Jeszcze jedno lato - Magdalena Kordel - ebook + audiobook + książka

Jeszcze jedno lato audiobook

Magdalena Kordel

4,7
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Czy jedno lato może naprawić całe życie?

Młoda Lila miała głowę pełną marzeń. Życie szybko jednak nauczyło ją, że nie zawsze można podążać za głosem serca. Zawarła pewien układ, który miał jej dać bezpieczeństwo.

Dojrzała Lilianna żyje z konsekwencjami tamtej decyzji. Przez lata była posłuszną córką, oddaną żoną i kochającą matką. Teraz jej dni wypełnia czekanie na telefon córki. Kiedy samotność staje się nie do zniesienia, jedno przypadkowe spotkanie sprawia, że Lilianna daje sobie ponownie szansę.

Jeszcze jedno lato to wzruszająca opowieść o cieniach przeszłości, zakładach z losem i nadziei, że nigdy nie jest za późno, by walczyć o własne szczęście.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 58 min

Lektor: Zofia Zoń

Data ważności licencji: 8/12/2031

Oceny
4,7 (3 oceny)
2
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W ciągu ostatnich dwóch tygodni życie Lilianny kręciło się wokół trzech głównych punktów. Po pierwsze – czekanie na ten jeden, najważniejszy telefon, który niestety do tej pory nie zadzwonił; po drugie – szorowanie, mycie, froterowanie; i wreszcie po trzecie – bieganie po sklepach i targanie do mieszkania pełniuteńkich siatek. Kiedyś uporałaby się z tym dużo prędzej, miała więcej siły, mogła przynieść większość zakupów za jednym razem. Ale z każdym rokiem siatki stawały się cięższe, a i schodów prowadzących na trzecie piętro jakby przybywało. Dawniej nie musiała przystawać co chwila, by złapać oddech, ba, zdarzało się, że przeskakiwała po dwa stopnie na raz i docierała na górę bez zadyszki. Ale to było wieki temu. Teraźniejszość wyglądała zgoła inaczej. W tej chwili właśnie na ostatnich nogach wtarabaniła się z trzema pełnymi siatkami do przedpokoju, zamknęła za sobą drzwi i opadła na postawiony pod ścianą taboret. Jego też tu dawniej nie było. Pojawił się zaraz po przybyciu zadyszki, która niezapraszana zamieszkała z Lilianną i stała się jej wierną, nieodłączną towarzyszką.

− Kiedyś to było, teraz to nie ma – mruknęła pod nosem i lekko się uśmiechnęła, jednocześnie wygodniej moszcząc się na stołku i uspakajając przyspieszony oddech.

Kilka dni temu usłyszała to powiedzenie od syna sąsiada z piętra niżej. Spodobało jej się bardzo. W przeciwieństwie do tego, co wydarzyło się potem, a czego stała się mimowolnym świadkiem. Minął już ponad tydzień, a ona nie mogła wyrzucić tego z pamięci. Teraz też wraz z powiedzeniem: „Kiedyś to było, teraz to nie ma” przypłynęło wspomnienie tamtych wydarzeń i w uszach zaszumiało jej echo awantury, która przetoczyła się przez mieszkanie sąsiadów.

− No i chuj, po spadku! – wrzeszczał wściekły na chłopaka ojciec. – Bo się, smarkaczu jeden, w język nie mogłeś ugryźć!

− No nie mogłem, ojciec, nie mogłem – flegmatycznie przytaknął młodzian. – Żadne pieniądze nie są warte tego, żeby dawać tak sobą poniewierać.

− Jak poniewierać, co poniewierać?! – ryknął sąsiad z taką mocą, że Lilianna aż cała się wzdrygnęła.

− Jak, to ja ci, ojciec, akurat nie muszę wyjaśniać. Wiesz z autopsji! Jeździli po nas jak, nie przymierzając, po łysej kobyle przez cały weekend! On i ta jego słaniająca się i omdlewająca… Jak jej tam? Ramona! Matka przez cały weekend musiała koło niej skakać i ją obsługiwać! Ale to ci oczywiście nie przeszkadzało! A wracając do poniewierania: to nie co, ale kogo. Nas, ojciec, nas! Słyszałeś, co ten dziad mówił? – Pytanie widać było retoryczne, bo chłopak nie czekał na odpowiedź. – Od rana do wieczora chodził i truł, że na psy zszedłeś, że ci wszyscy mówili, że tak skończysz, jak się z matką ożenisz! Że to takie nic, że nie dość, że groszem nigdy nie śmierdziała, to jeszcze kuternoga! Dobrze, że nie dodał, że zapewne Żydówka, bo Żydzi to jego wyraźny konik! Rzygać mi się chciało, jak tego słuchałem: ja nie jestem, broń Boże, rasistą ani homofobem, co to, to nie, ale pedałów, Niemców, Cyganów, Ukraińców, o tych ścierwach, Żydach, nie wspominając, to się powinno… Dalej to sobie sam dopowiedz, zakładam, że doskonale pamiętasz, bo powtarzał to jak mantrę! Mnie na pewno przez gardło nie przejdzie nic z tego, co ten palant wygadywał! I naprawdę łudziłem się, że nie wytrzymasz i coś z tym zrobisz! Że zaprotestujesz, każesz mu się zamknąć! Ale się nie doczekałem! Nie powiedziałeś nic! A właściwie jeszcze gorzej niż nic, bo mu pod nosem potakiwałeś! I wiesz co? Niech ten spadek trzy chuje trafią! Wielkie i kolczaste!

− Kurwa, jaki ty jesteś pojebany, synu! I jaki wrażliwy! Tak cię to ruszyło? To, że pierdolił pod nosem? Jakie to ma znaczenie? Wiesz, że cały ich majątek, jego i Ramony, mógł być nasz? Za takie pieniądze to można nawet ogłuchnąć i wszystko przełknąć. Pokorne cielę…

− No, to akurat do ciebie idealnie pasuje! Cielę, bo na byka to ty nigdy nie wyrosłeś, zabrakło jaj! – przerwał mu chłopak. W jego głosie było więcej goryczy niż złości.

Zasłuchana, zastygła w bezruchu, Lilianna aż zatchnęła się z podziwu. Za bezkompromisowość młodego człowieka, za kręgosłup moralny, a przede wszystkim za to, że wziął w obronę matkę. Za to ostatnie miała ochotę go uścisnąć. Poczuła też lekkie ukłucie zazdrości wobec tej kobiety. Za nią, Lilianną, nikt nigdy się tak nie ujął. Ale ledwo to pomyślała, zalała ją fala wstydu.

− Naprawdę nisko upadłaś, Lila, jeżeli zazdrościsz tej nieszczęśnicy, która na co dzień musi znosić takiego męża. Jeżeli wziąć pod uwagę, że mogłam mieć bardzo podobnie, to dobrze, że mnie ominęła ta standardowa procedura miłości i małżeństwa – mruknęła pod nosem.

I jeżeli jeszcze raz pozwolisz sobie w takich okolicznościach na choćby najmniejszy przebłysk zawiści, to stracę do ciebie resztki szacunku! – dorzuciła w duchu i na powrót skoncentrowała się na trwającej wciąż awanturze. I im dłużej się przysłuchiwała temu, co działo się w mieszkaniu sąsiadów, tym mocniej chłopak jej imponował. Umiał się postawić, a jednocześnie nie dał się wyprowadzić z równowagi.

Lilianna stanowczo była po jego stronie. Zasadniczo we wszystkim. A dodatkowo była pod wrażeniem tego, jak zgrabnie potrafił połączyć powiedzenie o łysej kobyle z trzema kolczastymi… no wiadomo czym.

Chciałabym kiedyś tak bez zahamowań kląć, mieć własne zdanie i umieć z wdziękiem łączyć piękną polszczyznę z rynsztokowym językiem – pomyślała rozmarzona. – Gdybym prowadziła zeszycik z listą marzeń, dopisałabym to natychmiast jako priorytet…

Ale na to nie miała zbyt wielkich szans. Nie posiadała takiego notatnika, marzeń zresztą też. Kiedyś, gdy tylko jakieś się pojawiały, brakowało jej odwagi, by je przy sobie zatrzymać. A teraz była już za stara na marzenia. Więc konsekwentnie chowała głowę w piasek i potulnie godziła się na to, czego oczekiwali inni. Nie bardzo się za to lubiła. Ale tę niechęć udawało jej się ignorować. Przez lata nabrała w tym sporej wprawy.

− I może masz rację, może jestem pojebany. – Z niewesołych myśli wyrwały ją słowa chłopaka, które docierały do niej z taką intensywnością, że miała wrażenie, że młody człowiek stoi tuż koło niej. – Może postawiłeś prawidłową diagnozę – kontynuował, a jego głos zadrżał, pojawiła się w nim wyraźna nuta goryczy i Lilianna poczuła, jak coś ściska ją w gardle, bo dotarło do niej, jak bardzo słowa ojca musiały chłopaka zaboleć. – W końcu genów nie wydłubiesz – ciągnął. – Wszyscy ci przodkowie z podupadłych dworów, z których tacy jesteście dumni, mają swój wkład w to, kim jestem! Bijatyki, mordobicia, hulanki, zastaw się, a postaw się! I do tego zniewoleni chłopi i podszczypywane w kuchni służące! No, kiedyś to było, oj, było! Ten twój porąbany wuj ze spadkiem powtarzał to jak nakręcony. Jego dziadek to, to! A ojciec to w ogóle! Prababka to była kobieta, takich teraz już nie robią! Raz tylko odezwała się niepytana, ale pradziadek zawsze nosił ze sobą dyscyplinę. Mądra żona mu się trafiła: umiała szybko wyciągnąć wnioski i już nigdy przykra sytuacja się nie powtórzyła! I na swoje podobieństwo wychowała uległe, dobre córki! Dawny, jedyny słuszny porządek! Słuchałem tego i nie wierzyłem! I wiesz co, ojciec? Powinienem zachować się zgodnie z tradycją, najchlubniejszą, odziedziczoną po tych wspaniałych przodkach! Powinienem dać się ponieść fantazji i przywalić wujowi w mordę, zafundować mu ten powrót do przeszłości, za którą tak tęskni! To byłoby w punkt! Należało mu się za całokształt, a przede wszystkim za to, co wygadywał o matce. Powinienem wepchnąć mu każde z wypowiedzianych słów z powrotem do gardła. Tak żeby się nimi zadławił. Ale pomyślałem, że nie warto. Mama często powtarza, że gówna nie należy ruszać, bo śmierdzi i oblepia. Ale gdybym wiedział, że moje podśmiewanie się z tej całej gadki, to niewinne: „Kiedyś to było, teraz to nie ma”, doprowadzi do furii najpierw jego, a potem ciebie, to bym się nie powstrzymywał. Przynajmniej miałbym satysfakcję.

− Ty naprawdę jesteś…

Głosy się oddaliły i reszty Lilianna już nie usłyszała. Odetchnęła jak najciszej i odeszła na palcach od okna. I dopiero gdy była już w drzwiach kuchni, zdała sobie sprawę z irracjonalności swojego zachowania. Mogła sobie spokojnie darować czajenie się i skradanie, bo przecież tamci z dołu nie mogli jej zobaczyć. Ani usłyszeć też nie, no chyba że zaczęłaby śpiewać albo mówić do siebie. Jej mieszkanie miało zadziwiającą przypadłość: słychać było w nim dokładnie wszystko, co działo się w kuchni w lokalu położonym tuż pod nim. I vice versa: piętro niżej było słychać to, co dzieje się u niej. Dopóki mieszkała tam Helenka, jej przyjaciółka, było to bardzo wygodne. Wystarczyło, że zapukało się kijem od szczotki w podłogę (w przypadku Helenki kij również był w użyciu, tyle tylko, że ona pukała w sufit) i poszło do kuchni. A potem należało podejść do okna, stanąć pod otworem wentylacyjnym i powiedzieć to, co miało się do powiedzenia. Głos i w dół, i w górę niósł się świetnie. Ale odkąd Helenka pobudowała dom i zdecydowała się opuścić blok na rzecz prowadzenia wspólnego gospodarstwa ze swoimi dwiema siostrami, Janiną i Stefanią, otwór wentylacyjny przestał być w czynnym użyciu. Bo biernie Lilianna, choć przyznawała się do tego z lekkim zażenowaniem, korzystała z niego nadal.

− To chyba nie w porządku – wyznała któregoś razu siostrom, do których wpadła w odwiedziny.

To był jedyny plus, jaki widziała w wyprowadzce przyjaciółki. To, że zyskała kolejne bliskie koleżanki. Odwiedzając Helenkę w nowym domu, siłą rzeczy zaprzyjaźniła się z jej siostrami. Nawiasem mówiąc, nie było to trudne. Wszystkie trzy miały w sobie coś takiego, że człowiek do nich lgnął.

− Ale co jest nie w porządku? – Janinka zaintrygowana jej wątpliwościami spojrzała na nią z uwagą znad parującego kubka z herbatą.

− No to, że ja ich tak słucham, tych moich sąsiadów. Oni jak na złość wszystko omawiają w kuchni. I mają dość donośne głosy. Momentami mam wrażenie, że razem z nimi siedzę przy stole…

− Z tym stołem to nawet masz trochę racji, pewnie stoi tam, gdzie stał, gdy ja tam mieszkałam, czyli tuż pod otworem wentylacyjnym – wtrąciła Helenka. – To jedyne miejsce, gdzie w tej kiszkowatej kuchni się mieścił. Dokładnie zresztą tak jak u ciebie, Lila. Stół stoi dokładnie w tym samym miejscu. A że jak wiadomo, w kuchni najlepiej i najczęściej się rozmawia… – Rozłożyła ręce w geście bezradności.

− Najczęściej to i owszem. Co do tego „najlepiej”, to bym dyskutowała. Żrą się potwornie! A z tego Bogdana jest potworny buc i prostak. Jak on strasznie odzywa się do swojej żony! Jak ją ruga za wszystko! Za to na zewnątrz, dla obcych, dżentelmen w każdym calu! Ale i tak z daleka czuć od niego farbowanego lisa. – Lilianna z dezaprobatą pokręciła głową. – Ale wracając do sedna: jednak jest mi głupio. Jestem bardziej na czasie z ich bieżącymi sprawami niż z waszymi! A przecież z wami się przyjaźnię, a ich właściwie nie znam! Ot, na dzień dobry, gdy mijamy się na klatce albo pod blokiem. A jednocześnie nie umiem się powstrzymać! Uwielbiam ich podsłuchiwać! Widać jest ze mnie strasznie wścibskie babsko! Jakby do czego doszło, zdziwiliby się, ile o nich wiem!

− I to dodatkowo z pierwszej ręki! – zachichotała Janina.

− No i co, że wiesz? – Helenka lekceważąco wzruszyła ramionami. – To jest siła wyższa. Nie podsłuchujesz ich z własnej woli, ale dlatego, że jesteś niejako przymuszona. Nikt na nich nie nastaje, żeby wywlekali swoje sprawy akurat w kuchni!

− Trudno się nie zgodzić – poparła siostry Stefania. – Ja jestem przeciwniczką plotkowania i wściubiania nosa w sprawy bliźnich, bo to nie po bożemu, ale tutaj to wychodzi samo.

− O widzisz, nawet nasza święta Stefania cię rozgrzeszyła – parsknęła śmiechem Helenka. – Teraz to możesz czuć się całkowicie spokojna, nawet gdyby okazało się, że mimo wszystko grzeszysz, ona ma układy tam, na górze, to w razie czego będzie wiedziała, komu i co dać w łapę…

− Helena, nie bluźnij. – Stefania czym prędzej się przeżegnała, patrząc na najmłodszą siostrę z naganą podszytą grozą. – Kto to słyszał, żeby Boga przekupywać!

− A kto tu mówi o Bogu! Jeżeli w ogóle istnieje jakieś życie w zaświatach, to na bank tam też jest hierarchia. Pan panów zapewne dostępny jest dla wybrańców, a nie dla takich jak my! A więc, Stefciu, nie chcę być złym prorokiem, ale obawiam się, że zobaczysz Boga jak świnia niebo! Stawiałabym raczej na kontakt ze świętymi. W końcu nie bez powodu każdy jest od czegoś innego, pewnie to ma związek z rajską biurokracją… Na przykład taki Święty Florian może zajmować się gaszeniem mentalnych pożarów… Na pewno ich w niebie nie brakuje. Prosty przykład, nasza ciotka Anna…

− Co z nią? – Zdezorientowana Stefania zamrugała gęsto. – Zdaje mi się, że ona nadal żyje…

− No, jeszcze tak – przytaknęła niezrażona Helenka. – I z tego, co wiem, to jest solidnie w to życie zaangażowana, ma już bodajże czwartego męża, trzech poprzednich pochowała. I właśnie do tego zmierzam. Wyobraźcie sobie tę trójkę, co to się już w tych zaświatach zadomowiła i spokojnie sobie czeka na swoją żonę. Wielce prawdopodobne, że nic o sobie wzajemnie nie wiedzą, bo i skąd… Rajskie życie na pewno jest na tyle zajmujące, żeby sobie nie zawracać głowy tym, co na ziemi. A tymczasem na tym łez padole hulaj dusza, piekła nie ma, gorąca wdówka i tak dalej. Niestety, jak sama, Stefciu, w kółko powtarzasz, jedno na tym świecie jest pewne: wszyscy umrzemy. Swoją drogą strasznie to przygnębiające…

− Helenka, do brzegu, bo tracę wątek – przynagliła siostrę Janina.

− To słuchaj i uruchom wyobraźnię! Skoro wszyscy umrzemy, to i ciotka Anna w końcu też. I poszybuje w zaświaty, niesiona na skrzydłach niecierpliwości, nie mogąc się doczekać obiecujących rajskich bajerów i tych uciech z trzema mężami i czwartym in spe.

− No chyba że czwarty wyprzedzi waszą ciotkę w umieraniu – zauważyła przytomnie Lila.

− Spokojna głowa, to i tak nic nie zmienia, bo zawsze będzie jakiś następny – wzruszyła ramionami Helenka. – Ciotka jest uzależniona od męskiego uwielbienia i wypchanego po brzegi mężowskiego portfela. I seksu.

− Helena, co ty wygadujesz?! – jęknęła Stefania.

− A co? Jakieś obostrzenia w tej waszej wierze nastąpiły? Słowo na „s” zostało zakazane? – zainteresowała się kpiąco Janinka.

− Z… – Stefania się przytkała. Odchrząknęła, potrząsnęła głową. – Z… – Podjęła jeszcze jedną, nieudaną próbę.

− No, wykrztuś to w końcu! Co z tym seksem? Zakazany został? – Helenka zlitowała się nad siostrą.

− Nic z nim! – parsknęła rozeźlona Stefania. – A wy jesteście stare i głupie! Nie o se… seks mi chodzi – wyrzuciła w końcu z siebie – tylko o ciotkę! Nie wypada tak mówić!

− Po pierwsze, od kiedy nie wypada mówić prawdy? Po drugie, nie jesteśmy stare, tylko żyjemy dość długo, a po trzecie, Stefciu, wybijasz mnie z rytmu tym swoim świętym oburzeniem i już sama nie wiem, co chciałam powiedzieć!

− Coś o Florianie i trzech mężach ciotki, co to o sobie nie wiedzą – podsunęła Helence Lila.

− Ano właśnie, wyobraźcie sobie, że ciotka w końcu się zjawia na tych niebiańskich połoninach i mleko się rozlewa! Okazuje się, że ona jest jedna, a ich trzech plus czwarty, który w końcu tu przybędzie, bo jak wiadomo, wszyscy… – Zamilkła i zrobiła przynaglający gest ręką.

− …umrzemy – dopowiedziały zgodnym chórem pozostałe panie.

− Ano właśnie! – Zadowolona Helenka klasnęła w ręce. – Więc jak się zjawi czwarty, to też będzie miał słuszne roszczenia co do widmowego ciała i duszy cioteczki… Stefa, milcz. – Widząc, że siostra już szykuje się do kolejnego lamentu, machnęła w jej kierunku ręką. – Wszyscy wiemy, że mamy nie bluźnić, a i tak w kółko to robimy, więc nie strzęp sobie języka – dodała, dobrotliwie klepiąc Stefanię po ramieniu. – I tu właśnie widzę naszego Świętego Floriana, który wchodzi cały na biało i zdusza problem w zarodku, bo zduszanie to dla niego chleb powszedni, skoro na co dzień gasi pożary…

− Cóż, to chyba dość uproszczona wizja – mruknęła Stefania, unosząc brwi. – Poza tym Święty Florian nie za bardzo się nadaje do tego, o czym mówisz. Jest od pożarów, a i owszem, ale ma dużo więcej na głowie. Chroni przed wszelkimi klęskami żywiołowymi, osłania też swoich podopiecznych przed wojnami i nagłą śmiercią. Huk roboty. Nie sądzę, żeby miał czas na zajmowanie się zazdrosnymi mężami. Tu to widziałabym raczej Świętą Ritę, od spraw beznadziejnych, albo Świętego Judę Tadeusza, bo ma specjalne dojścia do Boga i…

− No i widzisz, o to właśnie mi się rozchodzi! – przerwała jej bezpardonowo siostra. – O to, że znasz ich wszystkich na pamięć i codziennie któremuś innemu głowę zawracasz, więc w razie czego będziesz wiedziała, z czym do kogo się zgłosić i co w zamian przygotować. Zawsze się coś znajdzie, święty też człowiek, może były, ale zawsze; na pewno ma jakieś pragnienia, a ty masz już ścieżki do nich wydeptane. Nawet jeżeli uważają cię za upierdliwca, to najważniejsze, żeby kojarzyli. Więc módl się tak dalej. Istnieją czy nie, przezorny zawsze ubezpieczony. A co do łapówek dla Boga i twojego nomen omen świętego oburzenia, to przypomnij sobie tych, co to już w średniowieczu odpusty kupowali! A poz…

− Dziewczęta, spokój – wtrąciła ugodowo Janinka, a widząc miny „dziewcząt”, z trudem powstrzymała śmiech.

Używanie tego określenia w przypadku, gdy najmłodsza z nich właśnie przekroczyła sześćdziesiątkę, było dość zabawne i zwykle zamykało im skutecznie usta i zduszało największe konflikty w zarodku.

− Wracając do twoich dylematów, Lileczko, czyli podsłuchiwania i inwigilowania sąsiadów – Helenka, wykorzystując chwilową ciszę, porzuciła świętych na rzecz bardziej przyziemnych spraw i wróciła do poprzedniego tematu – to nie bardzo masz wybór. Trudno nie korzystać z kuchni, a rotacyjnie głuchnąć też nie możesz!

− O, i tym razem wyjątkowo się zgadzam z przedmówczynią. – Stefania skinęła głową, ostentacyjnie grzechocząc pudełkiem z różańcem. – No, a skoro już chciał nie chciał i tak wszystko słyszysz, to ten cały Bogdan nadal tak klnie? – Zniżyła głos.

− O proszę, odezwała się ta, co nie plotkuje…

Lilianna miała tak dobrze zakodowane w pamięci te rozmowy, że przez moment miała wrażenie, jakby była u sióstr i słuchała, jak się droczą i wzajemnie podpuszczają. Uśmiechnęła się mimowolnie i poczuła nagłą palącą tęsknotę.

Dawno już u nich nie byłam – pomyślała, dźwigając się z taboretu. – Sporo nowinek się przez ten czas uzbierało, ot chociażby ta awantura o spadek, który chu… to znaczy szlag trafił. – Poprawiła się natychmiast w myślach.

To była chyba najbardziej intrygująca i przerażająca z mimowolnie podsłuchanych historii. Lilianna aż cierpła na myśl o tym, co musiał czuć chłopak, gdy ojciec mówił do niego w tak okrutny i okropny sposób. Niewątpliwie musiało go to boleć. Takie rzeczy zostają w człowieku na zawsze, wrastają mocno w serce i duszę, rozsadzając korzeniami poczucie własnej wartości. Tego akurat była pewna. Przed oczami stanęła jej surowa twarz matki z zasznurowanymi, wąskimi ustami. Zacisnęła powieki w nadziei, że to przegoni upiory przeszłości. Splotła dłonie tak mocno, że palce jej pobielały, ale i tak czuła, że drżą w rytm przyspieszonego bicia serca. Minęło tyle lat, a ona nadal momentami stawała się bezbronna w starciu z minionym czasem. W uszach zabrzmiało jej echo tamtego uderzenia, tak wyraźnie, jakby rzeczywiście widmo matki pojawiło się i wymierzyło jej siarczysty policzek. Nawet twarz ją zaczęła palić. Tak jak wtedy…

Dalsza część w wersji pełnej

Projekt okładkiPaweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Fotografia na pierwszej stronie okładki© Axel Bueckert / Adobe Stock

Fotografia autorki na skrzydełku

Radek Kaźmierczak

Redaktorka nabywającaDorota Gruszka

Redaktorka prowadzącaJustyna Skalska

Promotorka

Violetta Wiśniewska

AdiustacjaJustyna Jagódka

Korekta

Aleksandra Kiełczykowska

Marta Tyczyńska-Lewicka

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

Copyright © by Magdalena Kordel

ISBN 978-83-8427-318-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Polecamy również

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Jeszcze jedno lato. Fragment

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Meritum publikacji

Strona redakcyjna