Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
19 osób interesuje się tą książką
Dwa światy. Siedem dni. Absolutnie nic do stracenia.
Zbuntowana, niepokorna Weronika wiedzie skromne życie we wsi na Mazowszu, gdzie jest jednym z filarów podtrzymujących wielopokoleniową rodzinę. Brakuje jej czasu na beztroskę, a w wolnych chwilach pozbywa się nadmiaru łez i pije siarczyste wino.
Nihilistyczny, zdemoralizowany Etan ma problem z odcięciem się od swojej przeszłości. Po odbyciu kary w zakładzie poprawczym wyznacza sobie cel – skontaktować się z przyjacielem, z którym brał udział w napadzie, a później spróbować normalności.
Dwójka siedemnastolatków spotyka się w okolicznościach pozostawiających wiele do życzenia. Pragnienie wolności, które początkowo ich łączy, szybko zamienia się w destrukcyjną ucieczkę przed konsekwencjami. Czy zdołają odwrócić bieg tragicznych wydarzeń? A może tak naprawdę nie mają czego odwracać…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 176
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Koniec naszych światów
Redakcja i korekta:
Kamila Całka @buszujaca_w_zdaniach
Skład i łamanie:
Daniela Dziedzic @okiemredaktora
Okładka:
Sylwia Burgs, Kamila Krzywoń
Zdjęcia na okładce: www.pexels.com
Copyright © Sylwia Burgs
Wszystkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
Wszelkie prawa do publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakichkolwiek technik całości lub fragmentów tego dzieła bez zgody posiadacza tych praw jest zabronione. Niniejszy tekst stanowi wyłączną własność autora i podlega ochronie zgodnie z przepisami międzynarodowymi oraz krajowymi dotyczącymi praw autorskich.
Zezwala się na udostępnianie okładki w Internecie.
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2026
ISBN 978-83-979632-8-3
https://www.instagram.com/deadmosquito_books/
https://www.tiktok.com/@deadmosquitoo
https://www.facebook.com/deadmosquitoo
Dla wszystkich tych,
którzy przed czymś uciekają
Drogi Czytelniku,
ta mikropowieść sięga obszarów doświadczenia, w których intymność splata się z destrukcją, a wybory niosą nieodwracalne konsekwencje. Narracja operuje napięciem i emocjonalnym ciężarem, przez co może wywołać poczucie niepokoju lub wewnętrznego dyskomfortu. Weź to pod rozwagę podczas lektury.
Tyle rzeczy może się zmienić przez rok. Na życiowej planszy oznacza to jeden ruch do przodu – zostawiamy za sobą kolejne pola i często mijamy rozstaje dróg, jednak bez możliwości powrotu. Prawo, lewo, dalej. Wtedy wydaje się, że to, co robimy, nie ma znaczenia. W rzeczywistości mrugniemy okiem, a budzimy się na ostatnim klifie świata.
Weronika doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Każdy kolejny dzień przybliżał ją do urwiska, a ona pokornie tkwiła na karuzeli życia – raz na górze, raz na dole. Normalne. Uważała się za więźnia losu, a właściwie to za więźnia własnej rodziny. Była jednym z filarów skomplikowanej konstrukcji, którą stanowili mama położna, schorowana babcia, przemęczony ojciec, starsza siostra, będąca samotną matką, oraz młodszy brat, nadal poznający uroki krzywizn każdej literki.
Dziewczyna nie budziła niczyjego współczucia, na swoje nieszczęście. Na jej plecach powoli tworzył się garb obowiązków, skrupulatnie powiększający się z każdym miesiącem. W końcu to nie wina Pauliny, że ojciec małego ich porzucił; musiała zdać maturę, by móc starać się o lepsze warunki dla siebie i domowników. Zupełnie jak ojciec, który zasuwał w elektrociepłowni oraz warsztacie samochodowym urządzonym w garażu przy domu. Etatami matki od lat pozostawały praca w szpitalu oddalonym od rodzinnej wsi o prawie trzydzieści kilometrów oraz, naturalnie, opieka nad swoją chorą mamą w stanie już terminalnym.
Mariusz, jako siedmioletni malec ciekawy świata, zadawał dużo pytań. Nieustannie potrzebował uwagi, o którą starał się walczyć, pociągając za rękawy dorosłych. Nikogo więc nie dziwiło, że spędzał niemal każdą wolną chwilę u boku Weroniki. Nastolatka zdążyła się do tego przyzwyczaić, mimo braku sympatii do dzieci, które utożsamiała z głośnymi, wymalowanymi buziami i resztkami jedzenia na pstrokatych ubrankach.
W chwilach wolnych od szkoły i zajmowania się domem dziewczyna pracowała w miejscowym sklepiku. Nienawidziła ziejących chmielem panów, spędzających całe dnie pod obdrapanym budynkiem z butelką alkoholu w dłoni, który zresztą sama im sprzedawała. Latem zamiast wychodzić na papierosa, uchylała okno w toalecie na zapleczu, gdzie raczyła się w spokoju dymem tytoniowym. I tak przez większość zmiany musiała odpowiadać na ich zaczepki, z przerwami na obsługiwanie sąsiadów i wysłuchiwanie miejscowych plotek. Na początku to miała być tylko praca wakacyjna, jednak rodzice szybko odczuli odciążenie domowego budżetu. I oto właśnie mijał rok, odkąd dzieliła czas między szkołę a inne obowiązki – pracę, zajmowanie się młodszym bratem, pranie, sprzątanie, gotowanie… Ta wyliczanka zdawała się nie mieć końca. Tak samo jak frustracja Weroniki.
Uwielbiała uciekać. Rozpoczęła od zafarbowania włosów na płomiennorudy; kolor jednak płowiał z każdym myciem, zupełnie jak jej chęć do życia. Później dodała do tego złote kółko, które służyło za ozdobę jednego z nozdrzy, a następnie – niestarannie wykonany tatuaż, zrobiony za darmo przez kolegę z technikum. Nie wyglądał aż tak źle. Właściwie to tylko rękojeść wyszła chłystkowi krzywo, ale obiecał, że ją poprawi. „Najwyżej się pogrubi kontury”, stwierdził nonszalancko, gdy ruda sceptycznie patrzyła na świeżą ranę, układającą się w niewielki rewolwer. Nie liczył się dla niej ostateczny efekt, chodziło raczej o sam wydźwięk tego gestu. O czysty, głupi bunt, którego objaw i tak chowała pod pasem biustonosza.
Wraz z końcem roku szkolnego nadeszły wyczekane wakacje – a przynajmniej takie były dla większości jej rówieśników, którzy później we wrześniu mogli pochwalić się brązową opalenizną, zdjęciami na tle światowych zabytków czy letnim romansem. Dla niej oznaczały czas na wyspanie się, okazyjne szwendanie się z dzieciakami ze wsi i opróżnianie butelki taniego wina pod rozgwieżdżonym niebem. Jednym słowem, w tamtych momentach czuła, że życie wcale nie jest takie złe. Później zostawała sama w pokoju i walcząc z siarkowym helikopterem, płakała nad szansami, których ona nigdy nie dostanie. Rano wstydziła się swojego zachowania i śmiała z wyświechtanych łez, bo wiedziała, że nie miały one żadnej mocy sprawczej.
Podobnie było tego poranka. Ostre słońce zdążyło już nagrzać poddasze, gdzie urządziła sobie pokój. Zapach przetrawionego alkoholu wywołał grymas na jej twarzy, więc od razu po przebudzeniu uchyliła dachowe okno. Ściągnęła za dużą koszulkę i korzystając z nieobecności rodziców oraz młodszego brata, czmychnęła po drewnianych schodach do łazienki, znajdującej się piętro niżej. Z parteru dochodziły infantylne dialogi bajkowych bohaterów, wiedziała więc, że siostra puściła małemu kreskówkę – prawdopodobnie po to, by móc się uczyć do poprawki matury.
Jakże przyjemnie było przepłukać spocone i lepkie ciało! Myśli na moment uspokoiły się, a ona czerpała błogość z małej rzeczy. Przy tak wysokich temperaturach, jakie panowały w ostatnich latach w tej niewielkiej wiosce na Mazowszu, zimny prysznic okazywał się wręcz zbawienny, a suszarka do włosów – zbędna. Dziewczyna zaoszczędzała w ten sposób trochę czasu, dzięki czemu staranniej rozdzielała tuszem rzęsy, pociągała ciemną pomadką usta i wybierała ciuchy schludniejsze niż zwykle. Mokre kosmyki zaczesywała do tyłu, by pozwolić prostej grzywce wyschnąć na obsypanym krostkami czole. Czasem lubiła wyjść samej sobie na przeciw, czując się atrakcyjnie w taniej, zwiewnej sukience.
Zarzuciła na ramię płócienną torbę, którą niegdyś wykonała według własnego projektu. Jej stworzenie kosztowało o wiele mniej niż zakup gotowego sieciówkowego wycierucha. Poza tym była dumna z efektu na froncie: abstrakcyjne, szkarłatno-czarne plamy stanowiły tło dla wymownego Fuck off and die, napisanego pretensjonalną, złotą czcionką.
– Wera! – zdążyła ją zawołać Paulina, korzystając z dogodnego momentu, by oderwać się od nauki. – Idziesz do pracy?
– Tak, a co?
– To weź kup pieluchy dla Krystka. – Podeszła bliżej siostry z charakterystyczną dla siebie zbolałą miną.
– Nie możesz choć raz sama się ruszyć z tym dzieckiem? – fuknęła Weronika, pochylona nad zmechaconymi sznurówkami swoich ciężkich butów. Irytowało ją ulgowe traktowanie Pauliny przez rodziców, tym bardziej że siostra doskonale odnalazła się w roli pokrzywdzonej przez los. Tak jakby ktokolwiek zabraniał jej używać zabezpieczenia.
– Podła jesteś, Wera. Przecież to nie dla mnie te pieluchy, tylko dla twojego siostrzeńca. – Jak zwykle obracała kota ogonem, nadal próbując szantażu emocjonalnego. Jednak aby mógł on poskutkować, najpierw młodsza siostra musiałaby odczuwać jakiekolwiek emocje oprócz rozczarowania i zgorzknienia. Niestety nie pamiętała, kiedy ostatnio czuła coś więcej.
– Jego tatuś jutro wpada, może w końcu się na coś szarpnie – wypaliła z uprzejmym uśmiechem, choć daleko było jej w tym momencie do uprzejmości. Znosiła zawiedzione spojrzenie siostry bez najmniejszego drgnięcia policzka.
– Jak wolisz, matka i tak pewnie zadzwoni do ciebie w tej sprawie. – Paulina wzruszyła ramionami, myśląc, że dopięła swego.
Tak zwykle się działo w rodzinie Sarneckich. Trochę krzyku, emocji i łez towarzyszyło siostrzanym przepychankom, ale przecież mówi się, że to normalne. Weronika musiała sobie nieco popyskować, by za moment dalej potulnie wypełniać rodzinne obowiązki. Dała upust swojej frustracji, więc zapewne zaraz warknie coś pod nosem i wyjdzie z domu. Jednak chwile mijały, a dziewczyna nadal mierzyła siostrę wzrokiem, bez zamiaru spektakularnego, mocnego wyjścia.
Tym razem będzie inaczej. Podobno wszystko ma swoje granice, a ruda stanowiła tego najlepszy przykład. Ze stoickim spokojem sięgnęła do lnianej torby, wyjęła telefon i przyjrzała mu się z zastanowieniem. Paulina nie miała pojęcia, co ona robi, więc milcząco przyglądała się jej pomylonemu uśmiechowi, poszerzającemu się z każdą sekundą. Wreszcie młodsza siostra rzuciła telefon na kuchenny stół. Komórka trąciła szklankę z wodą, przez co naczynie roztrzaskało się na kafelkach. Mały Krystian zaczął płakać.
– Pojebało cię?! – wrzasnęła młoda matka i od razu dopadła do bujaka, gdzie jęczało dziecko.
Nogi Weroniki na moment wrosły w ziemię. Nie była pewna, czy posunięcie należało do właściwych. W zasadzie codziennie towarzyszyło jej wrażenie, że wykonuje szereg czynności dla osób, które nawet nie zauważały, jak się rozpada. Z dnia na dzień coś w niej pękało; powoli gubiła za sobą pokruszone części, docierając do zakamarków skrytych pod fasadą normalności. Fala emocji wstrząsnęła jej wnętrzem, a pięści zacisnęły się bezwiednie, jednak uśmiech nie opuszczał bordowych ust. Wiedziała, że to koniec… a raczej początek końca.
– Jakby mama się martwiła, to powiedz, że zapomniałam telefonu – rzuciła przez ramię, zostawiając za sobą dotychczasowe życie.
Życie to seria wydarzeń układających się nieraz nie po naszej myśli. Wystarczy, by do łańcucha czasu dostało się jedno wyszczerbione ogniwo, a jego ciągłość zostanie przerwana. Dni zaczynają biec wolniej, za to myśli – galopują. Kwestie niedostrzegalne gołym okiem nagle stają przed człowiekiem jak żywe, domagając się konfrontacji. Kiedy spojrzy im się prosto w oczy i wsłucha w ich historię, istnieją dwie możliwości: albo dobitnie uświadomią, dlaczego wadliwe ogniwo nie pasowało do łańcucha, albo nakażą nienawidzić pozostałych jego części.
Etan Wiśniewski szybko odrobił lekcję życia. Może i nie był pojętnym uczniem, jednak zajrzał w czarne źrenice swoich błędów na tyle głęboko, by zacząć ich żałować. To nie rozczarowanie ojca zaprowadziło go do labiryntu własnego umysłu, ale nieznany do dziś los przyjaciela, z którym odebrał gorzką naukę.
Chłopak zwykł przyjmować otaczającą go rzeczywistość z rozbrajającą obojętnością. Lubił się bawić, bez względu na konsekwencje i widmo karmy. Nosił w sobie beztroskę niebezpieczną dla niego samego. Wtedy, dwa lata temu, psucie sprawiało mu ogromną frajdę. Rozwalał wszystko, co mogło stanowić dla kogoś wartość: drogie samochody, witryny sklepowe czy nawet buźkę syna lokalnego przedsiębiorcy. Ostatecznie musiał odpokutować w zakładzie poprawczym za połączenie wymienionych przewinień.
Miał piętnaście lat, ale dobrze znał uczucie mrowienia twarzy. Testowanie narkotyków różnego rodzaju można było śmiało nazwać jego hobby. W swoim dzienniku zapisywał z dużą starannością wszelkie doznania, które jego ciało i umysł zdążyły zarejestrować. Dlaczego, skoro ojciec po śmierci matki starał się mu zapewnić normalność? Dlaczego, skoro pisał piękne wiersze, wzbudzające w nim samym wyrzuty sumienia?
To właśnie one go uratowały. W zakładzie wygrał kilka konkursów poetyckich, ba, nawet nagrał wraz z towarzyszami niedoli hip-hopowy kawałek w ramach projektu, który świetnie się przyjął wśród wychowanków. Skonfrontował się z własnymi błędami, przyglądał im się czule i postanowił skonstruować kolejny łańcuch, tym razem wytrzymały, długi i niepokryty korozją. Sprawował się w poprawczaku na tyle dobrze, że gdy ukończył siedemnaście lat, sędzina wypuściła go wcześniej. Mógł zacząć szukać błyszczących nowością ogniw łagodzących bieg tamtych wydarzeń… ale najpierw musiał się dowiedzieć, czemu nigdy nie dostał odpowiedzi na swoje listy oraz wszelkie próby kontaktu ze starszym przyjacielem, który stał u jego boku tamtej nocy.
Lato, wakacje. Słońce prażyło czubki głów, popychając tym samym dzieci Ziemi do robienia głupot. To najlepszy moment, by zaszaleć po raz ostatni, by poczuć pobudzający smak adrenaliny, a później zapomnieć o niej raz na zawsze. By się upewnić, że odzyskanie przez Etana wolności nie okazało się zwykłą pomyłką. By spojrzeć w oczy dziewiętnastoletniego kumpla i zrozumieć, czemu ten przestał postrzegać go jak brata.
Tego ranka plan został prawie zrealizowany – wystarczyło już tylko zostawić pieniądze w miejscu skradzionego auta i uciszyć własne sumienie. Nie była to fura najwyższych lotów, i może właśnie o to chodziło. Etan posiadł od starszego kolegi Piotrka umiejętność zwinnego uszkadzania zamków w starszych modelach. Upatrzony przez niego Fiat Punto należał do ochroniarza złomowiska i na bystre oko chłopaka nie był wart więcej niż jakieś półtora tysiąca złotych. Akurat tyle odłożył sobie dzięki robocie w tartaku w tej totalnej norze.
Tak, owa wieś zasługiwała na miano totalnej nory. Nie cierpiał faktu, że jedyne miejsca, w których można było się zaszyć, okazywały się doskonale znane tutejszej młodzieży. Nie zamierzał się z nikim bratać, bo ani myślał tu zostawać. Choć, według jego ojca, to miejsce miało idealne warunki do świeżego startu i oderwania się od nieprzyjemnej przeszłości, serce Etana nie chciało tutaj bić. Właściwie to nie wiedział, czy chciało bić gdziekolwiek indziej. Na pewno nie bez świadomości, co stało się z Piotrkiem.
Siedemnaście lat to niewdzięczny wiek – jedna stopa stoi już po stronie dorosłości, ale druga nadal tkwi w świecie wybaczalnej infantylności. Trudno pogodzić się z dzieckiem powoli opuszczającym ciało, a jednak coś ciągnie do słodkiej niewiadomej, za którą kryje się samodzielność.
Etan mocno zaciskał ręce na kierownicy starego rzęcha. Czapka złodziejka (o, ironio!), którą nasunął na półdługie, brązowe loki, nadawała mu charakter; dzięki niej spojrzenie zielonych oczu wyglądało o wiele bardziej ponuro, dając zadowalający go efekt. Już nie będzie kojarzył się ludziom z grzecznym chłopcem o twarzy aniołka. To zupełnie nie korespondowało z jego zgorzkniałą naturą.
Skoncentrował wzrok na papierowej torbie, w której umieścił ustaloną przez siebie kwotę. Może po prostu odjechać i zostawić kasę dla siebie?, zastanawiał się, bo niby za co miał przeżyć nadchodzące dni? Musiał jednak zrobić coś, co zniechęciłoby właściciela samochodu do zgłoszenia kradzieży. Zresztą zdaniem chłopaka to wcale nie była kradzież, tylko niezapowiedziana transakcja.
Zaklął pod nosem i sięgnął do kabelków z głęboką nadzieją, że akcja się powiedzie. Zwarł ze sobą czerwony i czarny, po czym pokręcił rozrusznikiem z sercem bijącym w przełyku. Kiedy usłyszał pracę silnika, adrenalina wypełniła jego żyły, wręcz wbijając chłopaka w fotel. Przełknął nerwowo ślinę i pojechał prosto do lasu znajdującego się na skraju wsi – tak, jak zaplanował. Nie oglądał się za siebie ani się nie wahał. Czuł, że działa w słusznej sprawie. Potrzebował kilku dni, żeby osiągnąć cel, a wraz z nim – wewnętrzny spokój.
Radio przygrywało mu jeden ze złotych przebojów, stanowiąc tło dla stanu podniecenia. Ze zbyt dużą prędkością mijał kolejne drzewa, przez co na wzniesieniach kilkukrotnie uderzył głową o dach auta; nie potrafił jednak zapanować nad rozbuchanymi emocjami. Gdy wjechał wystarczająco głęboko w gęstwinę, wręcz wypadł z samochodu ze śrubokrętem i skradzionymi ze złomowiska rejestracjami. Ukląkł rozdygotany, wśród śpiewu ptaków i szumu wprawionych w ruch liści, próbując wykręcić śruby jak najszybciej.
– Kurwa, spokój! – zganił samego siebie, upuszczając przedmioty. Próbował uspokoić oddech; dawno nie zetknął się z tak intensywnym podnieceniem. Czuł się niemal jak na głodzie narkotykowym, którego smak zdążył już wyrzucić z pamięci. Zamknął na chwilę oczy i wspominając jeden z dni spędzonych u boku ukochanej mamy, zwrócił twarz ku słońcu. Wdech nosem, wydech ustami.
Pierwszy papieros znalazł się w ustach Weroniki jeszcze przed otwarciem sklepu. Jeden z miejscowych pijaczków już czekał przed wejściem, posyłając jej wesoły uśmiech. Czmychnęła obok niego, rzucając szybkie „Pięć minut”, owionięta zapachem przetrawionego alkoholu.
Czy tym razem przypadkiem nie przesadziła? Kłótnie z siostrą nie były dla niej żadną odmianą, jednak nienawidziła tłumaczyć się rodzicom ze swojego ciętego języka. Miewała wyrzuty sumienia z powodu swoich przesadzonych reakcji, ale wewnętrznie czuła się rozdarta, zła i cholernie niesprawiedliwie traktowana. To jeden z niewielu sposobów, które znała, na rozładowanie piętrzącej się w niej goryczy. Teraz próbowała odwrócić od niej uwagę gorzkim smakiem tytoniu, rozciągającym się na języku z każdym kolejnym buchem.
Dym uciekał niespiesznie przez uchylone okno na zapleczu. Zimno ściany przyjemnie chłodziło plecy dziewczyny dzięki głębokiemu dekoltowi żółtej sukienki. Tak bardzo nie chciała wracać dziś po pracy do domu, ale dokąd miała iść? Podjechać do kolegi z pobliskiego miasteczka, by poprawił jej ten przeklęty tatuaż? Na pewno nie zamierzała spędzać kolejnego dnia z lokalną ekipą, słuchając czerstwych żartów i pijąc to samo tanie, siarczyste wino. Zresztą jej głowa nadal pulsowała od jego nadmiaru.
Przygasiła peta o zagubione wieczko słoika i wyrzuciła go przez okno.
Z malującym się na twarzy niezadowoleniem przekręciła klucz w drzwiach, po czym otworzyła je na oścież. Stanęła za ladą, chcąc jak najszybciej mieć za sobą transakcję z ledwo otrzeźwiałym klientem. Unikała kontaktu wzrokowego, gdy komplementował jej sukienkę, jednak niespodziewane muśnięcie dłoni nad plastikową podkładką na pieniądze wywołało w niej niekontrolowany dreszcz obrzydzenia. Miała serdecznie dosyć tej pracy, tych ludzi zmęczonych życiem bez perspektyw, tego przepełnionego harmidrem i lokatorami domu. Chciała wziąć wszystko, co przy sobie miała, i zniknąć – raz na zawsze, raz a porządnie, by nikt już więcej nie zawracał jej głowy.
Z pełnych ust Weroniki uciekło westchnienie, gdy uporczywy sąsiad opuścił sklep z czteropakiem mocnego piwa. Chcąc zająć czymś ręce, włączyła plastikowy wiatrak i zaczęła zamiatać podłogę. Przez myśl przeszło jej włączenie radia, jednak pulsujący ból głowy zniechęcał ją do zrealizowania tego pomysłu. Jeszcze chwilę kręciła się po sklepie, odwracając bezmyślnie produkty etykietą do przodu, jednak to nie przynosiło ulgi galopującym rozważaniom. Oparła z ciężkością dłonie o ladę i zwiesiła głowę. Ze wszystkich sił starała się poskromić wybuch płaczu; wystarczyło, że wczorajszej nocy zmoczyła łzami całą poduszkę. Oczy zaszkliły się wbrew jej woli, a ona jeszcze nie była świadoma tego, co czekało za progiem.
Ktoś wszedł do sklepu, nie pozostawiając rudej czasu na użalanie się nad sobą. Obróciła się tyłem do postaci, by osuszyć wierzchem palca zewnętrzne kąciki. Wypuściła głośno powietrze z ust i już miała odwrócić się do klienta, kiedy usłyszała odgłos zamykania drzwi.
– Proszę nie zamykać – zdążyła powiedzieć, gdy jej oczy zarejestrowały wysoką postać przekręcającą w zamku klucz, który ona zapomniała wyjąć. Na odkrytych plecach dziewczyny ścieżkę wytyczył strach.
Wbiła spojrzenie w pełną powagi twarz młodego chłopaka, powoli zmierzającego w stronę lady. Nie widziała go wcześniej, nie słyszała też od znajomych, by jakikolwiek nowy nieszczęśnik dołączył do grona mieszkańców tej nudnej nory. Okoliczne wsie również miały przynajmniej jeden czynny sklep, więc trudno o logiczny powód, dla którego ktoś spoza lokalnych przyjechałby do tej blaszanej budy.
Ludzie z miejscowości, na którą jeszcze do niedawna skazany był Etan, śmiali się z jego nienaturalnego zachowania i często nazywali go dzikusem. Dziewczyna przed nim zdawała się myśleć o nim dokładnie to samo, choć nigdy wcześniej się nie widzieli. Jej zmęczony, skonsternowany wzrok sugerował, że miała chłopaka za wybryk natury. Nawet nie mogli dzielić grona znajomych, bo tego dnia zdążył pokonać starym gratem dobre siedemdziesiąt kilometrów. W dodatku do tej pory nie wyściubiał nosa z nowego najbardziej znienawidzonego przez siebie miejsca. Nie miała zatem zielonego pojęcia, kim jest, a już go oceniała.
Ludzie gadali – i gadać będą. W przypadku Etana niczego to nie zmieniało.
Weronika odruchowo wykonała krok w tył; pałka teleskopowa czekała w prawym bucie, jednak nie miała jeszcze okazji wykorzystać jej do samoobrony. Wiedziała, że potrzebuje dwóch ruchów, by wysunąć broń oraz rozłożyć ją jednym, zdecydowanym machnięciem. Zanim do niej sięgnie, postanowiła poczekać na rozwój sytuacji.
– Na dworze upał prawie trzydzieści stopni, a ta buda nie jest wyposażona w klimę. Byłabym wdzięczna, gdybyś otworzył drzwi – rzuciła, patrząc już bez strachu w duże, zielone oczy, bo po jej krwiobiegu zaczął krążyć hormon odwagi.
Kiedy uważniej przyjrzała się chłopakowi, odkryła, jak oryginalne miał rysy. Mocno zarysowana linia szczęki współgrała z wyrazistym kształtem ust, nad którymi odznaczał się młodzieńczy wąsik. Niemal proste brwi wisiały ponuro nad przeszywającymi oczami, a jedną z nich szpeciła biała blizna, rozdzielając włoski na dwie strony. Szerokie nozdrza, poruszające się szybciej z każdym kolejnym wdechem, otaczał proporcjonalny nos. Brodę porastało liche owłosienie.
Etan zacisnął szczękę. Pomysł okradzenia przypadkowego sklepu po drodze wdarł się do jego głowy przed kilkoma minutami i nadal nie był go pewien. Zawsze działał według planu, ale z doświadczenia wiedział, że nie należy ignorować własnych przeczuć. Wyrzut adrenaliny obudził w nim jednak silne pragnienie, by przekroczyć granicę, by sprawdzić, co się stanie, gdy znajdzie się po jej drugiej stronie. Nie zamierzał skrzywdzić dziewczyny; chciał wziąć trochę kasy i zwiewać stąd, póki podniecenie nie zacznie przejmować nad nim kontroli.
– Czy mam powtórzyć? Nie każdy nosi czapkę w lato, chojraku. Czy to jakaś letnia odmiana morsowania? – zakpiła Weronika, nie mogąc się powstrzymać. Dostrzegła lekkie zawahanie w jego ruchach, a szczególnie w rozbieganym spojrzeniu; to dało jej odwagę, by spróbować wytrącić go z równowagi.
– Z klamką przy głowie też będziesz taka wyszczekana? – Oparł dłonie o ladę, a trzymana atrapa broni aż o nią szczęknęła. Weronika wbiła spojrzenie w gnata, a uśpiony lęk z powrotem obudził się do życia. Zdawała sobie sprawę, że musi zachować zimną krew, by się uratować. Jej niezrozumiałe zainteresowanie bronią krótką dało jej wiedzę, która właśnie wzbudziła jej wątpliwości co do pistoletu spoczywającego w uniesionej dłoni chłopaka.
– No proszę, klasyczny Glock. – Przełknęła ślinę i na moment przeniosła wzrok na ciemnozielone tęczówki. Chłopak ponownie zastukał bronią w ladę, odwzajemniając spojrzenie prowokująco. Zamierzał ją w ten sposób postraszyć, ale Weronika, wsłuchawszy się w sztuczny, nienaturalny odgłos, wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem.
– Z czego się, kurwa, śmiejesz?! – wykrzyknął chłopak, mierząc plastikową atrapą prosto w czoło rudej. Sekundy mijały, a jej radość przybierała coraz to głośniejszą formę, co doprowadzało Etana do szału. Dodatkowa obserwacja sposobu, w jaki trzymał „broń”, tylko potwierdziła przypuszczenia dziewczyny.
– Dzwonili ze Smyka, chcą swoją zabawkę z powrotem! – krzyknęła mu w twarz, zraszając ją kropelkami śliny. Chichotała w najlepsze, zgięta wpół, aż cierpliwość chłopaka wreszcie się skończyła.
Etan, niespodziewanie dla samego siebie, chwycił dziewczynę za szyję i beztroski śmiech ucichł. Patrzył w jej brązowe oczy, później na każdy pojedynczy por na obsypanej piegami twarzy. Bordowe wargi i złoty kolczyk w nozdrzu zatrzymały jego spojrzenie trochę dłużej. Nie sądził, że spodoba mu się to, co ujrzał, ale tak właśnie było. Mimo wszystko odrzucił swoje spostrzeżenie na bok, by dążyć do wyznaczonego celu.
– Wyciągnij dwa klocki z szuflady, a nic ci się nie stanie.
Ich twarze dzieliło kilka centymetrów. Dłoń zaciśnięta na lepiącej się od potu szyi nie zaciskała się mocniej, co tylko ośmielało Weronikę do dalszego dworowania z tajemniczego typka. Powinna czuć strach; pistolet może i był sztuczny, ale młode ramiona i szerokie dłonie – zdecydowanie nie. Z przerażeniem odkryła, że niebezpieczeństwo nie miało dla niej znaczenia, że gdyby umarła tutaj, dzisiaj, za kilka minut, nie mogłaby czuć się bardziej szczęśliwa. Nie straciłaby nic oprócz żałosnego życia małej, nic nieznaczącej mrówki, zasuwającej, by przetrwać.
