Korepetycje z niepodległości - Sławomir Koper, Tymoteusz Pawłowski - ebook
Opis

W ramach obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

Korepetycje z niepodległości to pozycja, w której Sławomir Koper i Tymoteusz Pawłowski w przystępny i atrakcyjny sposób przedstawiają zawiłości wydarzeń sprzed stu lat. Autorzy nie skupiają się na wielkich słowach, wręcz przeciwnie – na całkiem przyziemnych sprawach. Opisują nie tylko kwestie społeczne, ekonomiczne czy finansowe, ale także stosunki międzyludzkie, gdyż to właśnie one decydowały o tym, dlaczego Polacy pragnęli niepodległości i w jaki sposób ją uzyskali.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 229

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sławomir KoperTymoteusz Pawłowski

Korepetycje z niepodległości

Copyright © by Sławomir Koper, Tymoteusz Pawłowski 2018

Wydanie I 

Warszawa MMXVIII

Książkę tę dedykujemy naszym synom: Grzegorzowi Koprowi oraz Augustowi i Konstantemu Pawłowskim, którzy mieli szczęście urodzić się w wolnej Polsce.

Od autorów

Pomysł napisania tej książki pojawił się jakiś czas temu, gdy zrozumieliśmy, że w ramach obchodów stulecia odzyskania niepodległości, w atmosferze patosu i w sytuacji nieustannego przywoływania tych samych faktów, zabraknie tego, co najważniejsze, a więc spostrzeżenia, że odrodzenie Polski to nie tylko Legiony Piłsudskiego, rok 1918 czy wojna z bolszewikami, ale długi, logiczny ciąg wydarzeń, który swój początek miał już w XVIII wieku. Odzyskanie niepodległości nie było bowiem kwestią kilku czy kilkudziesięciu lat – było ponad stuletnim procesem, a przyczyniły się do niego również pokolenia Polaków, którym nie było dane doczekać wolnej Polski. Poza tym odrodzenie suwerennego państwa to nie tylko polityka, lecz także procesy gospodarcze i społeczne, które znalazły swoje ukoronowanie pod koniec I wojny światowej. To również – a może nawet przede wszystkim – dzieje tych, którzy w 1918 roku cieszyli się z powstania II Rzeczypospolitej, pamiętając o swoich poprzednikach, licznych patriotach rodzących się i umierających w kraju podzielonym pomiędzy zaborców.

Nasza książka nie jest typową opowieścią o odzyskaniu niepodległości. Często pojawiają się w niej ciekawostki, które być może będą nowością dla wielu Czytelników. Chociażby informacja, że w skład odrodzonego państwa weszły ziemie – należące wcześniej do Królestwa Węgier – na których wciąż obowiązywała pańszczyzna, zniesiona dopiero przez Rzeczpospolitą w 1931 roku. Staramy się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przemysł na większości ziem polskich był słabo rozwinięty, a także wyjaśniamy, jaki był związek między powstaniem styczniowym a tym, że polscy kolejarze byli najlepiej urodzonymi i wykształconymi kolejarzami świata. Tłumaczymy też nagły fenomen patriotyzmu wśród dzieci chłopów i przedstawicieli mniejszości narodowych w drugiej połowie XIX wieku, a także to, dlaczego Polacy – jako chyba jedyna nacja europejska – zwracają się do siebie „pan” i „pani”, a nie jak inne narody europejskie – „ty” lub „wy”.

Takich ciekawostek jest w tej książce wiele – tym więcej, że staramy się wyjaśniać powody powstania obiegowych opinii utrwalonych przez lata propagandy, uprawianej zresztą nie tylko w oficjalnej historiografii epoki PRL, ale także w kręgach wychodźczych. Każda władza prezentuje bowiem swój własny obraz historii, który stara się narzucić społeczeństwu. Dlatego chętnie przeinacza fakty lub (w najlepszym wypadku) przemilcza to, co dla niej niewygodne. Z tego powodu Czytelnicy będą wielokrotnie zaskoczeni, gdy okaże się, że wydarzenia, o których słyszeli od lat, miały zupełnie inny przebieg lub w ogóle nie zaistniały.

Książka, którą trzymacie Państwo przed sobą, ma charakter popularyzatorski, a jej celem jest dotarcie do Czytelnika chcącego wyrobić sobie własne zdanie na temat przyczyn i okoliczności odzyskania niepodległości przez nasz kraj – do Czytelnika chcącego z jednej strony pogłębić swoją wiedzę, a z drugiej mieć okazję do innego, niesztampowego spojrzenia. Dla wielu Odbiorców nasze opinie na temat odradzania się niepodległego państwa mogą być zaskoczeniem, ale jako historycy mamy prawo przedstawić własną wizję tego procesu.

Na końcu naszej książki wyjątkowo nie zamieszczamy bibliografii, a to z tej prostej przyczyny, że musiałaby ona dorównywać objętością samej książce. Uważamy zarazem, że jeżeli ktoś będzie chciał pogłębić swoją wiedzę, to i tak dotrze do odpowiednich źródeł i opracowań. I zapewne wyrobi sobie własne zdanie na temat zagadnień, które poruszyliśmy.

Sławomir Koper

Tymoteusz Pawłowski

I. Zmierzch

1. Słowo „niepodległość”

Pieśń Legionów Polskich we Włoszech stała się naszym hymnem narodowym nie bez powodu, ponieważ pomimo swojej dość szybkiej i optymistycznej melodii jest ona najpoważniejszą polską pieśnią patriotyczną – pieśnią, a zarazem programem politycznym, którego najważniejszym fragmentem są słowa: „Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy”.

Do schyłku XVIII wieku państwo istniało jedynie wówczas, gdy zajmowało określoną powierzchnię, dysponowało siłami zbrojnymi i miało własnego monarchę. Gdy w 1795 roku zaborcy zabrali nam terytorium, rozbroili armię i przekupili Stanisława Augusta, żeby abdykował, państwo polskie przestało istnieć. Nie miało nic, co wiązało się z jego dalszym istnieniem. Wtedy jednak, jak napisał Józef Wybicki, okazało się, że istnienie państwa polskiego nie zależy od niczego innego, jak tylko od woli Polaków. W konsekwencji póki żyją Polacy, to „jeszcze Polska nie umarła”.

Słownikowe definicje niepodległości są z reguły zagmatwane, niejasne i nudne. Według nich niepodległość to niezależność jednego państwa (narodu) od innych państw w sprawach wewnętrznych i w stosunkach międzynarodowych. Jeszcze gorzej prezentują się definicje państwa, które najczęściej zależą od poglądów swoich twórców. Niektórzy twierdzą, że państwa powstają z woli Bożej, inni – że są skutkiem przemocy i podboju. Dla marksistów państwo było wyłącznie narzędziem utrwalającym panowanie klas posiadających, natomiast filozofowie oświeceniowi twierdzili, że jest ono wynikiem umowy społecznej. Tymczasem socjologowie wyrażali przekonanie, że jego istnienie wynika z solidarnego podziału obowiązków.

Józef Wybicki, obraz M. Bacciarellego.

Sprawa wydaje się jednak znacznie mniej skomplikowana, szczególnie z naszej perspektywy. Przez pierwszych osiemset lat historii państwa polskiego jego początki nie miały większego znaczenia, a jego istnienie wydawało się oczywiste. Dopiero gdy Polska przestała istnieć, okazało się, że bez niej żyje się znacznie gorzej, w związku z czym należy ją odbudować. Państwo polskie istnieje więc dlatego, że jest potrzebne swoim obywatelom.

Jakość życia obywateli może się wydawać pojęciem abstrakcyjnym, ale w gruncie rzeczy chodzi o podstawowe sprawy: służbę zdrowia, edukację i kulturę, satysfakcjonującą pracę, założenie szczęśliwej rodziny i bezpieczną starość w gronie życzliwej nam wspólnoty. Łatwiej to osiągnąć w społeczeństwie, które mówi tym samym językiem i przestrzega tych samych wartości. Dobra praca, troskliwi krewni, wspólnota sąsiadów i znajomych decyduje o szczęśliwym życiu, szczególnie gdy nikt nie będzie od nas żądał ryzykowania życia na wojnie z jakichś kompletnie nieistotnych powodów.

Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że niepodległość to w dużej mierze kwestia gospodarcza, gdyż wiąże się z dzieleniem środków na inwestycje. Po upadku Rzeczpospolitej polskie podatki zaczęły być dzielone w Petersburgu, Berlinie oraz Wiedniu i w ogromnej części wykorzystywano je na potrzeby państw zaborczych. Gdy w latach trzydziestych XIX wieku cała Europa budowała linie kolejowe i regulowała rzeki, największą inwestycją na ziemiach polskich była budowa warszawskiej cytadeli mającej pilnować, żeby miasto nie zbuntowało się przeciwko Rosjanom. Zadecydowano o tym w Petersburgu, ale budowano ją za nasze, polskie podatki. Kosztowała 22 miliony ówczesnych złotych, a za taką sumę można było uregulować Wisłę – czego zresztą do dzisiaj nie zrobiono – albo zbudować całą sieć kolejową, gdyż linia od Warszawy do Zagłębia Dąbrowskiego kosztowała nieco ponad 13 milionów.

Linie kolejowe budowano zresztą w taki sposób, by zapewnić dobre funkcjonowanie imperium, a nie wygodę mieszkańcom dawnej Rzeczypospolitej. Z Wilna można było łatwo dojechać do Warszawy, Wiednia czy Petersburga (wymagał tego interes imperium), ale już nie do Lwowa, do którego jechało się z przesiadkami 15 godzin!

Na dodatek zaborcy traktowali rozdartą Polskę jak pogranicze i z rozmysłem blokowali wszelkie inwestycje. Uznawano ją za teren przyfrontowy, wskutek czego największe polskie miasta zostały ogłoszone twierdzami. Wokół Warszawy, Krakowa, Poznania, Lwowa czy Wilna wyrosły łańcuchy fortów mające bronić jednych zaborców przed drugimi. Uniemożliwiały one rozwój miast, grunty w ich granicach były niezwykle drogie, podobnie wysokie były koszty zakupu czy wynajmu mieszkania. W efekcie w pojedynczych pokojach mieszkały całe rodziny, będące łatwym łupem dla różnego rodzaju chorób. To był też jeden ze skutków utraty niepodległości, o którym niestety rzadko wspomina się w szkołach. Pamiętajmy też, że obecny brak mieszkań, szczególnie dotkliwy dla młodych rodzin, jest nie tylko skutkiem II wojny światowej, ale też spadkiem po czasach zaborów.

Niepodległość to jednak nie tylko pieniądze, lecz także bezpieczeństwo. Odpowiednia polityka zagraniczna potrafi znacznie zminimalizować ryzyko wojny. Konflikty zbrojne z Persami, Turkami, Węgrami, Włochami czy Duńczykami nie zwiększały bezpieczeństwa Polaków. Ale przecież w Petersburgu, Wiedniu czy Berlinie nikt nie przejmował się interesami naszych rodaków. W efekcie do 1918 roku bardzo często zdarzało się, że Polak zabijał Polaka w interesie cara, cesarza czy kajzera. Warto o tym pamiętać, gdy twierdzi się, że powstania narodowe przyniosły śmierć dziesiątkom tysięcy Polaków, a zapomina, że ofiarami służby w zaborczych armiach padły setki tysięcy, jeżeli nie miliony naszych przodków.

Skomplikowana definicja państwa jest nam właściwie niepotrzebna, gdyż w języku polskim słowo to nierozerwalnie wiąże się z niepodległością i suwerennością. Oznacza bowiem tych, którzy sami są dla siebie panami na określonym obszarze. Zatem zarówno kraj, czyli formę organizacji społecznej, jak i rodzinę – podstawową komórkę społeczną. Nie oznacza to jednak, że każdy obywatel może postępować wyłącznie tak, jak ma na to ochotę. Niepodległość to wolność i odpowiedzialność negocjowana bez przerwy w rodzinnej i państwowej wspólnocie. Tak rozumiane niepodległe państwo polskie zrodziło się w latach 1914–1921, kiedy to suwerenny naród tworzył sobie warunki do odpowiedzialnego korzystania z wolności w imię lepszego życia dla siebie i dla przyszłych pokoleń.

2. Rzeczpospolita Obojga Narodów

Polska państwowość była projektem obywatelskim co najmniej od czasów Kazimierza Odnowiciela, kiedy to nasi przodkowie uznali, że warto stworzyć własne państwo, a najlepiej odbudować je na gruzach plemiennego imperium wojennego stworzonego przez Mieszka I i Bolesława Chrobrego, które rozpadło się około 1031 roku w wyniku pierwszego rozbioru pomiędzy Rusinów, Czechów i… Mazowszan. Na szczęście już kilka lat później pojawił się Kazimierz Odnowiciel, a państwo Polan stało się Polską.

Ponownie nasi przodkowie opowiedzieli się za utrzymaniem Polski na przełomie XIII i XIV wieku, gdy uznali, że typowe dla czasów feudalnych rozbicie dzielnicowe nie jest dobrym rozwiązaniem i należy Polskę zjednoczyć. Na króla wybrali sobie Władysława Łokietka i od tej pory wszyscy królowie w Polsce byli obieralni. To właśnie w czasach Władysława Łokietka i jego syna – Kazimierza Wielkiego – kraj zaczyna się określać jako Rzeczpospolitą. Słowo to można rozumieć jako dosłowne tłumaczenie łacińskiego wyrażenia „res publica” albo jako „wspólne przedsięwzięcie” czy „projekt obywatelski”.

Obywatelami Rzeczypospolitej, czyli mieszkańcami państwa mającymi pełnię praw politycznych, byli rycerze. Od połowy XV wieku grupa ta masowo porzucała wojenne rzemiosło, skupiając się na uprawie roli i przekształcając się w szlachtę. Jednocześnie zdobywała coraz więcej władzy, zabierając królowi i radzie koronnej prawo do nakładania podatków, zwoływania wojsk, stanowienia praw czy wyboru monarchów. W praktyce wybór ten dotyczył całych dynastii: początkowo Piastów, a potem Andegawenów, Jagiellonów, Wazów (postrzeganych zresztą jako Jagiellonowie) i wreszcie Wettinów.

W kolejnych wiekach do projektu obywatelskiego zwanego Rzecząpospolitą przyłączyły się Prusy, Inflanty i Wielkie Księstwo Litewskie. Jako pierwsi akces do Rzeczypospolitej zgłosili mieszkańcy Prus, którzy zbuntowali się przeciwko władzy zakonu krzyżackiego. Po wojnie trzynastoletniej do Korony dołączyły zatem Prusy Królewskie, zachowujące zresztą dużą niezależność, a szczególnie silne były miasta portowe: Gdańsk i Elbląg. Później – bo dopiero w 1526 roku – do Polski zostało przyłączone Mazowsze. Często o tym zapominamy, ale księstwo to przez poprzednich pięć i pół wieku zdołało zachować swoją odrębność.

Stanisław August Poniatowski (malarz nieznany).

Wprawdzie już w 1385 roku Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie połączyły się unią podpisaną w Krewie, jednak przez niemal dwa stulecia związek ten był wyjątkowo luźny. Polska i Litwa stanowiły dwa odrębne organizmy państwowe, w których występowały różne formy rządów, a czasami panowali też różni władcy prowadzący swoją własną politykę zagraniczną. Oba państwa toczyły odrębne wojny, a czasem nawet wojowały pomiędzy sobą. Wielkie Księstwo Litewskie było zresztą – wbrew swojej nazwie – państwem ruskim, gdyż większość mieszkańców stanowili Rusini (dzisiaj nazwalibyśmy ich Białorusinami). Językiem urzędowym był język ruski, a przeważającą religią – prawosławie. Litewska była natomiast panująca tam dynastia Jagiellonów, chociaż już dziad Jagiełły lepiej porozumiewał się po rusku niż po litewsku. Jednak skoro dynastia miała pochodzenie litewskie, to państwo Rusinów nazywało się Litwą.

Problem polegał na tym, że inne państwo ruskie – Księstwo Moskiewskie – próbowało zjednoczyć pod swoją władzą wszystkich Rusinów i stworzyć „Wszechruś”. Z tego powodu pierwszym celem Moskwy stało się rozbicie Wielkiego Księstwa Litewskiego i plan ten omal się nie powiódł. Wówczas jednak Polacy i Litwini podpisali w 1569 roku unię lubelską i w obronie Litwy (a także Inflant) stanęła zjednoczona z nią Korona Królestwa Polskiego. Moskali udało się odeprzeć.

W 1569 roku powstała zatem Rzeczpospolita Obojga Narodów. Było to państwo wyjątkowo niejednolite, składające się głównie z Korony i Litwy, ale także z mniejszych terytoriów o różnym zakresie autonomii. Na Litwie językiem urzędowym był ruski, w Koronie łacina, a w miastach niemiecki. Miastem rezydencjonalnym króla i wielkiego księcia była Warszawa, stolicą Królestwa Polskiego (i miastem koronacyjnym) Kraków, a stolicą Litwy – Wilno, od końca XVII wieku zastępowane w tej roli przez Grodno. Równocześnie wykształciły się trzy prowincje parlamentarne: wielkopolska (wraz z Prusami i Mazowszem), małopolska (wraz z Kijowszczyzną) oraz litewska.

Gospodarka Rzeczypospolitej opierała się na produkcji i eksporcie żywności, głównie zboża. Dobra koniunktura rozpoczęła się w początkach XVI wieku, gdy do Europy, a szczególnie do Hiszpanii, napłynęły złoto i srebro z Ameryki. Hiszpanie wydawali je na zakupy za granicą: Europa Zachodnia specjalizowała się w produkcji przemysłowej, natomiast Europa Środkowa (od linii Łaby na wschód) – w produkcji żywności. Z perspektywy stuleci okazało się, że przemysł jest bardziej opłacalny niż rolnictwo, co Rzeczpospolita zaczęła odczuwać już pod koniec XVII stulecia.

To właśnie w tych latach polsko-litewskie państwo przeszło swój największy kryzys. Rozpoczął się on od powstania Kozaków, które sprowokowało najazdy sąsiadów: wojnę z Moskwą i szwedzki „potop”. Rzeczpospolita była blisko kolejnego rozbioru, tym razem pomiędzy Kozaków, Moskali, Szwedów, Brandenburczyków i Siedmiogrodzian. Sytuacja w latach 1654–1656 była znacznie gorsza niż 140 lat później, jednak naród, czy też narody Rzeczypospolitej, zdołały uratować jedność państwa. Duża była w tym zasługa Jana Kazimierza, który wykazał się determinacją i wolą walki.

Na kolejne stulecie – XVIII wiek – często patrzymy jak na okres upadku, degrengolady i obcych interwencji. W rzeczywistości jednak nie wyglądało to tak źle, Rzeczpospolita była bowiem typowym krajem europejskim. Problem stanowiła jednak niewielka liczebność wojsk, wynikająca z tego, że państwo nie prowadziło wojen. Obecnie zwraca się uwagę na negatywne strony takiej sytuacji, a szczególnie na kilkakrotne wtargnięcie wojsk rosyjskich i pruskich na nasze ziemie w czasie wojen śląskich (1740–1763). Obce armie rabowały, przymusowo wcielały polskich chłopów do swoich szeregów, a co gorsza – przynosiły zarazy. Nie zapominajmy jednak o tym, że Prusy, które dysponowały potężną armią i prowadziły długotrwałe wojny, przez kilkanaście lat były regularnie plądrowane przez obce wojska, a zaraza na ich ziemiach stała się permanentna.

Dobrą stroną braku licznej armii były niewysokie podatki. Obecnie szacuje się – licząc podatki wraz z pańszczyzną – że nawet najbardziej eksploatowany chłop miał w XVIII wieku stosunkowo mniejsze obciążenia fiskalne niż dzisiejszy Europejczyk. Wprawdzie z perspektywy czasu pańszczyzna, czyli obowiązek pracy na rzecz pana, kojarzy się jak najgorzej, jednak w rzeczywistości odgrywała ona rolę bezgotówkowej opłaty czynszowej. Obrażanie się na osiemnastowieczną pańszczyznę można porównać do obrażania się na obecny czynsz za mieszkanie czy kredyt na samochód.

Wbrew przyjętym powszechnie poglądom sytuacja chłopów w Rzeczypospolitej była w XVIII wieku całkiem korzystna. Żyło im się tak dobrze, że na ziemie polskie masowo uciekali chłopi z sąsiednich państw, szczególnie z Prus i Moskwy. Po pierwszym rozbiorze dołączyli do nich również polscy chłopi uciekający z ziem przyłączonych przez Austrię. Tym ostatnim trudno się zresztą dziwić, ponieważ ich sytuacja znacznie się pogorszyła, jako że płacili znacznie wyższe podatki i byli masowo wcielani do wojska.

Wewnętrzna sytuacja polityczna w Rzeczypospolitej w XVIII wieku nie odbiegała od przeciętnej europejskiej. Rola parlamentu była mniejsza, niż dziś się powszechnie uważa, zatem zrywanie sejmów nie stanowiło tak wielkiej tragedii, a idea liberum veto była (i nadal jest) bardzo interesująca. Obecnie uznawana jest za doskonałe rozwiązanie i funkcjonuje chociażby w Unii Europejskiej. Wprawdzie na przełomie XVII i XVIII wieku rzeczywiście nadużywano w Polsce tej instytucji, ale za czasów Stanisława Augusta żaden sejm nie został zerwany. Owszem – za panowania tego władcy dwa razy usiłowano zastosować liberum veto, przy czym za pierwszym razem zrobił to Józef Wybicki, a za drugim Tadeusz Rejtan. Warto o tym pamiętać…

Z niewiadomych przyczyn złą sławę ma także tradycja elekcji króla. Czy rzeczywiście było to złe rozwiązanie? Nie wolno zapominać, że w momencie gdy w Polsce zrezygnowano z wyboru głowy państwa (Konstytucja 3 maja), w Stanach Zjednoczonych zdecydowano się na powszechne wybory prezydenckie. Zresztą – co trzeba podkreślić – tylko jedna elekcja miała fatalny przebieg: ta, podczas której wybrano na króla Stanisława Augusta.

3. Upadek państwa

Wybór Stanisława Augusta Poniatowskiego na króla Polski i wielkiego księcia litewskiego zapoczątkował gwałtowne zmiany, które ostatecznie doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej. Początkowo nic tego nie zapowiadało, bo chociaż w państwie nie działo się najlepiej już od ponad stu lat, to jednak XVIII wiek był okresem stabilizacji. Najważniejszymi sojusznikami Rzeczypospolitej stali się Rosjanie, mający coraz większy wpływ na polską scenę polityczną. To właśnie decyzje podjęte w Petersburgu sprawiły, że August II Mocny odzyskał władzę, później odziedziczył ją po nim jego syn, po którym z kolei nastąpił Stanisław August.

Po wyborze na króla Poniatowski dodał do swojego imienia imię „August”, co sygnalizowało nie tylko sympatię do lubianego poprzednika, ale także zamiar kontynuowania jego polityki. Jednak nowy król był powszechnie uważany za moskiewską marionetkę, czemu zresztą trudno się dziwić. Monarcha miał 34 lata i wcześniej właściwie niczym się nie wyróżnił, a jego jedynym „osiągnięciem” wydaje się to, że przez pewien czas był kochankiem carycy Katarzyny II. Na domiar złego władczyni Rosji niebawem po elekcji Stanisława Augusta zdecydowała się zwiększyć swoje wpływy w Rzeczypospolitej, wykorzystując w tym celu mniejszości wyznaniowe, które objęła swoją ochroną. W 1768 roku wojska rosyjskie sterroryzowały sejm, a ten uchwalił, że prawa w państwie polskim będą gwarantowane przez Katarzynę. To właśnie wówczas – 26 lutego 1768 roku – Rzeczpospolita stała się protektoratem Rosji.

Już dwa dni później została zawiązana konfederacja barska, czyli porozumienie polityczne wymierzone przeciwko tym zmianom. Król Stanisław August odpowiedział wezwaniem wojsk rosyjskich i rozpoczęły się czteroletnie zmagania, nazywane wojną domową, wojną w obronie niepodległości albo powstaniem narodowym. Przegrali zarówno konfederaci, jak i Rosjanie, którzy musieli prosić o pomoc Austrię i Prusy. Była to sytuacja wyjątkowa, dotychczas bowiem nigdy nie doszło do współpracy pomiędzy tymi państwami i z reguły dwa słabsze toczyły wojnę przeciwko silniejszemu. Nagrodą dla Prus i Austrii (a także dla Rosji) były przygraniczne ziemie Rzeczypospolitej. Dziś utratę tych ziem nazywamy pierwszym rozbiorem, ale wtedy nie używano tej nazwy. Ówczesne straty terytorialne uważano po prostu za skutek kolejnego niekorzystnego traktatu pokojowego.

Katarzyna II, obraz I. Arguno.

Klęska Rzeczypospolitej wydawała się wynikać ze złej sytuacji międzynarodowej, jednak ta już wkrótce zaczęła się polepszać, a między zaborcami pojawiły się poważne rozdźwięki. Jednocześnie poprawiła się koniunktura gospodarcza, dzięki czemu w latach osiemdziesiątych XVIII wieku ziemie polskie przeżyły bujny rozwój ekonomiczny, który pozwolił między innymi na kilkukrotne powiększenie sił zbrojnych. W takiej sytuacji Rosjanie zgodzili się na zwołanie w Warszawie sejmu, zwanego później czteroletnim, który jednak zamiast udzielić im poparcia, zaczął reformować państwo i wprowadzać zmiany uniemożliwiające obce interwencje. 3 maja 1791 roku uchwalono Konstytucję.

Zgodnie z nią Rzeczpospolita stawała się monarchią konstytucyjną, w której obowiązywał trójpodział władzy. Tron miał być dziedziczny w rodzie Wettinów – potomków Augusta II i Augusta III. Uchwalając Konstytucję, odrzucono gwarancje carycy Katarzyny, co oznaczało zrzucenie rosyjskiego protektoratu. Jednak zmianą, która najbardziej godziła w interesy Petersburga, było zjednoczenie Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz Korony Królestwa Polskiego w jedno niepodzielne państwo. W gruncie rzeczy podważało to sens istnienia Rosji jako państwa jednoczącego wszystkie ziemie dawnej Rusi. Ukraińcy i Litwini (Białorusini), praktycznie już spolonizowani, na mocy Konstytucji 3 maja stawali się Polakami także formalnie.

W tej sytuacji Rosja zakończyła wszystkie inne konflikty i zaatakowała Polskę.

Wojna 1792 roku – „wojna w obronie konstytucji” – była krótka, a za pretekst do jej rozpoczęcia posłużyła konfederacja targowicka (spisana – o czym warto pamiętać – w stolicy Rosji, Petersburgu). Rzeczpospolita liczyła na pomoc Prus, z którymi wiązał ją sojusz. Wojsko Polskie nie dało się rozbić Moskalom i wycofało się pod Warszawę. Jednak w chwili, gdy decydowały się losy państwa – w chwili, gdy nic jeszcze nie było rozstrzygnięte, a Polacy szykowali się do decydującej bitwy z Moskalami – Prusacy ogłosili, że nie zamierzają pomagać Rzeczypospolitej. Co gorsza, król Stanisław August zgłosił akces do konfederacji targowickiej i przeszedł na stronę wrogów. Dalsza walka stała się niemożliwa, a późnym latem 1793 roku przygraniczne ziemie Rzeczypospolitej zagarnęli Rosjanie i Prusacy. Dopiero z perspektywy lat nazwano to wydarzenie drugim rozbiorem, Polska bowiem wciąż istniała.

Wojna z Rosją miała dalekosiężne skutki gospodarcze. Zrujnowała gospodarkę Rzeczypospolitej, doprowadziła do fali bankructw i załamania systemu bankowego. Wielu ludzi straciło dorobek całego życia, a państwo polskie poniosło klęskę nie tylko militarną i polityczną, ale także gospodarczą.

Kraj był okupowany, a zaborcy czekali na pretekst, aby wymazać go z mapy świata. Powód niebawem się znalazł, była nim tak zwana insurekcja kościuszkowska, którą w dużej mierze sprowokowali Rosjanie. Powstanie upadło jesienią 1794 roku, a 24 października 1795 roku caryca Katarzyna, cesarz austriacki Franciszek oraz król pruski Fryderyk Wilhelm uzgodnili ostateczne zniszczenie Polski. Największe terytoria dostali Rosjanie, najwięcej poddanych – Austriacy, a najbogatsze ziemie – Prusacy. Królowi Stanisławowi Augustowi zapłacono za abdykację, a także ustalono, że odtąd nie będzie się używało nazwy „Polska”, co miało trwać po wieczne czasy.

Błędne przekonanie zaborców wynikało z przestarzałego feudalnego rozumienia państwa jako dóbr monarchy. Skoro Stanisław August abdykował, a jego dobra zostały przejęte przez sąsiadów, państwo polskie przestało istnieć. Jednak Polacy traktowali państwo w sposób nowoczesny – jako „projekt obywatelski”, jako „wspólne przedsięwzięcie”, jako „Rzeczpospolitą”. Dali temu wyraz już po kilkunastu miesiącach, podejmując w 1797 roku walkę o odbudowę swojej państwowości. Wówczas też powstała pieśń, w której wprost stwierdzano, że istnienie Polski zależy tylko od woli jej obywateli. Pieśń ta była czymś więcej niż Mazurkiem Dąbrowskiego, czymś więcej niż Pieśnią Legionów Polskich we Włoszech – była wyzwaniem rzuconym zaborcom, a także manifestem programowym. Nic więc dziwnego, że dzisiaj jest hymnem państwowym Rzeczypospolitej Polskiej.

4. Echa upadku Rzeczypospolitej

Upadek Rzeczypospolitej w 1795 roku początkowo był tylko problemem politycznym. Niechętnie go analizowano, a jeśli już, to niemal wyłącznie w kategoriach wspomnień o zmarłych czy opowieści o bohaterskich czynach. Przez długi czas nie było w tych wspomnieniach głębszej refleksji, gdyż być jej nie mogło.

Dla niektórych – szczególnie dla arystokratów oraz chłopów – nie miało większego znaczenia to, czyimi są poddanymi. Arystokracja dostała od zaborców tytuły hrabiowskie i synekury w gwardii przybocznej, a chłopi – zwiększenie obciążeń pańszczyźnianych i podatkowych. Poddani nie dyskutowali na temat upadku Rzeczypospolitej.

Ale byli także inni – głównie średnia szlachta i mieszczanie – którzy czuli się obywatelami Rzeczypospolitej i nie odpowiadała im zmiana przynależności państwowej. Jednak także oni nie mogli dyskutować o upadku Rzeczypospolitej, gdyż było to traktowane jako jakobinizm, czyli sprzyjanie rewolucji francuskiej. Pamiętajmy, że pruska agresja na Rzeczpospolitą w 1793 roku była oficjalnie tłumaczona jako… walka z rewolucją francuską.

Dopiero po kongresie wiedeńskim pokuszono się o ocenę upadku Rzeczypospolitej. Pionierem był Joachim Lelewel, który przestudiował panowanie Stanisława Augusta, dzieje insurekcji kościuszkowskiej i powstania listopadowego. W swojej pracy Panowanie króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego: obejmujące trzydziestoletnie usilności narodu podźwignienia się, ocalenia bytu i niepodległości w sposób dość charakterystyczny podsumował ostatnie lata Rzeczypospolitej: „Stanisław August był pan bardzo dobry [...], ale wpływem obcym na tronie osadzony [...] zawiedziony był naród, że ufał okolicznościom, polityce i traktatom, którym powinien był nie ufać [...] naród nie mógł w upodleniu gnuśnieć, o niepodległości i wolności zapomnieć: król nie miał duszy, aby się z jarzma wydobył”1.

Joachim Lelewel (malarz nieznany).

Upadek powstania listopadowego po raz kolejny utrudnił dyskusje historyczne, dlatego dopiero po powstaniu styczniowym podjęto próbę oceny przyczyn rozbiorów. Stało się to w Krakowie, pod panowaniem austriackim, gdzie istniała największa na ziemiach polskich autonomia narodowa. Tamtejsi historycy, z Józefem Szujskim na czele, uznali, że za upadek Polski odpowiadają przede wszystkim sami Polacy. Do rozbiorów miały doprowadzić: wadliwy ustrój, bałagan, anarchia i prywata. Opinie środowiska, które dziś nazywamy krakowską szkołą historyczną, nie wszystkim przypadły do gustu. Adam Asnyk napisał wówczas wiersz Historyczna nowa szkoła, w którym krytykował nowe ustalenia:

W pełnym świetle jej dochodzeń

Jasną gwiazdą lśni despotyzm

I wychodzi czysto na wierzch

Targowicy patryjotyzm…

Gdyż Kościuszko to był wariat,

Co buntował proletariat!2

Na drugim biegunie stała – uformowana kilka lat później – „warszawska szkoła historyków” z Tadeuszem Korzonem na czele. To środowisko uznawało z kolei, że winę za upadek Rzeczypospolitej ponoszą jej agresywni sąsiedzi.

Konflikt pomiędzy warszawską a krakowską szkołą historyczną uchodzi za spór fundamentalny. Jest dyskusją o miejsce Polski w świecie, polemiką na temat tego, czy Polacy mogą być podmiotem polityki, czy tylko jej przedmiotem. Czy zależą wyłącznie od innych, czy też mogą samodzielnie osiągnąć i utrzymać niepodległość?

Gdy w 1918 roku okazało się, że Polacy mogą odzyskać niepodległość bez niczyjej pomocy, pojawiła się nowa optyka w postrzeganiu rozbiorów. Jej prekursorem był Józef Piłsudski, który zajmował się również historią, a jego badania nad powstaniem styczniowym mają dużą wartość naukową. Nic zatem dziwnego, że w czasach II Rzeczypospolitej krakowska szkoła historyczna straciła na znaczeniu, skupiono się natomiast na promowaniu legendy powstań narodowych. W ten sposób wychowano całe pokolenie, co w przyszłości miało zadecydować o bardzo aktywnym udziale Polaków w II wojnie światowej.

Niestety, po jej zakończeniu Polska ponownie wpadła w ręce Rosjan (tym razem pod szyldem Związku Sowieckiego) i podległych im miejscowych komunistów. Z oczywistych przyczyn promowano opinie, że za upadek Polski odpowiadają przede wszystkim sami Polacy. Propaganda epoki PRL poszła nawet dalej, głosząc, że skoro Polacy sami są sobie winni, muszą przyjąć postawę pokornych i posłusznych wykonawców poleceń z Moskwy.

Taka wizja historii naszego kraju była promowana w różny sposób, a chroniła ją cenzura prewencyjna, która zapobiegała jakiejkolwiek krytyce Rosji. Przykładem niech będzie znakomita książka Normana Daviesa Boże igrzysko, oficjalnie wydana w ostatnich miesiącach istnienia PRL. Cenzura zdołała wymusić zmiany w tekście, ale nie mogła zapobiec ujawnieniu swoich ingerencji. Te zaś bywały zadziwiające, czego potwierdzeniem może być zmiana sformułowania „zaborcy, a zwłaszcza Rosja” na ogólne określenie „zaborcy”.

Warto też pamiętać, że nasze postrzeganie przyczyn upadku Rzeczypospolitej oraz sposobów jej odbudowy jest kształtowane przez lektury, a także filmy i programy telewizyjne. Poza tym kwestia, czy Polacy mogą wpływać na losy swojego państwa, czy są jedynie zabawką w rękach ościennych mocarstw, jest fundamentalna i nie straciła aktualności także w XXI wieku.

5. Nie tylko Rzeczpospolita…

Niezależnie od tego, jak nazwiemy losy Rzeczypospolitej – zaborami, rozbiorami czy utratą niepodległości – nie były one niczym nadzwyczajnym. Państwa europejskie, które zdołały zachować niepodległość i całość terytorialną, należą raczej do wyjątków, chociaż trzeba przyznać, że niektórym dzisiejszym mocarstwom utrata suwerenności i jedności przydarzyła się jeszcze w średniowieczu.

Na upadki ówczesnych państw patrzymy jednak z perspektywy tak wielu stuleci, że często nie zauważamy dość istotnych szczegółów. Ruś została podbita przez Tatarów w XIII wieku i już nigdy nie zdołała odzyskać jedności. Węgry po bitwie pod Mohaczem w 1526 roku podzielono na trzy części i stan ten trwał niemal trzysta lat. Podobnie potoczyły się losy Bułgarii, która na cztery stulecia została wymazana z mapy Europy, tak jak Serbia. Istniały też takie państwa – jak Księstwo Burgundii czy Cesarstwo Bizantyjskie – które całkowicie zniknęły z kart historii. Wprawdzie wspominanie o ich losach w kontekście polskich rozbiorów może się wydawać nieco dziwne, ale przecież Burgundia czy Bizancjum przestały istnieć w tym samym czasie co Bułgaria, Serbia czy Węgry.

Średniowiecze to również czasy rozbicia dzielnicowego niemal wszystkich państw Europy. Polacy znają tę epokę niejako z własnego doświadczenia i oceniają bardzo surowo: trwała blisko dwa stulecia i znacznie osłabiła Królestwo Polskie. Ale dla niektórych państw rozbicie dzielnicowe trwało o wiele dłużej, czego najlepszym przykładem są Niemcy i Włochy. Oczywiście można uznać, że rozbicie feudalne tych krajów trwało tak długo, że stało się normą, lecz wówczas procesy zjednoczeniowe z XIX wieku oznaczają utratę niepodległości przez Saksonię, Bawarię, Toskanię, Neapol i wiele innych państw. Ich losy są zatem tożsame z dziejami Rzeczypospolitej, bo jeśli uznamy, że Saksonia czy Toskania były ofiarami złożonymi na ołtarzu jedności Niemiec i Włoch, to jak wytłumaczymy istnienie Austrii, Luksemburga, Liechtensteinu, Szwajcarii, San Marino czy nawet Watykanu? Przecież są to państwa, które uniknęły zjednoczenia „krwią i żelazem” z Niemcami i Włochami, a co więcej – państwa dumne ze swojej niepodległości. Czy zatem równie dumne nie powinny być Saksonia, Bawaria i Toskania?

Dawny budynek parlamentu szwedzkiego Riksdagu, fot.: H. Ellgaard.

Były także przykłady rozbiorów i zaborów, których podobieństwa do losów Rzeczypospolitej są oczywiste. Pod tym kątem warto przyjrzeć się bliżej dziejom dwóch innych państw: chanatu krymskiego oraz Szwecji. Straciły one suwerenność dokładnie w tym samym czasie co Polska, zresztą z podobnych powodów.