Keep Me - Sara Cate - ebook
NOWOŚĆ

Keep Me ebook

Sara Cate

4,4

1000 osób interesuje się tą książką

Opis

To miało być małżeństwo z rozsądku, ale z rozsądkiem nie ma nic wspólnego.

Killian Barclay marzy jedynie o tym, żeby wszyscy dali mu święty spokój. Wycierpiał już wystarczająco dużo i nie potrzebuje miłości. Ten gburowaty Szkot zyskuje coraz bardziej wątpliwą reputację. Opowieści o organizowanych przez niego bezwstydnych imprezach szybko docierają do reszty rodziny, która opracowuje podstępny plan, żeby zmusić go do zmiany zwyczajów.

Nowojorczanka Sylvie Deveraux jest twarda jak skała. Jako córka sławnych, ale zaniedbujących ją rodziców ukryła się w skorupie i trzyma wszystkich na dystans. 

Kiedy podczas wycieczki do Szkocji dziewczyna zakrada się do Barclay Manor, żeby obejrzeć ich pamiątkę rodzinną, nie spodziewa się konfrontacji z nieokrzesanym, irytującym właścicielem dworu. A już z pewnością nie przewiduje, że kiedykolwiek jeszcze spotka tego drania.

Kilka tygodni później rodzina Barclayów zwraca się do Sylvie z pewną propozycją: miałaby przeprowadzić się do Szkocji i poślubić Killiana, aby podreperować jego reputację playboya, a po roku odeszłaby z dziesięcioma milionami dolarów. 

Dziewczyna zgadza się na ten układ, ale w miarę, jak zbliża się do Killiana, a ich wspólny rok nieuchronnie dobiega końca, nabiera coraz większych wątpliwości. Czy miłość mężczyzny z mroczną duszą jest warta wycofania się z umowy? I czy potrafiłaby złamać serce Szkota teraz, kiedy już należy do niej?

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                                Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 408

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (13 ocen)
7
4
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
KBryl

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka. Polecam
10
iwonadrugi

Dobrze spędzony czas

calkiem niezla
10
kasiakrol1981

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna
10
madzioland124

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam 🌷
10
Magga59

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
10



Tytuł oryginału: Keep Me

Copyright © Sara Cate 2024

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Iwona Wieczorek-Bartkowiak

Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Kamila Grotowska, Emilia Ziarnik

Skład i łamanie: Michał Swędrowski

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-882-8 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Ostrzeżenie

Keep Meto romans zawierający opisy scen erotycznych z elementami kinku i BDSM, w tym motywami takimi jak: ekshibicjonizm, wymiana partnerów, impact playi bondage. W tej historii podczas stosunków nie używa się prezerwatyw. Jak zawsze moje książki są wynikiem wyobraźni, mają być źródłem rozrywki i nie powinny być traktowane jako instrukcja, a raczej jako inspiracja. Jeśli razem z partnerem/partnerami postanowicie spróbować jakichkolwiek praktyk przedstawionych w dowolnym dziele będącym wytworem fantazji autora, poświęćcie najpierw odpowiednią ilość czasu na research. Dbajcie o bezpieczeństwo. Bawcie się dobrze.

W książce poruszono również tematy zaniedbania rodzicielskiego, zdrady (nie w relacji głównych bohaterów), nadużywania alkoholu, śmierci, PTSD oraz agorafobii. Zachowaj uważność na swoje odczucia w czasie lektury.

Rozdział 1

– Dotarłeś do miejsca docelowego – informuje GPS.

– To tam, po lewej – precyzuje Aaron, przenosząc wzrok z mapy w swoim telefonie na wielki, wybudowany z cegły budynek na wzgórzu.

– Tamten? – odpowiadam zszokowana.

– Barclay Manor. Dokładnie tak – potwierdza, spoglądając w jego stronę. Strugi deszczu sieką o szyby samochodu.

– Aaronie, powiedziałeś, że twoja rodzina ma dom w Szkocji. To jest zamek!

– Właściwie to dwór.

– Czepiasz się szczegółów. – Wpatruję się w masywny, szary budynek. Góruje nad nami mroczny niczym zły omen. Aaron zjeżdża na pobocze, a ja odwracam się do niego zdezorientowana. – Co ty wyprawiasz? Wjedź na górę.

– Nie mogę – protestuje. – Tam jest znak z napisem: „Własność prywatna”.

Opada mi szczęka.

– Co z tego? Przecież tak naprawdę nikt tu nie mieszka.

– Wręcz przeciwnie. Właśnie do tego służą prywatne rezydencje, Sylvie.

– Ale przyjechaliśmy z tak daleka…

– Co z tego? Co miałbym im powiedzieć? Nie wpuszczą mnie do środka tylko dlatego, że mój prapradziadek wpadł tu z wizytą któregoś lata i napisał książkę na ich maszynie do pisania.

– Dokładnie to im powiesz. Te zdjęcia dowodzą, że maszyna do pisania nadal tu jest. Przyjechaliśmy aż do pieprzonej Szkocji, żeby ją zobaczyć, a ty mi mówisz, że tak po prostu zrezygnujesz? Z powodu tego malutkiego znaku?

Odwraca się do mnie i posyła mi protekcjonalne spojrzenie.

– Nie mów do mnie w taki sposób, Sylvie. Nie boję się.

Przewracam oczami.

– To przynajmniej wjedź na górę.

Prycha poirytowany.

– Dobra! Skoro chcesz pójść do więzienia w obcym kraju, podjedziemy.

On i te jego skłonności do dramatyzowania…

Nie odzywam się ani słowem, kiedy rusza długim żwirowym podjazdem i przejeżdża przez otwartą bramę, po której obu stronach stoją dwie ceglane konstrukcje. Na tej po prawej widnieją słowa: „Barclay Manor 1837”, na tej po lewej wisi znak: „Własność prywatna”.

Podjazd jest długi, ale dyskretny, bo po obu jego stronach rosną gęsto nasadzone drzewa. Jeśli wierzyć telefonowi Aarona, w pobliżu dworu znajduje się zbiornik wodny. Kiedy jedziemy w kierunku stojącego na wzgórzu budynku, deszcz nie ustaje. Padało zresztą każdego pieprzonego dnia od naszego przylotu w zeszłym tygodniu. Nowy Jork nie jest może szczególnie słoneczny, ale i tak lepszy niż to.

– Widzisz, nikogo tu nie ma – mówię, gdy zbliżamy się do domu. Aaron, wyraźnie zdenerwowany, zwalnia. – Podjedź na tył.

Gwałtownie odwraca głowę w moją stronę.

– Co? Dlaczego?

– Bo pewnie tamtędy będzie łatwiej wejść.

– Wejść?! Nie, nie, nie! – rzuca, skręcając szybko, jakby zamierzał zawrócić w niedozwolonym miejscu na tej wąskiej drodze.

– Możesz trochę wyluzować? Nikt tu nie mieszka. Nie widać żadnego samochodu. Jak byłam młodsza, ciągle zakradaliśmy się z kolegami do naszej szkoły, a była znacznie lepiej zabezpieczona niż to miejsce.

– Zamierzasz tak po prostu wejść do niemal dwustuletniego dworu jak do siebie? Czy tobie już, kurwa, całkiem odbiło, Sylvie?!

– Jeśli ktoś nas zobaczy, będziemy udawać, że nie mówimy po angielsku i zachowywać się jak turyści.

Kiedy staje się jasne, że jest tu jednak zbyt wąsko, by zawrócić, Aaron niechętnie jedzie dalej w górę, aż dociera do miejsca, gdzie droga okala budynek. Podjeżdża na tył. Kierownicę ściska tak mocno, że bieleją mu knykcie.

– Patrz! – mówię, wychylając się z fotela pasażera i wyciągając rękę. – Tam są boczne drzwi.

– Taaa… Prawdopodobnie zamknięte – odpowiada, zatrzymując się.

Dokładnie w tej chwili drzwi się otwierają. Aaron i ja wzdychamy głośno, równocześnie pochylając głowy, żeby się ukryć przed wzrokiem wychodzącej kobiety. Ma na sobie czarną minispódniczkę i błyszczącą białą bluzkę, na której przedzie brakuje kilku guzików.

Kiedy przestępuje próg, orientuje się, że pada. Zamiast jednak wyjąć parasolkę, okrywa głowę czarną marynarką i rozgląda się dookoła, jakby czegoś szukała. A potem puszcza się biegiem przez błoto i strugi deszczu. Buty, zamiast na stopach, ma w rękach. I biegnie prosto w naszą stronę.

– Co do…? – mamrocze Aaron.

Kobieta zatrzymuje się przy jego oknie i czeka, aż powoli opuści szybę o kilka cali.

– Przyjechałeś po mnie? – pyta z mocnym szkockim akcentem. Jej twarz znaczą ciemne smugi rozmazanego makijażu, szminkę ma rozsmarowaną wokół ust.

Gdybym nie uznała tego za niemożliwe, założyłabym, że jesteśmy właśnie świadkami „spaceru wstydu”1.

– Eee… Nie… – duka Aaron.

Kobieta podnosi głowę i spogląda w kierunku, z którego przyjechaliśmy.

– Och! – wykrzykuje, a potem rzuca się pędem w stronę kolejnego auta, które powoli zmierza do budynku.

Aaron zamyka szybę i odwraca się do mnie zdumiony.

– Możemy się stąd zmywać?

– Co? – odpowiadam. – Nie. Przecież drzwi ewidentnie nie są zamknięte!

Jego oczy otwierają się szerzej.

– Przecież to czyjś dom, Sylvie! Nie zauważyłaś kobiety, która właśnie z niego wyszła?

– To nawet lepiej. – Odpinam pas. – Jeśli ktoś mnie zobaczy, mogę udawać jej przyjaciółkę. Przejechaliśmy kawał drogi, Aaronie! Zamierzam wejść do tego pieprzonego dworu!

– Jesteś stuknięta – mamrocze, odwracając się w kierunku przedniej szyby, i wygląda przez nią zszokowany. – Ludzie próbowali mnie ostrzegać przed twoją zapalczywością, ale uznałem, że mają cię za zabawną i nieprzewidywalną. Nie sądziłem, że chodziło im o przestępcze skłonności.

– Kto ci powiedział, że jestem zapalczywa? Zresztą nieważne. To nie ma znaczenia.

To naprawdę nie ma znaczenia. Mogę od ręki wymienić kilka osób, które mogłyby powiedzieć coś takiego mojemu chłopakowi. Ludzie w naszych kręgach towarzyskich definiują rozrywkę i dobrą zabawę jako poniżanie innych i obgadywanie ich, jakby sami byli o wiele lepsi od reszty.

Jedynym sposobem, żeby sobie z tym poradzić, jest wygrywanie z nimi w ich własnej grze. Chcą mnie nazywać niepoczytalną? Ja im pokażę, co znaczy być niepoczytalną.

Z tym postanowieniem uśmiecham się do Aarona, zgarniam telefon z konsoli i wsuwam go do kieszeni, po czym zarzucam na głowę kaptur płaszcza przeciwdeszczowego.

– Zaraz wrócę – informuję, otwierając drzwi, i wyskakuję w ulewę.

– Sylvie! – woła za mną Aaron, ale przerywam mu, zatrzaskując drzwi, po czym pędzę w kierunku, z którego niedawno nadeszła kobieta.

Nastaje taki moment, gdzieś pomiędzy wyjściem z samochodu a wejściem do budynku, kiedy dociera do mnie, że to naprawdę zły pomysł. Zamierzam wtargnąć do czyjegoś domu bez zaproszenia. Oczywiście mogłabym po prostu zapukać i grzecznie zapytać, czy nie pokazaliby mi biblioteki, ale gdzie w tym zabawa?

I właśnie w tym momencie czuję gwałtowny przypływ adrenaliny. To takie ożywcze. Strach, niecierpliwe wyczekiwanie i ekscytacja mieszają się ze sobą, kiedy sięgam do klamki, nie mając najmniejszego pojęcia, co czeka mnie za progiem.

Drzwi są stare, drewniane. Farba w kolorze leśnej zieleni łuszczy się przy brzegach. Zabytkowa mosiężna klamka skrzypi, kiedy ją naciskam. Tak jak się spodziewałam, drzwi otwierają się bez przeszkód.

Kiedy wchodzę do środka, przymykam je za sobą, zostawiając cieniutką szczelinę. To taki mój pomysł na szybki plan ewakuacji, w razie gdyby Szkoci, którzy są właścicielami tego konkretnego budynku, lubili rzucać się na intruzów z siekierą albo trzymali ogromne wilczarze do obrony.

Psy! Cholera! Nie pomyślałam o tym wcześniej.

Z miejsca, w którym stoję, dom wydaje się cichy. To przestronny przedsionek, chociaż – jeśli chcemy być precyzyjni – znajduje się on na tyłach domu, więc chyba powinno się go nazwać… eee… zasionkiem?

Podłoga jest drewniana, a ściany wydają się niedawno malowane. Spodziewałam się przestarzałego, sfatygowanego wnętrza – to jednak sprawia wrażenie świeżo odrestaurowanego. Wypełnia je przyjemny zapach – jakby gdzieś w pobliżu paliło się kadzidełko albo ktoś rozpylił wodę kolońską.

Przede mną rozciąga się długi korytarz. Ruszam nim powoli, nasłuchując czyichś głosów lub innych dźwięków. Wyjmuję telefon z tylnej kieszeni i otwieram apkę aparatu, żeby mieć go pod ręką. Kiedy zrobię zdjęcie tej maszyny do pisania, Aaron będzie musiał odszczekać swoje słowa. A cała ta akcja stanie się jedynie tematem zabawnej anegdotki.

Po obu stronach korytarza znajdują się pozamykane drzwi, ale żadne z nich nie wyglądają na takie, które prowadziłyby do obszernej biblioteki, jaką widzieliśmy na zdjęciu. Idę więc powoli dalej, nie przestając nasłuchiwać.

Na końcu korytarza znajduje się ogromny hall z wielkimi schodami prowadzącymi na drugie i trzecie piętro. W tej części budynku sufit jest tak wysoko, że zastygam w milczeniu, spoglądając w górę. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.

Gdyby nie ciepły, korzenno-piżmowy zapach, nie uwierzyłabym, że ktoś tu mieszka. Telefon wibruje mi w dłoni, odwracając moją uwagę od sufitu i klatki schodowej. Spoglądam w dół i widzę SMS-a od Aarona.

Wyłaź stamtąd, Sylvie. Natychmiast!

Przewracam oczami i zamykam wiadomość. Ależ z niego paranoik. Tak kurczowo trzyma się zasad. Kiedyś naprawdę dobrze się z nim bawiłam, ale ostatni rok był aż do bólu nudny. Każdy dzień stał się tak przewidywalny, że robi mi się niedobrze. Zaraz mu pokażę, jaka potrafię być zabawna i spontaniczna. Zrobię fotkę starej maszyny do pisania, na której jego prapra-ktoś-tam napisał jakąś głupią starą powieść, i będzie miał nauczkę!

Kiedy ponownie podnoszę wzrok, dostrzegam otwarte drzwi na piętrze. W pokoju za nimi widzę regał wypełniony starymi książkami. Biblioteka!

Włożywszy telefon do kieszeni, na paluszkach wspinam się po schodach. Z domu nie dochodzi żaden dźwięk. Jeśli ktoś tu jest, pewnie śpi, bierze prysznic albo coś w tym stylu. Nigdy się nie dowiedzą, że w ogóle tu byłam.

Jeden ze stopni skrzypi pod moim ciężarem, gdy na niego następuję. Krzywiąc się, zastygam w miejscu i nasłuchuję odgłosu kroków, ale nic się nie dzieje. Szybko pokonuję resztę schodów, docieram na górę i powoli zaglądam do obszernego pomieszczenia. Jego sufit znajduje się o wiele wyżej niż się spodziewałam. Do każdej ze ścian przymocowano wysoką, przesuwną drabinę. Przez chwilę nie jestem w stanie robić nic poza gapieniem się na imponującą przestrzeń.

Kiedy spuszczam wzrok, po drugiej stronie pomieszczenia dostrzegam coś interesującego. Na wielkim, ozdobnym, drewnianym stole znajdują się duży wazon z kwiatami oraz zakurzona stara maszyna do pisania.

– Bingo! – szepczę, pośpiesznie przechodząc przez pokój. Leżący na podłodze gruby dywan tłumi dźwięk moich kroków.

Wysuwam telefon z tylnej kieszeni, uruchamiam aparat, nakierowuję obiektyw na maszynę i robię kilka zdjęć z różnych ujęć.

– Udław się, Aaronie – szepczę.

Korzystając z okazji, fotografuję również samą bibliotekę. Wygląda bardzo staroświecko, trochę jak z bajki. Nie znam nikogo, kto posiadałby tyle książek, a gdyby nawet ktoś ich tyle miał, nie trzymałby ich w takim pomieszczeniu.

Gdzieś z wnętrza domu dobiega mnie skrzypnięcie, więc odwracam się szybko i przyglądam drzwiom.

Kurwa! Czas się zmywać.

Ściskając komórkę w dłoni, ruszam do drzwi, którymi tu weszłam. Na piętrze nie zauważam nikogo, więc kieruję się na schody. Serce dudni mi dziko, adrenalina rwie żyłami. Widzę już długi korytarz, który poprowadzi mnie do wyjścia. Jeszcze tylko kilka kroków, a wyjdę na zewnątrz i pobiegnę w deszczu do auta Aarona, śmiejąc się z tego, jakie to było szalone.

Docieram do ostatniego stopnia i skręcam w prawo.

Zanim jednak zdążę uciec, ogromna dłoń chwyta mnie za ramię i zatrzymuje. Z okrzykiem na ustach odwracam się i widzę niemożliwie potężnego mężczyznę, który przygląda mi się z grymasem, zaciskając palce na mojej ręce.

– Kim ty, do chuja, jesteś? – warczy z mocnym szkockim akcentem. Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, ale nie wydobywa się z nich ani jedno słowo. – Co robisz w moim domu?

– Ja… Ja… – dukam.

Weź się w garść, Sylvie. To był twój pomysł. Nie pozwól, żeby ten olbrzym cię onieśmielił.

– Szukałam przyjaciółki. Była tu, ale teraz… już jej nie ma – odpowiadam, zmuszając się do zachowania spokoju. Mężczyzna nadal mnie trzyma; jego palce zaciskają się tak mocno, że zaczynają sprawiać mi ból.

– Przyjaciółki? – pyta.

Szarpię się, próbując uwolnić rękę, ale on nie puszcza.

– Tak. Poprosiła, żebym ją odebrała, ale chyba już wyszła. – Macham telefonem, jakbym chciała w ten sposób potwierdzić, że do mnie zadzwoniła lub napisała. – Więc po prostu… sobie pójdę.

Sceptycznie marszczy brwi.

– I tak po prostu wtargnęłaś do mojego domu bez zaproszenia?

– Aha. Ja…

Kiedy skupia na mnie spojrzenie, dostrzegam zmianę w jego postawie. Błądzi wzrokiem po moim ciele, aż zatrzymuje się na twarzy i nachyla nieco bliżej.

– Co takiego? – mruczy niskim, kpiącym tonem.

Moje ramiona i szyję obsypuje gęsia skórka. Mężczyzna wygląda na starszego ode mnie, może mieć koło trzydziestu pięciu lat. Ma długie, brązowe włosy i gęstą brodę, ale widzę przede wszystkim jego błyszczące, zielone oczy.

– Szukałam tylko…

– Przyjaciółki – dokańcza za mnie.

– Tak.

– Nie wierzę ci – szepcze. Jego twarz jest tak blisko, że czuję na policzku jego oddech.

Szarpię ręką, ale nie zwalnia uścisku.

– Puść mnie! – żądam.

Kącik jego ust unosi się w nikczemnym uśmieszku.

– Zaczynam się zastanawiać… – mówi z nutką sarkazmu w głosie – czy jesteś tu z tego samego powodu co ona. Może dokończysz to, co zaczęła.

Krew zastyga mi w żyłach. Strach osiada ciężarem w żołądku, jakbym połknęła kamień. Czy on naprawdę sugeruje, że jestem tu, żeby się z nim przespać?

– Puść mnie – cedzę przez zęby.

Zmusza mnie do cofnięcia się o kilka kroków pod ścianę.

– Co… co robisz? – wyduszam.

– Po to tu jesteś, prawda? – pyta.

– Nie! – krzyczę, kładąc mu dłoń na piersi i próbując go odepchnąć, ale on, niczym ceglana ściana, ani drgnie. Na jego twarzy dostrzegam błysk rozbawienia i chociaż nie jestem tego pewna, wydaje mi się, że tylko się ze mną droczy. Że mówi to wszystko, żeby mnie przestraszyć. Jego taktyka działa.

– Więc dlaczego jesteś w moim domu? – odpowiada. Żartobliwy grymas znika, ustępując czemuś bardziej niepokojącemu. – Szpiegujesz dla mojej siostry?

Wzdrygam się.

– Co? Nie.

Spogląda na komórkę w mojej dłoni i marszczy brwi. Wiem już, co zaraz zrobi. Chociaż próbuję się uwolnić, nie przynosi to efektu.

– Daj mi to – warczy, wyrywając mi telefon.

– Przestań! – wołam.

A potem patrzę przerażona, jak rzuca nim o drewnianą podłogę i rozgniata go obcasem buta z taką siłą, że ekran się roztrzaskuje.

W końcu mnie puszcza, a ja oszołomiona wpatruję się w komórkę.

– Ty brutalu! – wołam, biorąc zamach. Moja dłoń, co za rozczarowanie!, ląduje na twardych mięśniach jego ramienia i najwyraźniej nie sprawia mu żadnego bólu. – Dlaczego to zrobiłeś?!

Wymierza palec w kierunku mojej twarzy.

– Powiedz mojej sukowatej siostruni, że nie odbierze mi domu i może przestać przysyłać swoje koleżaneczki, żeby mnie szpiegowały. A teraz wynocha!

Ze złośliwym grymasem wskazuje na drzwi, po czym opuszcza rękę i odchodzi. Mrugam z niedowierzaniem.

– Hej! – wołam za nim. – Wisisz mi nowy telefon!

Nie zatrzymuje się, nie odpowiada na moje krzyki.

– Ej, dupku! – wołam za nim znowu. – Mówię do ciebie!

Śmiejąc się, wchodzi do wielkiego salonu. Po jego prawej stronie znajduje się barek, na szklanych półkach za marmurowym blatem stoją butelki z alkoholami.

– Masz niezły tupet, żeby krzyczeć na mnie w moim własnym domu. Ciesz się, że nie zadzwoniłem po policję.

– Mówię poważnie. – Wkładam za ucho niesforny lok. – Zniszczyłeś mi telefon bez żadnego powodu.

– Zniszczyłem go z bardzo dobrego powodu – odpowiada, śmiejąc się sarkastycznie. – Pewnie masz na nim kompromitujące zdjęcia, którymi moja siostra byłaby zachwycona.

– Kompromitujące? Sfotografowałam tylko starą maszynę do pisania w bibliotece!

– Maszynę do pisania? – Otwiera butelkę czegoś, co wygląda jak whisky, ale zatrzymuje się w pół ruchu, wyraźnie zdziwiony. – Po co, do diabła, miałaby potrzebować zdjęć maszyny do pisania?

Splatam dłonie z frustracją.

– Nie są dla twojej pieprzonej siostry. Nawet jej nie znam. Zakradłam się, żeby znaleźć tę głupią starą maszynę do pisania, bo jest pamiątką rodzinną przodków mojego chłopaka, ty głupi ogrze!

Kiedy odstawia butelkę, w jego oczach płonie gniew.

– Wyjaśnijmy coś sobie. Weszłaś do domu nieznajomego człowieka, żeby zrobić zdjęcia starej maszyny do pisania dla swojego chłopaka?

Spogląda za moje plecy, jakby Aaron miał się nagle za mną zmaterializować. Przewracam oczami.

– Tak. I właśnie wychodziłam, kiedy mnie zaatakowałeś, zagroziłeś, że mnie przelecisz, a potem zniszczyłeś mi telefon.

– Czy tak się zachowują dziewczyny w Ameryce? – warczy w odpowiedzi. – Włażą ludziom do domów, żeby zrobić zdjęcie czegoś, co uważają za własne?

Prycham.

– Daj spokój, przecież to w ogóle trudno uznać za dom.

– To mójpieprzony dom!

– To praktycznie zamek. Dlaczego w ogóle tu mieszkasz? – pytam z niedowierzaniem.

– Żeby unikać kontaktu z ludźmi takimi jak ty – odparowuje.

– Naprawdę jesteś dupkiem.

Śmieje się tylko pod nosem.

– Jak się nazywasz? – pyta, robiąc krok w moją stronę.

Cofam się.

– Nie twoja sprawa.

– Powiedz mi, jak się nazywasz, a odkupię ci telefon – odpowiada kpiąco.

Przygryzając dolną wargę, spoglądam na niego z wahaniem.

– Sylvie – mówię, cofając się o kolejny krok, ponieważ on nadal się zbliża.

– Sylvie jak?

– Deveraux – mamroczę.

– Sylvie Deveraux. – Moje imię i nazwisko brzmią w jego ustach melodyjnie i pięknie.

Natrafiam plecami na ścianę, ale on się nie zatrzymuje. Spoglądam w przejmująco zielone oczy i na chwilę przestaję oddychać.

Kiedy się do mnie nachyla, dobiega mnie zapach jego wody kolońskiej. Onieśmielające wymiary mężczyzny sprawiają, że czuję się nagle dziwnie mała. Musi mieć z sześć i pół stopy2 wzrostu. W chwili gdy opiera dłoń na ścianie nad moją głową, dociera do mnie, jaką jestem idiotką. Miałam okazję wyjść, a pozwoliłam się zapędzić w kozi róg komuś, kto już mi pokazał, jaki potrafi być wybuchowy i gniewny.

Jego palce delikatnie muskają mój podbródek. Kiedy się przysuwa, wzdrygam się i próbuję odwrócić od niego twarz.

– Sylvie Deveraux, wynoś się z mojego domu.

Moja klatka piersiowa zaciska się boleśnie z braku powietrza. Chciałabym, żeby się odsunął i dał mi złapać oddech. Kiedy w końcu to robi, śmieje się groźnie.

– Ty dupku! – wyduszam, walcząc o łyk tlenu.

Zanim ponownie nade mną zawiśnie, odwracam się i pędzę do wyjścia. Przeskoczywszy nad swoim roztrzaskanym telefonem, odwracam się i podnoszę jego smutne resztki, po czym biegnę do drzwi, którymi tu weszłam. Wypadam na zewnątrz i w nadal lejącym deszczu rozglądam się za samochodem Aarona. Zaparkował przy drodze, więc rzucam się sprintem w jego stronę.

Kiedy wsiadam do auta, mój chłopak spogląda na mnie zniecierpliwiony i wyraźnie zestresowany.

– Co, do cholery, Sylvie? – krzyczy.

– Po prostu jedź – odpowiadam bez tchu.

– Masz szczęście, że nie zginęłaś.

– W środku nikogo nie było – kłamię. – Niestety upuściłam telefon, więc nie mam dla ciebie zdjęć.

– Naprawdę jesteś szalona – mamrocze pod nosem, ruszając.

Serce nadal dudni mi w piersi jak młot. Kiedy docieramy do głównej drogi, zerkam w lusterko wsteczne i widzę pozostający za nami dwór, który robi się coraz mniejszy i mniejszy.

Przynajmniej wydostałam się z niego cała i zdrowa.

Nigdy więcej tu nie wrócę.

Rozdział 2

– Mogłaś trafić do aresztu – mamrocze Aaron. Siedzi na łóżku plecami do mnie, z łokciami opartymi na kolanach.

Przewracając oczami, opadam na materac i sięgam po laptop.

– Przestań dramatyzować. Nic mi nie jest.

– Na pewno nikt cię nie zauważył? – pyta z paniką.

Poirytowana opuszczam ręce.

– Mówiłam ci już, że nikt mnie nie widział. Dlaczego tak się tym przejmujesz?

– Muszę dbać o swój wizerunek, Sylvie. Przykro mi. Może ty nie dbasz o nic, ale ja tak. Jeśli pewnego dnia zdecyduję się wystartować w wyborach, nie chcę mieć na karku wpisu w kartotece szkockiej policji, ponieważ mojej impulsywnej i beztroskiej dziewczynie wydaje się, że może zrobić, co tylko zechce.

– Z technicznego punktu widzenia naprawdę mogę zrobić, co tylko zechcę – burczę do siebie, uruchamiając komputer.

– Nie bez konsekwencji, Sylvie.

Wchodzę na dysk w chmurze i natychmiast zaczynam przeglądać zdjęcia. Na samym końcu mozaiki złożonej z widoków szkockiej wsi oraz edynburskiej Royal Mile widzę fotki zakurzonej maszyny do pisania, dla których niemal poświęciłam życie.

Aaron nadal rozwodzi się nad moimi czynami i konsekwencjami oraz nad tym, że właściwie to nie moja wina, że rodzice nie nauczyli mnie dyscypliny.

Ciągle to samo, do porzygania.

Decyduję, że nie pokażę mu zdjęć.

Zamiast tego otwieram przeglądarkę i wpisuję: „Barclay Manor”. Natychmiast pojawia się zdjęcie ze strony na Wikipedii poświ♥ęconej dworowi, miasteczku, rodzinie i jej historii. Pod spodem na liście automatycznie wygenerowanych pytań widnieje: „Czy ktoś nadal mieszka w Barclay Manor?”.

Najeżdżam na nie kursorem.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – pyta Aaron. Spoglądam na niego znad laptopa.

– Moi rodzice byli niekompetentni. Nie zamierzam się z tobą kłócić – odpowiadam wymijająco. Bo rzeczywiście byli wprost niewiarygodnie niekompetentni w tej roli. Nie chodzi o to, że są głupi. Właściwie to bardzo błyskotliwi ludzie. Potrafią godzinami rozmawiać o teorii kontekstualizmu w perspektywie okresu paryskiego Van Gogha, ale jako mama i tata byli generalnie do bani.

Z brawurą wyjaśnili mi, że rodzicielska miłość jest wrodzona i podświadoma, co jednak nieszczególnie mnie pocieszyło. Z biologicznego punktu widzenia – moja mama kochała mnie, ponieważ musiała. Na szczęście dla niej i mojego ojca oboje są geniuszami, a talent pozwolił im opłacić takie nowoczesne wygody jak całodobowa opieka nad dzieckiem, dzięki czemu wychowywanie mnie przychodziło im niemal bez wysiłku.

– Tak, ale… Cóż, masz już dwadzieścia pięć lat, Sylvie. Najwyższy czas, żebyś zaczęła zachowywać się adekwatnie do swojego wieku.

– Dlaczego jesteś taki sztywny? – odpowiadam z irytacją. – Co się stało z facetem, który razem ze mną zakradał się za kulisy na festiwalu muzycznym?

– To było trzy lata temu, Syl. Dorośnij.

Spogląda na mnie protekcjonalnie, a ja – pod ciężarem oskarżeń, które są niczym cios nożem – zapadam się w łóżko ze wstydu. Aaron wychodzi do łazienki i zatrzaskuje za sobą drzwi, zostawiając mnie samą ze swoimi myślami.

Wygląda na to, że nasze ścieżki rozwoju prowadzą w odmienne strony. Aaron skupia się na swojej przyszłości, dojrzewaniu i ustatkowaniu się. Dwadzieścia pięć lat to dla niego jakaś magiczna granica dojrzałości, po przekroczeniu której powinniśmy mieć już wszystko obmyślone. Mnie zaś zdecydowanie daleko do takiego planowania wszystkiego.

On siedzi w motorówce, która pędzi prosto w stronę lądu. Ja daję się unosić fali, dryfując bez żadnego kierunku.

I najwyraźniej powinnam czuć się źle z tego powodu.

Ponownie skupiam się na laptopie. Klikam w link pod pytaniem: „Czy ktoś nadal mieszka w Barclay Manor?” i na ekranie pojawia się zdjęcie człowieka, którego dziś spotkałam.

Pod wizerunkiem przystojnego mężczyzny widnieje podpis: „Killian Barclay”.

Oczywiście na zdjęciu jest elegancko ubrany. W czarnej marynarce i zielonym kilcie pozuje na ściance podczas jakiejś imprezy charytatywnej. Wygląda świetnie, ale jednocześnie wydaje się nieszczęśliwy. Jest też chyba nieco młodszy niż obecnie. Kiedy klikam na jego nazwisko, na ekranie wyświetla się więcej fotografii.

Większość przypomina tę pierwszą – są pozowane, strategiczne, pochlebne. Ale jest też kilka, na których paparazzi upolowali go w chwilach słabości. Kiedy wsiada po pijaku na tylną kanapę SUV-a. Kiedy na jakiejś imprezie wdaje się w bójkę. A nawet jedno, na którym wrzeszczy na fotografa.

Ten facet naprawdę ma problemy z panowaniem nad gniewem.

Link z jego nazwiskiem przenosi mnie do Wikipedii, gdzie wyczytuję, że ma prawie trzydzieści siedem lat. Jest najstarszym z czworga rodzeństwa Barclayów i mieszka w dworze od śmierci rodziców, których stracił jako osiemnastolatek. Jeśli chodzi o zdjęcia – niewiele z nich pochodzi z ostatniej dekady. Nie napisano o nim właściwie nic więcej, ale sądząc po braku szczegółów, zakładam, że nie ma ani żony, ani dzieci.

Jakie to musi być dziwne mieszkać samotnie w takim wielkim domu.

Z łazienki dobiega mnie zduszony głos Aarona. Podnoszę wzrok znad laptopa i staram się rozszyfrować jego słowa. Nie udaje mi się, więc wracam do wyników wyszukiwania w internecie.

Łapię się na tym, że ponownie oglądam zdjęcie Killiana, odtwarzając w głowie nasze dzisiejsze spotkanie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że było w nim coś nie tak. Co to za dziewczyna wyszła z domu tuż przed tym, zanim ja wkroczyłam do środka? Czyżby facet, który mieszka samotnie w takiej rezydencji i pewnie ma na koncie miliony dolców, wolałby zatrudnić seksworkerkę niż bawić się w randki?

Boże, co by się stało, gdybym się stamtąd nie wydostała? Oczekiwałby, że będę uprawiać z nim seks?

Gdyby nie zachowywał się jak dupek, właściwie bym mogła. Nie, żebym miała zdradzić Aarona. Po prostu… gdyby nie było Aarona, mogłabym pozwolić temu ogromnemu, bogatemu Szkotowi trochę się wytarmosić.

I o co chodziło z tym całym szpiegowaniem? Czy jego siostra często kogoś na niego nasyła? Co takiego ukrywa, żeby wymagało to takich działań?

Cudaczne to wszystko.

Mój telefon jest zniszczony i pewnie tak pozostanie, dopóki nie znajdziemy sklepu, w którym mogłabym kupić nowy, ale nie mogę się doczekać, żeby opowiedzieć swojej przyjaciółce Margot, co się dziś wydarzyło. Otwieram więc komunikator na komputerze.

Hej. Tęsknię za tobą.

Niemal wpadłam dziś w ręce gigantycznego Szkota.

#niczegonieżałuję

Nic nie mów Aaronowi. Truje mi dupę z tego powodu.

Uśmiechając się do ekranu, czekam, aż mi odpisze. Sprawdzam godzinę. Choć tutaj zrobiło się późno, w Nowym Jorku nadal jest popołudnie, więc powinna być na nogach.

Moja najlepsza przyjaciółka nie ma stałych godzin snu. Właściwie to nie trzyma się rutyny na żadnym polu. Nie ma stałej pracy ani partnera. Jest jedyną osobą spośród moich znajomych, która – podobnie jak ja – swobodnie szybuje na wietrze.

Opowiadam Margot o wszystkim. Jej mama, która jest aktorką i modelką, zaprzyjaźniła się z moimi rodzicami jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Co oznacza, że właściwie dorastałyśmy razem. Margot wdała się w matkę i poszła w modeling. Ma nieskazitelną urodę.

Kiedy mija pięć minut, a ona nadal nie odczytuje mojej wiadomości, zaczynam się nieco irytować. Szczerze mówiąc, doskwiera mi nuda. Aaron jest na mnie zły, a przecież cała ta pieprzona podróż to był jego pomysł. Chcę już tylko wrócić do domu.

Drzwi łazienki się otwierają, a on wraca do pokoju, wsuwając telefon do kieszeni.

– Chodźmy spać – rzuca cicho. – Mamy lot wcześnie rano.

Kiedy zdejmuje koszulkę, z mojego komputera rozlega się dźwięk przychodzącej wiadomości.

Pewnie po prostu się o ciebie martwi.

Wkurzam się na te słowa. Margot nie powinna brać jego strony. Nie odpowiedziawszy, zamykam laptop i odkładam go na szafkę nocną, po czym układam się na łóżku plecami do Aarona.

– Z kim rozmawiałeś? – pytam.

– Z nikim. Coś ci się wydawało – odpowiada obojętnie.

Wyłącza światło, a pokój zalewa ciemność. Zamykam oczy. Im szybciej zasnę, tym szybciej się obudzimy i pojedziemy na lotnisko. I ta cała podróż się skończy.

Rozdział 3

Droga pani Deveraux, nazywam się Monica Rodriguez i dzwonię z First Financial. Zalega pani ze spłatą karty kredytowej o dziewięćdziesiąt dni, a należność nadal nie została uregulowana. W tej sytuacji nie mamy innego wyjścia niż przekazać sprawę windykacji i dezaktywować pani kartę.

Usuń.

Wiadomość na poczcie głosowej znika, a moja skrzynka znowu jest pusta. Ciężar niepokoju osiada mi na dnie żołądka. Decyzja banku jest do dupy, ale nie aż tak bardzo jak to, co muszę zrobić w jej konsekwencji.

Kiedy docieram do lady, zamawiam małą czarną kawę i grzebię w torebce w poszukiwaniu drobnych, żeby za nią zapłacić.

– Jakie imię mam wpisać do zamówienia? – pyta baristka.

– To tylko mała czarna kawa. Proszę ją po prostu wlać do kubka.

Dziewczyna z kolczykiem w nosie i jaskrawofioletowymi cieniami na powiekach spogląda na mnie z wyższością.

– Jakie imię mam wpisać do zamówienia? – powtarza.

– Sylvie – prycham z niezadowoleniem.

Odwracam się od lady i znajduję w kawiarni cichy kącik, w którym mogę poczekać. Spoglądam na swój nowiutki telefon i otwieram listę kontaktów. Mój kciuk zawisa nad przyciskiem, którego wcale nie mam ochoty dotykać.

Kiedy mama i tata powiedzieli, że odcinają mnie od kasy, przewidywałam, że oszczędności i karty kredytowe pozwolą mi utrzymać się przez jakieś osiemnaście miesięcy. Osiemnaście miesięcy, o ile nie będę przesadzać z wydatkami i nie pozwolę sobie na żadne drastyczne wyskoki.

Jak wyjazd z chłopakiem do Szkocji.

Zakup nowego telefonu.

Przetrwałam cztery miesiące.

– Sylvia – woła żałosna dziewuszka zza baru, unosząc papierowy kubek.

Przewracam oczami i podchodzę do niej.

– Sylvie, nie Sylvia – rzucam, zanim odbieram kawę.

– Przepraszam – odpowiada sarkastycznym tonem.

Kiedy wychodzę z kawiarni i skręcam w kierunku swojego mieszkania, ponownie wyjmuję telefon.

Muszę to zrobić. Muszę, prawda?

Nie mogę tak po prostu… przetrwać bez pieniędzy. Zdobycie pracy okazało się trudniejsze, niż przewidywałam. Jedyne oferty, jakie znalazłam, oznaczałyby zarobki niższe od kosztów utrzymania się w mieście, więc jaki to miałoby sens?

– Pieprzyć to – mruczę, stukając kciukiem w ekran, a ten rozjarza się, wyświetlając zdjęcie mojej mamy.

„Dzwonię do Mamy…”

Czekam. Telefon dzwoni, dzwoni i dzwoni…

Cześć. Dodzwoniłeś się do Torrence Deveraux. Jest w tej chwili niedostępna. Jeśli kontaktujesz się w sprawie prowizji lub zakupu dzieła sztuki, odezwij się, proszę, do jej asystentki, Enid Hamilton. Jej numer telefonu: 290-555-1004. Dziękuję.

Głos Enid działa mi na nerwy, ale jakoś wytrzymuję do końca nagrania, aż rozlega się sygnał.

– Cześć, mamo. Tu Sylvie. Twoja córka. Nie wiem, czy jesteś dalej we Florencji, ale dzwonię, bo dosłownie, kurwa, umieram z głodu. Nie możesz odciąć mnie w taki sposób. Nie mam pojęcia, czego właściwie ode mnie oczekujesz. Mogłabyś mi wypłacać, powiedzmy, połowę tego, co wcześniej, zanim znajdę jakieś rozwiązanie? Nie możesz mi tego robić. Oddzwoń do mnie… proszę.

Rozłączam się, kiedy dochodzę do przejścia dla pieszych. Czekając w tłumie, wybieram numer taty. Telefon dzwoni, dzwoni i dzwoni, zupełnie tak samo jak w przypadku mamy.

Cześć. Dodzwoniłeś się do Yuriego Deveraux. Jest w tej chwili niedostępny.

– Ja pierdolę – mamroczę do siebie.

Jeśli kontaktujesz się w sprawie prowizji lub zakupu dzieła sztuki, odezwij się, proszę, do jego asystentki, Enid Hamilton. Jej numer telefonu: 290-555-1004. Dziękuję.

Biiip.

– Tato… – mówię płaczliwym tonem do słuchawki. – Tu Sylvie. Proszę, oddzwoń do mnie. Ja… – Głos mi się łamie. – Mam ostatnio bardzo trudny okres i potrzebuję twojej pomocy. Chociaż trochę. Żebym dotrwała do końca sezonu. Nikt teraz nie szuka pracowników, a wykorzystałam już limit na kartach kredytowych. Nie wiem, jak zapłacę za czynsz w tym miesiącu. Boję się.

Głos mam nabrzmiały od emocji, ale oczy suche jak pustynia. Czuję ciekawskie spojrzenia otaczającego mnie wścibskiego tłumu. Ludzie odrywają wzrok od własnych telefonów, żeby na mnie zerknąć.

– Dziękuję, tatusiu. Kocham cię.

Przerywam połączenie i przewijam listę kontaktów do ostatniej pozycji. Z westchnieniem niezadowolenia naciskam na ikonkę słuchawki obok jej nazwiska. Tym razem połączenie zostaje odebrane po pierwszym sygnale.

– Cześć, Sylvie – rzuca bez krztyny rozbawienia w głosie.

– Cześć, Enid – mamroczę. – Czy moi rodzice nadal są we Florencji?

Wzdycha.

– Nie byli we Florencji od maja. Co mogę dla ciebie zrobić?

Światło się zmienia, tłum rusza przez skrzyżowanie.

– Próbuję się z nimi skontaktować.

– Są w studiu – odpowiada chłodno.

„W studiu” to fraza, którą słyszę od dnia urodzenia. Może się odnosić do kilku godzin albo kilku miesięcy. Ma jednocześnie znaczenie dosłowne i symboliczne, jest ogólnikowym określeniem odnoszącym się do jakiejś artystycznej strefy, do której uciekają – zazwyczaj razem – moi rodzice. I w której nie można im przeszkadzać, ponieważ zaburzy się w ten sposób delikatny proces kreacji.

Byli „w studiu” w czasie wielu moich urodzin, w pierwszy dzień szkoły, kilka świąt Bożego Narodzenia, a nawet wtedy, gdy jako siedemnastolatka miałam poważny wypadek samochodowy w drodze do Hamptons z przyjaciółmi. Pojawili się w szpitalu cztery dni później.

Dzieło, nad którym wtedy pracowali, znajduje się obecnie w Muzeum Guggenheima.

– W porządku. Chciałam tylko sprawdzić, co u nich. Od kilku miesięcy nie dostaję przelewów i zaczęłam się martwić. Może mogłabyś się zalogować na ich konto i przesłać mi pieniądze?

– Bzdury, Sylvie – warczy Enid. – Odcięli cię cztery miesiące temu. Naprawdę nie masz już kasy?

Zgrzytam zębami.

– Pieprz się, Enid. Wysysasz ich jak pijawka, od kiedy skończyłaś college.

– Wykonuję swoją pracę, Sylvie. – Jej głos jest tak cholernie irytujący. Nosowy i wyniosły. – Wiesz w ogóle, co to praca?

– O tak, twoja praca musi być niesamowicie trudna – wykłócam się. – Bycie na zawołanie moich rodziców przez dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Na jachtach i tych wszystkich imprezach. Powiedz mi, Enid, jesteś z nimi także wtedy, kiedy się pieprzą?

– Jesteś obrzydliwa, Sylvie. Nic dziwnego, że tak się ciebie wstydzą.

Moja dłoń mocno zaciska się na telefonie – aż dziw, że aparat nie pęka na pół. Powinnam się rozluźnić. Nie stać mnie na kolejny.

– Wolę być rozczarowaniem niż pijawką.

– Powtarzam: to moja praca – warczy. – Powinnaś pomyśleć o tym, żeby również jakąś znaleźć. Czy może nadal „pracujesz nad swoją powieścią”?

Praktycznie słyszę cudzysłów w tym pełnym wyższości zdaniu. Pragnienie wrzucenia komórki do studzienki kanalizacyjnej – z jednoczesnym wyobrażaniem sobie, że to Enid – staje się nie do zniesienia.

– Pieprz się, ty paskudna, sztywna cipo.

Z tymi słowami rozłączam się i wydaję z siebie pełne frustracji warknięcie. Mam ochotę krzyczeć. Mam ochotę oblać kogoś gorącą kawą. Ten jeden raz chciałabym naprawdę wyłączyć hamulce i wyrazić wszystko to, co czuję.

Założę się, że Killian Barclay nie musi znosić takiego gównianego traktowania. Założę się, że bez przerwy otwarcie wyraża frustrację i nikt go z tego powodu nie osądza. Chciałabym wiedzieć, dlaczego moje myśli ciągle wracają do tamtego dnia, ale nie mam zielonego pojęcia. Zagnieździł się w mojej podświadomości.

Zamiast skręcić do siebie, gdzie czeka na mnie Aaron, idę dalej Piątą w kierunku mieszkania Margot. W przeciwieństwie do mojego chłopaka ona nie wygłosi mi wykładu na temat odpowiedzialności i dojrzałości. Aaron nigdy nie wspierał mnie w realizacji marzeń. Nie obchodzi go, czy dokończę powieść. Nawet o nią nie pyta.

Kiedy docieram do budynku, w którym mieszka Margot, portier wita mnie uprzejmie.

– Dzień dobry, Sylvie.

Pomimo irytacji zmuszam się, żeby odwzajemnić jego uśmiech.

– Dzień dobry, Chuck. Jest w domu, prawda? – pytam, odwracając się do niego, kiedy już wchodzę do lobby.

Potakuje, ale na jego twarzy dostrzegam wahanie.

– Jest – odpowiada.

Nie zawracając sobie głowy dopytywaniem, czy wszystko w porządku, pośpiesznie idę do windy. Mam tylko nadzieję, że Margot nie jest akurat w trakcie wielkiej popijawy. Zdarzyło jej się odreagowywać w taki sposób, kiedy pokaz mody nie poszedł zgodnie z oczekiwaniami. Albo kiedy opublikowano zdjęcie, które uznała za niepochlebne. W takich sytuacjach na całe tygodnie zastępowała jedzenie alkoholem, a towarzyskie spotkania seksem, aż w końcu musiałam zeskrobywać ją z podłogi i składać na nowo w całość.

Nie będę mogła patrzeć, jeśli znowu przez to przechodzi.

Kiedy winda otwiera się na osiemnastym piętrze, pędzę do mieszkania Margot i sięgam do klamki. Ku mojemu zaskoczeniu – drzwi nie są zamknięte na klucz.

Co, do cholery, się z nią dzieje, że zostawia otwarty zamek w samym środku Manhattanu?

Robię ledwie dwa kroki w głąb apartamentu, gdy docierają do mnie melodyjne jęki, których nie da się pomylić z niczym innym. Są głośne, piskliwe. Jeśli sądzić jedynie po nich, Margot jest właśnie pieprzona do utraty zmysłów.

O cholera.

Zanim jeszcze drzwi się za mną zamkną, chwytam je i cicho się wycofuję. Policzki płoną mi z zażenowania, kiedy słyszę, jak ktoś robi dobrze mojej najlepszej przyjaciółce.

Tłumiąc chichot, na paluszkach wycofuję się na korytarz. Ależ będę jej z tego powodu dokuczać! I właśnie wtedy mój wzrok natrafia na parę znajomych butów na podłodze. Wyglądają dokładnie tak samo jak buty Aarona. Te, które kupiłam mu na urodziny w zeszłym roku. Facet Margot ma świetny gust.

Ale kiedy moje spojrzenie zatrzymuje się na nich nieco dłużej, dociera do mnie, że wyglądają nieco zbyt znajomo. Noszą takie same ślady użytkowania jak te należące do mojego chłopaka. Są zasznurowane w taki sam sposób, w jaki on sznuruje własne. Po powrocie do domu zsuwa je, nie zawracając sobie głowy rozwiązywaniem.

Z sypialni dobiega mnie znajomo brzmiące chrząknięcie.

I nagle czuję, jakbym zastygła w czasie. Jakby cały świat wokół mnie się poruszał, podczas gdy tkwię w miejscu.

Rzeczywistość uderza we mnie niczym fala. Wściekłość, którą czułam kilka chwil temu, wrze i przelewa się przez krawędzie, jak zbyt długo gotowana w garnku woda.

Wracam do środka i zamykam za sobą, po czym maszeruję korytarzem mieszkania Margot w kierunku jej sypialni. Dotarłszy do drzwi, stoję w progu z kawą w dłoni i patrzę, jak chłopak, z którym jestem od trzech lat, pieprzy od tyłu moją najlepszą przyjaciółkę. Widzę wyraźnie jego biały tyłek, kiedy trzymając dłoń na jej głowie, przyciska ją do materaca. Margot jęczy głośno i – szczerze mówiąc – nieco zbyt sztucznie i teatralnie.

Nawet nie wiedzą, że tu stoję i na nich patrzę. Gapię się może zbyt długo, ale na swoją obronę mam to, że jestem zdumiona. Nie mogę przestać myśleć o tym, że kiedy ostatnim razem pieprzyliśmy się z Aaronem, robiliśmy to na misjonarza, a on leżał na mnie jak jakiś obleśny ślimak.

Wymierza jej klapsa w tyłek, a ona krzyczy z rozkoszy.

– Moja niegrzeczna dziewczynka.

Wykrzywiam się z obrzydzenia. Co do chuja?!

Czy jestem we właściwym mieszkaniu?

Czy to się dzieje naprawdę?

– Boże, tak bardzo cię kocham – dodaje. – Tak cholernie cię kocham.

Jego głos jest napięty. Z każdym pchnięciem wyrzuca z siebie kolejne słowa. Nagle czuję, że zaraz zwymiotuję. Działam bez zastanowienia.

Zdejmuję plastikowe wieczko z kubka i widzę unoszącą się nad gorącym płynem parę. A następnie z krzykiem rzucam nim w nagie ciało Aarona i z zachwytem obserwuję, jak ląduje mu na plecach, parząc skórę i wyrywając z jego ust piskliwy okrzyk bólu.

– Co do diabła?! – wrzeszczy, padając na łóżko i przekręcając się na wznak. Na jego twarzy odmalowuje się przerażenie.

Margot krzyczy, szybko okrywa się kołdrą i spogląda na mnie ze strachem.

– Sylvie? – woła.

Aaron zastyga wpatrzony we mnie, a ja stoję w progu, piorunując ich wzrokiem i gniewnie zaciskając szczęki.

Zaglądam w oczy Margot, mojej najlepszej przyjaciółki, która próbuje złapać oddech. Po raz pierwszy tego dnia czuję pod powiekami łzy, ale nie odzywam się ani słowem. Do żadnego z nich.

Po prostu odwracam się na pięcie i wypadam z jej mieszkania.

Kiedy docieram do drzwi, a potem pośpiesznie wymijam Chucka i wychodzę na ulicę, myślę jedynie o tym, że wydałam na tę kawę ostatnie pięć dolarów. I chociaż było warto, nie mam zielonego pojęcia, co dalej.

1Walk of shame (ang.) – slangowe określenie powrotu do domu rano, zazwyczaj w ubraniach z poprzedniego wieczoru, po przygodnej znajomości seksualnej lub imprezie (przyp. red.).

2 Około 198 cm (przyp. tłum.).