Warszawa wciąga. Tu byłem. Tu ćpałem. Tu piłem. Przewodnik po warszawskich klubach - Jaś Kapela - ebook
Opis

Warszawa zła, Warszawa zepsuta, Warszawa niemoralna. Taki obraz stolicy pokazany w popularnym serialu „Ślepnąc od świateł” przedarł się na całą Polskę. Ile w tym prawdy?

Jaś Kapela wybrał się w peregrynacje po najmodniejszych klubach i stworzył przewodnik po miejscach, w których bywa warszawka. Reporterskim piórem opisuje, czego naprawdę można się w tych miejscach spodziewać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Jaś Kapela, Czerwone i Czarne

Projekt okładki Frycz i Wicha

Redakcja Zuzanna Krasowska

Korekta Dorota Śrutowska

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne Sp. k. ul. Walecznych 39/5 03-916 Warszawa

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-66219-06-9

Warszawa 2019

Dedykuję: amfetaminie oraz wszystkim przyjaciółkom i przyjaciołom,

– Mogę cię spytać, czy prowadzisz teraz jakieś śledztwo?

– Żadnego. To dlatego biorę kokainę. Nie potrafię egzystować bez intelektualnej podniety. Po cóż innego warto byłoby żyć? Stań tutaj, przy oknie. Czy świat był kiedyś równie ponury, beznadziejny i bezproduktywny? Spójrz, jak ta żółta mgła wije się ulicą i przesuwa, zasłaniając szare domy. Cóż mogłoby być bardziej bezwartościowego i prozaicznego?

Arthur Conan Doyle

  (Sherlock Holmes. Dzienniki i przygody;tłumaczenie Anna Krochmal, Robert Kędzierski)

Wstęp

Warszawa to chyba jedyne miasto w Polsce, w którym naprawdę można żyć i bawić się tak, jakby świat miał się jutro skończyć. Do tego jest w niej „dużo więcej możliwości, więcej predyspozycji, wszystkiego”, jak mówiła jedna z bohaterek Miłości na bogato. Nie bez powodu to właśnie Warszawa stanowi tło najważniejszych intryg i romansów w TVN-owskich serialach. I tak właśnie skończy się świat – nie z hukiem, ale z Filipem Chajzerem.

Rzecz jasna Warszawa tylko udaje Poważne Europejskie Miasto i w rzeczywistości jest uroczo prowincjonalna. Nadal stanowimy społeczeństwo na dorobku – niby już dużo przeżyliśmy i bardzo chętnie spoczęlibyśmy w końcu na laurach, ale wciąż mamy swoje zadry i historyczne bolączki. Podobnie jak komuniści odbudowujący Stare Miasto, warszawiacy również nie potrafią się odciąć od przeszłości – nawet jeśli owe wspomniane laury są jak wycięte z papieru albo zamówione na AliExspressie. Chcielibyśmy być wielcy, ale jak jest, każdy wie. Słoma wychodzi z butów, paździerz z meblościanki, flupy z pizdy, a we łbie mamy kiełbie. Zamiast marmuru lastryko, zamiast szmalu szmalcownicy, zamiast koksu dopalacze. Ale stolica i tak jest pięknym miastem, w którym tyle się dzieje, że aż żal wyjeżdżać.

To w Warszawie koncentruje się życie polityczne, medialne i rozrywkowe kraju. Finansowe pewnie też, ale o tym nie wspominam, bo się na nim nie znam. Tak bardzo się nie znam, że często nie starcza mi do pierwszego. Na szczęście przeważnie wiem, gdzie odbywają się bankiety z darmowym jedzeniem i winem. Niestety nie zawsze są organizowane pod koniec miesiąca, więc staram się na nie chodzić, kiedy tylko mogę, żeby zaoszczędzić na jedzeniu i alkoholu. W końcu muszę jakoś dotrwać do następnej wypłaty i nie wydać przy tym wszystkich oszczędności.

Ale mimo tego wszystkiego kocham Warszawę. Co więcej, uważam, że jest jedynym miastem w Polsce, w którym da się żyć. Nie chcę, żeby zabrzmiało to złośliwie. Bardzo lubię jeździć po Polsce i odwiedzać rozliczne Radomie, Sandomierze, Lubliny, Rzeszowy czy Wałbrzychy. W mniejszych miejscowościach zawsze można znaleźć jakiś zabawny pomnik Jana Pawła II albo przynajmniej ulicę czy nawiązanie do tegoż imienia. Szczególnie piękny jest Dolny Śląsk i Kotlina Kłodzka, ale tam – może nawet bardziej niż gdziekolwiek indziej – widać, że Polacy nie zbudowali żadnej cywilizacji. Wszystko, co ładne, zostało po Niemcach. Polacy, którzy przybyli na tę ziemię, postawili co najwyżej kilka blaszaków, żeby mieć co wynajmować biedronkom czy innymi magazynom z tanim towarem.

Właściwie, to gdzie w Polsce nie wyląduję, i tak mi się tam podoba – nawet jeśli niekiedy bieda aż piszczy, a ludzie wyglądają, jakby wypełzli wprost z biedaszybów. Polska to jeden z dwudziestu kilku najbogatszych krajów na świecie, ale Polacy wciąż są biedni i smutni. Mówię to z pełnym przekonaniem, bo sam jestem biedny i smutny. Ale jednocześnie staram się być wesoły. Oraz żyć, jakbym był bogaty. Pewnie dlatego nigdy nie uzbieram kasy na własne mieszkanie i na starość będę wygrzebywał resztki czarnego złota spod ziemi.

Na co dzień staram się jednak o tym nie myśleć.

Jako dorosły przeimprezowałem w tym mieście już ponad dekadę, a za młodu, chodząc do I SLO im. Maharadży Jama Saheba Digvijay Sinhji (tzw. Bednarskiej), też nie próżnowałem. Jednak do niedawna nie zdawałem sobie sprawy z szerokiego wachlarza klubów i środowisk, jakie można spotkać w stolicy. Prawie dla każdego coś miłego, choć dla niektórych tylko nóż w brzuch i krzyżyk na drogę.

W młodości byłem trochę hipisem, potem bardziej metalem i punkiem. Po latach – sam nie wiem, jak to się stało – przestałem słuchać punka, metalu i rocka, za to wkręciłem się w hip-hop oraz techno. Od kilku lat chodzę głównie na imprezy, na których grają szeroko pojętą muzykę elektroniczną. To świat, który znam najlepiej. Jednak na potrzeby tej książki starałem się zbadać też inne klimaty: Club Wesele, Explosion, Mazowiecką, The View, a nawet imprezę Chrześcijańskich Singli. Oczywiście w Warszawie jest mnóstwo imprez, na które nigdy nie dotarłem, ale przez ostatnie doświadczenia marzę jedynie o ostrej medytacji i miesięcznym detoksie, więc może należy zostawić coś na później.

Oczywiście warto dbać nie tylko o swoje zdrowie, ale też o przyjaciół, więc nie piszę tutaj wszystkiego, a przynajmniej nie używam nazwisk. Z przyjaciółmi robimy wiele nielegalnych rzeczy. No dobra, wcale nie tak wiele. Właściwie tylko jedną: ćpanie. Ale to i tak podchodzi pod wiele paragrafów. Sam raczej nie widzę problemu w publicznym mówieniu, że lubię ćpać, ale wielu moich znajomych ma na ten temat inne zdanie, więc staram się to uszanować. Jest to zresztą dość zabawne – w naszym kraju portal hyperreal.info, dedykowany poszerzeniu wiedzy na temat substancji zmieniających świadomość, ma więcej odsłon niż program jakiejkolwiek lewicowej partii. Ale chyba to rozumiem. Trudno tu wytrzymać na trzeźwo. Ciągle rządzą nami prawicowi hipokryci i cyniczni konserwatyści, którzy wolą zajmować się ukrywaniem księży pedofilów niż redukcją szkód wśród użytkowników różnych substancji.

Wszyscy wiemy, że homo sapiens kroczy prosto w słodkie objęcia anihilacji. A mimo to ciągle chce mi się żyć, kochać i walczyć. Nawet na dzień przed końcem świata zamierzam wciągać kreski i sadzić drzewa.

O tym też jest ta książka.

3mmc

Był taki czas, że okrągłymi, różnokolorowymi naklejkami z napisem 3mmc i numerem telefonu upstrzone było całe Śródmieście. Jeden telefon i w wyznaczone przez ciebie miejsce przyjeżdżał taksówką bardzo sympatyczny pan z zapasem lśniących kryształów metafedronu.

Pamiętaj! Nie myl metafedronu z mefedronem.

Właściciela tego numeru spotkałem zresztą całkiem niedawno i choć od lat ma innego operatora, wciąż wiedzie mu się całkiem dobrze. Stare BMW zamienił na nowe, a jego dziecko niedawno skończyło dwa latka. Tak teraz myślę, że chyba wszyscy moi dilerzy mają już dzieci.

3mmc swojego czasu było chyba najpopularniejszym dopalaczem (patrz: dopalacze) w Polsce. Przynajmniej jeśli chodzi o kryształy, a nie syntetyczne kannabinoidy, które mają zastępować trawkę. 3mmc to pochodna mefedronu i dość silny euforyk, który jednocześnie działa speedująco – czyli łączy wszystko, co cenimy w narkotykach. Po 3mmc czujesz się szczęśliwszy i gotowy do działania. Rozpiera cię energia, a do tego jesteś pełen miłości do świata i jego mieszkańców. Nawet nie gniewasz się za to, jak bardzo rozpierdalają naszą planetę i przy okazji siebie nawzajem. Jesteś pełen wyrozumiałości dla swoich i cudzych słabości. Dlaczego nie można tak się czuć codziennie? Nie wiem. A żałuję.

Teraz myślę, że 3mmc było jednym z najlepszych dopalaczy na rynku. Chociaż to może tylko wspomnień czar – byliśmy młodzi, a narkotyki działały lepiej. Jednak pamięć wciąż jest żywa w narodzie. Substancja już dawno została zdelegalizowana, ale wpisując w Google hasło „3mmc”, przez wiele lat można było znaleźć nie tylko masę relacji z tripów, ale też aktualne ogłoszenia informujące o możliwości nabycia kryształów i euforii na dowóz. Rzecz jasna nie było to już oryginalne 3mmc, ale od czasu zdelegalizowania tego narkotyku na rynku regularnie pojawiają się kolejne podobnie działające substancje. Chociaż chyba żadna z nich nie działa tak fajnie, jak stare, dobre 3mmc, po niektórych nadal jest pięknie.

Jeśli miałbym powiedzieć, który narkotyk jest najbliższy mojemu pokoleniu, byłoby to właśnie 3mmc. Występowało ono w bardzo różnych formach przezroczystego kryształu i można było je spożywać donosowo lub oralnie. Im bardziej sypki kryształ, tym mocniej walił w nos, ale po chwili bólu ciało ogarniało ukojenie, a jakikolwiek dyskomfort odchodził w niepamięć. Z czasem zresztą można było polubić ten ból i nawet sam akt wciągania. Człowiek się warunkuje i wciąganie zaczyna mu się kojarzyć z nadciągającą falą przyjemności, otwartości i miłości. Niektórzy jednak nie lubili sobie rozwalać śluzówki i preferowali podanie oralne. W takim przypadku kryształ najlepiej było spożyć z drinkiem, bo sam z siebie miał dość słony i chemiczny smak (w końcu nie bez powodu na dilpakach pisano, że produkt nie nadaje się do spożycia przez ludzi). Spożycie oralne w przypadku 3mmc było o tyle sensowniejsze, że substancja działała wtedy znacznie mniej gwałtownie, efekt utrzymywał się dłużej, a samo działanie było bardziej euforyczne niż speedujące. Walenie w nos podkręcało speeda, więc dla każdego coś miłego.

Trudno powiedzieć, ile całonocnych, skrajnie szczerych oraz przepełnionych zrozumieniem i empatią rozmów odbyło się w Polsce pod wpływem 3mmc. Sam obstawiam, że mówimy o setkach tysięcy. Niestety oprócz wielu osób, którym pozwoliło ono lepiej zrozumieć siebie i innych, są też tacy, którym 3mmc rozwaliło mózg. Mam przynajmniej jednego kolegę, który od nadmiaru 3mmc trafił na oddział zamknięty. Z byciem szczęśliwym nie można przesadzać.

Najlepsze rzeczy, jakie wynikły z mojego ćpania:

Doświadczenia mistyczne. Co prawda jestem ateistą, ale zawsze miło poczuć, że wszystko na świecie się łączy i ma sens. Bo na co dzień nie zawsze tak uważam.Świadomość, że nie trzeba być nieszczęśliwym. Bo czasem wystarczy wziąć kreskę. A skoro to wystarczy, to i bez kreski nie trzeba. I owszem, można nie być nieszczęśliwym.Poznałem dużo pięknych – choć czasem nieszczęśliwych lub pogubionych – ludzi.Dużo całowania się z osobami, które wstydziłbym się pocałować na trzeźwo.Dużo rozmów o rzeczach, o których rzadko mówię na trzeźwo.

Aftery

Niektórzy ich nie rozumieją, inni uważają za esencję imprezowania. Aftery zaczynają się, gdy imprezy w klubach dobiegają już końca, a zmęczona obsługa chciałaby się udać na zasłużony odpoczynek lub sama się zabawić. Właśnie wtedy zwykle wyłania się grupa osób, które nie chcą jeszcze kończyć imprezy.

Bo przecież lepiej, gdy jest impreza, niż gdy jej nie ma. Najlepiej, żeby impreza nigdy się nie kończyła.

Tak się niestety nie da, bo przecież trzeba czasem chodzić do pracy oraz robić inne rzeczy, na które wcale nie mamy ochoty, na przykład powiększać PKB. Więc kiedy nadarza się taka okazja, wolimy się bawić dalej.

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz byłem na afterze. Kiedyś imprez, które przeciągały się do rana, nie nazywaliśmy afterami, tylko po prostu długimi imprezami. Po wyrzuceniu nas z klubu szlajaliśmy się po mieście, wchodziliśmy na drzewa, kąpaliśmy się w warszawskich fontannach albo zajmowaliśmy się drobnymi kradzieżami: kwiatów z doniczek, znaków drogowych czy innych przedmiotów użyteczności publicznej, które łatwo zawinąć i sprywatyzować.

Z czasem jednak przedłużające się imprezy zaczęliśmy przenosić do domów, gdzie czuliśmy się bezpieczniej niż w przestrzeni publicznej. Nie tylko człowiek nie musi się przejmować nieprzychylnymi spojrzeniami osób, które o piątej, siódmej, dziesiątej czy dwunastej rano nie mogą się już bawić, ale jeszcze – przynajmniej częściowo – unika zetknięcia z policją. O ile na afterach panuje atmosfera miłości i otwartości, o tyle spotkania z policją zazwyczaj mają inny charakter. Zwłaszcza gdy musimy się wytłumaczyć z posiadania narkotyków, a przynajmniej tego, co policjanci za nie uważają – bo nie zawsze daje się im wytłumaczyć, że to zupełnie legalna substancja do nawozu roślin (patrz: dopalacze). Ale też nikomu nie chce się na bieżąco sprawdzać, czy to, co akurat ćpamy, wylądowało na liście substancji zakazanych, więc i to bywa ryzykowne. Natomiast w domu osoby, która danego dnia wspaniałomyślnie zgadza się przyjąć imprezowiczów pod swój dach, takie zmartwienia znikają równie szybko, jak wysypane na lustrze lub okładkach książek kreski wspomagaczy.

Zmęczenie całonocną imprezą oraz zażytymi substancjami sprawia, że na afterach niemal wszyscy są szczerzy i otwarci. Pamiętam klefedronowe tańce w kręgu, podczas których wszyscy byliśmy tak mocno przytuleni, że tworzyliśmy jeden organizm. Pamiętam czytanie o świcie wierszy Elisabeth Bishop. Pamiętam godziny wybierania i puszczania sobie nawzajem piosenek w nadziei, że może następna porwie nas do szaleństwa. Oraz to, że żadna nigdy nie działała tak dobrze, jak kolejna kreska gruzu. Pamiętam, jak prawie wszyscy nagle zaczęli się całować z prawie wszystkimi, choć zapomniałem przy jakiej piosence. Pamiętam obrazoburcze harce z narodowymi i religijnymi symbolami, ale nie pytajcie mnie o nazwiska, bo i tak nie powiem. Pamiętam wręczanie nagród anusa w rozlicznych kategoriach (sam z dziewczyną dostaliśmy złotego anusa w kategorii para hetero, ale były też złote i srebrne anusy, a także platynowy anus za całokształt dla osób, które podejmowały inicjatywę sprzątania butelek po piwie, wywalania przepełnionych popielniczek albo generalnie robiły coś pożytecznego dla grupy). Pamiętam rozmowy o Debordzie, Deleuzie, Foucaltcie, Popperze i Rortym. I to, że nie chciało mi się brać w nich udziału.

O sens afterowania toczą się liczne spory. Na przykład były redaktor polskiej redakcji VICE swego czasu napisał: „Bardzo nie rozumiem idei afterów. W sensie wszyscy są zjebani i muszą wciągać kreski, żeby następnego dnia też się czuć zjebanym. Żeby tam się jeszcze, nie wiem, oglądało mniej znane filmy Leni Riefenstahl albo rysowało potwory, to bym jeszcze czaił. Ktoś mi wytłumaczy, dlaczego to jest takie turbo-modne?”. Co prawda samo pytanie wskazuje, że jego autor nie był na zbyt wielu afterach (do czego zresztą się przyznaje), bo choć nie pamiętam filmów Riefenstahl, na afterach czasami ogląda się różne dziwne rzeczy, a czasem nawet się je maluje. Z wyjaśnieniami przyszła koleżanka, która nie jest specjalną entuzjastką spania i woli przez ten czas robić pożyteczniejsze rzeczy. Wyjaśniła, że „bycie krańcowo zjebanym w dobrym towarzystwie to sama przyjemność”.

W dyskusji wziął również udział Mateusz Kazula, nieformalny rzecznik Wixapolu (patrz: Wixapol) i sceptyczny promotor kultury klubowej. Jest on twórcą określenia „cywilizacja afteru” oraz autorem tekstu Jesteśmy cywilizacją afteru. Kazula dowodził w nim, że aftery są przedłużeniem polskiej tradycji weselnych poprawin oraz zjawiskiem charakterystycznym dla naszego pokolenia, między innymi dzięki wszechobecności sklepów monopolowych oraz dostępności substancji psychoaktywnych, które pozwalają ożywić i przedłużyć zabawę. Stwierdził również, że: „After to z jednej strony apoteoza teraźniejszości, spontaniczna proteza zabawy i szczęścia, takie »chwilo trwaj, jesteś piękna«. After to również rozbuchana gospodarka libidalna i zmagania z harcującym ego. […] Afterować to trochę być, a trochę mieć. Chowanie się po domach w swoim gronie przywołuje na myśl wątki konspiracyjne, świętą tradycję podziemia. Z drugiej strony zapraszanie do domu atrakcyjnych randomów pielęgnuje topos polskiej gościnności. Te wspólne imprezowe nadgodziny są kolejną formą pokoleniowych przeżyć, namiastką wspólnotowych więzi, buntem rekompensowanym autodestrukcją”.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.