Żony bogów. Muzy wielkich literatów - Sławomir Koper - ebook

Żony bogów. Muzy wielkich literatów ebook

Sławomir Koper

4,3

Opis

Bestsellerowa pozycja Sławomira Kopra.

Czy bycie żoną Witkacego, Gombrowicza, Mrożka albo Miłosza było radością, czy raczej brzemieniem?

Kim były kobiety, które stały u boku tych charyzmatycznych twórców?

My znamy ich jako wielkich artystów. One poznały wszystkie odcienie ich osobowości - od tych najjaśniejszych po najmroczniejsze.

Żyjąc w cieniu sławnych mężów, na co dzień stawiały czoła ich słabościom, lękom, nałogom. Znosiły ich kaprysy, wybaczały.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 420

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (20 ocen)
10
6
4
0
0
Sortuj według:
Joannab2

Dobrze spędzony czas

Bardzo, bardzo ciekawe historie. Sporo szczegółów z życia opisywanych postaci. Czyta się lekko i przyjemnie. Polecam lekturę.
00
kajaz

Nie oderwiesz się od lektury

Książka ciekawa i wnosząca nowe informacje o życiu naszych wielkich pisarzy XX wieku którzy nie byli wcale tacy święci. Polecam.
00
zulejkamm

Nie oderwiesz się od lektury

link
00

Popularność




Od autora

Od autora

Gdy kil­ka­na­ście lat temu pisa­łem książkę Kobiety w życiu Mic­kie­wi­cza, wiele myśla­łem o part­ner­kach i żonach naszych naj­wy­bit­niej­szych pisa­rzy. Mał­żeń­stwo z geniu­szem ni­gdy nie jest łatwym zada­niem, nie bez powodu ludzie obda­rzeni nie­zwy­kłym talen­tem czę­sto two­rzą tok­syczne związki. Cier­pią na tym ich part­nerki i dzieci, a ogni­sko rodzinne czę­sto przy­po­mina domowe pie­kło. Przy­kła­dów jest wiele – udane związki należą do rzad­ko­ści, a znacz­nie czę­ściej mamy do czy­nie­nia z tymi kom­plet­nie chy­bio­nymi.

My, Polacy, cier­pimy na dziwną przy­pa­dłość. Pozba­wiamy naszych boha­te­rów życia pry­wat­nego i ogra­ni­czamy się co naj­wy­żej do odno­to­wa­nia faktu zawar­cia mał­żeń­stwa i wyli­cze­nia ewen­tu­al­nego potom­stwa. Nie­chęt­nie wspo­mi­namy o roz­wo­dach i ponow­nych ślu­bach, wyrzu­camy z pamięci zdrady mał­żeń­skie i nie­for­malne związki. Nie­ślubne dzieci rów­nież są pomi­jane mil­cze­niem, tak samo zresztą jak skłon­no­ści homo­sek­su­alne albo uza­leż­nie­nie od alko­holu, nar­ko­ty­ków czy hazardu. W naszych pod­ręcz­ni­kach two­rzymy pomniki hero­sów albo raczej gale­rię papie­ro­wych postaci. Tym­cza­sem ludzie „dotknięci pal­cem Boga”, twórcy o nie­praw­do­po­dob­nych umy­słach, byli i są szcze­gól­nie nara­żeni na pokusy tego świata. I czę­sto ule­gają im ze szkodą dla sie­bie i swo­ich naj­bliż­szych.

Wielu gigan­tów naszej kul­tury zało­żyło rodziny, jed­nak ich losy nie zawsze były godne pozaz­drosz­cze­nia. Pod­czas gdy oni zdo­by­wali sławę i na zawsze zapi­sy­wali się na kar­tach naszej histo­rii, ich żony i dzieci pozo­sta­wały w cie­niu, czę­sto prze­kli­na­jąc los, który zwią­zał ich z geniu­szem.

Szcze­gólna uwaga należy się ich part­ner­kom życio­wym, tym mało zna­nym żonom bogów. To one musiały zapew­nić codzienne funk­cjo­no­wa­nie rodziny i zadbać o jej naj­waż­niej­sze potrzeby życiowe. Czę­sto też cier­piały nie­do­sta­tek, nie zawsze bowiem sława part­nera szła w parze z powo­dze­niem finan­so­wym. Były żonami, muzami, kochan­kami, kuchar­kami, a czę­sto też pie­lę­gniar­kami trosz­czą­cymi się o swo­ich męż­czyzn do ostat­nich chwil ich życia.

Witold Gom­bro­wicz, Sła­wo­mir Mro­żek, Cze­sław Miłosz, Sta­ni­sław Ignacy Wit­kie­wicz, Jaro­sław Iwasz­kie­wicz. Pię­ciu gigan­tów naszej lite­ra­tury, jedni z naj­wy­bit­niej­szych pol­skich pisa­rzy XX stu­le­cia. Pierw­sza trójka w pew­nym momen­cie życia zna­la­zła się na emi­gra­cji. Two­rzyli z dala od kraju, a na swój triumf musieli cze­kać latami. Ich nazwi­ska są znane każ­demu Pola­kowi, ale czy wiele osób wie, jak nazy­wały się ich part­nerki życiowe i jak poto­czyły się ich losy? Jaki wpływ wywarły na życie i twór­czość swo­ich mężów?

A w opo­zy­cji do nich Jaro­sław Iwasz­kie­wicz, który pozo­stał w kraju, a po zawar­ciu kon­sen­susu z komu­ni­stami stał się naj­bar­dziej wpły­wo­wym lite­ra­tem epoki PRL. Twór­czość jego zresztą też prze­trwała, praw­dziwy talent bowiem zawsze się obroni. Ale nawet on ni­gdy nie osią­gnąłby swo­jej pozy­cji lite­rac­kiej, gdyby nie żona, która zawsze pozo­sta­wała w jego cie­niu.

I o tym wła­śnie jest ta książka – o losach kobiet, które miały szczę­ście (lub pecha) zwią­zać się z naj­wy­bit­niej­szymi posta­ciami naszej kul­tury i towa­rzy­szyć im na dobre i na złe; o paniach, które, pozo­sta­jąc w cie­niu, nie tylko wypeł­niały domowe obo­wiązki, ale też inspi­ro­wały swo­ich bogów, wspi­na­ją­cych się przy ich pomocy na lite­racki olimp.

Sła­wo­mir Koper

Roz­dział I. Rita, żona Witolda

Rita i Witold Gom­bro­wi­czo­wie w swoim fran­cu­skim miesz­ka­niu w Vence, 21 sierp­nia 1968 roku.fot. Boh­dan Paczow­ski/FOTO­NOVA/EN

Roz­dział I

Rita, żona Witolda

Homo­sek­su­alizm Witolda Gom­bro­wi­cza nie był w śro­do­wi­sku lite­rac­kim tajem­nicą. Dla­tego dużym zasko­cze­niem było to, że w 1968 roku oże­nił się on ze swoją asy­stentką, Marie–Ritą Labrosse. Kilka mie­sięcy póź­niej zmarł, a wdowa została wyko­naw­czy­nią jego testa­mentu lite­rac­kiego. Po latach zde­cy­do­wała się też opu­bli­ko­wać intymny dzien­nik męża, uwa­ża­jąc, że wszy­scy mają prawo znać prawdę o Gom­bro­wi­czu.

Pierw­sze spo­tka­nie

Marie-Rita była młod­sza od Gom­bro­wi­cza o 31 lat. Uro­dziła się w Pier­re­fonds pod Mont­re­alem i pocho­dziła z fran­cu­sko­ję­zycz­nej rodziny rol­ni­ków. Jej pasją była lite­ra­tura fran­cu­ska, którą stu­dio­wała na uni­wer­sy­te­cie w Mont­re­alu, a następ­nie na pary­skiej Sor­bo­nie. Na uni­wer­sy­te­cie w Aix-en-Pro­vence roz­po­częła przy­go­to­wy­wa­nie dok­to­ratu o twór­czo­ści Colette, jed­nak praca ta szła bar­dzo powoli. Wów­czas pro­mo­tor zapro­po­no­wał jej pobyt w daw­nym klasz­to­rze cyster­sów w Roy­au­mont pod Pary­żem. Od lat dzia­łało tam Mię­dzy­na­ro­dowe Cen­trum Kul­tu­ralne sły­nące ze zna­ko­mi­tych warun­ków do pracy twór­czej.

I rze­czy­wi­ście – trudno wyobra­zić sobie miej­sce, które bar­dziej sprzy­ja­łoby twór­czo­ści lite­rac­kiej. Pocho­dzące z XIII wieku opac­two zacho­wało się w ide­al­nym sta­nie. Surowe, prze­piękne śre­dnio­wieczne wnę­trza, uro­kliwy park ze sta­wami. W takim miej­scu nie trzeba szu­kać kon­cen­tra­cji i natchnie­nia, bo zdol­ność pisa­nia przy­cho­dzi sama.

Zało­ży­ciel Mię­dzy­na­ro­do­wego Cen­trum Kul­tu­ral­nego, zamożny prze­my­sło­wiec Henry Goüin, dosko­nale wie­dział, czego potrzeba ludziom kul­tury. Roy­au­mont było miej­scem spo­tkań ludzi nauki i sztuki z całego świata, orga­ni­zo­wano tam rów­nież kon­certy muzyczne, które szybko zdo­były powszechne uzna­nie. Dla zawo­do­wych lite­ra­tów powstało tutaj coś w rodzaju domu pracy twór­czej, który odwie­dzali także stu­denci i dok­to­ranci, a jed­nym z takich gości była Marie–Rita. Wła­śnie tutaj poznała Witolda Gom­bro­wi­cza, co cał­ko­wi­cie odmie­niło jej życie.

60-letni pisarz znaj­do­wał się wów­czas w fatal­nym sta­nie psy­chicz­nym i fizycz­nym. Zdru­zgo­tany ata­kami pol­skiej prasy zarzu­ca­ją­cej mu zdradę inte­re­sów naro­do­wych powró­cił z rocz­nego sty­pen­dium w Ber­li­nie Zachod­nim i w Roy­au­mont usi­ło­wał odzy­skać formę. Zawsze był sła­bego zdro­wia, cho­ro­wał na astmę, miał pro­blemy z ser­cem, ale w Ber­li­nie dopa­dła go jesz­cze depre­sja, z którą nie potra­fił się upo­rać.

„Cier­piał na astmę i roze­dmę płuc – wspo­mi­nał leczący go dok­tor Otto Mer­tens – co w zesta­wie­niu z jego zmę­czo­nym już ser­cem spra­wiało, że miał trud­no­ści z oddy­cha­niem. (…) Miał lekką grypę, co w przy­padku jego astmy i dużej ner­wo­wo­ści było nie­przy­jemne. Bar­dzo szybko grypa prze­ro­dziła się w depre­sję ner­wową”1.

Gom­bro­wicz lubił życie towa­rzy­skie, a przede wszyst­kim kawiar­niane dys­ku­sje, ale w głębi duszy był samot­ni­kiem. Wła­ści­wie ni­gdy nie odkry­wał swo­jego wnę­trza przed oto­cze­niem, była to sfera zare­zer­wo­wana wyłącz­nie dla niego. I wła­śnie dla­tego żaden z jego zna­jo­mych nie potra­fił mu pomóc.

Przez Paryż tra­fił do Roy­au­mont, gdyż jego przy­ja­ciele, z Kon­stan­tym Jeleń­skim na czele, uznali, że będzie to odpo­wied­nie dla niego miej­sce. Spo­kój, cisza, atmos­fera pracy lite­rac­kiej, piękne oto­cze­nie – to wszystko miało wydo­być Witolda z depre­sji. Pozy­tywne efekty przy­szły dość szybko, a Gom­bro­wicz, nawet chory i w depre­sji, zawsze pozo­sta­wał sobą.

„Opac­two z XIII wieku – noto­wał w swoim Dzien­niku – gdzie święty Ludwik słu­gi­wał mni­chom, skąd podobno jakiś czas rzą­dzono Fran­cją, gotyk potężny, czwo­ro­boczny, czte­ro­pię­trowy, mury, kruż­ganki, rozety, kolumny, w parku spo­koj­nym z wodą kana­łów i sta­wów zmur­szałą, zie­loną. (…)

Roy­au­mont dobrze mi robi na nerwy – zwie­rzy­łem się po paru dniach panu Cre­spelle, zarzą­dza­ją­cemu. – Roy­au­mont dobrze robi panu na nerwy, bo pan psuje nerwy innym”2.

Rita nie mogła nie zwró­cić na niego uwagi. Wpraw­dzie wtedy nie znała jesz­cze jego utwo­rów, ale Gom­bro­wi­cza nie spo­sób było nie zauwa­żyć. Zgod­nie z miej­sco­wym oby­cza­jem wszy­scy prze­by­wa­jący w opac­twie jedli wspólne posiłki, co dla Witolda było zna­ko­mitą oka­zją do pro­wo­ka­cji, które zawsze uwiel­biał.

„(…) ude­rzyło mnie w nim naigry­wa­nie się, cza­sami iro­niczne, a cza­sami nawet bar­dzo ostre, z kobiet – wspo­mi­nał ese­ista Guy de Bosschère. – Cho­dziło głów­nie o kobiety-pro­fe­so­rów czy wykła­dow­ców na uni­wer­sy­te­tach. Gdy tylko zabrały głos, z miej­sca bez­li­to­śnie je tępił. Młod­sze nie przej­mo­wały się tym tak bar­dzo, ale star­sze panie czę­sto się obra­żały albo pytały, nic nie rozu­mie­jąc: »O co cho­dzi temu czło­wie­kowi?«. Zda­rzało mu się bro­nić jakiejś racji, a chwilę póź­niej argu­men­to­wać bły­sko­tli­wie opi­nie cał­ko­wi­cie prze­ciw­stawne. (…) Roz­mowy Witolda z tymi kobie­tami (…) przy­po­mi­nały ske­cze. One nie zda­wały sobie sprawy, że jest to gra, trak­to­wały jego słowa poważ­nie, przyj­mo­wały je, pra­wie zawsze, jako oso­bi­stą znie­wagę”3.

Pierw­szą wzmianką o Ricie w intym­nym notat­niku Gom­bro­wi­cza była infor­ma­cja o pew­nej Kana­dyjce. Wystę­puje tam ona jesz­cze bez imie­nia, ale z pew­no­ścią zro­biła na pisa­rzu duże wra­że­nie. Panna Labrosse była wyjąt­kowo uro­dziwą dziew­czyną, o nieco „chło­pię­cym uroku”, co dla czło­wieka o homo­sek­su­al­nych skłon­no­ściach musiało mieć pewne zna­cze­nie.

„W Roy­au­mont Gom­bro­wicz wyda­wał się raczej »czło­wie­kiem z zewnątrz« – wspo­mi­nała Rita po latach – zna­nym nie tyle z racji swej twór­czo­ści, ile agre­syw­no­ści. Ta jego agre­syw­ność spodo­bała mi się od pierw­szego dnia. (…) Lubi­łam, kiedy bez­li­to­śnie i po dzie­cin­nemu ata­ko­wał uszczy­pli­wie pary­skich inte­lek­tu­ali­stów. Bojaź­liwa i z kom­plek­sami, sama nie śmia­ła­bym się ode­zwać, ale kiedy Gom­bro­wicz pro­wo­ko­wał ich, mówiąc przez nos z obcym akcen­tem, byłam zachwy­cona i po cichu bra­łam jego stronę”4.

Na kar­tach Kro­nosa Rita poja­wiała się coraz czę­ściej, a po opusz­cze­niu Roy­au­mont pisarz wspo­mi­nał o „flir­tach z Ritą”. W isto­cie do nawią­za­nia mię­dzy nimi pew­nej więzi ducho­wej doszło pod­czas wspól­nego pobytu w opac­twie.

„(…) pozna­łam go z innej strony i to ujęło mnie osta­tecz­nie. Popo­łu­dnia spę­dzał zwy­kle w parku na ławce przy sta­wie. Wra­ca­jąc ze spa­ceru, widzia­łam go sie­dzą­cego samot­nie i przy­sia­da­łam się. Opo­wia­dał głów­nie o Ber­li­nie, który był dla niego jak śmierć. Ale choć mówił o śmierci, wyda­wał się nie­sły­cha­nie żywy, naj­bar­dziej żywy ze wszyst­kich w Roy­au­mont. Mówił bez patosu. Nie pod­da­wał się nie­szczę­ściu, jakie na niego spa­dło, tylko wal­czył, żeby je poko­nać”5.

Gom­bro­wicz zain­te­re­so­wał się atrak­cyjną dok­to­rantką i szybko dostrzegł, że jest ona bar­dzo inte­li­gentna, co w połą­cze­niu z nie­kon­wen­cjo­nalną urodą sta­no­wiło intry­gu­jącą mie­szankę. Od pew­nego czasu myślał o pry­wat­nej asy­stentce i Rita wydała mu się odpo­wied­nią kan­dy­datką do tej roli.

„Pew­nego dnia, przy śnia­da­niu, w obec­no­ści czte­rech czy pię­ciu osób, Gom­bro­wicz spy­tał mnie, czy chcia­ła­bym z nim wyje­chać. Do Hisz­pa­nii, do Włoch, albo na połu­dnie Fran­cji, nie bar­dzo jesz­cze wie­dział. Szu­kał ze względu na zdro­wie lep­szego kli­matu”6.

Wkrótce spre­cy­zo­wał swoją ofertę i zaczął zada­wać kon­kretne pyta­nia. Pytał, czy jest „punk­tu­alna, porządna, zor­ga­ni­zo­wana”. Inte­re­so­wało go też, czy zabiera z sobą w podróż dużo bagażu.

„Powie­dzia­łam więc, że chcia­ła­bym na­dal miesz­kać we Fran­cji, naj­chęt­niej przy jakimś uni­wer­sy­tec­kim mie­ście, żeby móc skoń­czyć tezę dok­tor­ską. »Niech pani zmieni temat – pora­dził. – Niech pani zrobi dok­to­rat o mnie, a napi­sze go pani gdzie bądź w dwa tygo­dnie«. Zgo­dzi­łam się. Prawdę mówiąc, dok­to­rat nie­wiele mnie obcho­dził. Mia­łam nato­miast ogromną ochotę rzu­cić się z nim w przy­godę”7.

Wspólny azyl w Vence

We wrze­śniu 1964 roku wyje­chali do La Messuguière w Pro­wan­sji, „cze­goś w rodzaju małego Roy­au­mont na połu­dniu”. Pobyt w tym mia­steczku zro­bił na Gom­bro­wi­czu bar­dzo dobre wra­że­nie.

„(…) byłem [tam] pra­wie pół­tora mie­siąca – pisał w liście do brata. – Gdyby nie pobo­le­wa­nia ner­wowo-żołąd­kowe, czuł­bym się lepiej, choć astma nie­zbyt sfol­go­wała. Nerwy też nieco lepiej. Rita jak dotąd zna­ko­mi­cie się spra­wia, jest zabawna, sprawna, zaradna, uczu­ciowa itd. Ale dopiero teraz wykaże swoje talenty, bo dotąd sie­działa ze mną tutaj – teraz gospo­dar­stwo na jej gło­wie. Kocha mnie czule (odkąd zdzia­dzia­łem, mam wście­kłe powo­dze­nie u kobiet). To był, zdaje się, dobry pomysł, gdyż jej obec­ność zmie­nia mi samo­po­czu­cie, a koszta, przy­pusz­czam, nie będą więk­sze, niż gdy­bym sam miesz­kał”8.

Poszu­ki­wali miesz­ka­nia do wyna­ję­cia na dłu­żej, osta­tecz­nie zna­la­zła je Rita w pobli­skim mie­ście Vence. Był to czte­ro­po­ko­jowy lokal na dru­gim pię­trze sece­syj­nej willi Ale­xan­drine. Okna wycho­dziły na wszyst­kie strony, miesz­ka­nie miało kilka bal­ko­nów, było jed­nak nie naj­le­piej ume­blo­wane. Mimo to Gom­bro­wicz uznał, że nowe lokum jak naj­bar­dziej mu odpo­wiada.

„Obej­rze­li­śmy miesz­ka­nie – wspo­mi­nała Rita – a potem usie­dli­śmy na ławce pod pla­ta­nami na placu Grand-Jar­din. Sły­chać było szmer wód Foux w fon­tan­nach. Ludzie sie­dzieli w ogród­kach kawiarni. Było spo­koj­nie i miło. Vence i miesz­ka­nie obojgu nam się spodo­bały. »Bie­rzemy je. Los tak chce!« – powie­dział Witold. To miesz­ka­nie zaspo­ko­iło wszyst­kie jego potrzeby i marze­nia”9.

Prze­pro­wadzka do Vence zmie­niła rela­cje pomię­dzy pisa­rzem a jego asy­stentką. Wcze­śniej był to rodzaj flirtu, nato­miast po prze­no­si­nach Witold zda­wał się zapo­mi­nać, że od lat pre­fe­ro­wał prze­lotne homo­sek­su­alne związki bez zobo­wią­zań.

„Zaczy­nam pod­szczy­py­wać Ritę – zano­to­wał w swoim intym­nym dzien­niku. – 26-go [paź­dzier­nika – S.K.] włazi mi do łóżka. Ero­tyzm. Coraz lepiej się czuję. Bóle żołądka fol­gują”10.

Seks z młodą, atrak­cyjną kobietą uzdro­wił na pewien czas pisa­rza, a jego part­nerka rów­nież była zado­wo­lona. Zbli­że­nia były tak inten­sywne, że nie­ba­wem Gom­bro­wicz zapi­sał, iż zaczął się oba­wiać o stan swo­jego serca. Osta­tecz­nie miał już 60 lat i był czło­wie­kiem scho­ro­wa­nym, nato­miast znacz­nie młod­sza part­nerka miała nieco więk­sze potrzeby. W prak­tyce usta­lił się har­mo­no­gram ich współ­ży­cia „raz na trzy dni”, co w zupeł­no­ści Gom­bro­wicza satys­fak­cjo­no­wało. Wkrótce powró­ciły jed­nak bóle żołądka (cho­ciaż słab­sze), ale w zamian zmniej­szył się katar, dzięki czemu pisarz znacz­nie lepiej oddy­chał. Nie­ba­wem stan jego zdro­wia jed­nak się pogor­szył: „katar, ból żołądka – znowu, katar opadł na oskrzela, kaszel”, w związku z czym Gom­bro­wicz pra­wie nie opusz­czał domu. W wigi­lię świąt Bożego Naro­dze­nia pod­su­mo­wał, że od końca paź­dzier­nika współ­żył z asy­stentką „wię­cej niż pięt­na­ście razy”, miał „cztery orga­zmy – ale od dwóch tygo­dni nic”. Stan zdro­wia unie­moż­li­wiał mu aktyw­ność ero­tyczną, co spo­wo­do­wało roz­luź­nie­nie rela­cji pomię­dzy part­ne­rami. Panna Labrosse trak­to­wała Gom­bro­wicza dość chłodno, a on „wobec awan­tur o byle co nie wta­jem­ni­czał jej wię­cej w swoje listy i sprawy”. Po latach Rita przy­znała, że z powodu złego stanu zdro­wia pisa­rza musiała z koniecz­no­ści pro­wa­dzić życie jak mniszka.

Witold chyba spe­cjal­nie się tym nie przej­mo­wał, bo bar­dziej intry­go­wał go fakt, że po tylu latach upra­wia­nia pede­ra­stii zaszła w nim „dziwna prze­miana, nawró­ce­nie”.

W cie­niu mistrza

„Pierw­sze, co mnie zdu­miało w naszym wspól­nym życiu – opo­wia­dała Rita – to, że Witold inte­re­so­wał się naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami ume­blo­wa­nia i wystroju wnę­trza. Od samego początku aż do prze­pro­wadzki w marcu 1969 roku on był wiel­kim mistrzem owego wystroju, który zresztą bez­u­stan­nie zmie­niał. Gdy­śmy się tylko wpro­wa­dzili, oświad­czył, że miesz­ka­nie sta­wia przed nim zada­nia natury for­mal­nej. Podo­bały mu się pewne detale, na przy­kład pożół­kłe firanki w oknach i lampy zwi­sa­jące z sufitu na dłu­gim sznurku jak w kawiarni. »To bar­dzo dys­tyn­go­wane, choć tro­chę ubo­gie« – komen­to­wał. Trzeba było nato­miast wyrzu­cić lub wymie­nić taki czy inny mebel, żeby to nie wyglą­dało drob­no­miesz­czań­sko i żeby zara­zem nie popaść w styl arty­styczny. Miało być »tak sobie«”11.

Jesz­cze więk­szym zasko­cze­niem był fakt, że Gom­bro­wicz zapra­gnął obra­zów na ścia­nach. Czło­wiek, który zawsze kry­ty­ko­wał mala­rzy i malar­stwo, teraz zaży­czył sobie płó­cien zna­jo­mych arty­stów. I z wła­ściwą sobie prze­korą twier­dził, że „chce żyć wśród wro­gów”, cho­ciaż doda­wał, że może spró­buje „nauczyć się kochać malar­stwo”.

Wal­cząc rów­no­cze­śnie z miesz­czań­skimi przy­zwy­cza­je­niami i arty­styczną swo­bodą, wypra­co­wał wów­czas bar­dzo spe­cy­ficzny styl ubioru. Zaraz po obu­dze­niu zakła­dał jedną z „mnó­stwa mary­na­rek na każdą pogodę”. Ni­gdy nie uży­wał szla­froka ani kapci, nie cier­piał też odzieży zbyt dopa­so­wa­nej. Tłu­ma­czył Ricie, że praw­dziwy „dżen­tel­men zawsze nosi rze­czy za duże”, nato­miast arty­sta „ni­gdy nie powi­nien oka­zy­wać swoim ubio­rem, że jest arty­stą”. Musi więc zakła­dać ubra­nia „mniej wię­cej” i „takie sobie”. Doda­wał rów­nież, że „kobieta praw­dzi­wie dys­tyn­go­wana zawsze jest źle ubrana”.

„Miał swoje rytu­alne zda­nia, które w odpo­wied­niej chwili recy­to­wał, akcen­tu­jąc sylaby – kon­ty­nu­owała panna Labrosse. – Przy każ­dej oka­zji: »Spo­kój przede wszyst­kim!« (…). Kiedy spo­tkała mnie jakaś przy­krość: »Sam tego chcia­łeś, Grze­go­rzu Dyn­dało!«. Kiedy zaczy­na­łam opo­wia­dać jakiś film, książkę czy sen: »Oszczędź mnie, moja droga!«. Kiedy pyta­łam go o radę: »Rób, co ci serce dyk­tuje!«”12.

Gom­bro­wicz zawsze z wielką powagą trak­to­wał swoją twór­czość, toteż w Vence pisał codzien­nie, zawsze od rana do połu­dnia. Nie uży­wał maszyny do pisa­nia, prze­le­wał myśli na papier za pomocą wiecz­nego pióra. Miał zwy­kły, drew­niany stół, na któ­rym leżały przed­mioty potrzebne do pracy: lor­netka, inha­la­tor, ter­mo­metr, wil­got­no­ścio­mierz i przy­bory do fajki. Gdy koń­czył pracę, razem uda­wali się na prze­jażdżkę nale­żą­cym do niego citro­enem 2CV, któ­rego pro­wa­dziła Rita. Krą­żyli po oko­li­cach mia­steczka, a Gom­bro­wicz w mię­dzy­cza­sie dla zdro­wia spa­ce­ro­wał przez godzinę. Resztę dnia poświę­cał na pisa­nie listów, słu­cha­nie muzyki, lek­turę i tele­wi­zję. Wie­czo­rami raczej rzadko opusz­czali miesz­ka­nie, bo czę­ste wcho­dze­nie na dru­gie pię­tro było dla Witolda zbyt dużym wysił­kiem, tym bar­dziej że jego zdro­wie wciąż szwan­ko­wało. Cią­głe bóle żołądka zdia­gno­zo­wano jako bar­dzo duży wrzód, ale pisarz oba­wiał się, że to cho­roba nowo­two­rowa, i dla­tego poważ­nie zasta­na­wiał się nad samo­bój­stwem.

„Sądzę, że mówi­łem Wam już, jak dobrze mieć jakąś furtkę, na wszelki wypa­dek – pisał w lutym 1965 roku do swo­ich argen­tyń­skich przy­ja­ciół. – Jestem tro­chę tchórz­liwy i nie umiem wpa­ko­wać sobie kuli w głowę; a mimo wszystko wydaje mi się, że zabił­bym się, gdy­bym wszystko dobrze przy­go­to­wał. Nie­stety, nie jest to z pew­no­ścią pro­ste. Środki nasenne, gaz itd. nie wzbu­dzają we mnie zaufa­nia.

Naj­lep­szy, jak mi się wydaje, byłby cyja­nek. Jeżeli się nie mylę, śmierć nastę­puje w ciągu sze­ściu, ośmiu minut, ale natych­miast traci się świa­do­mość. Tyle że nie mam tutaj przy­ja­ciół, któ­rzy mogliby w tym pomóc. Pomy­śla­łem więc o Was. Sądzę, że w Waszych krę­gach mogli­by­ście zdo­być ten śro­dek albo przy­naj­mniej wska­zać osobę, która mogłaby mi dostar­czyć cyja­nek. Jestem gotów zapła­cić 100 dola­rów lub wię­cej”13.

Czy Rita znała zamiary part­nera? Tak, ale nie trak­to­wała ich poważ­nie, wie­działa bowiem, że Witold przy­wią­zany jest do życia. Pomimo wszel­kiego rodzaju pro­ble­mów ich wza­jemna zaży­łość z dnia na dzień się umac­niała. Prze­stali się kłó­cić, a ona mogła w każ­dej chwili wcho­dzić do jego pokoju. Witold poka­zał jej nawet swój intymny dzien­nik, mówiąc, że gdyby wybuchł pożar, to przede wszyst­kim powinna rato­wać wła­śnie ten ręko­pis. Nie ukry­wał też przed nią swo­jej prze­szło­ści i – jak twier­dzi sama Rita – w ciągu 1966 roku opo­wie­dział jej całą prawdę o sobie. Podobno nie pomi­jał niczego, więc musiało to trwać wiele dni i być dla niej nie lada prze­ży­ciem.

Panicz z Mało­szyc

Witold pocho­dził z zamoż­nej zie­miań­skiej rodziny, był naj­młod­szym z czworga dzieci Jana Onu­frego i Anto­niny Gom­bro­wi­czów. Dora­stał w dostatku, a pierw­sze lata życia spę­dził w majątku rodzi­ców w Mało­szy­cach na Kie­lec­czyź­nie. Ni­gdy jed­nak nie prze­pa­dał za war­stwą zie­miań­ską, ubo­le­wał rów­nież nad tym, że jego przod­ko­wie wła­ści­wie niczego waż­nego nie doko­nali. Wraz ze star­szym bra­tem prze­śle­dził gene­alo­gię rodziny aż do XVI wieku i był bar­dzo roz­cza­ro­wany wyni­kami tych poszu­ki­wań.

„Nie­raz o nich mówił – wspo­mi­nał jego przy­ja­ciel, Tade­usz Kępiń­ski. – Jest tych kil­ka­na­ście poko­leń udo­ku­men­to­wa­nej cią­gło­ści Gom­bro­wi­czów, ale wszystko (…) jest typowe, prze­ciętne. »Sieją hreczkę, pro­ce­sują się, poje­dyn­kują, cza­sem stają w potrze­bie, naj­wy­żej jakieś zabój­stwo po sąsiedzku«”14.

Uwa­żał rów­nież, że każdy stary ród powi­nien „legi­ty­mo­wać się pewną ilo­ścią dzi­wa­ków, a jesz­cze lepiej – nie­nor­mal­nych”, a pod tym wzglę­dem Gom­bro­wi­czo­wie rów­nież go roz­cza­ro­wy­wali. Znacz­nie lepiej było po stro­nie matki pocho­dzą­cej z rodziny Kot­kow­skich, gdzie od poko­leń zawie­rano mał­żeń­stwa pomię­dzy bli­skimi krew­nymi. Tam osób nie­zrów­no­wa­żo­nych psy­chicz­nie nie bra­ko­wało, ale dewianci po kądzieli nie w pełni pisa­rza zado­wa­lali.

W 1911 roku, kiedy Witold miał sie­dem lat, rodzina prze­nio­sła się do War­szawy i odtąd w Mało­szy­cach spę­dzała już tylko waka­cje. Chło­pak nie prze­pa­dał za tym, narze­ka­jąc, że styl życia kie­lec­kich zna­jo­mych i powi­no­wa­tych wzbu­dza w nim odrazę:

„(…) sie­dzą bez­myśl­nie na wsi, pry­mi­tywni, nie­po­rządni, ogra­ni­czeni. (…) Wszystko tam doko­nuje się z nudów. A ponie­waż styl i moż­li­wo­ści tych ludzi są żadne – powo­duje to z kolei nowe nudy i jesz­cze je wzmaga. Więc cóż robić? Przede wszyst­kim się je”15.

Poza jedze­niem ceniono tu rów­nież sen i sta­rano się spać jak naj­dłu­żej, aby „dzień nie był zbyt długi”. Dnie zaś spę­dzano na sąsiedz­kich wizy­tach, polo­wa­niach i grze w karty, a także na roz­mo­wach o pie­nią­dzach i swa­ta­niu córek.

„Zaraz by cię żenili – skar­żył się Gom­bro­wicz przy­ja­cio­łom. – Tylko to w tobie widzą: kan­dy­dat do ręki albo nie ist­nie­jesz. Natu­ral­nie to dru­gie – lep­sze. Panny »lecą« na każ­dego. Każda koniecz­nie chce się wydać. A na razie – co innego. Ile chcesz. Przy tym się nie kąpią. Bo gdzie i po co?”16.

Do szew­skiej pasji dopro­wa­dzało Witolda to, że zie­miań­stwo było dumne ze swo­ich sie­dzib i uwa­żało je za kom­for­towe, pod­czas gdy – jego zda­niem – wszel­kie wygody ogra­ni­czały się do „kaplicy i dwóch klo­ze­tów”, a stan sani­tarny dwo­rów pozo­sta­wiał wiele do życze­nia.

Tym­cza­sem higiena oso­bi­sta była jedną z naj­waż­niej­szych spraw w jego życiu. Nie wyobra­żał sobie bliż­szych kon­tak­tów z osobą, która nie dbała o sie­bie. W intym­nym dzien­niku mniej kry­tyczny był wobec „kurwy z try­prem” niż wobec dziew­czyny, któ­rej śmier­działy nogi…

W dobrze sytu­owa­nej rodzi­nie nie mogło zabrak­nąć prób pokie­ro­wa­nia życiem oso­bi­stym jej potom­ków. Gdy Witold roz­po­czął stu­dia na Wydziale Prawa Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, ojciec posta­no­wił zaaran­żo­wać jego mał­żeń­stwo z zamożną panną z oko­lic Mało­szyc. Zapro­sił ją na wie­czorne przy­ję­cie, na któ­rym dla zacho­wa­nia pozo­rów poja­wili się rów­nież przy­ja­ciele Witolda.

„»Kan­dy­datka«, bodaj Iwonka – wspo­mi­nał Tade­usz Kępiń­ski – mniej wię­cej w naszym wieku, nie­brzydka, ale bez spe­cjal­nego wdzięku, miała bar­dzo sze­ro­kie czoło, roz­dzie­lone pośrodku i gładko przy­cze­sane włosy i zakło­po­tany uśmiech. Na głu­pią nie wyglą­dała. W każ­dym razie na pewno zda­wała sobie sprawę z uczuć ojca. Być może i syna, tak bar­dzo tam­tym prze­ciw­nych”17.

Spo­tka­nie nie przy­nio­sło efek­tów, gdyż Witold ani myślał o ślu­bie. I choć jego kole­dzy dość pochleb­nie wyra­żali się o inte­li­gen­cji dziew­czyny, od razu uciął dys­ku­sję, twier­dząc, że w ogóle nie inte­re­suje go poziom umy­słowy ewen­tu­al­nej kan­dy­datki, a co naj­wy­żej jej uroda i wdzięk.

„Inte­lekt? – obu­rzał się. – Zwa­rio­wa­li­ście? Do czego potrzebny mi jest inte­lekt? Czy nie zda­je­cie sobie sprawy, co by to było za pie­kło? Do czego w ogóle żona mi potrzebna? Ojcu się podoba, to chce, żebym się żenił, bo sam nie może. Jeśli się kie­dyś oże­nię, to tylko z kucharką”18.

Gom­bro­wicz nie widział sie­bie w roli mał­żonka, a tym bar­dziej – ojca dba­ją­cego o przy­szłość potom­stwa. W jego intym­nym dzien­niku poja­wiają się wzmianki o róż­nych kobie­tach, ale z reguły są to opi­nie mało pochlebne. I tak jedne panie są tutaj „histe­rycz­nymi kur­wami”, a inne „dziw­kami”. Autor pisze też o jakiejś „urzęd­niczce w zbożu” i „far­ma­ceutce, któ­rej bar­dzo zachcie­wało się Kaspro­wego Wier­chu”19. Poja­wiają się rów­nież „dziew­czyna, któ­rej nie mógł zgwał­cić”, tan­cerka z Wilna, jakaś przy­ja­ciółka sio­stry, pewna pen­sjo­narka i liczne słu­żące. W licz­bach wygląda to impo­nu­jąco, ale Gom­bro­wicz nie podaje żad­nych szcze­gó­łów. Wia­domo jed­nak, że wobec kobiet potra­fił zacho­wy­wać się w spo­sób szar­mancki. Miało to miej­sce choćby pod­czas waka­cyj­nego pobytu w Wiśle, gdzie flir­to­wał ze znacz­nie od sie­bie młod­szą Kry­styną Mary­ań­ską.

„(…) lokuje się obok panny Krysi. Sto­suje wobec pięt­na­sto­let­niej ofiary swe wypró­bo­wane chwyty. Panienka, pierw­szy raz w życiu w obcym śro­do­wi­sku doro­słych »wsty­dzi się«, nie wie, co mówić, jak przyj­mo­wać hołdy”20.

Dwu­dzie­sto­dwu­letni Witold zna­ko­mi­cie odnaj­dy­wał się w podob­nych sytu­acjach. Gdy jedna z ado­ru­ją­cych go pań zapy­tała, dokąd wszy­scy pójdą na spa­cer, zwró­cił się do Krysi o radę. Użył przy tym pod jej adre­sem okre­śle­nia „słodka osóbka”, co na mło­dziut­kiej dziew­czy­nie musiało zro­bić odpo­wied­nie wra­że­nie. Ale nawet w takich chwi­lach nie opusz­czała go wro­dzona prze­wrot­ność.

„Od pierw­szej chwili nie dawał jej spo­koju. Korzy­sta­jąc ze spo­sob­no­ści, chwy­tał za rękę i długo trzy­mał w swej dłoni. Dla więk­szego kon­tra­stu z nader skrom­nym zacho­wa­niem panienki nazy­wał ją, jak to już nie­raz – szam­pań­ską kobietą. To znowu któ­re­goś dnia na spa­ce­rze zacią­gnął słodką osóbkę do foto­grafa, kazał przy­nieść z pobli­skiej gospody tacę z alko­ho­lo­wymi akce­so­riami, a sam, z fajeczką w zębach, mocno przy­trzy­my­wał ramię Krysi, aby mu w decy­du­ją­cej chwili nie skre­wiła”21.

W tym cza­sie prze­ży­wał też poważ­niej­sze uczu­cie do córki zie­mian z Radom­skiego, Kry­styny Janow­skiej. Znali się prak­tycz­nie od zawsze, a zna­jo­mość ta zosta­wiła trwałe ślady w pamięci pisa­rza, który wiele lat póź­niej wspo­mi­nał o Kry­sty­nie w kore­spon­den­cji, a także uczy­nił ją dru­go­pla­nową boha­terką nie­do­koń­czo­nego dra­matu Histo­ria.

Począt­kowo bywał w majątku Janow­skich ze swoim star­szym bra­tem Jerzym, który już w maju jeź­dził tam na grzy­bo­bra­nie. Grzy­bów oczy­wi­ście nie było, ale Gom­bro­wi­czom nie za bar­dzo to prze­szka­dzało.

„Ni­gdy nie mówił o swo­ich uczu­ciach – wspo­mi­nała pani Kry­styna w roz­mo­wie z Joanną Sie­dlecką. – Nie dekla­ro­wał się poważ­nie ani nie wspo­mi­nał o mał­żeń­stwie. Nie sta­rał się bar­dziej mnie sobą zain­te­re­so­wać, przy­wią­zać do sie­bie”22.

Kry­styna była wyjąt­kowo uro­dziwą dziew­czyną i bar­dzo podo­bała się męż­czy­znom. Dobrze jeź­dziła konno, grała w tenisa i upra­wiała nar­ciar­stwo, a do tego dbała o ele­gan­cję i zawsze dosko­nale się ubie­rała. Nic zatem dziw­nego, że Gom­bro­wicz zwró­cił na nią uwagę.

Ona rów­nież go wyróż­niała, cho­ciaż w jego zacho­wa­niu wiele ją raziło. Witold spra­wiał na niej wra­że­nie czło­wieka „z innego, obcego jej świata”. Draż­niła ją jego nie­chęć do śro­do­wi­ska zie­miań­skiego. Tym­cza­sem on trak­to­wał ją ina­czej niż resztę zna­jo­mych i nie bywał wobec niej zło­śliwy ani agre­sywny.

„Ni­gdy się go nie bałam – kon­ty­nu­owała pani Kry­styna. – Mnie wyraź­nie oszczę­dzał. Wie­dzia­łam, że mnie nie zrani, ni­gdy tego nie zro­bił. Nie było o tym mowy. Mimo to nie czu­łam się przy nim bez­pieczna”23.

Gdy prze­by­wała w War­sza­wie, chęt­nie zapra­szał ją na spa­cery. Dziew­czyna bywała też na spo­tka­niach towa­rzy­skich w domu rodzi­ców Witolda.

„Rozu­mia­łam, że jest inny, cie­kawy, ory­gi­nalny. O wiele lepiej czu­łam się jed­nak w towa­rzy­stwie zwy­czaj­nych chłop­ców z sąsiedz­twa”24.

Witold od dzie­ciń­stwa cho­ro­wał na astmę, dla­tego też nie prze­pa­dał za spor­tem. Doro­bił do tego wła­sną ide­olo­gię – jazdę konną uwa­żał za absurd, a do nar­ciar­stwa ni­gdy nie nabrał prze­ko­na­nia. Pod­sta­wowe roz­rywki zie­miań­stwa, czyli brydż i polo­wa­nie, uzna­wał za stratę czasu. Do tego jesz­cze nie umiał tań­czyć i nawet nie chciał się tańca uczyć. A to bar­dzo ogra­ni­czało jego atrak­cyj­ność towa­rzy­ską.

„Na jed­nym z wie­czor­ków u pań­stwa Gom­bro­wi­czów w War­sza­wie ojciec Witolda bar­dzo go nama­wiał, żeby choć raz ze mną zatań­czył. Cier­piał, że syn nie tań­czy, nie bry­luje wśród panien. Witold wyma­wiał się, że nie lubi fro­te­ro­wać pod­łóg, nie ma słu­chu, nie wie, jakie sta­wiać kroki. W końcu popro­sił mnie jed­nak do tańca, ale męczył się wyraź­nie. Czer­wony, zawsty­dzony, nie­zgrabny, co raz zer­ka­jący w wiel­kie lustra na ścia­nach, żeby spraw­dzić, jak wyglą­damy. Byłam z nim równa, na obca­sach wyż­sza, co go sza­le­nie peszyło”25.

Przez intymny dzien­nik Witolda prze­wi­jają się rów­nież posta­cie męskie, z któ­rymi zapewne łączyły go wów­czas rela­cje ero­tyczne. W 1935 roku poja­wił się w jego życiu nie­jaki Fra­nek – jego pierw­szy stały męski part­ner. Nie­wiele o nim wia­domo, musiał być jed­nak znacz­nie od pisa­rza młod­szy, gdyż dopiero trzy lata po pozna­niu Witolda roz­po­czął zasad­ni­czą służbę woj­skową.

Nega­tywny sto­su­nek Witolda do kobiet można odna­leźć rów­nież we wspo­mnie­niach Kępiń­skiego z okresu stu­diów Gom­bro­wi­cza. Pisarz uwiel­biał wykłady z prawa rzym­skiego pro­fe­sora Igna­cego Koschem­bahra-Łyskow­skiego, gdyż wykła­dowca ten nie ukry­wał swo­jego anty­fe­mi­ni­zmu.

„(…) pro­fe­sor pod koniec try­me­stru odmó­wił jed­nej z kole­ża­nek pod­pi­sa­nia indeksu – rela­cjo­no­wał Kępiń­ski. – Ta, mało nie pła­cząc, powiada:

– Cho­dzi­łam punk­tu­al­nie na wszyst­kie wykłady pana pro­fe­sora.

– Tak, wiem o tym, widzia­łem, że pani cho­dzi­łaś, ale pani jesteś tak głu­pia, że nic nie zro­zu­mia­łaś”26.

Już wtedy Gom­bro­wicz prze­ja­wiał upodo­ba­nie do ludzi, któ­rych zacho­wa­nia nie były akcep­to­wane przez oto­cze­nie. Ni­gdy nie lubił prze­strze­gać norm spo­łecz­nych – uwa­żał, że czło­wiek dla­tego posiada wolną wolę, aby swo­bod­nie kształ­to­wać wła­sne życie. Cenił ludzi, któ­rzy nie ukry­wali swo­jej odmien­no­ści, tylko śmiało ją mani­fe­sto­wali.

„Myśmy bywali u róż­nych kole­gów – tłu­ma­czył Kępiń­ski – on u nikogo. Z wyjąt­kiem hra­biego C., u któ­rego tylko raz byli­śmy we czte­rech, dobrze zszo­ko­wani jego towa­rzy­szem, z któ­rym miesz­kał. (…) Co pocią­gało Itka [Gom­bro­wi­cza – S.K.] w naszym ory­gi­nal­nym, cho­ciaż bar­dzo sym­pa­tycz­nym kole­dze? Jego dezyn­wol­tura, doj­rzała inność, nie­dba­łość w ubio­rze, przy dosko­na­łym kroju i gatunku ubrań, mil­cząca, a tak­towna non­sza­lan­cja – wszystko to zaj­mo­wało jego wyobraź­nię, która miała zwró­cić się w przy­szło­ści do fer­dy­dur­kow­skiego »kolegi we fla­ne­lo­wych spodniach«. Jego tryb życia ani tro­chę nie bul­wer­so­wał ani nie dzi­wił Itka. Ni­gdy tam, w Ale­jach Ujaz­dow­skich, nie bywa­li­śmy, ale Itek dopro­wa­dził do tej wizyty, aby poka­zać nam sce­ne­rię i deko­ra­cję à la Wschód oraz fotosy roz­wie­szone na ścia­nach, nie­po­zo­sta­wia­jące żad­nych wąt­pli­wo­ści. Twier­dził, że kolega C. wta­jem­ni­czał go w nie­które sprawy”27.

Gom­bro­wicz cenił życie towa­rzy­skie, ale nie robił niczego z obo­wiązku. Nie lubił wra­cać do prze­szło­ści, do spraw, które uwa­żał już za zamknięte. Jesz­cze pod­czas stu­diów odmó­wił wzię­cia udziału w zjeź­dzie absol­wen­tów swo­jego gim­na­zjum, twier­dząc, że tego rodzaju imprezy przy­po­mi­nają spa­cer po cmen­ta­rzu. Nie odczu­wał żad­nego sen­ty­mentu do daw­nych kole­gów i nauczy­cieli, a oni rewan­żo­wali się mu podob­nymi uczu­ciami. Pod­czas kolej­nych zjaz­dów był już znany jako dzien­ni­karz i pisarz, ale zapewne nie bez powodu nikt o niego nie pytał i nie komen­to­wał jego nie­obec­no­ści. Gom­bro­wicz żył we wła­snym świe­cie, co oto­cze­nie dosko­nale wyczu­wało, tym bar­dziej że potra­fił dawać temu wyraz w spo­sób mało przy­jemny dla innych.

Pamięt­nik z okresu doj­rze­wa­nia

Cho­ciaż Witold od naj­młod­szych lat miał ambi­cje lite­rac­kie, to jed­nak zde­cy­do­wał się na stu­dia praw­ni­cze, a nie na polo­ni­stykę. Zapewne gdyby mógł sam decy­do­wać i nie znaj­do­wał się pod pre­sją rodziny, wybrałby filo­zo­fię, podob­nie jak Tade­usz Kępiń­ski. Rodzina jed­nak suge­ro­wała mu zdo­by­cie zawodu roku­ją­cego nadzieje na przy­zwo­ite dochody. Pewien wpływ na decy­zję Witolda miało też to, że w tam­tym cza­sie prawo było mod­nym kie­run­kiem stu­diów. Nato­miast sam Gom­bro­wicz uza­sad­niał swój wybór nieco ina­czej.

„Uwa­żał mia­no­wi­cie, nie bez słusz­no­ści – komen­to­wał Kępiń­ski – że prawo da mu wie­dzę ujętą w ści­słą dys­cy­plinę, czego nie upa­try­wał w tym stop­niu w innych naukach huma­ni­stycz­nych. (…) W każ­dym razie Itek trak­to­wał swe stu­dia raczej jako pracę inte­lek­tu­alną, a nie przy­go­to­wa­nie do zawodu, zwłasz­cza w póź­niej­szych latach uni­wer­sy­tec­kich”28.

Mimo to jako wolny słu­chacz zja­wiał się na wykła­dach filo­zo­ficz­nych i polo­ni­stycz­nych, przy czym bar­dziej inte­re­so­wały go tam kon­kretne pro­blemy, a nie sys­te­ma­tyczna wie­dza. Nie lubił jed­nak wykła­dów Wła­dy­sława Tatar­kie­wi­cza i Tade­usza Zie­liń­skiego, a szcze­gól­nie iry­to­wała go wznio­słość tego ostat­niego. Przy­zna­wał mu jedy­nie „nie­zwy­kłość i wspa­nia­łość postaci”, gdyż „ta strona zawsze go brała”.

Pró­bo­wał już wtedy pisać, cho­ciaż nikomu nie chciał poka­zy­wać swo­ich utwo­rów. I zaska­ki­wał oto­cze­nie ory­gi­nal­nymi pomy­słami, choćby takimi jak pro­jekt napi­sa­nia powie­ści „dla kucha­rek”.

„Kiedy byłem na dru­gim roku prawa, zabra­łem się do pisa­nia nowej powie­ści – wspo­mi­nał Gom­bro­wicz po latach. – (…) Zaczęło się od tego, iż z Tadziem Kępiń­skim, moim ex-kolegą szkol­nym, posta­no­wi­li­śmy napi­sać na cztery ręce powieść sen­sa­cyjną, żeby zaro­bić kupę forsy. Nie wąt­pi­li­śmy, iż inte­lek­tom wyż­szym, jak nasze, nie­trudno będzie spło­dzić taką brechtę – łatwą, a pasjo­nu­jącą. Wkrótce jed­nak rzu­ci­li­śmy wszystko do kosza, prze­ra­żeni nie­zdar­no­ścią naszych gry­zmo­łów.

Napi­sa­nie złej powie­ści nie jest bodaj łatwiej­sze od napi­sa­nia dobrej – powie­dzia­łem wtedy Kępiń­skiemu.

I ten pro­blem zaczął mnie inte­re­so­wać. Stwo­rzyć dobrą powieść dla wyż­szych dzie­się­ciu tysięcy czy nawet stu tysięcy – no, to zawsze się robi, to jest banał i nudziar­stwo. Ale napi­sać dobrą powieść dla tego niż­szego, pod­rzęd­nego czy­tel­nika, któ­remu sma­kuje nie to, co nazy­wamy »dobrą lite­ra­turą«”29.

Gom­bro­wi­cza zawsze inte­re­so­wał feno­men Trę­do­wa­tej – czy­tał tę powieść wie­lo­krot­nie, zasta­na­wia­jąc się nad przy­czy­nami jej popu­lar­no­ści. Bez końca ana­li­zo­wał tech­nikę pisar­ską nie tylko Mnisz­kówny, ale rów­nież innych kaso­wych auto­rów.

„Wkrótce spo­strze­głem, że inte­re­suje się Dołęgą-Mosto­wi­czem – kon­ty­nu­ował Kępiń­ski – a nade wszystko roz­czy­tuje się w Iwonce Ger­mana, ponadto w powie­ściach Zarzyc­kiej o »nowo­cze­snym« pod­lotku i jego pery­pe­tiach we współ­cze­snym świe­cie. Do tematu tego wra­cał obse­syj­nie”30.

Wspól­nie z Tade­uszem zapla­no­wali powieść, która powinna podo­bać się wiel­bi­cie­lom „lek­kiej, nawet bru­ko­wej lite­ra­tury”, będąc jed­nak utwo­rem o wiele bar­dziej wyra­fi­no­wa­nym. Mło­dzieńcy posta­no­wili pisać roz­działy na zmianę, co miało zdo­pin­go­wać ich do wysiłku.

Współ­praca nie przy­nio­sła więk­szych efek­tów, bo choć Kępiń­ski napi­sał dwa roz­działy, to potem, ze względu na zaję­cia zawo­dowe, nie mógł sobie pozwo­lić na dal­szą współ­pracę. W innej sytu­acji był Gom­bro­wicz, który bez­po­śred­nio po stu­diach roz­po­czął apli­ka­cję sędziow­ską, aby nie­ba­wem ją porzu­cić. Wpraw­dzie jesz­cze przez bli­sko rok prze­by­wał w Paryżu, stu­diu­jąc w Insti­tut des Hau­tes Études Inter­na­tio­na­les, ale bar­dziej inte­re­so­wały go kon­takty z innymi stu­den­tami niż nauka. Po powro­cie do kraju nie musiał podej­mo­wać pracy zarob­ko­wej, utrzy­mu­jąc się z czyn­szu z dwóch kamie­nic kupio­nych dla niego przez ojca. W tej sytu­acji mógł poświę­cić się pró­bom lite­rac­kim, ale pomysł powie­ści „dla kucha­rek” na razie odło­żył. Powró­cił do niego pod koniec lat 30., już po swo­ich pierw­szych suk­ce­sach lite­rac­kich. Nie zde­cy­do­wał się jed­nak na publi­ka­cję utworu pod wła­snym nazwi­skiem i użył pseu­do­nimu Zdzi­sław Nie­wie­ski. W 1939 roku książka zaczęła się uka­zy­wać w odcin­kach na łamach prasy, a ostat­nie jej frag­menty opu­bli­ko­wano już po wybu­chu wojny, gdy Gom­bro­wicz od kilku tygo­dni prze­by­wał w Argen­ty­nie. Do autor­stwa Opę­ta­nych przy­znał się dopiero pod koniec życia.

Nie pra­cu­jąc zawo­dowo, dosto­so­wał swój roz­kład dnia do rytmu twór­czo­ści lite­rac­kiej. Sypiał nie­mal wyłącz­nie w dzień, a pisał nocą. Nabrał upodo­ba­nia do pracy w łóżku, twier­dząc, że jest to dla niego naj­wy­god­niej­szy spo­sób prze­le­wa­nia pomy­słów na papier. Nie był nato­miast wyma­ga­jący w kwe­stii urzą­dze­nia swo­jego pokoju i można powie­dzieć, że do szczę­ścia potrze­bo­wał nie­wiele. Cho­ciaż mógł sobie pozwo­lić na bar­dziej kom­for­towe wypo­sa­że­nie, jego miej­sce pracy było ume­blo­wane wręcz po spar­tań­sku.

„Łóżko, na któ­rym prze­sia­dy­wał – opi­sy­wał Kępiń­ski – (…) przy­kryte bar­dzo przy­jemną gobe­li­nową narzutą, dwa krze­sła, sto­lik, szafka, pra­wie nagie ściany i tro­chę ksią­żek – to wszystko. Żad­nego zado­mo­wie­nia, zadba­nia, wykoń­cze­nia. Nic z przy­tul­no­ści (miesz­czań­skiej), blich­tru. Tro­chę cygań­ska, tro­chę zarwań­ska ulica. Całe życie kon­cen­tro­wało się wła­ści­wie na dwóch sprzę­tach: na łóżku i na sto­liku słu­żą­cym mu do roz­kła­da­nia ksią­żek, zeszy­tów i sza­chów”31.

Debiu­tem wydaw­ni­czym Gom­bro­wi­cza był zbiór opo­wia­dań Pamięt­nik z okresu doj­rze­wa­nia, który uka­zał się w 1933 roku. Książka docze­kała się miaż­dżą­cej recen­zji pra­so­wej Juliu­sza Kadena-Ban­drow­skiego na łamach „Gazety Pol­skiej”. Uznany pisarz oka­zał lek­ce­wa­że­nie młod­szemu kole­dze, kry­ty­ku­jąc trzy z jego sied­miu opo­wia­dań. Pozo­stałe zaś uznał „za utwory zupeł­nie nie­istotne, raczej umyśl­nie przez autora snute dość bez­sen­sowne wątki, które sta­no­wić mogą raczej pewną mierzwę pomy­słu lite­rac­kiego niż mate­riał godny kom­po­zy­cyj­nej obróbki”32.

Recen­zent nie dawał debiu­tan­towi szans na lite­racką przy­szłość, twier­dząc, że „warsz­tat pisar­ski mło­dego autora nie wszedł jesz­cze ani w okres doj­rze­wa­nia, ani nawet w okres for­mo­wa­nia środ­ków arty­stycz­nej eks­pre­sji”. Naj­bar­dziej jed­nak ziry­to­wały go pseu­do­fi­lo­zo­ficzne dywa­ga­cje Gom­bro­wi­cza.

„Na samym końcu swej pierw­szej książki mówi młody autor, iż – »zewnętrz­ność jest zwier­cia­dłem, w któ­rym prze­gląda się wnę­trze«. Mniej­sza o samo sfor­mu­ło­wa­nie, dość nie­po­radne, mniej­sza też o filo­zo­ficzny sens zda­nia, tak dalece uza­leż­nia­jący »zewnętrz­ność« od naszego widzi­mi­się. Rozu­miemy wszy­scy, iż w zda­niu o zewnętrz­no­ści cho­dziło o głęb­sze zna­cze­nie moralne. Idąc więc za pre­misą autora, stwier­dzić muszę, iż wnę­trze jego prze­rzuca, jak dotąd, na »zewnętrz­ność« cały sze­reg pośpiesz­nych, nie­prze­my­śla­nych gestów, gry­ma­sów, nie­chęci, ura­zów, które nie dają i nie mogą jesz­cze dać wła­ści­wego poję­cia ani o isto­cie, ani o ten­den­cjach samego wnę­trza”33.

Gom­bro­wicz zapo­znał się z recen­zją Kadena w naj­gor­szych oko­licz­no­ściach, jakie można sobie wyobra­zić – wła­śnie przy­je­chał do majątku Janow­skich i tam wrę­czono mu gazetę z arty­ku­łem. Ni­gdy nie zapo­mniał tego upo­ko­rze­nia, a naj­bar­dziej zabo­lało go to, że znany pisarz cał­ko­wi­cie odmó­wił mu talentu lite­rac­kiego.

Nie­ba­wem pocie­szył go Adolf Nowa­czyń­ski, który każde opo­wia­da­nie z tego zbioru nazwał „małym arcy­dzie­łem”. Wtedy Gom­bro­wicz ze zdu­mie­niem prze­ko­nał się, że tyle jest opi­nii, ilu recen­zen­tów. Zro­zu­miał też, że pochwały i nagany będą sta­łym ele­men­tem życia lite­rac­kiego, ni­gdy jed­nak nie potra­fił przejść do porządku nad kry­tycz­nymi opi­niami na temat swo­jej twór­czo­ści. Prze­ko­nała się o tym Mira Zimiń­ska, któ­rej kilka lat póź­niej zapre­zen­to­wał maszy­no­pis Iwony, księż­niczki Bur­gunda, pro­sząc ją o ocenę szans sce­nicz­nych utworu.

„Gdy napi­sał Iwonę – wspo­mi­nała Zimiń­ska – nie bar­dzo wie­dział, czy to się w ogóle nadaje na scenę. Dał ją Ada­siowi Mau­ers­ber­ge­rowi, który pora­dził mu, żebym ja to prze­czy­tała. Na jakimś przy­ję­ciu Gom­ber wrę­czył mi tekst ze sło­wami:

– Adaś powie­dział, że jest pani naj­in­te­li­gent­niej­szą z akto­rek!

– No i jak się to pani podo­bało, pani Miro? – spy­tał po jakimś cza­sie, kiedy już Iwonę prze­czy­ta­łam.

Powie­dzia­łam, zgod­nie zresztą ze swo­imi wra­że­niami, że ow­szem, pierw­szy akt dobry, dalej do niczego. Ja jestem – mówi­łam – wycho­wana na Fre­drze, Rit­t­ne­rze, Zapol­skiej. Pan jest z zupeł­nie innego świata.

A on bar­dzo zło­śli­wie:

– No pro­szę, Adaś zapew­niał, że jest pani inte­li­gentna!”34.

W świe­cie arty­stycz­nym War­szawy

„Co wie­czór w oko­li­cach dzie­wią­tej – wspo­mi­nał Gom­bro­wicz – wyru­sza­łem do kawiarni – do popu­lar­nej wów­czas Zie­miań­skiej, w pobliżu placu Warec­kiego. Zasia­da­łem przy sto­liku, zama­wia­łem »pół czar­nej« i cze­ka­łem, aż zbie­rze się grono kawiar­nia­nych kom­pa­nów”35.

W tam­tych latach kawiar­nia była natu­ral­nym śro­do­wi­skiem arty­stów, miej­scem wymiany poglą­dów i pre­zen­ta­cji nowych pomy­słów. Tutaj komen­to­wano bie­żące wyda­rze­nia, dys­ku­to­wano o poli­tyce, pre­zen­to­wano nowe utwory.

„Kawiar­nia może stać się nało­giem jak wódka – przy­zna­wał Gom­bro­wicz. – Dla praw­dzi­wego bywalca nie pójść do kawiarni o ozna­czo­nej godzi­nie to po pro­stu zacho­ro­wać. Ja w krót­kim cza­sie sta­łem się takim mania­kiem, iż zawie­si­łem na kołku wszyst­kie inne zaję­cia wie­czo­rowe jak teatr, kino, życie towa­rzy­skie”36.

Zie­miań­ska była w tam­tym cza­sie praw­dziwą insty­tu­cją arty­styczną. Na par­te­rze swoje sto­liki mieli pla­stycy, a w pobliżu urzę­do­wali człon­ko­wie grupy lite­rac­kiej Kwa­dryga. Nato­miast na pół­pię­trze stał słynny sto­lik ska­man­dry­tów, przy któ­rym nie wolno było zaj­mo­wać miejsc bez spe­cjal­nego zapro­sze­nia. Lokal był z reguły mocno zatło­czony, bo oprócz arty­stów odwie­dzało go wielu war­sza­wia­ków i przy­jezd­nych.

„(…) wcho­dziło się z ulicy w ciem­ność – kon­ty­nu­ował Witold – w jakąś okropną zupę z dymu i zadu­chu, z któ­rej to otchłani wyzie­rały zdu­mie­wa­jące obli­cza usi­łu­jące coś wykrzy­czeć i wyge­sty­ku­lo­wać w powszech­nym szu­mie. Kro­gul­cze rysy roz­ma­itych (…) pięk­no­du­chów inte­lek­tu­al­nych bra­tały się z poczci­wo­ścią i okrą­gło­ścią gąb wsiow­skich, chłop­skich, wczo­raj przy­by­łych z Lubel­skiego, spod Lwowa, zda­rzała się twarz cwana z przed­mie­ścia, a cza­sem wystrze­lał sumia­sty wąs szla­gona – albo­wiem była to kawiar­nia poetów, a poeci rodzą się wszę­dzie jak robac­two”37.

Cza­sami Gom­bro­wi­cza męczył panu­jący w Zie­miań­skiej tłok, draż­nili go pseu­do­in­te­lek­tu­ali­ści pro­wa­dzący tutaj jałowe dys­ku­sje, które obna­żały tylko igno­ran­cję i zaco­fa­nie roz­mów­ców. Iry­to­wali go „poeci pro­le­ta­riatu”, któ­rzy za pomocą wier­szy i mark­si­zmu poszu­ki­wali odpo­wie­dzi na drę­czące ich pyta­nia. Bawił go nato­miast tłum „pół­in­te­li­gen­tów” przy­słu­chu­jący się roz­mo­wom i przy­po­mi­na­jący chór z grec­kiej tra­ge­dii.

„Kiedy ujaw­niło się, że mój sto­lik ma ten­den­cję zwyż­kową, od razu jęły przy­su­wać do niego krze­sła takie osoby z miną kogoś zasia­da­ją­cego w pierw­szych rzę­dach teatru – noc w noc to trwało w zupeł­nym mil­cze­niu, cza­sem tylko któ­ryś kaszl­nął albo zachi­cho­tał”38.

Witold nie ogra­ni­czał się tylko do Zie­miań­skiej – regu­lar­nie bywał w Adrii, w kawiarni Insty­tutu Pro­pa­gandy Sztuki, a szcze­gól­nie upodo­bał sobie Zodiak. Tam zbie­rało się grono ludzi bliż­szych mu inte­lek­tu­al­nie i wie­kowo, a poza tym lokal ten nie był tak prze­peł­niony klien­telą jak Zie­miań­ska. W Zodiaku Gom­bro­wicz był jed­no­cze­śnie „mistrzem, pro­ro­kiem, paja­cem, ale tylko wśród istot jak on, jesz­cze nie cał­kiem zro­bio­nych, nie­oszli­fo­wa­nych, pod­rzęd­nych”. W tych latach osta­tecz­nie ukształ­to­wało się jego upodo­ba­nie do kawiar­nia­nego trybu życia, któ­remu póź­niej miał z powo­dze­niem hoł­do­wać w Buenos Aires.

Sta­łymi bywal­cami sto­lika Gom­bro­wi­cza w Zodiaku byli: Ste­fan Otwi­now­ski, Zuzanna Gin­czanka, Sta­ni­sław Pię­tak, Eryk Lipiń­ski, Gizela Waży­kowa, Kazi­mierz Bran­dys, Janusz Min­kie­wicz, Kazi­mierz Rudzki, Świa­to­pełk Kar­piń­ski. Każdą z tych osób trak­to­wał na indy­wi­du­al­nych zasa­dach.

„Nawet nie pró­bo­wał mnie domi­no­wać – wspo­mi­nał Janusz Min­kie­wicz – ani reszty mojej paczki, to zna­czy Świa­to­pełka Kar­piń­skiego i Zyg­munta Jur­kow­skiego. Bo to wtedy my, nie on, mie­li­śmy popu­lar­ność, pozy­cję i pie­nią­dze”39.

Min­kie­wicz i jego kom­pani byli na per­ma­nent­nym rau­szu, nato­miast Gom­bro­wicz pił nie­wiele i raczej nie gusto­wał w alko­ho­lo­wych liba­cjach. To powo­do­wało pewne pro­blemy z komu­ni­ka­cją i spra­wiało, że Witol­dowi bra­ko­wało swo­body zacho­wa­nia i odro­biny pijac­kiego sza­leń­stwa.

„Nie umia­łem się bawić w ten spo­sób – tłu­ma­czył pisarz. – Mia­łem »zły alko­hol«, jak mnie pouczał wielki znawca, Świa­tek Kar­piń­ski, alko­hol hipo­chon­dryczny i wątro­biany, który nie łączył mnie z nikim, a wła­ści­wie odstrę­czał. Ta melan­cho­lijna wła­ści­wość nie pozo­stała, rzecz jasna, bez decy­du­ją­cego wpływu na moje lite­rac­kie losy, albo­wiem w Pol­sce łatwiej sobie wyobra­zić lite­rata bez pióra niż bez kie­liszka”40.

Witold doce­niał ułań­ską fan­ta­zję przy­ja­ciół, ale sam zado­wa­lał się rolą obser­wa­tora ich eks­ce­sów. Przy­jem­ność spra­wiało mu oglą­da­nie Min­kie­wi­cza żebrzą­cego na wódkę pod „wielce sza­cowną pen­sją panny Pla­ter” albo Kar­piń­skiego wożą­cego windą ryby, „żeby miały przy­jem­ność”. Sam jed­nak w podobny spo­sób ni­gdy się nie zacho­wy­wał i naj­wy­raź­niej nie był stwo­rzony do rado­snej kon­sump­cji alko­holu.

Kie­dyś, korzy­sta­jąc z nie­obec­no­ści rodziny, urzą­dził u sie­bie huczny bal syl­we­strowy, jed­nak szybko tego poża­ło­wał. Na balu zja­wiła się więk­szość jego zna­jo­mych, a do tego jesz­cze Tade­usz Breza, Michał Cho­ro­mań­ski, Zdzi­sław Czer­mań­ski, Bruno Schulz i Wit­kacy, ale on uznał ten wie­czór za stra­cony. Po pro­stu nie czuł się dobrze w alko­ho­lo­wych kli­ma­tach i nie­chęt­nie odda­wał się „tego typu ucie­chom”.

Wyży­wał się za to w dys­ku­sjach przy kawie i her­ba­cie. Jak zwy­kle zło­śliwy i bez­kom­pro­mi­sowy, codzien­nie poszu­ki­wał nowej ofiary. Naj­czę­ściej rola ta przy­pa­dała jakie­muś przy­pad­ko­wemu uczest­ni­kowi kawiar­nia­nych spo­tkań. Gdy jed­nak bra­ko­wało osób z zewnątrz, Gom­bro­wicz zaj­mo­wał się kimś ze ści­słego grona zna­jo­mych.

„Obco­wa­nie ze mną zawsze było (…) dosyć trudne – przy­zna­wał – dla­tego, iż z reguły dążę do dys­ku­sji, star­cia, sta­ram się pro­wa­dzić roz­mowę w ten spo­sób, aby była ryzy­kowna, cza­sem nawet nie­przy­jemna, żenu­jąca, nie­dy­skretna, gdyż to wciąga w grę oso­bo­wość zarówno moją, jak i mego part­nera. Roz­mowa uprzejma, spo­kojna, deli­katna, taka, jaką się zwy­kle upra­wia w kołach lite­rac­kich, wyda­wała mi się zawsze czymś śmier­tel­nie mdłym i nie­god­nym ludzi bar­dziej roz­bu­dzo­nych pod wzglę­dem ducho­wym”41.

Witold „two­rzył nie tylko książki, ale i życie”, przy­bie­ra­jąc pozę szy­dercy i pil­nie obser­wu­jąc zacho­wa­nie oto­cze­nia. Pro­wo­ko­wał różne sytu­acje, aby oglą­dać ich efekty i dema­sko­wać swo­ich roz­mów­ców.

„Czę­stym gościem przy sto­liku Gom­bro­wi­cza był Kazi­mierz Rudzki, któ­rego już wów­czas znano (…) ze zna­ko­mi­tych ripost słow­nych – opo­wia­dał Eryk Lipiń­ski. – Zapa­mię­ta­łem zwłasz­cza jedno party w miesz­ka­niu Kazia przy ulicy Suł­kow­skiej. Kazio demon­stro­wał gościom roz­ma­ite przed­mioty zaku­pione w skle­pie przy ulicy Chmiel­nej róg Szpi­tal­nej. Była tam mię­dzy innymi sztuczna plama atra­mentu, szklanka z dziurką, duże zęby, które wkła­dało się do ust. Gom­bro­wicz patrzył z dez­apro­batą na przed­mioty, a następ­nego dnia opo­wia­da­jąc w Zodiaku o wie­czo­rze, mówił: »Pan Kazi­mierz to czło­wiek dow­cipny, jest spe­cja­li­stą od humoru z przy­rzą­dami…«. Opi­nia ta bar­dzo Kazia dotknęła i od tego czasu już tych przed­mio­tów nie uży­wał”42.

Gom­bro­wicz nie oszczę­dzał nikogo i niczego. Pew­nemu mało uta­len­to­wa­nemu, ale pra­co­wi­temu pisa­rzowi pora­dził, aby sta­rał się dalej, a za dzie­sięć lat zosta­nie wresz­cie „porząd­nym gra­fo­ma­nem”. Towa­rzy­stwo przy swoim sto­liku zdo­mi­no­wał do tego stop­nia, że zna­jomi na­dal przy­cho­dzili, cho­ciaż bali się jego ostrego języka. Ale to było jak nar­ko­tyk – nie potra­fili sobie wyobra­zić dnia bez spo­tka­nia z Gom­bro­wiczem.

„Gom­bro­wicz peszył, iry­to­wał – wspo­mi­nał Andrzej Nowicki – czę­sto nie potra­fi­łem się odgryźć, choć prze­cież byłem saty­ry­kiem »Szpi­lek«. Mimo to, tak jak i reszta, musia­łem codzien­nie być przy sto­liku. Cho­dzi­li­śmy tam wła­ści­wie jak na spek­takl. Zda­wa­łem sobie sprawę ze swo­jego zafa­scy­no­wa­nia, wie­dzia­łem, że obcuję z indy­wi­du­al­no­ścią nie­po­wta­rzalną. Ni­gdy póź­niej nie mia­łem już wobec nikogo podob­nego wra­że­nia”43.

Potyczki słowne przy kawiar­nia­nym sto­liku były dla Gom­bro­wi­cza ulu­bioną formą spę­dza­nia czasu, ale potra­fił też odna­leźć się na spo­tka­niach u Zofii Nał­kow­skiej. Co prawda twier­dził, że imprezy w jej salo­nie przy­po­mi­nają her­batki urzą­dzane przez jego matkę czy wręcz „przy­ję­cia u kano­ni­czek”, lecz mimo to nie potra­fił się oprzeć uro­kowi gospo­dyni. Podzi­wiał zręcz­ność, „z jaką ta dama umiała wykrze­sać iskrę nawet z noto­rycz­nych dzi­ku­sów, odlud­ków, jąka­łów i milcz­ków”. W isto­cie pani Zofia potra­fiła wydo­być z każ­dego to, co naj­lep­sze, a w jej salo­nie goście dawali z sie­bie dosłow­nie wszystko.

„Raz na takie zebra­nie – opo­wia­dał Jan Kott – tra­fił jakiś star­szy inży­nier z pro­win­cji, spe­cja­li­sta od sztucz­nego włókna. Mil­czał, był wyraź­nie onie­śmie­lony, gubił się wśród tych wszyst­kich pisa­rzy. I nagle Nał­kow­ska go pod­pro­wa­dziła. I zaczęło się to wspa­niałe solo o sztucz­nym włók­nie, zaska­ku­jące, olśnie­wa­jące. Nał­kow­ska pro­mie­niała. Była zawsze wiel­kim dyry­gen­tem”44.

Pomimo swo­jej sym­pa­tii do Nał­kow­skiej Gom­bro­wicz nie prze­pa­dał za kobie­tami zaj­mu­ją­cymi się pisa­niem. Ze smut­kiem zauwa­żył, że w poezji domi­nują męż­czyźni, nato­miast proza, z małymi wyjąt­kami, pozo­staje domeną płci pięk­nej.

„(…) Dąbrow­ska, Nał­kow­ska, Kos­sak-Szczucka, Kun­ce­wi­czowa, Krzy­wicka czy Nagle­rowa, czy Goja­wi­czyń­ska – twier­dził – były dostar­czy­ciel­kami powie­ści, oma­wia­nych gór­nie i sze­roko w pra­sie oraz roz­chwy­ty­wa­nych przez czy­tel­ni­ków. Nie była to by­naj­mniej zła robota, zda­rzały się nawet dzieła bar­dzo war­to­ściowe, ale to uko­bie­ce­nie pol­skiego piśmien­nic­twa przy­spa­rzało mu za wiele mięk­ko­ści, dobro­tli­wo­ści, łagod­no­ści i nie­okre­ślo­no­ści, odbie­ra­jąc cechy takie, jak polot, śmia­łość, siłę… W pew­nej chwili zbun­to­wa­łem się, dosze­dłem do wnio­sku, że trzeba tępić kobie­cość w lite­ra­tu­rze”45.

W salo­nie Nał­kow­skiej Witold poznał Bru­nona Schulza, któ­rego cenił za wydane nie­dawno Sklepy cyna­mo­nowe. Schulz z wielką aten­cją wypo­wia­dał się o Pamięt­niku z okresu doj­rze­wa­nia, wobec czego Witold popro­sił go o prze­czy­ta­nie ręko­pisu Fer­dy­durke. Bru­non miał być pierw­szym recen­zen­tem utworu.

„Dałem mu ręko­pis, jesz­cze daleki do końca, za któ­rymś z jego przy­jaz­dów do War­szawy. Po kilku dniach powie­dział mi łagod­nie, ale z nie­opusz­cza­jącą go suro­wo­ścią czy ostro­ścią na dal­szym i męczeń­skim pla­nie: – Ja bym radził zosta­wić to… Niech pan wróci do tam­tego rodzaju, z Pamięt­nika z okresu doj­rze­wa­nia, któ­rym pan tak świet­nie włada… mnie się zdaje, że tego nie trzeba publi­ko­wać.

Zro­biło mi się zimno.

Nikt poza nim nie czy­tał tego utworu, w który tyle pracy wło­ży­łem. Bruno był pierw­szy. Do niego mia­łem zaufa­nie. A trzeba wziąć pod uwagę, że Fer­dy­durke to było zapusz­cza­nie się na tereny dzie­wi­cze, próba odkry­wa­nia nowych ście­żek – robota, sło­wem, ryzy­kowna i nie­da­jąca się dobrze skon­tro­lo­wać. Dia­bli wie­dzą! A nuż to rze­czy­wi­ście nic nie­warte? Dwa lata wysiłku! Tyle nadziei! Byłem bli­ski wrzu­ce­nia tego do śmieci”46.

Na szczę­ście Gom­bro­wicz „posta­no­wił dalej pchać taczkę” i dopra­co­wał utwór. A gdy po jego wyda­niu wysłał egzem­plarz autor­ski do Dro­ho­by­cza, Schulz wręcz osza­lał z zachwytu. W ciągu jed­nego dnia Witold dostał od niego kil­ka­na­ście tele­gra­mów, gdyż Bruno, czy­ta­jąc Fer­dy­durke, po każ­dym uda­nym frag­men­cie biegł na pocztę i wysy­łał gra­tu­la­cje. Bio­rąc pod uwagę, że obaj pano­wie byli wła­ści­wie rywa­lami lite­rac­kimi, można to uznać za dowód wiel­kiej przy­jaźni i bez­in­te­re­sow­no­ści.

Dzięki Schul­zowi Gom­bro­wicz poznał Wit­ka­cego. Za „demo­nem z Zako­pa­nego” jed­nak nie prze­pa­dał – uznał go za zbyt pre­ten­sjo­nal­nego, aby się z nim zaprzy­jaź­nić. Doce­niał inte­lekt i talent Sta­ni­sława Igna­cego, ale nie zno­sił jego roz­licz­nych nało­gów. Cza­sami jed­nak spo­ty­kał się z nim, a zda­rzało się, że towa­rzy­szył im Bruno. Wydaje się, że wielu dzi­siej­szych czy­tel­ni­ków zaprze­da­łoby duszę dia­błu, aby na żywo posłu­chać dys­ku­sji Gom­bro­wicza z Schul­zem i Wit­ka­cym…

Nie­szcze­rość

Jesie­nią 1968 roku, przy­go­to­wu­jąc notkę bio­gra­ficzną dla Cahier de l’Herne, Gom­bro­wicz napi­sał swoje krót­kie, intymne kalen­da­rium:

„Rok 1926 – Pierw­sze flirty z kuzyn­kami i przy­ja­ciół­kami sio­stry, któ­rym doku­czał za ich żar­liwy kato­li­cyzm.

Rok 1936 – Miłostki z kucharką.

– Flirt z młodą i piękną poetką.

Rok 1941 – Doświad­cze­nia homo­sek­su­alne z mło­dymi chło­pa­kami z ludu z Buenos Aires”.

Wydaje się, że nie był wów­czas szczery. Z lek­tury Kro­nosa wynika, iż już przed wybu­chem II wojny świa­to­wej okre­ślił swoją sek­su­al­ność. Wspo­mniany wcze­śniej Fra­nek zapewne nie był jego pierw­szym męskim part­ne­rem, gdyż w intym­nym dzien­niku Gom­bro­wicz wspo­mniał, że w 1934 roku miał „pierw­sze próby pe ze stró­żem z [ulicy] Wiej­skiej”. Czy jed­nak na pewno była to prawda? Po tylu latach trudno odpo­wie­dzieć jed­no­znacz­nie na to pyta­nie.

W kwe­stii orien­ta­cji sek­su­al­nej Gom­bro­wi­cza nie mieli nato­miast wąt­pli­wo­ści ludzie z jego oto­cze­nia. Nawet po upły­wie dłu­giego czasu wypo­mi­nali mu nie­szcze­rość w przed­sta­wia­niu sie­bie samego oraz kre­owa­nie obrazu, który był dość daleki od rze­czy­wi­sto­ści.

„(…) w swoim pisar­stwie Gom­bro­wicz też nie śmie dobrać się do rdze­nia któ­re­go­kol­wiek z pro­ble­mów ludz­kich – pisał Zyg­munt Myciel­ski. – Nawet wła­snej pede­ra­stii nie może jasno wyło­żyć, a cóż dopiero zała­twić. Jego pisar­stwo jest krą­że­niem wokoło pro­ble­mów: ja, homo­sek­su­alizm, Pol­ska – przy czym tylko sie­bie wysuwa jasno na pierw­szy plan”47.

W inte­re­su­jący spo­sób uło­żyły się rela­cje Gom­bro­wi­cza z innym mło­dym pisa­rzem o orien­ta­cji homo­sek­su­al­nej, Jerzym Andrze­jew­skim. Witolda draż­nił jego osten­ta­cyjny kato­li­cyzm i uwa­żał zapewne, że autor gło­szący podobne poglądy powi­nien być kon­se­kwentny w swoim postę­po­wa­niu. Gdy obaj pano­wie przez pewien czas prze­by­wali wspól­nie na waka­cjach w majątku przy­ja­ciół w Poznań­skiem, Gom­bro­wicz w swo­ich felie­to­nach dru­ko­wa­nych na łamach „Kuriera Poran­nego” nie szczę­dził Andrze­jew­skiemu deli­kat­nych uszczy­pli­wo­ści.

„(…) jest chu­der­la­wym blon­dy­nem w oku­la­rach o głę­bo­kim wej­rze­niu. W tym czło­wieku czają się wiel­kie męki pod powłoką pozor­nej szcze­ro­ści i pro­stoty. Szcze­rość i pro­stota jest u niego osią­gnię­ciem moral­nym, nie zaś cechą natu­ralną. Sza­le­nie wraż­liwy, a nawet draż­liwy, potrze­buje koniecz­nie pew­nej ser­decz­no­ści”48.

Andrze­jew­ski poczuł się ura­żony, ale do otwar­tego kon­fliktu doszło dopiero kil­ka­na­ście mie­sięcy póź­niej. Tym razem Gom­bro­wicz dotknął go do żywego, publicz­nie przy­stę­pu­jąc do rywa­li­za­cji o względy tego samego part­nera. Cał­kiem moż­liwe też, że zro­bił to wyłącz­nie w celu doku­cze­nia kole­dze po pió­rze.

„W końcu na syl­we­stra roku 1938/39 zerwa­li­śmy zupeł­nie – opo­wia­dał Andrze­jew­ski. – I to ostro, w obec­no­ści wielu osób, a dokład­niej w restau­ra­cji Kame­ralna. Zja­wi­łem się tam z moim przy­ja­cie­lem, już dobrze po pół­nocy. Jak to na syl­we­stra na sali kłę­biło się sporo osób, w tym wielu moich zna­jo­mych, mię­dzy innymi Otwi­now­scy oraz wła­śnie Gom­bro­wicz, który zaraz zaczął gwał­tow­nie i natar­czy­wie zacze­piać mojego przy­ja­ciela – chciał mnie po pro­stu dotknąć. Byłem młody, nie­opa­no­wany, pryn­cy­pialny. Zare­ago­wa­łem ostro. Wyni­kła scy­sja”49.

Po incy­den­cie tym nie pozo­stał żaden ślad w Kro­no­sie – być może dla Gom­bro­wi­cza sta­no­wił on zbyt mało zna­czący epi­zod, by pamię­tać o nim kil­ka­na­ście lat póź­niej. Ow­szem – pisze tam o roz­mo­wach z Andrze­jew­skim na temat Fer­dy­durke, wspo­mina nawet o tam­tym wie­czo­rze syl­we­stro­wym, ale awan­turę w Kame­ral­nej pomija cał­ko­wi­tym mil­cze­niem.

Na uwagę zasłu­guje pewna infor­ma­cja z 1955 roku. Odmienna od wypo­wie­dzi zawar­tych w Kro­no­sie, dobrze oddaje spo­sób, w jaki Gom­bro­wicz chciał być postrze­gany:

„Zda­wa­łem sobie sprawę, że zabrną­łem gdzieś na nie­bez­pieczne pogra­ni­cze i, natu­ral­nie, pierw­sze, co mi przy­szło do głowy, to, iż torują sobie we mnie drogę pod­świa­dome [!] homo­sek­su­alne skłon­no­ści. I może z zado­wo­le­niem powi­tał­bym ten fakt, gdyż on przy­naj­mniej umie­ściłby mnie w jakiejś rze­czy­wi­sto­ści – ale nie, w tym samym cza­sie nawią­za­łem bliż­sze sto­sunki z kobietą, któ­rych inten­syw­ność nie pozo­sta­wiała nic do życze­nia. I w ogóle w tym okre­sie dość dużo cho­dzi­łem za dziew­czyn­kami, nie­raz nawet try­bem dość skan­da­licz­nym”50.

Gom­bro­wicz dosko­nale wie­dział, że nie ma moż­li­wo­ści ukry­cia swo­ich rze­czy­wi­stych pre­fe­ren­cji sek­su­al­nych, jed­nak z nie­wia­do­mych powo­dów wolał być postrze­gany jako bisek­su­ali­sta. Nawet jeżeli cza­sami gło­śno dekla­ro­wał swoją nie­chęć do kobiet i upodo­ba­nie do stanu kawa­ler­skiego. Ni­gdy nie prze­ja­wiał też chęci posia­da­nia potom­stwa, a jego kon­takty z płcią piękną czę­sto spra­wiały wra­że­nie związ­ków na pokaz. W rze­czy­wi­sto­ści były to krót­ko­trwałe przy­gody, które w naj­lep­szym razie koń­czyły się po kilku spo­tka­niach. A może wów­czas fak­tycz­nie był bisek­su­ali­stą?

Naj­waż­niej­sza decy­zja

W grud­niu 1933 roku zmarł ojciec pisa­rza, a przy łożu kona­ją­cego Jana Onu­frego byli tylko Witold i jego matka. Resztę krew­nych zaalar­mo­wano zbyt późno, w związku z czym przy­byli oni na miej­sce już po śmierci głowy rodu. Zgon ojca po raz kolejny uświa­do­mił Witol­dowi, że nie potrafi oka­zy­wać uczuć nawet wobec naj­bliż­szej rodziny.

„Ta śmierć pozo­sta­wiła mi nieco zawsty­dza­jące wspo­mnie­nie. Gdy sko­nał, spró­bo­wa­łem objąć matkę, aby cho­ciaż w ten spo­sób oka­zać moje uczu­cie – ale gest wypadł nie­zręcz­nie, i jak w oka­mgnie­niu uka­zała się moja nędza: byłem nie­zdolny do zwy­kłych ludz­kich odru­chów, do ser­decz­no­ści, czu­ło­ści, byłem jak spa­ra­li­żo­wany formą, sty­lem, tym całym prze­klę­tym spo­so­bem bycia, który sobie uro­bi­łem… i oto rodzo­nej matce nie byłem w sta­nie dostar­czyć tro­chę cie­pła w tym momen­cie!”51.

Po śmierci Jana Onu­frego sytu­acja finan­sowa rodziny tro­chę się pogor­szyła. Gom­bro­wicz z matką i sio­strą prze­pro­wa­dzili się do tań­szego i mniej­szego miesz­ka­nia przy ulicy Cho­cim­skiej w pobliżu placu Unii Lubel­skiej. Na­dal byli wła­ści­cie­lami dwóch kamie­nic (przy Wspól­nej i Próż­nej), ale z nie­wia­do­mych powo­dów nie chcieli zamiesz­kać w żad­nej z nich. Czynsz od loka­to­rów wystar­czał im jed­nak na życie, toteż Gom­bro­wicz mógł kon­ty­nu­ować swoje próby lite­rac­kie.

Pod­jął współ­pracę z „Pol­ską Zbrojną” i „Gazetą Pol­ską”, ale nie trwało to zbyt długo. Następ­nie zwią­zał się z „Kurie­rem Poran­nym”, co jed­nak trudno uznać za sys­te­ma­tyczną pracę. Pisał, gdy miał na to ochotę, bo sta­bilna sytu­acja finan­sowa nie zmu­szała go do regu­lar­nych publi­ka­cji. W związku z bra­kiem sta­łych zobo­wią­zań zawo­do­wych mógł jeź­dzić po kraju, a na początku 1938 roku odbył dłuż­szą podróż do Włoch. Po latach twier­dził, że poje­chał tam, aby zoba­czyć faszyzm na wła­sne oczy, a eska­pada ta miała wywrzeć wpływ na całe jego życie.

Począt­kowo w Rzy­mie zacho­wy­wał się podob­nie jak kilka lat wcze­śniej w Paryżu – nie­spe­cjal­nie inte­re­so­wały go zabytki i tylko Forum Roma­num wzbu­dziło jego zacie­ka­wie­nie. Wygrze­wał się w słońcu, spa­ce­ro­wał nad morzem i czuł, że odpo­czywa po stre­sie zwią­za­nym z wyda­niem Fer­dy­durke.

„(…) wię­cej włó­czy­łem się, poże­ra­jąc roz­ma­ite śli­maki i zapi­ja­jąc to Chianti, niż wypeł­nia­łem obo­wiązki tury­sty w muze­ach i kościo­łach. Opa­no­wało mnie to wałę­sa­nie (…), niczego nie pro­jek­to­wa­łem, nawet bawić się nie mia­łem ochoty. W tym cza­sie jury »Wia­do­mo­ści Lite­rac­kich« dys­ku­to­wało nad przy­zna­niem nagrody za naj­lep­szą książkę 1937 roku i ja już z góry trwo­ni­łem tych kilka tysięcy – lek­ko­myśl­nie, jak się potem oka­zało, bo nagrodę dano Boy­owi za Mary­sieńkę. Ale nie­wiele mnie to obe­szło, wie­dzia­łem, że z nagrodą czy bez wsze­dłem już do lite­ra­tury pol­skiej na stałe. Wypo­czy­wa­łem”52.

Atmos­ferę leni­wego spo­koju zakłó­cała jed­nak rze­czy­wi­stość rzym­skiej ulicy. Dzia­łal­ność ekipy Mus­so­li­niego była widoczna na każ­dym kroku, prasa wychwa­lała sojusz z Hitle­rem, w mie­ście orga­ni­zo­wano prze­mar­sze zwo­len­ni­ków Duce, w loka­lach chó­ral­nie śpie­wano faszy­stow­skie pio­senki.

Zde­gu­sto­wany Gom­bro­wicz uznał atmos­ferę ówcze­snego Rzymu za „coś męt­nego, a potwor­nego, zmorę niczym ze snu”. Z bli­ska zoba­czył, jak wygląda zwy­kły dzień faszy­zmu i to mu wystar­czyło. Ostatni tydzień zamie­rzał spę­dzić w Wene­cji, a w dro­dze do niej poznał kilku mło­dych wło­skich lot­ni­ków, z któ­rymi umó­wił się na spo­tka­nie na placu św. Marka.

„Ten »salon Europy« – wspo­mi­nał po latach – świe­cił pust­kami, nie wiem, czy dla­tego, że sezon się jesz­cze nie zaczął, czy też że zala­ty­wało pro­chem z powodu Austrii. Melan­cho­lią i opusz­cze­niem ziały gołę­bie i lazury nieba i ziemi.

– No dobrze, a gdyby tak Duce kazał wam zbom­bar­do­wać to wszystko? – ruchem ręki obją­łem kościół, pałac, Pro­ku­ra­to­rię…

– Wów­czas nie pozo­stałby z tego kamień na kamie­niu – odpo­wie­dział kiep­ską fran­cusz­czy­zną naj­star­szy z nich, może 25 lat liczący. Mnie ta odpo­wiedź nie zdzi­wiła. Tego nale­żało ocze­ki­wać. Ale zdzi­wiła mnie jego radość, oczy mu błysz­czały, obwie­ścił mi to pra­wie try­um­fal­nie – i na twa­rzach jego kole­gów, gdy się dowie­dzieli, o co cho­dzi, też wyczy­ta­łem nie­ta­joną satys­fak­cję. Co ich tak zachwy­cało? Czyż nie to, że czuli się twór­cami histo­rii? Prze­szłość stała się mniej ważna niż przy­szłość, mogli burzyć”53.

W dro­dze powrot­nej do Pol­ski zetknął się z czymś znacz­nie groź­niej­szym niż wło­ski faszyzm. Gdy pociąg dotarł do Wied­nia, oka­zało się, że w mie­ście dzieje się coś nie­zwy­kłego.

„Naokoło, w prze­dziale, na kory­ta­rzu, wszy­scy się bali. Twa­rze były naprę­żone, wymie­niano jakieś uwagi, coś komen­to­wano… Co? Było widoczne, że coś się stało. Ale nie chcia­łem pytać.

Gdy wje­cha­li­śmy na przed­mie­ścia wie­deń­skie, ujrza­łem gro­mady ludzi z pochod­niami, wiwa­tu­ją­cych. Krzyki »Heil Hitler« docho­dziły do naszych uszu. Mia­sto sza­lało.

Zro­zu­mia­łem: to był Anschluss. Hitler wkra­czał do Wied­nia”54.

Wra­że­nia z Austrii i Włoch miały mieć decy­du­jący wpływ na póź­niej­sze życie Gom­bro­wi­cza. Przez następne mie­siące z nie­po­ko­jem obser­wo­wał pogar­sza­jącą się sytu­ację mię­dzy­na­ro­dową: kon­fe­ren­cję w Mona­chium, przy­łą­cze­nie Czech do Rze­szy, anek­sję Kłaj­pedy. Następ­nie przy­szedł czas eska­la­cji nie­miec­kich żądań wobec Pol­ski i słyn­nej sej­mo­wej mowy Józefa Becka. Chcąc odpo­cząć od poli­tyki, zde­cy­do­wał się popły­nąć do Buenos Aires na pokła­dzie trans­atlan­tyku m/s Chro­bry. Był to dzie­wi­czy rejs tej jed­nostki, a Gom­bro­wicz wszedł na jej pokład jako jeden z repor­te­rów. Pobyt w Buenos Aires miał trwać dwa tygo­dnie.

Chro­bry zawi­nął do argen­tyń­skiego portu przed połu­dniem 20 sierp­nia 1939 roku. Trzy dni póź­niej świat obie­gła infor­ma­cja o pod­pi­sa­niu w Moskwie nie­miecko-sowiec­kiego paktu o nie­agre­sji. Atmos­fera stała się ner­wowa, tym bar­dziej że dowódca trans­atlan­tyku otrzy­mał pole­ce­nie natych­mia­sto­wego powrotu do kraju. Gom­bro­wicz wahał się, czy pozo­stać w Buenos Aires i prze­cze­kać nad­cią­ga­jącą wojnę, czy też pły­nąć do Pol­ski.

„Odpro­wa­dzi­łem go do portu – wspo­mi­nał Jeremi Stem­pow­ski, przed­sta­wi­ciel linii okrę­to­wej będą­cej wła­ści­cie­lem trans­atlan­tyku. – Oddał rze­czy tra­ga­rzowi, poże­gnał mnie i wszedł na sta­tek. W dzie­sięć minut póź­niej roz­legł się dźwięk poże­gnal­nej syreny, a ja zoba­czy­łem Witolda; z dwiema waliz­kami w ręku zbiegł po tra­pie na molo. Była to ostat­nia chwila do powzię­cia decy­zji i sko­rzy­stał z niej. Drżał i powta­rzał: »Nie mogę«. Potem dodał, że była to naj­tra­gicz­niej­sza chwila w jego życiu”55.

Decy­zja ta zawa­żyła na jego przy­szło­ści. Pozo­sta­jąc w Argen­ty­nie, okre­ślił swój los i ni­gdy już nie zoba­czył ojczy­stego kraju i więk­szo­ści rodziny. Na zawsze miał pozo­stać emi­gran­tem.

Argen­tyń­ska bieda

Witold miał z sobą 160 dola­rów (o war­to­ści nabyw­czej nieco ponad 2600 dola­rów dzi­siej­szych), co było nie­dużą sumą, by roz­po­cząć nowe życie w obcym kraju. Nie znał prak­tycz­nie nikogo i nie wła­dał języ­kiem hisz­pań­skim. W pierw­szych dniach wielką pomoc oka­zał mu Stem­pow­ski, który zawiózł go do małego pen­sjo­natu w cen­trum Buenos Aires, wpro­wa­dził do śro­do­wi­ska miej­sco­wej Polo­nii i namó­wił do wystą­pie­nia o nie­wielką zapo­mogę w pol­skim posel­stwie.

Nie­ba­wem Gom­bro­wicz poznał zamoż­nego pisa­rza i histo­ryka Arturo Cap­de­vilę. Został przez niego zapro­szony do wygła­sza­nia poga­da­nek o kul­tu­rze euro­pej­skiej dla jego córki Chin­chiny oraz jej przy­ja­ció­łek. W rze­czy­wi­sto­ści wykłady te były formą pomocy finan­so­wej dla bie­du­ją­cego pisa­rza.

„Jego uko­cha­nym tema­tem był »styl argen­tyń­skiej kobiety« – wspo­mi­nała Chin­china. – Twier­dził, że Argen­tynki muszą wyro­bić sobie wła­sny styl, tak jak go sobie wyro­biły Euro­pejki. Porów­ny­wał spo­soby bycia Angie­lek, Fran­cu­zek itd. ze spo­so­bem bycia Argen­ty­nek. Cała zabawa trwała mie­siąc, spo­ty­ka­li­śmy się raz w tygo­dniu. Mojego ojca bawiły te zebra­nia i żało­wał, że nad­miar pracy nie pozwala mu w nich brać udziału”56.

Arturo pró­bo­wał wpro­wa­dzić Gom­bro­wi­cza do miej­sco­wych elit inte­lek­tu­al­nych, jed­nak poważną prze­szkodę sta­no­wiła bariera języ­kowa. Kło­po­tów przy­spa­rzał rów­nież cha­rak­ter Witolda, który pomimo fatal­nej sytu­acji finan­so­wej nie potra­fił zmu­sić się do kom­pro­mi­sów. Szcze­gól­nie wtedy, gdy cho­dziło o przed­sta­wi­cieli miej­sco­wego esta­bli­sh­mentu.

„Zatrzy­majmy się nad przy­kła­dem Edu­arda Mal­lei, który był redak­to­rem naczel­nym »La Nación« – opo­wia­dał kry­tyk i dzien­ni­karz Roger Pia. – Był on auto­ry­te­tem, nie byle jaką posta­cią, ary­sto­kratą miesz­ka­ją­cym w Bar­rio Ocampo (naje­le­gant­sza dziel­nica Buenos Aires), (…) czło­wie­kiem poważ­nym, ale mimo to dostęp­nym, libe­ra­łem, cabal­lero. To on poparł wydru­ko­wa­nie arty­ku­łów Gom­bro­wi­cza w »La Nación«. Był szczo­dry i umiał popie­rać młode talenty. Ale trzeba było w jakiś spo­sób się do niego dosto­so­wać. Gom­bro­wicz nie był do tego zdolny i natych­miast zatrza­ski­wał drzwi, które ludzie »zna­czący«, jak Mal­lea, przed nim otwie­rali. To samo zda­rzyło mu się z pisa­rzami krą­żą­cymi wokół mie­sięcz­nika »Sur«. (…) W żaden spo­sób nie zga­dzał się na hipo­kry­zję, na pochleb­stwo, (…) jego szcze­rość bywała nie­mal pro­wo­ka­cyjna”57.

Zacho­wa­nie Gom­bro­wi­cza wydaje się tym bar­dziej dziwne, że pierw­sze mie­siące w Argen­ty­nie oka­zały się dla niego szcze­gól­nie trudne. Pod­czas spa­ceru poznał jakie­goś kole­ja­rza, który miał go uczyć hisz­pań­skiego, a skoń­czyło się na tym, że osob­nik ten okradł go ze zło­tego zegarka, pióra, koszul i gar­ni­turu. Wpraw­dzie Gom­bro­wicz tłu­ma­czył, że stało się to pod­czas wspól­nego spo­ży­wa­nia wina, ale oko­licz­no­ści kra­dzieży wydają się dość podej­rzane. Czyżby Witold upił się do tego stop­nia, że stra­cił przy­tom­ność? A może został odu­rzony? Czy tej spra­wie nie towa­rzy­szyły inne, bar­dziej intymne oko­licz­no­ści, skoro poznał kole­ja­rza na ławce na placu Con­sti­tu­tion – w zwy­cza­jo­wym miej­scu spo­tkań homo­sek­su­ali­stów?

Pomimo złej sytu­acji mate­rial­nej Gom­bro­wicz pozo­sta­wał sobą i nie potra­fił schle­biać moż­nym tego świata. Zmie­niał pen­sjo­naty na coraz gor­sze, a z powodu dłu­gów został potur­bo­wany przez wła­ści­ciela jed­nego z nich. Pół roku spał na pod­ło­dze w domu zna­jo­mego i przez cały ten czas nie doja­dał, a mimo to nie zamie­rzał płasz­czyć się przed Argen­tyń­czy­kami. Jed­nak w towa­rzy­stwie pol­skich przy­ja­ciół cza­sami przy­zna­wał się do swo­jej biedy.

„Kie­dyś wie­czo­rem zja­wia się u mnie pan Witold – wspo­mi­nała Halina Nowiń­ska. – Jest blady, zie­lon­kawy, ma zapad­nięte policzki, kaszle, ciężko osuwa się na krze­sło i prosi: »Niech pani mi da coś do zje­dze­nia, już drugi dzień nie jem«. Usma­ży­łam mu naprędce kawa­łek mięsa, z prze­ję­cia nie oso­li­łam, ale dopiero przy ostat­nich kęsach zauwa­żył to. Wycią­gnę­łam wtedy od niego, że przy­je­chał do mnie z Morón tram­wa­jem (to była wtedy naj­dłuż­sza linia tram­wa­jowa, Morón to chyba ze 30 kilo­me­trów od cen­trum mia­sta), bo na kolej nie miał pie­nię­dzy”58.

Jedna ze zna­jo­mych Gom­bro­wi­cza, uwa­ża­jąc, że jest on lek­ko­myślny i prze­pusz­cza otrzy­my­wane od przy­ja­ciół pie­nią­dze, opła­cała w pen­sjo­na­cie poranne pie­czywo i mleko dla niego, inni prze­ka­zy­wali mu uży­waną odzież i stare, nie­po­trzebne już sprzęty. Pew­nego razu dostał od eme­ry­to­wa­nego pol­skiego ban­kiera tro­chę ele­ganc­kich ubrań. Wśród nich był zna­ko­mi­tej jako­ści gar­ni­tur, który pisarz nosił z nie­chę­cią, bo miał on zbyt wie­czo­rowy, wizy­towy cha­rak­ter. Gar­ni­tur ten bar­dzo spodo­bał się sza­cho­wemu part­ne­rowi Witolda z klubu Rex, Arman­dowi Vileli.

„(…) Gom­bro­wicz dostał w pre­zen­cie ele­gancki, ciemny, dwu­rzę­dowy gar­ni­tur – opo­wia­dał Vilela. – Ja mia­łem ubra­nie koloru beżo­wego. Spo­tkaw­szy Gom­bro­wicza w Rexie, powie­dzia­łem: »Ale piękny gar­ni­tur«, na co Gom­bro­wicz: »Twój jest o wiele ład­niej­szy«. »Chcesz się zamie­nić?«, zapro­po­no­wa­łem. Byli­śmy mniej wię­cej tego samego wzro­stu. Zeszli­śmy do kawiarni i tam w toa­le­cie zamie­ni­li­śmy się ubra­niami. Gom­bro­wicz wyszedł cały w beżach, ja zaś wystą­pi­łem na ciemno. Był zachwy­cony. Dłu­gie lata nosi­łem ten gar­ni­tur. Nawet bra­łem w nim ślub. Jeżeli nie pocho­dził od jakie­goś amba­sa­dora, to w każ­dym razie od jego sekre­ta­rza”59.

Rex

Lek­tura Kro­nosa nie pozo­sta­wia wąt­pli­wo­ści – od pierw­szych dni pobytu w Buenos Aires Gom­bro­wicz odwie­dzał miej­sca, gdzie spo­ty­kali się homo­sek­su­ali­ści. W jego intym­nym dzien­niku nie bra­kuje też wzmia­nek o argen­tyń­skich kobie­tach, przy czym nie są one zbyt pochlebne dla tam­tej­szych przed­sta­wi­cie­lek płci pięk­nej. Już kil­ka­na­ście dni po przy­by­ciu do Buenos Aires pisarz stwier­dził, że „kobiety argen­tyń­skie bar­dzo mu się nie podo­bają”60, zda­rzyło mu się jed­nak spę­dzić noc z jakąś tan­cerką, słu­żącą, a także z „wło­chatą balet­nicą”.

Pro­wa­dził tak inten­sywne życie sek­su­alne, że w końcu zapadł na syfi­lis. Na kar­tach intym­nego dzien­nika można zna­leźć infor­ma­cje o seriach zastrzy­ków, a także nazwę kli­niki, w któ­rej leczył scho­rze­nia wene­ryczne. Z powodu swo­jej aktyw­no­ści ero­tycz­nej miał rów­nież pro­blemy z poli­cją. Co prawda w Argen­ty­nie pede­ra­stia nie była zaka­zana, ale skan­dale oby­cza­jowe mogły utrud­nić Gom­bro­wi­czowi otrzy­ma­nie prawa sta­łego pobytu. Wia­domo, że dwu­krot­nie tra­fił na komi­sa­riat i że z powodu homo­sek­su­ali­zmu był też szan­ta­żo­wany. Ogra­ni­czył wów­czas swoją aktyw­ność ero­tyczną. Gdy jed­nak dostał kartę sta­łego pobytu, wszystko wró­ciło do normy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Za: R. Gom­bro­wicz, Gom­bro­wicz w Euro­pie. Świa­dec­twa i doku­menty 963-1969, Kra­ków 1993, s. 251. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Dzien­nik 1961-1966, t. 3, Kra­ków 1988, s. 186-188. [wróć]

Za: R. Gom­bro­wicz, op. cit., s. 298. [wróć]

Ibi­dem, s. 331. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

Ibi­dem, s. 330. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 359. [wróć]

Ibi­dem, s. 332. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Kro­nos, Kra­ków 2013, s. 319. [wróć]

R. Gom­bro­wicz, op. cit., s. 332. [wróć]

Ibi­dem, s. 321. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 363. [wróć]

Za: T. Kępiń­ski, Witold Gom­bro­wicz i świat jego mło­do­ści, War­szawa 1974, s. 59-60. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 69. [wróć]

Za: ibi­dem. [wróć]

Ibi­dem, s. 72. [wróć]

Za: ibi­dem. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Kro­nos, s. 43. [wróć]

T. Kępiń­ski, op. cit., s. 75. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

Za: J. Sie­dlecka, Jaśnie panicz. O Witol­dzie Gom­bro­wi­czu, Gdańsk 1992, s. 165. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 168. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 172. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 178. [wróć]

T. Kępiń­ski, op. cit., s. 189. [wróć]

Ibi­dem, s. 193. [wróć]

Ibi­dem, s. 187-188. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Wspo­mnie­nia pol­skie, [w:] Dzieła, t. 15, Kra­ków 1996, s. 48. [wróć]

T. Kępiń­ski, op. cit., s. 221-222. [wróć]

Ibi­dem, s. 48. [wróć]

J. Kaden-Ban­drow­ski, Nie­moc moralna Gom­bro­wi­cza w „Pamięt­niku”, „Gazeta Pol­ska”, 16.08.1933. [wróć]

Ibi­dem.[wróć]

Za: J. Sie­dlecka, op. cit., s. 197-198. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Wspo­mnie­nia…, s. 108. [wróć]

Ibi­dem.[wróć]

Ibi­dem, s. 108-109. [wróć]

Ibi­dem, s. 109. [wróć]

Za: J. Sie­dlecka, op. cit., s. 208. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Wspo­mnie­nia…, s. 108. [wróć]

Ibi­dem, s. 112. [wróć]

Za: J. Sie­dlecka, op. cit., s. 210. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 219. [wróć]

Za: Wspo­mnie­nia o Zofii Nał­kow­skiej, War­szawa 1965, s. 254. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Wspo­mnie­nia…, s. 147. [wróć]

Ibi­dem, s. 115. [wróć]

Za: K. Toma­sik, Homo­bio­gra­fie, War­szawa 2009, e-book. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Podróże i przy­gody. Nie­smak w per­ma­nen­cji, „Kurier Poranny”, 16.07.1937. [wróć]

Za: J. Sie­dlecka, op. cit., s. 211. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Dzien­nik 1953-1956, t. 1, Kra­ków 1997, s. 264. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Wspo­mnie­nia…, s. 101. [wróć]

Ibi­dem, s. 184. [wróć]

Ibi­dem, s. 186-187. [wróć]

Ibi­dem, s. 187. [wróć]

Za: R. Gom­bro­wicz, Gom­bro­wicz w Argen­ty­nie. Świa­dec­twa i doku­menty 1939-1963, Kra­ków 2004, s. 16. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 22. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 44. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 27. [wróć]

Za: ibi­dem, s. 39. [wróć]

W. Gom­bro­wicz, Kro­nos, s. 70. [wróć]