzydzieste pierwsze włączenie światła czterdziestego okresu rozliczeniowego (13.03.2059)

Brązowe drzwi obite czymś nieokreślonym, mającym za zadanie wyciszać rozmowy odbywające się wewnątrz, były jak zwykle nieprzyjaźnie zamknięte. Trudno określić przed kim lub przed czym, skoro na korytarz siedemnastego piętra Korporacji prawie nikt nie miał dostępu.

Człowiek, który pojawił się przed ponurymi drzwiami z przykręconą, metalową tabliczką z napisem „HR Manager”, nie wyglądał na onieśmielonego lub speszonego. Krótko ostrzyżony mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat, z pozostawioną nad czołem jakby przez nieuwagę półokrągłą, podwiniętą do góry grzywką à la „ptasie gniazdko dwujajeczne”, śmiało zapukał dwa razy we framugę i energicznie wszedł do środka.

Zza masywnego biurka stojącego przy prawej ścianie pomieszczenia, podejrzliwe zaświeciły podniesione do góry oczy. Wchodzący Karol Szumski, Sales Manager Korporacji „13”, pierwszym spojrzeniem ogarnął plątaninę bliżej nieokreślonych roślin, szczelnie wypełniającą przestrzeń przed przeciwległą ścianą i dopiero po chwili odwrócił głowę w kierunku siedzącego po prawej stronie człowieka. W zasadzie, określenie „siedzącego człowieka” nie oddaje zbyt dobrze pierwszego wrażenia wzrokowego. Bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie „przytwierdzonej do biurka masy ludzkiej, z jej jednoczesnym wtopieniem w fotel”. Faktycznie, Henryk Tkaczyk, HR Manager Korporacji „13”, tworzył z biurkiem i fotelem jakby jedną całość. Był on mężczyzną o dosyć obłej sylwetce, a w rzadkich momentach, kiedy stał na nogach, jego zaokrąglona trzydziestoletnia postać przyjemnie współgrała z niewinnym uśmiechem i sprawiała wrażenie osoby mającej odpowiednie proporcje i adekwatnej do zajmowanej pozycji. Teraz jednak Henryk nie uśmiechał się, a masa stopionych ze sobą w jeden kształt fotela, biurka i człowieka obserwowała wchodzącego, nie spuszczając z niego wzroku.

— Cześć, Henryk, dzika zwierzyna jeszcze ci się tu nie zalęgła? — zaczął rozmowę Karol, wskazując skinieniem głowy na gąszcz roślin. Z jego perspektywy ściana zieleni sprawiała solidne wrażenie, a plastik, z którego była wykonana, udawał naturę w miarę wiarygodnie.

— Oho, nasza awangarda handlowa jak widzę w świetnym humorze. Cóż to się stało? W końcu udało wam się cokolwiek sprzedać do Marketu? — odgryzł się Henryk.

— Ja do ciebie właśnie w tej sprawie — Szumski momentalnie spoważniał i usztywnił się.

— No, proszę, w tej sprawie. A ja myślałem, że przyszedłeś po prostu porozmawiać z kolegą z tego samego szczebla zarządzania, jak zaleca dyrektywa zarządu, opublikowana w mailu…

— Przestań — zaprotestował Karol — naprawdę potrzebuję twojej pomocy. I to chyba jasne, że przychodzę do ciebie jak do kolegi. Rzadko na naszym piętrze można normalnie z kimś porozmawiać.

— No dobrze — Henryk obrzucił rozmówcę bardziej miękkim spojrzeniem — mów o co chodzi, tylko zwięźle. Wiesz dobrze, że każdą sprawę z jaką przychodzisz, powinieneś najpierw opisać w mailu i wysłać do mnie z kopią do Zarządu. A jakoś nie przypominam sobie żadnego maila od ciebie ostatnimi czasy. Żadnej sprawie nie nadałeś toku służbowego, więc jak się zasiedzisz, będę miał kłopot z zaraportowaniem twojej wizyty. Dyrektywa dotycząca prywatnych wizyt mówi, jak wiesz, o maksymalnie 30 minutach w ciągu siedmiu zaświeceń, więc…

— Znam swoje obowiązki, nie martw się — przerwał Szumski — Znam też dyrektywę o obowiązku studiowania dyrektyw, nie musisz mi niczego przypominać. A o sprawie z którą przyszedłem, napisałem nie tak znowu dawno, widocznie zapomniałeś. Wszystko więc gra. Możesz spokojnie zapisać moją wizytę jako związaną z potrzebą uzupełnienia Zespołu Handlowego nr 2.

Henryk po raz pierwszy od początku wizyty Karola poruszył się. Nie to, żeby wstał czy podźwignął się. O nie. Sytuacja nie była jeszcze aż tak poważna. Jednak wyraźnie jego ramiona podniosły się na moment, a ręce oparte o biurko jakby o kilka milimetrów zmieniły pozycję. To był wyraźny znak, że słowa Szumskiego wywarły na nim niespodziewane wrażenie.

— Chyba nie mówisz o tej sprawie sprzed mniej więcej sześćdziesięciu zaświeceń? — zapytał zaniepokojony. — Słuchaj — Tkaczyk mówił coraz głośniej, już bez charakterystycznej miękkiej pewności siebie — chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie dopełniłem swoich obowiązków? Dostałeś człowieka i to dokładnie takiego jak uzgodniliśmy!

— Nie mam zamiaru niczego ci zarzucać, źle mnie zrozumiałeś — zaprotestował Szumski — Przecież już powiedziałem, że potrzebuję twojej pomocy. Pomocy — rozumiesz? Nie napinaj się, tylko mnie wysłuchaj do końca. Fakt, dostałem człowieka zgodnie z zapotrzebowaniem. Wykonałeś swoją robotę jak należy, nikt nie może mieć pretensji. CV, jakie wyszukałeś w bazie, jest bez zarzutu. Wykształcenie, doświadczenie zawodowe, wszystko jak trzeba. Ale — Karol zawahał się, po czym przyciszył głos i prawie szeptem dodał — ale wygląda na to, że system gdzieś nie zadziałał. Pierwszy raz widzę taką sytuację. Nie przypuszczałem nawet, że to się ma prawo wydarzyć, ale właśnie się zdarzyło.

— Co się wydarzyło? Co dokładnie masz na myśli? — tym razem Henryk naprawdę nieznacznie uniósł się na łokciach.

— To, że kandydat nie pasuje do CV, rozumiesz? Sam jestem w szoku, ale taka jest prawda. Zachowuje się zupełnie inaczej niż powinien. Wyrywa się do prac, na których nie ma prawa się znać, a tam gdzie na niego liczyliśmy, zupełnie się gubi. Nie wiem, kto nawalił. Wychowawcy? Trenerzy? Kandydat po prostu nie przyjął swojej tożsamości.

— Przecież to niemożliwe — ni to krzyknął, ni chrząknął nerwowo Tkaczyk. Na chwilę zamilkł, unikając wzroku Szumskiego i starając się ukryć narastające zdenerwowanie, po czym kontynuował:

— Przypuśćmy teoretycznie, że się nie mylisz. Tylko co ja mogę z tym zrobić? Dobrze wiesz, że baza CV w systemie jest z każdym okresem coraz uboższa. Dyrektywa oszczędnego zarządzania zasobami CV nie pozwala nam na użycie więcej niż dwóch życiorysów na departament w ciągu jednego okresu. A ty mówisz o kolejnym życiorysie na to samo stanowisko w ciągu sześćdziesięciu zaświeceń! Nie wymagaj ode mnie niemożliwego!

— Nie wymagam, uspokój się. Myślę, że jest inne wyjście, wprawdzie nie bez ryzyka, ale… — w głosie Karola przez moment zabrzmiała nuta zawahania, ale myśl dokończył już pewnym tonem:

— Daj mi kolejnego kandydata na to samo CV.

— Co takiego? — zdumiał się Tkaczyk.

— Dobrze usłyszałeś — Szumski zmienił ton głosu na szorstki — tylko tym razem dopilnuj, żeby wychowawcy i trenerzy porządnie wykonali swoją robotę. Obydwaj wiemy, że kolejne odrzucenie tożsamości przez nowego kandydata nie może się zdarzyć.

Tkaczyk niespodziewanie wstał i to nawet energicznie, żeby nie powiedzieć zamaszyście. Szumskiego aż cofnęło z wrażenia, dawno nie widział Tkaczyka w dynamicznej akcji. Henryk chwycił pulchną dłonią rękę Karola i, popychając go w kierunku drzwi, powiedział pośpiesznie:

— Pomyślę, obiecuję, że pomyślę, jesteśmy przecież kolegami i musimy współpracować dla wspólnego dobra. Ale teraz musisz już iść i to szybko, żeby czujniki zarejestrowały koniec twojej wizyty jak najszybciej. Uwierz mi, tak będzie bezpieczniej i dla ciebie i dla mnie. Odezwę się najpóźniej po drugim włączeniu światła. A tamtego, no wiesz… niedopasowanego, nie wypuszczaj tymczasem z piętra handlowców. Daj mu coś do roboty, schowaj, sam wymyśl co, ale nie wypuszczaj go za żadną cenę na trasę do Marketu.

Po wyjściu Szumskiego, Tkaczyk ponownie ciężko zapadł się w fotel. Zastygł w bezruchu. Ponownie zlał się w jedną całość ze służącymi mu milcząco meblami. Po chwili spojrzał na monitor, a palce niezgrabnie zastukały po klawiaturze. W katalogu „Raporty z wizyt” wpisał:

Data: Trzydzieste pierwsze włączenie światła czterdziestego okresu rozliczeniowego.

„W trakcie spotkania w moim gabinecie dyrektor Szumski podważył skuteczność działania systemu, w zakresie przygotowania kandydatów do przyjęcia tożsamości zgodnych z życiorysem zawodowym”.

Wciąż wewnętrznie wzburzony, krzywo uśmiechnął się do swoich myśli:

— Jak to mówi między sobą to pospólstwo z niższych pięter? Ci wszyscy handlowcy i im podobni niskoszczeblowcy?

Przypadkowo usłyszał kiedyś, podczas integracyjnych zawodów sportowych na schodach między piętrami, jak szeptali między sobą, naśmiewając się: „Henio Tkaczyk ma na wszystkich haczyk”.

— Trzeba być prostakiem, żeby układać takie wierszyki i jeszcze uważać je za zabawne. Ale akurat w tym się nie mylicie, chociaż przyjdzie czas, że będziecie bardzo chcieli się mylić — wyszeptał w kierunku niewidzialnych przeciwników, a jego lewa dłoń płynnie zwinęła się w pięść.

2

Od momentu przebudzenia, czułem się radośnie ożywiony i jednocześnie autentycznie wystraszony. Na dobrą sprawę, nieprzyjemne uczucie strachu odczuwałem już od wielu obudzeń, ale dziś jego efekt był zneutralizowany czymś w rodzaju radosnej ulgi, że doczekałem się tego dnia.

Tylko czy naprawdę zasłużyłem, żeby to się stało już dziś? Czy nie za szybko przenoszą mnie na Pierwsze Piętro? Czy na pewno jestem już przygotowany i nie zawiodę? Może niepotrzebnie się tym martwię i przejmuję, w końcu taka była decyzja wychowawców, ale myśli pełne niepewności lęgną mi się w głowie i nie dają spokoju.

Już na drugim piętrze w czasie ostatniego okresu przygotowań stałem się bardziej niespokojny. Od początku wiedziałem, że końcowym etapem będzie pierwsze piętro, ale czym innym jest przygotowywać się w dziecięcej idylli piętra siódmego czy nawet piątego lub czwartego, a co innego żyć na drugim i wręcz fizycznie czuć bliskość pierwszego.

Myślę, że nieprzypadkowo na Drugim było znacznie mniej zajęć niż na piętrach wyższych. Wychowawcy musieli wiedzieć, w jakim stanie ducha znajdujemy się my, kandydaci i dostosowali program przygotowań do naszych pełnych emocji stanów. Zajęcia koncentrowały się na rozwijaniu dwóch umiejętności: czekania i utrzymywania spokoju. Z punktu widzenia otrzymanych na zakończenie Drugiego Piętra ocen, wszystko powinno być w jak najlepszym porządku. Obydwie umiejętności opanowałem na przyzwoitym poziomie.

W zbiorczej ocenie z wszystkich pięter, jaką wręczono mi przed ostatnim zaśnięciem, widniała nawet jedna wymarzona ocena celująca. Dostałem ją na Trzecim Piętrze z umiejętności milczenia. Wstydliwa natomiast była słaba, naciągana ocena dostateczna z umiejętności zachowania anonimowości w grupie. Kilku kandydatów na egzaminie końcowym Czwartego Piętra potrafiło wypowiedzieć o mnie tyle celnych uwag, że wychowawcy poważnie zastanawiali się, co ze mną zrobić. Przez tych usłużnych kolegów mogłem zostać na Czwartym znacznie dłużej, aż do kolejnej klasyfikacji. Gdybym wiedział, którzy to byli i dorwał ich podczas czasu relaksu, wtedy pozytywna ocena z umiejętności zachowania spokoju pozostałaby już tylko w sferze marzeń.

Ale to wszystko mam już za sobą. Nadeszła długo wyczekiwana chwila i za moment wraz z głównym wychowawcą zjadę na Pierwsze Piętro. Będzie to moja ostatnia podróż windą w Budynku Przygotowań i ostatni etap przed prawdziwym życiem!

3

Szumski po wyjściu z gabinetu Tkaczyka, szybkim krokiem podszedł do windy. Przywołał ją, wjechał na osiemnaste piętro, wyszedł z windy i nie ruszając się z miejsca przywołał ją ponownie. Winda nie zdążyła odjechać, więc już za chwilę ponownie był na 17 - tym. Nie zastanawiał się nad tym, co robi, miał to we krwi. Nawyki związane z dyrektywami zdążyły mu się utrwalić na tyle, że wykonywał je automatycznie. Trzeba coś zrobić, to znaczy, że trzeba i już. Każdego z mieszkańców Korporacji „13”, przemieszczającego się z pomieszczenia do pomieszczenia, obowiązywał wjazd windą na piętro buforowe. Dla dyrektorów piętrem buforowym, na którym mieli obowiązek pojawić się choćby na moment w trakcie swojej podróży wewnątrz Korporacji, było właśnie piętro 18 - te.

Na siedemnastym piętrze Szumski miał swój gabinet, podobnie jak Tkaczyk i pozostali dyrektorzy departamentów, nie wchodzący w skład Zarządu: Logistic Manager Kacper Wojewski, Główny Księgowy Zygfryd Poloczek i Pełnomocnik Zarządu ds. Informacji Igor Wasilik.

Wyjście z windy prowadziło na korytarz mający kształt zamkniętego czworoboku, rozwidlający się symetrycznie w obydwie strony. Przechadzając się po nim w jednym kierunku, wracało się z drugiej strony w to samo miejsce. Drzwi do różnych pomieszczeń usytuowane były zarówno w wewnętrznej części korytarza (tej, w której znajdowały się drzwi windy), jak i na zewnątrz. Po przeciwległej stronie piętra była druga winda, a właściwie dwa bliźniacze szyby wind logistycznych stojących obok siebie. Nikt z mieszkańców Korporacji nie miał prawa ich używać bez pisemnego zezwolenia dyrektora Wojewskiego.

Szumski miałby bliżej do swojego gabinetu, gdyby skręcił w lewą stronę korytarza. Tym razem jednak poszedł na prawo. Nie miał ochoty ponownie przechodzić obok tabliczki z napisem HR Manager. W ten sposób minął gabinety trzech pozostałych dyrektorów, nacisnął klamkę i wszedł do swojego królestwa.

Tradycja głosi, że na samym początku, w pierwszym okresie istnienia Korporacji, wszystkie drzwi używanych pomieszczeń były zamykane na klucz. Jednak już od bardzo dawna, a przynajmniej od kiedy Karol pamiętał, nikt z mieszkańców nie posiadał żadnych kluczy. A pamiętał przecież niemało, minęło już ponad dwadzieścia okresów od chwili, kiedy otrzymał swoją tożsamość i został przyjęty do Korporacji.

W stosunku do powszechnie przyjętej organizacji pozostałych pięter roboczo-mieszkalnych, gabinety dyrektorów stanowiły pewnego rodzaju wyjątek. Na piętrach niższych praca odbywała się w większych pomieszczeniach, pojedynczych lub łączonych ze sobą w otwartą przestrzeń. Sypialnie, wszystkie bez wyjątku dwuosobowe, znajdowały się natomiast w mniejszych pomieszczeniach obok biur. Część sanitarno-higieniczna znajdowała się zazwyczaj przy wejściach do pomieszczeń biurowych, a w rzadkich przypadkach na nielicznych piętrach, także obok szybów wind logistycznych. W odróżnieniu od tych rozwiązań, dyrektorzy w swoich gabinetach zarówno pracowali jak i spali. W bocznych częściach osobistych pomieszczeń, za sypialnymi kapsułami, posiadali nawet własne miniłazienki z czymś, co od biedy można było nazwać sanitariatem.

Wszystkie pięć gabinetów dyrektorskich znajdowało się w wewnętrznej części budynku. Pomiędzy nimi znajdowały się inne, nieużywane pomieszczenia. Drzwi do nich w żaden sposób nie można było otworzyć, a Szumski osobiście przekonał się o tym. Nie potrafił tej niesubordynacji wytłumaczyć nawet przed samym sobą, ale kiedyś po zgaśnięciu światła, po omacku wyszedł na korytarz i próbował otworzyć te niczyje drzwi, jedne po drugich. Nawet nie drgnęły.

W chwili szaleństwa Karol próbował dostać się do pomieszczeń znajdujących się pomiędzy gabinetami, o tych zaś, które mieściły się na zewnętrznej ścianie korytarza, nawet nie pomyślał. Próba ich otwarcia nie miałaby najmniejszego sensu. Od dawna niektóre z nich były częściowo zamurowane, a inne zabite solidnymi deskami przytwierdzonymi do framug. Ale nawet nie w tym tkwiła główna przyczyna pozostawienia ich w spokoju. Najważniejszy był fakt, że pomieszczenia na zewnątrz korytarza graniczyły ze ścianą zewnętrzną budynku, a to w praktyce oznaczało śmiertelne zagrożenie.

Wprawdzie chwila słabości mogła się zdarzyć nawet tak doświadczonemu menedżerowi jak on, ale czymś innym jest moment zapomnienia, a czymś innym głupie ryzykowanie własnym życiem. Przecież w tamtych pomieszczeniach okna mogły być uszkodzone! Według najstarszych opowieści, w pierwszym okresie okna zostały w większości zamurowane, ale część z nich pozostała jedynie zamalowana na czarno. Mówi się, że grupa pierwszych mieszkańców Korporacji, w trakcie zabezpieczania okien, straciła wzrok, po czym zniknęła. Ślepota, powodowana krótką nawet chwilą zetknięcia oczu z promieniowaniem słonecznym, do dziś pozostała najstraszniejszą chorobą, wobec której korporacyjna medycyna jest bezradna. Chorobą tym straszniejszą, że po zapadnięciu na nią, człowiekowi pozostaje już tylko jedno zaśnięcie i ani jedno przebudzenie.

4

— Greta, śpisz?

— Chciałabym, ale twoje odgłosy nie pozwalają. Czego chcesz?

— Możesz się podnieść i odsłonić okna? Połowa dnia, a ciemno jak w piwnicy. Musimy uzgodnić parę spraw, ale nie będę się wysilać bez pewności, że nie zasypiasz w czasie, gdy mówię.

— Jak ci ciemność przeszkadza, to sam się podnieś.

— Wiesz jak mi trudno się poruszać, nie bądź nieprzyjemna bardziej niż zwykle.

— Twój wybór, rób jak chcesz.

Krzysztof z wielkim wysiłkiem podniósł się z obszernego skórzanego fotela, znajdującego się w przeciwległym od okna narożniku podłużnego pomieszczenia biurowego, pełniącego niegdyś rolę sali konferencyjnej dla trzydziestu osób. Po omacku odszukał drewniane laski i ciężko opierając się na nich, począł centymetr po centymetrze przesuwać się, mając do pokonania odległość kilkunastu metrów. Trwało to dobre kilka minut, w czasie których cisza zakłócana była dźwiękami szurania o podłogę, odchrząkiwań i niezrozumiałych słów mamrotanych pod nosem. Kiedy wreszcie dotarł do celu, oparł cały ciężar ciała na lewej ręce wspomagając się kulą, a prawą dłonią szarpnął zasłonę z ciężkiego płótna. W nozdrza uderzył nieznośny zapach kurzu, który teraz wyraźnie wzbijał się w powietrzu, oświetlony przebłyskami dnia, przebijającymi się przez brud okien.

Musiał zmrużyć oczy, zanim przyzwyczaił je do naturalnego światła i dopiero po chwili dojrzał skuloną w drugim fotelu wysuszoną postać Grety.

— Okno odsłonięte — stwierdził fakt — Wrócę na swoje miejsce i wtedy porozmawiamy.

— Nie musisz się śpieszyć. Jeśli o mnie chodzi, rozmowa z tobą może poczekać do jutra albo i dłużej.

— Siedź i czekaj aż dojdę.

— O, dobrze, że mnie uprzedziłeś, że mam siedzieć. Właśnie się wybierałam na spacer… — suchy kaszel przeplatany nerwowym śmiechem przerwał wypowiedź Grety w połowie zdania.

Krzysztofa nie zainteresował ten atak, koncentrował się na coraz trudniejszej sztuce stawiania nogi za nogą. Minęło kilka chwil, zanim się ponownie odezwał:

— Dzwonili z Rady.

— Dzwonili? — szczerze zdziwiła się Greta — czyżbym już tak mocno zasypiała, że przestałam słyszeć dzwonek telefonu? Do tej pory jeszcze…

— Odebrałem u siebie po pierwszym sygnale, nie zdążyłaś się obudzić.

— U siebie? To ty w ogóle ruszasz się stąd? Myślałam, że jesteś tu na okrągło.

Krzysztof wyczuł drwinę w głosie, ale ta drwina była normą, więc nawet nie zareagował. Przywykł do wszystkiego, co między nimi było nieprzyjemne i podłe i odwzajemniał pięknym za nadobne.

— Nie masz pojęcia o świecie, oceniając wszystko z przykurzonej perspektywy swojego fotela — odgryzł się, nie przestając patrzeć uważnie pod nogi — Gdyby nie ja, siedziałabyś tam po ciemku i niczego nie widziała ani nie słyszała.

— Ale ja przynajmniej wychodzę do siebie na noc. I myję się, czego w twoim przypadku nie byłabym taka pewna.

— Ja też śpię u siebie. Ale tego oczywiście także nie zauważasz.

W jednym musiał przyznać Grecie rację. Faktycznie, gdyby nie sprawy fizjologiczne czy potrzeba elementarnej choćby higieny, nie ruszałby się stąd. Tutaj obydwoje mieli wszystko, co było niezbędne do działania. Dwa osobiste stanowiska pracy usytuowane w przeciwległych częściach sali, a na środku większy stół z dwoma krzesłami, skierowanymi frontem do czterdziestoośmiocalowego ekranu, podłączonego do systemu video.

No i była tu przede wszystkim ona. Przez czterdzieści lat wspólnej pracy w Zarządzie Korporacji „13” i wspólnego dzielenia samotności na 19 - tym piętrze, zdążyli się wzajemnie znienawidzić i wzajemnie od siebie uzależnić. Pomimo wszystko to był jedyny żywy człowiek obok, jedyna od lat osoba, do której można było się odezwać i od której można było usłyszeć odpowiedź. Jeszcze dwa, trzy lata temu, dokładnie nie pamiętał, kiedy to się skończyło, wjeżdżał z dołu sprzątacz od Wojewskiego, ale i tak nigdy z nim nie rozmawiali, pilnując w milczeniu, żeby niczego nie ruszał, nie ściągał opaski z oczu i nie podchodził zbyt blisko do okien. Pewnego dnia Greta oznajmiła, że pomimo tego pilnowania jakieś ważne dokumenty zostały przełożone na inne miejsce i od tego czasu nikt już u nich nie sprząta. Z lekarzem jest podobnie. W czasie jego rutynowych wizyt na 19 - tym piętrze można odnieść wrażenie, że Rada wysyła do nich robota ze specjalnym medycznym oprogramowaniem, a nie żywego człowieka. Prawdziwy kontakt twarzą w twarz i w miarę normalną, żywą komunikację mieli kiedyś z dyrektorami. Wszystkie rozszerzone posiedzenia Zarządu odbywały się w sali konferencyjnej na 18 - tym piętrze buforowym. Schodzili tam z Gretą schodami, do których wejście jest na co dzień podwójnie zamknięte, na górze przez nich a na dole przez Wojewskiego. Winda osobowa nie dojeżdża na 19 - te, a na to, żeby zlecić przystosowanie jednej z wind towarowych, byli zbyt dumni. Jednak od kiedy Krzysztof skończył siedemdziesiąt lat i schorowane nogi zaczęły odmawiać noszenia ponad 100 - kilogramowego balastu, obydwoje przestali schodzić na posiedzenia. Byli z Gretą jak rodzeństwo syjamskie, to, co zdecydowało jedno, musiało zaakceptować drugie. Zaakceptować albo zgubić samego siebie i współtowarzysza.

To Rada wymogła na Zarządzie jednomyślność. Wszystkie decyzje musiały posiadać mandat wszystkich członków, a sankcje za niezgodę były zbyt kosztowne, żeby ryzykować. Byli zdani na siebie. „Wypracuj porozumienie albo zgiń” nie było sloganem, to była ich rzeczywistość.

Dawniej, kilka lat po rozpoczęciu wspólnego losu, on był wciąż potężnym, silnym mężczyzną w najlepszych latach, a ona cóż… nie taka zasuszona jak dziś, ale jednak szczupła, wręcz chuda i sporo niższa. Przewaga siły była bezdyskusyjnie po jego stronie. Było to może w piątym, czy w szóstym okresie istnienia Korporacji, kiedy coraz trudniej było dwóm silnym osobowościom wypracować wspólne stanowisko i w końcu kropla się przelała. Kiedy nie mógł przekonać jej do swoich racji i kiedy kategorycznie stawała okoniem, pobił ją do nieprzytomności. Zaniósł ją potem do jej pomieszczenia i tak zostawił. Potem już w nocy, przez sen poczuł coś zimnego i ostrego na swojej szyi i natychmiast oprzytomniał. Greta, która znalazła siły, aby dotrzeć do jego kapsuły, poprzez opuchnięte wargi dobitnie przesylabizowała:

— Jeśli jeszcze raz to zrobisz, zginiemy obydwoje.

Po czym przejechała mu rozbitym szkłem po skórze z prawej strony szyi i wyszła. Dwucentymetrowa szrama nie pozwala mu zapomnieć tej nocy pomimo biegu lat. Następnego dnia obydwoje nie pojawili się we wspólnej sali, pozostając w swych sypialniach, ale już trzeciego dnia bez zbędnych słów i ceregieli uzgodnili stanowisko i wspólnie podpisali kolejną dyrektywę.

— No i co z tą Radą? Długo mam jeszcze czekać, aż wykrztusisz, czego chcą? — słowa Grety wyrwały Krzysztofa z zamyślenia.

— Chcą przeprowadzić z nami telekonferencję — odpowiedział.

— Tele tele — Greta w nieprzyjazny sposób starała się przedrzeźniać Krzysztofa, naśladując jego tembr głosu — no jasne, że tele! Czy ty pamiętasz, kiedy ostatni raz połączyli się na video? Po co używasz niepotrzebnych słów? Chlapiesz tylko zbędnym słowotokiem. Popracuj w końcu nad rzeczowością wypowiedzi.

— Posłuchaj lepiej siebie, sama składasz słowa w zdania na poziomie bagiennym. A oni, cóż… po prostu zapewne są już tak starzy i szkaradni, że nie ryzykują pokazania twarzy. Z tego, co pamiętam już czterdzieści lat temu nie byli zbyt urodziwi, a co dopiero mówić dziś — Krzysztof podjął próbę zmiany podmiotów wyśmiewanych, zaryzykował marny żart i nawet spróbował nadać twarzy grymas uśmiechu.

— Myślisz, że wyglądają bardziej odrażająco niż ty? — nie poddawała się Greta.

— Nie wiem, osobiście znam tylko jedną osobę bardziej odrażającą. Siedzi tu kilka metrów ode mnie — odpalił Krzysztof wracając do tradycyjnej konwencji dialogu.

— Powiesz w końcu coś z sensem? Kiedy się łączymy i jakie są tematy? — niespodziewanie spasowała Greta, powracając do głównego wątku rozmowy.

— Jutro. Ale nie chcieli zdradzić, o czym będziemy rozmawiać. Powiedzieli tylko, żebyśmy przygotowali swoje zagadnienia do omówienia.

— A co? Mamy jakieś? — zdziwiła się Greta — Chociaż… ja właściwie może i coś mam, ale też zachowam to na jutro. Dziś już mnie zmęczyłeś, wystarczy tych pogaduszek. Aha, jeszcze coś — wymownie spojrzała na rozmówcę — Mam nadzieję, że pójdziesz na noc do siebie. Nie da się tu wytrzymać, kiedy sapiesz w swoim fotelu.

— Spójrz przez okno i dojrzyj, o ile masz jeszcze szczątkową umiejętność postrzegania rzeczywistości, że wciąż mamy dzień. Nie musimy jeszcze kończyć pracy — żachnął się Krzysztof — Dopiero odsłoniłem okno, możemy chwilę jeszcze pobyć w naturalnym oświetleniu…

— Ale skończymy — stanowczo oświadczyła Greta, po czym podniosła się z fotela i w miarę dziarskim krokiem podeszła do sporych rozmiarów przełącznika znajdującego się tuż przy wyjściu na korytarz, przesuwając jego uchwyt w dół.

W tym momencie w Korporacji „13”, od 18 - go piętra aż po sam parter, nastała noc. Nazajutrz nastanie tam dzień, o ile Krzysztof albo Greta po obudzeniu się zechcą ponownie przesunąć uchwyt w górne położenie. Jak do tej pory, przez niespełna czterdzieści lat, obydwoje na przemian wykonywali tę czynność z chęcią i upodobaniem. Rola bóstwa decydującego o rytmie życia w Korporacji pociągała ich niezmiennie od lat, silniej od najsilniejszych uzależnień i słabości.

5

Szumski zamknął za sobą drzwi gabinetu i podszedł żwawym krokiem do komputera. Nie wyłączał go zazwyczaj, nie przywiązywał specjalnej wagi do takich czynności, więc twardy dysk nie potrzebował wiele czasu, aby się wybudzić. Przeczuwał, że niedługo oświetlenie budynku miało zostać centralnie wyłączone. Nie lubił pracować w ciemności, więc pośpiesznie otworzył dokument zawierający życiorys zawodowy Sławomira Masa. Nie mógł zrozumieć, co tym razem się nie udało, więc próbował w życiorysie odnaleźć coś, co dałoby mu choć namiastkę odpowiedzi. Czytał już tyle razy, że znał tekst prawie na pamięć, ale raz jeszcze chciał sprawdzić, czy być może czegoś nie przegapił.

Imię i Nazwisko: Sławomir Mas

Urodzony, miejsce zamieszkania… i tak dalej. W tych rubrykach były jedynie czyste pola. Karol wiedział już, że wszystkie życiorysy dostępne w wewnętrznej sieci informatycznej są tylko wtórnymi formularzami o ujednoliconej formie, na które ktoś naniósł dane z oryginalnych CV. Najprawdopodobniej oryginały znajdują się w Zarządzie na dziewiętnastym piętrze, ale to wszystko tylko domysły. Sam podejrzewał kiedyś, że Tkaczyk je ma, ale z kontekstu jednej z rozmów z HR-owcem zrozumiał, że kolega do tego, aby trzymać oryginały jest za krótki, pomimo długich rąk.

Doświadczenie zawodowe w kolumnach „od - do” zawierało także puste miejsca.

Natomiast w kolumnie po prawej stronie widniały trzy pozycje. Pierwsza od góry Sales Supervisor w Agroholding S.A., poniżej Sales Representative w tejże firmie, a pierwsza od dołu Kierownik Działu Zbytu w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej.

Zakres obowiązków: efektywne zarządzanie podległym rejonem, w celu wypełniania powierzonych zadań handlowych w zakresie ilościowym i jakościowym, przy pomocy powierzonych środków materialnych i zasobów ludzkich… Karol pobieżnie przebiegł oczyma przez następujący dalej opis zadań i obowiązków. Znał tę pieśń ze wszystkimi jej zwrotkami, wzdłuż, wszerz i na opak. We wszystkich życiorysach handlowców było prawie to samo, różnice istniały jedynie w sformułowaniach i swoiście rozumianej poetyce zależnej od inwencji piszących.

Wykształcenie: Wyższa Szkoła Retoryki Stosowanej w Niedrzwicy, Technikum Ogrodnicze w…

— Nie no — żachnął się z rezygnacją — wszystko standardowe i w jak najlepszym porządku.

Karol przebiegł następnie do pozycji Umiejętności. Pominął biegłą znajomość jazdy na rowerze na dużych odległościach i podobnego typu rewolucyjne sformułowania i wczytał się w to, w czym, jak mu się wydawało, mogła tkwić jakaś podpowiedź:

Umiejętność zarządzania zespołami ludzkimi, efektywnego motywowania podległych pracowników, oraz energicznego przewodzenia grupą.

Na dole formularza jako ostatni zapis widniała opinia nieokreślonego pochodzenia:

Badany jest osobą wrażliwą, towarzyską i rozmowną. W grupie lubi przewodzić i czuć się zauważany i poważany. Wszelkie niepowodzenia przyjmuje osobiście, nadając im wyolbrzymione znaczenie. W niektórych momentach w jego zachowaniach przejawia się beztroska, jednak potrafi sam siebie zdyscyplinować, aby w sytuacjach zawodowych zachowywać się odpowiedzialnie.

— Cholera — westchnął Szumski — przecież wszystko na samym początku było dokładnie tak. Sławomir wszedł dobrze w grupę, tryskał energią i interesował się wszystkim. Ba! Wręcz przesadnie wtrącał się w pracę każdego z chłopaków, wymądrzając się, jakby zjadł wszystkie rozumy. Od pierwszego dnia dał znać pozostałym, kto tu teraz rządzi i gdzie jest czyje miejsce w hierarchii.

Dopiero potem coś zaczęło się nie zgadzać. Pierwsze sygnały pojawiły się po pierwszej wizycie w Markecie, ale Szumski je zlekceważył. Obiektywnie oceniając sytuację, nie było powodów do zmartwień. Market robił olbrzymie wrażenie na wszystkich chłopakach. Nawet na tych, którzy byli w nim wielokrotnie, a co dopiero mówić o tych, którzy zobaczyli go po raz pierwszy. Niedawny jeszcze kandydat, dopiero co przyjęta tożsamość, a tu taki widok, takie emocje! Nikt nie mógł pozostać obojętny na taki wstrząs. Wszyscy bez wyjątku bardzo przeżywali ten swój pierwszy raz, ale potem po kilku przebudzeniach otrząsali się i robili swoje. Ale nie Mas. On jakoś przycichł, osowiał. Zaczął patrzeć pesymistycznie na zadania handlowe, sam przestał wierzyć, że można je wypełnić i zaczął zarażać tym pesymizmem pozostałych. Kiedy Karol przekazywał mu polecenia dla zespołu, Sławek odpowiadał jakoś tak refleksyjnie i bez przekonania.

Zespół Handlowy nr 2 odpowiedzialny za sprzedaż napojów i soków do Marketu, zamiast poprawić niezadowalające wyniki sprzedaży zaczął totalnie podupadać. Już za poprzedniego kierownika pracował źle, ale to co teraz wyprawiał, przekraczało wszelkie granice przyzwoitości. Nie tylko nie przynosił zamówień, ale nawet przestał być mile widziany przez mieszkańców Marketu. Wyniki żadne, relacje międzyludzkie marne, a wszystko to biło rykoszetem w samego Szumskiego.

Karol nie mógł dłużej tego akceptować. Wprawdzie wielokrotnie rozmawiał z nowym pracownikiem, tłumaczył, błagał, straszył, ale rezultat był taki, że z każdym dniem Mas wpadał w coraz większe odrętwienie i apatię. Dlatego też Szumski postanowił działać i stąd jego dzisiejsze odwiedziny u Tkaczyka. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że rozwiązanie, jakie wymyślił było mętne, niezgodne z przyjętymi w Korporacji schematami postępowań. Ale z drugiej strony w żadnej dyrektywie nie napotkał stanowczych sformułowań, które by nie pozwalały zrobić tego, co zaplanował.

Tylko czy Tkaczyk pomoże? Czy będzie chciał zaryzykować wyjściem poza wygodne ramy swojego fotela i procedur? To była zagadka.

Karol nie miał złych stosunków z Tkaczykiem, ot takie robocze, w miarę neutralne relacje. Wprawdzie Henryk denerwował go i jednocześnie śmieszył, ale przecież podobne reakcje wzbudzał także u innych. Wszyscy śmiali się za jego plecami, jednocześnie obawiając się go. Powszechnie znany był jego potencjał szkodzenia innym, gdyby tylko zechciał działać przeciwko komuś. Szumski uspokajał się w duchu, że sam nigdy nie dawał Tkaczykowi żadnych powodów, żeby ten zaczął mu szkodzić. Z drugiej jednak strony, powody, żeby ten zaczął mu pomagać także nie istniały, więc Karol do końca nie był pewien, na co może liczyć ze strony HR-owca.

Szumski z rezygnacją odsunął się od komputera.

— Niczego tu nie ma, wszystko z życiorysem jest w porządku — pomyślał.

Nie zauważył żadnych oznak, które mogłyby sugerować, że to konkretne CV stanowiło jakąś pułapkę. Utwierdził się w swoim przekonaniu, że to nie życiorys był winny. To nawalił ktoś inny. Tylko kto? Wychowawcy? Trenerzy? A może sam kandydat? Niezależnie od tego, czy winowajcy znajdą się, czy nie, wiedział dobrze, kto za to wszystko zapłaci. Nie mogło być inaczej, sprawy zaszły tak daleko, że Sławomir Mas musi otrzymać inną drogę życia. Nie miał pojęcia jaką, nikt dotąd nie stracił jeszcze swojej tożsamości. Ludzie nieprzydatni Korporacji już wielokrotnie znikali, ale w dokumentach pozostawali tymi, kim byli. A w tym wypadku chłopakowi zostanie odebrane coś więcej niż fizyczna obecność, zostanie też wymazany z Systemu.

Karolowi ciężko było ogarnąć ten problem, gubił się przy próbie jednoznacznej odpowiedzi na prozaiczne pytanie „co konkretnie się z nim stanie”. Jedno tylko przeczuwał, że to, co czeka tamtego chłopaka, nie będzie niczym do pozazdroszczenia.

Bardziej jednak niż o niego bał się o samego siebie.

— Cholera — zaklął w duchu — żeby tylko ten smarkacz nie pociągnął mnie za sobą w jakieś gówno. Nie ma wyjścia, jutro natychmiast po przebudzeniu czeka nas poważna rozmowa — pomyślał bez odrobiny entuzjazmu.

W międzyczasie w pomieszczeniu zgasło światło i Szumskiemu nie pozostało nic innego, jak po omacku odnaleźć kapsułę, wpełznąć do niej i już po chwili z ciężkimi myślami zapaść w nerwowy sen.

6

Nie pamiętam wszystkich zjechań windą, niektóre zupełnie zatarły się w pamięci. W czasie pierwszych zjazdów byłem jeszcze zbyt mały, żeby cokolwiek zapamiętać. Ale dwa ostatnie pamiętam dobrze. Pamiętam to uczucie przyjemnego oczekiwania na to, jak będzie na nowym piętrze. Pamiętam ten niesamowity moment, gdy winda skrzypiąc zamykała drzwi i szarpała w dół tak, że czułem, jakbym serce miał wysoko w gardle. Pamiętam te chwile, gdy winda otwierała się i wkraczałem z wychowawcą na korytarz nieznanego piętra.

Teraz z pozoru miało być tak samo, ta sama skrzypiąca winda, ta sama ciekawość, ten sam dreszcz emocji. A jednak nic nie było takie samo. Przecież to ostatni zjazd, naprawdę ostatni! Na dole nie było już kolejnych etapów przygotowań, żadnych dodatkowych zajęć, prób, przedmiotów. Mam tam zjechać wprawdzie wciąż jako kandydat, ale kandydat już przygotowany. Jaka to wielka różnica: kandydat, a przygotowany kandydat. Różnica, która swoją siłą całkowicie odmieni moje życie.

Poprzednio, kiedy zjeżdżałem na niższe piętra, moje myśli krążyły wokół tego, jak będzie tam niżej. Tym razem nie umiałem skierować swojej wyobraźni na nieznane piętro. Niewiele mnie ono obchodziło. W głowie miałem już Korporację i tylko ją. Przecież nie po to zjadę na Pierwsze, żeby cokolwiek tam robić, o nie. Pierwsze to tylko bufor, ostatni etap. I stamtąd mnie zabiorą TAM!

Wiem, że czekanie na Pierwszym może potrwać wiele zaśnięć i przebudzeń, ale ja potrafię czekać. Wszakże byłem dobrym uczniem.

7

Trzydzieste drugie włączenie światła czterdziestego okresu rozliczeniowego (14.03.2059)

Czekam… Cierpliwości, jeszcze tylko odrobina cierpliwości, przecież to nie będzie trwać wiecznie. Przyprowadzili mnie do pojedynczego pomieszczenia z kapsułą noclegową. Dostałem porcję suchego prowiantu i wodę. Przyjdą po mnie, jak nastąpi mój czas. Czekam więc… czekam, myślę i marzę. Zauważyłem, że niektóre marzenia pozostały mgliste, jakbym sam nie chciał pozbawiać siebie wrażeń, związanych z odkrywaniem wszystkiego od zera. Mam przeczucie, że kiedy wszystko się urzeczywistni, wtedy zrozumiem, że to, co widzę, jest dokładnie tym, o czym marzyłem. Od zawsze najważniejszym moim marzeniem jest marzenie o Świetle. Tyle opowieści słyszałem o nim, tyle myśli i oczekiwań związanych z jego istnieniem kłębiło się w głowie, a teraz wszystko się urzeczywistni. Prawdziwe Światło! Nareszcie!

W Budynku Przygotowań Światła nie ma. Są tylko momenty, kiedy jest jaśniej, i długie chwile, kiedy jest ciemno. Zajęcia, które były całym moim dotychczasowym życiem, odbywały się w pomieszczeniach, w których czasem bywało jaśniej. Jednak źródło tej jasności napawało nas takim lękiem, że wszyscy, bez wyjątku, z uczuciem ulgi wracaliśmy do pomieszczeń, w których ciemno było zawsze.

Jakże złowieszczo brzmi słowo „słońce”. Wychowawcy uczyli nas, że gwiazda ta spełniała niegdyś pożyteczną rolę, ale teraz jest już tylko przekleństwem, z powodu którego cierpią wszyscy. Kiedyś, w dawnych czasach, żyliśmy na wolnych przestrzeniach. Żyli też z nami w symbiozie Klienci, a wszyscy byliśmy sobie bliscy. Teraz jednak pozostaliśmy tylko my, rozproszeni po całym świecie mieszkańcy budynków należących do Korporacji i mieszkańcy Marketów. Przeklęte słońce!

Jednak wierzę… i nie tylko wierzę, ale czuję, że na pewno to wiem, że kiedyś wszystko wróci do starych porządków i będzie tak, jak w dawnych czasach. Wychowawcy wielokrotnie nam o tym opowiadali. Przygotowujemy się do tej chwili wszyscy… i Korporacje, i Markety. I kiedy już będziemy gotowi, wtedy wrócą do nas Klienci i wszyscy razem, wspólnymi siłami, odzyskamy to, co zostało stracone!

Jakże wdzięczny jestem Zarządowi Korporacji, do której zdążam, jacy wdzięczni powinniśmy być wszyscy my, kandydaci. W trakcie całego pobytu w Budynku Przygotowań, od samego siódmego piętra aż do pierwszego, byliśmy chronieni z największą troskliwością i poświęceniem. Tak, z poświęceniem! W końcu środków chroniących oczy jest tak mało, że dla mieszkańców Korporacji ich nie wystarcza. Dostajemy je tylko my, kandydaci, i tylko tu, w naszym budynku.

To prawda, że samo przyjmowanie lekarstw nigdy nie było niczym przyjemnym. Po każdym przebudzeniu, trzeba było biec co tchu do pomieszczenia ochronnego, gdzie wychowawcy dawkowali nam krople do oczu i dopiero potem następowały toaleta, posiłek i rozpoczęcie zajęć. Pomimo to każdy biegł chętnie i z nadzieją, przebudzenie za przebudzeniem, żeby tylko ochronić wzrok, bez którego przecież wejście do Korporacji jest na zawsze zamknięte.

Ale teraz czeka mnie Światło. Życie otrzyma inny rytm, lepsze tempo. Po przebudzeniu Światło będzie włączane, a przed czasem relaksu wyłączane. I tak zawsze, bez wyjątku, każde przebudzenie i każde zaśnięcie! Od tej perspektywy aż kręci się w głowie ze szczęścia.

Ostatnie chwile ciemności… jeszcze trochę muszę wytrzymać… cierpliwości. Na samą myśl o bogactwie czekającego mnie dobra przenika mnie szczęście silniejsze nawet od strachu.

8

Karol z biegiem przeżytych okresów coraz trudniej znosił poranne przebudzenia. Czasami miał wrażenie, jakby światło zapalało się za każdym razem coraz wcześniej.

— Starzeję się — burknął sam do siebie, zrywając się na równe nogi — ale szczerze powiedziawszy, światło mogłoby się włączać jakoś tak wolniej, a nie od razu człowiekowi prosto w oczy.

Szybko odświeżył się, o ile pobieżne ochlapanie się wodą można uznać za odświeżenie, i otworzył drzwi. Na podłodze korytarza czekał już pakunek ze śniadaniem.

— Nie ma co — pomyślał na głos — stary pierdoła i jego team jak zwykle sprawni i na czas.

Karol umiał tę sprawność docenić, pomimo że do samego Kacpra Wojewskiego, starszego kolegi z piętra, odpowiedzialnego w Korporacji za logistykę, miał stosunek lekceważący. Wojewski był na swoim stanowisku od dawna. Był na nim już wtedy, gdy Karol jako młody człowiek został przyjęty do Korporacji, a więc przynajmniej od dwudziestu okresów. I w ciągu tych dwudziestu okresów śniadanie zawsze czekało na Karola zaraz po jego przebudzeniu. Często było średnio smaczne, czasem wręcz niezjadliwe, ale zawsze na czas. Tym razem, powiedzmy, że dało się zjeść. Szumski pośpiesznie dogryzając ostatnie kęsy bułki, w locie popijając wywarem zaparzonym na niezidentyfikowanych granulkach, wybiegł z gabinetu. Zależało mu, żeby dopaść Sławka, zanim ten wybierze się do pracy. Czekając na windę denerwował się, pomimo że obiecywał sobie nie raz, że codzienne, powtarzające się trudności nie będą w stanie wytrącać go z równowagi. Był człowiekiem praktycznym, zdyscyplinowanym, rozumiał, że jak coś trzeba, to trzeba. Coraz częściej jednak wykazywał oznaki zniecierpliwienia w obliczu powtarzających się niedogodności. A to, co wyrabiało się z windą zaraz po przebudzeniu, było dla niego jaskrawym przykładem braku praktycznego myślenia, z którym nie tylko niczego nie robiono, ale nawet nie zamierzano niczego zmieniać. Raz tylko na video - konferencji z Zarządem ośmielił się zaproponować, żeby na krótki czas po przebudzeniu zezwolono na używanie wind transportowych w celu dotarcia do pracy. Reakcja, z jaką się spotkał, zmroziła jego inicjatywę na zawsze. A przecież to było nielogiczne. Jeden szyb windy pasażerskiej nie był w stanie obsłużyć całej załogi Korporacji w sposób na tyle płynny, żeby uniknąć niekończącego się oczekiwania na piętrach. Tym razem oczekiwanie dłużyło mu się ponad miarę do tego stopnia, że zaczął sobie wyrzucać, iż nie wstał jeszcze przed zapaleniem światła. Kiedy winda przyjęła go w końcu do swojego wnętrza, wjechał na piętro buforowe. Wyszedł z windy w taki sposób, że prawa noga regulaminowo zameldowała się na piętrze wraz z opierającym się na niej tułowiem, a lewa pozostała w drzwiach windy, nie pozwalając się im zamknąć. Wiedział, że nie wolno tego robić, ale w wyjątkowej sytuacji wymagającej pośpiechu, usprawiedliwił się sam przed sobą.

Sławomir Mas, lider Zespołu Handlowego nr 2 mieszkał na siódmym piętrze wraz z Luxem, analitykiem z tego samego zespołu, i to właśnie do ich pomieszczenia skierował swoje kroki Szumski.

Zdążył. Obydwaj mieszkańcy, już ubrani w regulaminowe uniformy, przygotowywali się właśnie do wyjścia.

— Witajcie, chłopcy. Dobrze, że was zastałem — rozpoczął już od progu Karol.

— Dzień dobry, szefie — odpowiedział za dwoje Lux.

— Lux, jak widzę, jesteś już gotowy do pracy — bardziej stwierdził niż upewnił się Szumski.

— Obydwaj jesteśmy, szefie — uśmiechnął się Lux — jakże mogłoby być inaczej? W końcu chwila jest z tych, które należałoby nazwać odpowiednimi do wykonania czynności wyjścia.

— No już, nie rozpędzaj się. Idź teraz do biura, a my ze Sławkiem dołączymy niedługo. Omówimy coś tylko w cztery oczy.

— Rozumiem, rozumiem — Lux flegmatycznie ruszył z miejsca, nie przestając się uśmiechać — zrozumienie jest nieodłącznym atrybutem komunikacji…

— No idź już wreszcie — żachnął się Szumski i dodał już po wyjściu Luxa — co za gaduła z niego.

— Bardzo przyjemny kolega — odezwał się po raz pierwszy tego dnia Sławek — dobry kompan i dużo mi pomógł w moich pierwszych chwilach w Korporacji — dodał cicho.

— Tak? A w czym konkretnie? — pozornie zainteresował się Karol, po czym, nie czekając na odpowiedź, poważnym tonem dodał: — Musimy porozmawiać.

— Domyśliłem się — Sławek jakby skulił się w sobie.

— Siądźmy gdzieś, nie będziemy stali przy drzwiach.

— Proszę, panie dyrektorze, zapraszam do środka. Mamy tu dwa krzesła, jest gdzie usiąść, tylko proszę wybaczyć skromność pomieszczenia.

— Chrzanić skromność — z irytacją przerwał Szumski — Co ty myślisz, że ja nie znam warunków, w jakich żyją moi pracownicy? Znam dobrze i wcale nie uważam je za skromne. Są wystarczające.

— Przepraszam…

— Sławek — z niespodziewaną miękkością w głosie odezwał się Karol.

— Tak, szefie? — Młody człowiek nieśmiało podniósł oczy i spojrzał na dyrektora. Długo jednak nie wytrzymał jego spojrzenia i szybko powrócił do pilnej obserwacji podłogi.

— Co się z tobą stało, chłopie? Nie obawiaj się, porozmawiajmy szczerze. Zdecydowałem się przyjść tutaj, bo chcę ci pomóc. Wytłumacz mi tylko, co się dzieje.

— Sam nie wiem tak do końca — Mas nie przestawał obserwować niewidzącym wzrokiem dolnych powierzchni pomieszczenia — Ja się… boję.

— Czego się boisz? — Szumski nawet nie zdziwił się — Czegoś konkretnie?

— Wszystkiego — ledwo słyszalnym głosem odpowiedział chłopiec — Wszystko jest… inne. Ja nie mam siły.

— Na co nie masz siły? Nie rozumiem. Jesteś chory? Źle się czujesz? Trzeba było powiedzieć…

— Nie — przerwał Sławek — Czuję się dobrze. Ale nie mam siły być liderem tego zespołu. Nie wiem, jak to wytłumaczyć…

— Po prostu mów otwarcie, jak jest — ponownie lekko zirytował się Szumski.

— Ja… szef sam widział, starałem się… i wszystko jak w moim życiorysie robiłem… Mocne wejście, energia, zdecydowanie… wszystko, jak na sesjach trenerzy pokazywali. Ja nie jestem mięczak. Wiem i rozumiem wszystko. Nauczyciele uprzedzali, że przyjmowanie tożsamości to nie bajka, że trzeba będzie się natrudzić… ale mówili, że po kilku, góra kilkunastu przebudzeniach trudności ustaną… i że wtedy zrozumiem, że ta tożsamość jest moją własną, że tylko czekała na mnie, aż będę przygotowany…

— No i…?

— Nie wiem, czy mogę to powiedzieć — Sławek wyglądał na zdesperowanego, chcąc wykrztusić z siebie coś ważnego, ale szukał w postawie szefa przyzwolenia.

— No mów w końcu!

— To wszystko jest nie moje, obce — wybuchnął płaczliwie Mas — Nie moje! Rozumie szef? Ja chciałbym tak, jak Lux, robić analizy, albo jak Juna przygotowywać statystyki…

— Jak to nie twoje?! — nagły wybuch Szumskiego wzniósł się swą siłą ponad emocjonalne wyznanie Sławka — Nie śmiej nawet tak myśleć! Co ty sobie wyobrażasz, smarkaczu? Jakie masz prawo? Co… co to jest?!

Potok urywanych, wykrzyczanych słów napełnił niewielkie pomieszczenie i ponownie przybił do krzesła oszołomionego i zrezygnowanego chłopaka.

— Prze… przepraszam…

— Co przepraszam?! Gówno, a nie przepraszam! Mów do końca, co chciałeś powiedzieć! No mów!

Ale Mas skulił się w sobie jeszcze bardziej, niż wydawało się to możliwe i zamilkł. Szumski wściekle kilkakrotnie jeszcze rzucił w eter jakieś namiastki pytań zatopione w burzy emocji, ale na uporczywe milczenie pracownika nie znalazł już sposobu. Próbując się uspokoić, wskazał palcem na krzesło, na którym siedział Mas i dobitnie powiedział:

— Masz tu siedzieć. Rozumiesz? Nigdzie się nie ruszać. Dopóki sam osobiście nie przyjdę i nie powiem, że możesz się ruszyć. Czy to jest jasne?

Odpowiedziała mu przygnębiająca cisza.

Szumski wściekły wyszedł z pomieszczenia, a drzwi z trudnością utrzymały się w futrynie po jego wyjściu.

Przeszedł szybkim krokiem odległość dzielącą pokój Masa od pomieszczenia biurowego handlowców, zatrzymał się, zawrócił do drżącej jeszcze framugi, po czym jeszcze kilkakrotnie przeszedł tę samą drogę.

Był wściekły. Tak, wściekły! Ale przecież nie na tego chłopaka. Co niby takiego od niego usłyszał? Że chłopak nie przyjął tożsamości? To dopiero wielka tajemnica. Przecież to było oczywiste już od kilku przebudzeń. Skąd więc ten nagły wybuch złości? Szumski był wściekły przede wszystkim na siebie.

— Co się ze mną dzieje? — pomyślał — Co się dzieje?

— Cholera, przestaję się kontrolować. Nie zapanowałem nad sobą, wybuchnąłem, zanim zdążyłem się zorientować, że mogę to zrobić. A niech to szlag — wyrzucał sobie w duchu — co za brak profesjonalizmu. Przeprowadziłem tę rozmowę najgorzej, jak mogłem. Teraz chłopak nie powie już ani słowa. Z drugiej strony, co jeszcze mógłby więcej powiedzieć? Wszystko jest jasne.

— Dobra, trzeba zmierzyć się z sytuacją taką, jaka ona jest — pomyślał i już zamierzał nacisnąć klamkę drzwi prowadzących do biura handlowego, gdy nagle oprzytomniał.

— A niech to, jeszcze chwila i wszedłbym do kolejnego pomieszczenia bez wjazdu na piętro buforowe. Ze mną naprawdę jest źle.

Na chwilę zastygł bez ruchu, zrobił jeden krok w kierunku windy, po czym znów się zatrzymał, odwrócił i wszedł do biura.

— A mam to wszystko gdzieś! — pomyślał przestępując próg, chociaż sam nie mógł uwierzyć w to, co pomyślał, i w to, co zrobił.

9

Szumski zastał pozostałych pracowników Zespołu Handlowego nr 2 siedzących przy swoich stanowiskach pracy, z nosami wlepionymi w ekrany komputerów. Tylko Juna, statystyk zespołu, stukał palcami po klawiaturze, podczas gdy pozostali z przejętymi minami obserwowali niezwykle ważne cyfry i wykresy na ekranie.

— Juna — chropowatym głosem rozpoczął dyrektor — Co tam klepiesz? Dodajesz zero do zera? I co wychodzi? Nadal zero?

Wszyscy jeszcze mocniej nachylili się w kierunku monitorów. Jeśli byłoby to możliwe, schowaliby w ekranach głowy.

— A pozostali co? — kontynuował Szumski — z gapienia się w ekran wygenerujecie sprzedaż? Według jakiego przelicznika? Sto kartonów soków za godzinę gapienia się? Czy może inaczej? Mówcie do cholery!

— Szefie — odezwał się Lux, który jako jedyny zachował stoicki spokój — Czemu Sławek nie przyszedł razem z panem?

— Nie interesuj się. Dziś nie będzie go w pracy. Kama! — Szumski zwrócił się do najstarszego rangą handlowca. — Ty dziś zarządzasz. Jakie masz w związku z tym plany?

— Według mnie nie mamy po co dzisiaj iść do Marketu, dyrektorze — odezwał się Kama — Posiedzimy w biurze i pomyślimy co robić dalej. Porównując naszą ofertę z tym, co zaproponowali ci z Czternastki, i tak nie mamy szans dostać zamówienia. Pozostanie tylko jakaś drobnica do sprzedaży na spocie, ale także w tym skurczysyny z Czternastki będą agresywni i będą chcieli nas przebić. Dopóki Korporacja „14” będzie tak bezwzględnie zaniżać ceny, my nie mamy żadnych szans.

Gdyby wzrok Szumskiego potrafił zabijać, wszyscy leżeliby pokotem na podłodze.

— Pozostali też mają takie zdanie jak Kama? — zapytał złowieszczo.

— Będzie dobrze, nie mamy co się poddawać. Jeszcze im pokażemy — nieśmiało uśmiechnął się Isa.

— Srobrze, a nie dobrze — burknął Mera — mamy ofertę do dupy i tyle na ten temat.

— Nie, no coś ty, nie jest aż tak źle — wtrącił Kama. — Ofertę mamy całkiem niezłą. Tylko te syny z Czternastki wszystko psują.

— No pięknie — ze złowrogim sarkazmem odpowiedział Szumski — Jeszcze ktoś ma jakieś złote myśli? Juna? Lux? Co o tym sądzicie?

— Ja… — ledwie słyszalnym głosem szepnął Juna — ja mogę wszystkie tabelki z historią sprzedaży przerobić raz jeszcze, przedstawić w nowej formie. Ja… ja naprawdę…

Karol ze zniechęceniem machnął ręką i na moment zapanowała cisza. Chwilę milczenia przerwał Lux:

— Szefie… Ale co konkretnie dzieje się ze Sławkiem? To nasz kierownik, powinien być z nami.

— Zamknij się z tym Sławkiem! — kolejny raz wybuchnął Szumski — Słuchajcie, dwa razy powtarzał nie będę. Handlowcy! Macie natychmiast zabierać tyłki i zasuwać do Marketu! Nie wiem, co zrobicie, nie obchodzi mnie to. Możecie stawać na głowie, tańczyć, błagać, cokolwiek… Zrozumiano?!

— Ale, dyrektorze, ci z Czternastki….

— Nic mnie obchodzą ci z Czternastki — wrzeszczał już Szumski — macie zasuwać i meldować mi na koniec dnia wyniki! A wy — zwrócił się do Luxa i Juny — zrobicie burzę mózgów i wymyślicie, jak można zmienić niekorzystną sytuację. I nie przyjmę żadnych wyjaśnień, jeśli nic nie wymyślicie. Czy to dla wszystkich jasne?!

— Zrobimy, szefie — flegmatycznie odpowiedział Lux — tylko niech Sławek dojdzie do nas i już zaczynamy robotę…

Ostatniego słowa Szumski już nie usłyszał, zagłuszył je huk trzaśniętych przez niego drzwi.

— Idę do Tkaczyka — pomyślał — nie ma już czasu do stracenia.

10

— Znowu ty? — jęknął Tkaczyk zaraz po chwili, gdy postać Szumskiego niespodziewanie wtargnęła do jego gabinetu. — Człowieku! Czy ty nie masz komputera? Maile ci nie działają? Przestań mnie nachodzić, jeszcze komuś wyda się to podejrzane i narobisz kłopotów.

— Co zdecydowałeś? — zdesperowanym głosem zapytał niezrażony Karol.

— No żarty raczysz sobie stroić. Jak się umawialiśmy, no jak? Przecież wczoraj ci powiedziałem, że w ciągu dwóch przebudzeń pomyślę i sam się do ciebie odezwę. Nie wywieraj presji, potrzebuję więcej czasu.