Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Z upływem lat zainteresowanie koleją, zwłaszcza tą dawną, stale rośnie. Jest wydawanych kilka czasopism kolejowych, natomiast nie ma w współczesnej literaturze polskiej żadnej książki. Kolej retro w opowiadaniach, przysłowiach i anegdotach uzupełnia tę lukę.
Przedstawione w zbiorze opowiadania obejmują lata od początku trzydziestych do końca siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Czasem nawiązują do wspomnień minionych lat, w tym do koszmarnej okupacji hitlerowskiej i grożących w tym czasie kolejarzom niebezpieczeństw. Bohaterowie zdarzeń uwikłani są czasami w smutne, innym razem zabawne historie, w większości pełne niespodzianek.
Opisane zdarzenia, chociaż czasem wydają się nieprawdopodobne, w zasadzie są prawdziwe. Jedynie niektóre okoliczności ich zaistnienia są tylko prawdopodobne. W wielu przypadkach nieznacznie zmieniono nazwiska opisywanych bohaterów, głównie tych, którzy by sobie tymi historiami sławy nie przysporzyli.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 361
Rok wydania: 2012
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mojemu synowi Grzegorzowi poświęcam tę książkę.
Czas ucieka, świat się zmienia, a życie toczy się naprzód. To, co kiedyś było teraźniejszością i nowoczesnością, z wolna staje się historią. Wraz ze zmianami polityczno-ekonomicznymi zmieniają się dzieje kolei, zarówno dla tych, którzy na niej pracowali oraz nadal pracują, jak i korzystających z usług PKP. Emeryci kolejowi, jak i starsi kolejarze z sentymentem wracają do dawniejszych czasów, kiedy to kolej, chociaż biedna i niedoinwestowana, była zwarta jak jedna rodzina, natomiast teraz chociaż wszyscy pracują w jednej firmie PKP, czują się, jakby każdy z innej pochodził.
Przedstawione tu zdarzenia w formie opowiadań, przysłów i anegdot, chociaż czasem wydają się nieprawdopodobne, w zasadzie są prawdziwe. Jedynie niektóre okoliczności ich zaistnienia są tylko prawdopodobne. W wielu przypadkach nieznacznie zmieniono nazwiska opisywanych bohaterów, głównie tych, którzy by sobie tymi historiami sławy nie przysporzyli.
Zawarte wydarzenia pisane w stylu tamtejszej epoki, ułożone chronologicznie, obejmują lata od początku trzydziestych do końca siedemdziesiątych dwudziestego wieku.
Historie pracowników kolejowych są zawsze wstawiane w tło polskiej rzeczywistości danego okresu. Czasem nawiązują do wspomnień minionych lat, w tym do koszmarnej okupacji hitlerowskiej i grożących w tym czasie kolejarzom niebezpieczeństw.
Bohaterowie zdarzeń uwikłani są czasami w smutne, innym razem zabawne historie, w większości pełne niespodzianek. Z niektórymi wydarzeniami spotkałem się osobiście, inne opowiedzieli mi uczestnicy danych sytuacji lub stykający się z nimi pracownicy PKP.
Zdecydowana większość niniejszych historii napisana została przeze mnie początkiem lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to wszystko było jeszcze świeże w mojej pamięci i uzupełnione zostało w późniejszym czasie. Wydanie niniejszej książki w tamtych latach byłoby niemożliwe ze względu na zawarte w niej nieraz krytyczne, a czasem ośmieszające przedstawienie istniejącej wtedy rzeczywistości.
Z upływem lat zainteresowanie koleją, zwłaszcza tą dawną, stale rośnie. Jest kilka wydawanych czasopism kolejowych, natomiast nie ma w współczesnej literaturze polskiej żadnej książki. Powstało też wiele różnego rodzaju towarzystw i klubów miłośników kolei, w których nie tylko kolejarze są zaawansowani. Kluby i towarzystwa te najaktywniej przedstawiają się na stronach internetowych. Myślę, że Kolejretro w opowiadaniach, przysłowiach i anegdotach uzupełni braki o życiu kolejarzy w dawniejszych czasach i zainteresuje czytelnika.
Bielsko-Biała, styczeń 2009 roku
Hrabia Aleksander Ostrowski zasiadł rano do śniadania z żoną i córką. Jedli w milczeniu. Po chwili do jadalni wszedł kamerdyner, niosąc na dużej srebrnej tacy poranną prasę.
– Gazety przyniosłem, jaśnie panie.
– Połóż – wskazał skinieniem głowy hrabia.
Jedząc nadal, zerkał okiem po tytułach, a gdy zakończył posiłek, rozpoczął ich przeglądanie.
– Marszałek Piłsudski ma wystąpić w Sejmie – zwrócił się do żony. – Niektórym posłom znowu się dostanie.
– Wiesz, że nie interesuję się polityką – przerwała zagadnięta.
– Przepraszam. Tak tylko głośno myślałem.
– To ja przepraszam, że nie mogę ci towarzyszyć w rozmowach o polityce.
Zapadło milczenie, tylko od czasu do czasu słychać było szelest przewracanej stronicy gazety. Hrabina podziękowawszy, wstała od stołu, a zaraz za nią uczyniła to samo córka. Gdy wychodziła z jadalni, zatrzymał ją głos hrabiego.
– Zaczekaj na chwilę, coś ci przeczytam: „Specjalistyczna i renomowana hodowla psów rasowych oferuje do sprzedaży następujące czystej rasy psy: dogi angielskie, dogi niemieckie, owczarki alzackie, owczarki szkockie i bernardyny. Prospekty wysyłamy na żądanie”.
– Cóż mnie może interesować jakaś tam hodowla psów rasowych – zmarszczyła brwi, przyjmując marsową minę żona. Stała chwilę nieruchomo, zastanawiając się. – Co ty znowu kombinujesz? – powiedziała niespokojnym głosem.
– Nic nie kombinuję, tylko wiesz, iż od dawna pragnę mieć doga angielskiego, a tu trafia się taka okazja, i to z renomowanej firmy.
– Rób, jak chcesz, tylko za dużo psów mi tu nie sprowadzaj!
– Jeszcze tylko tego jednego – jęknął błagalnym głosem hrabia.
Hrabina wzruszyła ramionami, potem machnęła ręką i odeszła, unosząc dumnie głowę. Hrabia zadowolony z możliwości spełnienia swojego marzenia, wstał od stołu, wolno udał się na taras, podziwiać rozkwitające wielobarwnie rabaty kwiatów przed pałacem. Było to dzieło jego zamiłowania do piękna ogrodów, wyniesione z wielu podróży zagranicznych, gdzie będąc w znanych ogrodach pałacowych, podziwiał ich uroki. Wtedy zapragnął mieć namiastkę tego piękna, więc pod jego nadzorem ogrodnik urządził to cacko. Nieraz osobiście pracował przy pielęgnacji kwietników, poświęcając im dużo czasu, podziwiając urok kompozycji barw kwiatowych, zmieniających się od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Od pierwszych przebiśniegów, potem tulipanów i hiacyntów, przez paletę kolorów lata do astrów, wrzosów i chryzantem. W oddalonym nieco stawie, oprócz trzcin, tataraków i innych roślin wodnych, nad talerzami zielonych liści, wystawały białe oraz różowe kwiaty lilii wodnych, przywiezionych trzy lata temu z zaprzyjaźnionego majątku magnackiego.
Drugą słabością hrabiego były psy. Oprócz psów myśliwskich, służących do polowań, miał kilka innych rasowych, a brakowało tylko doga angielskiego. Już w myślach widział, jakie zainteresowanie u sąsiadów wzbudzi jego nowy, rasowy pies, kiedy za miesiąc zjawią się na imieniny żony.
– Do takiego psa muszę poszukać dobrego tresera – myślał głośno hrabia – żeby pies nie tylko był rasowy, ale i mądry, fachowo wytresowany, co wzbudzi większy zachwyt znajomych, a może i zazdrość. Jak to przyjemnie mieć coś, czego przyjaciele nie mają. Muszę mieć tego psa! – powiedział stanowczo hrabia, po czym zszedł szerokimi schodami z tarasu do ogrodu, podziwiać piękno wielobarwnych klombów i rabatek.
Po obchodzie ogrodu wrócił do pałacu, napisał list do właścicieli reklamowanej w gazecie hodowli psów, zamawiając młodego, najpiękniejszego doga angielskiego, zaznaczając iż cena nie gra roli, byle pies był najpiękniejszy.
Na stacji węzłowej Lwów, jak zwykle od rana, panował ożywiony ruch, kiedy to przyjeżdżały i odjeżdżały pociągi w różne kierunki Polski. Około dziesiątej znacznie zmniejszyła się ilość ludzi na peronach, w poczekalniach i restauracjach. Również pracownicy kolejowi w pięknych, czarnych mundurach wolniej wykonywali swoje obowiązki. Po dwunastej ruch pasażerów zaczął się nasilać, aż do szesnastej, by ponownie ku wieczorowi się zmniejszać. Jeszcze jedna zmiana natężenia ruchu miała miejsce pomiędzy dwudziestą pierwszą a dwudziestą trzecią i do rana był względny spokój, by rozpocząć to samo od nowa.
Tego dnia pogoda zapowiadała się ładnie. Od świtu świeciło słońce, wiał lekki, ciepły, południowy wiatr. Było przyjemnie, chociaż kalendarzowe lato zaczynało się dopiero za miesiąc.
Magazynier przesyłek bagażowych i ekspresowych przyszedł do służby, jak zwykle w dobrym nastroju, po drodze lustrując leżące na podłodze magazynu paczki. Zaledwie przyjął od kolegi służbę, już zaczął wydawać robotnikom magazynowym polecenia odnośnie rozdysponowania paczek. Około dziewiątej polecił swoim pracownikom, aby wzięli wózki i byli przygotowani do przyjęcia oraz wysłania przesyłek bagażowych i ekspresowych z pociągu pospiesznego, który planowo miał wjechać o dziewiątej piętnaście. Sam też ruszył wolno za nimi. Był pewny, że pociąg wjedzie planowo, bo od niepamiętnych czasów, a może od początku kolei, pociągi jeżdżą punktualnie, chyba że, co nie daj Boże, była jakaś katastrofa. Przybyły pociąg pospieszny po wjeździe na stację zatrzymał się przy peronie. Podjechali pod wagon bagażowy i szybko zaczęli wykonywać swoje czynności, załadowując, a następnie wyładowując przesyłki. W pewnym momencie konduktor-rozdawca z wagonu bagażowego powiedział:
– Wejdźcie do wagonu wszyscy, bo musicie nam pomóc wyładować szczególną przesyłkę. Robotnicy weszli do środka, a magazynier za nimi. Konduktor wskazał na dość dużą, drewnianą klatkę, w której był duży popielaty, w ciemne łaty pies, z groźnym, kanciastym pyskiem, dużymi, stojącymi ostro uszami, na długich, lecz nie wychudzonych łapach. Wszyscy stanęli w milczeniu wokół klatki, patrząc na zwierzaka. Pies podniósł uszy, przyglądając im się uważnie.
– Co to jest?! – zapytał jeden z nich.
– Nie widzisz, że pies – burknął na niego magazynier.
– Widzę, ale jest taki wielki i chudy, więc myślałem, że to jakiś lampart lub inny potwór. – Wszyscy parsknęli śmiechem.
– No! Nie marudźcie, tylko szybko wynoście klatkę, bo za chwilę pociąg odjeżdża! – krzyknął przyglądający się ich robocie kierownik pociągu. – Według jazdy polskich pociągów ludzie zegarki regulują, a wy chcecie zepsuć dobre imię PKP?!
– Musimy najpierw opróżnić ten ostatni wózek – powiedział magazynier i polecił: – Józek z Frankiem, zeskakujcie, złóżcie przesyłki i podstawcie szybko wózek, a my z Władkiem i konduktorem stąd pomożemy wam załadować klatkę.
Kiedy wszystko było gotowe i klatka stała na wózku, magazynier jeszcze raz policzył przesyłki i sprawdził je z dokumentami, następnie potwierdził konduktorowi-rozdawcy ich przyjęcie. Wszyscy, z wyjątkiem Józka pilnującego na peronie wyładowanych przesyłek, pojechali do magazynu. Po opróżnieniu jednego wózka w pomieszczeniu magazynowym Franek podjechał po resztę przesyłek.
Magazynier bacznie oglądał klatkę i psa, zaś jeden z robotników magazynowych czytał przywieszoną do klatki tablicę.
– To jest przesyłka z jakiejś specjalistycznej hodowli psów rasowych – tłumaczył – przeznaczona dla jakiegoś jaśnie oświeconego hrabiego Aleksandra Ostrowskiego. – Zamilkł na chwilę. – A, tu, u dołu, wydrukowana jest na czerwono uwaga: „Proszę karmić psa jedzeniem przygotowanym w załączonej do klatki skrzynce, gdzie jest instrukcja”.
Magazynier podszedł do wskazanej skrzynki, otworzył ją i przeczytał leżącą na wierzchu instrukcję.
– Chłopaki, tu pisze, że pies ma otrzymać jedzenie o dziewiątej i czwartej po południu, więc nie wiemy, czy już dostał czy nie.
Spojrzał ponownie do skrzynki. Ujrzał wtedy woreczki z porcjami, na których wypisane były daty oraz napisy: „śniadanie” i „kolacja”.
– Z tego wynika – powiedział – że pies nie dostał jeszcze jedzenia.
Odpakował woreczek ze śniadaniem, a tam w zielonych pokrzywach, owiniętych papierem pergaminowym było, świeżych jeszcze, dziesięć sznycelków. Polecił jednemu z robotników przynieść psu wody, a sam przystąpił do karmienia.
Po jedzeniu pies położył łeb na łapach i po chwili zamknął oczy.
– Wiecie, chłopaki – rzekł magazynier – my go musimy karmić jeszcze raz, bo załadowany będzie o ósmej wieczorem.
– Ale ma dobre żarcie! – zauważył jeden z robotników magazynowych. – Sam bym się tego chwycił.
– Panie magazynierze – zwrócił się do zwierzchnika najmłodszy robotnik – może byśmy go później na chwilę wypuścili, aby rozprostował kości?
– Ani się waż! – krzyknął przełożony. – Może uciec!
– My go weźmiemy do naszego pomieszczenia i będzie z nami. Kiedy będziemy wychodzić, to go z powrotem zamkniemy.
– Dobrze, ale uważajcie na niego, bo jest bardzo drogi!
Robotnicy segregowali przesyłki w magazynie, układając je według relacji kierunkowych, dokąd mają iść, a magazynier ruszył w kierunku swojego biura. W tym momencie w drzwiach magazynu ukazała się znacząca postać naczelnika stacji, w eleganckim gabardynowym mundurze z połyskującymi, złotymi guzikami. Zauważywszy go, magazynier zawrócił, stanął na baczność przed zwierzchnikiem, meldując
– Panie naczelniku, magazynier Borkowski melduje się w służbie!
– Dziękuję! – odpowiedział naczelnik, również wyprostowany. – Jak przebiega służba i czy widzieliście kierownika ekspedycji kolejowej?
– Służba przebiega bez zakłóceń – odpowiedział magazynier, stojąc dalej na baczność – natomiast kierownik ekspedycji był tu około pół godziny temu, ale poszedł w kierunku kas biletowych.
– Dziękuję. – Naczelnik obrócił się i wyszedł.
Pracownicy zakończyli segregowanie przesyłek, wypuścili psa z klatki i zabrali ze sobą do swojego pomieszczenia. Tam go głaskali, mówili do niego i kazali się położyć. Pies był posłuszny. Po pół godzinie magazynier dał polecenie ładowania przesyłek na wózki i wyjazd do pociągu. Robotnicy odprowadzili psa do klatki. Najmłodszy z nich zamknął wejście i wszyscy wyszli na peron.
Po dość długim czasie powrócili do magazynu z nowymi przesyłkami. Z przerażeniem zauważyli otwarte drzwiczki klatki, a psa ani w klatce, ani w pomieszczeniu nie było.
– Gdzie jest pies?! – wrzasnął magazynier, czerwieniejąc się na twarzy.
Zapadło milczenie.
– Gdzie jest pies?! Do cholery! Nie słyszycie?! – wrzeszczał ochryple przełożony.
Nadal nikt się nie odzywał, a na twarzach malował się wielki strach.
– Co stoicie! Natychmiast szukać psa! Bez niego mi się nie pokazujcie, bo nogi z tyłka powyrywam!
Wszyscy wybiegli z pomieszczenia, tropić uciekiniera. Rozdzielili się, aby objąć większy zasięg poszukiwań. Pytali innych kolejarzy, podróżnych, ale nikt opisywanego psa nie widział. Kiedy jeden z robotników doszedł do wyjścia na miasto, to któryś ze stojących przy bramce bileterów widział niedawno takiego psa wychodzącego z ludźmi obok jego budki. Bileter pytał wychodzących pasażerów, czyj on jest, myśląc że któryś z podróżnych przewoził psa na gapę i teraz chce przemycić. Miał nawet zamiar psa zatrzymać, lecz wychodzili jeszcze ludzie, więc tego nie zrobił. Ponadto uważał, iż pies mógł szukać swego pana, który odjeżdżał pociągiem, wszedł wejściem, a teraz wychodzi.
Robotnik wybiegł przed budynek stacyjny, ogarniał wzrokiem jak najdalsze okolice, lecz nic, co by przypominało dużego psa, nie zobaczył. Wrócił z powrotem do pomieszczenia, aby oznajmić o tym magazynierowi. Przy wejściu spotkał drugiego robotnika wracającego z wiadomością, że drużyna manewrowa widziała dużego psa idącego peronem do wyjścia na miasto.
– Przeklęci gamonie! Tu tyle roboty, a wy musicie psa szukać! – denerwował się magazynier. – Jak nie znajdziecie go do końca służby, to piszę na was raport do naczelnika stacji i oberwiecie, a także zapłacicie jakiemuś panu, jaśnie oświeconemu, dużo pieniędzy!
W międzyczasie doszedł trzeci, najstarszy z nich, robotnik magazynowy, a słysząc te słowa, odburknął:
– Nie tylko my, ale i ty też jesteś winien, bo nadzorujesz naszą pracę jako magazynier, więc również odpowiadasz za niedopilnowanie!
Magazynier spojrzał na niego głupią miną, zbladł, za moment poczerwieniał, chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie zakrztusił się i jeszcze bardziej poczerwieniał.
Ochłonąwszy nieco, zwrócił się do najmłodszego:
– Tyś najwięcej zawalił, więc biegnij na miasto i szukaj psa. Masz tu być przed zakończeniem służby, z psem, jak nie z właściwym, to przynajmniej z innym, ale dużym. Wy zaś – zwrócił się do pozostałych – będziecie robić za siebie i za niego. Zrozumiano?!
– Tak jest! – krzyknęli chórem i zabrali się do roboty, a najmłodszy wziął swój rower, na którym przyjechał do pracy, i pognał szukać zguby.
Jeździł po mieście, pytał, zaglądał na podwórza kamienic i nic. Po psie ani śladu. Nawracał kilkakrotnie ku budynkowi stacyjnemu, był dwa razy pytać współpracowników, czy w międzyczasie psa znaleziono. Wszystko bez rezultatu. Pies przepadł jak kamień w wodę.
Była już prawie siedemnasta, czyli została jedna godzina do zakończenia służby, co spowodowało rezygnację i strach u szukającego.
Wracając z miasta, minął mały skwerek, na którym zauważył niedużego psa obwąchującego jakiś krzaczek, a potem się przy nim wysikał. Wtedy pomyślał, że pies nie musiał uciec do miasta, lecz mógł pobiec w kierunku skwerku przy katedrze grekokatolickiej pod wezwaniem świętego Jura lub dalej do parku „Ogrodów Jezuickich”, gdzie była również muszla koncertowa. W letnie niedziele grają tam różne zespoły. Lubił chodzić do tego parku na spacery, bo można było spotkać znajomych, powygłupiać się przy dziewczynach, a nawet z nimi poflirtować. Bez namysłu wsiadł na rower i szybko pedałując, zbliżył się do skwerku przy katedrze. Tam zwolnił, patrząc bacznie, czy może ujrzy szukanego psa, ale bez efektu. Jadąc dalej, dojechał do parku, zmniejszył szybkość, rozglądając się uważnie wokoło. Po chwili, w oddali, pomiędzy krzakami mignęła mu ciemna sylwetka dużego psa. Serce żywiej zabiło. Zszedł z roweru, oparł go o najbliższą ławkę i szybko przebiegł trawnik skwerku, udając się w kierunku, gdzie zniknął pies. Przedarł się przez zarośla, a ujrzawszy wąchającą coś chudą psinę, westchnął ciężko i chciał zawrócić, ale przypomniał sobie słowa magazyniera. Wprawdzie nie był to zbyt duży pies, lecz jakiś mieszanej rasy kundlo-wilczur. Pomyślał, że z braku właściwego i taki powinien być dobry. Zaczął powoli zbliżać się w jego kierunku, mówiąc czułe słówka. Pies najpierw nieufnie odchodził i przystawał, lecz po kilku minutach pozwolił się pogłaskać. Wtedy chłopak wyjął z kieszeni kawałek sznurka, zabranego uprzednio ze sobą, owinął nim szyję psa, związał pętlę, sprawdził, czy nie jest za luźna lub za ciasna, i powoli zaczął go prowadzić. Wziął rower i wolno szedł w kierunku stacji, jedną ręką prowadząc rower, a drugą psa. Wchodząc na peron, spojrzał na zegar dworcowy. Była za dwadzieścia szósta. Wszedł do magazynu. Przygotowujący się już do zdania służby współpracownicy buchnęli gromkim śmiechem, aż pies się przestraszył.
– Czego się śmiejecie? – powiedział zmieszany przybysz. – Przecież pan Borkowski powiedział, że mam przyprowadzić psa, jak nie właściwego, to innego.
– No, nie marudź – przerwał pośmiewisko magazynier – i ładuj psa do klatki. Dajcie mu też jeść należną porcję.
Wieczorem, zgodnie z planem przewozu przesyłek ekspresowych, klatka z psem została załadowana do pociągu i powędrowała do miejsca przeznaczenia, czyli do hrabiego Aleksandra Ostrowskiego, jak było na przesyłce.
Następnego dnia pracownicy magazynu ekspresowego, którzy przeżyli tę przygodę, przyszli do służby na noc o godzinie osiemnastej, a w chwilę za nimi wszedł dyżurny ruchu peronowy, prowadząc ze sobą dużego doga angielskiego.
– Dobry wieczór – powiedział wchodzący – czy to ten pies wam uciekł?
Na chwilę zapadło milczenie.
– Chyba ten – odpowiedział niepewnie magazynier. – Skąd pan go ma?
– Moje dzieci go znalazły i przyprowadziły do mnie, bo im opowiedziałem wczorajsze zdarzenie.
– To pan o tym wiedział? – zapytał najmłodszy robotnik.
– Ha, ha, ha! – zaśmiał się dyżurny ruchu. – Przecież wszyscy na stacji wiedzą o tym. A nawet wróble w krzakach. No, postawcie mi kolację w dworcowej restauracji i dobre piwo, a pies będzie wasz.
– Zgoda – przytaknął magazynier i odebrał psa.
Dyżurny ruchu odszedł. Zaczęto zastanawiać się, co z nim zrobić. Wreszcie uzgodniono, że jeden z nich, który mieszka na przedmieściu, będzie miał psa u siebie, bo prawdopodobnie przesyłka z niewłaściwym psem wróci, a gdyby nie wróciła, to doga komuś sprzedadzą.
Za trzy dni klatka z nieszczęsnym kundlem znalazła się ponownie na stacji, więc wymieniono psy i dog angielski powrócił, skąd był wysłany.
Jaka korespondencja wymieniona była pomiędzy hrabią Aleksandrem Ostrowskim a specjalistyczną hodowlą psów rasowych, można się tylko domyślać.
Spis treści - fragment
Strona tytułowa
Dedykacja
Wstęp
Rasowy pies
