Internat - Serhij Żadan - ebook
Opis

U Żadana koniec znanego świata okazuje się wstępem do naprawdę długiego koszmaru. Pasza – trzydziestopięcioletni nauczyciel, mruk, idealista - musi odebrać z internatu siostrzeńca i wrócić z nim do domu. Byłoby to może łatwe, gdyby nie wojna. Jakoś rok temu przywieźli ją ze sobą ci dziwni ludzie, od których czuć prochem, tytoniem i smarem. Mówią w tym samym języku, w którym mówi Pasza, ale też w państwowym, którego Pasza uczy. Najpierw widywano ich w telewizji, później na ulicach. Potem kraj został znienacka anulowany, a na jego miejsce podstawiono zrujnowane industrialne przedmieścia, opustoszałe wioski i miasto widmo, w którym grasują okupanci, płoną bloki i trwa kanonada. Z tej pułapki można się wymknąć tylko cudem lub za cenę ogromnego upokorzenia. Albo w trumnie.

Wyobraźcie sobie „Drogę” Cormaca McCarthy’ego, tyle że osadzoną w zimowym wojennym Donbasie. To jest właśnie „Internat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Serhij Żadan

Internat

Przełożył Michał Petryk

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w  internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i  koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału ukraińskiego Інтернат

Projekt okładki Patryk Mogilnicki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

© The original Ukrainian edition was first published in Meridian Czernowitz, Chernivtsi in 2017

© Serhij Zhadan 2017

© Suhrkamp Verlag Berlin 2018

All rights reserved and controlled by Suhrkamp Verlag Berlin

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2019

Copyright © for the Polish translation by Michał Petryk, 2019

Redakcja Tomasz Zając

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-834-1

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I

– Jedź po niego, zabierz go stamtąd – krzyczy stary.

– To jej syn – odkrzykuje Pasza w odpowiedzi – niech sama go zabiera.

– To twój siostrzeniec – przypomina stary.

– No i co?

– Mój wnuk.

I wszystko to bez wyłączania telewizora. Nie gaśnie nawet w nocy. Jest u nich jak wieczny ogień – płonie nie tyle dla radości żywych, ile na pamiątkę umarłych. Stary ogląda prognozę pogody, jakby mieli tam wymienić jego imię. Kiedy prognoza się kończy, przez chwilę siedzi, jak gdyby nie wierzył w to, co usłyszał. Pasza nie ogląda telewizji, szczególnie przez ostatni rok, kiedy wiadomości po prostu przerażają. Siedzi w swoim pokoju przy biurku zawalonym podręcznikami, nie wytrzymuje, wstaje, wychodzi na dwór. Słysząc to, stary się odwraca, sprężyny w kanapie trzaskają jak suche gałęzie w harcerskim ognisku. Meble w domu są leciwe, ale żywotne – obecnych gospodarzy z pewnością przeżyją. Siostra namawiała, żeby przynajmniej dać fotele do tapicera, ale Pasza machnął na to ręką. Po co nowe obicia, mówił, to jak robić pompki po siedemdziesiątce – oczywiście można, ale lepiej wcześniej wziąć coś przeciwbólowego. Siostra ostatnio prawie się nie pojawia, więc i o nowych obiciach nikt więcej nie mówi.

Pasza lubił ten dom, mieszkał tutaj całe życie, miał zamiar mieszkać dalej. Zbudowali go niemieccy jeńcy zaraz po wojnie. Był to całkiem przestronny bliźniak. Dwie ulice od stacji kolejowej, gęsto zabudowane osiedle domów jednorodzinnych, w których mieszkali przeważnie kolejarze. Cała ich miejscowość była wybudowana wokół stacji – ona dawała pracę, ona dawała nadzieję, przypominała czarne od parowozowego dymu serce, które pompuje krew okolicznych parowów i lasów. Nawet teraz, kiedy lokomotywownia stała pusta jak basen, z którego spuszczono wodę, a w warsztatach mieszkały najwyżej jaskółki i bezdomni, życie wciąż zależało od kolei. Po prostu teraz nie było pracy. Z jakiegoś powodu właśnie w robotniczych wioskach praca znika w pierwszej kolejności. Warsztaty zamknięto i wszyscy rozeszli się w swoje strony, pochowali się na ciasnych podwórkach z wyschniętymi przez gorące lato studniami i piwnicami, w których wszystkie zapasy skończyły się już przed Bożym Narodzeniem.

Chociaż akurat Pasza nie powinien narzekać, pracuje w – byle jakiej, ale zawsze – budżetówce. Tak-tak, myśli Pasza, wychodząc na ulicę i zamykając za sobą drzwi, byle jaki, ale budżet, byle jaka, ale budżetówka. Śnieg na podwórku jest różowo-niebieski, odbija się w nim prawie zachodzące słońce i wieczorne niebo, ciemnieje głębokimi porami. Ostry w dotyku, pachnie marcową wodą, przykrywa sobą grząski czarny grunt, tak że nie trzeba żadnych prognoz – zima będzie trwać długo, wszyscy zdążą się wdrożyć, zmęczyć i przywyknąć. A kiedy przywykną, zacznie się coś innego. Na razie świat przypomina grudkę śniegu w ciepłych dłoniach – topnieje, ocieka wodą, ale dłonie stają się coraz zimniejsze, coraz mniej w nich ciepłego ruchu, coraz więcej lodowatego zastygania. Woda, nawet kiedy topnieje, pozostaje zabójcza, słońce tonie w skomplikowanym systemie wodnych zwierciadeł i odbić, nikt nie zdąża się nim ogrzać – przecież od razu po południu po wilgotnych gwizdach, które wiszą nad stacją, zaczyna się mrok, potem momentalnie znika poczucie odwilży, złudne poczucie ciepła.

Pasza obchodzi budynek rozmokłą ścieżką między drzewami. Przez całe życie dzielili ten dom razem z jakimś kolejarzem. Pół budynku należało do niego, pół – do zgodnej rodziny: taty, mamy, Paszy i siostry. Jakieś piętnaście lat temu, kiedy jeszcze wszyscy mieszkali razem, kolejarz podpalił swoją połówkę. Zdążyli zgasić. Ale odbudowywać kolejarz już nie chciał – poszedł na stację, wsiadł do pociągu w kierunku wschodnim i na zawsze znikł z ich życia. Spaloną połówkę domu po prostu rozebrali, ścianę pobielili i mieszkali dalej. Z zewnątrz budynek przypominał połówkę chleba na sklepowej półce. Stary zawsze właśnie tak kupował – połówkę, żeby nie przepłacać. I żeby nie zostawało. Życie na stacji go tego nauczyło.

Czarne drzewa w śniegu, ostre igły na tle czerwonego nieba – za płotem zaczyna się ulica, białe sąsiedzkie domki, gdzieniegdzie pomarańcze elektrycznych świateł, sady, ogrodzenia, kominy, z których unoszą się dymy, jakby to zmęczeni mężczyźni stali i rozmawiali na mrozie, wypuszczając z płuc ciepły styczniowy oddech. Ulice puste, nigdzie nikogo, tylko na stacji od czasu do czasu podczepiają wagony, metal o metal, jakby ktoś przestawiał żelazne meble. I jeszcze od południa, od strony miasta, cały dzień od rana pojedyncze wybuchy – czasem intensywniejsze, czasem rzadsze. Echo rozchodzi się w powietrzu, zimą akustyka jest wykrzywiona, trudno pojąć, skąd leci, gdzie spada. Świeże powietrze, zapach wilgotnych drzew, napięta cisza. Tak cicho bywa tylko wtedy, kiedy wszyscy milkną i zaczynają słuchać. Pasza liczy do stu i wraca do domu. Dziesięć. Poprzedniego wieczora było sześć. W tym samym czasie. Ciekawe, co powiedzą w wiadomościach?

Starego zastaje w kuchni. Ten stoi, schylając się koło stołu, zbiera swoją starą sportową torbę.

– Daleko? – pyta Pasza.

Chociaż po co pytać – przecież to oczywiste, że wybiera się po małego. Demonstracyjnie wrzuca do torby gazetę (jak można czytać gazety po raz drugi? przecież to jak czytać rozwiązane krzyżówki), okulary (Pasza zawsze kłóci się z nim o te okulary: grube szkło, wykrzywiony obraz, już lepiej słoneczne byś nosił, i tak nic nie widać), legitymację emeryta (jak się poszczęści – pojedzie za darmo), wytarty jak morski kamień telefon, wypraną chustkę do nosa. Stary sam pierze i prasuje swoje chustki, nie chce zrzucać tego na córkę. Raz w miesiącu staje przy desce do prasowania, starannie przesuwa żelazko po chustkach, jakby suszył zdewaluowane banknoty. Pasza wciąż przynosi mu papierowe chusteczki, ale stary dalej używa swoich, to przyzwyczajenie jeszcze z czasów pracy w biurze na stacji, kiedy w przyrodzie nie występowały papierowe chustki do nosa. Zresztą niepapierowe też. Korzystać z komórki stary prawie nie umie, ale ciągle ją ze sobą nosi – całą poobijaną, z wytartym zielonym przyciskiem. Doładowuje mu ją Pasza, sam się nie nauczył. Teraz starannie wszystko układa, grzebie w torbie, milczy obrażony – coraz z nim trudniej, nie można nic powiedzieć, obraża się jak dziecko. Pasza przechodzi do kuchenki, pije prosto z czajnika. Studnie latem wyschły, z kranu strach pić – kto wie, co tam teraz płynie w rurach. Dlatego wodę gotują. Stary się nie ogląda, grzebie w kieszeniach.

– Dobrze – mówi Pasza – pojadę po niego.

Ale stary tak po prostu się nie poddaje. Wyciąga gazetę, otwiera, zamyka, składa na czworo, wkłada z powrotem do torby. Żółte suche palce nerwowo łamią gazetowy papier, na Paszę nawet nie patrzy, schyla się nad stołem, chce coś udowodnić, walczy z całym światem.

– Słyszałeś? – mówi Pasza. – Pojadę po niego.

– Nie musisz – odpowiada stary.

– Powiedziałem przecież, że pojadę – powtarza trochę nerwowo Pasza.

Stary demonstracyjnie wyciąga gazetę i wychodzi. Szarpnięciem otwiera drzwi do pokoju – smuga miękkiego światła z telewizora wpada do ciemnego korytarza. Potem gwałtownie zamyka je za sobą, jakby zamykał się od środka w pustej lodówce.

Dzień pierwszy

Styczniowy ranek jest długi i nieruchomy jak kolejka w szpitalu. Poranny chłód w domu, grafitowa ciemność za oknem. Pasza podchodzi do kuchenki, od razu wychwytuje słodkawy zapach gazu. Zawsze kojarzy mu się z rześkim rannym przebudzeniem. Codziennie, wybierając się do pracy, wrzucając do teczki uczniowskie zeszyty i podręczniki, wchodzi do kuchni, oddycha słodkim gazem, pije mocną herbatę, zagryza ją czarnym chlebem, przekonuje siebie, że życie się udało, a przekonawszy, biegnie do szkoły. Ten zapach towarzyszy mu przez całe życie, nawet traci apetyt, kiedy przychodzi mu się budzić poza domem, brakuje mu porannej domowej kuchenki, od której czuć przepalonymi palnikami. Pasza wygląda przez okno, potrząsa głową, stara się odzyskać przytomność. Szósta rano, styczeń, poniedziałek, kolejny dzień bez pracy.

Bierze z parapetu zeszyty, przegląda i odkłada z powrotem, wstaje, przechodzi przez korytarz, zagląda do pokoju. Stary śpi w fotelu, z ekranu próbuje się do niego dokrzyczeć ktoś zalany krwią, ale na marne – dźwięk stary wyłączył już w nocy, nie trafisz teraz do niego, choćbyś krzyczał bez końca. Pasza przez chwilę zatrzymuje się, patrzy na krew. Ten, który krzyczy, też przesuwa wzrok na Paszę i krzyczy już do niego: nie wyłączaj, posłuchaj, to ważne, ciebie to też dotyczy. Pasza szybko znajduje jednak pilota, wciska wielki czerwony przycisk, rzuca pilota na stół i wychodzi na dwór, ostrożnie zamykając za sobą drzwi, żeby nie obudzić starego. Ale drzwi i tak przejmująco skrzypią w porannym mroku, stary w pokoju od razu się budzi, znajduje pilota i milcząc, włącza telewizor, w którym dzieje się coś potwornego, coś, co dotyczy wszystkich. A Pasza już dobiega do stacji.

Coś jest nie tak, myśli, coś tu jest nie tak. Ani żywej duszy, kompletna cisza. Nawet lokomotyw nie słychać. Nawet nie handlują. Ciemnoniebieski śnieg podcieka wodą, pogoda prawie plusowa, ale niebo całe w chmurach, wilgoć zawisa w powietrzu, czasami przechodząc w ledwie odczuwalny deszcz, dalej nad torami stoi mgła i w tej mgle nie słychać ani głosów, ani kroków. Wcześnie jeszcze, myśli Pasza z niepokojem, po prostu jeszcze wcześnie. Na południu, tam gdzie zaczyna się miasto, też stoi podejrzana cisza bez wybuchów, bez rozrywanego powietrza. Zza rogu wyjeżdża autobus. Pasza wzdycha z ulgą: komunikacja działa, wszystko dobrze. Po prostu jeszcze wcześnie.

Wita się z kierowcą, ten lękliwie kuli głowę w kołnierzu skórzanej kurtki. Pasza idzie pustym przejściem, siada po lewej przy oknie. Potem nie wytrzymuje, przesiada się na prawą stronę. Kierowca czujnie się temu przygląda w lusterku, jakby bał się przeoczyć coś ważnego. Kiedy Pasza przechwytuje jego spojrzenie, kierowca się odwraca, włącza silnik, ciągnie dźwignię skrzyni biegów. Żelazo trzeszczy obrażone, autobus rusza, kierowca robi rundę honorową w pustej mgle, stacja zostaje z tyłu. Takimi autobusami wozi się nieboszczyków, myśli z jakiegoś powodu Pasza. Takimi specjalnymi autobusami z czarnym paskiem z boku. Ciekawe, czy tam są miejsca dla pasażerów? Czy trzeba siadać na trumnie? I dokąd ja tym katafalkiem dojadę?

Autobus mija jedną pustą ulicę, potem następną. Dalej powinien być uliczny bazar, gdzie emerytki codziennie sprzedają coś zamarzniętego. Autobus skręca, ale nie widać żadnych emerytek, żadnych przechodniów. Pasza już wie, że naprawdę coś jest nie tak, coś się stało, zachowuje się jednak, jakby wszystko było w porządku. Przecież nie będzie panikować. Kierowca uważnie odwraca wzrok, prowadząc katafalk przez mgłę i wodę. Trzeba było obejrzeć wiadomości, czy co, denerwuje się Pasza. Porażająca cisza. Po wszystkich tych dniach, kiedy niebo na południu nad miastem przypominało nagrzaną w ogniu maszynerię – cicho i pusto, jakby wszyscy wsiedli do nocnego pociągu i wyjechali. Zostali tylko Pasza i kierowca, ale i oni mijają dwa zbudowane na piasku bloki, mijają bazę transportową i wytaczają się ze wsi. Długa topolowa aleja prowadzi do szosy, drzewa wyglądają z mgły jak dzieci zza ramienia ojca. Gdzieś tam w górze już porusza się słońce, nie widać go, ale i tak je czuć. A poza tym nie można poczuć niczego. I Pasza lękliwie ogląda całą tę wilgoć wokół, starając się zrozumieć, co przegapił, co chciał wyjaśnić mu ten zalany krwią typ z telewizora. Kierowca ostrożnie omija zimne dziury, wjeżdża na szosę, skręca w prawo. Autobus podjeżdża do przystanku, jak zwykle się zatrzymuje, tu zawsze ktoś wsiada. Ale, najwyraźniej, nie dziś. Kierowca, pewnie z przyzwyczajenia, stoi jakiś czas, nie zamykając drzwi, potem ogląda się na Paszę, jakby prosił o jego zgodę, drzwi się zamykają, autobus rusza dalej, nabiera prędkości i wpada prosto na posterunek.

– Twoja mać – mówi kierowca.

Posterunek pełen jest wojskowych – stoją za betonowymi blokami, pod poszarpanymi flagami państwowymi, w milczeniu patrzą w stronę miasta. Ile razy Pasza przejeżdżał przez to miejsce w ciągu ostatniego pół roku, od kiedy po krótkich gwałtownych walkach wróciła władza państwowa? Dostając się do miasta czy wracając do domu, na stację, należało oczekiwać kontroli dokumentów, inaczej mówiąc – oczekiwać nieprzyjemności. Chociaż Paszę zawsze przepuszczali w milczeniu, bez żadnych pytań – miejscowy z meldunkiem, wszystko w porządku, państwo nie ma do niego pretensji. Pasza przywykł do obojętnych spojrzeń, do miarowych, mechanicznych ruchów żołnierzy, do czarnych paznokci, do tego, że należy oddać dowód i czekać, aż twój kraj kolejny raz przekona się o twoim posłuszeństwie wobec prawa. Żołnierze zawsze zwracali dokumenty, Pasza wpychał dowód do kieszeni, starając się z nikim nie spotkać spojrzeniem. Deszcze rozmywały państwowe flagi, kolory blakły, rozpływały się w szarym jesiennym powietrzu niczym śnieg w ciepłej wodzie.

Pasza patrzy przez okno, widzi, jak obok nich przelatuje dżip obłożony ciemnym żelazem. Z dżipa wyskakuje trzech z automatami. Nie zwracając uwagi na rejsowy katafalk, biegną w tłum, który zbija się z przodu. Żołnierze stoją, przekrzykują się, wyrywają sobie nawzajem lornetkę, oglądają szosę przed sobą, wytężają czerwone od dymu i braku snu oczy otoczone głębokimi zmarszczkami. Ale szosa jest pusta, tak pusta, że przeraża. Zwykle coś się ciągle po niej porusza. Mimo trwającego już od dłuższego czasu niemal całkowitego okrążenia, które ciągle się zacieśniało, i tak do miasta i z powrotem przez cały czas ktoś się przedzierał tą jedyną drogą. Przeważnie wojskowi, którzy dowozili amunicję, albo wolontariusze, którzy ciągle wywozili stąd, z północy, z pokojowego terytorium, różne zbędne badziewie w rodzaju ciepłych ubrań i lekarstw na przeziębienie. Komu potrzebne są lekarstwa na przeziębienie w mieście, które ostrzeliwuje ciężka artyleria i które lada moment miało się poddać? Ale to nikogo nie powstrzymywało – te kolumny, które poruszały się ze stałego lądu do otoczonych, czasami zgodnie z przewidywaniami trafiały pod obstrzał. Ale było jasne, że oddadzą miasto, że państwowe wojska będą musiały się cofnąć, zabierając ze sobą flagi kraju Paszy, i że linia frontu tak czy inaczej przesunie się na północ w kierunku stacji, a zatem i śmierć zbliży się o jakieś dziesięć kilometrów. Ale kogo to obchodziło? Cywile też odważali się i rwali do miasta po rozwalonym asfalcie. Wojskowi starali się ich od tego odwieść. Wojskowym nikt tu jednak szczególnie nie dowierzał, każdy uważał się za najmądrzejszego. No i pchał się pod moździerze po jakieś tam zaświadczenie z funduszu emerytalnego. Rzeczywiście, wybierając pomiędzy śmiercią i biurokracją, czasami lepiej wybrać śmierć. Wojskowi się złościli, czasami zamykali przejazd, ale kiedy tylko obstrzały cichły, przed posterunkiem ustawiała się kolejka. Musieli przepuszczać.

A teraz na szosie pusto. Pewnie tam, w mieście, faktycznie dzieje się coś strasznego, coś, co może zatrzymać nawet kierowców marszrutek i spekulantów. Tłum nieogolonych mężczyzn rozeźlonych przez brak snu i beznadzieję stoi pomiędzy betonowymi blokami i drutami kolczastymi, wszyscy krzyczą na siebie wzajemnie, przelewając wściekłość na innych. I od tłumu w stronę autobusu odłącza się chudy, wysoki żołnierz, pod za dużym hełmem ma nieprzytomne oczy, nieprzytomne i szeroko otwarte, otwarte najwyraźniej ze strachu – wyciąga przed siebie rękę, jakby mówił: stać, nie ruszać się. Chociaż Pasza z kierowcą i tak się nie ruszają – stoją, zamarli, wstrzymując oddech. W autobusie nagle robi się tak dużo miejsca, powietrze staje się tak rozrzedzone, że choćbyś dyszał z całej siły, i tak się nie naoddychasz. Żołnierz podchodzi do drzwi i dźwięcznie uderza o ich metalową powierzchnię. Autobus odpowiada echem jak zatopiona łódź podwodna, kierowca otwiera zbyt gwałtownie.

– Dokąd, kurwa? – krzyczy do niego żołnierz i garbiąc się, wchodzi do środka. Musi się schylić i hełm zsuwa się mu na oczy, i Paszy wydaje się, że go poznaje, chociaż skąd, skąd? Żołnierz patrzy złym wzrokiem, podchodzi, poprawia hełm, przeciera oczy dłonią i krzyczy Paszy w twarz:

– Dokumenty! Kurwa, dokumenty!

Pasza grzebie w kieszeniach i kieszeni nagle robi się tak wiele, że się w nich gubi i nie może niczego znaleźć, i wyciąga różne śmieci: wilgotne chusteczki, którymi rano przeciera w szkole buty, kartki z tematami lekcji, awizo z poczty na paczkę do odebrania. Tak-tak, myśli Pasza, z przerażeniem patrząc w twarz żołnierza, trzeba odebrać paczkę, paczkę, paczkę. Zapomniałem, myśli i jego skóra robi się mokra i zimna, jakby jego samego ktoś przetarł wilgotnymi chusteczkami do czyszczenia butów.

– No? – krzyczy żołnierz, nachylając się nad nim.

A przede wszystkim – Pasza zupełnie nie może zrozumieć, w jakim języku ten mówi. Bo słowa wyrywają się z niego tak porwane i połamane, że nie ma w nich ani intonacji, ani akcentu, po prostu wykrzykuje, jakby wykasływał przeziębienie. Powinien mówić w państwowym, panikuje, państwowym, miesiąc temu stała tu jednostka z Żytomierza, śmiali się z tego, jak Pasza prześlizguje się z języka na język. To oni czy nie oni? – gorączkowo waha się Pasza, patrząc w szeroko otwarte oczy, w których odbija się cały jego lęk.

– Zapomniałem – odpowiada.

– Co? – nie wierzy żołnierz.

Kierowca zrywa się na równe nogi, nie wiedząc, jak ma się zachować, uciekać czy stać w miejscu. I Pasza też nie wie, co robić, i myśli: jak to możliwe, jak to możliwe?

Wtedy z dworu ktoś krzyczy, krzyczy tak gwałtownie i przeciągle, że żołnierz wzdryga się, odwraca i wybiega na zewnątrz, odpychając kierowcę. Ten pada na swój fotel, ale szybko zrywa się na nogi i wyskakuje za żołnierzem. I Pasza też wyskakuje, i wszyscy podbiegają do tłumu, który nagle milknie i rozstępuje się. I właśnie wtedy z południa, zza horyzontu, od miasta odciętego oblężeniem, jakby z niewidocznej powietrznej jamy zaczynają wylatywać mężczyźni. Po jednym, po dwóch, całymi grupami, ciężko wyłaniają się zza linii horyzontu i poruszają się w stronę tłumu, który milcząc, stoi i czeka. Jeszcze ledwie widoczni tam w oddali, stopniowo powiększają się, rosną jak cienie pod wieczór. Już nikt nie patrzy przez lornetkę i nikt nie krzyczy, jakby wszyscy bali się spłoszyć tę procesję, która powoli wypełnia sobą szosę, ciągnąc się przez setki metrów. Mężczyźni idą tak miarowo, wydaje się, że donikąd się nie śpieszą, chociaż od razu staje się jasne, że szybciej iść po prostu nie mogą – zbyt są zmęczeni, zbyt ciężko pokonują te ostatnie kilkaset metrów. Ale iść trzeba, więc idą, nie zatrzymują się, uparcie się zbliżając, poruszając się w kierunku swojej flagi, podchodzą do posterunku z doliny jak pasażerowie, których wysadzono z rejsowego autobusu za brak biletu. Czas jakby biegł coraz prędzej i wszystko odbywa się tak szybko, że nikt nie zdąża ani się przestraszyć, ani ucieszyć. Pierwsi już podchodzą do wymazanych farbą betonowych umocnień, a tam na horyzoncie pojawiają się coraz to nowi i też schodzą w dolinę, wydostając się na północ, do swoich. Im są bliżej, im wyraźniejsze stają się ich twarze, tym ciszej robi się wokół. Bo teraz widać oczy tych, którzy nadchodzą, a w oczach nic dobrego nie zobaczysz – tylko wyczerpanie i mróz. I oddechy mają tak zimne, że nawet nie parują. Czarne od brudu twarze, świecące białka oczu. Hełmy i czarne podarte czapki. Szyje owinięte szarymi od ceglanego pyłu chustkami. Broń, paski, puste kieszenie, worki na ramionach, czarne od smaru ręce, wymazane pokruszoną cegłą i rozmiękniętym czarnoziemem buty. Pierwsi, już podchodząc, wpatrują się w twarze z wyrzutem i nieufnością, tak jakby ci, którzy tu stoją i czekają na nich, byli czemuś winni, jakby wszystko powinno być na odwrót – oni, ci, którzy przyszli, powinni stać tutaj, pod niskim styczniowym niebem, i patrzeć na południe za horyzont, gdzie nie ma nic poza brudem i śmiercią. I pierwszy podchodzi do umocnień, i nagle wyrzuca do góry pięść, i zaczyna wrzeszczeć, jakby krzyczał na bogów za złe zachowanie. Przeklina, grozi, złości się, łzy ciekną po twarzy, oczyszczając ją. Tłum rozstępuje się jeszcze szerzej i ci, którzy przychodzą, mieszają się z tymi, co stoją, jak brudna rzeczna woda miesza się z przejrzystą morską. Tłum już nie mieści się pomiędzy blokami betonu, a ten, który przyszedł pierwszy, dalej stoi pośrodku i gardłuje coś o niesprawiedliwości i zemście, o tym, że miasto poddali, porzucili razem z wszystkimi, którzy tam mieszkają, oddali w obce ręce, nie utrzymali, wyleźli z pułapki. I dobrze mają ci, którzy wyleźli, ale co mają robić ci, którzy zostali tam, na ostrzelanych ulicach? Co z nimi? Kto ich stamtąd zabierze? Czemu żeśmy, krzyczy, nie opuszczając pięści, ich porzucili, uciekli, zostawili miasto? Jak tak można? Kto za to odpowie? Ołeża, krzyczy, Ołeża, mój partner, nawet nie zdążyłem go zakopać, nie zdążyłem wyciągnąć w śnieg, leży na spalonej stacji benzynowej. Komu go zostawiłem? Kto go wyciągnie? Kto? – krzyczy i wygraża pięścią chmurze deszczowej. Aż ktoś, kto przyszedł później, przeciskając się obok niego, po prostu wali go po głowie, jakby mówił: zamknij mordę, i bez ciebie źle. I wtedy nagle wszyscy zaczynają mówić – ktoś wypytuje, ktoś odpowiada, kogoś ciągną, żeby się ogrzał, kogoś owijają starym, przepalonym kocem. A potem nagle do posterunku podchodzi jeszcze jedna grupa, ciągnąc na ramionach nosze, a na tych noszach leży ktoś tak poszarpany i zakrwawiony, że Pasza tylko odwraca wzrok, a jakiś oficer zaczyna krzyczeć, żeby podjechała karetka, chociaż jaka tu może być karetka? Nosze przejmują ci, którzy mają więcej siły, i ciągną do autobusu, dawaj, krzyczą do kierowcy, odpalaj, odwieziesz go na stację. Pasza myśli, że to w ogóle najlepsza możliwość – wrócić teraz do domu, i też robi krok w kierunku autobusu, ale przy drzwiach już stoi wojskowy i nawet nie odwracając się, odpycha Paszę i ten tylko widzi, jak ostrożnie podają nosze do środka, zauważa zlepione włosy i cukrową biel kości, tak jakby rozciąć arbuza, wywracając na wierzch jego słodkie wnętrzności, zauważa połamaną rękę, która wczepiła się w nosze i trzyma się ich mocno, jak trzyma się tylko życia.

Autobus próbuje zawrócić, ale wokół kołysze się tłum, wszyscy krzyczą i przeszkadzają, przeszkadzają i krzyczą, i krzyczą przede wszystkim, żeby nie przeszkadzać. W końcu ktoś daje rozkaz, tłum wzdryga się i odpełza na bok, autobus zawraca i znika za rogiem. Paszę wypchnęli na pobocze, jakoś nieporadnie usiłuje się z niego wydostać, ktoś woła go zza pleców, daj papierosa, mówi do niego żołnierz bez hełmu ze srebrnymi długimi włosami. Nie mam, mówi Pasza. A co masz? – nie odpuszcza żołnierz. Pasza machinalnie sięga do kieszeni i wyciąga dowód.

Pasza stoi na poboczu rozjeżdżonym gąsienicami i kołami ciężarówek i usiłuje sobie przypomnieć, gdzie widział takie palce. Kurczowo zaciśnięte, nieżywe palce, które łapią się życia. I od razu sobie przypomina – tydzień temu, w ostatni dzień szkoły. Tylko tydzień temu wszystko było jak teraz – świeży wiatr, blade styczniowe słońce. Ktoś go woła ze szkolnego korytarza, wychodzi, nauczyciele zaganiają dzieci z powrotem do klas, te od razu rzucają się do okien, patrzą, co tam się dzieje. Pasza zagląda do swoich, tak, krzyczy, wszyscy cicho, zaraz wracam, ale nikt go nie słucha, obok niego przebiega dyrektorka, ciężko bujając swoim chorym ciałem. Pasza biegnie za nią, wychodzą na podwórko, zatrzymują się. Koło szkoły stoi dżip z wojskowymi, zamiast numeru – hasło bojowe, białe na czarnym, Pasza na hasłach szczególnie się nie zna, więc nie bardzo rozumie, kto to taki. Może ochotnicy, może gwardia. Flaga nad dżipem jest taka sama jak na ich szkole. Czyli władza się nie zmieniła.

Wojskowi pracowicie biegają, któryś gdzieś dzwoni, dowódca podchodzi do dyrektorki, twardo bierze ją za łokieć, odprowadza na bok, mówi coś zimnym głosem. Pasza chwyta urywki zdań, wojskowy nie tyle prosi o pozwolenie, ile stawia warunki. Nie, mówi wojskowy, nie można, nie w innym miejscu, właśnie tu, właśnie do was, bronimy was w końcu, niech pani telefonuje, gdzie pani chce, choćby do Kijowa. Dyrektorka zapada się w swój czarny oficjalny żakiet, jej twarz szarzeje i przez to od razu staje się starsza. Chce zaprzeczyć, ale nie odważa się. Ogląda się na Paszę, jakby prosiła go o wsparcie, ale wojskowy, przechodząc obok niego, klepie go po ramieniu i od tego klepania z nauczycielskiej marynarki Paszy sypie się pokruszona szkolna kreda.

Potem do szkoły podjeżdża stara brązowa „tabletka”, furgonetka UAZ koloru rozmiękłego szarego mydła, i z niej żołnierze wynoszą rannych. Biorą ich na ramiona jak worki z towarem, noszy najwyraźniej nie ma, ciężko wchodzą po schodach, przechodzą do pustego korytarza, gdzie ich kroki odbijają się echem. Skręcają w prawo, oblepionymi gliną buciorami otwierają drzwi pierwszej sali. Czyli sali języka ukraińskiego. Czyli sali Paszy. Sali, gdzie Pasza uczy dzieci. Kładą rannych wprost na podłodze, pomiędzy ławkami. Pasza wbiega za nimi, od razu zwalnia dzieci, te, przestraszone, przeskakują przez świeżą krew, kręcą się po korytarzu, Pasza też wychodzi na korytarz i krzykiem rozgania klasę: do domu, krzyczy, idźcie do domu, nie ma co tu stać. Krzyczy po rosyjsku, jak zawsze na korytarzu, nie w czasie lekcji. W klasie czuć zapach brudu i krwi, śniegu i ziemi. Żołnierze przynoszą koce, jakieś ciepłe rzeczy, rozsuwają ławki, rozkładają rannych po różnych kątach.

Do klasy wchodzi jeszcze jeden żołnierz, taszczy na ramieniu karabin maszynowy, nie wyjmuje papierosa z ust. Czarne włosy, też czarne i przez to nieufne oczy, kurz wżarł się w zmarszczki na twarzy, Pasza widział coś takiego tylko u górników, którzy wyjeżdżają na powierzchnię. Sucho ogląda rannych, zauważa Paszę, kiwa głową, wita się, mówi z kaukaskim akcentem. Myli języki, ale stara się mówić przyjacielsko, jakby mocno mu zależało, żeby Pasza uwierzył. Niektóre słowa od razu przekłada z rosyjskiego na ukraiński, stara się jak na egzaminie. Dobrze, mówi, nauczycielu, nie bój się, nie oddamy twojej szkoły, obronimy, mówi. Będziesz dalej uczył dzieci.

– A to kto? – kiwa głową w kierunku portretów.

– Poeci – odpowiada Pasza z niepewnością.

– Dobrzy? – pyta z powątpiewaniem żołnierz.

– Martwi – mówi Pasza na wszelki wypadek.

– Słusznie – śmieje się żołnierz – dobry poeta to martwy poeta.

Delikatnie otwiera okno, opiera karabin na parapecie. Jakby chciał go przewietrzyć. Pasza zabiera z biurka zeszyty, wrzuca do plecaka i już wychodząc, zatrzymuje wzrok na rannym, którego położyli pod malowanym kaloryferem – dwa włochate koce z podeschniętymi już plamami krwi, na wierzchu stary wyświechtany śpiwór – odwrócił się twarzą do ściany, widać tylko dawno niemyte włosy i dawno niegoloną szyję, rozcięty rękaw wojskowej kurtki też tu leży, pomiędzy bandażami prześwituje brudna skóra, posiekana drobnymi zadrapaniami, lewa dłoń wystaje spod śpiwora. Tak jak pasażer kuszetki rano wystawia rękę spod kolejowego koca, który przylega do jego sennego, nieruchomego ciała, odwzorowując załamania kolan i zagłębienie brzucha, jak całun odwzorowuje ciało Chrystusa i nagość zużytego męskiego ciała ostro wyróżnia się pomiędzy tobołkami i ciepłą odzieżą rzuconymi na sąsiednie leżanki. Tak i tutaj, myśli Pasza, chuda, blada ręka, pokryta rzadkimi włosami, wygląda tak nienaturalnie na tle polakierowanej latem szkolnej podłogi, na tle ławek i tablicy, i ta ręka chwyta za śpiwór, chwyta, bojąc się go puścić, jakby śpiwór – to była ostatnia rzecz, która wiąże ją z życiem. Pasza przez chwilę nie może oderwać spojrzenia od długich czarnych palców, pociętych i potłuczonych, z błękitnym benzynowym odcieniem, potem z zewnątrz wlatuje świeży zimowy wiatr, potrząsa okienną ramą, żołnierz zdąża ją złapać. Pasza przypomina sobie, gdzie jest, i szybko wychodzi na szkolny korytarz, od razu trafiając w objęcia dyrektorki.

– Pawle Iwanowyczu, Pawle Iwanowyczu – płacze, łapiąc go za rękę – jak tak można? Niech im pan powie, żeby sobie poszli.

Ona nawet płacze fałszywie, nagle łapie się na tej myśli Pasza. Ona zupełnie nie umie płakać, myśli Pasza, po prostu nie wie, jak się to robi. I śmiać się też nie umie.

– Niech pan im powie – dalej zwraca się do Paszy na pan jak do konduktora w tramwaju – niech pan powie, niech sobie pójdą.

– Tak-tak – uspokaja ją Pasza – powiem, pewnie, że powiem.

Odprowadza ją do gabinetu, pomaga usiąść, wychodzi, zamyka za sobą drzwi. Jakiś czas jeszcze stoi, słucha, jak dyrektorka momentalnie się uspokaja, wyciera smarki, wyciąga telefon, dokądś dzwoni, awanturuje się do słuchawki.

– To już beze mnie – mówi szeptem Pasza i idzie do domu.

Wojskowi stoją na ganku, palą. Wchodząc do szkoły, dokładnie wycierają buty czystą ścierką. Krew słabo się wyciera. Ale się wyciera.

W wilgotnym wietrze ostro czuć zapachy. Od tych, którzy przyszli z południa, ciągnie spalenizną, jakby długo siedzieli przy ognisku. Powietrze natychmiast wypełnia się ciężką wonią mokrych ubrań. Robi się ich coraz więcej, niektórzy od razu ruszają dalej w stronę stacji, niektórzy ładują się do dżipa, niektórym inni pomagają wspiąć się do budy ciężarówki. Brakuje miejsca, jeden z żołnierzy, przechodząc, zaczepia o Paszę twardą kamizelką kuloodporną, Pasza kuli się, robi krok w tył na zbocze, potem jeszcze jeden – wysoki but rozgniata śnieg zmieszany z żółtą gliną, potem jeszcze jeden krok, potem jeszcze.

– Lepiej niech pan tam nie wchodzi – słyszy Pasza.

Odwraca się w kierunku głosu. Obok stoi mężczyzna, ciemna kurtka wolfskin, górskie buty, plecak na laptopa, starannie przystrzyżona szczecina – patrzy ironicznie, nawet pobłażliwie. Mówi pewnie, chociaż, jeśli się przyjrzeć, można zauważyć nieco za mały podbródek, delikatne zmarszczki wokół ust, szczecinę chyba zapuszcza właśnie po to, żeby wyglądać na brutalniejszego, niż jest. Ma koło pięćdziesiątki, więc na Paszę patrzy jak na młodszego stopniem. Tak pasażerowie, którzy jadą od początku, patrzą na tych, którzy przysiadają się po drodze – niby bilety mają, ale godziny spędzone w przedziale dają niezrozumiałą przewagę. Nazywa się Peter i to właśnie mówi – Peter – dosyć znośnym rosyjskim, nie ukrywając przy tym akcentu.

– Lepiej niech pan tam nie wchodzi – kiwa głową w kierunku rowu – bez nogi pan zostanie. I w ogóle chodźmy stąd, oni zaraz zaczną do siebie nawzajem strzelać ze złości.

Odwraca się, zaczyna przedzierać przez tłum. Pasza ogląda się, widzi w dole gęstą śnieżną kaszę, rzuca się śladem Petera.

Po tym, jak przepchnęli się dalej od posterunku, trafiają w tłum, już nie jest tak gęsty. Peter zapobiegliwie omija grupę wojskowych, którzy wściekle coś sobie nawzajem tłumaczą, przestępuje przez rannych ułożonych wprost na środku drogi na kocach i starych cywilnych paltach. Pasza idzie za nim, krok w krok, starając się nie patrzeć w oczy wojskowym. W dzieciństwie przechodził tak obok ulicznych psów – grunt to nie patrzeć w oczy, popatrzysz – od razu poczują obcego. Do wojskowych Pasza przez cały ten czas się nie przyzwyczaił, przez te kilka miesięcy zawsze ich omijał. Kiedy zatrzymywali go koło stacji i o coś wypytywali, odpowiadał sucho, patrząc rozmówcy za ramię. A tutaj tylu ich i od nich wszystkich bije niezrozumiały zapach – brudu i żelaza, i jeszcze tytoniu i prochu. Pasza lękliwie omija kolejną grupę, zauważa, jak nieufnie patrzą na niego żołnierze, przyśpiesza kroku, dogania Petera. A ten podchodzi do starego niebieskiego forda otoczonego żołnierzami. Rozłożyli na masce mapę własnej roboty z wymalowanymi ręcznie ścieżkami i zaznaczonymi czerwoną kredką wysokościami. Mapa rozmięka na deszczu i przypomina zalany winem obrus w przydworcowej restauracji. Peter przeciska się między wojskowymi, kogoś klepie po plecach, komuś, nie odrywając wzroku od mapy, ściska dłoń, od razu zaczyna się sprzeczać, wodzi krótko obciętym paznokciem po rozlazłej mapie, krzyczy podekscytowany. Ale żołnierze też krzyczą i też wodzą po mapie palcami – czarnymi i przemarzniętymi, nie zgadzając się z Peterem. W końcu jeden z nich, najwyraźniej dowódca, niewysoki, mocno zbudowany, z krótkim siwym jeżem na głowie, spluwa, naciąga na swój wielki czerep czarną sportową czapkę, zarzuca na ramię automat i daje wszystkim rozkaz, żeby się ładowali. Wysoki stary żołnierz, wychudły i zgarbiony, zbiera mapę, siada za kierownicą. Obok niego siada siwy w sportowej czapce. Cała reszta pakuje się z tyłu. Peter w jakiś sposób wpycha się razem z nimi, chociaż go, o ile można zrozumieć, nikt nie zaprasza, ale on i tak jakoś się wpycha, i nawet próbuje zamknąć za sobą drzwi, aż nagle coś sobie przypomina, wychyla się na zewnątrz i krzyczy do Paszy:

– No, jedzie pan? Ile mamy czekać? Chodź pan!

Pasza jest zaskoczony, boi się, ale podbiega do forda. Z tyłu siedzi jednak ze czterech żołnierzy, a ponieważ wszyscy są w kamizelkach kuloodpornych, wydają się wyjątkowo szerocy i masywni. No i Peter, oczywiście, też zajmuje miejsce, jak oni się tam wszyscy mieszczą – trudno zrozumieć. Pasza niezdecydowanie drepcze po asfalcie, ale Peter się nie poddaje:

– Chodź pan, chodź pan – krzyczy, klepiąc się po chudym udzie opiętym czarną dżinsową tkaniną.

No i tak jadą – z przodu zgarbiony kierowca i dowódca, który uparcie stara się coś wypatrzyć w kawałkach mapy, z tyłu – żołnierze w kamizelkach kuloodpornych, Peter, a na jego kolanach – Pasza. Jest mu niewygodnie, nigdy nie siedział komuś na kolanach, najwyżej kiedy był dzieckiem. Żołnierzom też niewygodnie, w imieniu Paszy. Zapada milczenie, słychać tylko, jak głucho postukują o siebie kamizelki.

Ford powoli toczy się po szosie, mijając bezkresną kolumnę wojskowych, którzy od posterunku wydostają się w stronę stacji. Na samochód oglądają się z nadzieją, widząc jednak liczbę pasażerów, rozczarowani odwracają głowy. Jazda nie trwa długo, na granicy miejscowości kierowca skręca w prawo, dodaje gazu, ford podtacza się do motelowego parkingu, zostawiając głębokie jak nacięcia koleiny w żółtym śniegu. Paszę wypychają pierwszego, za nim na wilgotne powietrze wydostaje się reszta pasażerów.

Piętrowy budynek, nad głównym wejściem szyld „Paradis”. W prawym skrzydle jest kawiarnia, w lewym – myjnia samochodowa, pośrodku – wejście do recepcji. Wszystkie okna na piętrze zmiotła fala uderzeniowa, właściciele zastąpili wybite szyby dyktą. Na górze na dachu sterczy talerz anteny telewizyjnej przebity w jednym miejscu odłamkiem, przypomina słonecznik odwrócony rano na wschód, w stronę słońca.

Parking zastawiony jest sprzętem i samochodami – wielkie ciężarówki, nieoclone osobówki na polskich blachach, mnóstwo poobijanych i zajeżdżonych aut – bez przedniej szyby, z posiekanymi drzwiami, z oderwanymi maskami. W oddali stoi cały czołg, zawalony z wierzchu brudnymi kolorowymi rzeczami. Na pancerzu leżą przywiązane sznurkami koce i śpiwory, torby, górskie plecaki, ktoś nawet przyczepił z boku polówkę. Koło kawiarni tłum wojskowych – palą, krzyczą, sprzeczają się. Ci, którzy przywieźli Paszę, też ruszają w tę stronę. Peter sceptycznie przygląda się szyldowi.

– Paradis – mówi, uśmiechając się. – Raczej pierwszy krąg piekła. No, idzie pan? – kiwa głową w stronę Paszy i rusza w stronę tłumu.

Pasza nie wymyśla nic lepszego, niż pójść jego śladem. Dlaczego za nim idę? – myśli, idąc. Dlaczego w ogóle go słucham? – pyta sam siebie, starając się nie zgubić Petera w tłumie starannie nieprzystrzyżonych włosów. Przeciska się pomiędzy wojskowymi, wchodzi do kawiarni.

Kilka stolików, bar, na ścianie nad barem jakieś trofea myśliwskie: wypchany bażant, jelenie poroża, nawet czyjaś odrąbana głowa. Paszy wydaje się, że psia, chociaż może się mylić. Z boku drzwi do toalety, po drugiej stronie na ścianie – plazma. Przy stołach ani jednego wolnego miejsca, siedzą żołnierze, patrzą na samych siebie w telewizorze. Za barem stoi kobieta, spogląda na klientów z nienawiścią, ale jej nienawiść jest jakaś umęczona, zresztą ona sama też jest jakaś wymięta i niedofarbowana, w sensie włosy ma żółte z czarnymi korzeniami, takie jak świeże tegoroczne źdźbła na wypalonej zeszłorocznej trawie. Za jej plecami na półkach stoi cola i w stosach leżą czekoladki. Na ladzie przed nią ciemnieją suszone ryby. A to, co najważniejsze, kobieta wyciąga skądś z głębin spod zawalonej rybami lady. Wyciąga i nalewa. Wszyscy mówią jednocześnie, mało słuchając i ciągle przerywając innym, a zapach suszonej ryby unosi się tak ciężko, jakby tu trzeci dzień żegnali się z nieboszczykiem.

Peter pewnym krokiem przemieszcza się do baru, wesołym skinieniem wita z kobietą, ta uśmiecha się nieszczerze, nie przestając nalewać. Peter o coś pyta, kobieta na znak zgody kiwa głową – wciąż nie ukrywając nienawiści, wciąż uważnie wpatrując się w salę. Peter otwiera boczne drzwi, Pasza prześlizguje się za nim i znajduje się w sąsiedniej sali. Tutaj też stoły, też pełno wojskowych, też gwarnie i głosy zlewają się w groźne jęki, na końcu sali jednak, pod schodami, które prowadzą gdzieś na piętro, jest niewielki stolik, akurat dla dwóch, i Peter kieruje się tam, mimochodem witając się z żołnierzem czarnym od dymu i alkoholu. Ten, nie patrząc, macha ręką i coś mówi, kiedy Peter odchodzi, i pada na plastikowe krzesło, i dalej mówi, i kiwa głową, jakby rozmawiał z kimś niewidzialnym. Pasza przysiada się do Petera, skądś od razu pojawia się ryba i alkohol w plastikowych kubkach. Peter nonszalancko chwyta kubek i nawet stuka w czyjś plastikowy i jednorazowy. Jednorazowe poskrzypywanie plastiku, jednorazowe wlewanie alkoholu do gardła. Peter energicznie zatrzymuje swój kubek w powietrzu, potem ledwie zauważalnym ruchem wylewa jego zawartość pod stół na zimną kamienną podłogę. Następnie wyciąga z niewielkiej ledwie zauważalnej kieszeni równie niewielką butelkę obciągniętą brązową skórą, odkręca i nalewa sobie z niej coś smacznego. Paszy nie proponuje – Pasza chwyta wargami kubek, wlewa w siebie gorzką palącą wilgoć miejscowej produkcji, zanosi się kaszlem, ktoś wsuwa mu prosto do ust kawałek ryby i Pasza starannie ją przeżuwa, zabijając zapach żenionego alkoholu martwym zapachem ryby. Peter patrzy na to wszystko z lepkim uważnym obrzydzeniem, przy czym nie wiadomo, co właściwie to obrzydzenie wywołuje – Pasza czy ryba. Ale Peter szybko bierze się w garść i znów się uśmiecha, i krzyczy coś w tłum, odpowiadając na czyjeś pytanie, i komentuje coś zasłyszanego przy sąsiednim stoliku. Pije swoje i zabiera się za Paszę.

– Czym się pan zajmuje? – pyta.

Pasza waha się, w jakim języku ma odpowiedzieć. W końcu odpowiada po rosyjsku.

– Jestem nauczycielem – mówi krótko.

– Aha! – śmieje się Peter.

Grzebie w kieszeni, wyciąga po kolei dwie paczki papierosów – nierozpieczętowaną, z tanimi mocnymi, i napoczętą, z lightami prawie bez nikotyny. Tanie chowa z powrotem, natomiast wyciąga dwa lighty, jednego podaje Paszy. Pasza odmawia, Peter ostrożnie chowa niepotrzebnego papierosa do napoczętej paczki, a drugiego niedbale chwyta wargami, wyciąga z niewidocznej kieszeni nowiutkie zippo, kciukiem lewej dłoni umiejętnie otwiera przykrywkę, podpala, chowa zapalniczkę z powrotem do kieszeni, zaciąga się. Tak boleśnie mruży oczy, łapie się na tej myśli Pasza, jakby palił samosieję.

– A gdzie pana uczniowie? – pyta go Peter, wypuszczając dym, przez co jego głos brzmi zachryple i ufnie.

– Na feriach – wyjaśnia Pasza.

Peter energicznie kiwa głową.

– Aha – mówi – na feriach. Szkołę właśnie wymyślono dla wakacji i ferii – mówi. – Ja na ferie zawsze jeździłem ze starym na ryby.

– Nad rzekę? – uściśla Pasza.

– Nad ocean – mówi Peter.

– Nad jaki ocean?

– Nad Spokojny.

Pasza nie wie, co odpowiedzieć.

– Dokąd chciał pan jechać? – pyta Peter, nie doczekawszy się odpowiedzi.

– Do miasta. – Pasza nerwowo kręci się na krześle. Peter mówi tak przyjacielsko, że od razu przestajesz mu ufać.

– Aha – znów cieszy się Peter. – Sprawy do załatwienia?

– Sprawy – zgadza się Pasza po zastanowieniu. – Siostrzeniec w internacie. Chcę go zabrać. Na wolne dni.

– Widzę, że wy tutaj codziennie macie wolne.

Pasza myśli, że lepiej będzie to przemilczeć.

– Może innym razem zabiorę – dodaje po chwili milczenia.

– Aha – przytakuje mu Peter – za jakieś dwa miesiące.

– Czemu za dwa? – nie rozumie Pasza.

– No, zanim ustabilizuje się nowa linia frontu, zanim założą posterunek i przejście – wyjaśnia Peter. – Dlaczego pan go wcześniej nie zabrał, skoro są ferie? Co pan, wiadomości nie czyta?

– Nie czytam – szczerze odpowiada Pasza.

– Ja też nie czytam – przyznaje się Peter. – Ja je piszę – dodaje po odrobinę za krótkiej pauzie i roześmiawszy się, wypuszcza na wszystkie strony tytoniowy dym.

– I co robić? – pyta zagubiony Pasza. – On ma problemy ze zdrowiem, boję się o niego.

– Teraz niech go pan zabierze – radzi mu Peter, uśmiechając się – oni jeszcze kilka dni będą stamtąd wychodzić – pokazuje na żołnierzy wokół – oni wszyscy teraz nie mają na pana czasu. W mieście władza się zmienia. Kto wie, co będzie z internatem. Nowej władzy – kiwa głową w stronę, gdzie jego zdaniem powinna być teraz nowa władza – nie do internatów. Będą czyścić miasto po waszych.

To jego „po waszych” drażni Paszę, ale powstrzymuje się, nie zaprzecza.

– Tam chyba strzelają? – obawia się Pasza.

– Tym bardziej – zgadza się Peter. – Tym bardziej. Nie chciałbym spędzać ferii pod ostrzałem artyleryjskim.

Pasza myśli gorączkowo. Nie może wymyślić nic lepszego, niż zadzwonić do starego. Wyciąga nokię, wybiera numer.

– I zasięg też za jakieś dwa miesiące będzie – komentuje Peter. – I to jeśli wasza władza się postara. – Peter znów akcentuje słowo „wasza”. – Do tej pory się nie starała.

Pasza patrzy na ekran – faktycznie, nie ma zasięgu. Chociaż jeszcze wczoraj w nocy wszystko było w normie.

– Specjalnie zagłuszają – wyjaśnia Peter – żeby wasi – pokazuje wokół – nie wiedzieli, jaka jest sytuacja. Nikt nic nie wie, nikt nikomu nie ufa. Średniowiecze – dodaje i starannie kiepuje do połowy wypalonego papierosa w popielniczce zrobionej z puszki po piwie. – Nie uczy pan czasem historii? – Patrzy uszczypliwie na Paszę.

– Nie – odpowiada Pasza – nie historii.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.