INTERITUS 2 – Kronika podzielonych światów - Mariusz Trynka - ebook + audiobook

INTERITUS 2 – Kronika podzielonych światów ebook i audiobook

Mariusz Trynka

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Uciekali przed umierającym słońcem.

Utracili swoją ojczyznę. I stracili siebie nawzajem.

Po zdradzie, buncie i zerwaniu sojuszu z ludzkością flota Thal-Venai opuszcza Układ Słoneczny – w poszukiwaniu nowego początku. Jednak nawet w odległości wielu lat świetlnych nie da się uciec od przeszłości. Między ludźmi a Thal-Venai tli się nieufność. Stare rany nie zagoiły się, powstają nowe struktury władzy, a w powietrzu wisi pytanie: czy ofiara w postaci miliardów naprawdę była ceną za lepszą przyszłość – czy też dopiero początkiem większego konfliktu? Kiedy ocalali w końcu stają przed swoją najważniejszą decyzją, nie chodzi już tylko o jedną planetę. Chodzi o tożsamość. O prawdę. I o to, czy dwa gatunki, które wzajemnie oskarżają się o zdradę, będą kiedykolwiek w stanie zbudować wspólną cywilizację.

INTERITUS 2 – „Kronika podzielonych światów” stanowi kontynuację tej epickiej sagi science fiction – jeszcze bardziej rozbudowanej, politycznej i emocjonującej niż dotychczas.

Podróż się nie skończyła.

Dopiero się zaczyna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 524

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 18 godz. 44 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej Marcinkowski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



MARIUSZ TRYNKA

KRAKÓW 2026

Spis treści

W poprzednim tomie…

Prolog

Rozdzial 1

Inne książki autora

Copyright © Mariusz Trynka, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana, przechowywana w systemach wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie i za pomocą jakichkolwiek środków – elektronicznych, mechanicznych, poprzez fotokopiowanie, nagrywanie dźwięku, mikrofilmowanie, digitalizację, zapisania na nośnikach elektronicznych lub za pomocą jakiejkolwiek innej techniki – z wyjątkiem krótkich cytatów w recenzjach, artykułach krytycznych lub pracach naukowych zgodnie z obowiązującym prawem.

Pierwsze wydanie, Kraków 2026

Samodzielna publikacja autora (Self-Publishing)

Projekt okładki: Łukasz Dziedzic

Tytuł oryginału: „INTERITUS 2 – Chroniken gespaltener Welten”

Redakcja: Filip Szałasek

Korekta językowa: Maciej Lidachowski | Ef Ef Usługi Wydawnicze

Skład i layout: Mariusz Trynka

Więcej książek autora znajdą Państwo pod adresem: www.mariusztrynka.com

Dla Tadeusza –

gdyby autor mógł zamówić sobie „idealnego czytelnika",

przypominałby on zapewne podejrzanie dokładnie ciebie.

Dziękuję ci za twoją cierpliwość, twoje bystre oko i imponującą wytrwałość,

z jaką zagłębiałeś się w rozdziały nie raz,

lecz z godną podziwu konsekwencją wielokrotnie.

Ten tom nosi również twój podpis – cichy, ale nieomylny.

W poprzednim tomie…

Zaczęło się od ostrzeżenia, którego nikt nie chciał słuchać.

Tamira Sorellin, młoda heliofizyczka z planety P3, jako pierwsza dostrzegła śmiertelne zagrożenie: słońce jej świata – destabilizowane od tysiąclecia w wyniku kolizji z planetą – stało na progu niszczycielskiej erupcji. Tam, gdzie jej mentor Ardon Veyran widział jedynie przesadę, ona widziała matematyczną pewność, ale gdy rada naukowa wreszcie zechciała jej wysłuchać, pozostały już tylko dni.

To, co nastąpiło, było największym exodusem w historii Thal-Venai – ich ludu.

Dwadzieścia potężnych statków generacyjnych Floty Nowej Nadziei – pierwotnie zaprojektowanych do kolonizacji odległych światów – stało się ostatnią deską ratunku dla dwustu tysięcy wybrańców. Pozostałym stu milionom zostały jedynie podziemne bunkry z minimalnymi szansami na przetrwanie. Loteria życia się rozpoczęła, a Tamira znalazła się po stronie ocalonych – jako świeżo mianowana mentorka, jako naukowczyni, jako jedna z tych, którzy decydowali, kto będzie żył, a kto musi umrzeć.

Potem flota ruszyła.

Podróż do planety A3X, którą Thal-Venai wkrótce mieli nazwać Nową Ojczyzną, trwała trzysta lat, osiemdziesiąt świetlnych. Przez pokolenia żyli na statkach Strażnicy – ci członkowie załogi, którzy czuwali, gdy inni spali w stazie. Tamira znalazła w Zephirze miłość, która pod naciskiem Kodeksu i bezdzietności groziła rozpadem. Znalazła w INTEGRZE, sztucznej inteligencji floty, cichą sojuszniczkę. I podczas lotu znalazła nowe powołanie.

Lecz Nowa Ojczyzna nie była pusta. Okazała się nią Ziemia.

To, co Thal-Venai uważali za prymitywny gatunek preindustrialny, w ciągu trzystu lat ich podróży rozwinęło się w zawrotnym tempie. Ludzkość XXI wieku przyjęła obcą flotę z mieszaniną fascynacji, podejrzeń i wrogości. Spotkanie, które miało przerzucić most porozumienia między dwiema cywilizacjami, okazało się polem napięć i wzajemnych projekcji. Podczas gdy Tamira jako wysłanniczka zabiegała o zaufanie, na Ziemi narastał strach, flocie zaś kończyła się cierpliwość.

Potem nastąpiło odkrycie, które zmieniło wszystko: Ziemia znajdowała się na kursie kolizyjnym z międzygwiezdną asteroidą. Thal-Venai zaoferowali pomoc i zainicjowali wspólną misję ewakuacyjną, w ramach której ponad czterysta tysięcy ludzi miało zostać przyjętych na pokłady floty. Hojność obcych budziła jednak podejrzenia. Tajne komory hibernacyjne dla zwierząt, mające zabezpieczyć bioróżnorodność dla Nowej Ojczyzny, zostały uznane za dowód ukrytych zamiarów.

Ruch Humans First pod wodzą generała Jamesa Vegi zdecydował się na ofensywę. W skoordynowanym buncie rebelianci przejęli osiemnaście z dziewiętnastu pozostałych statków. Chcieli zyskać kontrolę nad własnym losem, uratować więcej ludzi i nie musieć już polegać na łasce obcych. Nie docenili jednak INTEGRY – na rozkaz Rady Thal-Venai sztuczna inteligencja uruchomiła protokół buntowniczy, odcinając dopływ tlenu do zbuntowanych sektorów, w tym także tego, który opanował sam generał Vega.

W ciszy, która opadła na flotę, pomost mający łączyć światy legł w gruzach.

Na Marsie gubernatorka Maya Rodriguez patrzyła, jak dziewiętnaście statków uruchomiło napędy i bez pożegnania zniknęło w ciemności. Na umierającej Ziemi ostatni, tajny statek elit wzniósł się ku niebu – Phoenix, zmierzający w nieznane. A flota Thal-Venai kontynuowała kurs, obciążona bliznami po konflikcie, do którego nigdy nie powinno było dojść.

Na miejscu pozostali Marsjanie – sami pod czerwonym niebem.

A przed nimi leżało Gliese 1002, system, który miał się stać ich prawdziwą Nową Ojczyzną. Lecz jaki świat czekał tam na nich? I czy rany, które nosili, kiedykolwiek zdołają się zagoić?

Droga do tego momentu była długa i bynajmniej jeszcze nie dobiegła końca.

Prolog

Kolonia Gliese

94 lata po przybyciu

Światło było ciepłe. Jak zawsze na tym świecie. Tamira zamrugała w czerwieni wpadającej przez wysokie okna.

Dwadzieścia pięcioro dzieci. Wiercili się na krzesłach. Szeptali. Patrzyli na nią.

Czuła na sobie ich spojrzenia.

Czuła też ból. Stawy. Biodro. Pulsowanie za skroniami. Sto piętnaście biologicznych lat. Każdy poranek jej o tym przypominał.

Lewitujące krzesło mruczało. To samo mruczenie, co wtedy, gdy wybudziła się ze stazy. Prawie sto lat temu, a czasem wydawało się, jakby wczoraj.

– Dzieci – powiedziała nauczycielka. Jej uśmiech drgał na brzegach ust.

Nerwy, pomyślała Tamira. Młoda. Człowiek. Ciemne loki. Angela Brasco, tak się przedstawiła.

– Dzieci, jak wiecie, mamy dziś wyjątkowego gościa. Kogoś, kto tego okresu historii, który właśnie omawiamy na lekcjach, nie zna z książek, lecz… – Zająknęła się. – Lecz przeżył go osobiście.

„Przeżyć”. Tak małe słowo na to, przez co przeszłam.

– To Doradczyni Rady, Tamira Sorellin – ciągnęła Angela. – Choć może raczej powinnam powiedzieć: była Przewodnicząca Rady. Obecna przy tym, gdy flota tu dotarła i zakładano pierwsze osady. Obecna… – Kolejne wahanie. – Była przy tym. Przy wszystkim.

Tamira uniosła dłoń. Z trudem. Kiedyś byłoby to łatwiejsze.

– Dziękuję, pani Brasco. – Jej głos chrobotał, ale docierał do ostatniego rzędu. Na tyle jeszcze było ją stać. – I dziękuję, że mogę dziś tu być.

Jej wzrok przesunął się po dzieciach. Thal-Venai i ludzie, pomieszani. Tak jak powinno być. Wtedy, gdy wszystko było jeszcze niepewne, miała nadzieję, że do tego właśnie dojdzie.

Dziewczynka w pierwszym rzędzie. Rysy Thal-Venai, ale oczy – jednoznacznie ludzkie. Takie rzeczy są teraz możliwe. Tamira musiała się uśmiechnąć. Coś poszło dobrze. Przynajmniej to.

– Otóż – powiedziała i złożyła dłonie na kolanach. – Wasza nauczycielka powiedziała mi, że na ostatniej lekcji omawialiście już czas na Ziemi. Przybycie tam. Lata współpracy. Asteroidę. – Zamilkła. – I bunt.

Niektóre dzieci skinęły głowami. Inne spuściły wzrok. Nawet po tylu latach.

– W takim razie nawiążę do tego, na czym skończyła się wasza lekcja – kontynuowała Tamira. – Do tego, co było potem, a mianowicie przybycia tutaj.

Zamknęła oczy. Obrazy przyszły natychmiast. Ostrzejsze niż wczoraj. Ostrzejsze nawet niż dziś rano.

– Wiele lat temu… – Jej głos zmiękł, popadając w bardziej gawędziarski ton. Sama to zauważyła. – Gdy byłam o wiele młodsza – tak młoda, że nie potrafiłam sobie wyobrazić, iż kiedykolwiek będę tak stara, jak teraz – obudziłam się w kapsule. Sama. W ciemności. Nie wiedząc, ile już minęło: osiemdziesiąt lat czy sekund…

Rozdział 1

Sekcja hibernacyjna 7, Statek Jeden

20 dni przed przybyciem

Ciemność.

Nic. Żadne słowo na to. Żadna myśl. Tylko…

Ta ciemność była absolutna. Nicość bez głębi, bez czasu i bez pamięci o tym, co było – ani przeczucia tego, co nadejdzie.

Potem – mruczenie. Gdzieś. Poczuła je, zanim usłyszała. Wibrato. Wżerało się w nią. Głębiej niż tylko pod skórę.

Mrowienie. Opuszki palców – moich? – potem ramiona. Klatka piersiowa. Ogarnęło ją całą.

Było elektryczne. Obce. Jakby ktoś aktywował nerwy, o których posiadaniu zdążyła zapomnieć.

Metaliczny smak na języku. Miedź. Ozon. Skąd…

Co to jest? – Ale odpowiedź nie przyszła. Myśl rozpadła się ponownie.

Próbowała oddychać, ale jej ciało zapomniało jak.

Panika.

Płuca płonęły. Nie słuchały. Umrze. Teraz. Po tym wszystkim…

Wtedy wreszcie nabrała powietrza. Najpierw charkot. Bulgotanie. Coś wilgotnego, co wyrwało się z gardła. I wreszcie: wdech. Zimny. Tak zimny, że bolał.

Syk. Przenikliwy. Ból w uszach.

Światło wlało się do środka – wprawdzie przytłumione, czerwonawe, ale po absolutnej ciemności nieznośnie jaskrawe. Zmrużyła oczy, lecz nawet to pomagało tylko do pewnego stopnia.

Wszystko się rozmazywało. Kształty bez krawędzi. Kolory, na które w tej chwili nie znajdowała słów.

Gdzie jestem?

Pytanie formowało się powoli w jej świadomości.

Próbowała się podnieść. Mięśnie – nic. Żadnego czucia.

Opadła z powrotem do kapsuły i tępe uderzenie potylicą o wyściółkę było pierwszym doznaniem, które wydawało się realne.

Głos przeciął szum.

– Witaj z powrotem, Przewodnicząca Sorellin.

Słowa potrzebowały chwili.

Ma na myśli mnie.

– Flota dotarła do systemu Gliese. Dwadzieścia dni do orbity.

Więcej Tamira nie była w stanie przyjąć. Nie teraz.

INTEGRA. Imię pojawiło się, zanim zdążyła sobie uświadomić skąd. Głos floty. Chłodny. Równomierny. A jednak znajomy.

Osiemdziesiąt lat. Liczba wcisnęła się w jej myśli, ale nigdzie nie pasowała.

Próbowała mówić. Chrypienie. Nie jej głos. Czyj?

Ogarnął ją atak kaszlu, który wstrząsnął całym ciałem tak, że przez moment składała się wyłącznie z bólu i bezwarunkowych reakcji.

Potem spróbowała jeszcze raz.

– Zephir?

Ledwie szept. Ale INTEGRA zrozumiała.

– Zephir znajduje się w komorze stazowej siedem, kapsuła trzydzieści cztery. Jego przebudzenie przewidziane jest w sekwencji trzeciej, za około dwie godziny.

Dwie godziny. Po osiemdziesięciu latach. Nie do zniesienia.

Żyje. Coś zrobiło się ciepłe w jej wnętrzu. Gdzieś.

Żyje. Jest tutaj.

Potem na skraju jej pola widzenia pojawiły się postacie. Białe kombinezony. Dłonie wyciągnięte ku niej. Głos – tym razem prawdziwy i ciepły – powiedział coś, czego nie do końca zrozumiała. Coś o nieruszaniu się. O pomocy.

Ręce. Podniesiono ją. Nogi – nic.

A potem siedziała. Coś unosiło się. Krzesło. Lewitujące krzesło.

Korytarze. Przesuwały się obok niej. Albo ona mimo nich. Obce i nieobce zarazem.

Gdzieś – z lewej? z prawej? – otwierały się kapsuły. Głosy. Ktoś prosił o wodę. Ktoś inny pytał o imię, którego nie dosłyszała. Twarze wyłaniały się i znikały. Niektóre znała. Członkowie Rady. Naukowcy. Nie dotknęła ich żadna zmiana, jej zapewne też nie.

Czas. Zatrzymany. Znowu.

Wtedy jej wzrok padł na ekran.

Wstrzymała oddech – a raczej to, co z jej oddechu w tej chwili zostało.

Tam na zewnątrz – gwiazda. Czerwona. Mniejsza niż się spodziewała. Inna niż wszystko, co znała.

Czerwonawopomarańczowa. Przygaszona. Ogień, który nigdy nie gaśnie.

A przy niej – dwa punkty. Maleńkie z tej odległości.

Planety.

Pozostało dwadzieścia dni. Znaleźli się na tyle blisko, że mogła je zobaczyć. Maleńkie punkty na tle czerwieni.

Nowa Ojczyzna. Być może.

Zamknęła oczy. Twarz Thareeny. Jej rodzice. Przyszli natychmiast. Nieproszeni. Uniosła powieki.

Osiemdziesiąt lat, zamrożonych w jednej chwili między dwoma uderzeniami serca.

Teraz znów biło. Ale jeszcze nie do końca w tym samym rytmie, co dawniej.

*  *  *

Platforma widokowa, Statek Jeden

8 godzin po przebudzeniu Tamiry

Szkło. Wszędzie szkło. Nogi Tamiry drżały, ale stała. To było ważne. Odmówiła lewitującego krzesła. Nie w tej chwili.

Rozejrzała się. Salon obserwacyjny Statku Jeden. Znajome półkoliste pomieszczenie, którego zakrzywiona ściana zewnętrzna stanowiła jedno wielkie okno panoramiczne. Dwadzieścia metrów przezroczystego specjalkryształu, pomyślała, wytrzymalszego niż jakikolwiek metal, jaki ludzkość kiedykolwiek wykuła. To był tylko jeden z wielu przedmiotów, które zabrali ze sobą podczas swojej ucieczki między gwiazdami.

Zephir obok niej. Przebudzony kilka godzin temu. Blady. Bledszy niż sama się czuła. Oczy matowe, cienie pod nimi. Znała je inne. Ale był tutaj.

Jego dłoń w jej. Zimna. Jej pewnie też. Osiemdziesiąt lat obok siebie, nie dotykając się. Teraz to.

Przed nimi system Gliese 1002 – zapomniała oddychać.

Gwiazda. Czerwona. Nie pomarańczowa, nie żółta. Czerwona. Nigdy nie widziała czerwonej gwiazdy, nie aż tak.

Światło miało barwę żaru. Ciepło bez gorąca.

Cienie, które rzucała, były długie i miękkie, bez ostrych krawędzi, jakie Tamira znała ze swojego świata ojczystego.

Na powiększonym obrazie widoczne były dwie planety. Wewnętrzna, 1002b, mała, szara kula – ich pierwotny cel.

Zewnętrzna, 1002c, większa. Brąz, szarość i fioletowa smuga przez środek. Coś się iskrzyło. Woda może. Albo lód.

– INTEGRA. – Głos Zephira, jeszcze ochrypły, wyrwał ją z rytmu myśli. – Pokaż nam skany Tysiąc Dwa C.

Wyświetlacz zamigotał. Liczby. Krzywe. Kolory. Za dużo naraz. Dane spływały po holograficznym ekranie: skład atmosfery, mapy temperatur, zasoby wody.

– Projekcje długoterminowe opierały się na danych sprzed czterystu ośmiu lat. –

Tamira poczuła, jak dłoń Zephira się napina.

– Tysiąc Dwa C dysponuje większymi rezerwami wody niż pierwotnie zakładano.

Woda.

Słowo zawisło w powietrzu.

– Podwyższona grawitacja 1,12 g pozostaje jednak czynnikiem ryzyka.

Czynnikiem ryzyka.

Spojrzała na Zephira. Nic nie powiedział. Nie musiał.

– Przez osiemdziesiąt lat… – Zająknęła się. Zaczęła od nowa. – Osiemdziesiąt lat. Pracowaliśmy na rzecz jednej planety. A teraz mówisz, że ta druga jest lepsza?

– Dokładnie. Ostateczna decyzja należy do Rady.

Zephir zaśmiał się cicho. Wiedziała, że widział zbyt wiele, by cokolwiek mogło go jeszcze zaskoczyć.

– Znów wybór między dwoma światami. – Pokręcił głową. – Zawsze dwa światy.

Tamira milczała. Ziemia pojawiła się nagle. Błękit. Potem – odepchnęła to.

Osiemdziesiąt lat. Na Marsie wyrosły pokolenia. Co się z nimi stało? Co myślą o flocie, która zniknęła bez słowa?

Żołądek jej się ścisnął. Milczenie. Wtedy, przed odlotem.

– Kiedy jest pierwsze posiedzenie Rady? – zapytała w końcu.

– Za osiem godzin. Do tego czasu Seren również zostanie wybudzona.

Seren. Imię obudziło wiele wspomnień. Genewa. Ludzie. Wspólnie podejmowane decyzje. A potem rezygnacja Seren i jednogłośny wybór Tamiry po jej nominacji.

– Wiesz, o czym właśnie musiałem pomyśleć? – zapytał nagle Zephir.

Tamira czekała.

– O pierwszym razie, kiedy zobaczyłem Ziemię – ciągnął. – Ten błękit. Te chmury. Pomyślałem: to jest to. A potem…

– Okazało się, że jednak nie – dokończyła za niego Tamira.

Nie patrzył na planetę, lecz na gwiazdę – na to obce światło.

– Ta wszechobecna czerwień… – Zephir wskazał na panoramę przed nimi. – Jest inna. Bardziej obca. Ale może obce jest teraz dokładnie tym, czego potrzebujemy. Żadnych wspomnień. Żadnego bagażu.

Ścisnęła jego dłoń.

– Bagaż zabiera się zawsze.

Zephir nie odpowiedział, zatrzymując tylko jej dłoń w swojej.

*  *  *

Stacja medyczna, Statek Jeden

12 godzin po przebudzeniu Tamiry

Białe światło. Tamira zamrugała. Stacja medyczna Statku Jeden była o wiele za jasna po czerwieni pokładu widokowego. Gdzieś coś mruczało. Gdzie indziej pikało. Oczy potrzebowały chwili.

Seren leżała na lewitujących noszach. Jej oczy śledziły Tamirę przez całe pomieszczenie. W tym jej wzroku, przed którym nic nie mogło się ukryć, było jednak coś nowego. Ciężar w powiekach. Ociężałość, której Tamira nie znała.

– Tamira. – Głos Seren był ochrypły, ale ciepły. – Wyglądasz, jakbyś miała za sobą długą podróż.

Tamira roześmiała się. Przyszło samo.

Seren zawtórowała jej. Sucho. Krótko. Potem było po wszystkim.

– Trzysta lat z P3, osiemdziesiąt z Ziemi… Tak, powiedziałabym, że podróż była dość długa.

Seren wskazała na krzesło. Tamira usiadła. Nogi były jej wdzięczne.

Grawitacja tutaj była symulowana – 1 g, jak zawsze na statkach. Na 1002c będzie wyższa. Na samą myśl o tym Tamira już teraz czuła wyczerpanie w każdym mięśniu.

– INTEGRA mnie poinformowała – powiedziała Seren. – O planetach. O decyzji, która przed nami stoi.

– Co myślisz?

Seren milczała. Jej palce bawiły się brzegiem koca. Tamira spojrzała na te cienkie, kościste dłonie. Kiedy takie się stały?

– Myślę, że jestem stara, Tamira. Wystarczająco stara, by wiedzieć, że mój czas jako decydentki dobiegł końca.

Tamira poczuła coś w piersi. Ucisk.

Seren, pomyślała. Kobieta, która prowadziła Radę przez ucieczkę z P3, przez przybycie na Ziemię, przez bunt – mówiła o sobie w czasie przeszłym.

– Teraz ty jesteś Przewodniczącą Rady – ciągnęła. – Ty prowadziłaś flotę po buncie. Ty podjęłaś decyzję, żeby mimo wszystko zabrać ludzi w stazie. Ta decyzja – która planeta jest właściwa – należy do ciebie.

Tamira pokręciła głową.

– Potrzebuję twojej rady, Seren. Potrzebuję…

– To, czego potrzebujesz – przerwała jej Seren łagodnie – to zaufanie do samej siebie, moja droga. Ja je miałam, gdy mianowałam cię mentorką dyplomacji. Miałam je, gdy stałaś przed Radą ONZ. I mam je teraz.

Pauza. Urządzenia mruczały. Gdzieś na stacji ktoś inny został przebudzony, zakaszlał i poprosił o wodę.

– Ale jeśli chcesz znać moje zdanie… – powiedziała Seren ciszej, głosem ledwie wybijającym się ponad szept. – Woda to życie. Więcej wody oznacza więcej możliwości. Grawitację możemy pokonać. Pragnienia nie.

Tamira skinęła powoli głową. Pragmatyczna jak zawsze. Z myślą o długofalowych konsekwencjach. Dla niej to było jednak coś więcej.

– Wiesz, czego najbardziej żałuję? – zapytała Seren.

Tamira spojrzała na nią pytająco i czekała.

– Nie wielkich decyzji. Żałuję małych chwil, które przegapiłam. Nie popełniaj tego samego błędu, Tamira. Prowadź, ale żyj też swoim życiem.

– Jak mam żyć, kiedy sześćset tysięcy istot czeka na moje decyzje?

Seren uśmiechnęła się.

– Uznając, że nie jesteś sama. Masz Zephira. Masz Radę. Masz INTEGRĘ. I masz mnie – dopóki tu jeszcze jestem.

Tamira już miała zaprotestować, ale się powstrzymała.

Seren była stara. Teraz Tamira to widziała. Staza zakonserwowała jej ciało, ale nie cofnęła czasu. Zapadłe policzki. Skóra, która wydawała się zbyt cienka. Ile lat miała teraz Seren? Tamira policzyła – sto dwadzieścia biologicznych lat?

Wzięła dłoń Seren. Była koścista i chłodna, ale odwzajemniła uścisk.

– Dziękuję. Za wszystko.

Seren skinęła głową i zamknęła oczy.

*  *  *

Sala Rady, Statek Jeden

16 godzin po przebudzeniu Tamiry

Tamira znała każdy kąt tego pomieszczenia na dziobie statku. Decyzja o opuszczeniu Ziemi – tutaj. Bunt – tutaj. I teraz znowu tutaj.

Przebiegła wzrokiem dwanaście miejsc Rady Wewnętrznej, która przed odlotem z Układu Słonecznego przeprowadziła swoje ostatnie wybory. Holograficzny wyświetlacz pośrodku. Siedziała na krześle Przewodniczącej. Niegdyś miejsce Seren. Wciąż wydawało się obce.

Tamira pozwoliła spojrzeniu wędrować. Seren z boku – już nie w kręgu, ale obecna. Jej oczy spoczywały na Tamirze. Zephir obok niej, ze wzrokiem utkwionym w wyświetlaczu. Wyczuł jej spojrzenie, podniósł na chwilę oczy, skinął niemal niezauważalnie.

Novaren naprzeciwko. Nieruchomy jak zawsze – przez te wszystkie lata nigdy nie nauczyła się czytać z jego twarzy. Obok niego Kaelan, który uśmiechnął się do niej. Jeden z jej zwolenników, od kiedy pamiętała.

Pozostali. Elyar Nethys, etyk, kartkował swoje notatki. Obok Liraya Vorthak, palce już nad datapadem – odporność społeczna, jej specjalność. Tamira będzie dziś potrzebowała ich obojga. Elai Vessar siedział odchylony ze skrzyżowanymi ramionami. Główny inżynier. Wyglądał, jakby już znał wynik głosowania. I Tinomero. Jej wzrok zatrzymał się na nim chwilę dłużej. Główny geolog. Dawny przyjaciel. Jego nominacja do Rady przesądziła niegdyś o decyzji, by zostawić Marsa za sobą. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek tego żałował.

Pozostałe miejsca – nowe twarze. Ich imiona znała, myśli jeszcze nie.

Holograficzny wyświetlacz pokazywał obie planety obok siebie. Z lewej 1002b – szara, mała, znajoma. Ich pierwotny cel. Z prawej 1002c – większa, kolorowa, obwiedziona pasmem fioletu. Dane opływały projekcje. Tamira czytała: temperatury, skład atmosfery, grawitacja.

Pochyliła się do przodu. Spojrzała na dane o zapasie wody na 1002c.

Elai odezwał się pierwszy.

– Statki nadają się do obu planet. Lądowanie na 1002c wymaga drobnych dostosowań ze względu na wyższą grawitację, ale to nic, z czym nie dalibyśmy sobie rady. Z technicznego punktu widzenia decyzja jest neutralna.

Zephir wstał.

– Z naukowego punktu widzenia nie jest. 1002b jest bliżej gwiazdy. Ekspozycja na promieniowanie jest wyższa – nie niebezpieczna, ale wyższa. W dłuższej perspektywie może to wpływać na rolnictwo i genetykę. – Podszedł do wyświetlacza, wskazał na 1002c. – Ta jest dalej. Chłodniejsza. Ale spójrzcie na dane o wodzie. – Jego dłoń zakreśliła krąg wokół niebieskich oznaczeń. – Bez wody żadnych ekosystemów. Bez ekosystemów żadnej zrównoważonej produkcji żywności. A bez tego… – Nie dokończył zdania. Nie musiał.

Tinomero skinął rozważnie głową.

– Geologia to potwierdza. 1002c wykazuje stabilność tektoniczną w strefie terminatora i zasoby mineralne niezbędne do budowy trwałej osady. 1002b jest… – Wzruszył ramionami. – Funkcjonalna, ale jałowa.

Liraya Vorthak uniosła dłoń.

– Chciałabym poruszyć inny aspekt. Podwyższoną grawitację na 1002c odczujemy. 1,12 g nie brzmi jak dużo, ale dla starszych osób, chorych i dzieci z czasem okaże się obciążeniem. Na 1002b grawitacja byłaby prawie identyczna z ziemską i jedynie nieznacznie wyższa niż na P3 i na naszych statkach. Przede wszystkim ludzie są pod tym względem wrażliwsi. To może pociągać za sobą konsekwencje społeczne.

– Ludzie nie są naszym jedynym priorytetem – powiedział jeden z nowych członków Rady. Chłodno, niemal zimno.

Cisza.

I znowu. Napięcie. My kontra oni. Tamira czuła je na karku. Blizny, które nigdy nie zdołały się porządnie zagoić. Dla Śpiących bunt był wczoraj.

Elyar Nethys odchrząknął cicho.

– Za pozwoleniem, ludzie są częścią naszego priorytetu. To nie jest stanowisko sentymentalne, lecz praktyczne. Zabraliśmy ich ze sobą. Włączyliśmy ich umiejętności w nasze planowanie. Kolonia budowana na podziale nie przetrwa, nie na dłuższą metę.

Kaelan Drys skinął głową.

– Modele bioinformatyczne są jednoznaczne. Różnorodność genetyczna, połączone systemy wiedzy, odmienne podejścia do rozwiązywania problemów – potrzebujemy obu gatunków. Nie z konieczności, z rozsądku. My…

Tamira uniosła dłoń. Dyskusja wokół niej ucichła natychmiast.

– Ludzie… – Urwała. Zaczęła od nowa. – Są częścią naszej wspólnoty. Tak zdecydowaliśmy, zabierając ich ze sobą. Ich potrzeby się liczą, ale nie są jedynym kryterium. Liczy się przetrwanie wszystkich. A do tego potrzebujemy przede wszystkim wody.

Wstała i podeszła do holograficznego wyświetlacza. Gestem powiększyła 1002c – brązowoszara kula wypełniła teraz pół pomieszczenia. W silnym powiększeniu ujrzała wiry chmur i poblask wody. I wtedy ją zobaczyła – cienką fioletową linię biegnącą wzdłuż terminatora, granicy dnia i nocy tego świata. Tam będą żyć.

– Dwa razy w życiu stanęłam przed wyborem między dwoma światami – powiedziała. – Pierwszy raz między P3 a statkami. Drugi raz między Ziemią a Gliese. W obu przypadkach zdecydowałam się na przetrwanie, nie na wygodę czy to, co znane. Tym razem nie będzie inaczej.

Odwróciła się, podchwytując spojrzenia.

– Rekomenduję Gliese 1002c. Grawitacja jest wyzwaniem, ale takim, z którym sobie poradzimy. Woda zapewnia nam przyszłość.

Seren jako pierwsza powoli skinęła głową, choć nie miała już prawa głosu. Tamira czuła, jak dużo kosztował ją ten gest.

Potem Zephir. Tino. Kaelan. Elyar. Jeden po drugim sygnalizowali zgodę.

Novaren jako ostatni. Wahał się. Tamira wytrzymała jego spojrzenie. Potem i on skinął – powoli, z zaciśniętymi ustami.

– Zgadzam się – powiedział. – Ale ludzie muszą zostać poinformowani. Transparentność. Żadnych tajemnic.

– Oczywiście.

INTEGRA potwierdziła:

– Decyzja została zaprotokołowana. Gliese 1002c wyznaczone jako główny cel osadniczy. Przygotowania do wejścia na orbitę zostaną odpowiednio dostosowane.

Hologramy zgasły. Członkowie Rady podnosili się z miejsc. Głosy nakładały się na siebie – plany, zadania, zwykły szum po podjęciu decyzji. Tamira pozostała na miejscu, czując, jak rusza machineria kolonizacji.

Elai zatrzymał się jeszcze na chwilę, patrząc na nią. Czuła, że w jego głowie kłębią się myśli.

– Każda decyzja ma swoją cenę, Przewodnicząca. – Zrobił pauzę. – Pytanie tylko, co za nią kupujemy.

– A co kupujemy?

– Wodę. – Drgnienie w kącikach ust. – Tej nie da się wytworzyć.

Potem i on wyszedł. Tamira została.

Przez mały iluminator z boku pomieszczenia patrzyła na czerwoną gwiazdę oświetlającą ich nową ojczyznę. Za kilka dni statki wejdą na orbitę. Za kilka tygodni powstaną pierwsze osady. A potem – nie wiedziała. Nikt nie wiedział.

Ale najpierw kolejna decyzja. I następna. To, czuła, jest istotą przywództwa. Żadnego końca. Tylko wciąż nowe początki.

Nabrała głęboko powietrza i opuściła salę.

Inne książki autora

Interitus 3 – Kronika zjednoczenia

Déjà Vu – Poza granicami czasu

Co, jeśli czas nie działa tak, jak nam się wydaje?

Elías Soler, genialny neurobiolog z Barcelony, poświęca swoje życie badaniom

nad tajemniczymi momentami, w których wydaje nam się, że pamiętamy coś,

co jeszcze się nie wydarzyło. Kiedy spotyka tajemniczą Lenę podczas

nurkowania, a wkrótce potem rozpoczyna niezwykłą współpracę z fizykiem

Jonasem Marquardtem, otwierają się drzwi do czegoś niezrozumiałego.

Jej radykalna hipoteza przyciąga potężną korporację technologiczną

Synexion, która wspiera projekt nieograniczonymi funduszami - ale za jaką

cenę? W świecie, w którym zacierają się granice między pamięcią

a przeczuciem, Elías musi zmagać się nie tylko z naukowymi konsekwencjami

swoich badań, ale także z egzystencjalnym pytaniem: jak żyć

w teraźniejszości, kiedy przyszłość już do nas dociera?

Historia zabiera czytelnika w porywającą podróż

przez głębiny umysłu i samą ideę czasu.

Pamięć Genetyczna – Tom I – Omnis

Ben Foster osiągnął wszystko, o czym inni mogą tylko pomarzyć: odnoszącą

sukcesy firmę technologiczną, lojalnych pracowników i niezależność

finansową. Ale w środku czuje się pusty. Kiedy decyduje się zostawić

wszystko za sobą i wyruszyć w podróż po Ameryce Południowej, nie ma

pojęcia, że fatalne wydarzenie na peruwiańskiej równinie Nazca

zmieni jego życie na zawsze.

To, co Ben odkrywa na niegościnnych obszarach Peru, kwestionuje wszystko,

co ludzkość myśli, że wie o swojej historii. Nagle staje się celem potężnych

grup interesu, które za wszelką cenę chcą kontrolować jego odkrycie.

Podczas niebezpiecznej ucieczki przez cztery kontynenty Ben musi nie tylko

ocalić własne życie, ale także zachować prawdę,

która może zmienić los całej ludzkości.

W świecie starożytnych tajemnic Ben staje przed wstrząsającą świadomością:

Być może przyszłość ludzkości kryje się w jej dawno zapomnianej przeszłości.

LIMBUS

Pewnego dnia świat obudził się i był mniejszy.

Każdy o tym wiedział.

Niektórzy uznali, że tak jest lepiej.

Mówiono, że to był wirus.

Mówiono, że nie było alternatywy.

Mówiono wystarczająco dużo, by nie dopytywać dalej.

Granice ucichły. Bez konfliktów.

Liczby – czyste. Cisza – trwała.

A jednak coś zostało niedokończone.

Jakby świat nie zapomniał części siebie, ale ją oddał.

LIMBUS to cichy dystopijny thriller o pamięci, milczeniu i pytaniu, kto decyduje, kogo brakuje – i kiedy jest za późno, by o niego zapytać.

www.mariusztrynka.com