Jeszcze będzie normalnie - Lipiński Tomek - ebook + książka

Jeszcze będzie normalnie ebook

Lipiński Tomek

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wyczekiwany drugi tom autobiografii założyciela Brygady Kryzys i TILT-u. Pełna muzyki i największych osobowości polskiej sceny undergroundowej opowieść o latach 80. i pierwszej dekadzie wolnej Polski. Plejada niezależnych artystów, historia kolejnych projektów artystycznych i największych przebojów polskiej sceny offowej. Opis rodzenia się pomysłów, tworzenia tekstów i kompozycji, wzlotów i upadków zarówno w kontekście artystycznym, jak i osobistym. Niezwykle szczery, refleksyjny i pełen autentyzmu zapis pokoleniowego doświadczenia, nierozerwalnie związanego z muzyką, która dawała nadzieję i jednocześnie rodziła bunt. Osobista podróż w głąb ludzkich marzeń, pragnień i lęków, która mimo licznych przeciwności, wciąż szepcze, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 202

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Tomek Lipiń­ski, 2026 Copy­ri­ght © by TIME S.A., 2026

Pro­jekt lay­outu, okładki i stron tytu­ło­wych: Zuzanna Lipiń­ska Redak­cja: Michał Zarzycki Korekta: Mał­go­rzata Ablew­ska, Kata­rzyna Pikosz Zdję­cie Tomka Lipiń­skiego na okładce: Lidia Popiel Zdję­cia i ilu­stra­cje w książce: Archi­wum IPN, East News, Michał Wasąż­nik, Dariusz Gawęda, repro­duk­cja z książki Wil­helma-Karla von Her­manna, Ein Ritt für Deutsch­land, Bła­żej Dzie­du­szycki, Adam Pie­trzak, Moscow­job.net / Cre­ative Com­mons 4.0, Wanda Micha­lak, Pixa­bay, Jacek Mar­czew­ski / Agen­cja Wybor­cza.pl, Sła­wo­mir Kamiń­ski, Archi­wum „Super Expressu”, Andrzej Geo­r­giew / archi­wum pry­watne Tomka Lipiń­skiego, Franz Dre­adhun­ter, Gra­żyna Trela, mate­riały pra­sowe, archi­wum pry­watne Tomka Lipiń­skiego.

Redak­cja doło­żyła wszel­kich sta­rań, aby dotrzeć do auto­rów wszyst­kich publi­ko­wa­nych zdjęć. W przy­padku foto­gra­fii, przy któ­rych brak nazwi­ska autora, pro­simy o kon­takt w celu uzu­peł­nie­nia infor­ma­cji.

Wydawca: TIME S.A., ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN 978-83-8343-756-9

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

1. Radosny upadek systemu

1. Noc bez końca

Robert zapa­rzył kawę. Gapi­li­śmy się przez okno na iglicę Pałacu Kul­tury, zasta­na­wia­jąc się, co dalej. Powoli docie­rał do nas sens tych dwóch zło­wro­gich słów: „stan wojenny”. Godzina poli­cyjna, w nowo­mo­wie PRL-u nazwana mili­cyjną, zamy­kała nas w domach po dwu­dzie­stej dru­giej. Woj­sko i mili­cja miały prawo strze­lać, gdy­by­śmy nie zdą­żyli na czas znik­nąć z ulic. War­szawa stała się mia­stem zamknię­tym. Na rogat­kach usta­wiono zapory obsa­dzone przez woj­sko i Zmo­to­ry­zo­wane Odwody Mili­cji Oby­wa­tel­skiej, czyli ZOMO. Na dwor­cach patrole spraw­dzały, czy nie­liczni podróżni mają odpo­wied­nie prze­pustki zezwa­la­jące na podróż. Tele­fony nie dzia­łały już od poprzed­niego wie­czora. Radio i tele­wi­zja powta­rzały w kółko prze­mó­wie­nie gene­rała. Dzieci pła­kały, bo nie było Tele­ranka. Wszyst­kie restau­ra­cje, kawiar­nie i kluby zostały poza­my­kane. „Soli­dar­ność” zde­le­ga­li­zo­wano. W ciągu tej jed­nej nocy cały kraj tele­por­to­wano w cał­kiem inną rze­czy­wi­stość. W naszej mło­dzień­czej naiw­no­ści zupeł­nie się tego nie spo­dzie­wa­li­śmy. A jed­nak to wszystko działo się naprawdę.

Po ósmej posta­no­wi­łem poje­chać do mamy. Z Pań­skiej prze­mkną­łem pomię­dzy domami przy Emi­lii Pla­ter i wysze­dłem pro­sto na wielki, pusty plac za Dwor­cem Cen­tral­nym, gdzie była pętla auto­bu­sowa – tam, gdzie dziś Złote Tarasy. Na środku placu stał wóz pan­cerny, obok niego dymił koks żarzący się w meta­lo­wym koszu, przy któ­rym grzali się żoł­nie­rze w bojo­wym rynsz­tunku. Wsia­dłem do Jel­cza linii 180 bis i po krót­kiej chwili ruszy­li­śmy Ale­jami Jero­zo­lim­skimi w stronę Mar­szał­kow­skiej. Na każ­dym więk­szym skrzy­żo­wa­niu ten sam obra­zek. Wóz pan­cerny, kok­sow­nik, żoł­nie­rze. Mia­sto wyglą­dało, jakby oblano je cie­kłym helem i zamro­żono. Na murach poja­wiły się obwiesz­cze­nia o sta­nie wojen­nym, ze wszyst­kimi szcze­gó­łami nowych zasad funk­cjo­no­wa­nia pań­stwa. Były już dawno wydru­ko­wane w Moskwie i tylko cze­kały w taj­nych maga­zy­nach na odpo­wiedni moment.

W pierw­szych dniach stanu wojen­nego wła­ści­wie nic nie było wia­domo

To była nie­dziela, na uli­cach pusto. Nie­liczni pasa­że­ro­wie uni­kali kon­taktu wzro­ko­wego, jakby ukry­wali się za znie­ru­cho­mia­łymi twa­rzami. Na ron­dzie koło Riviery kolejny SKOT – Średni Kołowy Opan­ce­rzony Trans­por­ter – bo tak nazy­wały się wozy bojowe, któ­rymi wła­dza posta­no­wiła nas zastra­szyć. Chcia­łem spraw­dzić, czy jest dostęp do pomiesz­cze­nia, w któ­rym mie­li­śmy próby, pod kabiną kino­ope­ra­tora w sali wido­wi­sko­wej. Aka­de­mik był czynny, ale na drzwiach do naszej kan­ciapy ktoś przy­kleił pasek papieru opa­trzony jaki­miś pie­czę­ciami. Posta­no­wi­łem na razie się tym nie zaj­mo­wać i posze­dłem w kie­runku Alei Wyzwo­le­nia. Mama jesz­cze spała.

– Co się stało?

– Stan wojenny, mamo.

Wes­tchnęła głę­boko.

– A jed­nak.

A jed­nak? Czyli w jej śro­do­wi­sku, wśród sto­łecz­nych dzien­ni­ka­rzy, musiano się z tym liczyć. Może były jakieś prze­cieki, a może tylko intu­icja poparta doświad­cze­niem kazała im się domy­ślać, że wła­dza szy­kuje roz­wią­za­nie siłowe. Jesz­cze kilka dni wcze­śniej kłó­ci­łem się z Wie­sła­wem Pra­żu­chem, życio­wym part­ne­rem mamy, zna­ko­mi­tym foto­gra­fi­kiem. Unie­siony rewo­lu­cyj­nym zapa­łem, uwa­ża­łem, że komuna już upa­dła, a on spo­koj­nie tłu­ma­czył, że bar­dzo, ale to bar­dzo się mylę.

Na Moko­tow­skiej, obok domu, w któ­rym się wycho­wa­łem i gdzie wciąż miesz­kała mama, w budynku daw­nej pod­sta­wówki nr 2, mie­ściła się sie­dziba mazo­wiec­kiego okręgu „Soli­dar­no­ści”. Tłu­mek, który z samego rana zaczął gro­ma­dzić się przed wej­ściem, został już prze­pę­dzony. Ulica mię­dzy Koszy­kową a Pla­cem Zba­wi­ciela była zablo­ko­wana przez oddziały ZOMO. Przez okna budynku wyrzu­cano meble, segre­ga­tory, doku­menty i sprzęt biu­rowy. Cała oko­lica była zasłana papie­rami. Nato­liń­ską prze­do­sta­łem się do Koszy­ko­wej, skrę­ci­łem w lewo i sta­ną­łem twa­rzą w twarz z oddzia­łem zomow­ców. Wyglą­dali jak stwory z innej pla­nety. W dło­niach mieli dłu­gie pałki, gumowe, z dru­tem w środku. Trzy­mali pla­sti­kowe tar­cze, które ude­rzane ryt­micz­nie pałami wyda­wały cha­rak­te­ry­styczny łoskot. Wraz ze mną stało może kil­ka­dzie­siąt osób. Tyle samo od strony Placu Zba­wi­ciela, twa­rzą w twarz z dru­gim oddzia­łem blo­ku­ją­cym ulicę. Szok był zbyt silny. Ludzie bali się wycho­dzić z domu, jeśli nie musieli.

Nasza bez­tro­ska, nasze plany arty­styczne, radość z upadku reżimu, wszystko to roz­wiało się jak para bucha­jąca z ust żoł­nie­rzy i zomow­ców patro­lu­ją­cych ulice. Nagle trzeba było doro­snąć i zmie­rzyć się z nie­prze­wi­dy­walną rze­czy­wi­sto­ścią. Wró­ci­łem do Roberta, by zde­cy­do­wać, co robimy. Uzna­li­śmy, że naj­waż­niej­sze jest odzy­ska­nie naszego sprzętu i instru­men­tów. Na Placu Grzy­bow­skim, na postoju tak­só­wek baga­żo­wych, wyna­ję­li­śmy Żuka i kaza­li­śmy się wieźć do Riviery. Tam zerwa­li­śmy pie­czę­cie z drzwi, wrzu­ci­li­śmy nasze graty na pakę i zawieź­li­śmy je na Żoli­borz.

Ulica Moko­tow­ska przed sie­dzibą „Soli­dar­no­ści”, 13 grud­nia 1981

Wła­śnie tam, przy ulicy Bytom­skiej miesz­kała Ida Zwierz­chow­ska z Jur­kiem Jar­mo­ło­wi­czem. Ida odzie­dzi­czyła fan­ta­styczne miesz­ka­nie na par­te­rze willi, gdzie latem sia­dy­wa­li­śmy w ogro­dzie, a zimą grza­li­śmy się przy kominku. Była w zaawan­so­wa­nej ciąży ze swoim pier­wo­rod­nym synem i opie­ko­wała się naszą sza­loną ekipą jak dobra mama. Goto­wała nam nawet obiady i żar­to­wała, że pro­wa­dzi gar­kuch­nię dla inte­li­gen­cji. Jurek poma­gał nam orga­ni­za­cyj­nie. Wtedy wie­dział na przy­kład, że w piw­nicy przy Kra­siń­skiego działa klub cera­mi­ków. Zała­twił z nimi, że przy­ho­łu­bią nas na jakiś czas, dopóki nie znaj­dziemy bar­dziej sto­sow­nego miej­sca.

Wzmac­nia­cze i bębny ulo­ko­wa­li­śmy więc z tru­dem pośród pó­łek z cera­miką arty­styczną i na razie mie­li­śmy gdzie grać. Nie­stety oko­liczni loka­to­rzy narze­kali na hałas, stłu­kło się też parę ozdob­nych misek i gli­nia­nych fal­lu­sów – musie­li­śmy więc wkrótce opu­ścić tę piw­nicę i prze­nieść się do domu kul­tury na Zaci­szu. Tam sąsia­do­wa­li­śmy z pla­cówką Ochot­ni­czej Rezerwy Mili­cji Oby­wa­tel­skiej – nie­sław­nego ORMO. Do tej for­ma­cji wstę­po­wali nie­wy­życi faceci o men­tal­no­ści sze­ry­fów, lubiący egze­kwo­wać swoją mikro­wła­dzę w wyjąt­kowo wredny spo­sób. Pomimo to spę­dzi­li­śmy tam bez więk­szych pro­ble­mów kilka pierw­szych tygo­dni stanu wojen­nego.

To był bodajże osiem­na­sty grud­nia, pią­tek. Sie­dzia­łem sobie spo­koj­nie na swoim mura­now­skim stryszku, kiedy znie­nacka odwie­dziła mnie mama. Od razu wie­dzia­łem, że coś się stało. Bez słowa wrę­czyła mi druk, który wła­śnie wyjęła ze swo­jej skrzynki pocz­to­wej. Wezwa­nie do woj­ska. Jed­nym z prze­pi­sów stanu wojen­nego było pod­wyż­sze­nie gór­nej gra­nicy wieku dla osób prze­zna­czo­nych do obo­wiąz­ko­wej służby zasad­ni­czej. Mia­łem skoń­czone dwa­dzie­ścia sześć lat i myśla­łem, że już się im wymkną­łem, ale teraz znów byłem pobo­ro­wym. Ter­min zgło­sze­nia się do jed­nostki minął poprzed­niego dnia. Kiedy to dostrze­głem, poczu­łem ulgę, że los pod­jął decy­zję za mnie.

– I co teraz zro­bisz? – spy­tała mama, prze­jęta tym, że nie wyjęła listu na czas.

– Nic, mamo. Nic. Musisz tylko ich prze­ko­nać, bo z pew­no­ścią cię odwie­dzą, i to nie jeden raz, że nie masz bla­dego poję­cia, gdzie jestem. Tele­fony nie dzia­łają, nie wolno jeź­dzić z mia­sta do mia­sta, nie wiesz, gdzie jestem, i koniec. Tylko nie daj się zastra­szyć, bo będą się bar­dzo sta­rali ci wmó­wić, że dla wła­snego dobra powi­nie­nem zgło­sić się sam, zanim oni mnie zła­pią.

Tak zosta­łem poszu­ki­wa­nym dezer­te­rem w pierw­szym tygo­dniu stanu wojen­nego. Każdy z nie­zli­czo­nych mili­cyjno-woj­sko­wych patroli mija­nych przeze mnie co dnia spra­wiał, że żołą­dek pod­cho­dził mi do gar­dła. Jaka­kol­wiek dokład­niej­sza kon­trola mogła być począt­kiem podróży do wię­zie­nia albo do kar­nej jed­nostki. Uda­wa­łem więc, że nie ist­nieję. Robi­łem się nie­wi­dzialny, a przy­naj­mniej sta­ra­łem się czuć tak, jakby mnie fak­tycz­nie nie było widać. Każdy kolejny dzień, w któ­rym mnie nie zła­pano, był moim małym zwy­cię­stwem nad juntą. Zasta­na­wia­łem się jed­nak, co bym zro­bił, gdy­bym wpadł. Wymy­śli­łem, że zamknął­bym się w sobie głę­boko i prze­stał nawią­zy­wać jaki­kol­wiek kon­takt z oto­cze­niem. Nie reago­wał­bym na roz­kazy. Nie mył­bym się, nie jadł. Pew­nie na początku bym zdrowo obe­rwał, ale byłem pewien, że to tylko pogłę­bi­łoby moje wyco­fa­nie, aż w końcu musie­liby mnie ode­słać do psy­chia­tryka. Napi­sa­łem wtedy pierw­szą pio­senkę w sta­nie wojen­nym. Po angiel­sku, jak­bym chciał całemu światu opo­wie­dzieć o tym, co się tutaj dzieje. Tym­cza­sem świat wtedy jesz­cze wie­dział bar­dzo nie­wiele.

Jako nie­za­trud­nieni otrzy­ma­li­śmy zaświad­cze­nia, czym zaj­mo­wa­li­śmy się przed 13 grud­nia

they bloc­ked all the roads

they cut all com­mu­ni­ca­tions

set segre­ga­tion camps

for ideo-iso­la­tion

they shot us in mines

they beat us in the stre­ets

it’s their daily bread

they want us to eat

and I never knew

I could hate so much

hate so much

hate so much

too much too much too much…

I’m sca­red to live

I’m sca­red to die

and I’m sca­red when a patrol

is pas­sin’ me by

and I never knew

I could hate so much

hate so much

hate so much

too much too much too much…

Wolna Europa poda­wała, że aresz­to­wani trzy­mani są na sta­dio­nach spor­to­wych i pole­wani wodą, pomimo sil­nego mrozu. Tra­ge­dia w Kopalni Wujek nie była tajem­nicą, ale przez pierw­szych kil­ka­na­ście dni my także gubi­li­śmy się w domy­słach, nie wie­dząc, czego się spo­dzie­wać. Nie było jasne, jak głę­boko się­gają repre­sje, czy aresz­tują tylko aktyw­nych dzia­ła­czy „Soli­dar­no­ści”, czy może muzycy roc­kowi też są na ich celow­niku. Z wolna zaczy­na­li­śmy się orien­to­wać, że ope­ra­cja „stan wojenny” ma nas przede wszyst­kim spa­ra­li­żo­wać lękiem, zamie­nić w cie­nie prze­my­ka­jące pod murami, nie­pewne, czy zdążą do domu przed dwu­dzie­stą drugą.

Od rana do nocy jeź­dziły po War­sza­wie kolumny SKOT-ów, czoł­gów i mili­cyj­nych suk, w tę i z powro­tem, żeby jesz­cze bar­dziej wzmóc tę potworną, ciężką i mroźną atmos­ferę, zabić jaką­kol­wiek nadzieję. War­sza­wiacy szybko nazwali je „paradą gwiazd”. Trwała ope­ra­cja psy­cho­lo­giczna, dobrze zapla­no­wana, przy­go­to­wana i wyko­ny­wana. A jed­nak nie dali­śmy się zastra­szyć. Wciąż ktoś gdzieś roz­rzu­cał ulotki. Radio „Soli­dar­ność” nada­wało krót­kie audy­cje z wielu małych nadaj­ni­ków połą­czo­nych z magne­to­fo­nami kase­to­wymi. Umiesz­czano je na dachach wyso­kich budyn­ków i syn­chro­nicz­nie odpa­lano o tej samej porze, zapo­wia­da­nej wcze­śniej w ulot­kach. Audy­cjom towa­rzy­szyło wycie mili­cyj­nych syren, na ulice wyjeż­dżały łaziki z pelen­ga­to­rami, a nad domami latały mili­cyjne śmi­głowce. Ludzie wpi­nali w ubra­nia opor­niki, które sym­bo­li­zo­wały sprze­ciw wobec Woj­sko­wej Rady Oca­le­nia Naro­do­wego, zwa­nej powszech­nie WRON-ą – tak samo nazy­wano pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej godło Trze­ciej Rze­szy.

Ucznio­wie szkół tech­nicz­nych na zaję­ciach two­rzyli z zespa­wa­nych gwoź­dzi minia­tu­rowe kol­czatki i roz­pro­wa­dzali je po mie­ście. Ludzie rzu­cali te kol­czatki pod koła „parady gwiazd”. W miesz­ka­niu Mila Kur­tisa na Saskiej Kępie przy­go­to­wy­wa­li­śmy wydmuszki jajek i napeł­nia­li­śmy je farbą, by obrzu­cać nimi woj­skowe i mili­cyjne auta jadące Trasą Łazien­kow­ską. Wszy­scy zaczęli nosić ple­caki, żeby utrud­nić wła­dzom namie­rza­nie osób kol­por­tu­ją­cych nie­le­galną bibułę. Cał­kiem poważ­nie zasta­na­wia­li­śmy się, czy doj­dzie do zbroj­nego powsta­nia i czy będziemy gotowi wal­czyć z bro­nią w ręku. Jed­nak junta szybko osią­gnęła zamie­rzony cel. „Soli­dar­ność” została spa­cy­fi­ko­wana, a jej nie­do­bitki zeszły do pod­zie­mia. Opo­wie­ści o ludziach zama­rza­ją­cych na sta­dio­nach oka­zały się wyssane z palca. W Boże Naro­dze­nie i w syl­we­stra zawie­szono godzinę mili­cyjną. Wła­dze zaczęły mówić o „nor­ma­li­za­cji” i obie­cy­wać stop­niowe zno­sze­nie rygo­rów stanu wojen­nego.

Mamę fak­tycz­nie nacho­dzili żan­darmi z Woj­sko­wej Służby Wewnętrz­nej i mili­cyjni taj­niacy, ale po paru tygo­dniach odpu­ścili. Nie zna­czyło to jed­nak, że prze­sta­łem być poszu­ki­wa­nym dezer­te­rem, więc wciąż cho­dzi­łem po mie­ście z duszą na ramie­niu.

W pierw­szych tygo­dniach stanu wojen­nego zgło­sili się do nas jacyś Nor­we­go­wie zaan­ga­żo­wani w poma­ga­nie pod­ziem­nej „Soli­dar­no­ści”. Szu­kali kon­taktu z zakon­spi­ro­wa­nymi dzia­ła­czami, by dostar­czyć im prze­my­cane do Pol­ski mate­riały i urzą­dze­nia dru­kar­skie. Począt­kowo oba­wia­li­śmy się, że może to być pro­wo­ka­cja służb, ale osta­tecz­nie udało się ich skon­tak­to­wać z odpo­wied­nimi ludźmi. Spo­tka­nie odbyło się w kon­spi­ra­cyj­nym miesz­ka­niu bli­sko Placu Grzy­bow­skiego, a wdzięczni Nor­we­go­wie poda­ro­wali nam zapas farb w aero­zolu, w Pol­sce nie­do­stęp­nych. Do końca lat osiem­dzie­sią­tych nawet grube mar­kery trzeba było przy­wo­zić z zagra­nicy, przede wszyst­kim z Ber­lina Zachod­niego.

Spe­cja­li­stą od graf­fiti był Robert. Zazwy­czaj dzie­li­li­śmy się zada­niami – on pisał, a ja sta­łem na cza­tach. Kie­dyś napi­sał żół­tym spre­jem „Anar­chia” na ścia­nie scho­dów pro­wa­dzą­cych do przejść pod­ziem­nych koło Hotelu Forum. Ściany te były wów­czas pokryte małymi okrą­głymi kamy­kami, wpra­so­wa­nymi w cement. Służby miej­skie sta­rały się usu­nąć jaskrawy napis przy pomocy jakiejś żrą­cej sub­stan­cji, czego nie­za­mie­rzo­nym efek­tem stało się uwiecz­nie­nie go na lata. Wid­niał tam wypa­lony w cemen­cie co naj­mniej do końca lat osiem­dzie­sią­tych – bled­nący, ale wciąż czy­telny.

Trzy­na­stego stycz­nia 1982 roku miała miej­sce w War­sza­wie pierw­sza duża demon­stra­cja w sta­nie wojen­nym, na którą przy­szli głów­nie ucznio­wie i stu­denci. Wła­dze posta­no­wiły zapo­biec kolej­nej, orga­ni­zu­jąc trzy­na­stego lutego kon­cert roc­kowy w Hali Gwar­dii, nale­żą­cej do mili­cyj­nego klubu spor­to­wego. Robert i ja dowie­dzie­li­śmy się o tym z pla­ka­tów roz­wie­szo­nych na murach, na któ­rych ku naszemu naj­wyż­szemu zdu­mie­niu wid­niała nazwa „Bry­gada K.”. Od razu poje­cha­li­śmy Alfą Romeo Roberta na Plac Zba­wi­ciela. Tam, nad restau­ra­cją rybną Mesa miała swoją sie­dzibę Rock Estrada – oddział Sto­łecz­nej Estrady, miej­skiej agen­cji kon­certowej. Wpa­dli­śmy do środka z siłą poci­sków bali­stycz­nych i zażą­da­li­śmy wyja­śnień. Przy­wi­tał nas Jacek Ole­chow­ski, który co jakiś czas przy­po­mi­nał sobie, że był naszym mena­dże­rem: „Chło­paki, spo­koj­nie, prze­cież każdy będzie wie­dział, że to wy. Wie­cie, rozu­mie­cie, wszystko się zmie­niło”.

Tak, rozu­mie­li­śmy, że „kry­zys” ofi­cjal­nie skoń­czył się w chwili wpro­wa­dze­nia stanu wojen­nego i słowo to, jak za dotknię­ciem magicz­nej pałki zomowca, znik­nęło z prze­strzeni publicz­nej. Rozu­mie­li­śmy, ale na ampu­ta­cję połowy nazwy zgo­dzić się nie mogli­śmy. Był to także dobry powód, żeby wykrę­cić się od udziału w impre­zie. „Albo zagramy pod pełną nazwą, albo wcale” – oświad­czy­li­śmy kate­go­rycz­nie.

Po latach zasta­na­wia­li­śmy się, czy była to słuszna decy­zja. Mie­li­śmy wtedy taką siłę, że byli­śmy w sta­nie roz­pa­lić publicz­ność do bia­ło­ści. Jed­no­cze­śnie posia­da­li­śmy cał­ko­witą świa­do­mość, że odmowa udziału w tej reżi­mo­wej impre­zie może nam na długo zamknąć drogę dal­szej kariery. Cho­dziło jed­nak o zasady, któ­rych łamać nie mie­li­śmy zamiaru.

Trzeba było pogo­dzić się z tym, że nie poje­dziemy w lutym do Amster­damu, gdzie już zaczęto rekla­mo­wać nasz występ. Nie było szans na dal­sze nagra­nia w Bel­gra­dzie i let­nią trasę po Jugo­sła­wii, a roz­po­częte roz­mowy o kon­cer­cie w Lon­dy­nie urwały się po zamilk­nię­ciu tele­fo­nów i wpro­wa­dze­niu cen­zury na kore­spon­den­cję. Uno­sząca nas jesz­cze nie­dawno fala teraz znie­ru­cho­miała, zamar­zła. Trudno było pogo­dzić się z tym, że tak nagle wszystko się skoń­czyło. Wciąż mie­li­śmy tro­chę ampu­łek z LSD, wystrze­li­wa­li­śmy się więc w kosmos, daleko od pla­nety Zie­mia, gdzie mię­dzy Odrą a Bugiem świat zastygł w bez­ru­chu. Prze­ko­na­łem się wtedy, że „acid” nie służy roz­rywce, bo choć dostar­cza na krótki czas nie­zwy­kłych wra­żeń i doświad­czeń, potem trzeba wró­cić do zwy­kłego życia. Wspa­niałe wspo­mnie­nia pozo­sta­wiają jedy­nie tęsk­notę za czymś nie­osią­gal­nym. Kolejne kwa­sowe podróże nie przy­no­siły już tych wspa­nia­łych odkryć, sta­wa­łem się obo­jętny i prze­zro­czy­sty. Nie było w tym nic pocią­ga­ją­cego, prze­ciw­nie, powo­do­wało głę­boką fru­stra­cję.

2. Niemożliwe staje się możliwe

W lutym 1982 Jacek Ole­chow­ski zgło­sił się do nas z osza­ła­mia­jącą pro­po­zy­cją. Wytwór­nia fono­gra­ficzna Ton­press – będąca czę­ścią Kra­jo­wej Agen­cji Wydaw­ni­czej, nale­żą­cej do par­tyj­nego kon­cernu Robot­ni­czej Spół­dzielni Wydaw­ni­czej Prasa-Książka-Ruch – wybu­do­wała nowe stu­dio nagra­niowe. Mie­ściło się ono w stan­dar­do­wym pawi­lo­nie han­dlo­wym na war­szaw­skim Waw­rzy­sze­wie. Wypo­sa­żone w legen­darny dzi­siaj stół mik­ser­ski Neve, szes­na­sto­śla­dowe magne­to­fony Stu­dera i całą masę topo­wych urzą­dzeń pery­fe­ryj­nych, było naj­no­wo­cze­śniej­szym stu­diem w Pol­sce. By spraw­dzić, czy wszystko zostało pra­wi­dłowo pod­łą­czone i stu­dio działa popraw­nie, trzeba było doko­nać prób­nego roz­ru­chu. Jacek doga­dał się z sze­fem pro­gra­mo­wym Ton­pressu, Mar­kiem Pro­nie­wi­czem, że zatrud­nią nas jako ekipę testu­jącą stu­dio, a przy oka­zji może uda nam się nawet coś nagrać.

Na tych taśmach nagrana jest Czarna płyta Bry­gady Kry­zys

Zanim zain­sta­lo­wa­li­śmy się na Waw­rzy­sze­wie, Jacek zała­twił nam próby w tym­cza­so­wej sie­dzi­bie klubu Medyk na Polu Moko­tow­skim. Popro­sił także Zbyszka Hoł­dysa, by jako star­szy i bar­dziej doświad­czony arty­sta udzie­lił nam kilku prak­tycz­nych rad. Na radach się nie skoń­czyło. Wciąż nie mia­łem przy­zwo­itego instru­mentu i gra­łem na bar­dzo kiep­skiej gita­rze pro­duk­cji rumuń­skiej, którą kupi­łem od kogoś nocą na cmen­ta­rzu żoł­nie­rzy radziec­kich przy Żwirki i Wigury. Zby­szek wspa­nia­ło­myśl­nie poży­czył mi do nagrań swo­jego Gib­sona.

Do współ­pracy zapro­szono ekipę z Lublina, dzia­ła­jącą pod nazwą Sys­tem Stu­dio Poland, zło­żoną z pro­du­centa muzycz­nego Józefa Nowa­kow­skiego, zwa­nego Kubą, oraz inży­niera dźwięku Witolda Pala­cza. Cie­szyli się oni świetną opi­nią jako twórcy mię­dzy innymi brzmie­nia wcze­snego Bajmu. Jacek oba­wiał się jed­nak, czy ich współ­praca z nami będzie się dobrze ukła­dać – mie­li­śmy bowiem zasłu­żoną opi­nię nie­obli­czal­nych i nie­prze­wi­dy­wal­nych świ­rów. Kuba nato­miast był tro­chę hipi­sem, nosił dłu­gie włosy zwią­zane na czubku głowy w węzeł, a Witek Palacz wyglą­dał, cóż, jak inży­nier.

Początki były rze­czy­wi­ście nie­ła­twe. Przy­glą­da­li­śmy się sobie nawza­jem z zain­te­re­so­wa­niem, ale i z nie­uf­no­ścią. Trzeba było jed­nak szybko się zająć roz­kła­da­niem sprzętu, usta­wia­niem mikro­fo­nów i oka­blo­wa­niem, toteż zabra­kło czasu na fana­be­rie. Reży­serka umiesz­czona była kilka metrów powy­żej poziomu stu­dia, od któ­rego dzie­liły ją grube, dźwię­kosz­czelne szyby. Kuba i Witek sie­dzieli tam jak na lot­ni­sko­wej wieży kon­tro­l­nej. Zaczę­li­śmy się więc do nich zwra­cać jak piloci: „Halo, wieża! Halo, wieża!”. To w jakiś magiczny spo­sób natych­miast roz­ła­do­wało napię­cie. Oka­zało się, że nie róż­nimy się aż tak bar­dzo, a moja dobra zna­jo­mość muzyki roc­ko­wej lat sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych pomo­gła zna­leźć wspólny język. Kiedy Kuba zoba­czył, że popa­lamy ukrad­kiem zioło, roze­śmiał się i powie­dział: „Chło­paki, przy­niosę wam coś naprawdę dobrego” – i następ­nego dnia raczy­li­śmy się już wspól­nie zawar­to­ścią jego magicz­nego pudełka. Lody zostały osta­tecz­nie prze­ła­mane.

Zanim zaczę­li­śmy nagry­wać, zapo­zna­wa­li­śmy Kubę i Witka z punk roc­kiem i wcze­sną nową falą, a oni pusz­czali nam naj­wspa­nial­sze nagra­nia sprzed lat, które ja, star­szy od Roberta, zwy­kle zna­łem lepiej lub gorzej, ale dla niego było to odkry­wa­nie cał­kiem nowych muzycz­nych kra­jo­bra­zów. Od samego początku Kuba wtła­czał nam kon­se­kwent­nie do głów jeden prze­kaz: musimy nagrać taką muzykę, jakiej jesz­cze nikt ni­gdy i ni­gdzie nie nagrał. Tylko to, mówił, ma sens. Ach, jak nam się to podo­bało! Dokład­nie tego chcie­li­śmy, a teraz zyska­li­śmy wspa­nia­łych part­ne­rów, któ­rzy myśleli tak samo i ośmie­lali nas do prze­kra­cza­nia kolej­nych gra­nic, pój­ścia jesz­cze dalej, niż przypusz­czaliśmy, że pójść można. Nie mie­li­śmy także żad­nych ogra­niczeń cza­so­wych, co było abso­lut­nie wyjąt­kowe. Mogli­śmy sie­dzieć tam i eks­pe­ry­men­to­wać tak długo, jak długo stu­dio wyma­gało testo­wa­nia, a o tym decy­do­wał Kuba.

Bra­ko­wało nam tylko per­ku­si­sty. Nie pamię­tam, dla­czego Sła­wek Sło­ciń­ski znik­nął nam z pola widze­nia. Zaczę­li­śmy gorącz­kowo szu­kać kogoś, kto dołą­czyłby do nas w stu­diu. Z bęb­nia­rzami było wtedy kru­cho. Dla pro­fe­sjo­nal­nych muzy­ków byli­śmy zanadto ama­tor­scy, a w naszym śro­do­wi­sku dobrych per­ku­si­stów było jak na lekar­stwo i wszy­scy już gdzieś grali. Dla mnie, od lat dobrze osłu­cha­nego z muzyką syn­ko­po­waną, więk­szość bęb­nia­rzy roc­ko­wych grała zbyt „kwa­dra­towo”. Rock and roll to buja­nie i wiro­wa­nie – tego szu­ka­łem, a nie rów­nego, nie­mal mar­szo­wego wybi­ja­nia rytmu. Zasu­ge­ro­wa­łem więc, byśmy poszu­kali jakie­goś jazz­mana. Roz­pu­ści­li­śmy wici i wkrótce dowie­dzia­łem się o ist­nie­niu Janka Rołta, gra­ją­cego w mało zna­nym zespole Tle­nek Jaz­zawy. Janek ni­gdy w życiu nie grał rocka, ale to wła­śnie uzna­łem za jego atut. Zapro­si­li­śmy go do stu­dia i pra­wie bez prób, z mar­szu nagra­li­śmy pod­kłady instru­men­talne nie­mal całego naszego reper­tu­aru. Efekt był zna­ko­mity. Nasza muzyka dostała skrzy­deł, ale z jakie­goś powodu Janek nie był zado­wo­lony. Nie wie­dzie­li­śmy, o co mu cho­dzi, aż w końcu wydu­sił z sie­bie: „Pano­wie, ja jestem lewo­ręczny, a per­ku­sja jest usta­wiona dla bęb­nia­rza pra­wo­ręcz­nego i tro­chę trudno było mi grać”.

Rysu­nek Roberta z wizją Radio­ak­tyw­nego bloku

Kuba nie chciał, żeby­śmy jesz­cze raz nagry­wali cały mate­riał, tak dobrze nam poszło za pierw­szym razem. Co robić? Ura­dzi­li­śmy, że poprze­sta­wiamy per­ku­sję tak, żeby Jan­kowi było wygod­nie, i zary­zy­ku­jemy dogra­nie nowej ścieżki bęb­nów do już nagra­nego mate­riału. Janek pod­jął wyzwa­nie i tak powstały wspa­niałe par­tie per­ku­syjne, które zna­la­zły się na pły­cie. Oprócz Roberta, Janka i mnie w nagra­niu pod­kła­dów wziął udział basi­sta Jeżyk Wereń­ski. W dwóch pio­sen­kach – Fal­len Fal­len Is Baby­lon i Ganja – na basie zagrał na wła­sną prośbę Tomek Szcze­ciń­ski zwany Rasta­ma­nem, czło­nek pierw­szego składu TILT-u. Pierw­szy z tych dwóch utwo­rów to była wer­sja pio­senki z TILT-owego reper­tu­aru, a drugi sty­li­stycz­nie był czymś w rodzaju indu­strial­nego reg­gae, toteż przy­do­mek Tomka nie­jako pre­de­sty­no­wał go do udziału w tym nagra­niu. Nie został uwzględ­niony w opi­sie płyty rów­nież na wła­sną prośbę, którą argu­men­to­wał stra­chem przed pobo­rem do woj­ska. Nie miało to więk­szego sensu, bio­rąc pod uwagę, że to aku­rat ja byłem poszu­ki­wa­nym dezer­te­rem, ale uczy­ni­li­śmy zadość jego życze­niu.

Jak­kol­wiek na kon­cer­tach grał z nami na kon­gach Jarek Pta­siń­ski zwany Gruszką, pod­czas nagrań zwy­kle sam obsłu­gi­wa­łem instru­menty per­ku­syjne, mając za sobą już parę lat doświad­cze­nia. W kilku utwo­rach, gdzie wer­bel Janka grał roc­kowo z akcen­tem na dru­giej i czwar­tej ćwierć­nu­cie, zaak­cen­to­wa­łem na kon­gach ćwierć­nutę trze­cią – miej­sce, gdzie w muzyce reg­gae jest naj­sil­niej­szy akcent, zwy­kle grany jed­no­cze­śnie na wer­blu i bęb­nie baso­wym. Uży­cie kong było cha­rak­te­ry­stycz­nym ele­men­tem, odróż­nia­ją­cym nas od więk­szo­ści nowych kapel roc­ko­wych. Do nagra­nych przez Janka bęb­nów Robert dorzu­cił jesz­cze sporo akcen­tów na taler­zach i mogli­śmy zapi­sy­wać kolejne ścieżki.

Dwie z nagra­nych pio­se­nek powstały latem 1981 roku, w tym samym cza­sie, gdy naro­dziła się Cen­trala. Jedna z nich, Prze­stań śnić, znana także jako Obudź się, jest efek­tem mojego zain­te­re­so­wa­nia bud­dy­zmem. Nato­miast Nie ma nic to zapis atmos­fery gorą­cego lata i prze­bi­ja­nia się z Rober­tem przez kor­don ZOMO w dro­dze z Klubu Riviera Remont do miesz­ka­nia mojej mamy przy Alei Wyzwo­le­nia. Tra­vel­ling Stran­ger jest o mnie – wędrowcu podró­żu­ją­cym poprzez umy­sły ludzi spo­ty­ka­nych po dro­dze, mija­ją­cym smoki poły­ka­jące słońce, lecą­cym spo­mię­dzy roz­pa­da­ją­cych się kształ­tów ku świa­tłu, które jest wszę­dzie i wszyst­kim.

Dwie pio­senki powstały już pod­czas nagrań na Waw­rzy­sze­wie – Radio­ak­tywny blok i The Real One. Pod­kłady do nich nagra­li­śmy nieco póź­niej, pod­czas dogry­wa­nia wokali i par­tii solo­wych sak­so­fonu Tomka Świ­tal­skiego oraz gita­ro­wych soló­wek Roberta. Do napi­sa­nia i skom­po­no­wa­nia Radio­ak­tyw­nego bloku zain­spi­ro­wał nas widok osie­dla Waw­rzy­szew. Pawi­lon, w któ­rym mie­ściło się stu­dio, oto­czony był ogrom­nymi beto­no­wymi blo­kami z wiel­kiej płyty. Chcia­łem, żeby tekst był nieco dada­istyczny, jak Mia­sto. Masa. Maszyna Tade­usza Peipera. Także muzyka miała być mak­sy­mal­nie mecha­niczna, pro­sta, oparta na jed­nym akor­dzie, który zmie­niał się tylko na sło­wach „radio­ak­tywny blok” w naj­krót­szym refre­nie świata. Nato­miast The Real One opo­wiada o mędrcu, który zamie­rza powra­cać na świat tak długo, aż wszy­scy doznają oświe­ce­nia. Pio­senka była o tym, by go nie zawieść.

Nie ma na pły­cie pio­senki Kronsz­tadt, pięk­nej bal­lady Roberta śpie­wa­nej po rosyj­sku. Nie ma też wcze­snej wer­sji Too Much. Podobny los spo­tkał angiel­ską, znacz­nie szyb­szą od ory­gi­nal­nej wer­sję Wojny, noszącą tytuł War Saw, i reg­gae’ową, anglo­ję­zyczną wer­sję utworu Nie wie­rzę poli­ty­kom – I Don’t Believe Poli­ti­shans. Osta­tecz­nie podzie­li­li­śmy mate­riał na dwie czę­ści, jedną z tek­stami pol­skimi, drugą z angiel­skimi. Pierw­sza, pol­ska strona płyty, została opa­trzona literą „A”, a druga, zwy­kle ozna­czana jako „B”, została stroną „Z”.

Two­rzy­li­śmy z Rober­tem coś na kształt sym­bio­tycz­nego, dwu­gło­wego i czte­ro­rę­kiego potwora. Zda­rzają się takie kosmiczne spo­tka­nia, które two­rzą zupeł­nie nową jakość. Wystar­czy posłu­chać TILT-u albo Kry­zysu, zanim powstała Bry­gada Kry­zys. Żadna z pio­se­nek na tej pły­cie nie byłaby tym, czym jest, gdyby nie to kosmiczne sprzę­że­nie zwrotne, w któ­rym Robert był kata­li­za­to­rem kre­acji. Pod wie­loma wzglę­dami byli­śmy jak dwa prze­ciw­stawne bie­guny pola elek­trycz­nego. Czę­sto pytano nas, jak możemy współ­pra­co­wać, tak bar­dzo się róż­niąc, ale po pro­stu mię­dzy tymi bie­gu­nami powsta­wała nie­spo­żyta ener­gia, która nas napę­dzała. Bry­gada Kry­zys powstała z tej ener­gii i sły­chać ją na pły­cie.

Robert i ja na samym początku naszej współ­pracy usta­li­li­śmy dwie żela­zne zasady. Po pierw­sze: każdy nasz wspólny zespół będzie się nazy­wać Bry­gada Kry­zys, bez względu na to, jaki będzie jego pozo­stały skład. Po dru­gie: wszyst­kie utwory pod­pi­su­jemy jako współ­au­to­rzy zarówno tek­stu, jak i muzyki. Tak zostały pod­pi­sane utwory na okładce płyty. Nie­stety, nasz przy­ja­ciel Andrzej Zuzak, który po nagra­niach zawo­ził for­te­pia­nówki i tek­sty do reje­stra­cji w ZAiKS-ie, popeł­nił błąd i kom­po­zy­cje zare­je­stro­wał jako dzieło Roberta, a tek­sty jako moje. Nie przej­mo­wa­li­śmy się tym zbyt­nio – nie miało to wpływu na roz­li­cze­nia finan­sowe. Tak czy ina­czej tan­tiemy autor­skie dzie­li­li­śmy po poło­wie. Nie­stety po latach błąd Zuzaka utrwa­lił się w świa­do­mo­ści fanów i wszyst­kie kom­po­zy­cje przy­pi­sy­wano Rober­towi. Do zmiany tego zapisu ZAiKS wyma­gał wyroku sądo­wego i dopiero teraz można napra­wić ten błąd, zgod­nie z naszą fun­da­men­talną zasadą, któ­rej zawsze chcie­li­śmy być i byli­śmy wierni.

Tym­cza­sem dogry­wa­li­śmy kolejne ścieżki. Naj­pierw moje wokale, dopeł­nione w nie­któ­rych refre­nach przez Roberta. Potem jego riffy i solówki gita­rowe, a na końcu sak­so­fon Tomka Świ­tal­skiego. Kuba nie miał lito­ści. To był rodzaj psy­cho­dramy. Po każ­dej nagra­nej ścieżce pusz­czał pod­kład jesz­cze raz i jesz­cze raz, i jesz­cze raz, pro­wo­ku­jąc nas do coraz więk­szego sza­leń­stwa. Kazał nam uwie­rzyć, że nie znamy gra­nic wła­snych moż­li­wo­ści, i rze­czy­wi­ście raz po raz je prze­kra­cza­li­śmy. Naj­bar­dziej sza­leń­cze par­tie zacho­wy­wał i skła­dał w całość. To wła­śnie dzięki takiemu pro­ce­sowi nagry­wa­nia Robert roz­wi­nął swój cha­rak­te­ry­styczny styl, oparty na mocno prze­ste­ro­wa­nej gita­rze i dłu­gich pogło­sach, roz­po­zna­walny we wszyst­kich jego póź­niej­szych nagra­niach. Tomek Świ­tal­ski zasko­czył nas, i chyba sam sie­bie też, wydo­by­wa­jąc z sak­so­fonu sza­lone solówki, jakich ni­gdy wcze­śniej nie grał.

Cza­sem pra­co­wa­li­śmy nocami, pomimo godziny mili­cyj­nej. Wydaw­nic­two wypo­sa­żyło nas w sto­sowne zaświad­cze­nia i jeź­dzi­li­śmy przez opu­sto­szałe mia­sto, zatrzy­my­wani na każ­dym kolej­nym skrzy­żo­wa­niu przez znu­dzo­nych żoł­nie­rzy i zomow­ców. Prze­ka­zy­wali sobie infor­ma­cje przez radio i cze­kali, żeby nas wyle­gi­ty­mo­wać, bo sta­no­wiło to ich jedyną roz­rywkę w długą, zimną noc przy kok­sow­niku.

Zima z wolna ustę­po­wała wio­śnie. Śnieg top­niał, top­niał też strach pierw­szych tygo­dni stanu wojen­nego. W nie­które dni było już tak cie­pło, że grza­li­śmy się w wio­sen­nym słońcu, sie­dząc na ławce przed stu­diem. Nosi­łem wtedy kurtkę skó­rzaną z napi­sem „Pun­ke­de­lic”, wyma­lo­wa­nym far­bami akry­lo­wymi na ple­cach. Tak nazwa­łem styl, w któ­rym, jak się wła­śnie oka­zało, grała Bry­gada Kry­zys. Psy­che­de­lic skrzy­żo­wany z pun­kiem. Mia­łem też dwa uko­chane płasz­cze. Jeden z bar­dzo gru­bej skóry, woj­skowy, ponie­miecki, i drugi – lekki, jasny, obszerny pro­cho­wiec – pre­zent od Kon­stan­cji Unie­chow­skiej. Cho­dził w nim jej tata, a wcze­śniej nosił go Marek Hła­sko. Choć był miej­scami porwany i poprze­cie­rany, trak­to­wa­łem go tro­chę jak reli­kwię i byłem bar­dzo dumny, że tra­fił na mój grzbiet.

Kiedy nagra­li­śmy już wszystko, co miało być nagrane, Kuba i Witek przy­stą­pili do mik­so­wa­nia. Pozo­sta­wi­li­śmy im pełną swo­bodę. Nasze doświad­cze­nie w tej mate­rii było nie­mal zerowe. Kiedy po dwóch czy trzech tygo­dniach wszystko było gotowe, Kuba zapro­sił nas na odsłu­cha­nie naszego wspól­nego dzieła. Przy­ćmione świa­tła w reży­serce, szum sze­ro­kiej taśmy magne­to­fo­no­wej prze­su­wa­ją­cej się po gło­wi­cach i miga­jące świa­tełka urzą­dzeń pery­fe­ryj­nych two­rzyły cza­ro­dziej­ską atmos­ferę. Poło­ży­łem się na pod­ło­dze mię­dzy sto­łem mik­ser­skim a wewnętrz­nym oknem stu­dia, tuż pod ogrom­nymi kolum­nami gło­śni­ko­wymi. Kuba nie żało­wał decy­beli. Zaczęło się spo­koj­nie, od mojego riffu Cen­trali, ale już po chwili zaata­ko­wała nas ściana dźwięku o gęstej, inten­syw­nej fak­tu­rze, nie­po­zo­sta­wia­jąca miej­sca na jakie­kol­wiek pół­cie­nie. Kuba stwo­rzył sound, który można było albo poko­chać, albo znie­na­wi­dzić. Kiedy wybrzmiał ostatni utwór, zupeł­nie nie wie­dzia­łem, co o tym wszyst­kim myśleć. Ni­gdy przed­tem nie sły­sza­łem cze­goś podob­nego. To się nie mie­ściło w jakich­kol­wiek zna­nych mi kate­go­riach este­tycz­nych. Nie zna­łem kry­te­riów, któ­rymi był­bym w sta­nie to opi­sać czy oce­nić. Ładne, brzyd­kie, dobre, złe – te przy­miot­niki nie miały tu zasto­so­wa­nia.

Taki doku­ment umoż­li­wiał poru­sza­nie się po War­sza­wie pod­czas godziny mili­cyj­nej

Rysunki Roberta ze stu­dia nagra­nio­wego na Waw­rzy­sze­wie

Ofi­cjalny pro­to­kół nagra­nia Czar­nej płyty Bry­gady Kry­zys

Tro­chę się oba­wia­łem, jak taka muzyka zosta­nie przy­jęta przez naszych fanów. Tylko w nie­wiel­kim stop­niu przy­po­mi­nała to, co gra­li­śmy wcze­śniej na kon­cer­tach. Szcze­rze mówiąc, chwi­lami myśla­łem, że Kuba mocno prze­sa­dził, ale z wolna szok mijał i zaczy­na­łem się oswa­jać ze swoją pierw­szą płytą dłu­go­gra­jącą. Nasze nowe brzmie­nie dokład­nie odzwier­cie­dlało nastrój pierw­szych mie­sięcy stanu wojen­nego – opre­sję, napię­cie, strach, wście­kłość, a zara­zem nadzieję i siłę oporu. Po odsłu­cha­niu całego mate­riału Kuba zasu­ge­ro­wał, że na okładce płyty powinna zna­leźć się adno­ta­cja: „Słu­chać gło­śno”. Rze­czy­wi­ście, dopiero przy odpo­wied­nio wyso­kim natę­że­niu dźwię­ków sły­chać było nakła­da­jące się na sie­bie fale i wyła­niały się melo­die wcze­śniej nie­sły­szalne.

Jak Marek Pro­nie­wicz prze­ko­nał do wyda­nia naszego dzieła sze­fową Ton­pressu, panią Kępową, żonę eme­ry­to­wa­nego już wtedy wyso­kiego dzia­ła­cza par­tyj­nego, nie wiem. A jed­nak zro­bił to i tym spo­so­bem Bry­gada Kry­zys została pierw­szym z offo­wych zespo­łów w kata­logu Ton­pressu, toru­jąc drogę Sie­kie­rze, Kul­towi, pierw­szej kapeli Lecha Janerki, o nazwie Klaus Mitf­foch, i całej wiel­kiej fali alter­na­tyw­nego rocka lat osiem­dzie­sią­tych. Kazik Sta­szew­ski, który prze­kształ­cił swój pierw­szy zespół Poland w o wiele bar­dziej inte­re­su­jący Kult, począt­kowo nie miał naj­mniej­szego zamiaru nagry­wać dla Ton­pressu. Widział to jako zdradę ide­ałów i kola­bo­ra­cję z reżi­mem, a przy­naj­mniej tak mi to wyja­śniał, gdy pew­nego dnia spo­tka­li­śmy się w Remon­cie, gdzie aku­rat miał próbę. Ja nato­miast sta­ra­łem się go namó­wić, by jed­nak sko­rzy­stał z zapro­sze­nia i wszedł do stu­dia. Prze­ko­ny­wa­łem go, że to fan­ta­styczna szansa dotar­cia do sze­ro­kiej rze­szy fanów, oka­zja bez pre­ce­densu, z któ­rej grzech byłoby nie sko­rzy­stać. Jak się wkrótce oka­zało, sko­rzy­stał. Powstał wtedy sin­giel z Pio­senką mło­dych wio­śla­rzy, pierw­szym wiel­kim hitem Kultu.

Ton­press uparł się, że okładkę naszej płyty musi zapro­jek­to­wać współ­pra­cu­jący z nimi arty­sta pla­styk. Od razu wydało mi się to ryzy­kowne. Prze­czu­wa­łem, że jego pro­jekt może się nie skleić z naszą muzyką, i nie skleił się. Okładka przed­sta­wiała syl­wetkę klauna z wywa­lo­nym języ­kiem. Byli­śmy zała­mani, a wytwór­nia nie była począt­kowo skłonna do jakich­kol­wiek nego­cja­cji. Pamię­tam, jak sie­dzie­li­śmy przy pięk­nym stole z suro­wego drewna u Idy i Jurka na Bytom­skiej i zasta­na­wia­li­śmy się, co z tym zro­bić. Nasza płyta nie mogła uka­zać się z taką okładką, to było pewne. Jurek gotów był się pod­dać. Krę­cił smutno głową, powta­rza­jąc „prze­gra­li­śmy, prze­gra­li­śmy”. Jed­nak z mojego punktu widze­nia jaka­kol­wiek prze­grana nie wcho­dziła w rachubę. Powie­dzia­łem: „Jurek, skoro tak mówisz, to fak­tycz­nie prze­gra­łeś, ale my nie”.

Następ­nego dnia odwie­dzi­li­śmy z Rober­tem Ton­press miesz­czący się na ulicy Srebr­nej. Sto­jąc pomię­dzy biur­kami, pod­nie­sio­nym gło­sem, bar­dzo sta­now­czo oznaj­mi­li­śmy, że płyta ni­gdy się nie ukaże z klau­nem na okładce. Dla więk­szego wra­że­nia zrzu­ci­li­śmy z biu­rek tro­chę papie­rów i apa­rat tele­fo­niczny, a nawet oskar­ży­li­śmy ich o tłu­mie­nie wol­no­ści arty­stycz­nej, doda­jąc: „To przez takich jak wy Pol­ska upada!”. W cichym i spo­koj­nym zwy­kle biu­rze taka akcja musiała zro­bić wra­że­nie. Wyszli­śmy stam­tąd z obiet­nicą, że jeżeli dostar­czymy nasz pro­jekt, roz­ważą moż­li­wość jego wydru­ko­wa­nia. Wygra­li­śmy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki