Cudowna moc miłości - Kristin Hannah - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Cudowna moc miłości ebook i audiobook

Kristin Hannah

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Niezwykła powieść uwielbianej w świecie autorki „Słowika”.

Mikaela, piękna żona doktora Liama Campbella, matka dwojga dzieci, zapada w śpiączkę na skutek doznanego podczas jazdy konnej urazu głowy. Lekarze nie dają jej szans na przeżycie, ale mąż nie przyjmuje do wiadomości gorzkiej prawdy. Wierzy, że miłość potrafi dokonać cudu, gdy zawodzi medycyna. Dniem i nocą czuwa przy łóżku żony, mówi do niej, robi wszystko, żeby tylko dotrzeć do podświadomości Mikaeli. Mijają tygodnie.

Pewnego dnia chora kobieta drgnieniem powiek reaguje na imię swojego pierwszego męża, Juliana, znanego gwiazdora. Liam, boleśnie zraniony, uświadamia sobie, że tylko tamten mężczyzna, prawdziwa miłość Mikaeli, może przywrócić ją do życia.

Czy jednak Liam kocha żonę aż tak, że gotów jest ją nawet stracić i oddać innemu?

„Powieść, która przyciąga serdecznością i szczerą, prawdziwą wizją małżeństwa.” All About Romance

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 26 min

Lektor: Anna Dereszowska
Oceny
4,4 (990 ocen)
614
242
99
30
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mamamiloszka1

Dobrze spędzony czas

Dosyć przyjemna., ale naiwna. lektorka za bardzo się wczuwała w płaczliwe tony.
30
Rainbowdash55

Z braku laku…

audiobooka słuchało się ciężko, historia ciekawa, jednak nie potrafiłam się w pełni zaangażować.
20
bozanka

Nie oderwiesz się od lektury

Wartościową książka. Ukazuje różnicę między miłością a zakochaniem. Żeby być szczęśliwym trzeba znać tę różnicę. Dlatego warto przeczytać książkę.
10
Rybka54

Dobrze spędzony czas

Książka dobra. Czytanie słabe. Nie można ustawić głośności, bo raz czytane jest szeptem a raz krzyczane.
10
Zzuzia84

Nie oderwiesz się od lektury

piękna wzruszająca
00

Popularność




CZĘŚĆ I

Co mogło było być i to, co było, Jeden ma kres, teraź­niej­szy wiecz­nie. Echo stą­pa­nia dudni nam w pamięci Przej­ściem, w któ­re­śmy sami nie wcho­dzili ni­gdy, Ku drzwiom zamknię­tym, któ­rych nie otwie­ra­li­śmy ni­gdy.

T.S. EliotBurnt Nor­ton (przeł. Cze­sław Miłosz)

1

Na pół­noc­nym zacho­dzie stanu Waszyng­ton postrzę­pione gra­ni­towe góry się­gają zamglo­nego nieba, ich szczyty pozo­stają nie­do­stępne dla czło­wieka, nawet w cza­sach heli­kop­te­rów i poszu­ki­wa­czy przy­gód korzy­sta­ją­cych z naj­no­wo­cze­śniej­szego sprzętu. W tej czę­ści kraju drzewa rosną tak gęsto jak zarost na bro­dzie doj­rza­łego męż­czy­zny. Tylko naj­sil­niej­sze pro­mie­nie słońca z tru­dem prze­dzie­rają się poprzez roz­ło­ży­ste korony. Tury­stom udaje się odna­leźć swoje zapar­ko­wane wzdłuż drogi samo­chody wyłącz­nie pod­czas naj­ja­śniej­szych mie­sięcy lata.

Gdzieś w czarno-zie­lo­nych mro­kach tego wie­ko­wego boru leży malu­sień­kie mia­steczko Last Bend. Oso­bom odwie­dza­ją­cym mie­ścinę – bo obcych tu po pro­stu nie ma – wydaje się, że zna­leźli się w miej­scu nie­re­al­nym, stwo­rzo­nym przez ich wybu­jałą wyobraź­nię. Przy­się­gają, że kiedy po raz pierw­szy prze­cha­dzali się ulicz­kami, sły­szeli jakieś dźwięki, coś jakby śmiech. Potem przy­wo­łują wspo­mnie­nia, nie­które praw­dziwe, inne zapo­ży­czone ze sta­rych fil­mów czy histo­rii dru­ko­wa­nych w maga­zy­nie „Life”. Przy­po­mi­nają sobie smak lemo­niady przy­go­to­wy­wa­nej przez bab­cię… zdaje im się, że znowu sły­szą skrzy­pie­nie sta­rej huś­tawki na ganku, parną let­nią nocą buja­ją­cej się to w przód, to w tył, to w przód, to w tył.

Last Bend powstało pięć­dzie­siąt lat temu. Wtedy wła­śnie wysoki, potęż­nie zbu­do­wany Szkot, Ian Camp­bell, posta­no­wił porzu­cić roz­sy­pu­jący się rodzinny dom w Edyn­burgu i wyru­szył w świat na poszu­ki­wa­nie przy­gód. Gdzieś po dro­dze – według rodzin­nej legendy było to w Wyoming – zain­te­re­so­wał się wspi­naczką gór­ską i następne dzie­sięć lat spę­dził, łażąc po górach w poszu­ki­wa­niu dwóch rze­czy: naj­wyż­szego szczytu i miej­sca, gdzie mógłby zosta­wić swój ślad.

To, czego szu­kał, zna­lazł w paśmie gór­skim North Cascade w sta­nie Waszyng­ton. I tutaj, gdzie Anglicy byli tylko duchami poja­wia­ją­cymi się w opo­wie­ściach przy ogni­sku, a jak rok długi sre­brzy­sto­błę­kit­nymi rze­kami pły­nęła kra, wła­śnie tu zde­cy­do­wał zarzu­cić kotwicę, tu posta­no­wił się osie­dlić. Kupił sto akrów ziemi dosko­na­łej do wypasu bydła. Pastwi­ska wybrał moż­li­wie naj­bli­żej potęż­nej Góry Bakera. Potem doku­pił jesz­cze teren kli­nem wrzy­na­jący się w żwi­rową drogę, która pew­nego dnia prze­kształci się w szosę wokół Góry Bakera. Zbu­do­wał swoje mia­sto wzdłuż kamie­ni­stego, dzie­wi­czego brzegu Jeziora Anioła i nazwał je Last Bend (Ostatni Zakręt), ponie­waż uwa­żał, że każdy powi­nien szu­kać swo­jego miej­sca na ziemi, a on swoje zna­lazł za ostat­nim zakrę­tem drogi.

Dość długo cze­kał na kobietę gotową zamiesz­kać z nim w uszczel­nio­nej mchem, drew­nia­nej cha­łu­pie, bez prądu i bie­żą­cej wody. W końcu jed­nak się docze­kał. Była nią poryw­cza młoda Irlandka, któ­rej też śniło się inne życie. Razem stwo­rzyli mia­sto swo­ich marzeń; ona posa­dziła japoń­skie klony wzdłuż Main Street, dała począ­tek wielu tra­dy­cjom: wpro­wa­dziła obchody Dni Lodu, zain­au­gu­ro­wała lokalne roz­grywki spor­towe, u zbiegu ulic Głów­nej i Kaskady zbu­do­wała Dom Duchów, w któ­rym bawiono się w Hal­lo­ween.

W tym samym roku, w któ­rym Spra­wie­dliwi Bra­cia poróż­nili się, Ian i Fiona roz­po­częli budowę domu swo­ich marzeń. Wkrótce sta­nął ogromny pół­ko­li­sty budy­nek z okrą­gla­ków, poło­żony na nie­wiel­kim wznie­sie­niu w samym środku posia­dło­ści. Cza­sem, gdy niebo przy­bie­rało barwę sta­lo­wo­nie­bie­ską, wyda­wało się, że z tego miej­sca ręką można się­gnąć do pokry­tych lodem szczy­tów gór­skich. Strze­li­ste sosny i cedry ota­czały pięk­nie przy­strzy­żony traw­nik, osła­nia­jąc sad przed mroź­nymi podmu­chami zimy. Zachod­nią gra­nicę ich ziem wyzna­czała Prze­łęcz Anioła. Przez więk­szość roku był to potok zasty­gły w mroku, a pod­czas let­nich upal­nych mie­sięcy, kiedy słońce stało wysoko na nie­bie – cicho szem­rzący stru­myk. Zimą na ganek od frontu docho­dził szum Wodo­spadu Anioła, odle­głego tylko o kilka kilo­me­trów od domu.

Teraz w tym domu miesz­kało już trze­cie poko­le­nie Camp­bel­lów. Pokój chłopca znaj­do­wał się tuż pod strze­li­stym dachem budynku. Niczym nie róż­nił się od poko­jów innych chłop­ców, żyją­cych w cza­sach środ­ków maso­wego prze­kazu: pod­no­szone łóżko, pla­katy z Bat­ma­nem poprzy­pi­nane do nie­rów­nych drew­nia­nych ścian, komiksy poroz­rzu­cane po pokry­tej dłu­go­wło­sym dywa­nem pod­ło­dze, całe stosy pla­sti­ko­wych dino­zau­rów, węży i postaci z Gwiezd­nych wojen.

Dzie­wię­cio­letni Bret Camp­bell cichutko leżał w łóżku i w ciem­no­ści obser­wo­wał zmie­nia­jące się na zega­rze czer­wone cyfry. Piąta trzy­dzie­ści. Piąta trzy­dzie­ści jeden. Piąta trzy­dzie­ści dwie.

Był ranek wigi­lii Wszyst­kich Świę­tych, Hal­lo­ween.

Chciał nasta­wić budzik na ten szcze­gólny sobotni ranek, ale nie wie­dział, jak się to robi. Gdyby popro­sił o pomoc, z nie­spo­dzianki nic by nie wyszło. Kulił się więc pod cie­płą koł­drą i cze­kał.

Dokład­nie o pią­tej czter­dzie­ści pięć wstał i sta­ra­jąc się nie robić hałasu, wycią­gnął spod łóżka torbę, z któ­rej zaczął wyj­mo­wać scho­wane tam rze­czy.

Nie zapa­lał świa­tła, nie potrze­bo­wał. Od tygo­dnia przy­glą­dał się tym rze­czom co noc. To jego strój na Hal­lo­ween. Para błysz­czą­cych, uży­wa­nych kow­boj­skich butów, które zna­leźli w Skle­pie z Pra­wie Nową Odzieżą Uży­waną, kami­zelka ze sztucz­nej skóry ze Sklepu dla Oszczęd­nych, para mięk­kich skó­rza­nych spodni, które uszyła mama, fla­ne­lowa koszula w kratę, nowiu­sień­kie dżinsy Wran­glera kupione w skle­pie Zeke’a i, naj­waż­niej­sze ze wszyst­kiego, błysz­cząca gwiazda sze­ryfa i pas na broń ze sklepu z zabaw­kami.

Zrzu­cił piżamę i ubrał się w swój strój. Zosta­wił tylko pas na broń, pisto­lety, skó­rzane spodnie, lasso i ogromny kape­lusz. Tych rze­czy na razie nie będzie potrze­bo­wał.

Teraz czuł się jak praw­dziwy kow­boj. Chwy­cił kartkę z instruk­cją – tylko na wszelki wypa­dek – pod­szedł do drzwi i ostroż­nie wyj­rzał na pogrą­żony w mroku kory­tarz.

Spoj­rzał na drzwi do pozo­sta­łych dwóch sypialni. Były zamknięte i nie było widać spod nich świa­tła. Jego szes­na­sto­let­nia sio­stra, Jacey, oczy­wi­ście spała. Prze­cież dziś sobota, a wczo­raj był mecz szkol­nej dru­żyny fut­bo­lo­wej. Po meczu Jacey zawsze wyle­gi­wała się aż do połu­dnia następ­nego dnia. Tata do późna w nocy sie­dział w szpi­talu przy pacjen­cie, więc też musiał wypo­cząć. Tylko mama wsta­nie wcze­śnie; będzie w stajni, gotowa do prze­jażdżki, o szó­stej.

Przy­ci­snął guzik wyświe­tla­cza na swoim zegarku marki Darth Maul. Piąta czter­dzie­ści dzie­więć.

– Dobra jest! – Posta­wił koł­nierz fla­ne­lo­wej koszuli i w pod­sko­kach zbiegł z kilku ostat­nich schod­ków. Po omacku prze­szedł przez ciemną kuch­nię, po dro­dze włą­cza­jąc eks­pres do kawy (to będzie jesz­cze jedna nie­spo­dzianka), i powoli, ostroż­nie otwo­rzył fron­towe drzwi.

Na ganku prze­stra­szył go czarny cień jakie­goś czło­wieka, który poja­wił się tuż obok niego, ale chwilę póź­niej roz­po­znał kon­tury i przy­po­mniał sobie. To tylko kukła far­mera z głową z dyni, zro­biona przez mamę wczo­raj wie­czo­rem. Zapach świe­żej słomy na­dal był bar­dzo wyraźny.

Bret prze­su­nął się obok deko­ra­cji, zesko­czył z ganku i pobiegł pod­jaz­dem w górę. Na wyso­ko­ści domku dla gości skrę­cił w prawo i prze­śli­zgnął się mię­dzy drugą a trze­cią żer­dzią ogro­dze­nia. Dysząc ze zmę­cze­nia, pędził po śli­skiej tra­wie pastwi­ska.

Jedna żarówka oświe­tlała ogromną, dwu­po­zio­mową staj­nię, zbu­do­waną jesz­cze przez jego dziadka. Bret zawsze czuł strach przed sław­nym dziad­kiem, któ­rego wpraw­dzie ni­gdy nie poznał, ale któ­rego imię nosiły ulice, budynki, góry. Ten czło­wiek wie­dział, że Last Bend powinno leżeć wła­śnie w tym miej­scu.

Histo­rie o przy­go­dach dziadka opo­wia­dano, odkąd Bret tylko pamię­tał, i powta­rzano w nie­skoń­czo­ność. Wnuk pra­gnął być taki jak dzia­dek. To dla­tego wstał tak wcze­śnie w Hal­lo­ween. Chciał prze­ko­nać swoją nado­pie­kuń­czą mamę, że już może brać udział w noc­nej kon­nej wypra­wie do Wodo­spadu Anioła.

Ujął dło­nią zimny zamek i otwo­rzył drzwi stajni. Uwiel­biał zapach tej sta­rej stajni, zawsze przy­po­mi­nał mu mamę. Cza­sami, kiedy był z dala od domu i poczuł zapach siana, skóry czy tłusz­czu, od razu miał przed oczyma matkę.

Konie nie­cier­pli­wie krę­ciły się w swo­ich bok­sach, myśląc, że nade­szła pora kar­mie­nia. Bret zapa­lił świa­tło i szybko ruszył sze­ro­kim wybe­to­no­wa­nym przej­ściem w kie­runku pomiesz­cze­nia gospo­dar­czego. Z wysił­kiem ścią­gnął z drew­nia­nego haka spe­cjalne sio­dło mamy do sko­ków. Dwa razy je upu­ścił, zanim zro­zu­miał, jak musi je trzy­mać. Ruszył w kie­runku boksu Srebr­nej Kuli, wlo­kąc za sobą popręg, który zacze­piał o wszystko po dro­dze.

Tu się zatrzy­mał. Jezu, Srebrna Kula była dzi­siaj jakaś więk­sza…

Dzia­dek na pewno by nie stchó­rzył.

Bret wziął głę­boki oddech i otwo­rzył drzwiczki boksu.

Pró­bo­wał wiele razy, naprawdę bar­dzo wiele razy, ale w końcu udało mu się zało­żyć sio­dło na wysoki grzbiet konia. Nawet zdo­łał zacią­gnąć popręg. Może nie dosta­tecz­nie mocno, ale dość, by zapiąć sprzączkę.

Wypro­wa­dził Kulę na śro­dek. Nie widział wła­snych butów, grzę­zły w wala­ją­cych się śmie­ciach. Górne świa­tło rzu­cało nie­sa­mo­wite cie­nie na postać chłopca i konia, ale Breta naj­bar­dziej bawiły prze­śli­zgu­jące się po nim i Kuli czarne linie. Przy­po­mi­nały mu, że dzi­siaj jest Hal­lo­ween.

Kula opu­ściła łeb, prych­nęła i kopy­tem stu­kała o zie­mię.

Bret zaci­snął dłoń na linie, na któ­rej pro­wa­dził klacz.

– Spo­koj­nie, dziew­czyno – powie­dział cie­płym gło­sem, sta­ra­jąc się opa­no­wać strach. Mama zawsze tak prze­ma­wiała do zwie­rząt. Twier­dziła, że gło­sem można uła­go­dzić naj­bar­dziej zde­ner­wo­wane zwie­rzę, jeśli tylko zachowa się spo­kój i cier­pli­wość.

Wrota stajni poru­szyły się, potem dało się sły­szeć powolne skrzy­pie­nie. Drewno zazgrzy­tało na beto­nie, wie­rzeje zostały otwarte.

Stała w nich mama. Za nią widać było wscho­dzące słońce. Miało cudną pur­pu­rową barwę, a włosy mamy, oświe­tlone jego pro­mie­niami, zda­wały się pło­nąć. Twa­rzy Bret nie widział dokład­nie, tylko syl­wetkę mamy, ciemny kon­tur w jasnej poświa­cie, i sły­szał mia­rowy stu­kot obca­sów na beto­nie. W pew­nej chwili zatrzy­mała się, pod­nio­sła rękę i osło­niła dło­nią oczy.

– Bret? Kocha­nie, to ty?

Bret zaczął pro­wa­dzić Kulę w kie­runku mamy, która z rękoma wspar­tymi na bio­drach stała z boku. Miała na sobie długi brą­zowy swe­ter, czarne spodnie do kon­nej jazdy i buty tro­chę już zaku­rzone. Patrzyła na Breta tym swoim szcze­gól­nym spoj­rze­niem i Bret modlił się w duchu, żeby się uśmiech­nęła.

Szarp­nął za linę i, tak jak go uczono, gwał­tow­nie zatrzy­mał klacz.

– Sam ją osio­dła­łem, mamo. – Gła­dził aksa­mitne noz­drza Kuli. – Nie udało mi się zało­żyć jej wędzi­dła, ale sio­dło zało­ży­łem dobrze, tak jak trzeba.

– Wcze­śnie wsta­łeś. I to w Hal­lo­ween, jedno z trzech two­ich ulu­bio­nych świąt. I osio­dła­łeś mi konia. No, no. – Pochy­liła się i ser­decz­nym ruchem zmierz­wiła mu włosy. – Nie chcia­łeś, żebym zbyt długo była sama, co, Bret­ster?

– Wiem, że cza­sem czu­jesz się samotna.

Roze­śmiała się i przy­klę­kła na brud­nej ziemi. Taka była jego mama, ni­gdy nie mar­twiła się o to, że się ubru­dzi. I lubiła patrzeć swoim dzie­ciom pro­sto w oczy. Przy­naj­mniej tak mówiła. Ścią­gnęła z pra­wej dłoni znisz­czoną ręka­wiczkę z czar­nej skóry i upu­ściła ją. Ręka­wiczka wylą­do­wała na jej kola­nach, ale nawet nie zwró­ciła na to uwagi. Wycią­gnęła rękę i odgar­nęła włosy z twa­rzy Breta.

– No więc, młody koniu­szy? O co cho­dzi?

To też było cha­rak­te­ry­styczne dla jego mamy. Ni­gdy nie dała się oszu­kać. Jakby w oczach miała apa­rat rent­ge­now­ski.

– Chciał­bym w tym roku poje­chać z tobą do Wodo­spadu Anioła. W zeszłym roku mówi­łaś, że zabie­rzesz mnie troszkę póź­niej, jak będę star­szy. Teraz jestem już o cały rok star­szy i bar­dzo dobrze wypa­dłem na tego­rocz­nym jar­marku, to zna­czy żaden inny dzie­wię­cio­la­tek nie zdo­był błę­kit­nej wstęgi, i boks mojego konia zawsze był posprzą­tany, a Scotty dobrze wyszczot­ko­wany. I sam potra­fię osio­dłać wiel­kiego, doro­słego, raso­wego konia. W Disney­lan­dzie na pewno uda­łoby mi się dosię­gnąć ręki Mic­key.

Mama przy­sia­dła na pię­tach. Kurz musiał osiąść jej na twa­rzy, ponie­waż w oczach poja­wiły się łzy.

– Nie jesteś już moim małym chłop­czy­kiem, prawda?

Sko­czył jej na kolana, uda­jąc, że na­dal jest dość mały, by mogła go tulić w ramio­nach. Mama deli­kat­nie wyjęła mu linę z dłoni, a chło­piec zarzu­cił jej ręce na szyję.

Poca­ło­wała go w czoło i mocno przy­tu­liła. Naj­bar­dziej lubił, gdy tak wła­śnie go cało­wała. Robiła to co rano przy śnia­da­niu.

Lubił też, gdy go przy­tu­lała. Ostat­nio – odkąd poszedł do czwar­tej klasy – musiał stać się dużym chłop­cem. To zna­czy nie mógł już zga­dzać się na to, żeby mama pro­wa­dziła go za rękę, gdy szli szkol­nym kory­ta­rzem… no, a już na pewno nie mogła go cało­wać na do widze­nia. Teraz więc tylko w takich chwi­lach mógł znowu być małym chłop­czy­kiem.

– No cóż, chyba każdy, kto potrafi osio­dłać tego konia, rze­czy­wi­ście jest już wystar­cza­jąco duży, żeby poje­chać do Wodo­spadu Anioła. Jestem z cie­bie bar­dzo dumna, synku.

Wydał okrzyk rado­ści i przy­tu­lił się do matki.

– Dzięki, mamo.

– Nie ma za co. – Deli­kat­nie uwol­niła się z jego objęć i się pod­nio­sła. Kiedy tak stali obok sie­bie, opu­ściła rękę w ręka­wiczce i swo­bod­nie trzy­mała ją chwilę w bez­ru­chu mię­dzy nimi. Bret wsu­nął swoją rączkę w jej dłoń.

– Bez słowa ją uści­snęła.

– No, teraz muszę co naj­mniej godzinę popra­co­wać z Kulą, zanim Jeanine przyj­dzie zba­dać konie. A w ogóle mam dziś milion rze­czy do zro­bie­nia.

– Będzie robiła im zastrzyki?

– Nie, nie dzi­siaj. – Znowu zmierz­wiła mu włosy i schy­liła się, żeby pod­nieść ręka­wiczkę.

– Czy mogę zostać i popa­trzeć, jak jeź­dzisz?

– A pamię­tasz zasady?

– O raju, nie, nic nie pamię­tam, mamo.

– Dobrze, ale nie wolno ci nic mówić i scho­dzić z ogro­dze­nia.

– Ty po pro­stu musisz mi to za każ­dym razem powta­rzać, prawda? – rzekł z łobu­zer­skim uśmie­chem.

– Sia­daj, Jimie Car­reyu. – Matka też się roze­śmiała. Odwró­ciła się do niego ple­cami, pod­cią­gnęła popręg i zało­żyła uzdę kla­czy. – Bie­gnij i przy­nieś mi kask, dobrze, Bret­ster?

Pobiegł do pomiesz­cze­nia gospo­dar­czego. Zatrzy­mał się przy skrzyni z napi­sem „Rze­czy Mike”, pochy­lił się i pod­niósł wieko. Prze­rzu­cał rękoma aero­zole prze­ciwko koma­rom, szczotki, liny, czer­paki i kubełki, haki do usu­wa­nia kamieni z kopyt, aż zna­lazł zaku­rzony, kryty czar­nym aksa­mi­tem kask. Wsu­nął go pod pachę, zamknął skrzy­nię, opusz­cza­jąc z hukiem wieko, i pobiegł z powro­tem na plac mane­żowy.

Mama już sie­działa na Kuli, osło­nięte ręka­wicz­kami dło­nie lekko wspie­rała na kłę­bach kla­czy.

– Dzię­kuję, kocha­nie. – Pochy­liła się i wzięła kask od syna.

Zanim Bret dotarł do swo­jego ulu­bio­nego miej­sca na ogro­dze­niu padoku, mama już pro­wa­dziła Kulę na ścieżkę bie­gnącą wzdłuż muru. Chło­piec wspiął się po żer­dziach i usiadł na naj­wyż­szej porę­czy.

Obser­wo­wał mamę robiącą rundę za rundą. W ramach roz­grzewki pro­wa­dziła Kulę coraz to innym kro­kiem: stę­pem, kłu­sem, potem ostrym kłu­sem i wresz­cie cwa­łem, aż jeź­dziec i koń stali się tylko pędzącą plamą.

Od razu wie­dział, kiedy mama uznała, że można już ska­kać. Obser­wo­wał ją tak wiele razy, roz­po­zna­wał wszel­kie znaki, cho­ciaż nie potra­fiłby powie­dzieć, co kon­kret­nie wska­zy­wało na to, że teraz roz­poczną się skoki. Po pro­stu wie­dział, że mama skie­ruje konia na pierw­szą, sześć­dzie­się­cio­cen­ty­me­trową prze­szkodę.

I rów­nież od razu, choć nie wia­domo skąd, wie­dział, że coś nie jest w porządku.

– Mamo, pocze­kaj! – Bret pochy­lił się do przodu i krzy­czał. – Poprzeczka jest źle zało­żona. Ktoś musiał ją ruszyć…

Ale mama go nie sły­szała. Kula rwała do przodu i wierz­gała, a mama pró­bo­wała zmu­sić konia do rów­nego, kon­tro­lo­wa­nego cwału.

– Hola, maleńka, zwol­nij. Uspo­kój się…

Bret sły­szał te słowa, gdy mama prze­fru­wała obok niego. Chciał zesko­czyć z ogro­dze­nia, ale tego prze­cież nie wolno mu było zro­bić, zwłasz­cza gdy mama przy­go­to­wy­wała konia do skoku.

Za późno, żeby krzy­czeć. Mama już najeż­dżała na prze­szkodę. W piersi Breta serce wście­kle waliło.

Cośnie­je­stw­po­rządku! W jego gło­wie poje­dyn­cze słowa zle­wały się w jedno, krzy­czały coraz dono­śniej, coraz prze­raź­li­wiej brzmiały. Chciał je wypo­wie­dzieć gło­śno, chciał je wykrzy­czeć, ale nawet ust nie zdo­łał otwo­rzyć.

Srebrna Kula zebrała się w sobie i z łatwo­ścią poko­nała sztuczną prze­szkodę z cegieł.

Bret usły­szał okrzyk triumfu i rado­sny śmiech matki.

Przez sekundę czuł ogromną ulgę.

Potem spo­strzegł, że Srebrna Kula staje jak wryta.

W jed­nej chwili mama rado­śnie się śmiała, w następ­nej, zrzu­cona z konia, leciała w powie­trzu. Ude­rzyła głową w słu­pek tak mocno, że całe ogro­dze­nie aż się zachwiało. Teraz jej ciało leżało na brud­nej ziemi, skrę­cone jak kawa­łek pognie­cio­nego papieru.

Na wiel­kim kry­tym placu sły­chać było tylko ciężki oddech Breta. Nawet koń stał cicho obok swo­jego jeźdźca, jakby nic się nie stało.

Bret zsu­nął się z ogro­dze­nia i pod­biegł do matki. Przy nie­ru­cho­mym ciele osu­nął się na kolana. Spod kasku sączyła się krew, pla­miąc krót­kie czarne włosy Mika­eli.

– Mamo? – Dotknął jej ramie­nia i lekko nim potrzą­snął.

Pobru­dzone krwią włosy zsu­nęły się z twa­rzy. Wtedy spo­strzegł, że lewe oko matka ma otwarte.

* * *

Jacey, sio­stra Breta, pierw­sza usły­szała jego prze­raź­liwy krzyk. Pędem wpa­dła na plac, otu­la­jąc się ogrom­nym płasz­czem ojca.

– Bret­ster… – I w tej chwili zoba­czyła leżącą na ziemi matkę. – Och, mój Boże! Nie ruszaj jej! – wrza­snęła do Breta. – Bie­gnę po tatę!

Bret, nawet gdyby chciał, i tak nie mógłby ruszyć się z miej­sca. Tkwił w bez­ru­chu, wpa­tru­jąc się w skrę­cone ciało matki, i modlił się, gorąco się modlił, żeby się ock­nęła. Była to bez­gło­śna modli­twa, ponie­waż chło­piec nie potra­fił wydać z sie­bie żad­nego dźwięku.

W końcu przy­biegł ojciec.

Bret zerwał się na nogi i wycią­gnął ręce, ale ojciec minął go, w ogóle nie zwra­ca­jąc na niego uwagi. Bret cof­nął się tak gwał­tow­nie, że ple­cami ude­rzył w ogro­dze­nie. Nie mógł pła­kać, nie mógł nawet zła­pać odde­chu. Stał bez ruchu i patrzył, jak czer­wona, okrop­nie czer­wona krew spływa po twa­rzy mamy. Jacey pode­szła do niego i sta­nęła obok.

Ojciec ukląkł przy matce, czarną lekar­ską torbę upu­ścił na zie­mię.

– Trzy­maj się, Mika­ela – szep­tał. Deli­kat­nie zsu­nął kask z jej głowy (może ja powi­nie­nem był to zro­bić? – pomy­ślał Bret), potem otwo­rzył jej usta i wsu­nął palce mię­dzy zęby. Zaka­słała, zakrztu­siła się i Bret zoba­czył, jak na rękę ojca chlu­snęła krew.

Tata zawsze miał takie czy­ste ręce… a teraz krew mamy była wszę­dzie, nawet na ręka­wie fla­ne­lo­wej piżamy taty.

– Trzy­maj się, Mike – powta­rzał bez prze­rwy. – Trzy­maj się. Jeste­śmy tutaj. Wszy­scy jeste­śmy przy tobie… nie opusz­czaj nas…

Nie opusz­czaj nas. To prze­cież zna­czyło: nie umie­raj… a to z kolei zna­czyło, że mama może umrzeć.

Ojciec spoj­rzał na Jacey.

– Dzwoń na pogo­to­wie, natych­miast! – pole­cił.

Wyda­wało się, że tkwili tu w bez­ru­chu i ciszy całe godziny. W końcu czer­wone świa­tła karetki roz­świe­tliły ciemną staj­nię, a ciszę roz­darł prze­raź­liwy ryk syreny. Karetka prze­śli­zgi­wała się po żwi­ro­wej ścieżce obok przy­czepy do prze­wo­że­nia koni.

Do stajni wpa­dli sani­ta­riu­sze w nie­bie­skich uni­for­mach, cią­gnąc za sobą pod­ska­ku­jące na nie­rów­no­ściach i meta­licz­nie brzę­czące łóżko na kół­kach. Serce Breta waliło tak gło­śno, że chło­piec nie sły­szał, co się wokół niego dzieje.

Pró­bo­wał krzyk­nąć: „Ratuj­cie ją!” – lecz kiedy otwo­rzył usta, wydo­była się z nich tylko gęsta, ciemna chmurka pary. Widział, jak roz­bija się na liczne cien­kie smugi i ula­tuje w dal.

Zamknął usta i znowu się cof­nął. I tym razem mocno ude­rzył ple­cami w ogro­dze­nie, aż zakrę­ciło mu się w gło­wie. Zasło­nił rękoma uszy, zamknął oczy i modlił się naj­go­rę­cej, jak potra­fił.

Umiera.

Wspo­mnie­nia bez­ład­nie prze­bie­gały jej przez głowę, nie­które miały słodki zapach róż po wio­sen­nym desz­czu, inne pach­niały pia­skiem znad jeziora, gdzie po raz pierw­szy poznała smak praw­dzi­wego poca­łunku. Jesz­cze inne – a tych, nie­stety, było zbyt wiele – miały nie­przy­jemną, lepką woń żalu.

Teraz ją prze­no­szą, pasami przy­mo­co­wali jej ciało do jakie­goś dziw­nego łóżka. Świa­tło jest tak silne, że nie może otwo­rzyć oczu. Sły­szy odgłos uru­cha­mia­nego sil­nika, czuje ruch, to boli. O Boże, jak bar­dzo boli…

Sły­szy głos swo­jego męża, mięk­kie, cie­płe, uko­chane dźwięki, które pro­wa­dziły ją przez życie w ostat­nich dzie­się­ciu latach. I cho­ciaż nie sły­szy swo­ich dzieci, swo­ich uko­cha­nych malu­chów, wie, że są tutaj, że jej pil­nują. Naj­bar­dziej na świe­cie chcia­łaby móc coś do nich powie­dzieć, wydać choćby naj­cich­szy dźwięk, choćby wes­tchnie­nie, cokol­wiek…

Gorące łzy spły­nęły z kąci­ków jej oczu, popły­nęły za uszy i zmo­czyły sztywną, nie­przy­jem­nie pach­nącą poduszkę pod głową. Chcia­łaby je powstrzy­mać, chcia­łaby móc je prze­łknąć, żeby dzieci ich nie widziały. Ale nie panuje nad sobą, nie panuje nad wła­snym cia­łem; nie potrafi powstrzy­mać łez, tak jak nie potrafi unieść ręki w geście poże­gna­nia.

A może, może wcale nie pła­cze, może to tylko jej dusza opusz­cza ciało, sącząc się kro­pla po kro­pli, jak łzy, któ­rych nikt ni­gdy nie zoba­czy.

2

Jako mło­dzie­niec Liam Camp­bell z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wał momentu, kiedy wresz­cie będzie mógł wyje­chać z Last Bend. Mia­steczko wyda­wało mu się takie maleń­kie, ogra­ni­cza­jące moż­li­wo­ści, tak krę­pu­jące jakie­kol­wiek ruchy, jakby było ści­śnięte w dłoni jego sław­nego ojca. Gdzie­kol­wiek się ruszył, wszę­dzie porów­ny­wano go do podzi­wia­nego i wiel­bio­nego przez wszyst­kich ojca. Oczy­wi­ście wie­dział, że nie dora­sta mu do pięt. Nawet w domu czuł się nie­ważny, nie­po­trzebny. Rodzice bar­dzo się kochali, lecz dla chłopca, który czy­tał książki i marzył o karie­rze pia­ni­sty kon­cer­to­wego, nie pozo­sta­wało już wiele uczu­cia.

Ku swemu ogrom­nemu zasko­cze­niu Liam został przy­jęty na Harvard. Zanim ukoń­czył stu­dia przed­ma­gi­ster­skie, zdał sobie sprawę z tego, że nie jest dosta­tecz­nie dobry, by zro­bić karierę pia­ni­styczną. To, że był naj­lep­szym pia­ni­stą w Last Bend, nawet naj­lep­szym pia­ni­stą w Harvar­dzie, nie miało naj­mniej­szego zna­cze­nia. To cią­gle było zbyt mało. Mógł, co naj­wy­żej, zostać nauczy­cie­lem muzyki w dro­giej pry­wat­nej szkole. Jego muzyce bra­ko­wało siły, pasji czy choćby gniewu, tego szcze­gól­nego cze­goś, co cha­rak­te­ry­zuje wyko­na­nia naj­lep­szych z naj­lep­szych. Spo­koj­nie i cicho porzu­cił więc mło­dzień­cze marze­nia i swoje zain­te­re­so­wa­nia skie­ro­wał na medy­cynę. Doszedł do wnio­sku, że jeśli nawet nie jest dosta­tecz­nie uta­len­to­wany, by zachwy­cać ludzi muzyką wydo­by­wa­jącą się spod jego rąk, to serce ma na tyle wraż­liwe, by leczyć cho­rych. Pra­gnął nieść ulgę cier­pią­cym.

Uczył się dniami i nocami. Wie­dział, że taki skromny, cichy, prze­ciętny czło­wiek jak on musi być lep­szy od innych.

Ukoń­czył stu­dia jako naj­lep­szy stu­dent na roku i ku zdu­mie­niu, a nawet prze­ra­że­niu kole­gów pod­jął pracę w kli­nice cho­rych na AIDS w Bronk­sie, ubo­giej dziel­nicy Nowego Jorku. W owych cza­sach o cho­ro­bie jesz­cze nie­wiele wie­dziano, ale już zbie­rała tra­giczne żniwo i roz­prze­strze­niała się w zastra­sza­ją­cym tem­pie. Ludzie bali się AIDS. Liam jed­nak wie­rzył, że wła­śnie tam, wśród strasz­li­wie cier­pią­cych, bez­na­dziej­nie cho­rych, sta­nie się czło­wie­kiem, jakim pra­gnął być.

W salach, w któ­rych uno­sił się zapach śmierci, bez­na­dziei i roz­pa­czy, poma­gał pacjen­tom prze­żyć kolejny dzień, ale ni­gdy nie mógł cho­remu powie­dzieć: „Będziesz zdrów. Zosta­łeś wyle­czony”.

Zamiast tego roz­da­wał lekar­stwa, które nie poma­gały, ści­skał ręce, które z każ­dym dniem sta­wały się coraz słab­sze. Trzy­mał w ramio­nach nowo naro­dzone dzieci, wie­dząc, że ni­gdy nie będą mogły nawet marzyć o wyjeź­dzie do Paryża. Wciąż wypi­sy­wał akty zgonu, w końcu każde się­gnię­cie po pióro napa­wało go wstrę­tem.

Kiedy nagle, na atak serca, zmarła jego matka, wró­cił do domu i opie­ko­wał się ojcem, który po raz pierw­szy w życiu potrze­bo­wał syna. Liam był prze­ko­nany, że kie­dyś znowu wyje­dzie z Last Bend, tym­cza­sem poznał Mika­elę…

Mike.

To z nią u boku wresz­cie odna­lazł swoje miej­sce na ziemi.

Teraz cze­kał w szpi­talu na wia­do­mość, czy Mika­ela prze­żyje…

Byli tu zale­d­wie od kilku godzin, a zda­wało się, że upły­nęły całe wieki. Dzieci zostały w pocze­kalni. Mógł je sobie wyobra­zić, jak popła­ku­jąc, sie­dzą przy­tu­lone do sie­bie, Jacey ociera łzy małemu bra­cisz­kowi. Pra­gnął być z nimi, wie­dział jed­nak, że się zała­mie, jeśli tylko na nie spoj­rzy, a jego łzy prze­rażą dzieci jesz­cze bar­dziej.

– Liam?

Odwró­cił się w kie­runku głosu. Bio­drem ude­rzył w sto­lik, znaj­du­jące się na nim bute­leczki zachwiały się i zagrze­cho­tały. Wycią­gnął rękę, by uspo­koić tań­czące medy­ka­menty.

Przed nim stał dok­tor Ste­phen Penn, szef oddziału neu­ro­lo­gicz­nego. Cho­ciaż był w wieku Liama – nie­dawno skoń­czył pięć­dzie­siąt lat – wyglą­dał jak stary, zmę­czony czło­wiek. Od wielu lat Ste­phen i Liam razem gry­wali w golfa, ale nic, co wcze­śniej prze­żyli, nie przy­go­to­wało ich na taki moment.

– Chodź ze mną. – Ste­phen dotknął ramie­nia Liama. Poszli obok sie­bie suro­wym kory­ta­rzem. Skrę­cili do wydzie­lo­nych pomiesz­czeń Oddziału Inten­syw­nej Opieki Medycz­nej. Liam spo­strzegł, że pie­lę­gniarki z ura­zówki uni­kają jego wzroku. Poczuł się upo­ko­rzony, teraz wie­dział, jak czuje się „naj­bliż­szy krewny” pacjenta.

W końcu weszli do oszklo­nej izo­latki, w któ­rej na wąskim, dzie­cin­nym łóżku, osło­nię­tym jasnymi kota­rami, leżała Mika­ela. Wyglą­dała jak zepsuta lalka, popo­dłą­czana do róż­nych urzą­dzeń: respi­ra­to­rów, moni­to­rów reje­stru­ją­cych wszystko, począw­szy od ude­rzeń serca do ciśnie­nia wewnątrz­czasz­ko­wego. Respi­ra­tor oddy­chał za nią, w pogrą­żo­nym w ciszy pokoju sły­chać było jego mia­rową pracę.

– Mózg… jej mózg pra­cuje, nie­stety nie wiemy, czy w ogóle nie został uszko­dzony, a jeśli… to w jakim stop­niu. – Ste­phen wziął długą igłę i kilka razy wbił ją w drobne, gołe stopy Mika­eli. Nie było żad­nej reak­cji, Ste­phen nie komen­to­wał. Prze­pro­wa­dził jesz­cze kilka testów. Wie­dział, że ich wyniki Liam potrafi rów­nie traf­nie oce­nić, jak on sam. – Zawia­do­mi­li­śmy neu­ro­chi­rurga – powie­dział cicho – na wszelki wypa­dek. Jest gotów do ope­ra­cji, jeśli zaj­dzie taka potrzeba, choć nie stwier­dzi­li­śmy żad­nych uszko­dzeń wyma­ga­ją­cych inter­wen­cji chi­rur­gicz­nej. Poma­gamy jej oddy­chać, kon­tro­lu­jemy ciśnie­nie krwi i tem­pe­ra­turę ciała. Nie dopu­ścimy do krwo­toku wewnętrz­nego… No, cóż, wiesz, że robimy wszystko, co w naszej mocy.

Liam zamknął oczy. Po raz pierw­szy w życiu żało­wał, że jest leka­rzem. Nie chciał rozu­mieć, w jakim sta­nie jest jego żona. Mieli tu świetny ośro­dek zdro­wia i naj­lep­szych leka­rzy na pół­noc od San Fran­ci­sco, któ­rych w te oko­lice przy­cią­gnęła wysoka jakość życia. Ale gorzka prawda była nastę­pu­jąca: w tej chwili abso­lut­nie nic nie mogli zro­bić dla Mika­eli.

Nie zamie­rzał się odzy­wać, jed­nak nie zdo­łał powstrzy­mać cisną­cych się na usta słów:

– Nie potra­fię bez niej żyć…

Ste­phen odwró­cił się do Liama. Miał w oczach pełne zro­zu­mie­nia współ­czu­cie. W tej chwili nie był spe­cja­li­stą, tylko po pro­stu czło­wie­kiem, mężem, i rozu­miał Liama.

– Jutro dowiemy się wię­cej, jeśli… – zaczął i nie do koń­czył zda­nia. Nie musiał.

Jeśli Mika­ela prze­żyje noc.

– Dzię­kuję, Ste­phe­nie – wymru­czał Liam. Cichy głos ginął w szu­mie pra­cu­ją­cej apa­ra­tury.

Ste­phen odwró­cił się i skie­ro­wał ku drzwiom. W progu jesz­cze się zatrzy­mał i spoj­rzał na Liama.

– Bar­dzo mi przy­kro – powie­dział i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wyszedł. Wró­cił po chwili z kil­koma pie­lę­gniar­kami. Zabrali Mika­elę na dal­sze bada­nia.

* * *

Odwaga, myślał Liam, to wcale nie jest gorące, jak ogień parzące uczu­cie, znane jedy­nie ludziom decy­du­ją­cym się na wstą­pie­nie do jed­no­stek spe­cjal­nych, ska­czą­cym ze spa­do­chro­nem czy wspi­na­ją­cym się na dotąd nie­zdo­byte szczyty. To ciche, głę­boko skry­wane uczu­cie, naj­czę­ściej zimne jak lód. To ostat­nia rzecz w sercu czło­wieka, dro­bina, okru­szek, który odnaj­du­jesz, gdy myślisz, że już wszystko stra­cone. To umie­jęt­ność spoj­rze­nia dzie­ciom w oczy w chwi­lach takich jak ta, trzy­ma­nia ich za ręce, ocie­ra­nia łez, cho­ciaż sądzi­łeś, że nie będzie cię na to stać. To koniecz­ność stłu­mie­nia wła­snej roz­pa­czy, żeby móc prze­żyć następną chwilę, a potem następną i jesz­cze następną.

Liam ukrył swój strach. Gdzie, tego nie potra­fił powie­dzieć, ale gdzieś go szczel­nie zamknął i pogrze­bał. Skon­cen­tro­wał się na tym, co musiał zro­bić. Tra­ge­dia – teraz to stwier­dził – wią­zała się rów­nież z koniecz­no­ścią zaję­cia się dro­bia­zgami: wypeł­nia­niem for­mu­la­rzy ubez­pie­cze­nio­wych, pako­wa­niem wali­zek… tak na wszelki wypa­dek, zmianą har­mo­no­gramu dnia i pla­nów na naj­bliż­sze tygo­dnie. Udało mu się wszystko to zro­bić, nie tra­cąc pano­wa­nia nad sobą, mimo że przez cały czas sta­ran­nie uni­kał kon­taktu wzro­ko­wego z innymi ludźmi. No cóż, jeśli to jedyny spo­sób, będzie się tego trzy­mał. Zadzwo­nił do Rosy Luny – matki Mike, która miesz­kała we wschod­niej czę­ści stanu – i na auto­ma­tycz­nej sekre­tarce zosta­wił pilną wia­do­mość, żeby skon­tak­to­wała się z nim jak naj­prę­dzej. Potem, ponie­waż nie mógł już dłu­żej tego odkła­dać, ruchli­wym szpi­tal­nym kory­ta­rzem skie­ro­wał się do pocze­kalni.

Jacey sie­działa na jed­nym z czer­wo­nych pla­sti­ko­wych krze­seł, przy skle­piku z upo­min­kami, i czy­tała jakieś cza­so­pi­smo. Bret leni­wie bawił się na pod­ło­dze zabaw­kami, które per­so­nel szpi­tala trzy­mał w pla­sti­ko­wym pudle.

Lia­mowi zaczęły drżeć ręce. Skrzy­żo­wał ramiona, zaci­snął dło­nie. Stał, lekko się chwie­jąc. Pomóż mi, Boże – modlił się w duchu. Po chwili zmu­sił się do swo­bod­nego opusz­cze­nia rąk i pod­szedł do dzieci.

– Cześć, dzie­ciaki – ode­zwał się ser­decz­nym tonem. Jacey zerwała się na równe nogi. Cza­so­pi­smo, które czy­tała, sfru­nęło na pod­łogę. Miała zapuch­nięte, mocno zaczer­wie­nione oczy, usta zaci­śnięte, drżące. Ubrana była w pognie­cioną różową bluzę dre­sową i wor­ko­wate spodnie.

– Tatu­siu?! – powie­działa tylko.

Bret nie wstał z pod­łogi. Odsu­nął tylko od sie­bie zabawki, ręką wytarł wil­gotne oczy i pod­niósł do góry głowę.

– Umarła, prawda? – zapy­tał gło­sem tak głu­chym i tak prze­po­jo­nym smut­kiem, że Liam poczuł, jak bez­brzeżny żal roz­rywa mu serce.

– Nie, nie umarła, Bret­ster – odpo­wie­dział, czu­jąc napły­wa­jące do oczu łzy. Cho­lera! Obie­cał sobie, że nie będzie pła­kał, nie na oczach dzieci. One teraz potrze­bo­wały jego siły, ze swoją roz­pa­czą musi upo­rać się sam. Siłą otwo­rzył oczy jak naj­sze­rzej, przez chwilę pocie­rał grzbiet nosa, potem przy­klęk­nął przy synu, wziął go w ramiona i mocno przy­tu­lił. Chciałby wie­dzieć, co może im powie­dzieć, chciałby znać jakieś magiczne słowa, które pomo­głyby uci­szyć ich strach. Ale oprócz: „Musimy pocze­kać, jesz­cze zoba­czymy” – nic nie przy­cho­dziło mu do głowy, a to prze­cież było marne pocie­sze­nie.

Jacey przy­kuc­nęła przy Lia­mie i oparła poli­czek na jego ramie­niu. Objął ją czule.

– Na razie jest w kiep­skim sta­nie – ode­zwał się, cedząc wolno i uważ­nie dobie­ra­jąc słowa. Jak ma powie­dzieć dzie­ciom, że ich matka może umrzeć? – Bar­dzo sil­nie ude­rzyła się w głowę. Musimy się za nią modlić.

Bret moc­niej przy­tu­lił się do ojca. Trząsł się na całym ciele, kapiące z oczu łzy zmo­czyły lekar­ski far­tuch Liama. Kiedy chło­piec pod­niósł głowę do góry, Liam zoba­czył, że syn ssie kciuk.

Liam nie wie­dział, co robić. Bret już od wielu lat nie ssał kciuka, a teraz wtu­lał się w ojca niczym maleń­kie dziecko, pró­bu­jąc w jego ramio­nach zna­leźć pocie­sze­nie.

Uświa­do­mił sobie, że wła­śnie jego dzieci poznają gorzką, prze­ra­ża­jącą prawdę, przed którą do tej pory i on, i Mike tak bar­dzo sta­rali się je ustrzec: Świat wokół nas bywa straszny. Cza­sami w jed­nej chwili wszystko może się zmie­nić i osoba ci bli­ska – bez względu na to, jak bar­dzo się ją kocha – może umrzeć.

* * *

Mijały kolejne godziny czu­wa­nia, minął cały dzień.

Nad­szedł wie­czór. Liam razem z dziećmi sie­dział w pocze­kalni. Wszy­scy troje obser­wo­wali wolne, niczym nie­prze­ry­wane piru­ety czar­nych wska­zó­wek ścien­nego zegara. Od wielu godzin żadne z nich nie ode­zwało się sło­wem. Prze­ko­nali się, że słowa mogą być cięż­kie jak ołów. Nawet jedno potrafi przy­gnieść czło­wieka do ziemi. Więc po pro­stu sie­dzieli, niby byli razem, ale w głębi duszy każde czuło się bar­dzo samotne.

O ósmej usły­szeli kroki w kory­ta­rzu, ktoś szedł w kie­runku pocze­kalni. Liam poczuł strasz­liwe napię­cie, pochy­lił się do przodu. Pro­szę, bła­gam, niech to nie będzie zła wia­do­mość…

Do pogrą­żo­nej w ciszy sali wpadł Mark Mont­go­mery, chło­pak Jacey, a wraz z nim powiew ener­gii.

– Jace?! – zawo­łał. Mówił sta­now­czo zbyt gło­śno. Stał w drzwiach w czer­wono-bia­łym swe­trze spor­towca z emble­ma­tem swo­jej uczelni i wypcha­nych na kola­nach czar­nych spodniach od dresu. – Wła­śnie się dowie­dzia­łem…

Jacey rzu­ciła mu się w ramiona i roz­sz­lo­chała na jego piersi. Po chwili ode­rwała głowę i pod­nio­sła w górę oczy.

– Jesz­cze… jesz­cze nawet jej nie widzie­li­śmy – powie­działa.

Nie wypusz­cza­jąc jej z objęć, Mark popro­wa­dził Jacey do sofy. Usie­dli obok sie­bie, Jacey wsparta o ramię Marka. Roz­ma­wiali przy­ci­szo­nym gło­sem. Szep­tane słowa wibro­wały w cichej sali.

Liam pod­szedł do Breta, objął go, pod­niósł z pod­łogi i tuląc do sie­bie, zaniósł na krze­sło, które wcze­śniej zaj­mo­wał. Teraz sie­dzieli na nim obaj i znowu wpa­try­wali się w zegar.

Tuż przed dzie­wiątą w pocze­kalni poja­wił się Ste­phen.

Liam posta­wił Breta na pod­ło­dze, wstał i pod­szedł do kolegi leka­rza.

– Bez zmian – rzekł cicho Ste­phen. – Dzi­siaj już nic wię­cej nie możemy dla niej zro­bić. Musimy po pro­stu cze­kać. – Jesz­cze bar­dziej ści­szył głos i z przy­ja­ciel­ską tro­ską dodał: – Zabierz dzieci do domu, Liam. Spró­buj­cie się tro­chę prze­spać. Poroz­ma­wiamy rano. Jeżeli… jeżeli nastą­pią jakieś zmiany, zadzwo­nię do cie­bie.

Liam przy­znał Ste­phe­nowi rację, ale na myśl, że będzie musiał wejść do pustego, tak strasz­li­wie pustego domu…

– Zabierz dzie­ciaki… – powtó­rzył Ste­phen.

– Dobrze – zgo­dził się Liam z wes­tchnie­niem. Ste­phen pokle­pał go po ramie­niu, odwró­cił się i wyszedł z pocze­kalni.

Liam głę­boko zaczerp­nął powie­trza.

– Chodź­cie, dzieci. Poje­dziemy do domu. Wró­cimy tu rano.

– Do domu?! – Jacey zerwała się na równe nogi. Wyglą­dała na prze­ra­żoną.

Liam wie­dział, że i ona oba­wia się powrotu do ich pustego domu.

– Kil­koro z nas… – ode­zwał się Mark, spo­glą­da­jąc naj­pierw na Jacey, potem na Liama. – Kil­koro z nas wybiera się do Nawie­dzo­nego Domu. Może… może też byś poszła?

– Nie, muszę zostać… – Jacey prze­cząco pokrę­ciła głową.

– Idź, Jacey – zachę­cał ją ojciec cie­płym tonem. – Tylko weź ze sobą pager. Dam ci znać, gdy coś się będzie działo.

– Nie, tato… – zaczęła Jacey, pod­cho­dząc do niego. Wziął ją w ramiona i mocno przy­tu­lił.

– Idź, Jacey – szep­tał. – W ten spo­sób jej nie pomo­żemy. Zaj­mij się czymś. Myśl o czymś innym przez godzinę albo dwie.

Odsu­nęła się od niego. Widział, że toczy z sobą wewnętrzną walkę: i chciała iść, i jed­no­cze­śnie chciała zostać.

– Dobrze – powie­działa w końcu, odwra­ca­jąc się do Marka. – Na troszkę pójdę.

Mark pod­szedł do Jacey, ujął jej dłoń i trzy­ma­jąc za rękę, wypro­wa­dził z pocze­kalni.

– Tato? – ode­zwał się Bret, kiedy Jacey wyszła już z sali. – Jestem głodny.

– O Jezu, Bret­ster, prze­pra­szam. Jedziemy do domu.

Bret znowu wło­żył kciuk do buzi i pod­niósł się na nogi. Wyglą­dał jak malutki, nie­szczę­śliwy chłop­czyk. Liam dopiero teraz zauwa­żył, w co Bret był ubrany. Fla­ne­lowa koszula w kratę, kami­zelka ze sztucz­nej skóry ze srebrną gwiazdą sze­ryfa przy­piętą do piersi, nowiut­kie dżinsy Wran­glera i kow­boj­skie buty. Kostium. Nawie­dzony Dom.

Niech to szlag!

Było pra­wie pięt­na­ście po dzie­wią­tej. Już od kilku godzin w całym mie­ście dzie­ciaki poprze­bie­rane za astro­nau­tów, kosmi­tów lub księż­niczki tło­czyły się do mini­wa­nów lub się z nich wysy­py­wały. Ich rodzice, któ­rzy mieli ból głowy i wszyst­kiego dość, zanim jesz­cze zabawa na dobre się zaczęła, włą­czali gło­śną muzykę – z reguły pod­no­szące na duchu płyty z muzyką roc­kan­drol­lową, przy­po­mi­na­jące ich wła­sną mło­dość – i wieźli dzie­ciaki do jedy­nego osie­dla w Last Bend. W mie­ście, w któ­rym naj­bliż­szy sąsiad czę­sto mieszka w odle­gło­ści kilo­me­tra, wizyty prze­bie­rań­ców nale­żało dobrze roz­pla­no­wać.

Liam spoj­rzał na syna. Nagle przy­po­mniał sobie: Mike sie­działa do późna w nocy, żeby uszyć Bre­towi skó­rzane kow­boj­skie spodnie, część jego prze­bra­nia.

– Chcesz poje­chać do Doliny Anioła i razem z innymi prze­bie­rań­cami cho­dzić po domach? – zapy­tał syna.

Policzki Breta, zapa­mię­tale ssą­cego kciuk, mia­rowo się zapa­dały. Chło­piec wolno pokrę­cił głową.

Liam zro­zu­miał. To mama zawsze orga­ni­zo­wała wyprawę prze­bie­rań­ców.

– Dobrze, synku. Wra­camy do domu.

Wyszli razem. Paź­dzier­ni­kowy wie­czór był zimny, powie­trze mroźne, prze­po­jone zapa­chem jesien­nych liści i żyznej, czar­nej ziemi.

Wsie­dli do samo­chodu i poje­chali. Zamknęli się w koko­nie peł­nej bólu, jęczą­cej, ranią­cej serce ciszy, którą prze­rwało dopiero skrzy­pie­nie otwie­ra­ją­cych się drzwi garażu.

Liam wziął syna za rękę i popro­wa­dził do domu. Roz­ma­wiali o czymś zdaw­kowo, ale Liam nie potra­fił powie­dzieć, o czym. Zapa­lił wszyst­kie świa­tła, aż cały dom poja­śniał.

Gdyby jesz­cze nie był tak prze­raź­li­wie cichy!

Przy­go­tuj Bre­towi coś do jedze­nia.

Jasne, wła­śnie na tym musi się skon­cen­tro­wać.

Zadzwo­nił tele­fon. Liam mruk­nął coś do Breta i poty­ka­jąc się, pognał do kuchni, żeby ode­brać.

– Cześć, Liam. Mówi Carol. Wła­śnie się dowie­dzia­łam… bar­dzo mi przy­kro…

No i się zaczęło.

Liam bez­sil­nie oparł się o drew­nianą ścianę, słu­chał, ale nie sły­szał. Widział, jak Bret poszedł do salonu i poło­żył się na kana­pie. Po chwili dobie­gło go klik­nię­cie włą­cza­nego tele­wi­zora. To Rugratsi. Strasz­nie gło­śno. Bret suchymi oczyma wpa­try­wał się w naj­mniej lubianą kre­skówkę. Nie dalej jak tydzień temu stwier­dził, że to film „dla malut­kich dzieci”. Teraz zwi­nął się w kłę­bek, ssał kciuk i bez­myśl­nie gapił się w tele­wi­zor.

Liam odło­żył słu­chawkę tele­fonu. Sekundę za późno uświa­do­mił sobie, że Carol wciąż jesz­cze coś mówiła. Pomy­ślał, że przy naj­bliż­szej oka­zji musi ją prze­pro­sić.

Stał w pustej kuchni i zasta­na­wiał się, co, u dia­bła, ma przy­go­to­wać Bre­towi do jedze­nia. Otwo­rzył lodówkę i bez­rad­nie patrzył na nic mu nie­mó­wiący gali­ma­tias sło­ików, pla­sti­ko­wych i kar­to­no­wych opa­ko­wań. Wyjął pla­sti­kowy pojem­nik z resztką sosu do spa­ghetti, ale nie miał bla­dego poję­cia, jak długo sos już stoi w lodówce. W zamra­żarce zna­lazł kil­ka­na­ście podob­nych pojem­ników, każdy z nalepką infor­mu­jącą, co jest w środku i kiedy koń­czy się okres przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Nie­stety, ni­gdzie żad­nej wska­zówki, jak to przy­go­to­wać.

Ponow­nie zadzwo­nił tele­fon. Tym razem była to Marion z miej­sco­wego klubu. Liam wyrzu­cił z sie­bie jakieś bez­ładne wyja­śnie­nia, podzię­ko­wał za jej modli­twy i odło­żył słu­chawkę.

Nie zdą­żył zro­bić nawet pię­ciu kro­ków, gdy tele­fon ode­zwał się znowu, ale on zigno­ro­wał dzwo­nek i poszedł do salonu.

– Co powiesz na to, żeby­śmy zamó­wili sobie pizzę? – zapy­tał, przy­klę­ka­jąc obok syna.

– Jerry nie dostar­cza pizzy w Hal­lo­ween – odparł Bret, szybko wycią­ga­jąc kciuk z buzi. – Nie po tym, co Mon­ro­eso­wie zro­bili z jego samo­cho­dem w zeszłym roku.

– Ach, tak.

– Ale dzi­siaj i tak jest dzień na szyb­kie danie z patelni. Wczo­raj wie­czór mama i ja wło­ży­li­śmy kawałki kur­czaka do sosu. Jest zama­ry­no­wany.

– Danie z patelni. – Kur­czak z warzy­wami, pomy­ślał Liam. O Boże, jak ja sobie z tym pora­dzę? – Może mógł­byś pomóc mi przy­go­to­wać jedze­nie?

– Nie wiesz, jak się to robi?

– Potra­fię otwo­rzyć czło­wie­kowi brzuch, wyciąć mu wyro­stek robacz­kowy i zaszyć ranę. Może więc pora­dzę sobie rów­nież z przy­go­to­wa­niem obiadu dla jed­nego małego chłopca.

– Chyba nie trzeba tego wszyst­kiego umieć, żeby zro­bić szyb­kie danie z patelni – powie­dział Bret, marsz­cząc brwi.

– Chodź, usią­dziesz w kuchni na wyso­kim stołku i razem przy­go­tu­jemy obiad.

– Ale ja też nie wiem, jak to się robi.

– Doj­dziemy do tego. Damy sobie radę. No, chodź, będzie dobra zabawa. – Liam pomógł Bre­towi wstać z kanapy i poszedł za chłop­cem do kuchni. Kiedy Bret już usa­do­wił się na stołku, Liam otwo­rzył lodówkę i wyjął pla­sti­kowe torebki z warzy­wami i zama­ry­no­wa­nym kur­cza­kiem. Rozej­rzał się wokół i po chwili zna­lazł deskę do kro­je­nia i duży nóż. Zaczął od pie­cza­rek.

– Mama nie daje pie­cza­rek. Nie lubię grzy­bów.

– Aha. – Liam wło­żył pie­czarki z powro­tem do torebki i się­gnął po kala­fior.

– Nie. – Bret wyglą­dał na coraz bar­dziej prze­stra­szo­nego. – Mówi­łem, że nie potra­fisz tego zro­bić…

– A to może być? – Liam wska­zał na bro­kuły.

– Hm. Tak, tego bar­dzo dużo.

Liam zaczął kroić.

– Drob­niej! – krzyk­nął Bret.

Liam nie pod­niósł oczu znad deski. Teraz sta­rał się kroić bro­kuły na mniej­sze kawałki, cho­ciaż wcale nie było to łatwe.

– Musisz nalać oliwy do woka – pouczył Bret.

Zadzwo­nił tele­fon. Liam nie­chęt­nie pod­niósł słu­chawkę. Tele­fo­no­wała Sha­ela, kole­żanka Mike z Klubu Jeź­dziec­kiego. Chciała wie­dzieć, czy może im w jakiś spo­sób pomóc.

– Dzię­kuję, Sha­ela – powie­dział Liam, prze­ry­wa­jąc jej w poło­wie zda­nia, i odwie­sił słu­chawkę. Boże, nie mogę w to uwie­rzyć. Zna­lazł elek­tryczny wok, włą­czył prze­wód do kon­taktu i wylał na patel­nię fili­żankę oliwy.

– Strasz­nie dużo tej oliwy – z naganą w gło­sie ode­zwał się Bret w chwili, gdy tele­fon znowu zaczął dzwo­nić.

– Lubię chru­piące warzywa.

Liam ode­brał tele­fon i powtó­rzył to samo, co mówił wszyst­kim innym. Dzwo­niła Mabel, zna­joma z pro­gramu ochrony koni. Zanim zdą­żyła po raz czwarty powie­dzieć: „Bar­dzo mi przy­kro”, Liam miał ochotę krzy­czeć w głos. Doce­niał zain­te­re­so­wa­nie zna­jo­mych, naprawdę doce­niał, ale te wszyst­kie tele­fony spra­wiały, że sytu­acja sta­wała się dotkli­wie realna. A teraz jesz­cze ta cho­lerna oliwa skwier­czała, pry­skała i zaczy­nała się palić.

– Tatu­siu…

– Prze­pra­szam, Bret­ster – odwie­sił słu­chawkę, prze­ry­wa­jąc Mabel w pół słowa. – Prze­pra­szam.

Wrzu­cił kur­czaka wraz z mary­natą na patel­nię, roz­bry­zgu­jąc oliwę. Mikro­sko­pijne kro­pelki gorą­cego tłusz­czu opry­skały mu twarz.

Klnąc pod nosem, wró­cił do bro­ku­łów.

Tele­fon znowu dzwo­nił. Liam ska­le­czył się w palec. Krew try­snęła na warzywa i zapla­miła blat.

– Tato, krew ci leci! – krzyk­nął Bret.

Piiiiiiiii… piiiiiiiiiii… Bzzzzzzzz – włą­czył się detek­tor dymu i alarm prze­ciw­po­ża­rowy.

Liam się­gnął po słu­chawkę i bio­drem nie­chcący ude­rzył w wok. W jed­nej chwili cała kuch­nia była pełna ocie­ka­ją­cych tłusz­czem kawał­ków kur­czaka, gorą­cej oliwy i gry­zą­cego dymu.

Tele­fo­no­wała Myrna z krę­gielni Lou’s Bowl-O-Rama. Ofe­ro­wała swoją pomoc.

Kiedy Liam odło­żył słu­chawkę, oddy­chał tak ciężko, że aż krę­ciło mu się w gło­wie. Spo­strzegł, że Bret, przy­tu­lony do chłod­nej lodówki, drży na całym ciele i zapa­mię­tale ssie kciuk.

Lia­mowi chciało się wyć, pła­kać, chyba nawet chciałby wszystko rzu­cić i uciec. Mimo to przy­kuc­nął przed chłop­cem. Alarm prze­ciw­po­ża­rowy na­dal wył, krew z palca cią­gle cie­kła.

– Prze­pra­szam, synku. Bar­dzo mi przy­kro. Nic się nie stało. Wszystko jest w porządku – powie­dział.

– Mama robi to ina­czej.

– Wiem.

– Będziemy głodni.

Liam ujął dło­nią tył głowy syna i spoj­rzał mu pro­sto w oczy, tak jakby sam wyraz jego oczu mógł spra­wić, że chło­piec poczuje się bez­piecz­nie.

– Nie będziemy głodni. Co powiesz na obiad w mie­ście? – zapro­po­no­wał.

– Pójdę się prze­brać, dobrze? – Bret pod­niósł oczy na ojca.

Liam przy­gar­nął go do sie­bie. Tylko taki gest przy­szedł mu do głowy.

Bret szlo­chał cichutko, bez­gło­śnie, a Liam czuł, że za chwilę jemu samemu pęk­nie serce.

3

Jacey wró­ciła do domu wcze­śniej, niż Liam ocze­ki­wał. Twarz miała wymi­ze­ro­waną, wyglą­dała na zmę­czoną. Pra­wie się nie odzy­wała, poca­ło­wała ojca w poli­czek i poszła na górę do swo­jego pokoju.

Kiedy Liam nabrał pew­no­ści, że dzieci usnęły, zaj­rzał do pokoju Mika­eli, który słu­żył jej do pracy. Otwo­rzył drzwi i zapa­lił świa­tło.

Naj­pierw poczuł zapach jej per­fum, deli­katny i słodki jak zapach wio­sen­nego desz­czu. Na biurku pię­trzyły się stosy przy­pad­kowo pogru­po­wa­nych papie­rów. Gdyby zamknął oczy, zoba­czyłby żonę sie­dzącą przy tym biurku z fili­żanką paru­ją­cej kawy w dłoni, ze wzro­kiem wbi­tym w ekran kom­pu­tera i piszącą list za listem w obro­nie zanie­dby­wa­nych lub źle trak­to­wa­nych zwie­rząt.

W zwy­kły dzień pod­nio­słaby na niego wzrok, usta mia­łaby wygięte w pod­kówkę, piękne oczy pełne współ­czu­cia, i powie­dzia­łaby: „W Sky­ko­mish jest tak bar­dzo zagło­dzona klacz, że nie może ustać na nogach… Myślisz, że mogli­by­śmy się nią zająć?”

Pod­szedł do biurka i zrzu­cił z krze­sła stos gazet. Spa­dły na drew­nianą pod­łogę z głu­chym dźwię­kiem. Włą­czył kom­pu­ter i wszedł do Inter­netu. Szu­kał infor­ma­cji pod hasłem: „Uraz głowy”.

Spę­dził godzinę, czy­ta­jąc o nie­szczę­ściu i bólu innych. Zapi­sał cały arkusz strzęp­kami infor­ma­cji, tytu­łami ksią­żek, nazwi­skami spe­cja­li­stów, nazwami leków i sto­so­wa­nych tera­pii. Szu­kał cze­go­kol­wiek, szu­kał wszyst­kiego, co mogłoby pomóc. Ale po godzi­nie pracy nie był mądrzej­szy. Wie­dział to, co wie­dział od początku. Można tylko cze­kać…

Wyłą­czył sprzęt, nawet nie zamy­ka­jąc pro­gramu, i wyszedł z pokoju.

Na dole, co zda­rzyło mu się po raz pierw­szy od dwóch lat, nalał sobie podwójną tequ­ilę. Wypił jed­nym hau­stem. Zie­mia wcale nie zaczęła się szyb­ciej krę­cić. Liam, wyraź­nie zawie­dziony, nalał i wypił jesz­cze jed­nego drinka, który nieco stę­pił jego umysł – już nie tak bar­dzo ści­skało go w gar­dle.

Pod­szedł do ogrom­nego okna i patrzył na pogrą­żone w mroku pastwi­sko. Teraz, w środku nocy, nie widział koni, wie­dział jed­nak, że tam są. Tuzin koni ura­to­wa­nych przez Mika­elę. Pocho­dziły z róż­nych rejo­nów zachod­niej czę­ści stanu, wcze­śniej nale­żały do orga­ni­za­cji, osób pry­wat­nych lub ban­kru­tu­ją­cych firm. Zwie­rzęta przy­jeż­dżały tu nie­szczę­śliwe, wygło­dzone i zanie­dbane, a Mika­ela ota­czała je opieką, aż jedno po dru­gim powra­cały do zdro­wia. Potem odda­wała je w dobre ręce. Miała takie czułe serce. To była jedna z cech, które kochał w niej naj­bar­dziej.

Ale kiedy ostat­nio jej to powie­dział? Nie pamię­tał. Czuł się podle.

Ni­gdy nie potra­fił mówić o swo­ich uczu­ciach. Oka­zy­wał miłość, na każ­dym kroku poka­zy­wał, jak bar­dzo ją kocha. Wie­dział jed­nak, że słowa rów­nież są ważne, nawet bar­dzo ważne.

Za cho­lerę nie mógł sobie przy­po­mnieć, kiedy ostatni raz mówił jej, że jest jego słoń­cem, jego księ­ży­cem, jego całym świa­tem.

Nalał kolejną szkla­neczkę i opadł na wysie­dzianą kanapę.

Ona nie może umrzeć…

Nie. Nie może nawet dopusz­czać do sie­bie takich myśli. Mike już wkrótce odzy­ska przy­tom­ność, może nawet już za chwilę się prze­bu­dzi i oboje będą się śmiali, wspo­mi­na­jąc, jak bar­dzo się bał.

Nie potra­fił jed­nak ode­gnać od sie­bie czar­nych myśli. Czuł swąd tra­wią­cej go roz­pa­czy, sły­szał sze­lest prze­ni­ka­ją­cego go dresz­czu prze­ra­że­nia.

Zamknął oczy i przy­po­mniał sobie różne drobne sprawy, sytu­acje z nią zwią­zane, a gdy uno­sił powieki, Mika­ela sie­działa obok niego na kana­pie. Miała na sobie stare, znisz­czone dżinsy, które od dawna chciał wyrzu­cić, i czarny swe­ter z dekol­tem w łódkę, mogący pomie­ścić nawet dwa razy potęż­niej­szą od niej kobietę. Oparta wygod­nie, patrzyła na niego.

Pra­gnął wycią­gnąć do niej rękę, dotknąć jej ulu­bio­nego mięk­kiego swe­tra, poca­ło­wać pełną dolną wargę. Wie­dział jed­nak, że tak naprawdę jej tam wcale nie ma. Była w nim, wypeł­niała całe jego serce.

– Pęka­ła­byś ze śmie­chu, gdy­byś widziała mnie dzi­siaj w kuchni, malutka.

Już dłu­żej nie mógł tłu­mić w sobie żalu, już nie potra­fił być silny. Opadł na kanapę i roz­pła­kał się jak dziecko.

– Tatu­siu? – Od strony scho­dów doszedł go cichy, nie­pewny gło­sik. – Z kim roz­ma­wiasz?

Postać Mike znik­nęła.

– Z nikim nie roz­ma­wiam. – Otarł łzy i chwiej­nie pod­niósł się z kanapy. Prze­mie­rzył pokój, a potem zaczął wcho­dzić scho­dami na górę.

Bret stał na gór­nym pode­ście, w pro­wi­zo­rycz­nie skom­po­no­wa­nej piża­mie: pod­ko­szulku z pur­pu­rową, świe­cącą w ciem­no­ści apli­ka­cją i fla­ne­lo­wych bok­ser­kach. Gdzieś w zapcha­nej po brzegi komo­dzie chłopca leżało kilka piżam, ale tylko Mike potra­fiła cokol­wiek zna­leźć w tym bała­ga­nie.

– Nie mogę usnąć, tatu­siu.

Liam wziął Breta na ręce, zaniósł go do dużej sypialni i okrył koł­drą w łóżku, które bez Mike wyda­wało się zbyt wiel­kie. Poło­żył się obok syna i przy­gar­nął go do sie­bie.

– Ona na mnie patrzyła, tatu­siu.

Liam moc­niej przy­tu­lił Breta. To śmieszne, prze­cież nie dalej jak w ubie­głym tygo­dniu Liam pomy­ślał, że Bret zbyt szybko doro­śleje. Teraz chłop­czyk w jego ramio­nach był taki dzie­cinny, taki nie­po­dobny do tam­tego Breta. Od rana nastą­pił wyraźny regres. Trzeba coś z tym zro­bić, musi się tym zająć… póź­niej.

– Kiedy zoba­czy­łeś mamę, miała otwarte oczy. O tym mówisz, synku?

– Ona patrzyła pro­sto na mnie, ale… jej tam nie było. To nie była mama.

– Zra­niła się, bar­dzo cier­piała, tak bar­dzo, że nie mogła zamknąć oczu, a teraz cierpi tak bar­dzo, że nie może ich otwo­rzyć.

– Pozwolą mi ją jutro zoba­czyć?

Liam przy­po­mniał sobie, jak Mika­ela wyglą­dała na szpi­tal­nym łóżku: twarz zmal­tre­to­wana, opuch­nięta i biała jak papier, pla­sti­kowa rurka wycho­dząca z dziurki od nosa, igły powbi­jane w żyły, te wszyst­kie popo­dłą­czane apa­raty… Chło­piec by się wystra­szył, a Liam dosko­nale wie­dział, czym mogą stać się takie wspo­mnie­nia. Widział w podob­nym sta­nie swo­jego ojca. Nie­któ­rych obra­zów – wystar­czy, że raz się coś zoba­czy – ni­gdy nie udaje się wyma­zać z pamięci.

– Nie, maluszku. Nie sądzę. Szpi­tal nie zga­dza się na wpro­wa­dza­nie dzieci na Oddział Inten­syw­nej Opieki Medycz­nej. Zoba­czysz mamę… jak tylko prze­niosą ją na ogólną salę.

– Tak wyglą­dają na fil­mach umarli, prawda? – cichutko powie­dział Bret.

– Mama nie umarła. Po pro­stu… odpo­czywa… musi tro­chę dłu­żej pospać. Wiesz, tak jak Śpiąca Kró­lewna.

– A czy pró­bo­wa­łeś ją poca­ło­wać?

Liam przez dłuż­szy czas nie potra­fił wydo­być z sie­bie głosu. Wie­dział, że tej chwili ni­gdy nie zapo­mni i że ni­gdy nie prze­sta­nie odczu­wać tego prze­moż­nego bólu.

– Tak, Bret­ster. Pró­bo­wa­łem – wykrztu­sił wresz­cie.

* * *

Liam nie ruszył się z łóżka, dopóki Bret nie zasnął. Potem ostroż­nie pod­niósł się i zszedł na dół. Tym razem nalał sobie fili­żankę her­baty. Bóg mu świad­kiem, tequ­ila nic nie pomo­gła.

„A czy pró­bo­wa­łeś ją poca­ło­wać?”.

Liam wzniósł oczy na sko­śny drew­niany sufit.

– Sły­sza­łaś, kocha­nie? Pytał, czy pró­bo­wa­łem cię poca­ło­wać.

Zadzwo­nił tele­fon.

Liam to zigno­ro­wał. Po czwar­tym dzwonku włą­czyła się auto­ma­tyczna sekre­tarka. Liam nie był przy­go­to­wany na to, że usły­szy cie­pły, gar­dłowy głos Mike. Z całej siły zaci­snął oczy. „Dodzwo­nili się pań­stwo do domu rodziny Camp­bell i zimo­wej sie­dziby Biura Pro­gramu Pomocy Koniom w What­com County. W tej chwili nikt nie może podejść do tele­fonu…”.

Powi­talna wia­do­mość wresz­cie się skoń­czyła i roz­legł się inny głos.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki