Jedyna z archipelagu - Kristin Hannah - ebook + audiobook + książka

Jedyna z archipelagu ebook i audiobook

Kristin Hannah

4,3

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Niezwykła powieść uwielbianej w świecie autorki.

A co ty chcesz powiedzieć swojej matce?

Bolesne dzieje skomplikowanych relacji matki i córki, opowieść o przeszłości, która je dzieli, ale i o perspektywach na przyszłość.

Przed laty Nora Bridge porzuciła męża i córki. Odniosła sukces jako autorka radiowego talk-show i ceniona felietonistka rubryki porad w jednej z gazet. Nora, ikona moralności, wie wszystko; umie też poradzić, jak utrzymać dobre stosunki rodzinne.

Ale sama nie potrafi przełamać jedenastoletniego milczenia i nawiązać kontaktu ze swoją młodszą córką. Ruby przepełnia gorycz i nienawiść do matki, którą wini za rozbicie rodziny i osobiste porażki. Podświadomie pragnie zemsty.

Gdy poczytne czasopismo publikuje zdjęcia nagiej Nory, wybucha skandal... a córka otrzymuje propozycję napisania artykułu, w którym może dać upust swej złości. Jednak wypadek samochodowy odwraca bieg wydarzeń. Ruby zajmuje się ranną matką.

Czy wspólnie spędzony czas odmieni uczucia córki i doprowadzi do zrozumienia i pojednania?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 2 min

Lektor: Anna Dereszowska

Oceny
4,3 (332 oceny)
184
98
34
12
4
Sortuj według:
Zofrac

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna jak-wszystkie książki tej autorki.
10
Szeptucha29

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam autorkę i chyba dlatego spodziewałam się po tej książce czegoś więcej. Spędziłam przyjemne 2 dni czytelnicze.
10
Malgorzataklimek1978

Nie oderwiesz się od lektury

odkrywamy co w życiu jest najważniejsze. przeczytaj i wzrusz się.
10
Basiekm39

Nie oderwiesz się od lektury

Co musi się stać żeby zacząć. ..od nowa. Ksiazka może i przewidywalna ale i tak na jej końcu poleci łza.
10
Renka1979W

Nie oderwiesz się od lektury

kolejna przecudowna historia tej autorki. Nie ma co pisać te książki trzeba czytać. niestety przeczytałam już wszystkie na legimi więc czekam na następne...
00

Popularność




Część pierw­sza

Część pierw­sza

A tylko walka, by odzy­skać to, co stra­cone, Odna­le­zione i utra­cone znowu i znowu: i teraz, w warun­kach, Które wydają się nie­po­myślne. Lecz, myślę, nie są ani zyskiem, ani stratą. Dla nas są tylko usi­ło­wa­nia. Reszta nie naszą jest sprawą.

T.S. Eliot, z East Coker Przeł. Krzysz­tof Bocz­kow­ski

1

Wcze­snym wie­czo­rem spadł deszcz. W zapa­da­ją­cym mroku ulice Seat­tle wyglą­dały jak lustrzane wstęgi pomię­dzy wie­żow­cami.

To spo­kojne mia­sto zmie­niła rewo­lu­cja inter­ne­towa i nawet teraz, po zacho­dzie, roz­brzmie­wało łosko­tem i kuciem, odgło­sami budowy, nie­prze­rwa­nie wybi­ja­ją­cymi jeden rytm. Budynki wyra­stały nie­mal w ciągu jed­nej nocy, wspi­na­jąc się coraz wyżej ku prze­siąk­nię­temu wil­go­cią niebu. Mło­dzi z czer­wo­nymi fry­zu­rami i kol­czy­kami w nosach, ubrani po łach­ma­niar­sku, prze­my­kali przez cen­trum w nowiu­sień­kich jaskra­wo­czer­wo­nych fer­rari.

Na naroż­nym placu w mod­nej ostat­nio dziel­nicy Bel­l­town przy­cup­nął drew­niany budy­nek, w któ­rego sąsiedz­twie kie­dyś było cał­kiem pusto. Dom posta­wiono pra­wie sto lat temu, kiedy rzadko kto chciał miesz­kać tak daleko od środka mia­sta.

Wła­ści­ciele sta­cji radio­wej KJZZ jed­nak nie przej­mo­wali się tym, że nie pasują do mod­nego oto­cze­nia. Nada­wali z tego placu od pięć­dzie­się­ciu lat. Z małego byle jakiego lokal­nego radia stali się naj­więk­szą roz­gło­śnią w sta­nie Washing­ton.

Obecny okres powo­dze­nia zawdzię­czali w dużej mie­rze Norze Bridge, naj­mod­niej­szej rewe­la­cyj­nej autorce pro­gramu radio­wego.

Wpraw­dzie „Odnowa duchowa z Norą” gościła na ante­nie róż­nych sta­cji nie­cały rok, lecz stała się już praw­dzi­wym prze­bo­jem. Firmy rekla­mowe i roz­gło­śnie nie nadą­żały z wypi­sy­wa­niem cze­ków. Rów­nież coty­go­dniowa rubryka porad Nory w gaze­cie, zaty­tu­ło­wana „Nora wie naj­le­piej”, jesz­cze ni­gdy się nie cie­szyła taką popu­lar­no­ścią. Uka­zy­wała się w ponad dwóch tysią­cach sze­ściu­set gaze­tach w całym kraju.

Nora roz­po­częła karierę, udzie­la­jąc porad domo­wych w gaze­cie pro­win­cjo­nal­nej, ale dzięki cięż­kiej pracy i umie­jęt­no­ściom wspięła się wyżej. Jej wyjąt­kowe zaan­ga­żo­wa­nie i wysoki poziom etyczny odkryły naj­pierw miesz­kanki Seat­tle, a wkrótce potem kobiety w całym kraju.

Recen­zenci utrzy­my­wali, że autorka porad potrafi zna­leźć roz­wią­za­nie każ­dego kon­fliktu uczu­cio­wego, czę­sto też zwra­cali uwagę na czy­stość jej serca.

Ale się mylili. Wio­dło jej się dzięki nie­czy­sto­ści serca. Była zwy­kłą kobietą, która popeł­niała nie­zwy­kłe błędy. Dosko­nale rozu­miała wszel­kie prze­ży­cia zwią­zane z pro­ble­mem uczu­cia nie­speł­nie­nia i pro­ble­mem uczu­cia straty.

Sama bowiem ni­gdy ani na chwilę nie potra­fiła zapo­mnieć, co stra­ciła. Co odrzu­ciła. Codzien­nie wie­czo­rem wypo­wia­dała do mikro­fonu wła­ści­wie wła­sne żale i z tej studni smutku czer­pała pocie­sze­nie.

O swoją karierę dbała z lase­rową pre­cy­zją, ostroż­nie udo­stęp­nia­jąc pra­sie tylko to ze swo­jej prze­szło­ści, co mogło być dobrze przy­jęte. Nawet w ubie­głym tygo­dniu maga­zyn „People”, który umie­ścił jej zdję­cie na okładce, nie publi­ko­wał dokład­nej histo­rii jej życia. Sta­ran­nie zatarła ślady. Ow­szem, jej wiel­bi­cielki wie­działy, że prze­żyła roz­wód i ma doro­słe córki. Ale wszel­kie inne szcze­góły na szczę­ście pozo­sta­wały tajem­nicą.

Dziś wie­czo­rem Nora jak zwy­kle pro­wa­dziła audy­cję. Przy­cią­gnęła krze­sło na kół­kach bli­żej mikro­fonu i popra­wiła słu­chawki. Na ekra­nie kom­pu­tera widziała listę ocze­ku­ją­cych roz­mów tele­fo­nicz­nych. Wci­snęła połą­cze­nie dru­gie, przy któ­rym wid­niała infor­ma­cja: „Marge, pro­blemy matka–córka”.

– Dobry wie­czór, Marge, jesteś na ante­nie z Norą Bridge. Co cię nur­tuje?

– Dobry wie­czór… Noro – słu­chaczka zawa­hała się, lekko zdzi­wiona, że nagle sły­szy swój głos na ante­nie, bo cze­kała na roz­mowę pra­wie godzinę.

Nora się uśmiech­nęła, cho­ciaż mógł to dostrzec tylko reali­za­tor. Wie­działa z doświad­cze­nia, że jej wiel­bi­cielki odczu­wają nie­po­kój. Zni­żyła więc głos, by stał się deli­kat­niej­szy.

– Przy­ja­ciółko, jak mogę ci pomóc?

– Mam mały pro­blem z córką, Suki. – Słu­chaczka spłasz­czała w wymo­wie samo­gło­ski, po czym można było poznać, że pocho­dzi ze Środ­ko­wego Zachodu.

– Ile Suki ma lat?

– W listo­pa­dzie skoń­czy sześć­dzie­siąt sie­dem.

– Chyba pewne sprawy zawsze są takie same – roze­śmiała się Nora.

– Mię­dzy mat­kami i cór­kami, tak. Suki zawdzię­czam pierw­szy siwy włos w wieku trzy­dzie­stu lat. Teraz wyglą­dam jak puł­kow­nik San­ders.

Tym razem Nora roze­śmiała się ciszej. Mając czter­dzie­ści dzie­więć lat, nie uwa­żała siwych wło­sów za coś zabaw­nego.

– Marge, więc jaki masz pro­blem z Suki?

– A więc… – Marge prych­nęła. – W ubie­głym tygo­dniu wybrała się w rejs dla osób stanu wol­nego… wiesz, taki, co to wszy­scy ubie­rają się w hawaj­skie spód­niczki i piją czer­wone kok­tajle. Nie­ważne. A dzi­siaj mi mówi, że znów wycho­dzi za mąż za kogoś, kogo poznała na tym statku. W jej wieku! – Znów prych­nęła. – Wiem, że chciała, bym się razem z nią cie­szyła, ale czy ja mogłam? Suki jest trzpiotką. My z Tom­mym byli­śmy mał­żeń­stwem przez sie­dem­dzie­siąt lat.

Nora zasta­na­wiała się, co odpo­wie­dzieć. Oczy­wi­ście, że Marge wie­działa, iż obie z Suki nie są już młode i że czas ściera na proch naj­lep­sze inten­cje. Nie było więc sensu ude­rzać w rzewny ton i mówić o tym. Toteż spy­tała tylko:

– Kochasz swoją córkę?

– Zawsze ją kocha­łam. – W gło­sie Marge zabrzmiało łka­nie. – Nie masz poję­cia, Noro, jak to jest, kiedy tak bar­dzo się kocha córkę… i widzi się, jak ona prze­staje cię potrze­bo­wać. Co będzie, kiedy wyj­dzie za tego męż­czy­znę i cał­kiem o mnie zapo­mni?

Nora zamknęła oczy i usi­ło­wała oczy­ścić umysł ze zbęd­nych myśli. Opa­no­wała tę sztukę dawno temu, słu­chaczki bowiem nie­zmien­nie mówiły o czymś, co ją samą doty­kało do żywego. Musiała się więc nauczyć, jak dawać upust bólowi.

– Marge, każda matka tego się boi. Ale jedy­nym spo­so­bem zatrzy­ma­nia przy sobie dzieci jest wypusz­cze­nie ich w świat. Pozwól Suki zabrać ze sobą całą twoją miłość i niech będzie dla niej takim świa­tłem jak to, które zawsze paliło się w jej rodzin­nym domu. Jeżeli będzie czer­pała z tego siłę, ni­gdy za bar­dzo się nie oddali.

Marge cichutko pła­kała.

– Może do niej zadzwo­nię… i popro­szę, by przy­pro­wa­dziła swego męż­czy­znę na kola­cję.

– To byłby wspa­niały począ­tek. Powo­dze­nia, Marge. I koniecz­nie daj nam znać, jak się wszystko poto­czy. – Odchrząk­nęła i wyłą­czyła się. – Posłu­chaj­cie – powie­działa do mikro­fonu – pomóżmy Marge. Wiem, że wiele z was napra­wiło swoje sto­sunki w rodzi­nie. Dzwoń­cie! Przy­po­mnij­cie Marge i mnie, że miłość nie jest taka kru­cha, jak się cza­sem wydaje.

Oparła się o krze­sło i patrzyła, jak zapa­lają się kolejne połą­cze­nia tele­fo­niczne. Kło­poty rodzi­ciel­skie to zawsze popu­larny temat, zwłasz­cza gdy doty­czy rela­cji: matka–córka. Na moni­to­rze poka­zał się napis: „linia czwarta, pro­blem z pasier­bicą, Ginny”. Ode­brała połą­cze­nie.

– Witaj, Ginny. Jesteś na ante­nie z Norą Bridge.

– Hm, cześć. Uwiel­biam twoją audy­cję.

– Dzięki. Jak sprawy w two­jej rodzi­nie?

Przez następne dwie i pół godziny Nora wkła­dała serce i duszę w porady dla słu­cha­czek. Ni­gdy nie uda­wała, że zna wszyst­kie roz­wią­za­nia ani że jest kimś w rodzaju leka­rza czy tera­peutki rodzin­nej. Chciała tylko oka­zać przy­ja­zne zain­te­re­so­wa­nie tym znę­ka­nym kło­po­tami zwy­czaj­nym ludziom, któ­rych nawet nie znała.

Po zakoń­cze­niu audy­cji jak zwy­kle powró­ciła do swo­jego pokoju. Tam zajęła się odpi­sy­wa­niem na listy oso­bom, które zosta­wiły swoje adresy u pro­du­centa pro­gramu, skła­da­jąc im podzię­ko­wa­nia. Zawsze robiła to sama, nie powie­rzała tej pracy sekre­tarce, która by tylko powie­lała jej pod­pis. Niby była to drob­nostka, ale Nora uwa­żała, że to naprawdę ważne. Każdy, kto miał dość odwagi, by publicz­nie ją pro­sić o radę, zasłu­gi­wał na oso­bi­ste podzię­ko­wa­nie.

Kiedy skoń­czyła, już była spóź­niona.

Chwy­ciła teczkę firmy Fendi i pobie­gła do samo­chodu. Na szczę­ście do szpi­tala było tylko kilka kilo­me­trów. Zapar­ko­wała na pod­ziem­nym par­kingu i weszła do sztucz­nie oświe­tlo­nego holu.

Minęła godzina odwie­dzin, ale w tym małym pry­wat­nym szpi­talu nagięto nie­które prze­pisy dla bar­dzo zaję­tej Nory, ponie­waż od mie­siąca kogoś w nim odwie­dzała regu­lar­nie w soboty i wtorki. Jak widać, nie zaszko­dziło jej to, że jest znaną osobą i że pie­lę­gniarki uwiel­biają jej audy­cję.

Idąc kory­ta­rzem do pokoju Erica, uśmie­chała się na widok zna­jo­mych twa­rzy. Pod jego drzwiami jed­nak przy­sta­nęła i wzięła się w garść.

Wpraw­dzie czę­sto go widy­wała, lecz te wizyty ni­gdy nie były łatwe. Erica Slo­ana trak­to­wała jak wła­snego syna, patrze­nie więc na jego walkę z rakiem było nie do znie­sie­nia. Tym bar­dziej że oprócz Nory nie miał nikogo. Jego rodzice dawno spi­sali go na straty, nie akcep­tu­jąc jego wybo­rów życio­wych, a uko­chany młod­szy brat Dean rzadko miał czas na odwie­dziny.

Kiedy otwo­rzyła drzwi do pokoju, zoba­czyła, że Eric śpi. Leżał w łóżku, zwró­cony twa­rzą do okna. Jego wychu­dłe ciało opa­tu­lone było kolo­rową chu­stą w kwa­draty, którą Nora wła­sno­ręcz­nie zro­biła na dru­tach.

Pra­wie pozba­wiony wło­sów, z głę­boko zapad­nię­tymi policz­kami i otwar­tymi ustami wyglą­dał jak sta­rzec poko­nany przez cho­robę. A nie skoń­czył jesz­cze trzy­dzie­stu jeden lat.

Przez chwilę miała wra­że­nie, jakby widziała go po raz pierw­szy. Cho­ciaż obser­wo­wała te cią­głe zmiany na gor­sze, to tak naprawdę ich nie dostrze­gała. Dopiero teraz ją ude­rzyły – uwi­docz­niły się na twa­rzy jej przy­ja­ciela, pod­czas gdy ona nie­mą­drze uda­wała, że jesz­cze będzie dobrze.

Ale nie będzie. W tej chwili zro­zu­miała, co usi­ło­wał jej prze­ka­zać, i prze­jęło ją to takim bólem – który dotych­czas potra­fiła sobie dzie­lić na moż­liwe do prze­łknię­cia por­cje – aż się prze­ra­ziła, czy go znie­sie. W tej jed­nej chwili, nie dłuż­szej niż ude­rze­nie serca, nadzieja, którą miała, nagle ją opu­ściła. A jeśli dla niej ten brak nadziei był taki bole­sny, to jak Eric może się z tym wszyst­kim upo­rać?

Pode­szła i deli­kat­nie pogła­skała łysy czu­bek jego głowy. Kilka cien­kich kosmy­ków, cie­niut­kich jak paję­czyna, poła­sko­tało jej palce.

Spoj­rzał na nią zaspa­nym wzro­kiem, siląc się na chło­pięcy uśmiech, co mu się nie­mal udało.

– Mam dobre i złe wie­ści – powie­dział.

Dotknąw­szy jego ramie­nia, poczuła, jaki jest kru­chy. Jaki nie­po­dobny do tego wyso­kiego chło­paka o buj­nych wło­sach, który dźwi­gał jej zakupy do domu…

– To zacznijmy od dobrych – odparła wesoło, zawie­sza­jąc głos.

– Już koniec zabie­gów.

Zbyt mocno uchwy­ciła go za ramię – kości się pod­dały, zupeł­nie jak u ptaka, więc natych­miast polu­zo­wała chwyt.

– A złe wie­ści?

Patrzył na nią wzro­kiem bez wyrazu.

– Już koniec zabie­gów. – I dodał: – To decy­zja dok­tora Calo­mela.

Ski­nęła tępo głową, szu­ka­jąc dosta­tecz­nie waż­kich słów, lecz prze­cież przez te jede­na­ście mie­sięcy, odkąd posta­wiono mu dia­gnozę, wszystko już sobie powie­dzieli. Spę­dzili kil­ka­na­ście nocy na oma­wia­niu wła­śnie tej sytu­acji. Nawet sobie wyobra­żała, że jest na nią przy­go­to­wana – na ten począ­tek końca – ale teraz zro­zu­miała, jaka była naiwna. Ni­gdy nie jest się przy­go­to­wa­nym na śmierć, zwłasz­cza gdy cho­dzi o kogoś, kogo się kocha. Jed­nak infor­ma­cja mimo wszystko do niej dotarła, bo przez cały czas obser­wo­wała, jak rak zabiera jej przy­ja­ciela.

Kiedy zamknął oczy, zasta­na­wiała się, czy on usi­łuje teraz zoba­czyć sie­bie jako zdro­wego, peł­nego życia, rado­snego mło­dego czło­wieka… nauczy­ciela uwiel­bia­nego przez uczniów… czy też przy­po­mina sobie, jak kilka lat temu jego part­ner Char­lie leżał w szpi­talu w takim samym łóżku, bez­sku­tecz­nie wal­cząc z AIDS…

W końcu spoj­rzał na nią i usi­ło­wał się uśmiech­nąć, co spra­wiło, że łzy sta­nęły jej w oczach. W tej samej chwili zoba­czyła obrazy z całego jego życia. Widziała go u sie­bie przy kuchen­nym stole jako ośmio­latka pochła­nia­ją­cego chrupki, potar­ga­nego, pie­go­wa­tego chłopca z poobi­ja­nymi kola­nami i uszami wiel­kimi jak cho­chle.

– Wra­cam do domu – powie­dział cicho. – Hospi­cjum będzie poma­gać…

– Wspa­niale – odparła ochry­płym gło­sem i uśmiech­nęła się zbyt rado­śnie, usi­łu­jąc uda­wać, że mówią o tym, gdzie zamie­rza zamiesz­kać, a nie o tym, gdzie posta­no­wił umrzeć. – Napi­sa­łam z wyprze­dze­niem kilka felie­to­nów do mojej rubryki w gaze­cie, więc wezmę tydzień wol­nego i w ciągu dnia będę do cie­bie przy­cho­dzić. Nie­stety wie­czo­rami muszę być w radio, ale…

– Mia­łem na myśli to, że wra­cam na wyspę, do domu.

– Zadzwo­nisz do rodziny? – Nie­na­wi­dziła jego decy­zji, że sam będzie sobie radził z rakiem, ale był nie­ugięty. Zabro­nił Norze mówić o swo­jej cho­ro­bie, a ona, cho­ciaż się z tym nie zga­dzała, nie miała innego wyboru, tylko zasto­so­wać się do jego życze­nia.

– Pew­nie. Bar­dzo mi dotych­czas poma­gała.

– To co innego niż przy­znać się do swo­jej orien­ta­cji, i dobrze o tym wiesz. Czas zadzwo­nić do Deana i do rodzi­ców.

Spoj­rzał na nią z wyra­zem takiej bez­na­dziej­no­ści w oczach, że miała ochotę się odwró­cić.

– Co będzie, jeśli powiem mamie, że umie­ram, a ona mimo to nie przy­je­dzie?

Nora pojęła. Nie chciał ryzy­ko­wać, nawet jeśli praw­do­po­do­bień­stwo, że tak mogłoby się stać, byłoby mini­malne.

– Zadzwoń cho­ciaż do brata. Daj mu szansę.

– Zasta­no­wię się.

– O to cię pro­szę. – Uśmiech­nęła się z przy­mu­sem. – Jeżeli możesz pocze­kać do wtorku, odwiozę cię…

Deli­kat­nie dotknął jej ręki.

– Mam nie­wiele czasu. Usta­li­łem, że polecę samo­lo­tem. Lot­tie jest już w domu i wszystko szy­kuje.

Mam nie­wiele czasu. O ile gorzej było usły­szeć te słowa gło­śno wypo­wie­dziane! Z tru­dem prze­łknęła ślinę.

– Nie możesz być sam.

– Dość – prze­rwał to mięk­kim tonem, a spoj­rze­nie miał jesz­cze bar­dziej mięk­kie, lecz w jego gło­sie pobrzmie­wały nuty daw­nej siły. Przy­po­mi­nał jej, co nie­kiedy było konieczne, że jest doro­słym, doj­rza­łym męż­czy­zną. – No – powie­dział, klasz­cząc w dło­nie – pro­wa­dzimy roz­mowę jak z jakiejś prze­klę­tej sztuki Ibsena. Zaj­mijmy się czymś innym. Słu­cha­łem dziś two­jej audy­cji. Matki i córki. To dla cie­bie nie­ła­twy temat.

Ot tak, po pro­stu spro­wa­dził ich twardo na zie­mię. Jak zwy­kle zdu­miał ją swoją pręż­no­ścią. Wie­działa, że kiedy życie go prze­ra­stało, dzie­lił je na cząstki do prze­łknię­cia. Nor­malne sprawy… zwy­czajne roz­mowy były jego ratun­kiem.

Przy­cią­gnęła krze­sło i usia­dła.

– Ni­gdy nie wiem, co powin­nam powie­dzieć, a kiedy już wypo­wia­dam jakąś poradę, czuję się jak naj­więk­sza hipo­krytka na tej pla­ne­cie. Jak czu­łaby się Marge, gdyby wie­działa, że przez jede­na­ście lat nie roz­ma­wia­łam z wła­sną córką?

Eric nie odpo­wie­dział na to reto­ryczne pyta­nie. Mię­dzy innymi za tę jego cechę kochała go tym bar­dziej. Ni­gdy nie pokrze­piał jej kłam­stwami. Ale rozu­miał, jak bole­sna jest dla niej myśl o młod­szej córce, i dzięki temu było jej lżej.

– Cie­kawa jestem, co teraz pora­bia.

Czę­sto się nad tym zasta­na­wiali i bez końca spe­ku­lo­wali.

Eri­cowi udało się roze­śmiać.

– Jeśli cho­dzi o Ruby, wszystko jest moż­liwe. Może je teraz lunch ze Ste­ve­nem Spiel­ber­giem, a może wła­śnie prze­kłuwa sobie język.

– Kiedy ostat­nio roz­ma­wia­łam z Caro­line, mówiła, że Ruby ufar­bo­wała się na nie­bie­sko. – Nora zaśmiała się i nagle zamil­kła. Nie było to zabawne. – Ruby zawsze miała takie ładne włosy…

Eric się pochy­lił i spoj­rzał na nią z nie­spo­dzie­wa­nym prze­ję­ciem.

– Prze­cież ona żyje, Noro!

– Wiem. – Ski­nęła głową. – I przez cały ten czas to jest moją nadzieją.

– No, a teraz – sze­roko się uśmiech­nął – wycią­gaj trik-traka. Mam ochotę złoić ci tyłek.

Był dopiero drugi tydzień czerwca, a tem­pe­ra­tura się­gała pra­wie czter­dzie­stu stopni. Nie­by­wała fala upa­łów – mówiono w lokal­nych wia­do­mo­ściach – pogoda, jaka bywała w połu­dnio­wej Kali­for­nii na ogół o wiele póź­niej.

Upały dopro­wa­dzały ludzi do sza­leń­stwa. Budzili się w mokrej pościeli i ruszali na poszu­ki­wa­nie szklanki wody, a kiedy tro­chę przy­tom­nieli, ze zdu­mie­niem stwier­dzali, że trzy­mają w ręce broń wycią­gniętą z biblio­teczki. Dzieci pła­kały przez sen i nawet płyn Tyle­nol nie chło­dził ich roz­pa­lo­nej skóry. W całym mie­ście ptaki spa­dały z prze­wo­dów tele­fo­nicz­nych i leżały na spra­gnio­nych wody traw­ni­kach.

W taką pogodę nikt nie był w sta­nie spać, a Ruby Bridge wcale nie sta­no­wiła wyjątku. Leżała roz­cią­gnięta na łóżku, prze­ście­ra­dło zrzu­ciła na pod­łogę, a na czole poło­żyła sobie okład z lodu.

Minuty mijały, jedna po dru­giej odmie­rzane poję­ki­wa­niem okien­nej kli­ma­ty­za­cji, która tylko mełła gorące powie­trze.

Ruby była sama. Przed kil­koma dniami rzu­cił ją chło­pak, Max. Po pię­ciu wspól­nie prze­ży­tych latach po pro­stu wyszedł z jej życia jak hydrau­lik, który zakoń­czył przy­krą robotę.

Pozo­sta­wił po sobie kilka byle jakich mebli i liścik.

Kochana Ruby!

Ni­gdy nie mia­łem zamiaru odko­chać się w Tobie (ani zako­chać w Angie). Ale takie cho­ler­stwo się zda­rza. Wiesz, jak to jest. Chcę być wolny. Zresztą, do dia­bła, oboje wiemy, że ni­gdy i tak mnie nie kocha­łaś.

Trzy­maj się.

Max

Zabawne było to (cho­ciaż zde­cy­do­wa­nie nie tak zabawne, by pękać ze śmie­chu), że pra­wie nie odczu­wała braku Maxa. Ow­szem, było jej brak dru­giego tale­rza na nakry­tym do kola­cji stole, dru­giego ciała w łóżku, które jakby się teraz powięk­szyło. Naj­bar­dziej bra­ko­wało jej pozoru, że jest zako­chana.

Max był… nadzieją. Ucie­le­śnie­niem prze­ko­na­nia, że potrafi kochać i być kochana.

O siód­mej zadzwo­nił budzik. Ruby zsu­nęła się z łóżka, spo­cona, jakby śli­zgała się po ślu­zie śli­maka. Roz­chwiane wez­gło­wie ude­rzyło o ścianę. Biu­sto­nosz i figi lepiły jej się do ciała. Się­gnęła po szklankę wody przy łóżku, przy­tknęła ją do zagłę­bie­nia pomię­dzy pier­siami i poszła do łazienki, gdzie wzięła letni prysz­nic.

Zanim zdą­żyła się wytrzeć, znów oblał ją pot. Wes­tchnęła umę­czona; poszła do kuchni i zapa­rzyła dzba­nek kawy. Nalała sobie fili­żankę, szczo­drze doda­jąc śmie­tanki. Na powierzch­nię wypły­nęły białe grudki, ukła­da­jąc się w kształt krzyża.

Ktoś pew­nie by pomy­ślał, że śmie­tanka skwa­śniała, ale Ruby uznała, że to znak. Jakby potrzebne jej były nad­przy­ro­dzone znaki, by zro­zu­mieć, że utknęła w wirówce życia.

Wylała płyn do zlewu i wró­ciła do sypialni, zbie­ra­jąc z pod­łogi rzu­cone tam czarne, polie­ste­rowe, popla­mione tłusz­czem spodnie i białą baweł­nianą bluzkę. Spo­cona, lecz poga­niana bólem głowy i potrzebą dostar­cze­nia orga­ni­zmowi kofe­iny, ubrała się i wyszła w obez­wład­nia­jący żar.

Na ulicy stał jej poobi­jany volks­wa­gen gar­bus rocz­nik 1970. Po kilku pró­bach zapa­lił i ruszyła do Sie­ka­nych Spe­cja­łów Irmy, mod­nej restau­ra­cyjki przy Wenec­kiej Plaży, gdzie pra­co­wała pra­wie trzy lata.

Ni­gdy nie zamie­rzała zostać kel­nerką, miała to być tym­cza­sowa praca, dzięki któ­rej mogła pła­cić rachunki do czasu aż sta­nie na nogi, wzbu­dzi sen­sa­cję w jed­nym z oko­licz­nych klu­bów kome­diowo-saty­rycz­nych, wystąpi gościn­nie w tele­wi­zyj­nym talk-show Jaya Leno i wresz­cie dosta­nie pro­po­zy­cję zagra­nia we wła­snym sit­co­mie, któ­rego traf­nie zaty­tu­łuje „Ruby!”. Zawsze wyobra­żała sobie ten tytuł z wykrzyk­ni­kiem, podobny do rewio­wych w Vegas, jakie uwiel­biała bab­cia.

Lecz mając dwa­dzie­ścia sie­dem lat, nie była już trak­to­wana jako osoba młoda. Zda­rzało jej się sły­szeć, że jest „za stara”, pra­wie od dzie­się­ciu lat, kiedy to sta­rała się zro­bić karierę jako autorka i wyko­naw­czyni tek­stów humo­ry­stycz­nych. Według powszech­nej opi­nii, jeżeli nie uda ci się do trzy­dziestki, to już po tobie. Ruby więc doszła do wnio­sku, że powinna się uwa­żać za ura­to­waną w ostat­niej chwili.

Wje­chała na par­king w stylu lat pięć­dzie­sią­tych. przed restau­ra­cją i usi­ło­wała zna­leźć miej­sce, manew­ru­jąc mię­dzy sta­rymi autami combi i busami volks­wa­gena. Ze wszyst­kich moż­li­wych stron samo­cho­dów były umo­co­wane deski sur­fin­gowe; zde­rzaki oble­piono nalep­kami tak, że nie­mal nie widać było lakieru. Wybla­kła na słońcu reklama słyn­nego omletu Irmy z sze­ściu jaj przy­wę­dro­wała z dale­kiego wschod­niego wybrzeża. Ruby zapar­ko­wała koło mini­busu, który mógłby rów­nie dobrze wziąć się z filmu Bez­tro­skie lata w Rid­ge­mont High.

Wymu­siła na twa­rzy uśmiech i skie­ro­wała się do restau­ra­cji. Kiedy otwo­rzyła drzwi, nad jej głową wesoło roz­dzwo­nił się dzwo­ne­czek.

Irma ruszyła w jej stronę, toru­jąc sobie drogę trzy­pię­trową fry­zurą w kształ­cie ula. Jak zwy­kle pędziła, pochy­lona do przodu niby dziób toną­cego statku, po czym gwał­tow­nie zatrzy­mała się przed Ruby. Przy­mru­żyła mocno uma­lo­wane oczy, co dało Ruby powód do zasta­no­wie­nia się, czy kie­dyś wiek ludzi dzięki maki­ja­żowi będzie trzeba okre­ślać metodą węgla radio­ak­tyw­nego.

– Według gra­fiku mia­łaś pra­co­wać wczo­raj wie­czo­rem.

– O, cho­lera! – skrzy­wiła się Ruby.

Irma skrzy­żo­wała ręce.

– Zwal­niam cię. Nie możemy na cie­bie liczyć. Debby musiała wczo­raj obsłu­gi­wać za dwie osoby. W kasie czeka na cie­bie osta­teczne roz­li­cze­nie. Mun­du­rek masz zwró­cić jutro. Wyprany.

Usta Ruby zadrżały w bun­cie. Na myśl, że musi pro­sić o tę gów­nianą pracę, aż zebrało jej się na mdło­ści.

– Irmo, co ty, prze­cież muszę mieć tę robotę.

– Przy­kro mi, naprawdę. – Irma odwró­ciła się i ode­szła.

Ruby stała tak z minutę, wdy­cha­jąc zna­jomy zapach syropu klo­no­wego zmie­sza­nego z tłusz­czem, po czym chwy­ciła czek z kasy i wyszła z restau­ra­cji.

Wsia­dła do samo­chodu i odje­chała. Bez celu krą­żyła po uli­cach, a kiedy poczuła się tak, jakby jej twarz się roz­pły­wała, zapar­ko­wała w dziel­nicy han­dlo­wej. W mod­nych kli­ma­ty­zo­wa­nych buti­kach widziała dzie­siątki pięk­nych rze­czy, na które nie mogła sobie pozwo­lić, sprze­da­wane przez dziew­czyny o połowę od niej młod­sze. Pomy­ślała, że się­gnęła samego dna. Nagle dostrze­gła wywieszkę w skle­pie dla zwie­rząt: „Potrzebna pomoc”.

Nie ma mowy! Dość już miała poda­wa­nia odpa­dów woło­wych rodzi­nie Butt. Niech ją dia­bli, jeżeli zde­cy­duje się na sprze­da­wa­nie im wszyst­kim fre­tek.

Wró­ciła do samo­chodu i odje­chała, pędząc do celu. Kiedy zna­la­zła się na bul­wa­rze Wil­shire, przy­sta­nęła przed wie­żow­cem i zapar­ko­wała.

Nim zdą­żyła sobie wyper­swa­do­wać całą eska­padę, już jechała windą na ostat­nie pię­tro. Drzwi się otwo­rzyły, powi­tało ją słod­kie chłodne powie­trze, osu­sza­jąc pot na jej policz­kach.

Poma­sze­ro­wała kory­ta­rzem do biura swo­jego agenta i wpa­dła do środka przez dwu­skrzy­dłowe drzwi prze­szklone mro­żo­nym szkłem.

Recep­cjo­nistka Mau­deen Wach­smith sie­działa z nosem utkwio­nym w roman­sie. Uśmiech­nęła się, led­wie pod­no­sząc wzrok.

– Cześć, Ruby. Jest dziś zajęty. Musisz się spe­cjal­nie umó­wić.

Ruby prze­le­ciała koło Mau­deen i szarp­nąw­szy, otwo­rzyła drzwi.

Jej agent, Valen­tine Light­ner, sie­dział za błysz­czą­cym sze­ro­kim biur­kiem. Pod­niósł wzrok. Kiedy zoba­czył, że to ona, uśmiech zastą­piła zmarszczka na czole.

– Ruby… nie byli­śmy umó­wieni… prawda?

Mau­deen wypa­dła zza ple­ców Ruby.

– Prze­pra­szam, panie Light­ner…

– Nic nie szko­dzi, Mau­deen – powie­dział, pod­no­sząc szczu­płą rękę. I opie­ra­jąc się o krze­sło, spy­tał: – O co cho­dzi, Ruby?

Odcze­kała, aż Mau­deen wyj­dzie, i pode­szła do biurka. Z upo­ko­rze­niem myślała o tym, że ma na sobie strój z restau­ra­cji i że widać, jak się poci pod pachami.

– Czy jest jesz­cze ta robota na statku wyciecz­ko­wym?

Trzy mie­siące temu śmiała się z tej pro­po­zy­cji – statki wyciecz­kowe grze­bią wszel­kie talenty – ale teraz nie wyda­wała jej się poni­ża­jąca, wręcz prze­ciw­nie: o wiele prze­wyż­sza­jąca jej moż­li­wo­ści.

– Sta­ra­łem się ci to zała­twić, Ruby. Piszesz zabaw­nie, ale prawda jest taka, że jest to do niczego. I nikt tu nie chce przy­szy­wać ci łatek, ale cho­dzi o to, że powstała olbrzy­mia zapora. Spa­li­łaś za sobą zbyt wiele mostów. Nikt nie chce z tobą współ­pra­co­wać.

– Ktoś…

– Nikt. Pamię­tasz tę pracę, którą ci zała­twi­łem przy sit­co­mie? Opóź­ni­łaś pro­duk­cję pierw­szego tygo­dnia i wszy­scy dosta­wali fioła przez twoje poprawki.

– Moja boha­terka była idiotką. W jej roli nie było ani jed­nej zabaw­nej linijki.

Val spoj­rzał na nią; lodo­wato nie­bie­skie oczy powoli zwę­żały się w szparki.

– Mam ci przy­po­mnieć, że ten show na­dal jest nada­wany, i inna… mniej uta­len­to­wana aktorka… zara­bia na każ­dym odcinku trzy­dzie­ści tysięcy dola­rów, mówiąc to, co ma powie­dzieć?

– To gów­niany show. – Ruby padła na obite zamszem krze­sło przed jego biur­kiem. Dopiero po chwili udało jej się skło­nić do pokory wła­sne ego. – Nie mam gro­sza. Irma w restau­ra­cji mnie zwol­niła.

– Możesz chyba zadzwo­nić do matki.

Przy­mknęła na chwilę oczy i wzięła głę­boki oddech.

– Val, nie wkra­czaj na ten teren – powie­działa ze spo­ko­jem.

– Wiem, wiem, straszna z niej cho­lera. Ale widzia­łem ten arty­kuł o niej w „People”. Jest sławna i bogata. Może by ci pomo­gła.

– Ty też jesteś sławny i bogaty i nie możesz mi pomóc. A poza tym już dość mi pomo­gła. Odro­bina wię­cej mat­czy­nej tro­ski może spra­wić, że wylą­duję na Oddziale B, przy­wią­zana do stołu, śpie­wa­jąc, że muszę być sobą. – Ruby wstała, co kosz­to­wało ją wiele wysiłku, bo wła­ści­wie miała ochotę tylko na to, by zwi­nąć się w kłę­bek i spać. – Dzięki ci za nic, Val.

– Cho­ler­nie łatwo ci pomóc dzięki tej two­jej iskrzą­cej oso­bo­wo­ści. – Wes­tchnął. – Spró­buję w Azji. Lubią tam humor ze Sta­nów. Może mogła­byś pra­co­wać w klu­bie noc­nym.

Na samą myśl o tym zro­biło jej się mdło.

– Mam opo­wia­dać kawały tłu­ma­czowi? – Skrzy­wiła się, wyobra­ża­jąc sobie sie­bie w jed­nym z tych męskich barów, gdzie kobiety skrę­cają się na błysz­czą­cych srebr­nych drąż­kach za jej ple­cami. Już spę­dziła tro­chę czasu na takich nume­rach. Cała mło­dość minęła jej w cie­niu reflek­to­rów oświe­tla­ją­cych kogoś innego. – Może czas, bym się pod­dała. Ska­so­wała. Przy­znała się do porażki.

Val spoj­rzał na nią.

– A co będziesz robić?

Nie powie­dział: „Ruby, nie rób tego, jesteś zbyt uta­len­to­wana, by się pod­dać”. Tak twier­dził sześć lat temu.

– Doszłam na Uni­wer­sy­te­cie Kali­for­nij­skim do połowy dyplomu z lite­ra­tury angiel­skiej. Może więc dostanę robotę kie­row­niczki w Bur­ger Kingu.

– Pew­nie, zde­cy­do­wa­nie nada­jesz się do służby publicz­nej.

Nie potra­fiła się nie roze­śmiać. Od dawna współ­pra­co­wała z Valem, od swo­ich pierw­szych dni w Skle­pie z Humo­rem. Zawsze był jej mistrzem, naj­więk­szym wiel­bi­cie­lem, ale przez ostat­nie lata go roz­cza­ro­wała, co w pew­nym sen­sie było gor­sze niż roz­cza­ro­wać sie­bie. Stała się trudna we współ­pracy, wybu­chowa, nie bar­dzo było wia­domo, co może robić, ale przy tym wszyst­kim prze­stała być zabawna. Wszyst­kie inne prze­szkody Val mógłby poko­nać. Ona sama też nie wie­działa, co się z nią dzieje. Chyba że pro­ble­mem była złość, która tra­wiła ją przez cały ten czas. Powinna wyha­mo­wać.

– Bar­dzo ci dzię­kuję za wszystko, co dla mnie zro­bi­łeś. Wiem, że trudno jest zała­twić pracę pri­ma­don­nie bez talentu.

Gdy tylko wypo­wie­działa te słowa, usły­szała ich pod­tekst. Wyra­żały waha­nie i strach, ale prze­cież się żegnała. Naj­gor­sze jed­nak było to, że Val też sły­szał pod­tekst tych słów i nie zaopo­no­wał: „Nie, nie rób tego, jesz­cze daleko nam do końca”. Powie­dział coś innego:

– Zasad­ni­czo masz duży talent. Od two­jego uśmie­chu może się w pokoju zro­bić jasno, a dow­cip masz cięty. – Pochy­lił się w jej stronę. – Ale chcę cię o coś spy­tać: Kiedy prze­sta­łaś się uśmie­chać?

Oczy­wi­ście, znała odpo­wiedź. Stało się to w pierw­szej kla­sie liceum, ale nie chciała wspo­mi­nać tego okresu, nawet gdyby nie miała Valowi o nim odpo­wie­dzieć.

„Przed­mioty odbite w lustrze znaj­dują się bli­żej, niż się wydaje”. Podob­nie jest ze wspo­mnie­niami. Lepiej im się nie przy­glą­dać.

– Nie wiem – odparła cicho, uni­ka­jąc jego wzroku. Żało­wała, że nie może się zdra­dzić przed Valem, jak bar­dzo się boi i jak się czuje samotna. Pomy­ślała, że gdyby choć raz potra­fiła oka­zać swą kru­chość przed kimś zna­jo­mym, może to by ją ura­to­wało.

Ale nie potra­fiła. Nawet kiedy mocno się sta­rała, nie potra­fiła nie mieć się na bacz­no­ści. Uczu­cia miała bar­dzo głę­boko scho­wane i her­me­tycz­nie zamknięte, więc każda rana i wspo­mnie­nie pozo­sta­wały świeże.

– No więc – ode­zwała się w końcu, pro­stu­jąc ramiona i wypi­na­jąc do przodu nie­oka­załą pierś. Przez sekundę miała uczu­cie, że wygląda absur­dal­nie, jak zra­niony wró­bel, który usi­łuje zro­bić wra­że­nie na sokole wędrow­nym. – Chyba sobie pójdę. Jeżeli mam się wybrać na połów, to muszę gdzieś dorwać sieci i puszkę przy­nęty.

Val blado się uśmiech­nął.

– Będę dzwo­nił w spra­wie Azji. Poga­damy za kilka dni.

– Jestem ci wdzięczna. – Powie­dzia­łaby wię­cej, może nawet by się odro­binę popłasz­czyła przed nim, ale w gar­dle jakby jej coś spu­chło.

Val obszedł biurko i zna­lazł się przy niej. W jego spoj­rze­niu dostrze­gła smu­tek i żal.

– Zgu­bi­łaś się – stwier­dziła cicho.

– Wiem.

– Posłu­chaj, Ruby. Wiem, jak to jest z zagu­bie­niem. Trzeba zacząć od nowa.

Z tru­dem prze­łknęła ślinę. Tego rodzaju szcze­rość jest bar­dziej zwy­czajna w innych rejo­nach kraju, tam gdzie czas mie­rzy się porami roku czy przy­pły­wami. Tutaj, w Los Ange­les, czas ula­tuje w trzy­dzie­sto­se­kun­do­wych spo­tach rekla­mo­wych. W takim tem­pie nie roz­wi­jają się praw­dziwe uczu­cia.

– Val, nie martw się o mnie. Dam sobie radę. Teraz idę do domu uczyć się japoń­skiego.

– Taką cię lubię. – Ści­snął jej ramię.

– Sajo­nara. – Poma­chała mu, wygi­na­jąc palce w kali­for­nij­skim „pa, kocha­nie”, i wyfru­nęła z biura. Nie było łatwo fru­wać w mokrym od potu stroju kel­nerki, więc gdy tylko zna­la­zła się za drzwiami, zre­zy­gno­wała ze sztucz­nego uśmie­chu. Weszła do windy, zje­chała do holu i ruszyła do samo­chodu. Volks­wa­gen wyglą­dał jak pół­żywy czerw­cowy żuk, porzu­cony przy par­ko­me­trze. Kiedy do niego wsia­dła, aż się skrzy­wiła, bo sie­dze­nie parzyło.

Na przed­niej szy­bie zoba­czyła kwit par­kin­gowy.

Opu­ściła szybę i wycią­gnęła go spod zardze­wia­łej wycie­raczki. Skrę­ciła papier w kulkę i wyrzu­ciła przez okno. Według niej żąda­nie zapłaty za tego grata i ocze­ki­wa­nie, że ona nastąpi, było niczym pozo­sta­wie­nie rachunku do zapłaty na poduszce w schro­ni­sku dla bez­dom­nych.

Zanim kwit par­kin­gowy wylą­do­wał na jezdni, ona już zapa­liła sil­nik i odje­chała od kra­węż­nika; po chwili porwały ją ze sobą sznury samo­cho­dów jadą­cych bul­wa­rem Wil­shire.

W Stu­dio City ruch był mniej­szy. Kil­koro dzieci leni­wie bawiło się w małych fron­to­wych ogród­kach. Z powodu zagro­że­nia poża­ro­wego nie mar­no­wało się wody na zjeż­dżal­nie i spry­ski­wa­cze traw­ni­ków.

Ruby prze­je­chała ostroż­nie koło dużego obśli­nio­nego psa świę­tego Ber­narda, śpią­cego pośrodku ulicy, i zapar­ko­wała przy kra­węż­niku przed swoim osie­dlem.

Z czoła ciur­kiem spły­wał jej pot, gdy ruszyła po scho­dach. Nikt nie wyszedł się przy­wi­tać – było zbyt gorąco. Sąsie­dzi pew­nie zbili się w rodzinne kokony przy urzą­dze­niach kli­ma­ty­za­cyj­nych w oknach miesz­kań – tak współ­cze­śnie wyglą­dało w Los Ange­les życie, któ­rego pier­wo­wzo­rem było życie jaski­niow­ców sku­pio­nych wokół cudow­nego ognia.

Zanim dotarła na swoje pię­tro, zasa­pała się, jak Shel­ley Win­ters po kąpieli w Tra­ge­dii „Posej­dona” i była pra­wie tak samo mokra. Pot spły­wał jej z czoła i zale­wał rzęsy, zacie­ra­jąc obraz wszyst­kiego.

Chwilę trwało, zanim zdo­łała otwo­rzyć drzwi. Tak było zawsze. Wzdłuż progu zwi­nął się znisz­czony chod­nik. W końcu udało jej się pchnąć drzwi i poty­ka­jąc się, wpa­dła do środka.

Stała zady­szana. Patrzyła na nie­szczę­sne meble w zdu­mie­wa­jąco małym miesz­ka­niu i nagle poczuła gorące ukłu­cie łez.

Przy­szła jej do głowy absur­dalna myśl: gdyby tak spadł deszcz!

Cały dzień mógłby ina­czej wyglą­dać, gdyby ta cho­lerna pogoda była inna.

2

Czer­wiec w Seat­tle był trud­nym mie­sią­cem. Wła­śnie wtedy, gdy po raz ostatni ode­zwały się szkolne dzwonki i kwi­tły peonie oraz ostróżki, miesz­kańcy mia­sta zaczęli narze­kać, że zostali oszu­kani. Desz­cze padały od paź­dzier­nika – jak zwy­kle przy­się­gano wów­czas, że po raz pierw­szy przy­szły tak wcze­śnie – toteż w ostat­nim tygo­dniu maja nawet przy­zwy­cza­jeni do mete­oro­lo­gicz­nych dzi­wactw zaakli­ma­ty­zo­wani oby­wa­tele mia­sta mieli dość. Z namasz­cze­niem oglą­dali wia­do­mo­ści, a w nich pierw­sze zada­jące katu­sze zdję­cia ludzi kąpią­cych się w cie­płych wodach gdzieś dalej na połu­dnie. Dzwo­nili krewni i przez tele­fony komór­kowe dono­sili, że wła­śnie urzą­dzają przy­ję­cie z gril­lem. Lato zawi­tało już do wszyst­kich innych zakąt­ków Ame­ryki.

Miesz­kańcy mia­sta patrzyli na to w kate­go­riach spra­wie­dli­wo­ści. Prze­cież nale­żało im się lato. Przez dzie­więć bitych mie­sięcy zno­sili ponurą pogodę i dawno powinno świe­cić słońce.

Nie było to więc żadne zasko­cze­nie, że w dniu pięć­dzie­sią­tych uro­dzin Nory Bridge padał deszcz. Lecz nie uznała, że ta pogoda może być oznaką czy zapo­wie­dzią pecha.

Patrząc z per­spek­tywy czasu, jed­nak powinna.

Ale ona po pro­stu myślała: deszcz. Oczy­wi­ście. Pra­wie zawsze padało w jej uro­dziny.

Stała w oknie swo­jego biura, popi­ja­jąc ulu­biony napój – szam­pana Mumm’s z pla­ster­kiem brzo­skwini – i przy­glą­da­jąc się ruchowi ulicz­nemu na ulicy. Była czwarta trzy­dzie­ści po połu­dniu. Godzina szczytu w mie­ście, które już dzie­sięć lat temu roz­ro­sło się poza sys­tem auto­strad.

Dzie­siątki kart uro­dzi­no­wych usta­wio­nych na para­pe­cie uło­żyły się w wachlarz na tle widzia­nej z góry korony klonu.

Dostała karty i pre­zenty od wszyst­kich, któ­rzy pra­co­wali przy jej audy­cji radio­wej. Wszyst­kie były odpo­wied­nie i ładne, ale naj­cen­niej­szą otrzy­mała od star­szej córki, Caro­line.

Oczy­wi­ście, radość Nory przy­ćmie­wał fakt, że i w tym roku Ruby nie przy­słała jej kartki.

– Jutro poczu­jesz się dobrze – powie­działa cicho do wła­snego odbi­cia w zala­nej desz­czem szy­bie.

Pozwo­liła sobie na kilka chwil żalu i bólu, że nie dostała tej kartki, po czym wzięła się w garść. Pięt­na­ście lat tera­pii nauczyło ją, jak prze­cho­wy­wać prze­ży­cia w osob­nych prze­gród­kach.

Przez ostat­nie lata wresz­cie udało jej się upo­rać z burz­li­wymi uczu­ciami. Zała­ma­nia i depre­sje, które kie­dyś były plagą jej życia, teraz stały się tylko odle­głymi bole­snymi wspo­mnie­niami.

Odwró­ciła się od okna i spoj­rzała na krysz­ta­łowy zegar na biurku. Wska­zy­wał czwartą trzy­dzie­ści osiem.

Wszy­scy krzą­tali się na dole w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Roz­kła­dali sma­ko­łyki, roz­sta­wiali butelki szam­pana, tale­rze z pla­ster­kami brzo­skwiń. Asy­stenci, publi­cy­ści, redak­to­rzy, pro­du­cenci przy­go­to­wy­wali się, by spę­dzić godzinę swo­jego cen­nego pry­wat­nego czasu na przy­ję­ciu urzą­dzo­nym jako „nie­spo­dzianka” dla naj­now­szej gwiazdy radio­wej.

Odsta­wiła na biurko kie­li­szek po szam­pa­nie i otwo­rzyła szu­fladę, by wyjąć z niej małą czarną puder­niczkę Cha­nel. Popra­wiła maki­jaż i wyszła z pokoju.

Na kory­ta­rzach pano­wał nie­zwy­kły spo­kój. Pew­nie wszy­scy poma­gali urzą­dzać przy­ję­cie. Dokład­nie o czwar­tej czter­dzie­ści pięć Nora weszła do sali kon­fe­ren­cyj­nej.

Była pusta.

Długi stół nie był nakryty, nie roz­sta­wiono na nim jedze­nia, na pod­ło­dze nie widać było kolo­ro­wych dro­bi­nek kon­fetti. Na lam­pach pod sufi­tem zawie­szono trans­pa­rent z życze­niami uro­dzi­no­wymi. Wyglą­dało to tak, jakby ktoś zaczął urzą­dzać przy­ję­cie i nagle zre­zy­gno­wał.

Dopiero po chwili zauwa­żyła, że po lewej stoją dwaj męż­czyźni: Bob Whar­ton, wła­ści­ciel i dyrek­tor sta­cji, oraz Jason Close, jej główny praw­nik.

Na twa­rzy Nory poja­wił się cie­pły uśmiech.

– Witaj, Bob. Witaj, Jason – powie­działa, pod­cho­dząc do nich. – Cie­szę się, że jeste­ście.

Męż­czyźni szybko wymie­nili spoj­rze­nia. Poczuła się nie­swojo.

– Bob, o co cho­dzi?

Pełna twarz Boba, na którą posta­rza­jąco wpły­nęły lun­che zakra­piane dwoma mar­tini i papie­rosy wypa­lane w licz­bie dwu­dzie­stu sztuk dzien­nie, w wyra­zie zasę­pie­nia wyglą­dała jesz­cze bar­dziej pomarsz­czona.

– Mamy złe wia­do­mo­ści.

– Złe wia­do­mo­ści?

Jason prze­su­nął się obok Boba i pod­szedł do Nory. Sta­lo­wo­szare włosy miał ide­al­nie ucze­sane. W czar­nym gar­ni­tu­rze Arma­niego wyglą­dał niczym czter­dzie­sto­letni szef mafii.

– Bob ode­brał dziś tele­fon od nie­ja­kiego Vince’a Corella.

Poczuła się tak, jakby ktoś ją spo­licz­ko­wał. Zabra­kło jej powie­trza.

– Twier­dził, że kiedy byłaś mężatką, miał z tobą romans. Żądał zapłaty za mil­cze­nie.

– Ależ, Noro! – wybeł­ko­tał z wście­kło­ścią Bob. – Pozwo­li­łaś sobie na jakiś cho­lerny romans, kiedy dzieci były jesz­cze małe! Powin­naś nam o tym powie­dzieć.

Tysiące razy powta­rzała czy­tel­nicz­kom i słu­chacz­kom, żeby były silne. „Ni­gdy nie pozwól, by ktoś widział, że się boisz. Wierz w sie­bie, a wtedy inni też będą w cie­bie wie­rzyć”. Ale teraz jej samej zabra­kło tej siły.

– Mogła­bym powie­dzieć, że kła­mie – zauwa­żyła, ale sły­sząc swój nie­pewny, prze­stra­szony głos, aż się skrzy­wiła.

Jason otwo­rzył teczkę i wycią­gnął brą­zową kopertę.

– Pro­szę.

Kiedy Nora otwie­rała kopertę, trzę­sły jej się ręce.

W środku były czarno-białe zdję­cia. Zaczęła wycią­gać kartkę papieru. Kiedy wysu­nęła ją do połowy, już wie­działa, co to jest.

– Boże! – szep­nęła. Się­gnęła po naj­bli­żej sto­jące krze­sło i ucze­piła się żela­znego opar­cia. Nie osu­nęła się na kolana tylko dzięki sile woli. Wepchnęła zdję­cia z powro­tem do koperty.

– Musi być jakiś spo­sób, żeby do tego nie dopu­ścić. – Spoj­rzała na Jasona. – Zakaz prawny. To są pry­watne zdję­cia.

– Zga­dza się. Ale jego. Prze­cież wie­dzia­łaś… że je robiono. Pozu­jesz. Pew­nie cze­kał, aż sta­niesz się sławna. Ode­zwał się po tym arty­kule w „People”.

Nabrała powie­trza w płuca.

– Ile chce?

Minęła nabrzmiała ciszą chwila, po czym Jason przy­su­nął się bli­żej.

– Pół miliona dola­rów.

– Mogę zdo­być tę sumę…

– Pie­nią­dze ni­gdy nie zała­twiają do końca takich spraw. Sama to wiesz. Prę­dzej czy póź­niej znów wyj­dzie.

Natych­miast zro­zu­miała.

– Aha, odmó­wi­łeś mu – powie­działa drew­nia­nym gło­sem. – Zwró­cił się z tym do bru­kow­ców.

Jason ski­nął pota­ku­jąco.

– Przy­kro mi, Noro.

– Potra­fię to wytłu­ma­czyć swoim wiel­bi­ciel­kom – zapew­niła. – Bob? One zrozu…

– Udzie­lasz rad z dzie­dziny moral­no­ści. – Bob potrzą­snął głową. – Wybuch­nie pie­kielny skan­dal. Pro­mu­jemy cię jako nowo­cze­sną wer­sję Matki Teresy. A teraz oka­zuje się, że masz na sumie­niu takie sprawy.

– Bob, to nie fair! – żach­nęła się.

– Zapew­niam cię – powie­dział Jason – że nie­za­możne wiel­bi­cielki z małych mia­ste­czek nie zro­zu­mieją, że ich idolka potrze­bo­wała wol­no­ści.

– A kiedy wie­ści o tych zdję­ciach tra­fią na antenę, natych­miast stra­cimy reklamy – zawtó­ro­wał mu Bob.

Nora kla­snęła w dło­nie, usi­łu­jąc zacho­wać pozory spo­koju. Ale wie­działa, że to na nic.

– Więc co zro­bimy? – spy­tała.

Mil­cze­nie. Spoj­rze­nie.

– Weź wolne na jakiś czas – ode­zwał się Jason.

Wszystko to za szybko na nią spa­dło. Nie mogła jasno myśleć. Wie­działa tylko tyle, że nie może się pod­dać. Miała jedy­nie swoją karierę.

– Nie mogę…

Jason pod­szedł i deli­kat­nie dotknął jej ramie­nia.

– Przez ostat­nie dzie­sięć lat zaj­mo­wa­łaś się udzie­la­niem porad innym ludziom, by prze­strze­gali zobo­wią­zań i na pierw­szym miej­scu sta­wiali swoje rodziny. Jak myślisz, ile czasu zaj­mie pra­sie odkry­cie, że od roz­wodu nie roz­ma­wia­łaś z córką? Potem twoje porady będą pustym brzmie­niem.

– Prasa nie zostawi na tobie suchej nitki – zawtó­ro­wał mu Bob. – Nie dla­tego, że ci się to należy, ale dla­tego, że tak może zro­bić. Bru­kowce uwiel­biają pisać o zna­nych oso­bach, które popa­dły w kło­poty… w dodatku kiedy mają sek­sowne zdję­cia. Cho­lera, długo nie odpusz­czą.

W jed­nej chwili wła­sne życie wymknęło się Norze z rąk.

– Burza minie – szep­nęła, w głębi serca wie­dząc, że to nie­prawda, a nawet gdyby tak się stało, w osta­tecz­nym roz­ra­chunku nie to byłoby istotne. Nie­które wia­try mają siłę hura­ganu i nisz­czą wszystko na swo­jej dro­dze. – Wezmę kilka tygo­dni wol­nego. Zoba­czymy, jak się wszystko poto­czy. Pomy­ślę o jakimś oświad­cze­niu.

– Żeby nie było wąt­pli­wo­ści – ode­zwał się Jason – to będzie pla­no­wany urlop. Nie przy­znamy się, że ma coś wspól­nego z tym skan­da­lem.

– Dzię­kuję.

– Mam nadzieję, że jakoś przez to przej­dziesz – powie­dział Jason. – Wszy­scy mamy nadzieję.

Jason i Bob zaczęli mówić razem, potem zapa­dła dziwna cisza. Nora tylko usły­szała, że prze­cho­dzą obok niej. Po chwili roz­legł się jesz­cze trzask drzwi, które za sobą zamknęli.

Stała zupeł­nie sama, jej oczy zale­wały się łzami, któ­rych już nie potra­fiła powstrzy­mać. Skoń­czyło się! Po jede­na­stu latach pracy sie­dem­dzie­siąt godzin tygo­dniowo.

Paf! Życie znik­nęło, roz­trza­skane w drobny mak z powodu kilku zdjęć zro­bio­nych jej nago przed wie­kami. Świat zoba­czy, jaką była hipo­krytką, zoba­czą to rów­nież… jej córki.

W końcu dowie­dzą się, że ich matka miała romans i że kła­mała, porzu­ca­jąc dom.

Ruby okrop­nie bolała głowa. Spała z prze­rwami przez cały dzień.

W końcu pokuś­ty­kała do kuchni i pode­szła do lodówki. Kiedy otwo­rzyła drzwiczki, flu­ory­zu­jące świa­tło ośle­piło jej bolące oczy. Mru­żąc je, chwy­ciła sok poma­rań­czowy i zaczęła pić wprost z opa­ko­wa­nia. Płyn pociekł jej po bro­dzie. Wytarła ją wierz­chem dłoni.

W dużym pokoju prze­zna­czo­nym do spę­dza­nia czasu w ciągu dnia – co wyda­wało jej się teraz żar­tem, bo miesz­ka­nie w tym pustym pokoju mogło tylko ozna­czać, że jest się albo umie­ra­ją­cym, albo za głu­pim, by na­dal oddy­chać – oparła się o szorstką ścianę i zsu­nęła tak nisko, aż usia­dła, pro­stu­jąc nogi. Wie­działa, że powinna zejść do skle­piku po gazetę, ale ode­chciało jej się tego na myśl, że będzie musiała prze­glą­dać oferty pracy. Robota u Irmy była nie­szcze­gólna, wręcz okropna, ale przy­naj­mniej ją miała. Nie musiała stać w kolejce i bła­gać o szansę: „Naprawdę jestem autorką komi­kiem”. Jakby była kimś spe­cjal­nym, nie kolejną nie­zgułą w kolejce męż­czyzn i kobiet, przy­by­wa­ją­cych do Hol­ly­wood z tanim bile­tem w jedną stronę i marze­niem, które miało kie­dyś się speł­nić.

Zadzwo­nił tele­fon.

Nie chciała ode­brać. Trudno było liczyć na dobre wie­ści. W naj­lep­szym razie mogła dzwo­nić Caro­line, prze­wyż­sza­jąca ją we wszyst­kim japi­szonka, dzia­ła­jąca jako wolon­ta­riuszka na rzecz Junior League, sio­stra, która miała dwoje ide­al­nych dzieci i męża osiłka.

A może przy­po­mniał sobie o niej tata, ale było to wąt­pliwe. Odkąd powtór­nie się oże­nił i miał drugą rodzinę, bar­dziej go inte­re­so­wały kar­mie­nia o pół­nocy niż wyda­rze­nia w życiu doro­słej córki. Szcze­rze mówiąc, nawet nie pamię­tała, kiedy ostatni raz się ode­zwał.

Tele­fon dzwo­nił i dzwo­nił.

W końcu prze­czoł­gała się po szma­tła­wym dywa­nie i pod­nio­sła słu­chawkę.

– Halo? – powie­działa, a wła­ści­wie wark­nęła, z czego zaraz zdała sobie sprawę. Ale czy to ważne? Była w złym humo­rze i nie­istotne, kto się o tym dowie­dział.

– Oj, nie odgryź mi głowy!

– Val? – Ruby nie mogła uwie­rzyć.

– Tak, to ja, kocha­nie, twój ulu­biony agent.

– Wesoło ci, do cho­lery! – Zmarsz­czyła czoło. – Pew­nie moja kariera wła­śnie spływa z wodą w klo­ze­cie.

– Ow­szem, jest mi wesoło. Mam eks­tra donie­sie­nia. Wczo­raj obdzwo­ni­łem wszyst­kich, żeby zna­leźć ci robotę. Ale… nie­zmier­nie mi przy­kro z tego powodu… nikt cię nie chciał. Jedyne bra­nie, jakie mia­łem, to ten gów­niany, szaj­so­waty sta­tek wyciecz­kowy. Chcą cię na lato, ale pod warun­kiem, że nie będziesz uży­wać obraź­li­wego języka… i zgo­dzisz się wystę­po­wać w poma­rań­czo­wej mini obszy­tej ceki­nami, żebyś po swoim nume­rze mogła w niej poma­gać magi­kowi.

Ruby jesz­cze moc­niej roz­bo­lała głowa. Potarła skro­nie.

– Niech no zgadnę. Dzwo­nisz z wia­do­mo­ścią, że facet, który nazywa się Duży Flet, ma dla mnie nocną pracę na Hol­ly­wood i Vine.

Val wybuch­nął śmie­chem. Wspa­nia­łym dono­śnym śmie­chem, bez ukry­tych pół­to­nów, do któ­rych była przy­zwy­cza­jona. Klient powi­nien roz­po­zna­wać sub­telne odcie­nie entu­zja­zmu – to była umie­jęt­ność, któ­rej naby­wało się, będąc na samym dnie i na końcu łań­cu­cha pokar­mo­wego.

– Nie uwie­rzysz – ode­zwał się w końcu. – Bo ja sam, do dia­bła, nie mogę uwie­rzyć, a prze­cież ode­bra­łem ten tele­fon. Zgad­nij, kto dziś zadzwo­nił.

– Heidi Fle­iss.

Zapa­dło zna­mienne mil­cze­nie, kiedy Ruby tylko sły­szała, jak Val wypusz­cza z ust papie­ro­sowy dym.

– Joe Cochran – wydu­sił z sie­bie.

– Ten ze „Zgiełku”? Nie rób sobie żar­tów. Jestem tro­chę…

– Dzwo­nił do mnie Joe Cochran. Nie zale­wam. Ktoś mu nagle zre­zy­gno­wał. Chce cię zare­zer­wo­wać do show na jutro wie­czór.

Jak świat może tak wiro­wać? Wczo­raj Ruby była jak leżący na dnie wrak, a dziś anga­żuje ją Joe Cochran! Gospo­darz naj­go­ręt­szego, naj­bar­dziej krę­cą­cego talk-show w całym kraju. Robio­nego na wzór „Poli­tycz­nej nie­po­praw­no­ści”. Ale ponie­waż „Zgiełk” był emi­to­wany w kablu, to namie­rzano w nim wszystko, co naj­bar­dziej aktu­alne – i pozwa­lano uży­wać obraź­li­wego języka. Dla mło­dej autorki komika to marze­nie. Nawet jeżeli Ruby już nie zali­czano do mło­dych.

– Daje ci dwie minuty na dow­cipy. Wła­ści­wie to tyle. Radzę ci zacząć próby. Jutro rano o jede­na­stej przy­sy­łam po cie­bie samo­chód.

– Dzięki, Val.

– Nie ma za co, kocha­nie. Naprawdę. Zawdzię­czasz to sobie. Powo­dze­nia!

– Pocze­kaj. To show na jaki temat? – zdą­żyła spy­tać, bo już chciała odło­żyć słu­chawkę.

– No tak. – Sły­szała, jak prze­kłada papiery. – Nazywa się „Zbrod­nia i kara. Czy mama z tatą są wszyst­kiemu winni?”.

Powinna była się domy­ślić.

– Chcą mnie, bo jestem j e j córką.

– To ważne dla cie­bie, dla­czego?

– Nie. – I mówiła prawdę. Nie obcho­dziło jej, dla­czego Joe Cochran zadzwo­nił do agenta. Teraz miała swoją szansę. Wresz­cie po latach wystę­po­wa­nia w jakichś cha­łach, w zady­mio­nych salach baro­wych w mia­stach, któ­rych nazw nawet nie pamię­tała, miał ją oglą­dać cały kraj.

Jesz­cze raz podzię­ko­wała Valowi i odło­żyła słu­chawkę. Serce biło jej tak mocno, że miała zamęt w gło­wie. Nawet pusty pokój wydał się ład­niej­szy. Prze­cież nie­długo już tu pomieszka. Jutro zabły­śnie dow­ci­pem, będzie gwiazdą.

Pobie­gła do sypialni i otwo­rzyła na oścież ażu­rowe drzwi szafy. Wszyst­kie ciu­chy miała czarne.

Nie mogła sobie pozwo­lić na kupno niczego nowego…

Nagle przy­po­mniała sobie o czar­nym swe­trze z kasz­mi­ro­wej wełny. Dostała go od matki; był ukryty w pudle przy­sła­nym przez Caro­line na Boże Naro­dze­nie dwa lata temu. Wpraw­dzie zawsze odsy­łała matce pre­zenty będące wyra­zem jej poczu­cia winy, nawet ich nie otwie­ra­jąc, ale ten ją uwiódł. Kiedy dotknęła pięk­nej wełny, już nie potra­fiła ode­słać upo­minku.

Zerwała z ramiączka czarny swe­ter z wycię­ciem w serek i rzu­ciła na łóżko.

Jutro włoży do niego sznu­reczki kora­li­ków, żeby wyglą­dać bar­dziej jaz­zowo, czarną skó­rzaną mini­spód­niczkę i czarne raj­stopy. Bar­dzo w stylu Jane­ane Garo­falo.

Kiedy skoń­czyła wybie­rać stroje, zatrza­snęła nogą drzwi sypialni. W wąskim, dłu­gim lustrze zoba­czyła sie­bie w obra­mo­wa­niu ze zło­tego pla­stiku.

Trudno było patrzeć na sie­bie poważ­nie, ubraną w ojcow­ską starą bluzę do gry w piłkę i w czer­wone mechate pod­ko­la­nówki. Krót­kie czarne włosy pod­czas wczo­raj­szej gorą­cej jak łaź­nia parowa nocy uło­żyły jej się w ide­alną imi­ta­cję tego, co miał na gło­wie Johnny Rot­ten. Bladą twarz wciąż zna­czyły po nocy różowe odgnie­ce­nia. Wokół oczu widać było resztki wczo­raj­szego maki­jażu.

– Jestem Ruby Bridge – powie­działa, chwy­ta­jąc z toa­letki szczotkę do wło­sów i uży­wa­jąc jej jako mikro­fonu. – Macie rację, jeżeli nazwi­sko wam się koja­rzy. Jestem jej córką, Nory Bridge, guru Ame­ryki Środ­ko­wej. – Wypchnęła w bok bio­dro, wyobra­ża­jąc sobie, jak będzie wyglą­dała jutro: włosy zro­bione pianką kolo­ry­zu­jącą na nie­bie­sko, szyja poobwi­jana dzie­siąt­kami sznur­ków kora­li­ków, obci­słe czarne ciu­chy i mocny czarny maki­jaż. – Spójrz­cie na mnie! Czy ta kobieta powinna wam radzić, jak wycho­wy­wać dzieci? To zupeł­nie jak na tych rekla­mach, w któ­rych różne znane osoby radzą wam, byście dla swo­jego dziecka byli men­to­rami. A kogo wybiera Hol­ly­wood na tych dorad­ców? Bandę ano­rek­ty­czek, alko­ho­li­ków, nar­ko­ma­nów i kolej­nych żon czy mężów. Ludzi, któ­rzy od lat nie spę­dzili z dziec­kiem ani dzie­się­ciu minut. I oni wam radzą, jak być rodzi­cem. Zupeł­nie jakby…

Zadzwo­nił tele­fon.

– Cho­lera! – Ruby popę­dziła do pokoju i wyrwała prze­wód ze ściany. Nie wolno jej prze­szka­dzać przez następne dwa­dzie­ścia cztery godziny. Nic nie miało zna­cze­nia, oprócz przy­go­to­wań do występu.

San Fran­ci­sco, podob­nie jak wszyst­kie inne mia­sta, wyglą­dało pięk­nie wie­czo­rem. W cen­trum róż­no­ko­lo­rowe świa­tła two­rzyły jakby neo­nową deko­ra­cję zawie­szoną wzdłuż czar­nej zatoki.

Dean Sloan spoj­rzał przez wiel­kie na całą ścianę okno, w któ­rego obra­mo­wa­niu widać było pano­ramę mia­sta. Nie­stety, nie mógł się ruszyć z miej­sca; jak zwy­kle przy­gważ­dżały go dobre maniery.

W prze­ła­do­wa­nej ozdo­bami sali balo­wej rezy­den­cji Rus­sian Hill roz­sta­wiono kil­ka­na­ście sto­li­ków, z któ­rych każdy udra­po­wano błysz­czą­cym zło­tym mate­ria­łem, wykoń­czo­nym od góry gir­landą opa­li­zu­ją­cego jedwa­biu. Nakry­cia były z bia­łej por­ce­lany z pla­ty­no­wym obrze­żem. Przy każ­dym stole sie­działy cztery pary i pro­wa­dziły nie­zo­bo­wią­zu­jącą roz­mowę. Kobiety miały na sobie dro­gie dłu­gie suk­nie, a męż­czyźni smo­kingi. Gospo­dyni przy­ję­cia, nale­żąca do miej­sco­wego towa­rzy­stwa, wła­sno­ręcz­nie spo­rzą­dziła listę gości spo­śród naj­bo­gat­szych rodzin San Fran­ci­sco. Dochód z tego dobro­czyn­nego przy­ję­cia był prze­zna­czony dla opery i na pewno będzie zna­czący, cho­ciaż Dean się zasta­na­wiał, ilu gości rze­czy­wi­ście inte­re­suje się muzyką. Głów­nie cho­dziło im o to, by się poka­zać, a co jesz­cze waż­niej­sze – by się poka­zać, robiąc to, co wła­ściwe.

Part­nerka Deana – blada, wyjąt­ko­wej urody i ele­gan­cji kobieta, która nazy­wała się Sarah Bri­ght­man-Eding­ton – prze­su­nęła ręką po jego udzie. Wie­dział, że już za długo mil­czy, więc z od dawna wyćwi­czoną swo­bodą odwró­cił się do niej i uśmiech­nął w spo­sób dobrze udo­ku­men­to­wany przez miej­scowe media zaj­mu­jące się lokalną śmie­tanką.

– To były piękne słowa, nie sądzisz? – powie­działa cichym gło­sem, wypi­ja­jąc odro­binę szam­pana.

Dean nie miał poję­cia, o czym ona mówi, ale szyb­kie spoj­rze­nie po sali roz­ja­śniło mu w gło­wie. Przy ste­in­wayu w kolo­rze kości sło­nio­wej stała star­sza, ale zadbana kobieta w złud­nie pro­stej nie­bie­skiej sukni. Nie­wąt­pli­wie wypo­wie­działa na temat opery pełne poetyc­kiego poloru słowa i z góry podzię­ko­wała swoim gościom za szczo­dre wspar­cie. Bogaci niczego tak nie uwiel­biali, jak uda­wać, że są szczo­drzy.

Wie­dział, że to ofi­cjalny począ­tek końca wie­czoru. Potem będą tańce, sporo poga­wę­dek i jesz­cze wię­cej plo­tek, ale nie­ba­wem z grzecz­no­ści będzie nale­żało wyjść.

Roz­legł się szmer lek­kich okla­sków i szu­ra­nie odsu­wa­nych krze­seł.

Dean wziął Sarah za rękę. Razem wsu­nęli się w szep­czący tłum. Orkie­stra grała coś cichego i roman­tycz­nego, chyba jakąś zna­jomą melo­dię.

Na par­kie­cie przy­cią­gnął Sarah do sie­bie, zsu­nął dłoń po jej nagich ple­cach, poczuł, że drży pod jego doty­kiem.

Wokół nich tłum krę­cił się i wiro­wał. Nad gło­wami tysiące świa­te­łek pobły­ski­wało jak gwiazdy. W powie­trzu roz­cho­dził się lekki słodki zapach róż.

A może to był zapach pie­nię­dzy…

Spoj­rzał w dół na pod­nie­sioną twarz Sarah, po raz pierw­szy widząc, jakie ma ładne szare oczy. Bez zasta­no­wie­nia nieco się pochy­lił i poca­ło­wał ją, czu­jąc posmak szam­pana na jej ustach. Ten poca­łu­nek wiele mówił, dokąd może ich zapro­wa­dzić ta nad­cho­dząca noc. Sarah będzie go chciała. Gdyby miał ochotę, mógłby wziąć ją za rękę, wypro­wa­dzić z tego ści­sku i zabrać do swo­jego łóżka. Nie sprze­ci­wia­łaby się. Potem by zadzwo­nił i pew­nie jesz­cze kilka razy by się prze­spali. A póź­niej by o niej zapo­mniał. W ubie­głym roku miej­scowy maga­zyn obwo­łał go naj­mniej pożą­daną par­tią, bo sły­nął z bły­ska­wicz­nych roman­sów. Tak było naprawdę; sypiał z dzie­siąt­kami naj­pięk­niej­szych kobiet w mie­ście.

Lecz dzien­ni­karz, który o tym pisał, nie wie­dział, nawet sobie nie wyobra­żał, jak bar­dzo Dean był tym wszyst­kim zmę­czony. Miał nie­spełna dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, a już czuł się stary. Pie­nią­dze. Wła­dza. Kobiety na zawo­ła­nie. Wystar­czyło, że usły­szały jego nazwi­sko, a natych­miast mię­kły jak wil­gotna glina. Od ponad roku miał uczu­cie, że coś jest nie w porządku z jego życiem. Cze­goś w nim bra­kuje.

Począt­kowo myślał, że pro­blem doty­czy pracy, więc ponow­nie jej się oddał, spę­dza­jąc w Har­co­urt i Syno­wie ponad osiem­dzie­siąt godzin tygo­dniowo. Udało mu się jed­nak zaro­bić jesz­cze więk­sze pie­nią­dze i naba­wić ostrzej­szego egzy­sten­cjal­nego bólu.

Usi­ło­wał roz­ma­wiać o tym z ojcem, ale jak zwy­kle oka­zało się to bez­ce­lowe. Edward Sloan był teraz – podob­nie jak zawsze – cza­ru­ją­cym, fry­wol­nym play­boyem, któ­rym dyry­go­wała żona. To wła­śnie matka prze­jęła całą ambi­cję w tym związku i ni­gdy zbyt­nio się nie przej­mo­wała czymś takim jak speł­nie­nie czy satys­fak­cja. Jej komen­tarz więc brzmiał tak, jak Dean tego ocze­ki­wał: „Pro­wa­dzi­łam tę firmę przez trzy­dzie­ści lat. Teraz kolej na cie­bie. Jęcze­nie zabro­nione”.

Uwa­żał, że matka zasłu­żyła sobie na to. Pod jej żela­znymi rzą­dami rodzinna firma, którą zało­żył jej dzia­dek i roz­wi­nął ojciec, stała się przed­się­bior­stwem war­tym sto milio­nów dola­rów. Matce to wystar­czało. Niczego wię­cej nie pra­gnęła. Ale to, co dla niej było suk­ce­sem, Dean odczu­wał jako jakąś pustkę.

Usi­ło­wał też roz­ma­wiać o tym z przy­ja­ciółmi, ale cho­ciaż wyra­zili chęć pomocy, nikt z nich nie rozu­miał jego odczuć. Wła­ści­wie nie było się czemu dzi­wić. Wpraw­dzie pocho­dzili z podob­nych rodzin, lecz Dean wyrósł w innym świe­cie niż jego zna­jomi.

Wyspa Lopeza. Wyspa Lata.

Na wyspach San Juan spę­dził dzie­sięć wspa­nia­łych lat. Tam obaj z bra­tem Eri­kiem żyli krótko jak zwy­kli chłopcy. Te wyspy ukształ­to­wały i okre­śliły Deana, stały się miej­scem, w któ­rym czuł się speł­niony.

Oczy­wi­ście, była tam Ruby, która, zanim osza­lała i wszystko znisz­czyła, nauczyła go, co to jest miłość.

A potem mu poka­zała, jak łatwo ją się nisz­czy.

Dean wes­tchnął z żalem, że Ruby mu się przy­po­mniała, kiedy trzyma w ramio­nach piękną i chętną kobietę…

Nagle poczuł się zmę­czony. Po pro­stu nie miał siły spę­dzić nocy z kolejną kobietą, która go nie obcho­dziła.

– Nie czuję się dobrze – powie­dział, zasta­na­wia­jąc się przez chwilę, czy to kłam­stwo, czy nie­zu­peł­nie.

Uśmiech­nęła się, poka­zu­jąc kom­plet ide­al­nie bia­łych zębów. Prze­su­nęła ręką po jego ramie­niu, kła­dąc mu zabor­czo dłoń na karku. Zawsze są zabor­cze – pomy­ślał znu­żony. A może tylko on tak to odczu­wał.

– Ja też nie bar­dzo – zamru­czała. – Miesz­kam za rogiem.

Się­gnął po jej rękę i deli­kat­nie uca­ło­wał w kłyk­cie.

– Nie, ja naprawdę nie czuję się dobrze. I o świ­cie będę miał tele­fo­niczną kon­fe­ren­cję z Tokio. Jeżeli nie masz nic prze­ciwko temu, odpro­wa­dzę cię do domu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki