Wydawca: Krytyka Polityczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 126 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Janusz Hrystus - Jaś Kapela

Jestem jedynym opowiadaczem tej historii. Jej jedynym bohaterem i uczestnikiem. Gdyby nie ja, zginęłaby ona w zalewie nikomu niepotrzebnych informacji. Zresztą i tak zginie. Mało kto ją przeczyta. Dzieci w Afryce nigdy jej nie przeczytają. A mogłyby się z niej dowiedzieć wielu interesujących rzeczy.
fragment książki

Janusz Hrystus mieszka na strzeżonym osiedlu i chciałby uratować cały świat, ale na razie ma problem z wychodzeniem z domu. Więc ogląda filmy i kłóci się  z dziewczyną starannie obmyślając plan ostatecznego rozwiązania swojej historii.

 

Ostrzeżenie: w niniejszej publikacji autor pragnie zareklamować nihilizm i pragnienie śmierci.

Opinie o ebooku Janusz Hrystus - Jaś Kapela

Fragment ebooka Janusz Hrystus - Jaś Kapela

© Jaś Kapela, 2010

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010

Ta praca objęta jest licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska. Udziela się zezwolenia do kopiowania, rozpowszechniania, odtwarzania i wykonywania utworu oraz tworzenia utworów zależnych pod warunkiem uznania autorstwa i wyłącznie z przeznaczeniem do celów niekomercyjnych. Jeśli zmienia się lub przekształca niniejszy utwór, lub tworzy inny na jego podstawie, można rozpowszechniać powstały w ten sposób nowy utwór tylko na podstawie takiej samej licencji. Aby zapoznać się z kopią licencji, należy odwiedzić stronę: http://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/2.5/pl/

Wydanie I

ISBN 978-83-64682-54-4

Redakcja: Julian Kutyła

Korekta: Magdalena Błędowska

Ilustracje i projekt okładki: Jan Bajtlik

Układ typograficzny i łamanie: rzeczyobrazkowe.pl

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Nowy Świat 63

00-042 Warszawa

www.krytykapolityczna.pl

redakcja@krytykapolityczna.pl

Seria literacka, t. VII

Książka dostępna w sieci Empik, dobrych księgarniach oraz w cenie promocyjnej w Centrum Kultury Nowy Wspaniały Świat (Nowy Świat 63, Warszawa) i na stronie www.sklep.krytykapolityczna.pl.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

„Śpij, śpij! Świat nie istnieje”.

Ōe Kenzaburō, Futbol ery Manen

Moim przyszłym

Rozdział pierwszy, w którym poznajemy głównego bohatera, jego mieszkanie i jego dziewczynę

Otworzyłem szafkę i wyjąłem z niej szklankę. Właściwie prawą ręką otworzyłem niebieskie, drewniane drzwi szafki, pociągając za pozłacany metalowy uchwyt, i wyjąłem z niej szklankę koloru przezroczystego.

Wyjąłem szklankę, postawiłem na blacie i nalałem do niej wody. Filtrowanej wody wprost z filtrującego wodę dzbanka, który od pewnego już czasu trzymałem w lewej dłoni.

Napiłem się wody, bo byłem spragniony. Woda była smaczna. Smakowała jak woda. Choć była trochę bardziej słodka. Nie bardziej słodka niż woda, ale bardziej słodka niż woda mineralna, którą zazwyczaj piję.

Nie wiem, dlaczego wam to mówię. Widocznie komuś muszę. Widocznie jest we mnie coś, co każe mi mówić, a wam pozostaje rola niewinnych ofiar.

Nie bójcie się. To też może być dobra rola. I miła.

Gdy napiłem się wody, poczułem się dziwnie zmęczony. A może smutny. A przede wszystkim niespokojny. Postanowiłem, że muszę zadzwonić do Matyldy.

Matylda to koleżanka, do której dzwonię, gdy czuję się niespokojny.

Jest jeszcze Łucja. Do której dzwonię, gdy czuję się szczęśliwy.

Oraz Aldona. Do której dzwonię, kiedy nie wiem, co czuję.

Są jeszcze inne.

Do nich wysyłam mejle i esemesy.

Ale to inna historia. A właściwie inne historie. Sprzeczne z tą, którą zamierzam wam właśnie opowiedzieć, więc o niej (to znaczy o nich) nie usłyszycie. To znaczy nie przeczytacie. To znaczy może jeszcze kiedyś przeczytacie, bo ta książka, którą właśnie czytacie, prawdopodobnie nie jest jedyną książką na świecie. Zresztą pewnie już czytaliście jakieś książki, więc znacie niektóre z tych historii. Ale znowu to inna historia, więc piszę o tym tylko dlatego, żebyście mieli świadomość, że poza tą historią są jeszcze inne, o których nie wiecie, o których być może nigdy się nie dowiecie. Ale równie dobrze możecie o nich wiedzieć więcej niż ja.

Postanowiłem zadzwonić do Matyldy i tak też zrobiłem.

Kazała mi pójść na spacer.

Powiedziałem, że pójdę, ale nie poszedłem. Zamiast tego poszedłem spać.

Śniła mi się Julia Hartwig. Mówiła, że podoba jej się moja książka. Jest taka paradoksalna.

Był tam też pewien młody człowiek o wyglądzie prawicowca, który uporczywie nie chciał się z nią zgodzić. Twierdził, że moja książka to stek bzdur i tania prowokacja obliczona na wywołanie skandalu.

Czułem, że ma rację, ale nie mogłem się z nim zgodzić. W jego tonie był coś nazbyt agresywnego. Coś irracjonalnie konserwatywnego. Całym sercem byłem po stronie Julii.

A potem się obudziłem.

Usiadłem na kanapie, na której wcześniej leżałem.

Łokcie oparłem na kolanach, by móc głowę skryć w dłoniach.

Zawsze gdy spałem w dzień, potem trudno było mi dojść do siebie.

Zresztą gdy nie spałem też.

Może dlatego, że nie wiedziałem, kim jestem. Albo dlatego, że wiedziałem o sobie za dużo sprzecznych rzeczy.

Zamiast się nad tym zastanawiać, poszedłem zrobić sobie herbatę. Do czajnika nalałem wody, uważając, by nie rozlewać po bokach. Nie było to łatwe, gdyż konstrukcja czajnika sprzyjała rozpryskiwaniu się dookoła wlewanych do niego cieczy. Nie żebym wlewał do niego inne ciecze niż woda. Ale gdybym to robił, sytuacja wyglądałaby zapewne podobnie. Tak przypuszczałem. O ile wolno mi było wyciągać takie daleko idące wnioski. Czasami czułem się tak, jakby nie wolno mi było wyciągać takich daleko idących wniosków; ani nawet żadnych innych.

Każdy wniosek upewnia cię w twoich przekonaniach, sprawia, że jesteś mniej otwarty na to, co może się zdarzyć. Chciałem być otwarty, starałem się nie wyciągać wniosków, a jednak one rodziły się nieustannie i jakby samoczynnie. Dajcie nam szczegół, a wyciągniemy z niego ogólne prawa, wołały.

W międzyczasie woda zdążyła się zagotować. Starannie wybrałem z półki herbatę. Czarną, Earl Grey. Nasypałem do kubka, zalałem. Większość liści spokojnie spoczęła na dnie, ale kilka niesfornych ciągle próbowało pływać na powierzchni. Przez chwilę starałem się je zatopić łyżeczką, ale później doszedłem do wniosku (o nie), że dam im szansę.

Dałem. Parę chwil później na powierzchni znajdowały się już tylko gałązki. Przez sekundę miałem ochotę je wyłowić, ale ostatecznie uznałem, że mogą sobie pływać.

Pani w radiu mówiła do pana Zbigniewa: „Pan jest wspaniały, panie Zbigniewie”, i żałowałem, że nie mówi tak do mnie. Nie żebym był wspaniały, ale zawsze ktoś mógłby tak do mnie mówić i robić inne przyjemne rzeczy. Pod warunkiem że byłby wyposażony w niezbędną urodę oraz pewne funkcje życiowe. Nie zależy mi na komplementach prawionych przez obiekty pozbawione funkcji życiowych. Choć z ich strony można się również spodziewać pewnych przyjemności. Jeśli tylko się do tego odpowiednio zabrać.

Taka na przykład szklanka może być źródłem milionów niebiańskich prawie rozkoszy.

Jeśli tylko właściwie do niej podejść.

Jeśli tylko wyjąć ją z szafki i używać jej z czułością.

Z gotową prawie herbatą udałem się na kanapę, skąd mogłem z atencją przyglądać się mojemu domostwu.

Mojemu skromnego domostwu, składającemu się z białych ścian oddzielających mnie od reszty świata w sposób bezpośredni oraz mebli z Ikei łączących mnie z resztą świata w sposób pośredni. Poprzez innych ludzi, którzy także je posiadali.

Listki parzyły się we wrzątku, a ja myślałem, jak to się stało, że znalazłem się właśnie tutaj, i czy już zawsze tak będzie.

Na pewno nie.

Ale na razie nie mogłem liczyć na specjalne zmiany.

Zresztą co miałoby z nich wynikać?

Dlaczego sądzę, że zmiany miałyby być na lepsze? Nie ma żadnego powodu.

Lecz to nie przeszkadza mi myśleć.

Prawie nic nie przeszkadza mi myśleć.

Całe to myślenie kiedyś mnie zabije, o ile wcześniej nie umrę na coś innego.

Na razie przypomina mi o stygnącej – prawie – herbacie.

Sięgam w jej kierunku dłonią, ale temperatura okazuje się wciąż nieodpowiednia.

Niełatwo utrafić w odpowiednią temperaturę herbaty.

Najpierw długo jest zbyt gorąca.

Z kolei potem błyskawicznie stygnie.

A jednak trzeba próbować.

Czekając na właściwą chwilę, zabrałem się za lekturę.

Świadomość to kamień Marka Sołtysika. Rzecz o twórczości i życiu Michała Choromańskiego. Niestety Sołtysik jest niepoprawnym grafomanem. Na szczęście pracowitym. Czyni to książkę nieznośną, ale pożyteczną. Pozwala stawiać śmiałe pytania. Czy jest możliwe, aby pisarz wybierając się – nie bójmy się tego słowa – na randkę z Marusią Kasprowiczową, wdową po Janie, wręczył jej kwiaty świśnięte moment wcześniej z grobu jej sławnego męża? A może jedynie wydawało się tak wrogo nastawionym świadkom? Czy jest coś, co zabrania wręczać wdowom kwiaty z grobów ich mężów? Zapewne tak, całkiem możliwe, że tak.

Rozwaliłem się bardziej na kanapie, analizując tę okoliczność.

Ale nie doszedłem do żadnych wniosków.

Jak już mówiłem, wnioski nie są moją najmocniejszą stroną.

Ale ich nieustanne wyciąganie jest jedną z nich.

Wyciągnąć wnioski i umrzeć.

Zawiesić rozumowanie i żyć.

Wstałem z kanapy, aby przejść się po mieszkaniu tam i z powrotem.

Uważnie stawiając kroki, zatoczyłem kilka kółek wzdłuż ścian. Wyjrzałem nawet przez okno.

Lubiłem wyglądać przez okno, gdyż widok ścielący się za nim napełniał mnie przekonaniem o bogactwie i różnorodności świata.

Inni ludzie istnieją, i jest to jakaś pociecha.

Budują domy oraz biurowce i to pozwala myśleć, że samemu również można by coś zbudować, jeśli tylko właściwie się do tego zabrać.

Rozmyślania te sprowadziły mnie z powrotem na kanapę i kazały pomyśleć, że można by wyjść z domu.

Skoro świat istnieje, to być może ja też mogę.

W tym celu należałoby do kogoś zadzwonić. Albo przynajmniej wysłać esemesa.

Powtarzalność myśli i czynności, na jaką zostałem skazany przez swych stwórców, raz po raz zaskakiwała mnie samego.

Chodzenie spać i wstawanie, chodzenie spać i wstawanie, jedzenie i wydalanie, jedzenie i wydalanie. Ile trzeba zjeść, by móc to wydalić? Ile spać, by trzeba było wstać?

I jak zachować świadomą autonomiczność w tym mikrokosmosie jednakowości?

Nie wiedziałem.

Poszedłem do kuchni, w której nieopatrznie porzuciłem ładujący się telefon.

Ekran wypełniony tylko cyframi oznaczającymi godzinę i datę wskazywał na brak nowych wiadomości.

Chciałem powiedzieć komuś: nazywam się Janusz Hrystus. Przyszedłem tutaj, aby was zbawić. Ale nie wiedziałem komu. Ten przekaz nie pasował do żadnej z moich standardowych koleżanek.

Ktoś mógłby spytać: jeśli jesteś taki hej do przodu, to dlaczego nie zbawisz najpierw sam siebie?

I byłoby to słuszne pytanie, w odpowiedzi na które przyszłoby mi spłonąć rumieńcem i ukryć twarz w dłoniach w zdziwieniu, dlaczego sam o tym wcześniej nie pomyślałem.

(Tak naprawdę to pomyślałem, tylko nie wymyśliłem, jak to zrobić).

Ach, i z panem Zbigniewem to też nie była do końca prawda. W istocie moje zdziwienie tym zdaniem było spowodowane niezdrowym i niezrozumiałym entuzjazmem wyraźnie słyszalnym w głosie pani z radia. Pan Zbigniew nie zrobił nic tak wspaniałego, żeby się do tego stopnia zachwycać. Czy ludzie zupełnie już powariowali? Umiaru, żądam umiaru. Zachwycajmy się tylko tym, co godne jest zachwytu. Gańmy to, co zasługuje na naganę.

Albo na odwrót.

W końcu nie wyszedłem z domu.

Ale za to wieczorem odwiedziła mnie siostra.

Zasiedliśmy przy stole w kuchni i pogrążyliśmy się w milczeniu, jakbyśmy na coś czekali.

Przyniosła colę w puszkach. Po puszce dla każdego.

Napiliśmy się.

Zapytała, co u mnie słychać, jakby naprawdę ją to interesowało. Zacząłem lubić moją siostrę, odkąd zrozumiałem, że interesuje się rzeczami, którymi nie interesuje się nikt inny.

Co słychać, zapytałem sam siebie, jakby naprawdę mnie to interesowało.

Aby po chwili powiedzieć, że niewiele.

Siostra odpowiedziała „aha”, sięgnęła ręką po puszkę coli, którą przed chwilą postawiła na stole, i wzięła kolejnego łyka.

Spytała też, czy słychać coś poza tym, że niewiele słychać.

Odpowiedziałem, jakbym znał odpowiedź, że poza tym też niewiele.

Ucieszyło ją to i powiedziała, że to dobrze, choć osobiście nie byłem do tego przekonany, ale powiedziałem, że też tak myślę, choć nie wiem, czy tak myślałem.

Po dłuższej chwili milczenia zauważyłem, że w coli najlepszy jest pierwszy łyk, to, jak uderza do głowy, potem można by ją właściwie wyrzucić.

Siostra zgodziła się ze mną i zauważyła, że to trochę jak palenie, a mogła to zauważyć, bo sama paliła, więc posiadała odpowiednie kompetencje do wygłaszania tego rodzaju opinii.

Ja jednak ośmieliłem się z nią nie zgodzić. Nie żebym miał na ten temat jakąś konkretną opinię. Tylko tak, żeby coś powiedzieć.

Pogadaliśmy jeszcze trochę, a potem poszła.

Puszki zgniotłem i umieściłem w śmietniku, z którego dochodził słodki odór świadczący o tym, że już wkrótce muszę się udać do garażu, aby tam zutylizować odpadki.

Bardzo lubiłem chodzić do garażu utylizować tam odpadki.

Co prawda śmietnik śmierdział i nie pozwalał się rozkoszować tą czynnością. Ale kolejne wyrzucone śmieci świadczyły, że coś się jednak dzieje. Coś po sobie zostawiam, aby ktoś inny mógł się tym zajmować. W ten sposób przyczyniam się do procesu działania świata. Można by nawet powiedzieć, że wyrzucane przeze mnie odpadki stają się siłą napędową tego procesu.

Usiadłem przed komputerem, aby sprawdzić swoje konto pocztowe, Facebooka oraz blogi. Ale nie było żadnych nowych wiadomości. Przynajmniej od momentu, kiedy zaglądałem do internetu po raz ostatni (jakieś pół godziny wcześniej).

Dlaczego wam o tym wcześniej nie napisałem? Nie wiem.

Wydaje się, że są rzeczy, o których po prostu nie można mówić.

O których nie wiadomo jak mówić.

O których mówienie wydaje się niestosowne albo niemożliwe.

A jednak teraz o tym powiedziałem.

Gdybym jednak za każdym razem mówił, że sprawdzam Facebooka, kiedy tylko to robię, ta książka mogłaby być tylko o tym. Dni, w których sprawdzałem Facebooka. Myślicie, że to dobry tytuł? Dobry pomysł? Może kiedyś jeszcze napiszę taką książkę, ale nie dzisiaj. Dzisiaj piszę książkę o czymś innym, choć nie wiem, co to takiego. Kiepski temat na książkę, ale innego nie mam. Trochę mi przykro, ale nie bardzo. Ostatecznie każdy temat jest dobry i mamy wolność słowa. Z tego powodu też trochę mi przykro. Ale znowuż nie bardzo. Jak bardzo może mi być przykro, że jestem, kim jestem? Obawiam się, że tylko trochę.

Kiedy siostra poszła, przyszła moja dziewczyna.

Powiedziała, że ma raka macicy.

Albo że jest w ciąży.

Powiedziałem, że chciałaby.

Choć wcale tak nie uważałem. Często mówię rzeczy, których nie uważam, bo nie wiem, co innego mógłbym powiedzieć. Lepiej mówić rzeczy, których się nie uważa, niż nic nie mówić. Lepiej umrzeć, niż żyć. Cholercia. Chyba pojechałem zbyt daleko w wyciąganiu wniosków. A chodzi tylko o to, że chciałbym, żeby było dobrze, a nie jest. Nigdy nie jest. Nawet teraz, kiedy mam taki dobry dzień i wenę. Pranie wesoło kołacze w bębnie białego electroluksa. Russell Mael śpiewa radosny I married myself, I'm very happy together.

A moja dziewczyna mówi, że ma raka.

Wcale