Koliber i rubin - Anna Purowska - ebook
NOWOŚĆ

Koliber i rubin ebook

Purowska Anna

0,0

Opis

 

Prawdziwa miłość gorsza jest od czarów. Na każde zaklęcie prędzej czy później znajdzie się remedium. Na szczere uczucia, płynące prosto z serca, nie ma żadnej mocy.

Po rozpadzie małżeństwa i nagłym końcu kariery Isabelle wraca do rodzinnej Lucerny. Zostawia za sobą życie, które miało być spełnieniem marzeń, a odnajduje pustkę   bez nadziei, bez wiary w dobro, które w ukochanych bajkach z dzieciństwa zawsze zwyciężało.
Aż do dnia, gdy w samym środku lata w kieliszku wina pojawia się płatek śniegu, a na afiszu zostaje zapowiedziane niezwykłe przedstawienie. Zwabiona melodią fortepianu Isabelle rusza w podróż, która okaże się najdłuższą i najgłębszą w jej życiu.

Koliber i rubin to powieść baśniowa, która kusi melodiami, drży niespełnioną miłością zapisaną w listach, nutach i poezji. Opowiada o wielkiej pasji, odwadze, by zaryzykować wszystko, i tajemnicy, która każe pytać, czy przeznaczenie istnieje naprawdę. Jaką cenę należy zapłacić, by za nim podążyć?

Czy w mrocznych komnatach zamku, wśród ciążącej na nim klątwy, kobiece serce pełne demonów z przeszłości zdoła pokonać lęki i odnajdzie drogę do spełnienia?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 380

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Redakcja i korektaAgata Piotrowska

WspółpracaRobert Ratajczak

Projekt okładki, skład i łamanieNatalia Jargieło

Przygotowanie wersji elektronicznejArtur Kaczor, KompART

© Copyright by Anna Purowska© Copyright by Wydawnictwo Vectra

Wydanie I

ISBN ebook 978-83-68293-66-1(wydanie elektroniczne e-book)

ISBN 978-83-68293-62-3(wydanie papierowe)

WydawcaWydawnictwo VectraCzerwionka-Leszczyny 2026www.arw-vectra.pl

Bartuś w dzień swoich urodzin:Mami, wybrałaś najlepszy dzień na świecie.A ja czuję, że wybrał mnie najwspanialszy chłopczyk na świecie.Dziękuję, Bartusiu. Uwielbiam być Twoją mami.

Książkę dedykuję mojemu synowi, Bartusiowi oraz każdemu, kto nosi w sobie rany, a mimo to, co dzień siebie zwycięża.

Vincit, qui se vincit.

Ten zwycięża, który siebie zwycięża.

Sentencja łacińska

 

 

Twoje wizje staną się jasne tylko wtedy,

gdy będziesz mógł zajrzeć do własnego serca.

Kto wygląda na zewnątrz, śpi; kto zagląda do środka, budzi się.

Carl Gustav Jung

Wstęp

Raz na kilka lat nad Jeziorem Czterech Kantonów spada gwiazda.

Jej przejmujący świst słychać w całej Lucernie, a nad ukołysanym nocą miastem rozbłyskuje złota poświata. Zanim się pojawi, nie ma żadnych znaków ani na niebie, ani na ziemi. Ale kiedy już przebija się przez mglistą przestrzeń, rozjaśnia okolicę na tyle, by mimo mroku, na parę sekund, ujawnił się pokryty śniegiem szczyt góry Pilatus.

Gwiazda nurkuje w granatowych głębinach, ciągnąc za sobą świetlisty ogon, a powierzchnia jeziora mieni się złotem i czerwienią. Każdy, kto zdołał zauważyć zjawisko, wie, że niebawem miasto odwiedzi Zaklinacz melodii.

***

Isabelle, jeszcze we śnie, poczuła czyjś uścisk na swojej dłoni. O szyby dudniły ciężkie krople, a wokół unosił się zapach deszczu. Dziewczyna pragnęła dalej śnić o tajemniczym mężczyźnie, którego oczy lśniły znajomo. O człowieku, którego widziała dawno temu, a później nagle zniknął i nigdy już nie wrócił. Nie chciała, by wypuszczał z objęć jej rękę, by rozpływał się niczym mgła po wschodzie słońca. A jednak głośny gwizd sprawił, że w ułamku sekundy otworzyła oczy i znalazła się w swoim pokoju. Od stóp i dłoni rozlewało się przenikliwe zimno, po ciele wędrowały dreszcze, serce wybijało nierówny rytm. Zerwała się z łóżka, dobiegła do okna, chwyciła się mocno parapetu i zamarła, widząc złocistą smugę sunącą po niebie.

Zawirowało jej w głowie, jakby właśnie wypiła kieliszek szampana. Choć blask gwiazdy powoli się rozpraszał, Isabelle wciąż czuła na języku przyjemnie musujące bąbelki. Zastygła zapatrzona w księżycowe zwierciadło Jeziora Czterech Kantonów, a cała jej dusza pogrążyła się w nadziei, że sen się spełni.

CZĘŚĆ 1

Miasto światła

1.

Matka patrzyła w okno i niezadowolona kręciła głową. Dziewczyna przyjrzała się jej profilowi, który zdradzał zawód. Isabelle nigdy nie umiała sprawić, by rodzina była z niej dumna. Może raz patrzyli na nią inaczej… gdy w białej sukni, pod błękitnym niebem Italii przysięgała miłość po grób. Przysięgała jedyny raz w życiu, a jednak nie udało się dotrzymać danego mężowi słowa.

Nie umiała wytrwać w małżeństwie, więc wróciła. Z włoskiego, słonecznego snu, ze złocistych plaż, z ogromnej willi pełnej drogocennych kryształów do zalanej deszczem Lucerny. Nikt z rodziny nie mógł pojąć, dlaczego porzuciła męża. Sąsiedzi przyglądali się jej z niedowierzaniem, mijani ludzie wyśmiewali zbyt głośno, by mogła udawać, że nie słyszy. Mąż idealny pojawił się w jej życiu, gdy ledwo skończyła szkołę. Miała plany zupełnie inne, ale…

„Miłość dopada znienacka, nie szukasz, nie chcesz, a ona i tak cię znajdzie” – matka zawsze miała w zanadrzu odpowiednie zdania na każdą okazję. Albo: „Deszcz oznacza łzy, a jeśli pada w ważny dzień, nigdy nie zwiastuje to niczego dobrego”.

Choć Isabelle była zauroczona, nosiła w sobie ciche przeświadczenie, że jej życie powinno potoczyć się inaczej. Nie pragnęła małżeństwa, ale całą sobą pożądała wtedy tego mężczyzny. Pozostanie przy nim oznaczało wyjazd.

Wodziła palcem po zagłębieniu w drewnianym stole, wsłuchiwała się w stukot deszczu o szybę i przypomniała sobie niezwykłe nocne zdarzenie. Świst, błysk oraz szczyt Pilatusa iskrzący się od śniegu. Dostrzeżenie go graniczyło z cudem – góra najczęściej była zasnuta chmurami.

− Mamo, słyszałaś w nocy hałas? – zapytała i odniosła wrażenie, że wraca do niej wirowanie w głowie i uczucie musujących bąbelków na języku.

− Spałam całą noc. – Matka wzruszyła ramionami, poprawiła fartuszek i wyszła z kuchni. – Pamiętasz o spotkaniu? – krzyknęła z pokoju obok.

Isabelle poczuła piasek pod powiekami. Pamiętała zbyt dobrze, że właśnie dziś, w deszczowy dzień, który zawsze zwiastuje nieszczęście, jej marzenia po raz kolejny zostaną zdeptane. Przez nikogo obcego, przez nią samą. Wiedziała przecież doskonale, gdzie stanąć, by je rozkruszyć.

***

Szła mokrymi ulicami, starała się omijać kałuże i odrzucać myśli, które mąciły jej w sercu. Jakiś czas temu pragnęła ciepła, słońca, dlatego też włoski sen wydawał jej się tym, w którym odnajdzie spełnienie. A teraz musiała odnajdywać siebie na nowo, poznawać i odkrywać w rolach, które jej przypisano, a które nieszczególnie ją cieszyły.

Starówka leżała nieopodal jeziora, w otoczeniu górskich szczytów, które tego dnia nie były widoczne, ale Isabelle pamiętała doskonale ich kolory – soczyste latem i wiosną, płonące wczesną jesienią i lukrowane połyskującą bielą niemal przez połowę roku. Między kamienicami mogłaby przemykać, mając zamknięte powieki. Na pamięć znała układ majestatycznych budynków, ich kolory i kształty, i czuła na sobie magię sączącą się z fresków zdobiących ich fasady. Malowidła przedstawiające postaci mitologiczne, sceny z historii miasta od dzieciństwa zadomowiły się w jej głowie. Każde z nich snuło inną opowieść.

Opowieść… Isabelle przystanęła i uniosła wzrok.

Fasada Fischerstube prezentowała młyny Lucerny, które od dawna już nie istniały. Front Gambrinus, na czterech panelach pomiędzy oknami, przedstawiał Egipcjan, Greków, Asyryjczyków i Niemców warzących oraz pijących piwo. Obie kamienice były w kolorach jasnego beżu z butelkowo-zielonymi okiennicami. Przy Placu Weinmarkt pomarańczowy budynek zdobiony był wizerunkami muzyków i aktorów, którzy niegdyś w tym miejscu występowali. Kilka kroków dalej znajdowała się pistacjowa fasada z wymalowanymi na niej biblijną sceną z Kanaanu i dziewięcioma muzykami, umieszczonymi na górnej kondygnacji budynku. Każdy z nich był w białej koszuli i trzymał instrument. Natomiast między oknami Müllersche Apotheke wiły się najróżniejszych rozmiarów węże. To właśnie przy tej kamienicy Isabelle zatrzymała się i zerknęła na napis umieszczony u szczytu zdobiącej ją wieży:

„Na chorobę miłosną nie ma lekarstwa”.

Isabelle wyobraziła sobie młodą dziewczynę, która przekracza próg budynku, drżącą dłonią naciska klamkę i podchodzi do okienka, po czym zaczyna ronić łzy i chwyta się za serce, a farmaceutka, starowinka z pięćdziesięcioletnim doświadczeniem w swoim fachu, wywraca oczami i podpiera się pod boki, mówiąc: „Nie czytała pani napisu przy wejściu? Ech, ta dzisiejsza młodzież, wczorajsza zresztą też. Wielu chciałoby specyfiku na połamane serce, na łzy lejące się strumieniami i na ucisk w klatce. Niejednego tu miałam nieszczęśnika i niejedną mizerotę. Zawsze i wszędzie rozpoznam wyblakłe twarze, podkrążone powieki, ból, który nie sposób zlokalizować, i tęsknotę wpisaną w puste, szkliste oczy. Nie! Po tysiąckroć powtarzałam i wciąż powtarzać muszę: nie ma leku na wasze dolegliwości! Nie wymyślono wciąż leku na miłość! Na tę zdruzgotaną oczywiście. To przypadłość, która atakuje znienacka, od początku istnienia ludzkości, i remedium na nią nie istnieje”.

Spomiędzy kamienic wyłonił się widok na rzekę Reuss, na jasne budynki zlokalizowane po drugiej stronie brzegu i drewniany most Kapellbrücke okryty spadzistym dachem, ciągnący się nie w linii prostej, a po skosie; na całej długości ozdobiony kwitnącymi pelargoniami w kolorze różu, czerwieni i bieli. To moje miasto, pomyślała Isabelle, a w piersi ścisnęło ją na myśl, że oto odbywa pierwszy dłuższy spacer po powrocie z Włoch, po dwóch latach rozłąki. Dopiero teraz zrozumiała, jak mocno brakowało jej tych miejsc, które na myśl zawsze przywodziły bajki.

Jako dziewczynka myślała, że każde miasto wygląda właśnie w ten sposób, dopiero wiele lat później zrozumiała, że choć każde miejsce na ziemi skrywa własną historię, jej dane było urodzić się w mieście zjawiskowym, rozkwitającym barwami, majestatycznym dzięki zamkowym, obronnym murom, baśniowym – pełnym wież i wieżyczek. Miała to szczęście urodzić się na pograniczu jawy i snu w śnieżną, zimową noc, dwudziestego grudnia, dwadzieścia jeden lat temu.

Niczego w swoim życiu nie mogła być już pewna – oprócz jednego.

Łączyła ją z tym miejscem silna więź.

I choć budynek, do którego zmierzała Isabelle, nie został ozdobiony freskami, to właśnie on był dla niej najbardziej romantyczny, tajemniczy, kuszący. Jego jedynym elementem dekoracyjnym była kamienna wieża nakryta spadzistym dachem. Jako mała dziewczynka Isabelle wyobrażała sobie, że na jej szczycie żyje długowłosa Roszpunka, i wierzyła, że pewnego dnia w Lucernie pojawi się książę, który ją stamtąd uwolni. Objęła wzrokiem okna, za którymi kryła się skarbnica, największe bogactwo, jakie w życiu widziała i znała. Nacisnęła dużą, mosiężną klamkę i ogarnęły ją dreszcze. Chłód panował w środku, odkąd pamiętała, o każdej porze roku, nawet teraz, w samym środku lata. Uświadomiła sobie właśnie, że jako kilkuletnia dziewczynka była przekonana, iż do każdej biblioteki wchodzi się przez magiczne wrota, po drewnianych, skrzypiących schodach, wijących się w górę stożkowatej wieży. Że przez małe okienka wpadają nikłe przebłyski światła, a w jego odbiciach migocą drobinki kurzu. Zawsze wyobrażała sobie, że w takich miejscach pracują starsi panowie, którzy są niczym czarodzieje zapraszający czytelników do nadzwyczajnych światów.

– Isabelle. – Jego głos wybrzmiał dźwięcznie, ale skrzecząco.

Lucas był przecież coraz starszy, mogła się tego spodziewać. Jeszcze go nie widziała, to on dostrzegł ją pierwszy, a jednak ponad wszystko inne, co dziś na nowo odkryła, najbardziej ucieszyła się, że on wciąż tu był. Jej radość rozżarzała się ciepłem pod żebrami i oplatała serce, lecz policzki, usta trwały w bolesnym napięciu. Zerknęła w bok i z żalem zauważyła coraz mniej włosów na jego głowie i z pewnością grubsze niż ostatnio szkła w brązowych oprawach.

Ruszyli oboje w swoim kierunku, mijając regały uginające się pod ciężarem książek. A kiedy Lucas był już blisko i chwycił jej dłonie, zorientowała się, że jest niższy niż wtedy, kiedy stąd wyjeżdżała. Zdumiewające, całkiem niedawno to ona spoglądała z dołu w jego bystre oczy pełne dobra i spokoju. Czas płynął – poczuła to najmocniej, dostrzegając wzruszenie w spojrzeniu przyjaciela.

− Czas działa na twoją korzyść. – W oczach bibliotekarza rozbłysły szkliste krople.

Udała, że nie widzi. Przełknęła ślinę, czując gulę w gardle, i wyswobodziła się z uścisku. Był pełen serdeczności, a ona już od niej odwykła.

− Szukasz inspiracji do nowej historii?

− Nie. Koniec z opowieściami. Chcę po prostu przeczytać książkę, nie snuć planów, wyobrażeń, nie marzyć już więcej o spełnieniu.

− Nie wiem, co się stało i dlaczego wróciłaś, ale z podziwem obserwowałem każdy twój występ, kibicowałem ci i wierzyłem całym sobą. – Złożył dwie pomarszczone dłonie i przytulił je do serca.

− Przepraszam, jeśli zawiodłam… − Spuściła wzrok i zatopiła spojrzenie w świeżo wypastowanej podłodze.

− Zawiodłaś? – Potrząsnął głową, aż uniosły się na niej białe kosmyki włosów. – To słowo ani trochę do ciebie nie pasuje. Jesteś pasjonatką, młodą dziewczyną, uwielbianą przez innych, zwinną, przepiękną…

− Proszę nie kończyć. Byłam. – Zerknęła w kierunku okna, za którym niebo zasnuwało się grubą warstwą srebrzystych chmur.

− Musisz więc stworzyć swoją opowieść. Taką, która będzie należała tylko do ciebie i ciebie zachwyci, tobie da siłę i nadzieję, ciebie uzdrowi. Przecież ty to potrafisz, to cała ty, moja mała, pełna pasji i niezwykłych pomysłów Isabelle. Nie bez powodu urodziłaś się i wychowywałaś w mieście, które na każdym kroku opowiada swoją historię. Zewsząd. Ze wszystkich kamienic i zdobiących je fresków, z pagórków i gór, które je otaczają.

− Kiedy pana słucham, mam wrażenie, że pan mnie z kimś pomylił. – Usiadła w beżowym fotelu i zapadła się w jego miękkich poduszkach.

Pod przymkniętymi powiekami widziała małą Isabelle z dwoma długimi warkoczami, która buszuje między regałami pełnymi książek i szuka dla siebie tych najciekawszych. Mama piekli się i głośno wzdycha, bo trzeba kupić warzywa na targu, mieszkanie posprzątać, bo obiad niegotowy. Ale ona, kilkuletnia Isabelle, przez chwilę ma czas dla siebie w ulubionym miejscu, z ulubionym człowiekiem, panem Lucasem.

Starzec wpatrywał się w nią w pełnym skupieniu, wiedziała o tym doskonale, mimo że na niego nie patrzyła.

− Myślę, że nadszedł czas, abyś dostała ode mnie coś specjalnego.

Nie zareagowała. Czas wiary w to, że powieści potrafią ratować ją z opresji, że nadają życiu sens, że budują wiarę – dawno już minął. Owszem, wróciła do biblioteki. Wróciła, z sercem pustym, opróżnionym z nadziei.

− Jesteś mistrzynią snucia historii.

− Ale przegrałam.

− Mistrzyni Europy i świata może w ten sposób o sobie mówić?

− Może udało mi się wygrać kilka zawodów, ale co z tego, skoro przegrałam życie, panie Lucasie.

– Moja droga, zaczynam się o ciebie poważnie martwić, i gdybym tylko miał lepszy kontakt z twoją matką, zaraz biegłbym do niej na poważną skargę. Z troski oczywiście. Co Włosi ci zrobili? Kto odebrał ci blask i siłę do życia? Dlaczego nawet na mnie nie patrzysz, moja mała Isabelle? – mówił ciszej, jakby z trudem powstrzymywał wzruszenie, ale ona nie chciała spojrzeć mężczyźnie w oczy. Był najbliższym jej człowiekiem w tym mieście. Znał każdy jej grymas i uśmiech, i to właśnie z nich odczytywał prawdę. − Weź ją.

Isabelle dostrzegła, jak na jej kolanach, na materiale błękitnej sukienki pojawiła się książka. Chciała ją od razu zwrócić. Nie uwierzy więcej ani w głębokie uczucie na zawsze, ani w siłę marzeń, które spełniają się, gdy tylko mocno uwierzysz, ani w dobro, które zwycięża nad złem.

− Nie! – powiedziała dobitnie i przyjrzała się okładce. Grafika przedstawiała przezroczystą kulę, a w niej zamek, jakby wykonany z lodu, srebrzący się drobinkami brokatu. – Wyyy… − Zawahała się przez chwilę, bo poczuła niezwykły pociąg, by pobłądzić opuszkami palców po tłoczeniach i zdobionych brzegach. Uniosła dłoń, ale miała wrażenie, że to nie ona, a jakaś wewnętrzna siła zawładnęła jej ciałem. – Wyrosłam z tego. – Wycofała rękę.

− Obawiasz się, że cię pochłonie? – Pan Lucas zaśmiał się serdecznie. – Przywiozłem ją z wyprawy do Niemiec, z południowej Bawarii graniczącej z Austrią. Z krainy, którą zawsze marzyłem zwiedzić, a gdy ujrzałem na własne oczy, zrozumiałem, jak bardzo przypominała mi ciebie. Las rozciągał się bezkreśnie, a ścieżki wiły się pośród pagórków i szczytów, był pełen kolorów i zagadek, pachniał żywicą i obiecywał moc zaklęć. Isabelle – w jego głosie wybrzmiała nuta smutku − kupiłem ją już dwa lata temu, tylko z myślą o tobie.

Neuschwanstein – pomyślała i poczuła ukłucie. Stojący obok mężczyzna był jedynym człowiekiem, nie tylko w tym mieście, ale i na całej planecie, który tak doskonale ją znał i rozumiał, a ona nie miała w sobie za grosz kultury. Uniosła wzrok i spojrzała w oczy ukryte za grubymi szkłami okularów.

− Dziękuję. – Użyła sporej siły, napinając mięśnie twarzy tak, by usta ułożyły się w kształt uśmiechu. Dawno tego nie robiła i miała wrażenie, że straciła już tę umiejętność. Zacisnęła dłonie na książce i wstała.

Głupia, a w dodatku niewdzięczna, skarciła się w myślach.

− Muszę już iść. – Wzruszyła bezwiednie ramionami.

− Tylko mi nie mów, że to prawda z tą posadą dla ciebie. – Pan Lucas się skrzywił. – Znaczy… ja nic nie wiem.

− Mówią o mnie, jak zawsze. – Przycisnęła książkę do piersi.

− Nie, kochana moja. − Spuścił wzrok, a ona i tak czuła skrępowanie starszego mężczyzny. – To nie miejsce dla ciebie. Zasługujesz na więcej.

− Ale coś robić trzeba – odparła chłodno, słysząc w tonie swojego głosu matkę.

Wyczuł to. Jednak decyzje zapadły.

− Wiesz, że tegoroczny karnawał będzie wyjątkowy? – zapytał, a ona pożegnała się i wyszła, zaciskając palce na twardej oprawie książki.

Nad miastem wisiały nabrzmiałe chmury, przez które próbowały się przebić promienie. Isabelle odniosła wrażenie, że za chwilę spadnie śnieg. Myśl była niedorzeczna – był sierpień – a jednak przez moment poczuła na skórze chłód, jakby zapowiedź zimy. Śnieg? Może na górskich szczytach, lecz nie tu, nie nad nią.

Dreszcze spłynęły jej po ramionach i odruchowo roztarła je dłońmi.

Tegoroczny karnawał? Wyjątkowy? Uciekła od pana Lucasa, to fakt. Nie tylko mierziły ją jego słowa pełne wiary, ale też obawa, że było z nim coś nie tak, że prawdopodobnie zaczynała doskwierać mu demencja, że wyprawił się do Bawarii, by spełnić marzenie życia na koniec swojej drogi, a z tym nie chciała się godzić.

Tegoroczny karnawał? W sierpniu?

2.

Zatrzymała się kawałek wcześniej, by nikt nie dostrzegł, że jest już na miejscu. Obserwowała gości siedzących przy okrągłych stolikach, okrytych białymi obrusami. Wsłuchiwała się w stukanie sztućców o talerze, śmiech, głośne rozmowy i hucznie wznoszone toasty. Kiedyś i za jej sukcesy pito szampana, zamawiano do hotelu najbardziej wykwintne dania. Nie brała wtedy pod uwagę, że wróci do rodzinnego miasta, a już na pewno nie po to, by… Ktoś szturchnął ją mocno w ramię, więc zdołała się ocknąć.

Restauracyjny ogródek osłonięty był dachem z wijącego się bluszczu oraz z liliowo-fioletowych wisterii, zebranych w długie, groniaste kwiatostany, opadających kaskadami i roztaczających subtelny, miodowy zapach zmieszany z tonami lawendy i róży. Gdy jednak dotarł do niej aromat ziół i pieczonego mięsa, wyprostowała się i pogodziła z faktem, że nie piękno, spełnienie i pasja miały wieść prym w jej życiu. A jeśli już, to jedynie przez chwilę. Prawdopodobnie miała się nacieszyć tym, co los podarował jej na kilka lat, a później docenić, jak to powiedziała matka, że „ktokolwiek dał jej szansę”.

– Szansę – powtórzyła szeptem i przekroczyła próg.

− Isabelle, nawet się nie spóźniłaś. – Wąskie, zaciśnięte usta, pomalowane czerwoną szminką i otoczone drobnymi nitkami zmarszczek, jako pierwsze przyciągały uwagę na twarzy szefowej restauracji, która za namową mamy zgodziła się przyjąć córkę swojej znajomej. Na próbę, jak dość wyraźnie podkreśliła. Kobieta mrużyła oczy, mierząc precyzyjnie figurę Isabelle, od czubka głowy aż po palce stóp. Ciasno zaczesany kok sprawiał, że jej policzki i brwi zdawały się nienaturalnie naciągnięte, a gruba warstwa pudru odznaczała się na niedoskonałościach, którymi usłane były jej policzki. − Powinnaś się cieszyć, to najlepsza restauracja w mieście. – Uniosła podbródek.

− Nie będę się spóźniać.

− Wiesz. – Weszła jej w słowo. – Z takimi jak ty nigdy nic nie wiadomo. Już jako dziecko i młoda dziewczyna zbytnio bujałaś w obłokach. Może i przez chwilę byłaś gwiazdą, udało ci się co nieco, ale tu…

− To przeszłość. I nie mam zamiaru do niej wracać.

− A więc dobrze się rozumiemy – odparła niezadowolona, że nie dostała szansy, by dokończyć zdanie o przerwanej karierze swojej nowej pracownicy. – Akurat zwolniło się miejsce, musiałabym nie mieć serca, by cię nie przyjąć. – Podała jej biały fartuch i wskazała drogę.

Isabelle rozglądała się wokół pomieszczenia, które przypominało scenografię Strasznego dworu lub Upiora w operze. Nigdy dotąd nie miała okazji widzieć wnętrza tego lokalu. Było w nim ponuro, a źródło światła płynęło z małych latarenek zamontowanych na antresolach oraz zwisających z sufitu. Każdy stolik był zajęty, przy każdym widać było twarze gości, zachwycone i rozpływające się w poczuciu apetytu. Przełknęła ślinę i mimo że roztaczający się wokół zapach smażonego kurczaka był niezwykle przyjemny, ją dopadły mdłości.

Stanęła w klitce przylegającej do kuchni, gdzie na stole piętrzyły się brudne talerze, filiżanki i kufle po piwie.

− Możesz od razu zaczynać, instruować chyba cię nie muszę – parsknęła Petra.

To imię do niej pasuje, pomyślała Isabelle, gdy tylko została sama. Było twarde, zimne i pozbawione uczuć, zupełnie jak nosząca je kobieta. Obślizgła flądra.

Dziewczyna rozłożyła nieprzyjemny w dotyku, mocno wykrochmalony fartuch, przewiesiła go przez szyję i zawiązała wokół pasa. Wtem usłyszała głośny brzdęk. To kelnerka położyła na blacie kolejne naczynia, a Isabelle tym samym zrozumiała, że dłużej nie może czekać. Podciągnęła rękawy sukienki. Kiedy ją kupowała w Mediolanie, materiał przywodził jej na myśl lekkie i finezyjne otulenie, a kolor – niebo, które widziała nad Italią. Teraz żadne wspomnienie nie miało już znaczenia. Jej garderoba, mimo że z metkami najdroższych projektantów, została okrojona i nie miała już takiego przeznaczenia jak dawniej. Isabelle zapakowała do walizki to, co było dla niej najbardziej sentymentalne. Niewiele zabrała ze starego życia.

***

Trzy godziny później dłonie piekły ją tak, jakby ktoś polewał je wrzątkiem. W ustach panowała susza, szyja i barki coraz mocniej się napinały, powodując ból. Próbowała zagadnąć kelnerki o przerwę, o możliwość chwilowego odpoczynku, ale dziewczyny tylko zostawiały brudne naczynia i od razu uciekały. Ich oczy były puste, wyprute z emocji, jakby służyły im jedynie do tego, by skupiać się na pracy: na tacach pełnych pachnących dań, które należało dostarczyć do odpowiedniego stolika, na uśmiechu do gości, na odebraniu talerzy i odniesieniu ich do zmywaka.

Dziewczyny młode, piękne, a jednak wszystkie pozbawione jakiegoś elementu, istotnej kwestii… życia. Kobiety zaklęte w roboty, stworzone i zaprogramowane jedynie w celu wykonywania pracy. Na myśl przyszła jej od razu legenda o Golemie, istocie stworzonej z gliny na kształt człowieka, pozbawionej duszy. Tak, kelnerki pracujące u Petry zdecydowanie zostały pozbawione uczuć i emocji, właścicielka z pewnością nie pozostawiała na nie ani odrobiny miejsca.

Isabelle wykonała kilka krążeń ramionami, zastanawiając się jednocześnie, czy i ona jest gotowa na oddanie duszy za franki, które miała dostawać w zamian. Góra talerzy i kufli zdawała się nie zmniejszać. Co jakiś czas drzwiczki otwierały się i zamykały z łoskotem. Wszystko działo się w takim tempie, że czuła się niewidzialna. Jakby nie istniała, choć całe ciało błagało o chwilę odpoczynku. Błędne koło, którego nie mogła zatrzymać.

Z każdą chwilą pragnienie stawało się bardziej natarczywe, a głód przypominał o sobie tępym skurczem w żołądku. Isabelle łapała się na tym, że myślami krąży wokół szklanki wody. Głowa pulsowała, a pod powiekami pojawiało się niepokojące wirowanie.

− Możesz zrobić sobie przerwę. – Usłyszała głos w momencie, kiedy obraz zaczął się jej zamazywać przed oczami.

Petra weszła do pomieszczenia, na małym stole postawiła szklankę i talerz, omiotła wzrokiem otoczenie i cmoknęła niezadowolona:

− Jeśli będziesz tak chlapać, podłoga nam namoknie i będzie trzeba ją wymienić, a nie sądzę, byś była w stanie zarobić na tyle, by się utrzymać i sfinansować remont mojej restauracji. – Uniosła głowę, zadzierając podbródek tak mocno, że uwydatniła długą szyję pełną zmarszczek, i ruszyła do wyjścia.

− Ile trwa przerwa? – zapytała cicho Isabelle.

Petra odwróciła się w jej kierunku z miną zgorszenia wypisaną na twarzy. W tym samym momencie w drzwiach stanęła jedna z kelnerek, a widząc szefową, wytrzeszczyła oczy i zadrżała, nieomal wypuszczając z rąk stos talerzy.

− A jak myślisz? – Petra machnęła ręką w stronę sterty brudnych naczyń. Trąciła przy tym kelnerkę w bark.

Stos talerzy wysunął się z rąk dziewczyny i runął na podłogę. Okrutny brzdęk tłuczonego szkła odbił się echem, a cisza, która po nim zapadła, bolała bardziej niż hałas. Petra tylko na moment znieruchomiała, po czym prychnęła:

− Z kim ja mam do czynienia?! Z kim ja muszę pracować?! – Zaczęła powoli iść, omijając odłamki porozrzucane po podłodze. – Wiesz doskonale, ile z wypłaty należy się dla mnie za każdy talerz. No i na co czekasz?! – Nachyliła się nad kelnerką, której oczy zatopiły się w rozbitych kawałkach.

Dziewczyna dygnęła posłusznie i wybiegła, a zaraz za nią, stukając obcasami, ruszyła szefowa.

Czy aby na pewno w tym mieście nie było dla Isabelle lepszej pracy? Dziewczyna zerknęła na chleb z masłem, podany jej jako przekąskę, i choć miała ochotę go pochłonąć, zaczęła zbierać największe kawałki talerzy i odkładać je na bok.

− Co robisz? – Usłyszała nad sobą cichy, łagodny głos.

− Chcę ci pomóc. – Zerknęła w górę i ujrzała puste spojrzenie. W oczach kelnerki tliło się jednak coś jeszcze. Nasiąkały łzami, które miały się zaraz przelać przez barierę dolnych powiek. A jednak… dziewczynie udawało się je utrzymać. Kamienna twarz nie zdradzała bólu ani przejęcia.

− Tutaj nikt nikomu nie pomaga. Każdy pracuje na siebie. – Zaczęła zamiatać. Robiła to w takim tempie, że Isabelle ledwo nadążała za jej ruchami.

Na stole z łoskotem wylądowała kolejna porcja naczyń.

− Widzę. – Wrzuciła do kosza trzymane w dłoniach odłamki. – Dlaczego tu jesteście? Dlaczego ty tu jesteś? – zapytała, czując, że traci siły.

− Nie wykształciłam się na tyle, by marzyć o innej pracy.

− A inne restauracje?

− Szefowie zawsze będą wymagali szybkości i precyzji. A tu jest ruch, jest wielu gości i praca zawsze pewna. – Zaczęła zgarniać potłuczone szkło na szufelkę i wyrzucać do pojemnika.

W środku coś zabolało Isabelle. Ona też się nie wykształciła, na pewno nie tak, jak powinna i jak być może mogła. Powiedziano jej przecież, że wszystko, czemu się w życiu poświęci, zaprocentuje. Poświęciła się. I trafiła na zmywak, z zapowiedzią, że nic lepszego dla siebie nie znajdzie.

Kelnerka zniknęła tak cicho, jak się pojawiła, a Isabelle zdołała zauważyć, że talerze piętrzą się zaskakująco szybko, kiedy nie myje ich na bieżąco. Nie była jednak w stanie dłużej wytrzymać. Chwyciła kromkę chleba i zatraciła się w jego smaku. Skórka była chrupiąca, a wnętrze miękkie. Masło posypane grubymi grudkami soli rozpływało się na języku, a woda z dodatkiem cukru smakowała niczym wyborny likier. W tym jednym momencie, w tej jednej sekundzie, wydawało się jej, że niczego więcej od życia nie chce i nie potrzebuje. Przerwa w pracy smakowała tak wyraziście, jakby Isabelle czekała na ten moment o wiele dłużej niż kilka godzin.

Może jednak mogłaby dostać lepszą pracę. Może w tym mieście był ktoś poza Petrą, kto zechciałby dać jej szansę?

A jednak na samą myśl o rozmowie z kimkolwiek, o przyznaniu się, jak niewiele w rzeczywistości potrafi, miała ochotę zapaść się pod ziemię. Zbyt wiele błędów popełniła, wierząc w swoje zdolności, a teraz lęk paraliżował każdy jej kolejny ruch.

Wstała, przyglądając się okruszkom, które zostały na talerzu. Nalała na gąbkę solidną porcję płynu, wokół uniósł się zapach mięty, a ona zabrała się za szorowanie.

***

Powietrza zaczerpnęła porządnie, dopiero kiedy wyszła poza restauracyjny ogródek. Dłonie piekły ją tak, jakby ktoś przypalił je żywym ogniem. Wiedziała, że gdy tylko uniesie głowę, ujrzy atramentowe niebo, a jeśli nie będzie ono zachmurzone, zamigoczą do niej gwiazdy. Ale nie mogła tego zrobić. Nie mogła sobie teraz opowiadać bajkowej historii.

Uwierzyła słowom matki.

− Życie to nie bajka – powtórzyła rodzicielka, gdy jej córka przekroczyła próg domu i runęła na sofę stojącą w salonie. Te słowa były wypowiedziane na tyle wyraziście, by Isabelle miała pewność, że upadła i że nie ma możliwości, by ktoś pomógł się jej podnieść, już nie mówiąc o ucieczce.

Upadki dawno temu kojarzyły jej się z czymś, co ją ośmieszało. Na przykład te na lekcjach wychowania fizycznego, na boisku, na którym nie radziła sobie zbyt dobrze. Później w jej życiu nastąpił czas, w którym powtarzały się nad wyraz często, ale miała wtedy świadomość, że tak musiało być. Ktoś jej wytłumaczył, że musi ich doświadczyć, by cokolwiek wartościowego osiągnąć. I wszystko się spełniło. Przewracała się, boleśnie, ale z każdym kolejnym uderzeniem o twarde podłoże, pięła się coraz wyżej. Nikt jednak nie uprzedził, że upadki z samej góry są najbardziej drastyczne.

− Nie wierzysz we mnie? – Isabelle ledwo uniosła powieki.

− A czy o wiarę tu chodzi? – Matka postawiła na stole miskę z parującym jedzeniem, lecz Isabelle nie miała ani odrobiny mocy, by do niego podejść.

− Wiesz, czego doświadczyłam, mówiłam ci przecież. Carlo nie był tym, za kogo się na początku podawał.

− Ja ci go wybrałam? Ja? – Matka usiadła obok i wskazała na siebie, otwierając szeroko oczy. – Trzeba było wcześniej wrócić, skoro twierdzisz, że długo było ci niełatwo.

− To był trudny wybór – westchnęła głośno.

− Ale nie mój, a twój. Nic nie wspominałaś, nawet gdy dzwoniłaś, a przecież domyślić się nie mogłam. Jedz, bo ci wystygnie.

Nie miała siły ruszyć żadną częścią ciała, ręce i nogi zdawały się tak ociężałe, jakby ktoś naładował w nie kamieni, a w głowie wciąż huczał szum. Wiedziała jednak, że była wyczerpana nie tylko wielogodzinnym staniem i zmywaniem, ale też głodem. Dwie kromki chleba i szklanka wody z cukrem to zdecydowanie za mało, by przetrwać pracowity dzień. Błagała ciało, każdą część siebie, by wzięły się w garść i pomogły jej się podnieść. Ból nasilał się przy wstawaniu i właściwie nie dało się go zlokalizować. Bolało ją wszystko.

− Właściwie… − Gdy tylko zdołała usiąść, dotarł do niej głos matki. Był jak szpilka, której wbijania w swoje ciało nie była w stanie już znieść. – Dziwi mnie, że aż tak cię to wycieńczyło, jesteś dość wytrzymała. Kiedyś całymi dniami trenowałaś.

Rzeczywiście, uleciały z niej siły, nie miała pojęcia dlaczego. A może po prostu robienie tego, co się kocha, wywołuje zupełnie inne pokłady energii niż działanie, które jest wykonywane wbrew sobie. Być może całe jej wnętrze zgłaszało protest, a ona nie pozwalała mu zabrać głosu. Bo przecież trzeba coś robić. Trzeba robić.

− Nie odpowiadasz, no cóż. Nawet dumna z ciebie jestem, wiesz?

Isabelle uniosła wzrok znad talerza i spojrzała na matkę z niedowierzaniem. Jeszcze nigdy z jej ust nie padły takie słowa.

− Tak, byłam pewna, że sobie nie poradzisz.

Isabelle wzięła głęboki wdech i poczuła drżenie rozlewające się w klatce piersiowej. Mogłaby rozpłakać się tu i teraz, a później umrzeć. Tak po prostu zakończyć to, na co nie miała już więcej siły. Została sama. A jeśli już ktoś jej towarzyszył, to odnosiła wrażenie, że nie jest to najlepsze towarzystwo.

− A co niby miałam zrobić? – Zmrużyła powieki i zacisnęła szczękę. – Wyjść w trakcie?

− Z obiadem czekałam już od dawna. Że do końca dociągniesz, nawet nie marzyłam. Wstyd by mi było przed Petrą, oj bardzo. Pół dnia wymyślałam, jak się przed nią wytłumaczyć. Ale chyba i ona cudów się nie spodziewała, co?

Zawirowało jej w brzuchu i naszła ją ochota, by zwrócić gulasz, który pochłaniała powoli, delektując się każdym kęsem. Teraz poczuła odrazę i odsunęła od siebie miskę.

− Już się nie obrażaj, nie bądź taka nadęta. – Matka owinęła się ciaśniej szalem. – Każdy cię tu przecież zna… − Ściszyła głos, jakby w obawie, że ktoś ją usłyszy. – Najpierw oszołomiona powieściami, wycięta z innego świata, lawirująca w wyobrażeniach. Dziewczyna inna niż wszystkie, bez koleżanek, znajomych, bez życia właściwie, tylko te książki i książki. A później… olśnienie.

− A wiesz, dlaczego ono nastąpiło? – Isabelle nie wytrzymała napięcia w skroniach i dała sobie choć odrobinę upustu, wyrzucając słowa, które już dawno chciała wykrzyczeć matce. – Bo ktoś we mnie uwierzył. Zdajesz sobie sprawę, ile to może znaczyć?! Ile zmienić w życiu człowieka?!

− No, mówiłam. Nerwowa się zrobiłaś, zaparzę ci ziół. – Matka wstała od stołu i ruszyła w stronę kuchni.

Przez jeden dzień żołądek zacisnął się jej na tyle, że poczuła się najedzona kilkoma kęsami. Odniosła miskę, a gdy pomyślała o tym, że ma ją umyć, nogi niemal się pod nią ugięły.

− Postaw i idź, odpocznij, jutro czeka cię to samo. Przyniosę ci zioła, jak się zaparzą.

Kiedy matka była odwrócona, Isabelle sięgnęła ze stojaka butelkę wina i kieliszek z szafki. Przeszła przez ciemny korytarz i dotarła do swojego pokoju. Kiedyś stanowił on komnatę księżniczki, jak na wielbicielkę bajek i baśni przystało. Dziś, po kilku remontach, miał już tylko cztery zwyczajne ściany, a o dawnej miłości do czytania i snucia historii przypominał tu okazały ciąg regałów ciągnący się na jednej ze ścian.

Poszła do biblioteki, by wypożyczyć coś życiowego, a wróciła… Z niesmakiem spojrzała na książkę podarowaną jej przez Lucasa. Zamek na okładce zdecydowanie nie obiecywał powieści realnej, z której być może mogłaby się czegoś nauczyć. Włączyła małą lampkę, a pokój wypełnił się ciepłym światłem. Grzbiety książek stały się bardziej widoczne, choć na większość padał cień. Omiotła je wzrokiem i przecząco pokręciła głową. Koniec z czytaniem o księżniczkach, zaklęciach, zaczarowanych zamkach, rycerzach ratujących z opresji, kobietach przemienionych w łabędzie i o tych, które zakochują się w bestiach. Koniec z wymyślaniem własnych historii.

Z trudem spojrzała na półkę, na której stały notatniki po brzegi pełne opowieści snutych przez nią dla niej. Carlo mówił, że była w tym wyjątkowa, że nikt jak ona nie opowiada. Nikt też tak jak on jej nie oszukał, więc być może zdaniom z przeszłości nie powinna już wierzyć.

Mama zapukała, po czym weszła i postawiła na biurku kubek z ziołami. Na Isabelle zerknęła jedynie przez ułamek sekundy, jakby od niechcenia, nie zwróciła więc uwagi na to, co jej córka podprowadziła z kuchni. Życzyła jej dobrych snów i zniknęła za drzwiami. Dziewczyna po chwili otworzyła drzwi balkonowe i wyszła na wąski balkon otoczony balustradą zdobioną metalowymi liśćmi wijących się winogron. Na małym stoliku postawiła kieliszek oraz butelkę wina i usiadła na krześle. Noc była chłodna, ale jej to nie przeszkadzało, nie miała już siły wracać po sweter. Obserwowała kamienice naprzeciwko i ich okna, w których tliły się światła. Przyglądała się przechodniom przemykającym i błądzącym pomiędzy budynkami. Wdychała rześkie powietrze, a ono zdawało się tego wieczoru wyjątkowo ożywcze. Zegar na wieży wybił godzinę dwudziestą trzecią.

Niepewnie uniosła wzrok i z ulgą stwierdziła, że chmury zasnuwają niebo. Nie będzie gwiazd. Nie będzie. Upiła łyk, poczuła rozniecające się w ciele ciepło, i nagle przypomniała sobie o świetlistym ogonie nad Jeziorem Czterech Kantonów, o szczycie Pilatusa i uczuciu, które nią wtedy zawładnęło. Miało ono coś wspólnego z mężczyzną z jej snów. Taka jasność nie mogła się przydarzyć naprawdę, to też musiał być sen.

Kolejne łyki upijała bardziej zdecydowanie, delektując się wyrazistym aromatem i błagając w myślach, by wino pomogło jej bezboleśnie zasnąć. Zza doniczki z kwiatkiem wysunęła paczkę papierosów. Potrząsnęła nią, po czym otworzyła i wyjęła jednego. W paczce była też zapalniczka. Zapaliła i zaciągnęła się głęboko.

– Niech ktoś mnie uratuje – wyszeptała, patrząc w niebo pozbawione blasku i wypuściła w górę białe, kłębiące się chmury dymu.

Nie miała w sobie nadziei, a jej oczy powoli nasiąkały łzami.

− Karnawał w tym roku będzie wyjątkowy! – Usłyszała męski głos przesiąknięty upojeniem. – Wychyliła się przez barierkę i zobaczyła, jak przechodzień czyta ogłoszenie wywieszone na słupie. – Maad wraca! Niebywałe!

Odstawiła kieliszek, przymknęła powieki i pozwoliła sobie poczuć. Maad? Na samo wspomnienie tego słowa jej ciało obiegły dreszcze. Wraca? Zgasiła papierosa i resztkami sił postanowiła wyjść z domu. Światła były pogaszone, matka z pewnością już spała. Isabelle szła powoli, choć serce wybijało coraz szybszy rytm. To ono rwało się klatką schodową w dół jako pierwsze. Ona nie mogła za nim nadążyć, jej ciało było wyprute z energii, mięśnie pozbawione sił, ale serce – jakby po długim czasie śpiączki – przebudziło się.

Nie przeszkadzał jej chłód dzięki wypitej wcześniej lampce wina. Za to każdy krok, który wykonywała w cienkich klapkach po brukowanym podłożu, był niczym stąpanie po kolcach. Nie miała pojęcia, jakim cudem jutro miałaby przetrwać taki dzień jak dzisiaj, ale teraz zależało jej tylko na jednym.

Zatrzymała się przed plakatem i usłyszała westchnienie. Rozejrzała się odruchowo, ale wokół panował jedynie mrok rozcinany światłem latarń. To ona, Isabelle, tak silnie zareagowała na zdjęcie. W mosiężnej, zdobionej ramie, w miejscu, gdzie powinno znajdować się zwierciadło, tkwił obraz wysokiego zamku, pełnego okien i wież, otoczonego pagórkami i górami, a całość scenerii była oprószona bielą śniegu. Zwierciadło przeznaczenia – głosił tytuł. Zwierciadło przeznaczenia, powtórzyła w myślach i poczuła ucisk w gardle. Podeszła bliżej i zauważyła, że przed zamkiem, na połyskującym, śnieżnym dywanie stoją dwie postacie, prawdopodobnie mężczyzna i kobieta, ale tego nie mogła być pewna, w zasadzie były to tylko cienie. Przeczytała tekst wypisany poniżej.

 

Zwierciadło przeznaczenia – magiczne widowisko odbędzie się w lodowym pałacu podczas karnawału w Lucernie. Kiedy zegar na wieży ratusza wybije północ, iluzjonista dźwięków, znany na całym świecie jako Zaklinacz melodii, zaprezentuje widowni ucztę muzyczną, o jakiej dotąd nikomu się nie śniło. Sztukmistrz fortepianu wraca, więc przygotuj się na moc niezapomnianych doznań.

 

Zaklinacz melodii. Isabelle wzięła głęboki wdech. Przez chwilę wpatrywała się w majestatyczny zamek i dwa cienie na śniegu. Serce biło jej jak oszalałe, szukała daty, ale jej nie dostrzegła, mimo że przyglądała się plakatowi dokładnie. Mijały minuty, z pewnością, ale ona nie mogła odpuścić, nie mogła pozwolić, by ominęło ją tak wyjątkowe przedstawienie. Próbowała zapisać w sobie każdy szczegół, jakby jej oczy stanowiły obiektyw aparatu.

Obawiała się, że to sen. Że podobnie jak srebrzysty ogon spadającej gwiazdy, jasność i głośny świst słyszany poprzedniej nocy, informacja o przedstawieniu również trafi do działu snów. Zresztą jak całe jej dotychczasowe życie. Nie mogła na to pozwolić. Nie miała pojęcia dlaczego, ale od chwili, gdy usłyszała to przedziwne imię, Maad, coś nią wstrząsało. Nie pozwoli na to, by miała się obudzić następnego dnia jedynie z mglistym wspomnieniem plakatu, który być może w ciągu nocy zniknie. Co miała zrobić? Nie spać i pilnować go z balkonu? Absurdalne – nazajutrz w pracy zasnęłaby pomiędzy górą naczyń a zlewem, stając się ponownie pośmiewiskiem dla całego miasta.

Rozejrzała się. Starówka tonęła w ciszy i w ciemności, światło latarń rozpraszało się w mroku, a bruk lśnił wilgocią. Nikogo, tylko ona. Powoli wyciągnęła rękę i podważyła jeden róg kartki. O dziwo, łatwo zaczął się odklejać od słupa. Chwyciła więc za niego mocniej i kontynuowała, centymetr po centymetrze. Zamarła, gdy dotarło do niej, że oto trzyma plakat i wcale nie jest jej z tym źle. Wiedziała, że to nie moment, by mu się na nowo przyglądać. Zwinęła go i wróciła do domu.

Kiedy tylko postawiła rulon za łóżkiem, napięcie minęło, a ona poczuła dziwny spokój. Pewnie plakaty rozwieszone są w całym mieście, więc nikomu nie zrobi to różnicy. Ona musiała go mieć. Cała jej dusza wypełniała się ciszą, ale serce trzepotało. Miała wrażenie, że czekała na ten moment latami.

Czekała na niego.

Choć nie miała pojęcia z jakiego powodu.

3.

Czuła silny ból w dłoniach, a gdy na nie spojrzała, okazało się, że są ciasno związane sznurami. Znajdowała się w ciemnym pomieszczeniu, przypominającym miejsce jej pracy. Jakim cudem tu trafiła? Podeszła do zlewu, w którym piętrzyły się naczynia, woda sączyła się z kranu i wylewała się na podłogę. Mimo że jej ręce były skrępowane, próbowała zakręcić kran, ale sznury pociągały ją w przeciwnym kierunku. Po plecach spływały jej zimne krople potu, a gdy spojrzała w dół, okazało się, że stoi po kostki w wodzie. Kelnerki wyglądające jak roboty w fartuchach jedynie donosiły naczynia, nie zauważając, co się dzieje. Długie włosy kleiły się jej do twarzy, ale nie była w stanie ich odrzucić, a poziom wody wciąż rósł. Ciecz była lodowata i wywoływała drgawki na całym ciele. Kiedy tylko Isabelle wykonywała krok w kierunku wyjścia, sznury skutecznie ją od niego odciągały. Co więcej, we framudze drzwi woda nagle się zatrzymywała, jakby natrafiała na niewidzialną tamę.

Pochłaniała ją fala, stosy talerzy i kufli. Oddychała coraz szybciej, czując napór wody. Obawiała się, że zginie otoczona ludźmi, którzy nie chcieli jej pomóc. Którzy zamykali oczy na jej nieszczęście lub którzy siedzieli w sąsiadującej sali, zajęci konsumowaniem, bez świadomości, jakim kosztem przygotowywane i podawane są posiłki, które wychwalają jako najlepsze pod słońcem.

Ramiona Isabelle dygotały od chłodu, zęby dzwoniły, zlewając się w przerażającą melodię z szumem wzbierającej wody. W końcu zionąca mrozem ciecz bezlitośnie sięgnęła brody dziewczyny i dopiero wtedy przestała się wyrywać. Zrozumiała, że nie ma dla niej ratunku.

− Dlaczego nie krzyczysz? − Usłyszała głos, który zabrzmiał znajomo i pewnie.

Nie miała sił, by cokolwiek odpowiedzieć, nie potrafiła też zebrać myśli. W tym momencie była już zupełnie bezwładna i czuła, jak jej głowa osuwa się do tyłu, by poddać się pochłaniającym ją falom. Niewielka klitka zamieniła się w bezkresny ocean, a Isabelle przymknęła oczy. Jednak ktoś intensywnie się jej przyglądał, zebrała więc siły, by uchylić powieki i wtedy znów go ujrzała.

Jasne pasma jego włosów unosiły się nad głową i opadały. Wyciągał do niej dłoń, a ona nie potrafiła mu jej podać. Wpatrywała się w maskę zasłaniającą twarz, po której konstelacje gwiazd przemieszczały się niczym te na prawdziwym niebie, tyle że w przyspieszonym tempie.

Oddychało się jej tak trudno, że naszła ją myśl, iż kolejny haust powietrza będzie ostatnim. Wpatrywała się w wyciągniętą do niej dłoń i postanowiła spróbować po raz ostatni. Zebrała w sobie siły, mocno rozpostarła ramiona i poczuła, jak sznury powoli zaczynają pękać pod naporem jej siły.

− Dasz radę – wyszeptał jej do ucha, a ona mu uwierzyła.

Obudziła się zupełnie mokra, usiadła gwałtownie i rozejrzała się po pokoju. Wokół było ciemno, jedynie poświata ciepłego światła stojącej na zewnątrz latarni padała przez okno balkonowe.

− Kim jesteś? − zapytała szeptem, rozcierając ramiona i kuląc się w sobie.

Czego chcesz? – Miała ochotę dodać, ale właściwie człowiek ten niczego od niej nie wymagał, o nic nie prosił, wręcz przeciwnie, był. Po prostu był, a jego obecność zawsze wywoływała w niej dreszcze. Przy nim zdawało się jej, jakby tonęła w różowych oparach ekscytacji wymieszanych z błękitnym dymem spokoju. Czuła się wśród nich wolna, widziała siebie w eleganckiej, połyskującej sukni, z kieliszkiem w dłoni, wznoszącą toast. Ale przecież czas cekinów i blichtru przeminął, nie powinna snuć wyobrażeń niczym dziecko pozbawione świadomości życia, obojętności świata, okrucieństwa ludzi.

Bezsilna opadła na poduszkę i przypomniała sobie o plakacie zapowiadającym magiczne przedstawienie. Wyciągnęła rękę, po omacku błądząc poza krawędzią łóżka. W końcu poczuła na opuszkach palców śliski papier. Przynajmniej to jej się nie śniło. Nie wiedziała jeszcze dlaczego, ale cała jej dusza podszeptywała, że musi się udać na występ. Miała przecież dorosnąć, ale… niech to będzie ostatni raz. Obejrzy show, być może nawet się nim zachwyci. W końcu już sam tytuł Zwierciadło przeznaczenia wywoływał w niej drżenie. Zachłyśnie się magią, po raz ostatni, a później na zawsze zapomni o tym, że kiedykolwiek była jej częścią.

***

Do południa miała wolne, więc postanowiła to wykorzystać. Starówka Lucerny wybrzmiewała głosami zachwyconych turystów. Od ścian kamienic odbijały się komentarze, opinie, refleksje. Śmiech unosił się ponad restauracyjnymi stolikami, a zapach kawy kusił, by rozsiąść się wygodnie, smakować i podziwiać. Zachwyt ludzi wpatrzonych w kolorowe fasady wcale jej nie dziwił. A jednak głęboko w środku nosiła potrzebę, by krzyknąć światu o bólu, który ją zatruwa, i o pragnieniu bliskości.

Powinna samej sobie zakazać takich myśli, by nie rujnowały, nie próbowały zasnuć rzeczywistości, bo z każdego pięknego snu przebudzenie boli najmocniej. Wolała już śnić o tym, że tonie, a sznury zaciskają się mocno na jej nadgarstkach i pociągają, jakby ktoś je zaczarował. Lepiej budzić się z koszmarów, wtedy rzeczywistość zdaje się całkiem znośna.

Stanęła w progu kamiennej wieży i wzięła głęboki wdech. Miała już plan, jak pozbyć się naiwności, której resztki zalegały gdzieś w głębinach duszy i zdecydowanie utrudniały przetrwanie w świecie, w którym będzie musiała żyć i funkcjonować. Pięła się drewnianymi schodami, wsłuchując w ich skrzypienie, śledziła przebłyski światła próbującego rozproszyć szarość panującą w pomieszczeniu.

Lucas uniósł wzrok znad drewnianego, okazałego biurka, gdy tylko Isabelle pojawiła się w przejściu między regałami. Posłał jej uśmiech, na widok którego najchętniej by zniknęła. Petra lubiła opowiadać, ale czy jej historie zdołały już dotrzeć nawet do Lucasa, żyjącego zwykle w świecie własnych pasji i wyobrażeń?

Isabelle miała ochotę o to zapytać, otworzyła już nawet usta, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Po co to rozgrzebywać? – zapytała siebie w myślach i położyła książkę na połyskującym, drewnianym blacie.

− Nieee. − Lucas spojrzał na nią, poprawiając okulary, po czym uśmiechnął się niepewnie.

− Muszę pana zmartwić, nie mam możliwości na zarywanie nocy, jak kiedyś. Nie mam czasu na czytanie, a już na pewno nie ma we mnie krzty nadziei ani wiary, by wracać do historii, które pan mi podtyka. Jeśli już miałabym choć chwilę dla siebie w ciągu dnia, wolałabym spędzić ją, odkrywając historie bardziej życiowe, prawdziwe.

− Mało ci takich na co dzień? – Spuścił głowę. – Przecież to jest mój prezent dla ciebie. Tylko dla ciebie, ona nie należy do mnie. Od samego początku, gdy tylko ją ujrzałem, miałem pewność, że jest twoja.

− Mogło tak być, bo kupił ją pan dwa lata temu dla Isabelle, która musiała odejść i już nie wróci.

− Jeśli nie chcesz zrobić tej przyjemności sobie, weź tę książkę tylko ze względu na naszą przyjaźń. Schowaj ją, a kiedy będziesz czuła, że potrzeba ci powrotu do siebie sprzed lat, po prostu zajrzyj.

Zawodziła go, czuła to w atmosferze, która wokół gęstniała i snuła się cieniem na planach, które Isabelle dzielnie poczyniła. Pan Lucas jednak miał rację. Swoich frustracji nie powinna przenosić na niewinnych ludzi. Po powrocie do domu upchnie książkę w najdalszy zakątek tak, by jej wzrok nie docierał do okładki, która jednak kusiła. Miała w sobie coś zasysającego, czemu oprzeć się było niezwykle trudno. Isabelle kilka razy ledwo powstrzymała się, by nie dotknąć srebrzącej się kuli i nie przyjrzeć wyraźniej wielu oknom usianym na ścianach majestatycznego zamku.

− Człowiek się zmienia, owszem, to nawet dobrze… − Lucas zamyślił się, po czym zmierzył wzrokiem Isabelle. – A jednak kręgosłup pozostaje ten sam.

− Kręgosłup? Chce pan powiedzieć, że moim kręgosłupem są historie, które powinno się porzucić zaraz po skończeniu sześciu lat. Może siedmiu, nie więcej.

− Dlaczego tak uważasz? Nikt ci nie każe wierzyć w latające na miotłach czarownice, w Bestię rządzącą zaczarowanym zamkiem czy gadające drzewa, ale jestem przekonany, że jakaś cząstka gwiezdnego pyłu, który wypełniał serce małej Isabelle, wciąż się w nim tli i próbuje rozbłysnąć.

− Już błyszczałam, dziękuję za więcej – powiedziała ostro.

− Dzień dobry. – Huknął basowy, męski głos za nią, więc odwróciła się gwałtownie.

Rozpoznała go od razu. Ben Kunz, istotna postać w mieście, właściciel kilku kamienic oraz mieszczących się w nich wielu lokali usługowych. Przyjrzał się jej badawczo.

− Pani Isabelle, słyszałem o powrocie.

− Isabelle szuka pracy – wtrącił szybko Lucas, po czym przeniósł na dziewczynę przepraszające spojrzenie, zupełnie jakby zrozumiał, że wyrwał się ze swoją tezą zbyt pochopnie.

− Pracy? – Kunz podrapał się po czole, postawił neseser na biurku i otrzepał poły marynarki. A co takiego potrafisz, prócz… − Rozejrzał się wokół. – No tak, teraz rozumiem. Ale nie sądzę, by opłacało nam się zatrudnić drugiego pracownika biblioteki. Radzisz sobie świetnie, a nie ma tu dużego ruchu. Chyba że wybierasz się na emeryturę. W takim przypadku mógłbym zastanowić się nad przyjęciem znawczyni powieści.

− Dziękuję. – Isabelle uśmiechnęła się ironicznie, wiedząc doskonale, że nie pozbawi przyjaciela ukochanego zajęcia, by ten miał spędzać całe dnie sam w domu. Tutaj zawsze ktoś go odwiedzał i miał kontakt z ludźmi.

− Rozejrzę się – zaproponowała i ruszyła do sąsiedniej sali, gdzie pod sklepieniem ceglastych łuków, na wysokich regałach piętrzyły się książki.

Przez witrażowe okna na drewniany parkiet padały kolorowe odbicia szkieł. Od razu przypomniała sobie, jak bardzo zachwycała się tym widokiem dawniej, i oniemiała, czując, z jak ogromną siłą wspomnienie zapukało do samego środka jej duszy. Nie chciała mu otwierać, zapraszać, by się w niej rozgościło. Nie mogła! Przymknęła oczy, a zapach papieru podwoił swoją intensywność, nie pozwalając na ucieczkę w ignorancję i zapomnienie.

Przez moment, stojąc na środku zabytkowej sali, znów była małą Isabelle w tiulowej sukience, którą kupił jej tata, gdy targ w Lucernie odwiedzili tureccy handlarze. Wspomnienie to, choć słodkie, pozostawiło w jej pamięci gorzki ślad. Mama tak bardzo nie chciała widzieć jej w sukienkach – twierdziła, że są niepraktyczne. A jeśli już, to dziewczynka powinna raczej nosić skromniejsze, z pewnością nie tiulowe, nie była przecież baletnicą. Ilekroć wspominała o nauce tańca, słyszała w odpowiedzi, że w szkole sobie nie poradzi, ale za to w swoim pokoju może robić, co chce. Gdy nikt nie patrzy.

Powoli otworzyła powieki, pod którymi zaczynały się zbierać łzy. Być może powinna posłuchać i nigdy nie pozwalać sobie na to, by jej taniec podziwiali ludzie na całym świecie. Gdyby tak postąpiła, dziś z pewnością byłaby traktowana poważnie.

− Pani Isabelle. – Głos Kunza zupełnie ją rozproszył.

Mężczyzna stał w progu, a ją ogarnęło zażenowanie. Jakby ktoś wyrwał ją nagle z bezpiecznego świata, w którym mogła być dzieckiem pod czułym spojrzeniem ojca, świata, do którego wciąż wracała myślami.

− Słucham? – zapytała cicho i wzięła głęboki wdech, by wyciszyć wzruszenie, które rozniecało się z serca.

− Być może myśli pani o czymś więcej niż praca u Petry… − zawiesił głos.

Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Jeśli zaprzeczy, pokaże, że akceptuje taki los, jaki na nią spadł. Jeśli jednak przytaknie, może się narazić na utratę nawet marnej posady.

− Daję sobie radę, jednak gdyby…

− Zróbmy tak… – wszedł jej w połowę zdania, które zdołała szybko wymyślić – jeśli usłyszę o czymś odpowiednim dla ciebie, zostawię wiadomość u Lucasa.

− Słyszałaś? – Pan Lucas uśmiechnął się do niej zaraz po wyjściu Kunza. – Znajdzie ci coś, jestem pewny. Znał twojego ojca. Nie zostawi cię w takiej potrzebie. Na początku myślałem, że palnąłem głupstwo, ale teraz już wiem, że tak miało być, Isabelle. Nigdy nie zaakceptuję miejsca, do którego trafiłaś. Nie jest ono dla ciebie – oświadczył stanowczo.

− Dziękuję, wybiorę coś z reportażu lub biografii. – Postanowiła nie dawać sobie powodów do radości, ale głęboko czuła, że być może coś w jej życiu rzeczywiście się odmieni. Wspomnienie dobrej relacji Kunza z tatą zaowocowało małą iskierką tlącą się w sercu.

Snuła się pomiędzy regałami, wdychała ukochany zapach, który na myśl przywodził jej sielskie, beztroskie dni. Wiedziała, że gdy tylko wyjdzie z biblioteki, trafi od razu w miejsce, gdzie niekoniecznie się jej spieszyło, dlatego ostatnie minuty wolności tego dnia postanowiła spędzić w zgodzie ze sobą.

***

Kiedy tylko stanęła przy zlewie, przypomniał się jej nocny koszmar: naczynia piętrzące się bez końca i woda, która wciąż się podnosiła. Co chwilę zerkała pod nogi w obawie, że zacznie tonąć. W jej snach zawsze było coś z prawdy, niekoniecznie wprost, ale najczęściej po jakimś czasie okazywało się, że mogłaby z własnych nocnych wizji przewidywać przyszłość, niczym z fusów.

− Jak można tak wolno zmywać naczynia? – warknęła Petra, a Isabelle uniosła głowę i spojrzała w twarz pełną dumy. – Nie nadajesz się do tej roboty, doskonale o tym wiedziałam od początku, ale zaufałam mojej dawnej znajomej, że jej córka nie jest gwiazdą, a zwyczajną dziewczyną, która garnie się do pracy i chce zarabiać.

Mogła się tego spodziewać, załatwienie jej pracy musiało wiązać się z wyrażeniem żalu za wstyd, jaki Isabelle przyniosła swojej rodzinie. Wyszła za mąż, a później tak po prostu wróciła. Porzuciła męża i nie bacząc na jego ból, znów zamieszkała w rodzinnym domu. Z matką, która niczego nie rozumiejąc, jedynie wzruszała ramionami: „No trudno, wstyd, będą na nas obie krzywo patrzeć, ale nie mogę cię stąd wygonić, skoro tak bardzo chcesz zostać”.

Czy jej chęci były aż tak wielkie? To nie marzenia nią kierowały, lecz brak wyboru.

Gdy wychodziła z restauracji, zza filara zauważyła Petrę upominającą barmankę i każącą jej nalewać mniejsze porcje alkoholu. Mroczna sala opustoszała, nie było już kelnerek, tylko głos szefowej, niby szeptany, a jednak niósł się w przestrzeń. Isabelle nie wiedziała, czy powinna się wycofać, czy jednak iść naprzód tak, jakby nic się nie wydarzyło. Kiedy zastanawiała się, czy zwrócić uwagę na swoją obecność, poczuła łaskotanie u nasady nosa, szybko przytkała palcami obie dziurki, ale i tak rozległo się stłumione kichnięcie.

− A to co? – Głos Petry wybrzmiał niezadowoleniem.

Isabelle przycisnęła plecy do chłodnej kolumny, jednak zrozumiała, że chowanie się to nie jest najlepszy pomysł. Pewnie, choć powoli zaczęła stawiać kroki.

− Właśnie wychodzę, dobranoc. – Skinęła w stronę Petry.

− Zaczekaj. – Wysunęła w jej kierunku palec wskazujący i ruszyła z impetem, stukając głośno obcasami. – Czy ty przypadkiem mnie nie obrażasz publicznie?

− Słucham? – Przybrała zniesmaczoną minę szybciej, niż zdążyła to przeanalizować.

− Szukasz nowej pracy za moimi plecami, chcesz mnie zostawić. Myślisz, że nikogo na twoje miejsce nie znajdę?