Jadę sobie. Powrót do Azji - Marzena Filipczak - ebook

Jadę sobie. Powrót do Azji ebook

Marzena Filipczak

4,5

Opis

Podróż znaczy wolność, a najlepiej przekonać się o tym w samotnej podróży w najdalsze zakątki świata.

Marzenę Filipczak ciągnie tam, gdzie nie ma powtarzalnych hoteli z folderów turystycznych, a każdy dzień nie jest ograniczony all inclusive. Ona chce zobaczyć to, co widać z okien zdezelowanego lokalnego autobusu lub małego hoteliku za ruchliwym bazarem. Podsłuchuje, o czym rozmawiają kliencie okolicznego baru i czym emocjonują się miejscowe dzieciaki. Śpi tam, gdzie miejscowi – czasem w pokoju pełnym karaluchów, a czasem w prywatnej wieżyczce na dachu hotelu z pięknym widokiem. Je to, co gospodarze - góry ryżu na liściu banana z sosami ze wspólnych miseczek, ostry dhal i dopiero co zdjęte z blachy czapati. To wszystko wędrując przez dżunglę, plantacje herbaty i tarasy ryżowe, zatrzymując się nad ciepłym oceanem, podziwiając ośnieżone szczyty i wsłuchując się w egzotyczne dźwięki wielkich miast.

Autorka wraca po latach w te same miejsca – do Indii, Malezji, Tajlandii, Wietnamu i Kambodży – i sprawdza, jak zmieniło się życie mieszkańców. Mówi też o bezpieczeństwie samotnej (i nie tylko) kobiety w podróży i odpowiada na pytania, które powstrzymują wiele osób od przeżycia przygody życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 458

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (34 oceny)
24
5
3
2
0

Popularność




.

CZĘŚĆ I

Jadę sobie

.

INDIE POŁUDNIOWE

Zamiast wstępu

Maj 2008, do Azji

Była trzecia nad ranem, a ja właśnie wylądowałam na lotnisku w Bengalurze na południu Indii. Bez żadnych rezerwacji i jakiegokolwiek pomysłu co dalej, pierwszy raz w Azji i pierwszy raz sama gdziekolwiek.

Było ciemno, gorąco i głośno. W toaletach mocz sięgał kostek, a ja musiałam ukryć na nodze saszetkę z paszportem, kartami kredytowymi i pieniędzmi. Tylko jak to zrobić, mając duży plecak na grzbiecie, a z przodu podręczny?

Na zewnątrz stało kilkudziesięciu taksówkarzy, ale czy mogę z którymś pojechać w nocy szukać hotelu? I czy w ogóle mogę wyjść, skoro w przejściu siedzi policjant z bronią? Wyszłam z terminala, na wszelki wypadek nie odchodząc dalej niż kilka metrów od drzwi. Rozejrzałam się i postanowiłam poczekać, aż się rozjaśni. Wróciłam do środka, przekonawszy uzbrojonego policjanta, że zostali tam moi znajomi; potem zrozumiałam, że miałam dużo szczęścia – po wyjściu z lotniska można na nie wrócić tylko z ważnym biletem w ręku.

Kiedy się rozjaśniło, wzięłam taksówkę i pojechałam do pierwszego hotelu wybranego z przewodnika. Wcześniej nie udało mi się go zarezerwować – nie dobudziłam Hindusa śpiącego w punkcie rezerwacji na lotnisku.

W hotelowym pokoju chodziły karaluchy długości palca, z łazienki wychodziły kolejne, przez okratowane okno widziałam zatłoczony bazar (dlaczego na ulicach nie ma w ogóle kobiet?). Było jasno, gorąco i głośno.

Dziurę, z której wychodziły karaluchy, zatkałam foliową torebką, do lamp na ścianach przywiązałam sznurek, a do niego moskitierę, i zapadłam w drzemkę. Kiedy się obudziłam, wcale nie miałam ochoty wychodzić na zewnątrz. Ale byłam głodna. Znalazłam lokalną knajpę. Karaluch chodzący pomiędzy miskami nie zrobił już na mnie wrażenia.

A potem było tylko łatwiej.

W sześć miesięcy przejechałam Indie, Malezję, Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. Miałam tylko ogólny plan trasy, a i tak często go zmieniałam. Jeśli gdzieś mi się podobało – zostawałam dłużej, jeśli dokądś odechciało mi się jechać – nie jechałam. Nie postawiłam sobie za punkt honoru, żeby zobaczyć wszystkie zabytki i świątynie, pojechać na każde safari, pójść na każdy trekking. Wybierałam to, co mnie interesowało najbardziej. Resztę czasu spędzałam, siedząc w lokalnych knajpach, leżąc nad rzeką, gapiąc się na góry, chodząc bez celu po plątaninie wąskich ulic azjatyckich miasteczek. Godzinami podróżowałam lokalnymi pociągami, autobusami, dżipami, łodziami, furgonetkami i rikszami.

Jechałam sobie.

INDIE POŁUDNIOWE

7 maja: Witajcie w Bengalurze

Warszawa – Londyn – Bengalur

Piszę z indyjskiej kafejki internetowej o wdzięcznej nazwie Internet Palace.

Pierwsze wrażenia z Indii: brud, smród, bałagan, ale zupełnie innego rodzaju niż u nas i w miejscach, które do tej pory widziałam. Ludzie, którzy śpią na ulicach, psy, które się wałęsają między ludźmi, a są tak chude, że rozumiem już pojęcie „tylko skóra i kości”. Trudno się dziwić, że ludzie ich nie karmią, skoro sami często nie mają co jeść. Krowy leżące na poboczach, bo chodników tu nie ma, a nawet gdyby były, jeździłyby po nich riksze, motory, rowery. Ruch i hałas taki, że wydaje mi się, jakbym wciąż była na środku dużego skrzyżowania.

– Bądź ostrożna – ostrzega co jakiś czas Hindus, kiedy uskakuję przed motorikszą.

Tylko jak być ostrożną, skoro po jednym pasie jadą obok siebie trzy pojazdy, riksza mija mnie dziobem, ale zaczepia rozszerzanym tyłem, nie ma dokąd uciekać, bo tuż obok stoi rząd ciasno zbudowanych sklepików, a nawet jeśli jest trochę miejsca, prawdopodobnie wskoczy się na leżącego tam psa albo w najlepszym wypadku wdepnie w krowie łajno. Na drugą stronę ulicy nawet nie próbuję przechodzić sama, tylko drepczę za jakimiś miejscowymi, ale nie zawsze udaje mi się zdążyć, bo ci biegają między pojazdami ze zręcznością antylopy. Raz, kiedy tak stałam i nie miałam za kim przejść, widziałam mężczyznę bez nóg, który sprawnie przemieszczał się na rękach między samochodami, choć te nie zwalniały ani trochę. Kalecy, których jest tu sporo, nie robią na nikim żadnego wrażenia.

Wyszłam na tę ulicę i chciałam uciekać, ale nie potrafiłam, bo w chaosie zgubiłam orientację. Położony na południu Indii Bengalur jest nazywany Doliną Krzemową, są w nim siedziby wielu instytutów i korporacji. Skoro tak wygląda nowoczesna metropolia, to co będzie dalej?

Powietrze jest brudne od spalin – prawie ze wszystkich rur wydechowych wydobywają się kłęby czarnego dymu. I brudne od kurzu – Hindusi wciąż zamiatają go wokół siebie na kupki, które za chwilę rozdmuchuje wiatr albo roznoszą psy i przechodnie. Więc zamiatają po raz drugi, trzeci, byle tylko kawałek od swojego domu, sklepiku, warsztatu.

Kocham moskitierę. Komarów co prawda niewiele, ale pierwszy karaluch w moim hotelu był wielkości palca. Na dodatek wlazł mi do plecaka, kiedy zeszłam zapłacić za pokój. Wyszedł, kiedy otwierałam plecak. Nie ma papieru toaletowego, jest za to dziura w podłodze i wiaderko do jej spłukania. Nie ma zamka, tylko skobel, więc po raz pierwszy użyłam zabranej z Polski kłódki. Miejscową mogłabym otworzyć bez trudu wsuwką do włosów. Poza tym okej.

Trochę szukałam agencji, w której kupię bilety na dalszą drogę, ale wszyscy chcieli je sprzedać nie tam, dokąd ja chciałam, tylko tam, gdzie ich wujek prowadzi hotel, w którym mogłabym się zatrzymać. Jakimś cudem w mieście, w którym nazwy ulic funkcjonują tylko w zachodnich przewodnikach, udało mi się znaleźć państwowe biuro sprzedaży biletów na państwowe autobusy – i nie znajdowało się ono bynajmniej na dworcu, których na dodatek jest tu kilka.

Pierwsze spostrzeżenie na temat wyposażenia w czasie podróży do Indii – podstawą sukcesu jest długopis, bez niego nie załatwi się niczego. Żeby dostać bilet, najpierw trzeba wypełnić wniosek w jednym okienku, pójść z nim do drugiego, gdzie inny człowiek sprawdzi, czy są miejsca, i przystawi odpowiednią pieczątkę. Potem po coś do trzeciego, stamtąd do czwartego, w którym nikogo nie ma, ale w żadnym innym mnie nie obsłużą. Po kwadransie przychodzi Hindus, który przez cały ten czas pił herbatę, i wydaje bilet.

Tu do biurokracji trzeba się przyzwyczaić – wszędzie. Zakup biletu lotniczego do Kuala Lumpur zajął mi pół dnia.

Biuro Air India, narodowego przewoźnika: sześć komputerów, za dwoma siedzą Hinduski i coś robią, za trzecim siedzi Hinduska i nie robi nic. System numerkowy polega na tym, że trzeba sobie oderwać kolejną karteczkę z zeszytu. Kiedy udało mi się dotrzeć do właściwej pani, odmówiła sprzedania biletu, bo bez numeru telefonu do mojego hotelu w Malezji oraz numeru mojej indyjskiej komórki system nie przyjmie zamówienia. Więc w pierwszej napotkanej kafejce internetowej spisałam dane pierwszego lepszego hotelu w Kuala Lumpur, sprawdziłam, jak wyglądają numery komórek w Indiach i wróciłam do tej samej pani. I co? Pani wpisuje wszystkie dane, system je przyjmuje, idziemy do innego pokoju, gdzie pani siada przy innym komputerze i kupuje mi bilet – elektroniczny. To jednak nie koniec – muszę zapłacić gotówką, bo internet akceptuje tylko lokalne karty kredytowe. Idziemy więc do drugiego pokoju, gdzie pani drukuje mi potwierdzenie, następnie do kolejnego, w którym płacę. Po całej operacji kobieta odprowadza mnie do drzwi, kłania się i życzy przyjemnego lotu.

Czasami naprawdę uwielbiam patrzeć, jak pracują Hindusi – na stanowisku, gdzie normalnie wystarczy jedna osoba, jest ich czterech. Co ciekawe, każdy się czymś zajmuje. Nic nie przebije wynalazku „dwóch do łopaty”. Indyjska łopata na dole, tuż nad łyżką do nabierania, ma przywiązany mocny sznur. Jeden Hindus wbija łopatę, drugi ciągnie za sznur i ją wyjmuje. Kolejny nimi komenderuje, a trzech się przygląda.

INDIE POŁUDNIOWE

9 maja: Pierwsze koty za płoty

Bengalur – Hampi

Jestem w Hampi, a jutro jadę do Badami. Już mi się robi słodko niedobrze na myśl o tym, że trzeba wsiąść do autobusu – temperatura w dzień w najgorętszych godzinach, czyli między 10 a 16, przekracza 40 stopni Celsjusza. Da się wytrzymać pod warunkiem, że co jakiś czas posiedzi się trochę w cieniu. I woda – nigdy nie wierzyłam, że można wypić jej 4–5 litrów dziennie z własnej woli. Oprócz wody pochłaniam colę i najpopularniejszy miejscowy napój – lassi, czyli owoce zmiksowane z jogurtem i lodowatą wodą. Najbardziej rozpowszechnione jest bananowe, ale dają też z mango, papają, ananasem, czasem nawet z czekoladą albo kawą specjalnie dla turystów.

Nadal próbuję znaleźć coś nadającego się do zjedzenia, do tej pory najmniej ostre było coś, co w smaku przypominało ziarenka pieprzu. Hindusi każdą potrawę podają w zestawie z miseczkami sosów i pikli dla zaostrzenia smaku. A ja nie jestem w stanie jej przełknąć sauté! Dzisiaj znalazłam za to knajpę, w której dali mi na śniadanie tosty z dżemem, i jestem szczęśliwa, choć kawy do tej pory nie udało mi się wypić. Jeśli już, to podają napój o smaku i zapachu inki, z kożuchem na wierzchu i słodkim jak ulepek skondensowanym mlekiem.

W Hampi jest dużo starożytnych kamiennych świątyń i jeszcze więcej pielgrzymów. Jest też całkiem sporo turystów: przez dwa dni naliczyłam ich z dziesięciu. Ale w Indiach jest teraz poza sezonem, maj to najgorętszy miesiąc, a zaraz po nim zaczyna się monsun. W związku z turystami w miasteczku sprzedają nawet tak niedostępne dobra jak papier toaletowy, kremy do opalania i marlboro.

Przyjechałam tu lokalnym autobusem nocnym, więc pierwsze koty za płoty. Ruszał o godzinie 23, przepadła mi doba w hotelu, ale nie ma co płakać, bo już pierwszego dnia wieczorem przestałam liczyć zabite karaluchy. Poza tym i tak musiałabym się wynieść o 6, większość tanich hoteli działa w systemie „24-hours check-out”, co oznacza, że pokój przysługuje gościowi dokładnie przez dobę od momentu zameldowania.

Mam za sobą dziewiczy kurs rikszą i rikszarza, który mnie oszukał w sposób dość perfidny. Zawiózł mnie nie na ten dworzec, na który chciałam, tylko na bliższy. W strugach deszczu, w tłumie ludzi, w ulicznym korku biegłam nocą – a raczej miotałam się w poszukiwaniu kierunku – na właściwy dworzec. Wyciągnęłam z tego kolejne wnioski: przed nocnym odjazdem spróbuj się zorientować, gdzie jest twój dworzec, oraz nie taka w Indiach noc straszna, jak ją malują. Bo kiedy już chciałam się poddać, w końcu znalazł się człowiek, z którym jako tako udało mi się porozumieć i który znalazł innych ludzi idących na ten sam dworzec. A ja poszłam za nimi, sama nie miałam szans tam trafić. Spacerowaliśmy dość niespiesznie; Hindusi tylko przyjaźnie się uśmiechali i zapewne głowili, o co mi chodzi, kiedy nerwowo zerkałam na zegarek: dziesięć minut do odjazdu, pięć, trzy... Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że pojęcie czasu w Indiach istnieje najwyżej w słownikach. Autobus przyjechał dwie godziny później? Widocznie musiało tak być. Odjechał pół godziny przed czasem? Stało się. Nie było go dzisiaj w ogóle? Po co się denerwować, na pewno będzie jutro.

Kompleks świątyń w Pattadakal zbudowano w VII i VIII w. ku czci Sziwy. W jednej z nich znajduje się figura byka Nandi, który według mitologii hinduistycznej był wierzchowcem Sziwy

Peron, z którego odjeżdżał mój autobus, to nie peron z tych, jakie widziałam i znałam do tej pory, tylko zatoczka, w której w dowolnym miejscu zatrzymuje się przynajmniej kilka autobusów. Tabliczki mają tylko w hindi – właściwie dlaczego się temu dziwić, w Polsce są tylko po polsku – albo nie mają ich w ogóle. Patrzę na ludzi i wciąż się zastanawiam, jak oni mogą tak spokojnie siedzieć na walizkach, tobołkach i tobołeczkach. I nagle z tego bezruchu zrywać się biegiem do autobusu – o dziwo, właściwego!

Hindusów jest z tysiąc, a ja jedna biała, więc natychmiast pracownik dworca stawia mnie we właściwym miejscu i zapisuje na karteczce numer autobusu, do którego mam wsiąść. Potem dosyła kolejnych białych, nazbierała się jeszcze trójka – wszyscy do Hampi.

Nasz autobus nazywał się „deluxe” i był jednym z tych lepszych, więc kiedy w końcu podjechał, długo nie wierzyłam, że to on, i porównywałam numerki z karteczki z rejestracją.

„Deluxe” był stary, brudny, trzeszczący i miał rozwalające się siedzenia, z których na wybojach wyrzucało w powietrze, a wybojów na tych drogach dużo. Siedzenia były rozkładane, co oznaczało, że część z nich zastygła na zawsze w pozycji półleżącej, część w siedzącej, a część z każdym wybojem bujała się to w przód, to w tył.

Badami słynie z wykutych w klifie grot świątynnych. Ja po raz pierwszy spotkałam się tu z hordami małp, ostrzeżenia przed nimi wiszą na każdym kroku

Zaraz po wyjeździe z Bengaluru autobus się zepsuł. Mężczyźni, czyli jakieś 95 procent pasażerów, wysiedli, pchnęli, odpalił. Po kolejnych dwóch godzinach zajechał do zajezdni w szczerym polu, a raczej w szczerym niczym. My, przyjezdni, siedzieliśmy w środku, Hindusi próbowali coś naprawić. Po kilku kolejnych godzinach znowu ruszyliśmy. W efekcie zamiast na 6 dojechaliśmy na 10 i nie do Hampi, tylko do Hospet, czyli przedostatniego przystanku. Tam miejscowych zostawiono samym sobie, a nas odprowadzono i zapakowano za darmo do lokalnego busu. I wtedy zrozumiałam, co to znaczy stary i zły autobus. Zrozumiałam też, co znaczy powiedzenie „bieda aż piszczy”. Miasto, które jeszcze wczoraj wydawało mi się nędzne, jest o cywilizację wyżej od obrazków z tutejszej wsi. Domy to często szałasy zbudowane w polu z kilku patyków i palmowych liści służących za dach albo proste namioty z kawałków niebieskiej folii. Mężczyźni zamiast spodni noszą szmaty do kolan zawiązane na kształt sarongu. Choli – króciutka koszulka, która jest częścią damskiej garderoby, to zbytek; starym kobietom spod włożonych na gołe ciało sari widać pomarszczone piersi. W knajpach, tanich hotelach, na dworcach pracują kilku-, kilkunastoletni chłopcy. Sprzątają ze stołów, myją podłogi, sprzedają lody, orzeszki i gazety wprost do okien autobusów, czekają na dzwonek z hotelowego pokoju w nadziei, że gość każe sobie kupić wodę i da im za to 10 rupii.

Hindusi, poza tym że są służbistami, to dosyć przyjazny naród. Biały to dla nich ciągle ktoś (wiem, jak to brzmi, ale naprawdę tak jest). Już się przyzwyczaiłam, że wciąż proszą mnie o zrobienie wspólnego zdjęcia, ściskają rękę[1], zapraszają, żeby z nimi zjeść, przychodzą z karteczkami, żeby napisać na nich imię, a na koniec rozmowy, nawet jeśli było to tylko jedno pytanie, mówią nie „bye”, tylko „thank you”. Dziękuję, że zechciałaś ze mną porozmawiać, madame. Pierwsze standardowe pytanie brzmi: „Skąd jesteś?”, czyli „Which country?”. Właściwa odpowiedź: „Z Europy”; Polski nie kojarzą. Do tej pory słyszało o niej tylko dwóch: pierwszy – bo studiował historię i znał dzieje drugiej wojny światowej, drugi – bo był w wojsku i dowiedziawszy się, skąd jestem, z szerokim uśmiechem odpowiedział: „Poland and Russia not friends, like India and Pakistan”.

INDIE POŁUDNIOWE

16 maja: Na plaży mi się marzy

Hampi – Badami – Pattadakal – Bijapur – Kolhapur – Anjuna Beach

Po raz pierwszy w życiu cieszę się, że jestem na plaży. Wczoraj wieczorem po szaleńczym zjeździe serpentynami żwirową drogą bez barierek, po której autobus częściej się zsuwał, niż jechał, wylądowałam na najbardziej oddalonej od cywilizowanego świata plaży Goa.

Jak z obrazka.

Obrazek pierwszy: bielony domek z tarasem w ogrodzie, na tarasie hamaczek, w hamaczku ja – to mój aktualny lokal. Do plaży rzut kamieniem, w domku stadami biegają mrówki, ale karaluchów nie ma.

Obrazek drugi: knajpa na plaży, czyli dach z liści palmowych, w knajpie leżaki plażowe, na nich jedyny gość, czyli ja, obok stoliczek z plackiem kokosowym i koktajlem z ananasa – to moje dzisiejsze śniadanie.

Morze szumi, wietrzyk wieje, słonko świeci, skały się czerwienią, a ludzi tylu, co kot napłakał, bo po sezonie.

Goa to zupełnie inny świat, ktoś mądrze powiedział, że nie Indie. Przyjechać tu z innej części kraju to tak, jakby się teleportować z ostatniej wsi na Podlasiu na Rynek Główny w Krakowie. Na Goa Hindusi mieszkają w domach, a nie w szałasach, kobiety noszą sukienki, nie tylko sari, dzieci nie chodzą boso, w knajpach podają piwo i nikogo nie dziwi, że biała je pije.

Na Goa sporo białych po prostu żyje – porzucili biura w Europie i przyjechali tu, by zostać właścicielami restauracji, guesthouse’ów, małych biur podróży. Spotykam ich uśmiechniętych na plaży, kiedy wręczają mi odbite na ksero ulotki z mapką pokazującą, jak trafić do ich lokalu. Na przykład pewnego Francuza, który – choć ma knajpkę wcale nie przy plaży i wcale nie z niskimi cenami – nie narzeka na brak klientów. Turyści do niego przyjdą, bo wielu przyjeżdża na Goa tylko dla słońca i morza, całą resztę chcą mieć taką jak w domu. Francuz mówi, że nie zamieniłby tego kraju na żaden inny. Zarabia co prawda dużo mniej niż w Europie, ale dużo więcej niż przeciętny mieszkaniec Indii; na co dzień wiedzie powolne życie, a w szczycie pory deszczowej – kiedy całe Goa praktycznie się zamyka – może sobie pozwolić na dwumiesięczne wakacje.

– To pewnie zwiedziłeś już całe Indie – mówię z zazdrością.

Najpierw wydaje się, jakby mnie nie zrozumiał. Dopiero po chwili, szczerze zdziwiony, odpowiada:

– Żartujesz? Bardzo lubię Indie, ale tylko Goa.

Dalej wyprawia się jedynie do Mumbaju; na wakacje jeździ do Australii, Oceanii albo „cywilizowanych” Tajlandii czy Malezji.

Na Goa jest też sporo lokali o nazwach Esmeralda albo Amigo, bo to dawna kolonia portugalska. Równie dużo nazywa się Gagarin albo Nikita – tutejsze plaże są jednym z ulubionych miejsc wypoczynku rosyjskich turystów. Już po moim powrocie do Polski głośno zrobiło się o bankrutujących Rosjanach, którzy – żeby, jak mówili, przeżyć kryzys – wynajęli swoje mieszkania w Moskwie, co wystarczało im na nicnierobienie na Goa.

Byłam w mieście Old Goa, prawie w całości złożonym ze starych, dobrze utrzymanych kościołów i niczego więcej; niewiarygodne, ale na metr kwadratowy przypada ich tu chyba więcej niż w Watykanie. Hindusi ciągną do Old Goa kilkunastoosobowymi rodzinnymi grupami na wycieczki. Obserwuję ich i czegoś nie mogę zrozumieć. Dlaczego na nas, turystów z Zachodu, patrzy się krzywo, jeśli nie znamy miejscowych reguł: zdejmowania butów, nakrywania ramion, nierobienia zdjęć bóstwom? Dlaczego większość ludzi, których poznałam, stara się ich jednak przestrzegać – ze zwykłego szacunku? A Hindusi, rozkrzyczani i rozradowani, siadają na ołtarzu, gdzie popijają wodę z butelki albo robią sobie zdjęcia na cmentarzu: ja i grób, szeroki uśmiech. Jest mi zwyczajnie przykro. Tym bardziej że wszystko jest tak dobrze utrzymane i zachowane, a zapomniano o najważniejszym.

W Old Goa, oprócz kościołów, dużo jest też parków i zieleni. Bardzo przyjemnie, bo w innych indyjskich miastach najbardziej brakuje mi tego, że za dnia nie ma gdzie przysiąść i odpocząć. Nie ma ławki, kawałka cienia, w lokalnych knajpach można szybko zjeść, ale na pewno nie posiedzieć, więc jedyne rozwiązanie to wrócić do hotelu, o ile akurat jest się w jego okolicy, a nie dwa miasta dalej. Sprawa druga, bardziej paląca: nie ma też toalet, nawet w większości knajp. Bywają przybytki dla facetów o nazwie „pay and use”, ale nie widziałam, żeby którykolwiek ich „use”, o „pay” nie wspominając. Mężczyźni sikają pod murkiem, a czasem i bez murka, w najlepszym wypadku do ustawionych na ulicach odkrytych pisuarów; trafia się tam bezbłędnie, idąc za zapachem. Jak sobie radzą kobiety, pojęcia nie mam. Czasem widzę, jak kucają gdzieś na uboczu, ale to zwykle te uboższe. Wymyśliłam tylko dwa rozwiązania zagadki: a) zamożniejsze kobiety, kiedy je przypili, biorą rikszę i jadą do domu; b) zamożniejsze kobiety nie sikają w ogóle.

Wczoraj wieczorem po raz pierwszy poczułam chłód na tyle, że okryłam się szalem. Miejscowym cienkim szalem z jednego z moich dwóch nowo kupionych salwar kamizów, czyli zestawów złożonych ze spodni, tuniki i długiego szala. Kosztował równowartość trzech dolarów, co jest niebagatelną kwotą. Jest też mnóstwo stoisk, gdzie wszystkie rzeczy sprzedają za 50 rupii, co daje około dolara – zwiewne bluzki, sukienki, szerokie spodnie, czyli mniej więcej to, co u nas w India shopach. Tu nazywa się to hindu-western style i style ten prezentuje większość turystów. Mnie nie przypadł do gustu, raz – że ni to miejscowe, ni zachodnie; dwa – większość rzeczy nie wygląda, by miała przeżyć więcej niż kilka prań, a pierze się tu często.

Dziś mam na sobie tunikę koloru wściekle fioletowego haftowaną w żółte (prawdziwie żółte) kwiaty i żółty szal. Żółte spodnie wyrzuciłam, bo wydawały mi się za grube.

Mój zestaw numer dwa to różowa tunika wyszywana lusterkami, szafirowy szal, spodnie też szafirowe, haftowane różowymi cekinami. Co dziwne, tutaj te wszystkie kolory, lusterka i cekiny pasują do otoczenia. Salwar kamizy zapakowano mi w torbę z napisem „Beauty on the Beach” – chodzi o to, że tuniki są długości do połowy uda, czyli wyjątkowo krótkie (normalnie sięgają łydki), i Hinduski w nich „się opalają”, czyli zalegają na plaży, albo „kąpią”, czyli leżą całymi dniami w wodzie po kolana. Czasami wchodzą w wodę po pas i trzymając się za ręce, skaczą na fale. Faceci różnie – też leżą w wodzie albo skaczą na fale, ale niektórzy są ubrani w spodnie i koszule, inni – w szorty do kolan.

Jadę na Goa – mówią ludzie. Słuchasz i myślisz, że Goa to jakieś wyspy. Tymczasem jest to stan rozciągnięty wzdłuż wybrzeża Morza Arabskiego. Z grubsza plaże można podzielić na hippisowskie na północy i turystyczne, bardziej oblegane, na południu. Bodaj najsłynniejsza jest Palolem

Mam zamiar zostać tu trzy, cztery dni i przy okazji obejrzeć okolicę, a potem jadę na najbardziej oddaloną na południe plażę Goa – podobno też jest pusta i spokojna. I myślę, że należy tu kiedyś przyjechać wspólnie ze znajomymi i wynająć domki na plaży kryte liśćmi palmowymi. Kosztują 4–5 dolarów za noc. Wypatrzyłam grupę kilku postawionych w spokojnej zatoczce, z dala od wszystkich i wszystkiego.

W ciągu poprzednich kilku dni przejechałam kawał interioru, oglądając liczne świątynie i meczety. W Bijapurze, jednym z najświętszych muzułmańskich miejsc w Indiach, poznałam niejakiego Yusufa i jego rodzinę. Każde z siódemki dzieci zostało zmuszone przez ojca do pokonwersowania ze mną w celu praktykowania angielskiego, a więc zadają mi te same pytania: skąd jestem, jak mam na imię, jak na imię mają mój ojciec i moja matka. Kiedy jeden z młodszych chłopców nie chciał, a może się wstydził, dostał po tyłku tak, że aż mnie zabolało. Było miło, póki Yusuf przez jednego z kuzynów, który służył za tłumacza, nie zapytał, co sądzę o WTC i bin Ladenie. Odpowiedziałam dyplomatycznie, że to temat na długą dyskusję, a wtedy wszyscy nagle wstali i się pożegnali. Do dzisiaj się zastanawiam, czy ja ich obraziłam odpowiedzią, czy oni pomyśleli, że obrazili mnie pytaniem?

INDIE POŁUDNIOWE

19 maja: O prawdopodobieństwie pewności

Goa

Połowę czasu w Indiach spędzam w autobusach i zaczynam coraz bardziej to lubić, choć nieraz potrafią dać w kość. Autobusy dzielą się na prywatne „deluxe” na długich trasach, państwowe na wszystkich trasach i prywatne busiki na krótkich trasach. Te pierwsze jadą z miasta A do miasta B, nie zatrzymując się po drodze (pod warunkiem że się nie zepsują) albo zatrzymując się tylko w dużych miastach, drugie zatrzymują się i zabierają ludzi czekających na przystankach, zaś ostatnie zatrzymują się wszędzie i czekają na komplet pasażerów. Kiedy zbierze się cały bus, odjeżdżają kawałek i znowu się zatrzymują, czekając na kogoś, kto być może zaraz wyjdzie z domu i kogo załadują na dach. Jeżdżenie na dachu jest od jakiegoś czasu oficjalnie zakazane, bo władze uznały, że to zbyt niebezpieczne i zbyt niepoważne, ale w interiorze nikt sobie z tego nic nie robi. Ja się jeszcze nie odważyłam tak jechać – bardzo się kurzy i nie pomaga na to żaden prysznic.

Wszystkie autobusy mają jedną cechę wspólną – słabe resory albo ich brak, co na tutejszych dziurawych drogach potrafi być bolesne.

– Jump, jump – krzyczą Hindusi, kiedy na wybojach trzymam się kurczowo poręczy. Poddanie się wybojom czyni jazdę znośniejszą.

Podczas dłuższych kursów, czyli trwających powyżej trzech godzin, co w tutejszych warunkach często oznacza około 100 kilometrów, jest przystanek na coś na ząb. Coś na ząb podaje się w dhabach, czyli budkach pod palmowym dachem, zbudowanych jak zajezdnie w szczerym niczym – to taka lokalna wersja fast foodu. Karmią niezgorzej: samosami (rodzaj pierożków smażonych w głębokim tłuszczu), smażonymi kulkami z warzyw, gotową miniwersją thali (ryż z rozmaitymi dodatkami i sosami), oczywiście czajem (herbata najgorszego sortu z mlekiem, czasem też z przyprawami). Wszędzie obowiązkowe są slice albo maaza – wytwór międzynarodowych korporacji na miejscowy rynek, czyli napój z mango, będący lokalnym zamiennikiem pepsi czy coli.

Na początku bałam się wychodzić na postój, zwłaszcza jeśli był to nocny kurs, przerażona wizją, że autobus odjedzie, a ja zostanę. Ale już poznałam system gwizdkowy; gwizdek to obowiązkowy gadżet na wyposażeniu każdego konduktora i żaden kierowca nie śmie zatrzymać się ani odjechać, jeśli fakt ten nie zostanie odgwizdany. Gwizdek jest na tyle donośny, że nie sposób, by nie usłyszeli go pasażerowie na postoju. Na trasach nocnych konduktorzy przed odjazdem zwykle przeliczają pasażerów, a zaleta bycia białym jest w tym wypadku taka, że nawet na dziennych trasach nie umknie im, że brakuje cię w środku.

Załadunek autobusu. Akurat ten miał drewnianą podłogę, zapłon na sznurek i odjeżdżał ze stanowiska za szlabanem oddzielającym stany Kerala i Tamilnadu

Jest też zaleta bycia kobietą – w autobusach nocnych są miejsca przeznaczone specjalnie dla samotnie podróżujących pań i konduktorzy pilnują, żeby nie przysiadł się do nich żaden facet. Jeśli kobieta wsiada gdzieś na trasie i nie ma dla niej miejsca obok innej kobiety, konduktor przesadza ludzi, żeby się znalazło. Ale to rzadki przypadek, bo zwykle samotnie podróżującą kobietą jestem tylko ja. W autobusach dziennych i lokalnych takie miejsca też są, ale tylko teoretycznie; pojazdy są na tyle przeładowane, że każdy siada, gdzie może – z maską na silniku i podłogą włącznie. Zwyczajowo kobiety podróżują z przodu autobusu, zwłaszcza jeśli są same; szukanie wygodniejszego miejsca z tyłu to proszenie się o kłopoty. Kiedy jeszcze o tym nie wiedziałam, szłam na koniec w poszukiwaniu większej przestrzeni. Miejsca jest mało, bo autobusy, choć takiej samej szerokości jak wszystkie inne, mają w rzędzie pięć siedzeń, a nie cztery. Wygląda to tak, że ktoś z pierwszego siedzenia od strony okna zajmuje swoje i jedną trzecią drugiego, ten z drugiego – połowę trzeciego, a ten z trzeciego siedzi na nim ledwie połową pośladka. Wydawało mi się, że na końcu, gdzie jest mniej ludzi, będę mogła zająć dla siebie podwójne wygodne miejsce. Mogłam, ale czułam się tam dziwnie, nieswojo, skrępowana. Zawsze stawiałam obok siebie plecak, jak mur chroniący od niechcianych zalotów. Kiedyś na plecak położył się jeden z miejscowych.

– On tylko śpi, jest zmęczony – uspokajał mnie ktoś, kogo poprosiłam o pomoc w przesadzeniu faceta na sąsiednie wolne miejsce. Mężczyzna był tak pijany – rzecz w Indiach niespotykana – że na kolejnych wybojach wystrzelił w górę jak z procy, spadając, zwymiotował na mój plecak, wylądował na podłodze, otworzył jedno oko i zasnął znowu.

Konduktorzy z zasady są przyjaźni, pomocni i można się z nimi porozumieć – widać, że to praca dla lepiej wykształconych. Nawet jeśli nie mówią po angielsku na tyle, żeby mi wytłumaczyć, że w drodze z miasta A do miasta C muszę się przesiąść, piszą na kartce: miasto A, strzałka, miasto B, strzałka, miasto C. Na przystankach podchodzą i informują, jak długi będzie postój, pokazują, gdzie jest toaleta, nieproszeni znajdują autobus, do którego mam się przesiąść, w mieście docelowym zatrzymują się przed dworcem i każą mi wysiąść. Chwila dezorientacji, dlaczego wysadzili mnie akurat tutaj, a po tej chwili – ależ właśnie przy tej świątyni/pałacu/bazarze chciałam się znaleźć i w tej okolicy jest najwięcej hoteli.

Jeśli się podróżuje przez Indie autobusem, sztuką numer jeden jest znalezienie właściwego dworca. Kiedy zapytasz przypadkowego Hindusa o „bus terminal”, prawdopodobnie wyśle cię na przystanek autobusów lokalnych, jeżdżących na krótkich trasach. Jeśli chcesz pojechać do miasta znajdującego się w innym stanie, nie próbuj ze „stopem”, „terminalem”, „busem” – jedynym właściwym w tym wypadku słowem jest I.S.B.T. (czyli Interstate Bus Terminal), który jest wielkim dworcem zbudowanym zwykle kilka, kilkanaście kilometrów za miastem. Jeśli I.S.B.T. nie ma, autobusy do innych stanów odjeżdżają z normalnego dworca z peronu oznaczonego „international”. Indie Południowe są ze wszystkich stron otoczone wodą, więc kiedy zobaczyłam peron z napisem „international” po raz pierwszy, długo się zastanawiałam, o co chodzi. Do głowy przychodziły mi jedynie wodoloty na Sri Lankę.

Sztuka numer dwa to wsiąść do właściwego autobusu. Stanowiska nawet są, i nawet ponumerowane rzymskimi cyframi, ale jest też taki ruch, że autobusy przyjeżdżające/odjeżdżające/opóźnione/te, które przyjechały za wcześnie, po prostu się na nich nie mieszczą, więc zatrzymują się tam, gdzie mogą. Wysiadają z nich konduktorzy i chodząc po dworcu, wykrzykują nazwę miasta, do którego zmierza ich autobus. Proste? Bardzo, zwłaszcza jeśli pierwszy konduktor krzyczy: „Bijapur, Bijapur”, drugi – „Kolhapur, Kolhapur”, trzeci – „Sholapur, Sholapur”, a ja ze zgiełku jestem w stanie wyłowić tylko „...apur, ...apur”. Z pomocą przychodzi znowu zaleta bycia białym. Po przyjściu na dworzec wystarczy powiedzieć przypadkowo spotkanemu pasażerowi, dokąd chce się jechać, by po 10 minutach wiedziała o tym przynajmniej połowa wszystkich podróżnych. I kiedy podjeżdża właściwy autobus, krzyczała radośnie w moim kierunku: „Bus, bus ...apur, ...apur!”.

W Europie hippisi rozsławili Ibizę, a w Indiach – Anjunę. Plaża okolona czerwonymi klifami leży na północnym wybrzeżu stanu Goa, co najmniej raz w tygodniu odbywa się na niej słynny pchli targ

Rozkład jazdy obowiązuje na długich trasach, na krótszych występuje czasami, a czasami wygląda – czy raczej mówi się o nim – tak:

– autobus do miasta A – kilka kursów dziennie, w godzinach 8–18;

– autobus do miasta B – regularnie;

– autobus do miasta C – co godzinę.

Na początku bardzo się denerwowałam, że tracę czas, i próbowałam u źródła ustalić coś dokładniej, co wyglądało mniej więcej tak:

Ja (wolno): – O której godzinie odjeżdża pierwszy autobus do Pattadakal?

Dyspozytor: – Co godzinę.

Ja (z nadzieją): – Pierwszy autobus?

– Och, o siódmej.

– Peron?

– Piąty.

– Jesteś pewny?

– Tak.

– Absolutnie pewny?

– Tak. Ykh, ykh... Tak, prawdopodobnie tak.

To nie Europa, proszę państwa, tylko Indie. Czas nie jest tu wiele wart i im prędzej wbijemy sobie do głowy tę prostą prawdę, tym będzie lepiej i łatwiej. Teraz lubię siedzieć na dworcach i patrzeć na Hindusów, których w ogóle nie denerwuje, że czekają trzecią godzinę. Oni chyba rzeczywiście wierzą, że wszystko zostało zapisane wcześniej w gwiazdach czy gdzieś tam i przyjmują to z pokorą.

Dość szybko przywykłam też do tutejszego dworcowego – i nie tylko – brudu, smrodu i hałasu, może dlatego, że od początku nie spodziewałam się zbyt wiele. Standardy zachodnie to można zobaczyć w filmach Bollywood, a w rzeczywistości są krowie odchody, szczury, czaj z brudnych szklanek, jedno siedzenie dla trzech osób i worka. Ale wszędzie na dworcach są też kible, bo trudno je nazwać choćby szaletami – co prawda bez drzwi, ale są. Wszędzie można nabrać wody pitnej – inna sprawa, że nie wszystkim ona służy. Na najbardziej zapyziałej stacji po nocnej podróży można się umyć, co prawda zamiast prysznica jest kran w ścianie, a do drzwi dobija się kilka kolejnych osób, ale można. To warunki azjatyckie. I jak na te warunki wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane, życzyłabym sobie, żeby tak samo było w Polsce. Trzeba tylko zakodować sobie w głowie, że tu tak po prostu jest, i przestać porównywać Azję do Europy. Inaczej podróż szybko stanie się koszmarem.

Do jednego tylko nie mogę się przyzwyczaić – do żebrzących, właśnie głównie na dworcach i stacjach, dzieci.

INDIE POŁUDNIOWE

23 maja: Monsunowo

Palolem (Goa) – Gokarna – Udupi – Hassan

Dziś zaczął się monsun, tak twierdzą Hindusi. Na razie nie jest zbyt uciążliwy: niebo cały czas wygląda tak, jakby się miało za chwilę oberwać, a około godziny 18 robi się ciemno, ale pada średnio – pół godziny mżawki, godzinę nie pada, pięć minut ulewy, znowu nie pada, znowu mżawka. Zrobiło się przyjemnie chłodniej, ale skóra niestety już ze mnie zeszła wcześniej. W ramach odchudzenia bagażu zaraz po wylądowaniu wyrzuciłam krem z filtrem, bo wtedy wydawało mi się, że nie jest bardzo gorąco. Ale na Goa nieźle mnie przypiekło, chociaż w ogóle nie było tego słońca czuć. Byłam akurat na plaży popularnej wśród Hindusów, gdzie krem przeciwsłoneczny jest luksusem trudno dostępnym, tak jak w głębi Indii. W końcu udało mi się go znaleźć, ale kosztował zawrotne 500 rupii, czyli równowartość dwóch luksusowych noclegów. Nawet bym go kupiła, ale nie miałam akurat tyle pieniędzy, to znaczy miałam, ale w majtkach. To w przenośni – mam sprytną saszetkę zakładaną na udo, którą dodatkowo trzeba przywiązać do majtek, żeby nie spadła z nogi. Mam też drugą, wymienną, kiedy mnie już noga boli albo swędzi, a swędzi często, bo ciasna opaska i gorąco to mieszanka wybuchowa. Tę drugą dla odmiany trzeba przypiąć agrafkami do majtek.

Kupowanie tu rzeczy, które do tej pory wydawały mi się oczywiste, bywa niezłym wyzwaniem. Największym było zdobycie płatków higienicznych do twarzy, oczywiście na Goa, bo nigdzie indziej nie ma szans. Zapytałam w jednym stoisku, sprzedawca nie wiedział, o co chodzi, w drugim, trzecim – to samo, w czwartym podrapał się w głowę, kazał chwilę poczekać i wrócił z wielką paczką waty. Poszłam szukać dalej, kolejne stoiska nic i nagle jak spod ziemi wyrasta Hindus od waty z paczką płatków w ręku i pyta, czy o to mi chodziło.

Na plażach Goa żyją najszczęśliwsze krowy w Indiach. W Anjunie te święta zwierzęta są tak bezkarne, że nabierają zwyczajów małp: wyżerają zieleninę ze straganów i „proszą” turystów o jedzenie

Na Goa zmieniłam jeszcze plażę na inną, też mało tłumną Palolem, ale sporo było na niej białych, więc nikogo nie dziwiły Europejki w bikini. Usłyszałam tam nawet „dziękuję”, ale nadal częściej było to „spasiba” albo „jawohl”. Wieczorami obsługa knajp wystawiała stoliki nad samo morze, na życzenie kucharze nie przyprawiali wszystkiego na ostro i można tak było sobie siedzieć i oglądać zachód słońca. Już nawet chciałam napisać, że podobałoby się wam tu, dopóki ostatniej nocy w moim czystym, schludnym guesthousie nie obudziło mnie COŚ, co po mnie przeszło, czyli robak na k.

Świątynia Hoysaleswara w Halebidzie niedaleko Hassanu została zbudowana w XII w. Słynie z misternych płaskorzeźb przedstawiających sceny z Ramajany i Mahabharaty

Dość nieprzewidywalne są te hotele i guesthouse’y, wczoraj weszłam do pierwszego okołodworcowego, który z zewnątrz wyglądał tak obskurnie, że gdyby nie to, że był po drodze, w ogóle bym nie zajrzała. I był to najczystszy do tej pory lokal, w jakim byłam. Dziś trafiłam do jakiegoś z zewnątrz wyglądającego porządnie, który wczorajszemu nie dorastał do pięt. W ogóle nie jest tak różowo, jak ludzie piszą; czasami chodzę z godzinę, żeby coś znaleźć. W nieturystycznych miastach często nie ma miejsc. W turystycznych jest mnóstwo guesthouse’ów i prywatnych przyjemnych kwater, więc problem jest mniejszy. Nie byłoby go w ogóle, gdyby nie naganiacze, czekający na dworcu i na siłę ciągnący cię do hotelu, który im za to płaci. A płaci nie ze swojego, tylko z podwyższonej ceny za noclegi.

O mieście Hassan w przewodnikach piszą, że „wygląda jak zły dzień w Bejrucie”. Całe rozkopane, główne ulice toną w błocie, rudery się sypią. Zamieszkałam tu, żeby zobaczyć okoliczne święte wsie, ostatnio nie robię nic innego. W świętych wsiach są świątynie, całe misternie rzeźbione – niewiarygodne, że to zrobili ludzie! Godzinami można stać i gapić się na nie. Hindusi też się gapią, ale mam wrażenie, że tylko na wybrane płaskorzeźby o nazwach „dama molestowana przez małpy” albo „dama z marchewką”. I jak tu się dziwić, że w kraju, w którym seks pozamałżeński jest tabu, małżeński istnieje po czterdziestce, a świątynie wyglądają jak ilustracje do Kamasutry, faceci w stosunku do kobiet zachowują się tak, jak się zachowują?

Ostatnio zaczęłam się obawiać, że ktoś ukradnie mi buty zostawione przed świątynią; opowiedziano mi o kilku takich przypadkach, ale nie wiem, czy wierzyć, bo świątynia to dla Hindusa rzecz najświętsza. Tak czy inaczej, moje byle jakie w Polsce sandałki, tu – na tle klapków drutowanych, klapków z dwóch różnych par, klapków o podeszwie z opony – niestety krzyczą z daleka: „Patrzcie wszyscy, przyjechałyśmy z Europy”. Nie do końca jestem przekonana, czy to krzyk radości, czy rozpaczy, bo moje najwygodniejsze do tej pory sandałki zachowują się jak niektórzy turyści: „O Boże, wracajmy już do domu”. Kilka razy odparzyłam sobie w nich stopy do krwi. Próbowałam zamienić je na klapki, ale akurat zaczęły z nich wypadać paski, choć nie wypadały nigdy wcześniej. Na poboczach jest mnóstwo szewców, ale kiedy ich potrzebuję, wszyscy zapadają się pod ziemię. Kiedyś z ranami na stopach, bo plastry też szybko odpadają, wracałam boso do hotelu. Wdepnęłam chyba we wszystko, w co można było wdepnąć, noga nie zgniła ani nie odpadła, czyli jestem już uodporniona. Więc mimo wszystko lubię wchodzić do świątyń: bo wewnątrz można pochodzić BOSO po CZYSTYM, a czasami nawet po TRAWNIKU albo DYWANIKU, który rozkładają na rozpalonych przez słońce dziedzińcach. Kiedy dywanika nie ma, można włożyć na gołe nogi skarpetki, co dziwi tylko niektórych, bo bardziej wymuskani wielkomiejscy Hindusi robią to samo. Przed wyjazdem wydawało mi się, że skarpetki wkłada się, kiedy jest zimno, a nie gorąco. Dobrze, że nie wyrzuciłam ich razem z kremem przeciwsłonecznym.

Do Hassanu dotarłam przez świętą wioskę Gokarnę położoną, jak wszystko tutaj, na końcu świata. Kiedy dojechałam do niej po leśnych drogach, wydawało mi się, że wytrzęsło mi mózg. Pełno tam białych, którzy malują sobie kropki na czole, mówią „namaste” i udają Hindusów. Niektórzy nawet noszą plecaki na głowie jak miejscowi bagaże, widać, że są tam długo. I każdy pyta: „Siostro, może pójdziemy tą samą drogą?”.

Prawdziwy koniec świata zobaczyłam następnego dnia nieopodal pielgrzymkowego miasta Udupi. Jest tam lokalna plaża, z której można popłynąć łodzią na wyspy St. Mary’s – w 1498 roku miał na nich wylądować Vasco da Gama, kiedy jako pierwszy żeglarz dotarł drogą morską z Europy do Indii.

Samo Udupi dzisiaj jest bardziej znane ze świątyni Kriszny i słynnego dania masala dosa (cieniutkie, pikantne placki serwowane jak Indie długie i szerokie), które narodziło się właśnie tutaj. Po świątyni oprowadzał mnie bramin – taki nowoczesny, który wyemigrował kilka lat temu do Europy, teraz wrócił na chwilę kręcić dokument dla telewizji. Jeśli nie wgłębiać się w sprawy duchowe, ta religia, choć całkiem inna, jest podobna do tych mi znanych. Kapłani, zanim się pomodlą za wiernych, najpierw biorą od nich ofiarę – jak na tacę. Wszyscy dzwonią w dzwonki, żeby bóg/bogowie usłyszeli ich modlitwy. Ludzie są biedni, ale pieniądze na złote ubrania dla posążka Kriszny, warte tysiące dolarów, zbierane są z datków wiernych. Co roku wszystko – świątynie, rzeźby, mniej ważne bóstwa – przemalowuje się na inny kolor. Ważniejsze bóstwa odświeżane i przebierane są co tydzień.

W końcu dowiedziałam się też, czym są przydomowe niby-kapliczki, które stoją wszędzie i w których rośnie ziele pokaźnych rozmiarów. To dzika bazylia, najświętsze i najważniejsze ziele ajurwedy. Po powrocie poproszę świętą pizzę.

INDIE POŁUDNIOWE

28 maja: Drzewa przyprawowe

Hassan – Halebid – Belur – Majsur – Srirangapatna – Koczin

Dojechałam do miasta Koczin, choć nowoczesny bramin z miasta Udupi przekonywał mnie, żeby tego nie robić. Z powodu monsunu wszystko, czyli możliwość wynajęcia łodzi i czółen na rozlewiskach, zostało odwołane. Monsun monsunem, a biznes biznesem, właśnie wróciłam z takiej całodniowej wycieczki. Oczywiście wiem, że całość była mniej więcej taka, jakby zabrać u nas turystów do skansenu, pokazać im wesele łowickie i powiedzieć, że w Polsce tak wyglądają wesela. Ale i tak tutejsze kanały są super.

Płynęliśmy w międzynarodowym towarzystwie – pięcioro Hindusów, czwórka Niemców i ja. Najpierw dużą łodzią z dachem podobną do chińskiej dżonki, potem czółnami. Po drodze były przystanki na oglądanie, jak się robi mleczko kokosowe, olej kokosowy, dywany z włókna kokosowego, był świeży sok do wypicia i miąższ do przegryzienia.

Rozłożyła mnie próba pokazania, jak tradycyjni Hindusi przędą tradycyjne sznurki z kokosa. Niestety, nie odbyła się, bo we wsi wyłączyli prąd. Pokazali za to górę białych muszelek, i może to jest pomysł na życie po powrocie? Otóż muszelki te – które nie występują podobno nigdzie indziej na świecie – mają naturalny składnik, który chroni zarówno przed słońcem, jak i przed komarami. Może da się z nich zrobić krem dwa w jednym, w sam raz na mazurskie wieczory?

Są też liczne lokalne plantacje przypraw. Myślałam, że zobaczę roślinki na grządkach. Okazało się, że cynamon, imbir, wanilia i cała reszta to drzewa, a przynajmniej pokaźne krzewy, z których hinduska gospodyni zrywa listki albo korę, kiedy potrzebuje.

Na lunch podano thali z tymi przyprawami, czyli górę ryżu z różnymi sosami i dodatkami, bardzo dobre, bo nieostre. Hindusi dostali też ostry sosik, który dolali do wszystkich dodatków. Ja po wcześniejszych doświadczeniach nie odważyłam się spróbować. Z jedzeniem jest już trochę lepiej – nauczyłam się, że należy iść do małej rodzinnej knajpki, gdzie wszystko przygotowują na zamówienie i jeżeli chcesz, przyrządzą ci nieostre. Pod warunkiem że potrafisz wytłumaczyć, co dla ciebie znaczy „nieostre” – tutaj „little bit spicy” oznacza, że jedzenie wypala oczy, a „medium” – że cię zabije.

W dużych knajpach tłumaczyć nie można, bo mają gotowe w garach. Knajpy tu reklamują się dosyć zabawnie – nie, że mają świeże jedzenie albo są wegetariańskie, jak u nas, tylko „ready meal” (czyli że nie trzeba czekać na zamówienie) albo „non-veg restaurant”. W telewizji zaś non stop leci reklama McDonalda – kanapka McVeggie najlepsza na świecie.

Miałam przez chwilę wizję problemu z pieniędzmi. Bankomatów nie ma co prawda za wiele, ale jednak na każdym większym rogu znajdzie się jeden. Kiedy zaczęłam szukać tego jednego dla siebie, okazało się, że 90 procent akceptuje tylko Visę, a mnie przed wyjazdem polecono wyrobić MasterCard – w Azji miała być popularniejsza. Szczęśliwie wrodzony rozsądek nakazał mi spisać w notesiku z bardzo ważnymi rzeczami adresy wszystkich oddziałów mojego banku, co zresztą nie było zbyt karkołomne, bo w każdym stanie jest maksymalnie jeden (to tak, jakby w całej Polsce był jeden). I wczoraj w cudownym mieście Koczin znalazłam ten jedyny, z ochroniarzem pod karabinem w drzwiach, bo tutaj taki siedzi przy każdym bankomacie. Postanowiłam wziąć trochę więcej pieniędzy na zapas, no i dostałam – 10 tysięcy rupii w banknotach 100- i 500-rupiowych. Zadanie na dzisiaj – jakiej grubości był plik? Zapakowałam go do pudełka po okularach, bo w portfelu, a tym bardziej w bardzo tajnej saszetce, się nie zmieścił. Muszę szybko wydać albo wymienić na grubsze.

Ciąg dalszy obserwacji socjologicznych o ludziach. Na ulicach, czyli na widoku publicznym, nie ma w ogóle kobiet w ciąży. Jest za to mnóstwo kobiet z maleńkimi dziećmi, właściwie z gromadami dzieci. Na dodatek to głównie małe dziewczynki. Natomiast bezdzietnych kobiet w tym wieku jest jak na lekarstwo.

Następny przedział to faceci 20 plus, którzy włóczą się gromadami albo parami – trzymając za ręce, czule obejmując wpół. Często tłumaczyłam świeżo przybyłym białym, którzy przyglądali się natarczywie tym spacerom, że Indie wcale nie są królestwem gejów. Miejscowi chłopcy w ten sposób pokazują „jesteś moim przyjacielem, bardzo cię lubię”.

Słynący z rozlewisk (backwaters) stan Kerala wielu uważa za najpiękniejszy w Indiach. Labirynt jezior, lagun, rzek i kanałów kipi zielenią

Dużo też krążących po ulicach rikszarzy, a ich głównym zajęciem wydaje się próba oszukania białego. Miałam wrażenie, że znam już katalog ich wszystkich sztuczek, ale znowu dałam się wrobić. Tym razem kiedy w nocy wracałam do hotelu. Wiedziałam, że cena za kurs jest zdecydowanie za wysoka, bo hotel był gdzieś blisko, ale wiedziałam też, że sama go nie znajdę w plątaninie bazarowych uliczek. Z rikszarzem nie było negocjacji, bo prawdopodobnie on wiedział, że ja wiem. Odstawił mnie pod mój hotel Suriya, weszłam, powiedziałam recepcjoniście „hello”, on się uśmiechnął, weszłam na drugie piętro, włożyłam klucz w drzwi, ale drzwi nim nie otworzyłam. Okazało się, że w mieście są dwa hotele o nazwie Suriya, jeden z nich dla odróżnienia ma dopisane w nazwie coś małymi literkami. Rikszarz odstawił mnie nie pod właściwy, tylko pod bliższy, co według recepcjonisty zdarza się nagminnie. Byłam tak wściekła sama na siebie, że w środku nocy, przez bazar, poszłam na piechotę i znalazłam właściwą Suriyę.

Działo się to w mieście Majsur, które dla mnie jest ósmym cudem świata, z koronkowej roboty pałacami sułtanów i koronkowymi malunkami. Pod Majsurem są ogrody, w których kręcą większość scen tanecznych dla Bollywoodu, nie mogłam sobie darować i tego nie zobaczyć. Kicz nie z tej ziemi – róże, podświetlane fontanny, kaskady, fantazyjnie wygięte mostki.

W dzień szczęśliwie wciąż pada tak sobie albo nie pada w ogóle. Zrobiło się za to strasznie wilgotno i parno, mogę się nie wycierać po wyjściu spod prysznica, bo i tak po chwili jestem mokra.

INDIE POŁUDNIOWE

30 maja: Córka jest teraz w modzie

Koczin – Munnar

Utknęłam w górskim mieście Munnar. Miałam zamiar iść na różne trekki, część nawet zarezerwowałam, ale odwołano je z powodu braku chętnych. To dziwne, bo w hotelach nie ma miejsc; nie wiem, co robią ci wszyscy ludzie. Jest zimno. Wskoczyłam w bluzę z kapturem.

Zagadkę, gdzie byli wszyscy, rozwiązałam dość szybko: spali w hotelach. W Indiach jest teraz sezon wakacyjny i rodziny tłumnie przemieszczają się ze stanu do stanu. Dla nich to tak, jakby jechali za granicę. Zresztą większość z nich pytana, czy była kiedyś za granicą, chwilę się waha, by odpowiedzieć: „Właściwie nie. Ale byłem w Uttar Pradeś. I w Maharasztrze”.

I tak samo pojmują Europę – jako jedno wielkie państwo złożone ze stanów, ale jak nazywają się te stany, to już nieważne. Specjalnie się nie oburzam, bo ilu Europejczyków wie, co to West Bengal albo Karnataka? Że w każdym z indyjskich stanów mieszka kilkadziesiąt milionów ludzi, wielu ma własny język, a lepiej sytuowani Hindusi, bo tacy podróżują, prędzej dogadają się po angielsku niż w hindi? To wielki kraj i wiele różnych kultur, przyjechać tu na dwa tygodnie i mówić potem, że zna się Indie, to tak, jakby powiedzieć: „Europa? O tak, znam. Byłem we Francji, Hiszpanii, Włoszech i tych, Czechach. Razem dwa tygodnie”.

Hindusi są tej Europy bardzo ciekawi. Kiedy odważą się podejść, zapytać o imię, wiek, zdziwić się faktem nieposiadania męża, kiedy już się oswoją, zaczyna się litania: „Czy wieża Eiffla jest piękna?”. „Jak smakuje pizza bez kolendry?” (tu kolendrę podają prawie do wszystkiego). „Z jakiego biznesu żyjecie w tym Bolandzie?”. Oraz najważniejsze: „Czy to prawda, że nie gracie w krykieta?”.

Plantacje herbaty wokół Munnaru. Miasteczko leży w górach (1600 m n.p.m.), latem zapewnia przyjemny chłód i od czasów kolonialnych jest ulubionym kierunkiem na wakacje

Świt na wzgórzach wokół Munnaru. Jedną z największych atrakcji okolicy jest możliwość spotkania nilgiritara leśnego – endemicznego ssaka podobnego do koziorożca

Na wakacyjny wyjazd miejscowa rodzina wynajmuje dżipa, bo to najtaniej, jeśli jest się w grupie. W hotelu całymi dniami śpi i ogląda telewizję. Skąd to wiem? Stąd, że drzwi na korytarz zostawiają otwarte. Kiedy się wyśpią, wsiadają do dżipa i jadą od atrakcji do atrakcji. Wybrałam się kiedyś na podobną wycieczkę organizowaną przez miejscowe biuro informacji turystycznej, w busiku ja i dziewięciu Hindusów. W programie były wysokie góry, więc spakowałam do plecaka polar i prowiant na cały dzień. No i jeździliśmy z punktu A do punktu B, gdzie było 10 minut przerwy na zrobienie zdjęć i przebieżkę po straganach z lokalnym fast foodem i gadżetami. Jadło się pieczoną kukurydzę, marchewki z pęczka albo orzechy nerkowca w chili, a na pamiątkę z wakacji zabierało zdjęcie ze słoniem.

Czas na obalenie mitu, że „Indie są tanie, jeśli się podróżuje tak jak Hindusi”, powielanego w różnych książkach. Biedni Hindusi nie podróżują, a jeśli już, to jadą na pielgrzymki raz na kilka lat pociągami drugiej klasy, śpią w świątyniach (za darmo) albo podłych dormitoriach, jedzą tylko dhal i chapati (rozgotowana soczewica i miejscowy rodzaj chleba). To tak, jakby z Krakowa do Gdańska jechać zwykłymi pociągami z kilkoma przesiadkami, spać tylko we wspólnych salach i żywić się codziennie bułką z parówką. Też byłoby tanio.

Klasa średnia jeździ dżipami i mieszka w warunkach podobnych do moich, ale na informację, że mój miesięczny budżet wynosi około 700–800 dolarów dziwi się, dlaczego tak mało? Nie brakuje mi na nic, ale też nie zbywa i nieraz muszę się porządnie nachodzić, żeby znaleźć hotel na moją kieszeń. Mój budżet szybko uszczupla brak jednoosobowych pokojów. Do hałaśliwych, brudnych, zarobaczonych dormitoriów jeszcze nie mogę się przemóc.

Przedstawicieli klasy najwyższej spotykam rzadko, bo nam nie po drodze. Jeśli już na siebie trafimy, upewniają się kilka razy, czy na pewno jadę tak sobie po prostu, bez wcześniejszych rezerwacji autobusów, hoteli, wycieczek. Dla nich magicznym słowem jest „package tour”. W pociągach wybierają klasy, o których ja nawet nie myślę; chociaż też wcale nie podróżuję rzeczoną klasą drugą, tylko porządnym sleeperem – bez klimatyzacji i przedziałów, za to z rozkładanymi kuszetkami w otwartym wagonie.

W górskim mieście Munnar spotkałam trzynastolatka, jedynaka z dobrze sytuowanej indyjskiej rodziny, na wakacjach z dziadkami. Chłopak wyraźnie się nudził, na pytanie, jak spędza czas, odpowiadał, że śpi, a kiedy się budził, rozmawiał ze mną, częstując mnie miejscową, robioną w domach czekoladą, z czego dziadkowie byli zadowoleni, bo mały miał wyraźną nadwagę. Był inteligentny, oczytany, dumny ze swojego „British accent”, nie dziwił się, że na Zachodzie nie wszystkie kobiety mają męża, a niektóre wyjeżdżają same bez opieki mężczyzny. Wydawało mi się, że jest takim samym nastolatkiem, jakich znam, że w tej mieścinie brakuje mu rówieśników z jego kręgu, że cieszy się na kolejny miesiąc, który spędzi z dziadkami w kosmopolitycznym Singapurze.

– Wiesz – powiedział przy którejś czekoladzie – jak dorosnę, zostanę lekarzem. Rodzice znajdą mi dziewczynę, ożenię się, będziemy mieli dwoje dzieci: chłopczyka i dziewczynkę. Córka jest teraz w dobrym tonie, tylko biedacy ich nie chcą.

Patrzyłam na niego i wiedziałam, że on nie tylko tak mówi. Gdy dorośnie, tak zrobi.

INDIE POŁUDNIOWE

3 czerwca: Orła cień

Munnar – Kumily – Rameswaram

Strefy pogodowe zmieniają się jak w kalejdoskopie, wystarczy przejechać 200 kilometrów i temperatura rośnie o 20 stopni. Tak samo szybko zmieniają się krajobrazy za oknem – przez ostatnie kilka dni jechałam przez dżunglę, góry, plantacje herbaty, potem kardamonu, który rośnie w lesie jak u nas jagodzina, tylko krzaki sięgają metra. Jechałam przez gaje palmowe, busz, a teraz zaczynają się uprawy ryżu i trzciny cukrowej.

Znowu jest gorąco, bardzo gorąco, na dodatek strasznie się kurzy, o monsunie tu nawet nie słyszeli. I pomyśleć, że parę dni temu byłam w górach, gdzie nocą temperatura spadała do zera i gdzie spotkałam Niemca, który z tegoż zimna dostał infekcji krwi, jak twierdził, i drugi tydzień leżał w hotelowym łóżku.

Udało mi się pójść w góry, a góry były tam piękne, wysokie, skaliste, niżej porośnięte plantacjami herbaty. Kilkadziesiąt odcieni zieleni i każdy bardziej soczysty od poprzedniego. Przewodnik zarządził wymarsz o godzinie 5.30, bo podobno widoczność jest wtedy najlepsza. Trzęsłam się w moim jedynym polarze (jak to się stało, że dokądkolwiek odważyłam się wyjechać tylko z jednym polarem? Nigdzie nie ruszam się bez przynajmniej dwóch), bez kurtki, bo według jego informacji miało być tylko „medium” zimno. Jakbym się jeszcze nie nauczyła, co dla Hindusa znaczy „medium”! Szliśmy po ciemku przed wschodem słońca, ślisko, mokro, stromo, on pędził w swoich klapeczkach, ja ledwie, ledwie nadążałam, a drogę wyznaczały nam kozie bobki i jedno pióro orła. Samego orła nie widziałam, ani nawet jego cienia, ale za to kozice we mgle i owszem. Niestety, niebo było bardziej zachmurzone niż rozchmurzone, niewiele było widać, i zdecydowałam się wracać do domu, czyli na długi spacer przez plantacje herbaty. Należą one do bogatego człowieka, bardzo bogatego – bo wszystkie jak okiem sięgnąć są jego i nie wolno na nie wchodzić. Ale powiedziano mi, że nikt tu nie zwraca uwagi na spacerujących po nich białych, widać są tak ekstrawaganccy. „To ekstrawagancja, madame, bo widział kto, żeby szwendać się bez celu wąskimi ścieżkami, zamiast wziąć rikszę i pojechać dokądś, po coś? Potem wrócić rikszą do hotelu i odpocząć w łóżku? Przecież mówiłem ci, że lepiej wziąć pokój z telewizorem, miałabyś teraz co robić, zamiast włóczyć się po herbacie”.

Zieleń herbaty we wszystkich odcieniach została mi, kiedy już opuściłam plantacje. Dosłownie, bo na twarzy.

Opowieści autobusowe zaczynają być nudne, więc napiszę tylko o początku i końcu zjazdu z gór do Kumily, mieściny na końcu stanu Kerala. Na początku konduktor przeszedł się po autobusie i przywiązał linką co większe bagaże, w tym mój plecak, do siedzeń, barierek i innych nieruchomych części. Koniec wyglądał tak, że po podróży resztę dnia spędziłam w pozycji horyzontalnej pojona przez gospodynię czarną herbatą. Zaś morał brzmi: nigdy więcej nie będę jadła ciasteczek na serpentynach.

W lasach pod Kumily żyje około tysiąca słoni. Pojechałam tam na safari i trekking wczesnym świtem, ale nie widziałam ani jednego słonia (chociaż przewodnik, żeby nam to zrekompensować, co jakiś czas wskazywał na górę łajna, szepcąc scenicznie: „Elephant, elephant”), o żadnym z kilkudziesięciu tygrysów nie wspominając. Trafiło się tylko parę małp, zwierz podobny do dużej łasicy, chodzący po drzewie, i orzeł – tym razem w całości.

Za to sama dżungla, PIERWSZA dżungla w moim życiu, nie do opisania. Mroczna, gorąca, wilgotna. I pełna pijawek. Przewodnik, który tradycyjnie szedł w klapkach, co jakiś czas przystawał i odrywał je sobie spomiędzy palców u stóp, ja zaś dostałam zawodowe ochraniacze do kolan. Jak to się stało, nie wiem, ale on wrócił bez śladów, mnie jedna ugryzła pod kolanem. W ogóle się tego nie czuje, zobaczyłam dopiero, kiedy na spodniach pojawiła się plama krwi. Hindus uśmiercił pijawkę w sposób dość brutalny – posypując ją solą. Potem przyłożył mi papierek z pudełka papierosów, twierdząc, że tytoń to najlepsze lekarstwo na taką rankę i że po jakimś czasie krew sama przestanie lecieć. Przestała po ośmiu godzinach, a ja wyglądałam, jakbym dostała odłamkowym.

Teraz jestem na końcu Indii. Jak ktoś ciekaw, może spojrzeć na mapę – jest taki cypel wystający w stronę Sri Lanki, a na tej małej plamce na jego końcu stoję ja. Dalej jest już tylko Most Adama, czyli ciągnący się ponad 30 kilometrów łańcuch wysepek, raf i mielizn, który kiedyś najprawdopodobniej łączył wyspę z lądem. Znowu przepłaciłam za hotel, czy ktoś może więc do mnie dojechać i dzielić koszty?

Standard hoteli rozpoznaję już na pierwszy rzut oka w bardzo prosty sposób – jeśli w pokoju jest kosz na śmieci, oznacza to, że lokal jest z tych lepszych. Swoją drogą, kiedyś w jednym zamiast kosza była instrukcja obsługi pobytu, która brzmiała: nie wyrzucać śmieci za okno (tylko gdzie, skoro kosza nie ma?), nie zażywać narkotyków, nie słuchać głośno muzyki, nie palić w łóżku, nie prać w umywalce.

Pranie wygląda tu dość ekstremalnie. Kobiety mydlą (albo i nie) ubrania, a potem uderzają mokrymi o kamienie. Kiedy pierwszy raz oddałam swoje rzeczy do prania, spodnie wróciły bez kilku guzików, a pozostałe były przyszyte innymi nićmi. Widać nie wszystkie znaleźli.

Oblicza Kerali: wystarczą trzy, cztery godziny jazdy (i to jakiej!) takimi serpentynami, żeby przenieść się z upalnych i wilgotnych rozlewisk nad oceanem w góry. Rześko i przyjemnie, zwłaszcza latem

INDIE POŁUDNIOWE

8 czerwca: Krowa obniża status

Rameswaram – Maduraj – Tandzawur (Tanjoe) – Kumbakonam – Cidambaram

Tamil Nadu to najbiedniejszy, najgłośniejszy, najbardziej chaotyczny i najbrudniejszy stan, w jakim byłam. Wjechanie do niego ze stanu Kerala wyglądało tak, jakby przekroczyło się granicę szwedzko-mołdawską, gdyby taka istniała. Poza tym zamiast Bollywoodu mają tu Tollywood, który od tego pierwszego różni się tym, że aktorzy mają dłuższe wąsy, aktorki większe dekolty, a wszyscy przypominają Cyganów. Akcja filmów jest równie zagmatwana i toczy się w podobnym tempie.

Tamil Nadu słynie z rzeźbionych, malowanych na wszystkie kolory świątyń. Jest ich tyle, że idziesz po miasteczku, patrzysz na jedną, odwracasz głowę i już jest następna. Teraz jestem w Cidambaram, gdzie taka malowana świątynia zajmuje ponad 20 hektarów. Mieszkam ni to w rotundzie, ni wieżyczce na dachu hotelu, z prywatnym tarasem i widokiem na cztery strony świata, a świątynia jest tuż obok. Można godzinami obserwować Hindusów, którzy przychodzą tu bezustannie i po prostu siedzą całymi rodzinami na dziedzińcu albo przed wizerunkami bóstw. Kiedy już odsiedzą swoje, uprawiają czołobicie, smarują podłogę olejkami, składają dary z bananów, kokosów, orzechów, kwiatów. W przeciwieństwie do kamiennych bóstw, do zwierząt serca nie mają. Świątynne słonie stoją w małych salach, przykute łańcuchami do ścian tak, że mogą tylko dreptać w miejscu.