Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
25 osób interesuje się tą książką
Po czyjej stronie jest morze, gdy budzi się potężna klątwa?
Wejdź do świata, w którym lazurowe wody wybrzeża Amalfi skrywają tajemnice silniejsze niż czas, a kobiece decyzje potrafią zmienić los całych pokoleń. „Klątwa Amalfi” chwilę po premierze stała się bestsellerem „New York Timesa” .To zmysłowa, pełna napięcia powieść łącząca historyczną magię z nowoczesną przygodą i romansem.
Rok 1821. Positano. Mari De Luca należy do kręgu kobiet praktykujących stregherię– starożytną magię wody, dzięki której chronią miasto przed piratami i nieszczęściami morza. Gdy potężny armator próbuje zmusić ją do wykorzystania potężnej mocy dla własnych celów, Mari podejmuje decyzję, która uruchamia niebezpieczną klątwę.
Dwieście lat później archeolożka morska Haven Ambrose przybywa na wybrzeże Amalfi, by badać wraki statków i odnaleźć zatopione klejnoty, odkryte niegdyś przez jej ojca. Wraz z lokalnym nurkiem Enzo Rossim rozpoczyna wyścig z czasem –z historią czarownic z Positano i przeszłością, która nie zamierza pozostać w ukryciu.
„Hipnotyzujące połączenie dawnej magii i współczesnej tajemnicy z odrobiną włoskiego amore”.
–„People”
„Porywająca opowieść o czarownicach i rodzinnych sekretach. Penner trzyma w napięciu do ostatniej strony”.
–„Publishers Weekly”
„Czysta magia”.
–Katy Hays, autorka bestsellerowej powieści „The Cloisters”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 406
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
BOOKTOK ZACHWYCA SIĘ
Klatwa Amalfi!
„Czysty geniusz! Penner wynosi realizm magiczny na zupełnie nowy poziom, sięgając głęboko pod powierzchnię morza. Książka Sarah to złoto czytelników – skarb, który porusza wyobraźnię i serca”.
– Alanna Grace @alannagraceauthor
„Realizm magiczny, zatopiony skarb, dwa plany czasowe, epicka sceneria włoskiego wybrzeża połączona z tajemnicą, miłością i przygodą… Sarah Penner prześcignęła samą siebie w Klątwie Amalfi!
– Mindi D’Elia @readtraveleatandrepeat
„Tajemnicza, magiczna historia o potędze miłości, opowiedziana językiem równie urzekającym, co krajobraz Positano, w którym rozgrywa się akcja. To Sarah Penner w najlepszym wydaniu”.
– Shannon Demaio @bookish_boy.mom
„Sarah Penner wykorzystuje miłość, zatopiony skarb, złamane serce i magię, aby płynnie spleść przeszłość z teraźniejszością w dwóch porywających i pełnych emocji historiach. To urocza książka, idealna dla każdego, kto lubi czytać o silnych kobietach”.
– Amanda @amandaegreads
„Nowa książka Sarah Penner z miejsca stała się moją ulubioną. Niezależnie, czy jesteś fanką kryminału, romansu, czy powieści historycznej, w tej łączącej wiele gatunków powieści z pewnością znajdziesz coś dla siebie”.
– Martina Barrow @martinas_library
„Sarah Penner znów triumfuje! Tajemnica, historia i magia, porywająco odmalowane postacie i płynnie przeplatające się linie czasowe. Ta książka to prawdziwy skarb!”
– Erin K. Larson-Burnett @e.k.b.books
„Klątwa Amalfi jest pięknie napisaną, pasjonującą historią, od której nie sposób się oderwać. Styl autorki urzeka i jest najwyższej próby”.
– Red @redbookreview
„To właśnie autorzy tacy jak Sarah, którzy potrafią stworzyć dobrze opowiedzianą fabułę, okraszając ją przygodą i szczyptą miłości, sprawiają, że odżywają powieści historyczne”.
– Becky @beckybingbooks
„Penner zabiera czytelnika w uzależniającą i fascynującą podróż wzdłuż Wybrzeża Amalfi. Historia pełna emocji, zdrady i poświęcenia – a wszystko dla skarbu, który niekoniecznie musi być złotem”.
– Alexis @_alexisinwonderland
„Ta książka jest idealnym połączeniem realizmu magicznego i powieści historycznej! Sarah mistrzowsko tworzy dwie linie czasowe, zagłębiając się w aspekty historyczne i odnosząc do współczesnych wyzwań”.
– Christine Patronick @christineanne4
„Ta absolutnie wciągająca powieść łączy intrygę, romans, magię i przygodę w historię, w której zatoniesz, śledząc kolejne zwroty akcji!”
– Pamela Siegel Zinnel @bookwormpbz
TYTUŁ ORYGINAŁU:The Amalfi Curse: A Bewitching Tale of Sunken Treasure, Forbidden Love, and Ancient Magic on the Amalfi Coast
Redaktorka prowadząca: Marta Budnik Wydawczyni: Katarzyna Masłowska Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska Korekta: Kinga Dąbrowicz Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz Grafiki w środku: © Анна Удод, © Denys, © Mago, © The Alpha, © The king of vectors / Stock.Adobe.com
THE AMALFI CURSE Copyright ©2025 by Sarah Penner
All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition is published by arrangement with Harlequin Enterprises ULC. This is a work of fiction. Names, characters, places and incidents are either the product of the author’s imagination or are used fictitiously, and any resemblance to actual persons, living or dead, business establishments, events or locales is entirely coincidental.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Fabianowska, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-842-3
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Dla mojego męża, Marca
Śród wiru, pian, gdzie okręt znikł, Łódź krąży, łódź się nurza…Ucichło wszystko, tylko wieść O huku szła od wzgórza.
– S.T. Coleridge,Pieśń o starym żeglarzu (1798), przeł. Jan Kasprowicz
Registro DegliIncantesimi Marini
REJESTR ZAKLĘĆ PRAKTYKOWANYCH
PRZEZ STREGHE, CZYLI
MORSKIE CZAROWNICE Z AMALFI
incantesimo di riflussoZaklęcie odpływu wody. Attrezzo: strzałka piorunowa (belemnit)
incantesimo di flussoZaklęcie przypływu wody. Attrezzo: muszla z masy perłowej.
incantesimo divinatorio Zaklęcie namierzania zatopionych przedmiotów. Attrezzo: sznurek z sześcioma nanizanymi wiedźmimi kamieniami.
incantesimo raffreddare Zaklęcie chłodzenia wody z pomocą lodowatego strumienia. Attrezzo: woreczek z suszonymi pochewkami jajowymi embrionów rekina, płaszczki lub ryby chimery, zwany też „syrenią sakiewką”.
incantesimo dell’elemento Zaklęcie zmiany składu wody. Attrezzo: skamieniały pysk ryby piły zwany też „syrenim grzebieniem”.
incantesimo vortice Zaklęcie przywołania wiru wodnego lub burzy. Attrezzo nie jest wymagane.
vortice centuriaria Zaklęcie przywołujące maelstrom lub wir, trwający sto lat. Attrezzo nie jest wymagane, lecz strega, aby je wykonać, musi zdjąć swój ochronny naszyjnik – cimarutę.
Prolog
List do Matteo Mazzy
w Neapolu, Italia
Poniedziałek, 9 kwietnia 1821 roku
Signor Mazza!
Nie znaliśmy się wcześniej, lecz modlę się, abyś Pan z należną uwagą potraktował to, co mam do powiedzenia.
Jesteś właścicielem najważniejszej firmy żeglugowej w Neapolu i Twoja działalność zależy od łaski morza. Ostatnio przekonałem się jednak, że również samo morze jest zdane na łaskę kogoś innego: grupki kobiet z Positano.
W przeszłości wielu zachwycało się szczęściem tej małej wioski rybackiej, której morze niezmiennie sprzyja. Pływy są tam podejrzanie spokojne. Marynarze zauważają, że fale nie szkodzą wiosce, a przecież jest ona ledwie chroniona przez naturalną rafę i nie leży w zatoce.
Czemu atakowane przez wiatr i wodę klify Amalfi i Minori cierpią z powodu osunięć i niebezpiecznych lawin skalnych, a Positano nie?
Albo ta obfitość karmazyna i morlesza… Jak to możliwe, że w dni, kiedy rybacy z innych miejscowości wracają z pustymi łodziami, ci z Positano mają jak zwykle pełne sieci? Nawet w kwadrze księżyca! Jakby jego rytm nie miał wpływu na wioskowe połowy.
Cóż, pływy i ryby to jedno, ale chodzi jeszcze o piratów. Nie dociekam, jakie są Twoje koneksje, signor Mazza, ale z pewnością zdajesz Pan sobie sprawę z tej osobliwości: nie ma żadnych wzmianek o piratach, którzy by kiedykolwiek wylądowali w Positano.
Ci zbóje plądrują statki wokół Sycylii. Grasują od Salerno do Capri. Gdybym miał wbić szpilkę w mapę, zaznaczając wszystkie miejsca wzdłuż naszego wybrzeża, atakowane przez piratów, byłoby widać jak na dłoni, że ta banda łupi całe Wybrzeże Amalfi, wioska po wiosce – oprócz tej jednej. Jednej jedynej!
Śmiało mogę powiedzieć, że Positano jest odosobnione. Chronione. Uprzywilejowane.
Gdzie indziej na półwyspie mężczyźni narzekają na zanieczyszczoną wodę morską, na grabieżców, na marne połowy. „Tak, Positano kwitnie – mówią mi – ale nie przeniesiemy się tam z naszymi rodzinami, bo ich szczęście nie może trwać długo. Lada dzień się skończy. Zapamiętaj moje słowa”.
Nawet samych mieszkańców Positano niepokoi to ich wieczne szczęście. Mężczyźni stale mają pod ręką broń, pewni, że czeka ich atak piratów. Inni solą, suszą i konserwują ryby na zapas, przekonani, że ich łowiska wkrótce się wyczerpią. Jeszcze inni nie chcą się budować za blisko brzegu z obawy, że klify w końcu osuną się do morza, skazując mieszkańców wzgórz na pewną śmierć.
Krótko mówiąc, w Positano coś się dzieje. Kryje się tam bardzo pilnie strzeżona tajemnica.
I myślę, że wiem, czego ona dotyczy.
Czy moglibyśmy się dogadać, signor Mazza? Za opłatą jestem gotów wyjawić wszystko, co wiem – opowiedzieć, czego się dowiedziałem i co widziałem. Kogo widziałem.
Śmiem sobie wyobrazić, jaką fortunę przyniosłaby Panu ta wiedza.
Proszę o odpowiedź w najszybszym możliwym terminie.
Niżej podpisany –
Twój oddany przyjaciel, współpracownik etc.
1
Środa, 11 kwietnia 1821 roku
Na mrocznym brzegu morza, u podnóża wioski Positano, wznoszącej się na klifie, dwanaście kobiet w wieku od sześciu do czterdziestu czterech lat siedziało w kręgu. Była druga w nocy i nad ich głowami jaśniał rosnący księżyc.
Jedna z kobiet wstała, przerywając krąg. Jej włosy miały kolor cynobru – z takimi się już urodziła. W ubraniu weszła do wody po pas. Ściskając w dłoni belemnit, zanurzyła ręce w fale i jęła recytować pierwszą część incantesimo di rifluso – zaklęcia, którego nauczyła się jako dziecko. Po chwili wyczarowany przez nią wodny nurt zawirował wokół jej kostek i skierował się na południe.
Kobieta wyszła z morza i powróciła na swoje miejsce na brzegu.
Teraz wstała druga kobieta, z jaśniejszymi włosami, koloru persymony. Ona również weszła do wody, zanurzyła w niej ręce, po czym wyrecytowała ciche zaklęcie i nurt stał się jeszcze silniejszy. Popatrzyła na horyzont – równą czarną linię, gdzie niebo spotykało się z morzem – i uśmiechnęła się.
Podobnie jak inni mieszkańcy nadbrzeżnej wioski, kobiety wiedziały, co do nich nadciąga – flota statków pirackich płynąca kursem na północny wschód od Tunisu. Miały informacje, że wiatry są sprzyjające i flotylla przybędzie nazajutrz.
Jaki był jej cel? Capri? Sorrento? Maiori? Niektórzy sądzili, że może nawet Positano – może w końcu Positano!
W związku z tym rybacy z całego Wybrzeża Amalfi postanowili nazajutrz pozostać w domach wraz z rodzinami, aż do nocy. Wiedzieli, że na wodzie nie będzie bezpiecznie. Cel podróży piratów był nieznany, a to, czego szukali, również pozostawało tajemnicą. Chciwych rozbójników interesowały wszelkiego rodzaju łupy. Głodni piraci polowali na sieci pełne ryb. Lubieżni piraci polowali na kobiety.
Z kręgu wyszła trzecia, ostatnia kobieta. Jej włosy miały głęboki, intensywny odcień krwi. Rozebrała się szybko, gdyż nie lubiła dotyku mokrej tkaniny na skórze. Nie musiała się wstydzić, bo współtowarzyszki widziały ją nagą tysiące razy.
W jednej ręce trzymała strzałkę – skamieniałość morskiego głowonoga, a w drugiej – koniec liny, przywiązanej do ciężkiej kotwicy, zarytej w piasku nieopodal. To ona miała wyrecytować ostatnią część zaklęcia odpływu. Jej inkantacja była najważniejsza i najpotężniejsza; miała nadać odpływowi morderczą siłę. Stąd lina, którą kobieta musiała się solidnie opasać, zanim wypowie zaklęcie.
To było niebezpieczne, niszczycielskie zadanie. Spośród dwunastu kobiet, zebranych nad wodą tej nocy, właśnie dwudziestoletniej Mari DeLuca powierzono zadanie ostatecznego ciosu.
Bowiem te tajemnicze kobiety były streghe del mare – wiedźmami morskimi, obdarzonymi potężną mocą panowania nad wodami. Mogły się poszczycić magią niespotykaną nigdzie indziej na świecie, wyssaną z mlekiem matek, potomkiń syren, które niegdyś zamieszkiwały pobliski niewielki archipelag Li Galli – Wysp Syrenich.
Czarownice wiedziały, że gdziekolwiek nazajutrz wylądują piraci, nie będzie to Positano. Że wróg nie sięgnie po ich dobra, żywność, córki. Niezależnie od tego, jak statki pirackie ustawią żagle, nie sforsują prądu, który kobiety wzbudziły z morskich odmętów. Będą musieli odbić na wschód albo na zachód. Przybrać inny kurs.
Wiedźmy zawsze tak robiły.
Podczas gdy linie rodowe pozostałych jedenastu kobiet były niejasne i splątane, pełne męskich potomków i osłabione niesprzyjającymi małżeństwami, linia pochodzenia Mari DeLuca była czysta: jej matka była strega, jak matka jej matki, i tak dalej, do tysięcy lat wstecz, aż do samych syren. Spośród kobiet zebranych tej nocy na brzegu morza Mari była jedyną strega finisima.
To nakładało na jej barki poważne obowiązki. Potrafiła lepiej czytać wodę niż którakolwiek z sióstr. Jej zaklęcia były najskuteczniejsze i jako jedyna potrafiła samodzielnie zdziałać to, co normalnie wymagało współpracy dwóch lub trzech innych streghe. Z tego względu stała się naturalną przywódczynią dla pozostałej jedenastki. Przewodniczką i mentorką, podejmującą decyzje.
I tylko szkoda, że tak bardzo nienawidziła morza!
Zbliżając się do wody, Mari rozplotła długi warkocz. To było coś, co najbardziej rzucało się w oczy w jej postaci – krwiste włosy, bardzo rzadko spotykane we Włoszech, a co dopiero w małym rybackim Positano. Takich niezwykłych, dziedzicznych cech Mari DeLuca miała więcej. Zesztywniała, gdy zimne fale zalały jej stopy. To powinna robić moja matka, nie ja, pomyślała z goryczą. Od dwunastu lat hodowała w sobie urazę, nie będąc w stanie wybaczyć krzywdy, jakiej doznała tamtej nocy, gdy jako ośmioletnia dziewczynka musiała patrzeć, jak morze zabiera Imeldę, jej matkę.
Tamtej strasznej nocy mała Mari, zrozpaczona po okrutnej stracie, zrozumiała, że morze nie jest już jej przyjacielem. Do tego martwiła się o swoją młodszą siostrę, Sofię. Jak przekaże jej tę straszną wiadomość? Czy zdoła zaopiekować się niesforną dziewczynką z taką cierpliwością i ciepłem, jak robiła to ich mama?
Nie miała czasu na żałobę. Już następnego dnia streghe ogłosiły młodą Mari nową strega finisima. Matka dobrze ją wyszkoliła i córka odziedziczyła więcej zdolności niż którakolwiek z innych wiedźm. Nie obchodziło ich, że Mari cierpi i ostatnią rzeczą, o jakiej by myślała, jest jej własna potężna moc.
Z drugiej strony dzieci w pewnym momencie tracą swoje matki, prawda? Żywiołowa, wesoła Sofia stała się balsamem na zbolałe serce Mari i kotwicą, która nie pozwoliła jej popłynąć z prądem rozpaczy. Zmuszała do działania, dyscyplinowała. Niosła światło pośród mroku. Mari czuła, że dopóki siostra jest przy niej, znajdzie siłę, aby udźwignąć odpowiedzialność, która na nią spadła.
Teraz, zanurzając palce w wodzie, poczuła ukłucie bólu, jak często w takich chwilach.
Ani mamy, ani Sofii nie było przy niej tej nocy.
Z wolna wypuściła oddech. Ta chwila była ważna, warta zapamiętania. Wieńczyła okres dwóch lat bolesnego wahania. Nikt nie wiedział, że to zaklęcie – czary, które Mari planowała odprawić – miało być jej ostatnim. Za kilka tygodni zamierzała wyjechać, wyrwać się na wolność. Miejsce, do którego zmierzała, było na szczęście oddalone od morza.
Naga Mari opuściła wzrok i zaczęła się zanurzać, przeklinając ból palący otarcie na kostce. Woda wokół niej natychmiast zmieniła kolor z ciemnoniebieskiego na atramentowo czarny, nieprzenikniony. Mari zmagała się z tym przez całe życie – morze zawsze odzwierciedlało jej nastrój, jej charakter.
Jako dziecko uważała za cud, że woda tak trafnie odczytuje jej ukryte myśli. Przyjaciółki wiedźmy niejednokrotnie zazdrościły jej tego. Ale teraz czarna woda, pulsująca wokół jej nóg, zdradzała sekrety, które Mari pragnęła zachować w tajemnicy. W duchu dziękowała ciemności, która pomogła jej ukryć uczucia przed kobietami na brzegu. Zanurzona do pasa, czuła zmiany w morzu. Poprzedniczki doskonale poradziły sobie z żywiołem; to rodziło nadzieję. Ostre kamienie, szarpane przez prąd, raniły stopy niczym ciernie i Mari potrzebowała ogromnego skupienia, aby utrzymać się w miejscu i nie dać porwać nurtowi. Młóciła ramionami, usiłując utrzymać równowagę, niczym zmęczony ptak trzepoczący skrzydłami na rozchwianej gałęzi.
Owinęła linę kotwiczną dwa razy wokół przedramienia. Gdy poczuła, że mocowanie ją utrzyma, zaczęła recytować zaklęcie. Z każdą frazą: tira i obbedisci – „pociągnij” i „posłuchaj” – lina zaciskała się mocniej na jej ręce. Prąd się nasilał, był potężniejszy, niż Mari się spodziewała. Skrzywiła się, gdy powróz przeciął jej skórę, a słona woda wżarła się w świeżą ranę. Zachwiała się, tracąc równowagę, i najszybciej jak mogła dokończyła zaklęcie, zanim lina zdążyła zmiażdżyć jej ramię.
Nie będzie tęsknić za tymi nocami czarów. Tego była pewna.
Skończywszy, Mari pomachała, dając znak pozostałym kobietom, że czas ją wyciągnąć na brzeg. Natychmiast poczuła szarpnięcie na drugim końcu liny i za moment znalazła się w płytkiej, spokojnej wodzie. Resztę drogi, wyczerpana, przepełzła na czworakach. Wyszła na brzeg i padła, powoli wracając do sił. Piasek i żwir nieprzyjemnie kłuły mokrą skórę. Później będzie musiała się dobrze umyć.
Bardzo to wszystko było czasochłonne.
Nagły okrzyk przykuł jej uwagę i Mari usiadła, rozglądając się w mroku. Jej najlepsza przyjaciółka, Ami, stała po kolana w wodzie, z trudem utrzymując równowagę.
– Lia! – krzyknęła histerycznie Ami. – Lia, gdzie jesteś?
Lia – dziewczynka o delikatnych różowawych włosach – była jej sześcioletnią córką i młodą adeptką stregi. Jeszcze przed chwilą siedziała w kręgu kobiet, z chudymi kolanami podciągniętymi pod brodę, obserwując rozwijające się zaklęcia.
Mari zerwała się i popędziła z powrotem do morza.
– Nie, proszę, nie! – krzyknęła. Jeśli Lia znalazła się w wodzie, nie miała szans wrócić na brzeg. Drobniejsza niż inne dziewczynki w jej wieku, z kośćmi kruchymi jak muszelki, choć umiała pływać, poddawała się potędze fal. Wszak celem zaklęcia było skierowanie prądów w stronę głębokiego, ciemnego morza z siłą wystarczającą do odparcia statku pirackiego.
Lia nie nosiła cimaruty – wiedźmiego naszyjnika, dającego czarownicom siłę i wsparcie w trudnych chwilach. Niestety była na to za młoda. Streghe otrzymywały swoje naszyjniki dopiero w wieku piętnastu lat, kiedy ich magiczne umiejętności osiągały dojrzałość i uznawano, że biegle posługują się sztuką czarów.
W jednej chwili kobiety rzuciły się do brzegu i stanęły, wpatrzone we wzburzone fale. Były potężnymi czarownicami, lecz nie były nieśmiertelne. Mari wiedziała aż za dobrze, że mogą utonąć, jak każdy inny.
Krążyła w tę i z powrotem, gorączkowo wpatrując się w morze. Nagle poczuła skurcz w żołądku i zgięła się wpół; zrobiło się jej ciemno przed oczami, gorycz żółci podeszła do gardła.
Już raz to przeżyła – bezradne kręcenie się w kółko, wypatrywanie cienia postaci na horyzoncie.
Na próżno.
I wreszcie ten straszny widok.
Miedziane włosy jej młodszej siostry, opływające bezwładne ciało, kołyszące się twarzą w dół na wzburzonych falach.
Tamtego dnia, zaledwie dwa lata temu, Mari była bezradna, niezdolna ochronić czternastoletniej dziewczyny przed tym, co zrobiło jej morze. Latami sprawowała pieczę nad siostrą, bo nie robiła tego ich matka, i ostatecznie poniosła klęskę. Zawiodła Sofię.
Dziś morze po raz kolejny okazało się nie tylko chciwe, ale i złowrogie, budzące nienawiść. Stało się dla Mari czymś, przed czym postanowiła uciec.
Upadła na kolana, zbyt oszołomiona, by ustać. Czuła się tak, jak tamtego feralnego poranka. Zgięta wpół, dygotała, jakby zaraz miała zwymiotować…
Nagle usłyszała chichot, piskliwy i figlarny. Brzmiał zupełnie jak śmiech Sofii – i przez chwilę myślała, że śni.
– Jestem tu, Mamma – dobiegł ją głos Lii gdzieś z bliska. – Kopię w piasku dla gran… – urwała. – Zapomniałam słowa.
Ami krzyknęła z ulgą i zarazem z irytacją. Podbiegła do dziecka i przytuliła je do piersi.
– Dla nonna, babuni – powiedziała. – I nigdy więcej mnie tak nie strasz!
Mari usiadła, ogarnięta nagłą ulgą. Nie miała dzieci, nie była nawet mężatką, ale traktowała Lię niemal jak własną córkę.
Uspokoiła oddech. Lia ma się dobrze, powiedziała sobie w myśli. Świetnie jej idzie tu, na lądzie, lepiej niż nam. Ale nawet kiedy jej serce zwolniło, nie mogła się powstrzymać, aby raz jeszcze nie spojrzeć za siebie, na grzbiety fal.
Kobiety, kiedy już odprawiły swoje czary, przebrały się w suche ubrania.
Lia wyrwała się z objęć Ami i podbiegła do Mari, która powitała ją ciepłym, mocnym uściskiem. Pochyliła się, aby pocałować dziewczynkę w główkę, wdychając zapach pomarańczy, cukru i potu.
Mała zwróciła ku niej drobną twarzyczkę i zapytała z poważną miną:
– To zaklęcie będzie nas zawsze chronić przed piratami?
Mari się uśmiechnęła. Gdyby tylko tak to działało! Pomyślała o statku pirackim, który dziś wieczorem zbliży się do półwyspu. Jeśli rzeczywiście zmierza do Positano, mogła sobie wyobrazić kapitana, który klnie pod nosem: „Przeklęte prądy! Już się witaliśmy z Positano! Co jest z tą cholerną wioską?”. A potem nakazuje pierwszemu oficerowi zmienić kurs i płynąć na wschód. „Dokądkolwiek, byle nie na te cholerne wody”, warczy do załogi.
– Nie – odparła. – Nasza magia tak nie działa.
Zamilkła, zastanawiając się, co jeszcze powiedzieć dziewczynce. Prawie każde zaklęcie wyrecytowane przez kobiety rozpraszało się w ciągu kilku dni, ale było jedno – vortice centuriaria – które trwało sto lat. Można je było wyrecytować tylko wtedy, gdy strega zdjęła swoją cimarutę, pozbawiając się ochrony. Koszt przywołania takiej magii był wysoki – wiedźma musiała poświęcić własne życie, aby zaklęcie zadziałało. O ile Mari wiedziała, nikt tego nie zrobił od setek, może nawet tysięcy lat.
Nie był to jednak czas na tak ponure tematy, zwłaszcza w obecności młodej Lii, dlatego uprościła swoje wyjaśnienie.
– Nasze zaklęcia działają najwyżej kilka dni. Są niczym burza, która miesza się z wodnym przestworem, wzburza je, miota nim. W końcu jednak morze się uspokaja. Bo ono zawsze zwycięża.
Trudno jej było się pogodzić z tym ostatnim stwierdzeniem. Nawet zaklęcie maelstromu, choć tak trwałe, w końcu jednak wygasa. Owszem, wiedźmy potrafiły zdziałać cuda, jeśli chodzi o morze, lecz nie były jego władczyniami.
– Dlatego dbamy o naszych informatorów – ciągnęła Mari. – Są ludzie, którzy nam donoszą, gdy piraci lub obce statki zostaną zauważeni na morzu. Wiedząc, że nasze zaklęcia działają tylko przez parę dni, musimy być czujne i skuteczne. Nie możemy zaklinać morza ani za wcześnie, ani za późno. Nasi rybacy potrzebują dobrej, spokojnej wody do swoich połowów i odprawiamy czary tylko wtedy, kiedy jesteśmy pewne zagrożenia. – Uśmiechnęła się ze skrywanym zadowoleniem. – I jesteśmy w tym naprawdę dobre, Lio.
Dziewczynka przesunęła palcem po piasku, rysując duży owal.
– Mama mówi, że kiedy dorosnę, będę mogła zrobić z morzem wszystko, co zechcę.
Myśl, że ma się całkowitą władzę nad żywiołem, jest kusząca, lecz zwodnicza. Zaklęcia streghe, w sumie dość proste i nieliczne – było ich tylko siedem – musiały przestrzegać praw natury.
– Chciałabym zobaczyć jednego z tych wielkich białych misiów, więc przyciągnę tu górę lodową aż z Arktyki! – dodała radośnie dziewczynka.
– Niestety, obawiam się, że odległość jest zbyt duża – odparła Mari. – Możemy odepchnąć piratów, bo są niedaleko. Ale Arktyka? Zbyt wiele lądów dzieli nas od twoich ukochanych misiów polarnych.
– No to jak dorosnę, zamieszkam z innymi wiedźmami. Z tymi, które mieszkają bliżej Arktyki – stwierdziła rezolutnie Lia.
– Jesteśmy tylko my, kochanie. Nie ma innych wiedźm morskich. – Mari, widząc zawiedzioną minę dziewczynki, dodała: – Pochodzimy od syren, które żyły na tych wyspach. – Pokazała na horyzont, gdzie z wody wyłaniały się wysepki Li Galli. – I jesteśmy jedynymi kobietami na świecie, które odziedziczyły władzę nad morzem.
Lia z westchnieniem spuściła głowę.
– Nadal będziesz mogła robić wiele rzeczy – pocieszyła ją Mari. – Choć nie wszystkie.
Na przykład nie zdołasz uratować ludzi, których kochasz…
Do dziś strata małej Sofii jawiła się jej jako straszliwie bezsensowna i niepotrzebna. Siostry bawiły się w wodzie tak płytkiej, że miały grunt pod stopami, kiedy robiły salta, stawały na rękach i zanurzały się w poszukiwaniu kolorowych szkiełek, wygładzonych przez fale. Spędzały tak popołudnia tysiące razy. Potem Mari się zastanawiała, czy Sofia nie uderzyła głową o skałę pod wodą albo przypadkiem się nie zakrztusiła. Cokolwiek się stało, cicho zniknęła pod falami.
Zanurkowała i zaraz się wynurzy, myślała wtedy Mari, licząc mijające sekundy. Wstrzymuje oddech i lada moment wypłynie. Siostry często tak robiły, rywalizując, ile czasu która z nich wytrzyma pod wodą. Ale tym razem Sofia się nie wynurzyła. Zaledwie kilka miesięcy dzieliło ją od piętnastego roku życia, kiedy dostałaby ochronną cimarutę.
Lia zaczęła dodawać drobne kreski do krawędzi koła. Rysowała oko z rzęsami.
– Mamma mówi, że potrafisz więcej niż ona – zaszczebiotała. – Że potrzeba dwóch, a czasem trzech streghe, żeby zrobić to, co ty robisz sama.
– Zgadza się – potwierdziła Mari.
– Bo masz dar po swojej Mammie, która już nie żyje?
Mari wzdrygnęła się nieznacznie.
– I po nonnie, mamie mamy, i tak dalej. Aż do tysięcy lat wstecz. Jest coś w naszej krwi, to prawda.
– Ale w mojej nie.
– Jesteś wyjątkowa pod wieloma względami, Lio. Pomyśl choćby o małych igliczniach. Zawsze je dostrzegasz, mimo że te rybki są prawie niewidzialne i poruszają się bardzo szybko.
– Wcale nietrudno je dostrzec – zaprotestowała dziewczynka, marszcząc czoło.
– Mnie trudno. Rozumiesz? Każda z nas jest utalentowana na swój sposób.
Nagle Lia spoważniała i spojrzała na Mari.
– Mam nadzieję, że nie umrzesz, skoro masz tę inną, lepszą krew, której żadna z nas nie ma.
Mari drgnęła, zaskoczona komentarzem dziewczynki. Zupełnie jakby mała wyczuła jej tajne plany.
– Idź znaleźć swoją mamę – powiedziała.
Lia podniosła się, niszcząc swoje piaskowe dzieło.
Po jej odejściu Mari spojrzała na wznoszące się za nimi, strome nadmorskie zbocze. Na tej plaży wiedźmy rzadko praktykowały magię. Zazwyczaj prowadziła kobiety do jednej z wielu okolicznych jaskiń i grot, osłoniętych przed niepowołanymi spojrzeniami. Przypływały tam na dwóch małych gozzi – łódkach, w których mieściło się nie więcej niż sześć osób. Ale dziś było inaczej – jedna z gozzi zerwała się z cumy i zdryfowała na otwarte morze. W rezultacie czarownice zostały z jedną łódką, która nie była w stanie pomieścić ich wszystkich.
– Trudno, zbierzmy się na plaży – zadecydowała Mari. – Jak najszybciej.
Zapadła noc, księżyc chował się za chmurami, przez co było jeszcze ciemniej. Parę kobiet popatrzyło na nią nieufnie, lecz ostatecznie posłuchały.
Mari wstała i wycisnęła wodę z włosów. Była prawie trzecia nad ranem i wszystkie ziewały. Trzeba było wracać do wioski.
Wcisnęła mokrą linę do torby i szybko się ubrała, kryjąc cimarutę pod koszulą. Jej naszyjnik ochronny składał się z maleńkich amuletów z morza i wybrzeża – z księżycowej muszli, amonitu i ułamka szarego wulkanicznego tufu. Niedawno Mari znalazła maleńki fragment koralowca o idealnym kształcie górskiego szczytu, który szczególnie sobie upodobała. Góry przenosiły jej myśli w głąb lądu, do marzeń o wolności.
Kiedy ruszyły w górę stromą ścieżką, Mari poczuła, że ktoś muska palcami jej ramię.
– Psst – szepnęła Ami. W ręce trzymała małą kopertę, złożoną na pół.
Serce Mari zabiło mocniej.
– List!
Ami mrugnęła znacząco.
– Przyszedł wczoraj.
Minęły dwa tygodnie od przyjścia ostatniego listu i choć Mari kusiło, aby rozerwać kopertę i przeczytać go w świetle księżyca, przycisnęła ją do piersi.
– Dziękuję – odszepnęła.
Nagle kątem oka dostrzegła jakiś ruch, niedaleko, na nabrzeżu. Z początku myślała, że coś się jej uroiło – chmury przesłoniły niebo, a noc była pełna cieni – ale zamarła, gdy ciemna postać szybko okrążyła mały budynek i rozpłynęła się w mroku.
Coś… a raczej ktoś, był tam z całą pewnością. Mężczyzna. Może nocna schadzka? A może był sam i szpiegował kobiety?
Mari się odwróciła, aby powiedzieć o tym Ami, lecz przyjaciółka zdążyła się wysforować do przodu i sterowała Lią, opiekuńczym gestem przykładając dłoń do jej pleców.
Gdy doszły do drogi, której pobocza były usiane wyprzężonymi wozami i zamkniętymi straganami, Mari odwróciła się raz jeszcze, by spojrzeć w stronę morza – ale nikogo nie dostrzegła. Plaża tonęła w ciemnościach.
To tylko złudzenie wywołane przez blask księżyca, powiedziała sobie.
I więcej o tym nie myślała. Bowiem tuliła do piersi bardzo ważny list, który zamierzała otworzyć, gdy tylko wróci do domu.
2
Poniedziałek
Pierwszego ranka w Positano obudziło mnie wycie syren.
Namacałam telefon. Wyświetlacz pokazywał ósmą dwadzieścia dwie. Mogłabym pospać jeszcze godzinę, może nawet dłużej. Zwykle o tej porze wstaję i zaczynam dzień, ale mój wewnętrzny zegar został w domu – w Stanach, na Florida Keys, gdzie mieszkałam od urodzenia.
Wokół rozbrzmiewało echo odległych syren alarmowych – seria wysokich, drażniących nerwy, jękliwych dźwięków. Z westchnieniem irytacji odrzuciłam kołdrę i zwinęłam ciemne włosy w niedbały węzeł.
Zaledwie wczoraj wylądowałam w tej wynajętej willi i zajęło mi chwilę, zanim w myślach odtworzyłam układ pomieszczeń, które przez następny rok miały się składać na mój dom. Szurając bosymi stopami po chłodnej terakocie, wyszłam na niewielki taras, zwrócony na południowy wschód. Roztaczał się z niego panoramiczny widok na miasteczko Positano i jego liczne budynki – plamy różu, pomarańczu i bieli, piętrzące się na zboczu niczym warstwy tortu. W dole rozciągała się główna plaża, Spiaggia Grande, z setkami parasoli, ustawionych w idealnych rzędach. A dalej – Morze Tyrreńskie, mieniące się każdym odcieniem błękitu.
Właśnie ten widok skłonił mnie do wyboru domu, a mój zespół – cztery inne kobiety, same archeolożki morskie – bez wahania się zgodził. Willa mieściła się w budżecie naszego projektu, co mnie zaskoczyło, dopóki nie uświadomiłam sobie, że zyskując widok, tracimy przestrzeń. Były tu tylko dwie sypialnie, co oznaczało, że będziemy spały na piętrowych łóżkach, a jednej z nas przypadnie rozkładana kanapa.
Ale ten widok! Nie bez powodu Positano było perełką Wybrzeża Amalfi. Choć spędziłam życie na nurkowaniu do wraków u wybrzeży Florida Keys i w Atlantyku, nigdy nie widziałam takiego morskiego przestworu. Takiego błękitu.
Odległe wycie syren nie ustawało i skierowałam wzrok na morze. Ćwierć mili od plaży dwie łodzie mknęły na zachód, migając czerwonymi światłami i wyjąc.
– Dzień dobry – usłyszałam głos z tyłu.
Odwróciłam się i zobaczyłam Mal, wchodzącą na taras z parującym kubkiem kawy w ręce. Przybyłyśmy tu wczoraj razem, wcześniej niż pozostałe trzy członkinie naszego zespołu, które miały do nas dołączyć w przyszłym tygodniu. Poznałyśmy się z Mal, kiedy miałyśmy po trzydzieści pięć lat, na studiach doktoranckich, dawno temu, na teksańskim Uniwersytecie TAMU. Jako jedyne dwie kobiety na zajęciach w laboratorium konserwatorskim, od razu się zaprzyjaźniłyśmy.
– Dzień dobry – odpowiedziałam. – Ciebie też obudziły syreny?
Skinęła głową.
– Widziałam karetki jadące na zachód.
Pokazała na nadbrzeżną autostradę Amalfitana, którą wczoraj dotarłyśmy do miasta. Podróż z Neapolu do Positano trwała prawie dwie godziny, ale droga była tak malownicza, że nie mogłam narzekać. Zatrzymałyśmy się parę razy, żeby zrobić zdjęcia, i potem jeszcze raz – przy skąpanym w słońcu przydrożnym straganie, by kupić trochę moreli i opuncji. Nietrudno było zrozumieć, czemu Amalfitana, zwłaszcza teraz, wczesnym latem, jest uważana za jedną z najpiękniejszych tras na świecie. Z wapiennymi klifami opadającymi do oceanu zaledwie kilka centymetrów od poboczy i olśniewającym morzem w oddali, oferowała niepowtarzalne widoki.
– Policja portowa też jechała – dodałam, wskazując na wybrzeże. Pochyliłam się nad kamienną balustradą, która zdążyła nagrzać się od porannego słońca. – Trudno stwierdzić, dokąd zmierzają.
Mal przeczesała palcami krótkie, sterczące blond włosy.
– Ciekawe, co się stało.
Zerknęłam na jej kubek.
– Nie mam pojęcia, ale marzę o kawie.
– W kuchni odkryłam ekspres Nespresso – oznajmiła z uśmiechem. – Na kapsułki.
Idąc do kuchni, potknęłam się o walizkę i zaklęłam pod nosem. Przyjechałyśmy tylko my dwie, ale w domu już zapanował chaos – rozpakowane bagaże pod ścianami, sprzęt do nurkowania rzucony na meble, akcesoria do fotografii podwodnej tłoczące się na blatach. Wczoraj nie miałyśmy głowy do rozpakowania całego tego majdanu. Zamiast tego udałyśmy się do najbliższej knajpy, gnane pragnieniem skosztowania świeżych owoców morza i taniego lokalnego wina. Miałyśmy tylko kilka dni wolnego przed rozpoczęciem naszego projektu i postanowiłyśmy wykorzystać je jak najlepiej. Dzisiaj zaplanowałyśmy pojechać na pobliską plażę Vespą, którą dostałyśmy w pakiecie z willą.
Gdy wróciłam na taras z kawą, Mal, pochylona nad balustradą, uważnie coś obserwowała.
– Widzisz tamtą białą łódź? – Wskazała na horyzont.
Podążając za jej spojrzeniem, dostrzegłam inną, szybszą jednostkę, również płynącą na zachód.
– Cholera – powiedziałam, widząc czerwony pas na burcie łodzi. To była włoska straż przybrzeżna. Podczas gdy policja portowa zajmowała się różnymi sprawami, nawet stosunkowo błahymi, akcje straży przybrzeżnej w każdej jurysdykcji oznaczały coś poważnego – poszukiwania, ratownictwo, pościgi, afery i tym podobne.
– Spieszą do czegoś, co jest tam, daleko. – Mal pokazała na zachód, ale nasze pole widzenia ograniczał klif oddzielający Positano od miejscowości położonych dalej wzdłuż wybrzeża. – Gdyby tylko to zbocze nam nie zasłaniało.
Spojrzałyśmy na siebie i oczy nam rozbłysły. Może i byłam szefową projektu, ale Mal była divemasterką i miała dbać o bezpieczeństwo zespołu pod wodą. Musiało się zdarzyć coś naprawdę poważnego, jeśli wymagało to wezwania straży przybrzeżnej, dlatego ciekawość Mal rosła.
Moja też, szczerze mówiąc.
Podekscytowana, odstawiłam kawę i rzuciłam:
– Chodźmy.
Woda zawsze była moim placem zabaw. Jako córka cenionego na całym świecie archeologa morskiego nie miałam wielkiego wyboru. Można było przyjąć za pewnik, że ojciec nauczy swoje jedyne dziecko kochać ocean, tak jak sam go kochał. Nauczył mnie nurkować z rurką w wieku trzech lat, a z akwalungiem – w wieku ośmiu. Wkrótce potem zeszłam pod wodę do swojego pierwszego wraku.
Nieprzypadkowo mieszkaliśmy w odpowiednim miejscu. Wody wokół Florida Keys są usiane ponad tysiącem wraków, z których wiele osiadło na płyciźnie, więc nie potrzeba pianki, a jedna butla z tlenem wystarcza na dwie godziny. Ojciec badał wiele z tych wraków i publikował mapy z ich położeniem i planami, przez co zyskał sławę w świecie archeologii morskiej.
Mając Zatokę Meksykańską za swoje podwórko, mogłam się pochwalić pełnym przygód, niekonwencjonalnym dzieciństwem. Sobotnie poranki z reguły oznaczały nurkowanie do wraków. Kotwiczyliśmy na oceanie, podnosiliśmy czerwono-białą flagę nurkową i eksplorowaliśmy podwodny raj. Ojciec wcześnie nauczył mnie podstawowych umiejętności nurkowych – nawigacji podwodnej i kontroli pływalności – a z czasem zaczęłam również doskonalić umiejętności techniczne, takie jak bezpieczne nurkowanie w jaskiniowym środowisku zatopionych wraków.
Umiejętności i technika to jedno, ale ojciec zawsze dbał o dodatkowe atrakcje. Wraki były pełne tajemnic, a on nauczył mnie je odkrywać jak archeolog morski. Co sprowadziło statek na dno? Jaki ładunek przewoził? Dokąd zmierzał i dlaczego?
„Nie pomijaj archiwów”, radził. Twierdził, że dzienniki żeglugi, plany statków, raporty z incydentów często ujawniają o wiele więcej informacji o wraku niż on sam. Czasami odpowiedzi nie znajdzie się w wodzie, lecz poza nią.
Zainteresowanie ojca wrakami wynikało jednak z czegoś więcej niż tylko ze statusu badacza i z działalności akademickiej. Był on również samozwańczym zapalonym poszukiwaczem skarbów. Miał w gabinecie plik artykułów dotyczących największego na świecie zatopionego skarbu, wartego według szacunków ekspertów ponad cztery miliardy dolarów. Tylko nieliczni, wystarczająco wykwalifikowani i odważni, aby zanurzyć się w głębiny, mieli szansę go odnaleźć.
Ale nawet oni potrzebują łutu szczęścia. Ojciec go nie miał, choć bardzo się starał. Rok w rok, z każdym nurkowaniem, Wielkie Odkrycie zawsze zdawało się wymykać mu z rąk.
Jego przyjaciel i dawny kolega ze szkoły, Conrad Cass, lubił mu dokuczać z tego powodu. „Znalazłeś ostatnio coś poza morskimi śmieciami?” – pytał za każdym razem, kiedy się spotykali. Łatwo mu było mówić – Cass, nurek jak mój ojciec, miał ponoć wiele szczęśliwych trafów, lecz nigdy nie ujawnił, gdzie znajdują się wraki ani jaki łup znalazł.
Uważałam, że postępował nie fair wobec mojego ojca, który przestrzegał zasad i wiedział, jak ważne jest zgłaszanie wszelkich znalezisk odpowiednim organom – choć taka uczciwość sprawiała, że nie dostawało się ani grosza z odnalezionego bogactwa. Tata nie był przekonany, czy Conrad wyznaje te same wartości.
Ale jak zawsze ugodowy, kręcił tylko głową na docinki przyjaciela i opowiadał z uśmiechem: „Jeszcze nie”.
Ja jednak wiedziałam, że pod tą fasadą kryje się frustracja. Ojciec wiele razy był o krok od sukcesu. Kiedyś u wybrzeży Afryki Południowej wyłowił złotą monetę z wraku statku zatopionego na początku siedemnastego wieku. Była jakoby warta ponad sto tysięcy dolarów.
Niestety okazało się, że jest zrobiona z pirytu, zwanego złotem głupców.
Innym razem miał dołączyć do grupy archeologów podczas obiecującego nurkowania w pobliżu Azorów. Pech chciał, że rano obudził się z silnym przeziębieniem. Każdy nurek wie, jak niebezpiecznie jest nurkować z zatkanymi zatokami – może to spowodować pęknięcie błony bębenkowej – dlatego został na łodzi.
Wrak ostatecznie przyniósł ćwierć miliona dolarów w zatopionych hiszpańskich dublonach.
To było jego odwieczne marzenie – dokonać wielkiego podwodnego odkrycia. I raz za razem wymykało mu się ono z rąk.
Ale pół roku temu wreszcie na coś trafił. Coś dużego, jak mówił, ważniejszego niż wszystko, co kiedykolwiek widział pod wodą. Nie miał niestety możliwości wydobycia skarbu i musiał wrócić na powierzchnię. Zaledwie znalazł się na brzegu, natychmiast zaczął planować ponowne zejście do wraku.
Pech jednak nadal deptał mu po piętach i sprawił, że już nie zdołał tam wrócić. Parę tygodni po swoim wielkim odkryciu mój ojciec zmarł.
Mal prowadziła Vespę, a ja podziwiałam detale składające się na urok Positano: jaskraworóżowe bugenwille pnące się po ścianach, jaskółki śmigające pod okapami dachów, krążące wysoko w górze mewy. Był idealny czerwcowy dzień z puszystymi obłoczkami na niebie i lekkim wietrzykiem. Gdyby rzeczywiście doszło do incydentu na wodzie, nikt nie mógłby winić pogody.
Kiedy przejeżdżałyśmy przez skrzyżowanie, poczułam wibrację telefonu w kieszeni. Zerknęłam na ekran. To była wiadomość od Conrada Cassa.
Dziś myślę o Tobie, dzieciaku.
Gdybym mógł, posłałbym mu
skrzynkę wina śliwkowego.
Poczułam gulę w gardle. Mój ojciec skończyłby dziś sześćdziesiąt lat. Wino śliwkowe było jego ulubionym trunkiem.
Wsunęłam komórkę z powrotem do kieszeni, doceniając miły gest Conrada. W tamtych czasach był kimś ważnym – emerytem mieszkającym w dziewięciopokojowej posiadłości w Naples na Florydzie, w sąsiedztwie licznych finansistów i polityków, których nazywał przyjaciółmi. Byłam wzruszona, że o mnie pomyślał. Nawet Mal nie zdążyła jeszcze wspomnieć o urodzinach mojego taty.
Skręciłyśmy w lewo, w Amalfitanę, i kierując się na zachód, pojechałyśmy wzdłuż klifu. Z tej nowej perspektywy mogłyśmy podziwiać kilometry olśniewającego włoskiego wybrzeża, a nawet majaczącą w oddali wyspę Capri.
Widziałyśmy też Li Galli – grupę trzech wysepek, w których pobliżu przez najbliższy rok miałyśmy prowadzić podwodne badania terenowe. Obserwowałam wyspy i czułam dreszcz na myśl, że dno morskie wokół nich jest usiane setkami wraków. Prawdziwe cmentarzysko trzydzieści metrów pod powierzchnią morza.
Kto wie, jakie sekrety kryje? Ogromną ilość informacji udaje się uzyskać nie tylko badając i inwentaryzując same wraki, ale też śledząc historyczne szlaki handlowe, incydenty pirackie i krucjaty. A i tak do końca nie wiadomo, co może się znajdować w zatopionych statkach. Jakie łupy, klejnoty i skarby.
Po paru ostrych zakrętach poczułam, jak pocą mi się dłonie – po części dlatego, że Mal pokonywała wiraże szybciej, niż bym chciała, ale i dlatego, że wielkimi krokami zbliżał się pierwszy duży projekt w mojej karierze. Po wielu miesiącach przygotowań w końcu tu dotarłyśmy.
Z uwagi na wielość wraków wybrane przez nas miejsce projektu było niezbadanym chaosem. Podwodni archeolodzy nie bardzo wiedzieli, jak je eksplorować. Istniejące technologie, takie jak echosondy i sonary boczne, wykrywają anomalie w rodzaju kadłuba pojedynczego statku – ale dno wokół Li Galli jest prawie półkilometrowym wałem naszpikowanym szczątkami. Nie istniała technologia umożliwiająca badanie, a tym bardziej rozkopywanie tak zatłoczonego wrakowiska.
Mój zespół archeolożek zamierzał to zmienić.
Jechałyśmy przed siebie, a Li Galli rosły w oczach. Im wyraźniej było widać archipelag – teraz mogłam nawet dostrzec starożytną kamienną wieżę strażniczą na wysepce wysuniętej najdalej na wschód – tym szybciej biło mi serce.
Wysepki były otoczone łodziami ratunkowymi. W okolicy tej środkowej dostrzegłam jacht, ale coś było nie tak…
Gwałtownie wciągnęłam powietrze.
Mal musiała go zauważyć w tym samym momencie, bo zjechała na pobocze i wyłączyła silnik. Podbiegłam do metalowej barierki. U moich stóp kwitły szafrany i cykoria. Za nią urwisty klif opadał stromo ku wodzie. Spojrzałam na morze i zamrugałam, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę – ogromny jacht, wart zapewne wiele milionów, tkwił pośród wysepek niebezpiecznie przechylony; jego lewa burta nieubłaganie zanurzała się w wodzie.
– Mal… – wydusiłam z trudem. Według moich ustaleń ostatni statek spoczął na dnie koło Li Galli prawie dekadę temu i zatopił go silny sztorm. Wybrałyśmy miejsce działań ze względu na obfitość wraków, lecz te wraki miały być stare – tak stare, że wydawały się oderwane od rzeczywistości, wręcz mityczne. A tymczasem współczesny jacht tonął na naszych oczach, i to przy idealnej pogodzie!
Natychmiast sięgnęłam do zasobów wiedzy nurkowej, gdy zaczęłam rozważać zagrożenia i szukać wyjaśnienia dla scen rozgrywających się przed naszymi oczami.
Głębokość. Zmarszczyłam czoło, przypominając sobie mapy, które studiowałam od miesięcy. To z nich wiedziałam, że głębia wokół tonącego jachtu sięga dwudziestu pięciu metrów. Nie mogli więc osiąść na mieliźnie.
Rafy. W okolicy ich nie było. Skały? To też niemożliwe, bo jednostka była oddalona od brzegu wysepek. Znów zerknęłam na niebo, wyjątkowo czyste i spokojne. Nie sposób było winić pogody.
– Pożar? – podsunęła Mal. – Eksplozja silnika?
Spojrzałam przez lornetkę, którą przed wyjazdem wsunęłam do torby, i pokręciłam głową.
– Nie ma dymu. Może prądy podwodne? – zastanawiałam się na głos. – Wiry? Wszyscy wiedzą, że to burzliwy akwen.
Według badań, które przeprowadziłam przed rozpoczęciem prac terenowych, Li Galli stanowiło problem od setek lat. Zbiegały się tutaj wiry prądów morskich, wzmacnianych przez nieregularną topografię dna całego obszaru. Ocalali marynarze niejednokrotnie obwiniali o katastrofy swoich statków nieprzewidziane sztormy w pobliżu wysepek. Dane wskazywały jednak na coś dziwnego. Na początku dziewiętnastego wieku nastąpił gwałtowny wzrost liczby wraków właśnie w pobliżu Li Galli. W latach dwudziestych i trzydziestych dziewiętnastego stulecia statki tonęły praktycznie jeden po drugim. Mieszkańcy okolicznych wiosek nie potrafili wyjaśnić tego natężenia katastrof, choć niektórzy spekulowali, że lej krasowy zmienił topografię dna w tej okolicy.
Zjawisko to nazwano Klątwą Amalfi – i to w związku z nim przez ponad osiemdziesiąt lat marynarze konsekwentnie unikali Li Galli.
Pod koniec lat dwudziestych dwudziestego wieku żeglarze, zapomniawszy o zagrożeniu, znów zaczęli jednak pływać tą trasą i nie napotykali żadnych problemów. Wydawało się, że cokolwiek nękało ten obszar, zniknęło. Podejrzewałam, że mogło to mieć coś wspólnego ze słabnącą aktywnością sejsmologiczną czy nawet zmianami klimatu. Dla mnie bowiem teoria klątwy była absurdalna.
Mal spojrzała na mnie sceptycznie.
– Takiej klasy jacht porwany przez wir? Nawet gwałtowny? Mało prawdopodobne.
Trudno było się z nią nie zgodzić. Morze przed nami było spokojne, niemal nieruchome. Ani jednej białej grzywy.
– Jezu, tam są kobiety! – Podałam jej lornetkę i nabrałam głęboko powietrza. Zrobiło mi się słabo. – Panikują…
Rzeczywiście – na pokładzie słonecznym kilka kobiet w strojach kąpielowych gorączkowo machało w stronę straży przybrzeżnej. Jedna z nich padła na kolana, szlochając, a druga wychyliła się za burtę, daremnie próbując dosięgnąć jednego z iluminatorów. Wokół statku unosiły się jaskrawe przedmioty – kamizelki ratunkowe i śmieci, które spadły albo zostały wyrzucone za burtę.
Jacht nabierał wody w zatrważającym tempie. Kajuty z pewnością były już zalane.
– To straszne – wyszeptała Mal.
Poczułam wzbierające w oczach łzy. Byłam świadkiem tragedii, która z pewnością pociągnie za sobą ofiary.
Tyle że nic tu nie miało sensu, co jeszcze bardziej niepokoiło naukowca we mnie. Wszystko wskazywało na to, że jacht był w pełni sprawny żeglugowo. Pogoda idealna, praktycznie zero wiatru. Morze spokojne, gładkie. Na pobliskich wysepkach dostrzegłam grupki gapiów obserwujących rozwój sytuacji. Jacht, przed chwilą przechylony na bok, teraz zanurzał się rufą. Jeszcze dwie, trzy minuty i zniknie pod wodą.
Patrzyłam na to wszystko z poczuciem bezradności, choć dodawały mi otuchy łodzie ratunkowe w pobliżu.
Mal spojrzała na mnie z wahaniem. Wiedziałam, co zamierza powiedzieć, choć nie chciałam tego usłyszeć.
– Klątwa Amalfi – mruknęła.
Milczałam. Moja naukowa dusza bardzo pragnęła, aby znalazło się lepsze, bardziej rozsądne wytłumaczenie.
Na razie nie miałam żadnego.
3
Dostępne w wersji pełnej
4
Dostępne w wersji pełnej
5
Dostępne w wersji pełnej
6
Dostępne w wersji pełnej
7
Dostępne w wersji pełnej
8
Dostępne w wersji pełnej
9
Dostępne w wersji pełnej
10
Dostępne w wersji pełnej
11
Dostępne w wersji pełnej
12
Dostępne w wersji pełnej
13
Dostępne w wersji pełnej
14
Dostępne w wersji pełnej
15
Dostępne w wersji pełnej
16
Dostępne w wersji pełnej
17
Dostępne w wersji pełnej
18
Dostępne w wersji pełnej
19
Dostępne w wersji pełnej
20
Dostępne w wersji pełnej
21
Dostępne w wersji pełnej
22
Dostępne w wersji pełnej
23
Dostępne w wersji pełnej
24
Dostępne w wersji pełnej
25
Dostępne w wersji pełnej
26
Dostępne w wersji pełnej
27
Dostępne w wersji pełnej
28
Dostępne w wersji pełnej
29
Dostępne w wersji pełnej
30
Dostępne w wersji pełnej
31
Dostępne w wersji pełnej
32
Dostępne w wersji pełnej
33
Dostępne w wersji pełnej
34
Dostępne w wersji pełnej
35
Dostępne w wersji pełnej
36
Dostępne w wersji pełnej
37
Dostępne w wersji pełnej
38
Dostępne w wersji pełnej
Epilog
Dostępne w wersji pełnej
Przepisy
Dostępne w wersji pełnej
PODZIĘKOWANIA
Dostępne w wersji pełnej
