Iluzjonista - Remigiusz Mróz - ebook + audiobook

1219 osób właśnie czyta

Opis

W 1988 roku Gerard Edling prowadził śledztwo, które zakończyło się ujęciem i skazaniem sprawcy serii zagadkowych zabójstw. Z racji ich tajemniczego charakteru, w kronikach kryminalnych morderca nazywany był Iluzjonistą – długo zwodził śledczych, a zabójstw dokonywał tak, by dowody wskazywały na inne osoby. Jego ofiar nie łączyło nic poza tym, że na ich skórze znajdował się wypalony znak zapytania.

Ponad trzydzieści lat później na jednym z opolskich kąpielisk odnalezione zostaje ciało z podpisem Iluzjonisty, a sposób działania sprawcy łudząco przypomina czarną serię, która niegdyś wstrząsnęła miastem. Prowadzenie dochodzenia utrudnia fakt, że akta dawnej sprawy zaginęły, a osoby z nią związane albo milczą, albo znikają w niewyjaśnionych okolicznościach.

Jedynym, który może pomóc prokuraturze, jest wydalony ze służby Edling, skrywający własne tajemnice związane z dawnymi wydarzeniami…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 464

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 50 min

Lektor: Robert Jarociński

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Czesuafa,

niech ma, bo poleca mi dobre wina

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Złudzenie to westchnienie wyobraźni.

Ramón Gómez de la Serna

 

Rzeczywistość jest tylko iluzją, aczkolwiek bardzo trwałą.

Albert Einstein

 

 

 

 

 

 

Akt pierwszy

 

 

 

Obecn¿e

ul. Kośnego, Opole

 

Tego dnia przeszłe zdarzenia stały się przyszłością. Rzeczy, które Gerard Edling lata temu zostawił za sobą, nie tylko do niego wróciły, ale także wyznaczyły jego dalszą drogę.

Słysząc pukanie do drzwi w środku nocy, nie łudził się nawet, że to zwiastun czegokolwiek dobrego. Odłożył kieliszek z czerwonym winem, podniósł się z fotela i ruszył sprawdzić, kto niepokoi go po północy.

Szybkie zerknięcie przez wizjer wystarczyło, by rozpoznał Konrada Domańskiego, prokuratora okręgowego, z którym od czasu „Koncertu krwi” utrzymywał sporadyczny kontakt. Przełożony opolskich oskarżycieli z pewnością nie fatygował się bez powodu, a jego nerwowa mowa ciała dowodziła, że coś istotnego jest na rzeczy.

Edling poprawił beżową kamizelkę, przesunął dłonią po śnieżnobiałej koszuli, a potem powoli otworzył drzwi.

Domański natychmiast posłał mu zniecierpliwione spojrzenie.

– Blackberry ci się rozładował? – spytał. – Czy może jedna z tych twoich zasad każe ci wyłączać dzwonki po dwudziestej drugiej?

– Dobry wieczór – odparł Gerard.

Prokurator uniósł bezsilnie wzrok, choć powinien już dawno przywyknąć do tego, że Edling nigdy nie uchybi regułom savoir-vivre’u. Prawdopodobnie nawet, gdyby kończył się świat, Gerard w porę zdążyłby należycie pożegnać się ze wszystkimi.

– Wieczór nie był dobry – odparł Domański. – A noc zapowiada się jeszcze gorzej.

– Dla ciebie czy dla mnie?

– Dla nas obydwu – rzucił pod nosem Konrad i zajrzał do mieszkania. Od razu dostrzegł kieliszek z resztką czerwonego wina. – Dużo wypiłeś?

– Odpowiednio, by poznać finisz, ale jeszcze nie na tyle, by wykryć wszystkie nuty smakowe. Dekantacja trwa dłużej, niż…

– Jesteś trzeźwy czy nie, Gerard?

– Zależy, jaką miarę przyjmiemy. Poza tym przerwałeś mi w połowie zdania.

Domański pokręcił głową z jeszcze większą frustracją.

– Sprawa ci to przyjemność, prawda? – zapytał.

– Bynajmniej.

– Mniejsza z tym – rzucił prokurator, a potem wskazał Edlingowi płaszcz wiszący w niewielkim przedpokoju. – Wkładaj to i chodź ze mną.

– Dokąd?

– Na Silesię.

Gerard uniósł pytająco brwi.

– Kąpielisko przy Luboszyckiej – dorzucił Konrad. – To, na którym woda jest tak przezroczysta, jak na tropikalnej lagunie. Na Boga, ja nie jestem stąd, a od razu wiedziałem, o co chodzi.

– Mieszkasz tu już kilka lat. I należysz do gatunku ludzi, którzy lubią ekshibicjonizm plażowy.

Domański przez moment sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar coś dodać, ale ostatecznie machnął ręką.

– Jak możesz się domyślić, tym razem nie chodzi o opalanie się – bąknął.

– A zatem o co?

– Znaleziono zwłoki w wodzie… a właściwie na wodzie.

Edling musiał przyznać, że obecność samego prokuratora okręgowego i fakt, że zjawił się z powodu zabójstwa, budziły w nim pewną ciekawość. Użyty przez Domańskiego przyimek tylko pogłębiał zainteresowanie Gerarda.

– Na wodzie? – spytał. – Masz na myśli to, że ciało znajduje się na jakiejś łódce?

– Niezupełnie.

– Co znaczy, że niezupełnie?

– Do cholery, Edling… – mruknął Konrad. – Najlepiej będzie, jeśli to zobaczysz.

Gerard nie miał zamiaru się wzbraniać. Szybko zostawił synowi liścik na stole, po czym narzucił jasną marynarkę i płaszcz. Swojego nieodzownego czarnego krawata nie miał zamiaru wiązać, wychodząc z założenia, że na miejscu przestępstwa na niewiele się zda.

Wyszli z klatki trzypiętrowego budynku i od razu skierowali się do samochodu zaparkowanego pod ogrodzeniem miejscowego przedszkola. Domański zerknął na plac zabaw, a potem spojrzał znacząco na towarzysza.

– Dobre sąsiedztwo – zauważył.

Edling wsiadł do samochodu w milczeniu, zajmując miejsce pasażera.

– Nie patrzyłem na okolicę, kiedy wynajmowałem mieszkanie – odezwał się. – Liczyło się, żeby Emil miał blisko na uczelnię.

– Jest teraz na trzecim roku?

– Zgadza się.

Gerard przegapił pierwsze lata syna na Wydziale Prawa i Administracji, ale zadbał o to, by niczego mu nie brakowało, przynajmniej pod względem finansowym. Sprzedawszy mieszkanie na Osiedlu Klonowym, pozbył się właściwie też wszystkiego innego. Sam za kratkami niczego nie potrzebował, a przypuszczał, że zanim wyjdzie, Emil dawno znajdzie pracę i założy rodzinę.

Stało się inaczej: marszałek Swoboda zastosowała akt łaski i postanowiła o zatarciu skazania. Edling był nie tylko wolny, ale także formalnie czysty – mógł wrócić do pracy w prokuraturze, o ile nie sprzeciwiliby się temu samorząd zawodowy lub minister sprawiedliwości. Po tym jednak, co zrobił dla polityków, mógłby być dobrej myśli.

Nie miał jednak zamiaru wracać do pracy śledczego. Zatrudnił się na uniwersytecie, zajął wykładaniem i w ostatnim czasie wreszcie uzyskał habilitację. Od tamtej pory formalnie mógł się tytułować profesorem UO.

Nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie go ciągnęło do dawnego zawodu. A jednak teraz bez wahania skorzystał z oferty Domańskiego. Czy kierowało nim to, o czym niegdyś mówiła żona Edlinga? Magnetyczne przyciąganie zbrodni?

Być może. Bardziej frapujący zdawał się jednak powód, dla którego prokurator okręgowy zjawił się akurat u niego.

– Powiesz mi, o co chodzi? – odezwał się Gerard, gdy ruszyli w kierunku Matejki. Szacował, że o tej porze dojazd na miejsce zdarzenia nie zabierze im więcej niż dziesięć minut.

– Mówiłem ci. Na wodzie są zwłoki.

– Tyle że ja nie jestem specjalistą od pontonów, ale od mowy ciała – zauważył Edling. – A martwe wiele nie powie.

– Znam takich, co sądzą inaczej.

– W takim razie powinieneś zwrócić się do nich – odparł Gerard i obróciwszy się do rozmówcy, przez moment wbijał w niego wzrok. – Dlaczego zjawiłeś się u mnie?

– Bo na piersi ofiary ktoś wypalił gigantyczny pytajnik.

Edling zamarł, nie potrafiąc dobyć głosu. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem zabrakło mu słów, nie kojarzył też, kiedy poczuł ciarki na całym ciele. Przełknął głośno ślinę i potarł nerwowo kark.

Ten ostatni gest przykuł uwagę Domańskiego. Podobnie jak wszyscy inni, tak i Konrad zdawał sobie sprawę, że Edling zawsze panuje nad każdą swoją reakcją, a mowa jego ciała zazwyczaj jest dla rozmówców nieprzenikniona.

Nigdy nie pozwalał sobie na tak niespokojne gesty.

– To niemożliwe… – powiedział cicho.

– A jednak. Znak zapytania jest wyraźnie widoczny.

Gerard robił wszystko, by zebrać się w sobie, ale wstrząs był zbyt duży. Ostatnim razem był tak zdezorientowany przy sprawie Horsta Zeigera, kiedy wyszły na jaw wszystkie fakty. Potem nigdy więcej nie miał styczności z podobnym uczuciem. W zasadzie zapomniał, że cokolwiek jest w stanie wprawić go w takie osłupienie.

– To nie może być on – odezwał się Edling. – Nie ma takiej możliwości.

– Więc pytajnik to przypadek?

– Może nie mieć żadnego związku z tamtym człowiekiem.

– Tylko że znak wygląda identycznie jak te, które zostawiał Iluzjonista.

Próba zakłamania rzeczywistości była jedynie reakcją obronną umysłu – i kiedy Gerard to sobie uświadomił, natychmiast odsunął wszystkie oczywiście błędne hipotezy. Przesunął palcami po jasnym zaroście okalającym usta i doszedł do wniosku, że pora spojrzeć prawdzie w oczy.

– Złapaliśmy Iluzjonistę w osiemdziesiątym ósmym – rzucił. – Doprowadziliśmy do osądzenia i skazania.

– Wiem.

– W takim razie pozostaje tylko jedna możliwość. Mamy do czynienia z naśladowcą.

Konrad zatrzymał samochód na czerwonym świetle, wrzucił na luz, a potem popatrzył na Edlinga z troską. Przywodził na myśl dobrego kumpla, który stara się ocenić, czy druga strona jest obłożnie, czy tylko trochę chora.

– Jest też inne wyjaśnienie – oznajmił Domański. – Że trzydzieści lat temu złapaliście niewłaściwego człowieka.

– Wykluczone.

– Bo jesteście nieomylni?

– Bo to była solidna sprawa. Obroniła się we wszystkich instancjach, nie było żadnej wątpliwości co do winy.

Domański rozejrzał się i nie dostrzegłszy żywej duszy, ruszył przez skrzyżowanie. Kątem oka złowił dezaprobatę, która pojawiła się w oczach pasażera.

– Oprócz tego żaden seryjny zabójca nie zdołałby wytrzymać trzech dekad bez popełnienia kolejnej zbrodni – ciągnął Gerard. – Złapaliśmy wtedy właściwą osobę, zapewniam cię.

Konrad milczał.

– Słyszysz? – upewnił się Edling.

– Trudno nie słyszeć. Prawie krzyczysz.

Nie mylił się. Gerard niepotrzebnie podniósł głos, ale zrobił to zupełnie bezwiednie. Sprawa sprzed trzydziestu lat nadal wzbudzała w nim emocje, których nie potrafiło wyzwolić nic innego.

Po tym jednak, co się wówczas stało, nie mógł się sobie dziwić. Większość osób na jego miejscu z pewnością skończyłaby dużo gorzej.

– Naśladowca to jedyna możliwość – powtórzył po chwili Edling.

Domański przyspieszył trochę, jakby nagle zaczęło zależeć mu na czasie, a potem na jakiś czas pogrążył się we własnych rozważaniach. Dopiero kiedy minęli stadion Odry Opole, zdawał się wrócić do rzeczywistości.

– Żeby to był naśladowca, musiałby mieć co powielać – odparował Konrad.

– Przecież ma.

– Co? Co konkretnie? – rzucił prokurator znacznie ostrzej. – Akta tej sprawy zaginęły, Edling. Upewniałem się co do tego kilkakrotnie, próbowałem też rozmówić się z ludźmi, którzy mieli na jej temat jakieś pojęcie. Wiesz, z jakim rezultatem?

– Nie.

– A mnie się wydaje, że wiesz.

Przez chwilę jechali w milczeniu. Niewypowiedziany zarzut był daleko idący, ale Gerard nie miał zamiaru na niego reagować.

– Wszyscy albo milczą, albo nie żyją – dodał Domański. – Jesteś pierwszą osobą, z którą w ogóle mogę wymienić parę słów na ten temat. I zachowujesz się, jakbyś nagle znalazł się na polu minowym.

Znów miał rację. Bardziej, niż sądził.

Edling szybko upomniał się w duchu, by więcej nie tracić kontroli. Nabrał tchu, wyprostował się i powziął mocne postanowienie, że od tego momentu nie wykona choćby jednego bezwiednego ruchu.

– Coś już na pierwszy rzut oka jest nie tak – dorzucił Konrad.

– Skoro tak sądzisz, być może nie powinieneś wieźć mnie na miejsce zdarzenia.

Jeśli miał zamiar się rozmyślić, powinien zrobić to teraz. Znaleźli się już na Luboszyckiej, a zatem do Silesii nie mogło być daleko.

– Wydaje mi się, że mimo wszystko powinienem – odparł Domański. – Bo możesz być jedyną osobą, która jest w stanie to rozwiązać.

– Co konkretnie?

– Zobaczysz.

Zatrzymali się nieopodal plaży znajdującej się na niewielkim cyplu. Teren był już ogrodzony policyjnymi taśmami, a mocne przenośne lampy wycelowano w taflę jeziora. Z oddali nie było widać wiele, ale kiedy Edling podszedł bliżej, mógł dostrzec kształt człowieka.

– Co to ma znaczyć? – spytał.

Z takimi pytaniami również rzadko wypalał. W dodatku nikt z zebranych nie potrafił udzielić mu odpowiedzi. Wszyscy zdawali się przyglądać przedstawieniu, którego prawideł nie rozumieli.

– Widzisz pytajnik? – odezwał się Konrad.

– Widzę.

Trudno było go nie zauważyć. Podświetlony lampami z brzegu, był wyraźnie widoczny na bladym torsie dość wysokiej kobiety. Górna część znaku zawijała się nad lewą piersią, a kropka na dole została wypalona wokół pępka. To jednak nie symbol przykuwał uwagę i powodował konfuzję wszystkich wokół, ale to, w jakiej pozycji znajdowała się ofiara.

Kobieta stała na tafli z szeroko rozłożonymi rękoma.

Nie unosiła się na niczym. Stała pośrodku zbiornika, jakby potrafiła chodzić po wodzie.

Jaskrawe światło LED-owych lamp zapewniało iluminację, która niemal pozwalała dostrzec dno. Nigdzie nie było żadnej konstrukcji, na której mogła stać ofiara. Wszystko to sprawiało wrażenie iluzji, a logika podpowiadała, że to, co widzą zebrani, nie ma racji bytu.

Edling musiał przyznać, że jeśli rzeczywiście mieli do czynienia z naśladowcą, to takim, który odrobił lekcję. Być może nawet przerósł mistrza.

Ledwo ta myśl nadeszła, Gerard zrozumiał, co powinien zrobić. Zignorował pytania, które w jego stronę zaczęli rzucać zgromadzeni, a potem ruszył przed siebie. Nikt nie protestował, dopóki szedł po plaży.

Głosy sprzeciwu podniosły się, kiedy wszedł na wodę i ruszył po jej tafli na środek jeziora.

 

 

N¿egdyś

ul. Sieradzka, Malinka

 

Młody asesor prokuratorski zjechał windą na parter, a potem opuścił klatkę jednego z nowych bloków z wielkiej płyty przy Sieradzkiej. Okolica powoli się zaludniała, ludzie kierowali się na najbliższy przystanek MPK i wsiadali do niespiesznie jadących w kierunku centrum ikarusów.

Gerard Edling miał własny samochód. Biały maluch czekał na niego pod blokiem, a dwadzieścia cztery konie mechaniczne pod maską i pojemność skokowa przekraczająca sześćset centymetrów sześciennych w zupełności wystarczały na sprawny i szybki dojazd do pracy. Więcej do szczęścia nie było mu potrzebne.

Mijał powoli wzbierającą falę polonezów i dużych fiatów, tu i ówdzie urozmaicaną pojedynczymi syrenkami i trabantami. Właściwie nie czuł potrzeby, by inwestować w większy samochód – jego długoletni związek z Brygidą chylił się ku upadkowi i nic nie wskazywało na to, by mogło dojść do powiększenia rodziny.

Edling bez problemu dotarł do centrum, a potem zaparkował niedaleko siedziby prokuratury, przy placu Thälmanna. Wysiadł z auta, po czym skierował się do niebieskiego kiosku Ruchu na rogu. Kolejka uformowała się już jak zawsze o tej porze, ale młody asesor nigdy nie stał w niej dłużej niż kilka minut.

– Dzień dobry – rzucił, nachylając się do okienka między podłużnymi, pionowymi deskami.

Kioskarz nie potrzebował nic więcej, by podać mu to, co zawsze. Gerard zapłacił pięćdziesiątych złotych, zabrał „Trybunę Ludu” i podziękował tak uprzejmie, jakby mężczyzna wręczył mu gazetę za darmo.

Do propagandy tuby Komitetu Centralnego partii był tak przyzwyczajony, że nie zwracał już na nią uwagi. Nie miał zresztą wielkiego wyboru, „Trybunę” kupował, bo stanowiła najlepsze źródło doniesień ze świata.

Zaraz potem skierował się do kolejnego miejsca, które odwiedzał co ranek. Nie jadł przed wyjściem z domu, głównie dlatego, że od pewnego czasu poranne rozmowy przy stole z żoną działały mu na nerwy. Wolał spożyć pierwszy posiłek bez Brygidy, siedząc w społemowskim barze w podwórku przy 1 Maja, którego jadłospis znał na pamięć. Miał tam swój stolik, mógł rozłożyć gazetę i spokojnie poczytać.

Tym razem nie miał jednak okazji zagłębić się w artykuły. Zobaczył tylko jeden z nagłówków informujących o tym, że „rolniczy trud przyniósł wielkie plony”, po czym całą uwagę przeniósł na mężczyznę, który wszedł do baru i wyraźnie szukał go wzrokiem.

Prokurator Bogdan Karbowski nosił brązowy garnitur, niebieską koszulę i szary krawat w paski. Mimo że wpisywał się w modę prezentowaną na ulicach, zdaniem Gerarda mógłby ubierać się lepiej – choć Bogiem a prawdą, nie potrzebował tego, by budzić respekt. Każdy bywalec baru doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Karbowski to zawodnik wagi ciężkiej.

Bogdan rozejrzał się i szybko dostrzegł osobę, której szukał. Edling złożył gazetę. Podniósł się, świadom, że przełożony nie zjawił się bez powodu.

– Jadasz czasem w domu, Gerard? – spytał szef.

– Czasem.

Karbowski zerknął na naleśniki z serem i kubek kakao.

– Tym razem trzeba było – powiedział. – Bo teraz już nie zdążysz.

Zanim Edling zdążył zapytać, co jest powodem pośpiechu, przełożony skinął na niego w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, że nie ma czasu na żadne pytania. Gerard upił jeszcze łyk, odkroił kawałek naleśnika, a potem odstawił wszystko do okienka i podziękował kobiecie w wypłowiałym fartuchu.

Bogdanowi brakowało nie tylko ogłady, ale także cierpliwości. Udowadniał to nie raz, wytaczając najcięższe działa przeciwko podejrzanym jeszcze przed zebraniem całego materiału dowodowego.

Znalezienie się na celowniku Karbowskiego było równoznaczne z poważnymi problemami, bez względu na to, czy delikwent był winny, czy nie. Prokurator doprowadzał do skazania zbrodniarzy, krętaczy, ale także wielu opozycjonistów, co budziło sprzeciw Edlinga.

Ten ostatni nigdy jednak się na ten temat nie zająknął. Karbowski zaszedł tak daleko między innymi dzięki temu, że członkiem partii nie był jedynie na papierze.

Kiedy podczas aplikacji prokuratorskiej Gerarda pod skrzydła wziął właśnie ten człowiek, młody Edling odczuł pewien dysonans – z jednej strony nie mógł trafić lepiej. Z drugiej trudno, by trafił gorzej.

Ostatecznie szybko znaleźli wspólny język, a niemający dzieci Bogdan zaczął traktować aplikanta niemal jak syna. I z pewnością przyłożył rękę do tego, że po złożeniu egzaminu prokuratorskiego i mianowaniu na asesora Edling cieszył się specjalnymi względami.

Poparcie Karbowskiego w połączeniu z dobrymi wynikami egzaminu i udanym przebiegiem aplikacji sprawiły, że prokurator generalny powierzył Edlingowi pełnienie czynności prokuratorskich, dzięki czemu mógł on mniej więcej tyle, ile starsi koledzy – z kilkoma wyjątkami. Jako asesor nie miał prawa występowania przed sądami wojewódzkimi ani Sądem Najwyższym, nie mógł też stosować tymczasowego aresztowania.

Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by wraz z Bogdanem pełnoprawnie uczestniczył w śledztwie. I niechybnie właśnie z tego względu przełożony wyprowadził Gerarda z baru mlecznego.

Przeszli przez podwórko, mijając szare elewacje i odrapane tynki, po czym wsiedli do kremowej łady 2103 Karbowskiego. Starego prokuratora z pewnością stać było na lepszy samochód, z jakiegoś powodu nie mógł jednak rozstać się z autem jugosłowiańskiej produkcji.

– Mamy denata – oznajmił Bogdan, włączając silnik.

– My? – spytał Edling. – W bagażniku?

– Nie czas na błaznowanie, Gerard. Sprawa jest poważna.

Karbowski włączył się do ruchu i skierował w stronę Młynówki. Ruch był minimalny, pojedyncze samochody kolebały się niespiesznie kocimi łbami ku centrum.

– Jesteś w stanie się skupić? – odezwał się Bogdan.

– Bez śniadania niełatwo, ale…

– Spróbuj – uciął przełożony, a Edling skinął głową. – Bo mamy wyjątkowo ciekawe zdarzenie.

– Jakie?

Karbowski nabrał tchu.

– Na scenie amfiteatru znaleziono zwłoki jakiejś kobiety – podjął. – Lat około trzydziestu, budowa ciała nieznana…

– Nieznana?

– Tak mi przekazano. Włosy jasne, kształt twarzy trójkątny, brak znaków szczególnych… może z jednym wyjątkiem.

– Jakim?

– Morderca wypalił jej na czole znak zapytania.

Gerard natychmiast się ożywił. W takiej sytuacji śniadanie rzeczywiście było zbędne, a może nawet niewskazane, jeśli wziąć pod uwagę widoki czekające na niego na miejscu zdarzenia.

– Oprócz tego sprawca zostawił list. A właściwie kartkę.

– Jest jakaś różnica?

– Taka, że w liście jest tekst. A ta kartka jest pusta.

Edling zmarszczył czoło i spojrzał na szefa, gdy mijali siedzibę Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Przypuszczał, że mundurowi są już na miejscu i zamknęli całą okolicę.

– Była w kopercie zaadresowanej do mnie – dodał Karbowski.

– Dlaczego akurat do pana? – spytał Gerard bez zastanowienia. – Znał pan ofiarę? Coś panu mówi ten symbol?

– Symbol mówi mi tyle, że mamy zagadkę. A ofiary jeszcze nie widziałem.

W głosie przełożonego zadrgała nuta niezadowolenia. Nie lubił informować o rzeczach oczywistych, a te właśnie takie były. Oprócz tego z pewnością nie spodobało mu się, że na moment znalazł się na pozycji przesłuchiwanego.

Do amfiteatru dojechali w milczeniu. Zgodnie z przypuszczeniami Gerarda teren był już niedostępny dla cywilów, a fakt, że ciało znajdowało się na scenie, sprawiał, że odseparowanie gapiów nie było trudne. Wystarczyło zamknąć cały obiekt.

Funkcjonariusze milicji powitali Bogdana z odpowiednim szacunkiem, Edlinga niemal nie dostrzegając. Nie dziwił się, sam na ich miejscu też nie poczuwałby się do obowiązku, by wylewnie witać młodzika z dalece większymi uprawnieniami niż oni.

Prokuratorzy weszli na scenę, ale zatrzymali się kilka metrów przed ciałem. Nie spodziewali się widoku, który zastali.

Ofiara znajdowała się w skrzyni umieszczonej na niewielkim podeście. Konstrukcja nie wyglądała na element wyposażenia teatru, przeciwnie, raczej na skleconą naprędce przez jakiegoś amatora. To, co znajdowało się nad nią, z pewnością było jednak dziełem kogoś, kto znał się na rzeczy.

Edling wlepił wzrok w duże koło zębate, przywodzące na myśl piłę. Znajdowało się nad skrzynią i wymierzone było tak, by rozciąć ją wpół. Utrzymujące je liny umocowano gdzieś przy dachu, choć z tej perspektywy nie sposób było dostrzec, do czego konkretnie.

Na scenie leżała zaadresowana do Karbowskiego koperta, obok gwóźdź, którym została przybita do desek, a kawałek dalej list wyjęty już przez milicjantów.

– Ktoś pozwolił wam to ruszać? – odezwał się Bogdan.

Kiedy nikt mu nie odpowiedział, rozejrzał się z frustracją.

– Gdzie jest jakiś oficer?

– Zaraz będzie na miejscu, towarzyszu prokuratorze.

Karbowski zerknął na oznaczenie stopnia rozmówcy i westchnął bezsilnie.

– Słuchajcie no, młodszy chorąży – rzucił. – Odsuniecie mi stąd waszych kolegów i niech nikt nic nie rusza, dopóki nie powiem. Jasne?

– Tak jest, towarzyszu prokuratorze.

– Czegoś oprócz listu tknęliście?

– Nie – odparł szybko chorąży. – Ciała nie dotykaliśmy, nawet do niego nie podchodziliśmy, bo nie wiadomo, czy ta piła nie opadnie.

Bogdan skinął lekko głową.

– A list dlaczego ruszaliście?

– Bo zaadresowany do pana.

– To od razu trzeba było podnieść i sprawdzić?

– Nie wiedzieliśmy, co…

– Mniejsza z tym – uciął Karbowski. – Odmaszerować. I nie wracajcie tu, dopóki nie powiem.

Młodszy chorąży machinalnie zasalutował, choć z pewnością nie zrobiłby tego przed żadnym innym oskarżycielem publicznym. Potem oddalił się, zostawiając prokuratorów samych.

Bogdan wyciągnął nieotwartą paczkę klubowych, oderwał papier z góry i wyciągnąwszy jednego, podpalił zapałką.

– Powinieneś się poczęstować, Gerard.

– Nie, dziękuję.

– Lepiej się przy tym myśli.

Przykucnęli obok listu, a potem obejrzeli go z każdej strony. Stojący w oddali za nimi funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej przyglądali im się z konsternacją, niepewni, dlaczego śledczy zajmują się kopertą, a nie ciałem czy wiszącą nad nim piłą.

– Co sądzisz? – spytał Karbowski, wypuszczając dym.

– Że sprawca nieprzypadkowo wybrał scenę. Chce rozgłosu, spektaklu, widowiska.

– A to pudło?

– To element jego przedstawienia.

– Które nie doszło do skutku? Dlatego to koło zębate nie opadło?

– Możliwe. Coś mogło mu przeszkodzić. Lub ktoś.

– Twoim zdaniem jest jakimś magikiem?

– Raczej iluzjonistą.

Bogdan zaciągnął się głęboko, a następnie potarł dłonią świeżo ogolone policzki. Podniósł list, który wyjęli z koperty milicjanci, i uniósł go pod światło. Obaj przyglądali mu się przez chwilę, ale nie dostrzegli ani delikatnych odcisków, ani śladów tuszu.

– Może to wiadomość sama w sobie? – podsunął Edling.

– W jakim sensie?

– Tabula rasa. Czysta karta.

– I co ma znaczyć twoim zdaniem?

Gerard zdawał sobie sprawę, że przełożony już dawno o tym pomyślał. Zapewne znał też odpowiedź zarówno na to, jak i inne pytania. Zadawał je po prostu, by sprowadzić młodego asesora na właściwe tory.

– Zabójca może sygnalizować, że śmierć to nowy początek. Że w jakiś sposób zbawia ofiary, bo ofiaruje im…

– To zbyt daleko idące.

Właściwie wszystko na tym etapie takie było, ale Gerard zachował tę myśl dla siebie. Być może w ogóle nie powinni stawiać roboczych hipotez, wszak nie widzieli nawet zwłok. Karbowski znany był jednak z tego, że udowadniał wersję śledczą równie szybko, jak ją przyjmował.

Podniósł się, a potem zbliżył do pudła z ciałem. Edling zrobił to samo.

– Ta dziewczyna nie ma jeszcze trzydziestki – zauważył Bogdan. – Powiedziałbym raczej, że niedawno skończyła dwadzieścia lat.

Gerard przyjrzał się denatce. Kolor jej skóry świadczył o tym, że do morderstwa doszło stosunkowo niedawno. Nie pojawił się jeszcze trupioblady odcień, próżno było szukać plam opadowych.

– Śliczna – odezwał się Karbowski.

– Słucham?

Starszy prokurator potrząsnął głową i zbliżył się ostrożnie jeszcze o pół metra.

– Nie jest piękna, ale śliczna – rozwinął. – Naprawdę delikatne rysy twarzy.

– Więc chciał ją oszpecić tym pytajnikiem?

– Raczej się podpisać.

– I popisać.

Karbowski pokiwał głową, wciąż podchodząc. Stawiał kolejne kroki coraz śmielej, stopniowo przekonując się, że sprawca nie pozostawił żadnych pułapek. Kątem oka obaj śledczy kontrolowali jednak, co dzieje się z kołem zębatym zawieszonym nad pudłem.

– Może powinien pan uważać – przemówił Edling. – Ta piła nie wisi tam bez powodu.

– Nie widzę zagrożenia.

– A temu człowiekowi z pewnością chodzi właśnie o to, by pan go nie dostrzegał.

Bogdan popatrzył na niego z pobłażliwością, jakby chciał zasugerować, że to on powinien się martwić o podopiecznego, a nie odwrotnie. Edling zignorował spojrzenie, skupiając się na dziewczynie.

Szef miał rację, była śliczna. Miała niemal anielską urodę, zdawała się niewinna, zadbana i delikatna. Miała przed sobą całe życie, z pewnością dość ciekawe, bo nie sprawiała wrażenia osoby, która pozwoliłaby, by przeciekło jej przez palce.

Leżała na brzuchu, jej głowa zwrócona była w kierunku, z którego nadeszli prokuratorzy. Zupełnie jakby na nich czekała.

Karbowski podszedł jeszcze kawałek i nagle zamarł, opuszczając wzrok. Przywodził na myśl żołnierza na wrogim terenie, takiego, który właśnie nadepnął na minę.

– Coś nie tak? – odezwał się Gerard.

– Słyszałem trzask. Pod jedną z desek, na której stanąłem.

Edling natychmiast ruszył ku niemu, ale przełożony obrócił się i powstrzymał go ruchem ręki.

– Stój – rzucił.

– Ale…

– Daj mi się zastanowić.

– Ale jest pan pewien, że słyszał trzask?

– Cichy. Ale tak.

Karbowski oddychał nieco szybciej i mówił z wyraźnym roztrzęsieniem. Edling niczego nie słyszał, jeśli jednak rzeczywiście znajdowała się tu jakaś pułapka, z pewnością została skonstruowana tak, by do końca nie zasygnalizować niebezpieczeństwa.

Gerard poczuł, że serce bije mu mocniej. Czy to naprawdę możliwe, że zabójca zastawił tu na nich sidła? Nie, nie na nich. Bezpośrednio na Karbowskiego – w końcu to właśnie jego imię i nazwisko znajdowało się na kopercie.

Zanim Edling zdążył rozwinąć tę myśl, niemal nieświadomie wychwycił jakiś ruch przed sobą. Potrzebował chwili, by zrozumieć, co dostrzegł.

– Panie prokuratorze… – jęknął.

– Daj mi chwilę, do cholery.

Gerard miał trudności z przełknięciem śliny i sformułowaniem myśli. Zamrugał kilkakrotnie, niepewny, czy naprawdę dobrze widzi.

– Panie prokuratorze, proszę spojrzeć przed siebie – rzucił.

Bogdan w końcu przestał wbijać wzrok w podłogę. Machinalnie się cofnął, jakby coś odrzuciło go do tyłu.

– Na Boga, ona…

– Żyje – dopowiedział Edling, wbijając wzrok w dziewczynę.

Lekko się poruszała, choć sprawiała wrażenie, jakby budziła się z wyjątkowo głębokiego snu. Otwierała oczy tylko na moment, nie mogąc długo utrzymać podniesionych powiek. Głowa kiwała jej się bezwładnie na boki, a z ust wydobywał się cichy, niezrozumiały bełkot.

Jasna jak błyskawica myśl przecięła umysł Edlinga.

Dopiero teraz wisząca nad dziewczyną piła nabrała sensu. Przedstawienie się nie skończyło. Wprost przeciwnie, główny punkt programu dopiero miał nastąpić.

– Musimy ją stąd zabrać – odezwał się niepewnym głosem Gerard.

Szef uświadomił sobie, że mimo woli się wycofał i nie stał już na deskach, które wywołały w nim niepokój. Skinął głową, a potem obrócił się, by wydać milicjantom kilka krótkich komend.

W tym samym momencie rozległ się dźwięk łamiącego się drewna. Tym razem głośny i niepozostawiający wątpliwości, że coś uległo pod znacznym ciężarem. Edling natychmiast się rozejrzał, spodziewając się, że podłoga na scenie nagle się zapadnie albo sufit runie im prosto na głowę.

Zamiast tego dostrzegł, jak liny trzymające koło zębate puszczają. Dziewczyna w ostatniej chwili zorientowała się, co się dzieje. Z jej gardła wydobył się przeraźliwy, dziki pisk, a piła runęła z impetem wprost na pudło. Przecięła je oraz znajdujące się w nim ciało, z którego trysnęła ciemnoczerwona krew.

Ostro zakończone koło wbiło się w podłogę, dwie części pudła się rozjechały, ale dziewczyna nadal dziko krzyczała.

Edling stał jak sparaliżowany. Nie potrafił nie tylko się ruszyć, ale także zebrać myśli. Patrzył na krew i rozcięte na pół ciało i nie mógł pojąć, dlaczego dziewczyna wciąż żyje. Nie był to pośmiertny spazm, ofiara krzyczała coraz głośniej, błagając o litość.

 

 

Obecn¿e

Kąpielisko Silesia, Opole

 

Gerard szedł po wodzie, nie zważając na reakcje zebranych na brzegu ludzi. Zatrzymał się dopiero w połowie drogi, by zerknąć pod siebie. Woda była niemal idealnie przejrzysta, a znajdujące się na podwyższeniu reflektory sprawiały, że Edling bez trudu dostrzegał ławice małych ryb.

– Gerard!

Były prokurator obrócił się i uniósł rękę do zdezorientowanego Domańskiego.

– Co to ma być? – spytał Konrad.

Edling rozłożył ręce.

– Najwyraźniej opanowałem umiejętność kroczenia po wodzie.

– Daj, kurwa, spokój – syknął prokurator okręgowy.

– Po prostu mam zamiar przyjrzeć się ofierze. I być może powinieneś zrobić to samo.

– Co? – rzucił Domański, patrząc niepewnie na taflę.

– Idź za mną. Tą samą drogą.

– Moment…

– Zaufaj mi.

Gerard przypuszczał, że rozmówca jest jedyną osobą na brzegu, która była gotowa to zrobić. Pozostali prędzej spróbowaliby dostać się do niego wpław, niż ruszyli naprzód tylko dlatego, że jemu się udało.

Konrad niepewnie poszedł jego śladem, każdy kolejny krok stawiając tak, jakby dopiero uczył się chodzić. Edling poczekał na niego w połowie drogi między plażą a stojącym na wodzie ciałem.

– Co to ma być? – żachnął się Domański, tupiąc lekko w wodę.

– Pleksiglas.

– Że co?

– Szkło akrylowe.

– Wiem, czym jest pleksa. Chodzi mi o to, jak… – Urwał i popatrzył pod nogi. – Chcesz powiedzieć, że to się ciągnie aż do ciała?

– Z pewnością – odparł Edling, a potem obrócił się w kierunku nagiej kobiety z wypalonym pytajnikiem. – To prosty trik, który kilka lat temu zastosował iluzjonista chodzący po Tamizie. Przymocował do dna konstrukcję z pleksiglasu, a potem położył na niej praktycznie niewidoczne płaty z pleksi, znajdujące się kilkadziesiąt milimetrów pod lustrem wody. Skoro tam się udało, to tutaj tym bardziej.

– Najwyraźniej – odbąknął Domański. – Ale skąd wiedziałeś?

– Nie wiedziałem. Przypuszczałem.

– Mimo wszystko poszedłeś jak po sznurku.

– Bo założyłem, że kobieta jest ustawiona w ten sposób nie bez powodu i wyznacza nam ścieżkę. – Gerard ściągnął poły płaszcza i zapiął go na kolejny guzik. – Sprawcy zależy na przedstawieniu, musi dbać o swoją widownię.

– Mimo wszystko…

Konrad zawiesił głos, jakby miał zamiar dokończyć. Edling odczekał chwilę, by upewnić się, że nie wejdzie rozmówcy w słowo.

– Kiedy postawiłem pierwszy krok i poczułem twarde podłoże, wiedziałem, że się nie mylę – odezwał się. – Ale twoje uwagi każą mi sądzić, że mnie o coś podejrzewasz.

Na miejscu Domańskiego z pewnością zachowałby znacznie większą ostrożność. Za jedną z hipotez śledczych z pewnością należało przyjąć, że naśladowcą jest ten, kto niegdyś ścigał Iluzjonistę.

Bogdan Karbowski nie wchodził w grę, ale Gerard z pewnością powinien być choćby hipotetycznym kandydatem na sprawcę. Inny prokurator z pewnością nie przywiózłby go na miejsce zdarzenia, Domański po sprawie Kompozytora jednak zwyczajnie mu ufał.

Nie miał pojęcia, jak wiele tajemnic wiąże się z wydarzeniami sprzed trzydziestu lat.

Ledwo ta myśl nadeszła, Edling poczuł się niekomfortowo. Nigdy nie miał zamiaru wywodzić Konrada w pole, ale w tej sytuacji wyjawienie prawdy po prostu nie wchodziło w grę.

– O nic cię nie podejrzewam – odezwał się Domański. – Po prostu ustalam, czy strzelałeś w ciemno, czy może zrozumiałeś, co się dzieje, bo już kiedyś Iluzjonista podobnie działał.

– Nigdy nie strzelam w ciemno.

– Jasne – odburknął Konrad.

– Prowadzę naukowe spekulacje i domysły.

– Oczywiście.

Gerard spojrzał na rozmówcę z ukosa, a potem wskazał ciało. Pierwsi funkcjonariusze na brzegu zaczynali powoli iść w ich kierunku, ale najwyższy stopniem szybko ich powstrzymał, zapewne obawiając się, że zbyt duży ciężar naruszy stabilność konstrukcji z pleksi.

– Może poświęcimy ofierze nieco uwagi? – spytał Gerard.

– Chętnie, bo zaraz zrobi się za słodko.

Edling nie skwitował uwagi i ruszył przed siebie. Stawiał kolejne kroki dość pewnie, ignorując fakt, że buty całkowicie wypełniły się wodą, a skarpetki można było wyżymać. Skupiał się wyłącznie na kobiecie, która sprawiała wrażenie, jakby została odlana z jakiejś masy.

– Może zwolnij trochę – podsunął Konrad.

– Dlaczego?

– Bo ktokolwiek to zrobił, ma nasrane w głowie. Bez trudu mogę sobie wyobrazić, że gdzieś w pleksiglasie jest wyrwa i że zaraz znajdziesz się pod wodą.

– Nie sądzę.

– Bo?

– Jeśli ten człowiek rzeczywiście imituje Iluzjonistę, nie będzie uciekał się do takich rzeczy.

– Tamten facet na moje oko lubił sobie z wami pogrywać.

– To prawda – przyznał Edling, nie zwalniając. – Ale nie w taki sposób. Interesowały go znacznie bardziej… wymyślne figle.

Domański mruknął coś niezrozumiałego, ale Gerard nie miał zamiaru dopytywać. Zatrzymał się przed ciałem, a potem przesunął nogą w jedną i drugą stronę. Zgodnie z jego przypuszczeniami znajdował się tutaj nieco szerszy podest.

– I? – spytał Konrad. – Widzisz, jakim cudem ona tak stoi?

– W taki sam sposób, jak my.

– Mam na myśli to, że jest martwa, Edling. I że mimo to potrafi utrzymać pozycję pionową i rozkładać ręce.

Prokurator stanął obok niego. Obaj nie mogli oderwać wzroku od ofiary, zupełnie jakby znaleźli się w muzeum i trafili na wyjątkowo intrygujący eksponat.

Powoli obeszli kobietę, przyglądając się konstrukcji, która pozwalała na ustawienie zwłok w taki sposób. Do podstawy umocowany był kawałek pleksiglasu, przylegał do pleców i utrzymywał ciało w pionie. Ręce były przymocowane do przezroczystej belki.

– Nieźle – odezwał się Domański. – Zadał sobie trochę trudu.

– Całkiem sporo, biorąc pod uwagę, jak stabilna jest ta konstrukcja.

Konrad spojrzał pod nogi.

– Ile czasu musiało mu to zająć?

– Wbrew pozorom niedużo – odparł Edling. – Dynamo, o którym ci wspominałem, uwinął się dość sprawnie na Tamizie, a ruch był tam dużo większy. Odległość do przejścia też.

Znów skupili się na ofierze. Skóra kobiety w górnych partiach ciała była blada jak prześcieradło, a w dolnych nieco ciemniejsza. Krew nie mogła jednak spływać zbyt długo, plamy opadowe nie były jeszcze nadto wyraźne.

– Ustaliliście tożsamość? – odezwał się Gerard.

– Jeszcze nie. Jak widzisz, denatka nie zabrała ze sobą dokumentów.

Edling przyjrzał się twarzy, a potem powiódł wzrokiem po szyi, piersiach i brzuchu. Ofiara była w dobrym stanie, wszystko wskazywało na to, że sprawca nie znęcał się nad nią, zanim odebrał jej życie. Były prokurator obejrzał okolice łonowe, po czym obszedł kobietę.

– Jakieś wnioski? – rzucił Domański.

– Nie sposób spekulować co do przyczyny zgonu. Nie widzę żadnych śladów mechanoskopijnych.

Konrad pokiwał głową, również przyglądając się ofierze.

– Brak charakterystycznych zasinień, które mogłyby świadczyć o uduszeniu – ciągnął Edling. – Ale…

– Ale co?

– Głowa jest umocowana na sztywno do pleksiglasu.

– Brawo. To akurat nie ulega wątpliwości.

– Nie można wykluczyć, że ofiara ma skręcony kark – kontynuował Edling, niemal nie odnotowując komentarzy prokuratora okręgowego. Wciąż obchodził kobietę, przyglądając się jej, ale musiał się zatrzymać, kiedy drogę zastąpił mu Domański.

– To pasowałoby do modus operandi Iluzjonisty? – spytał Konrad. – Skręcenie karku?

– Niewykluczone.

– Kurwa, Gerard… – mruknął rozmówca i rozejrzał się, jakby chciał zademonstrować, że są tutaj sami. – Musisz dać mi coś więcej na temat tego człowieka.

– Człowiek, o którym mówisz, nie mógł popełnić tej zbrodni.

– Nie tobie to oceniać – rzucił nieco ostrzej Domański. – Nie jesteś już prokuratorem, nie prowadzisz śledztwa. Znalazłeś się tu jako zwykły obywatel, który jest obowiązany udzielić mi wszystkich odpowiedzi.

Edling postąpił w stronę ciała.

– Zwykłych obywateli nie dopuszcza się tak blisko zwłok.

– Więc jesteś niezwykły, w najgorszym tego słowa znaczeniu – odparł Konrad. – A teraz mów, czy sposób działania się zgadza.

– Nie wiem.

Prokurator okręgowy uniósł błagalnie wzrok i rozłożył ręce, jakby liczył na to, że niebiosa się nad nim ulitują.

– Naprawdę nie wiem – dodał Gerard. – Zakładasz, że czynnie uczestniczyłem w tamtym śledztwie, ale prawda jest taka, że byłem wtedy tylko młodym aplikantem prokuratorskim.

Domański również zapiął się pod szyję, choć ani na moment nie oderwał wzroku od Edlinga. Ten poczuł się trochę nieswojo, dostrzegając w spojrzeniu znajomy oskarżycielski błysk.

– Gówno prawda – odparował Konrad. – Robiłeś wtedy pierwszy rok asesury.

– Możliwe.

Domański zmrużył oczy.

– Pamięć cię zawodzi na stare lata? – spytał. – Czy może zaczynasz mijać się z prawdą?

– Po prostu nie miałem czasu, żeby się nad tym zastanowić.

W istocie nie musiał się nad niczym głowić ani tym bardziej przebijać się przez mgłę niepamięci. Zasłonił się nią tylko dlatego, że sądził, iż Konrad nie miał czasu sprawdzić kalendarium.

– Tak czy inaczej, nie dopuszczano mnie wtedy do czynności – ciągnął Edling. – Wciąż byłem nowicjuszem.

– To dlatego prokurator generalny zezwolił ci na wykonywanie obowiązków?

Gerard skarcił się w duchu za nieostrożność. Powinien założyć, że kiedy tylko dochodzeniowcy zrozumieli, co oznacza pytajnik wypalony na ciele ofiary, natychmiast wzięli go na celownik. Ustalili wszystko, co istotne, a potem przekazali informacje Domańskiemu.

On sam zapewne nie podejrzewał Edlinga o współudział w zbrodni, ale musiał być w tej ocenie raczej osamotniony.

– Karbowski zadbał o to, żebyś mógł brać czynny udział w prowadzonych postępowaniach – dodał Konrad, nadal patrząc na rozmówcę jak na przeciwnika, a nie sojusznika. – Byłeś jego pupilem, chciał cię namaścić na swojego następcę.

Edling nie odpowiadał. W takiej sytuacji mniej słów oznaczało także mniej problemów.

– Ścigaliście Iluzjonistę we dwóch. I oczywiście nie znajdę żadnego potwierdzenia w aktach, bo większość przepadła podczas jakiejś powodzi, ale przecież go nie potrzebuję.

– Nie jakiejś, tylko powodzi stulecia.

– Mniejsza z tym – odparł Domański i machnął nerwowo ręką. – Liczy się to, że starzy prokuratorzy twierdzą, że byliście jak ojciec i syn.

– To przesada.

Gerard poczuł, że robi mu się nieco cieplej. Powstrzymał się jednak przed rozpięciem płaszcza, choćby nieznacznym.

– Może – przyznał Konrad. – Ale wasze relacje były bliskie.

– Przyjaźniliśmy się – potwierdził w końcu Edling. – Ale to nie znaczy, że prowadziliśmy wspólnie śledztwo w sprawie Iluzjonisty. Od początku do końca pozostawało w gestii Karbowskiego, zapewniam cię.

Rozmówca nie miał jak tego zweryfikować. Istotne dokumenty prokuratorskie rzeczywiście zaginęły, a te, które znajdowały się w archiwach Służby Bezpieczeństwa, zostały zniszczone jeszcze przed Okrągłym Stołem. Kilkoro wysoko postawionych ludzi o to zadbało.

– Mataczysz – orzekł w końcu Domański. – Nie rozumiem tylko dlaczego. Jedyne, o co pytałem, to to, czy tamte ofiary miały skręcone karki.

– Nie wiem.

– W takim razie powiedz mi coś o pierwszej ofierze. To była kobieta, tak?

– Mężczyzna.

– Znaleziony na scenie amfiteatru?

– Tak.

Konrad wyraźnie czekał na więcej, ale Edling nie miał zamiaru rozwijać. Przez moment trwali w milczeniu, słuchając nocnego szumu wody i cichych głosów funkcjonariuszy, którzy na brzegu wymieniali się uwagami.

– Dlaczego kłamiesz, Edling?

– Nie kłamię.

Prokurator okręgowy zmarszczył brwi.

– Z pewnością nie powinieneś tego robić – oznajmił. – Po pierwsze dlatego, że to karalne, a po drugie ze względu na to, że zabrania ci tego twój zespół norm.

Gerard robił wszystko, by o tym nie myśleć. Powodowało to wewnętrzny sprzeciw i moralny refluks, którego za wszelką cenę chciał uniknąć. Mimo to w tej sytuacji nie mógł postąpić inaczej.

Jedynym ratunkiem było skierowanie myśli na inny tor, i to jak najszybciej. Na powrót skupił się na kobiecie, która w okrutny sposób została pozbawiona życia.

Jeśli ten człowiek naśladował Iluzjonistę, z pewnością nie podał jej żadnej trucizny. Tamten zwyrodnialec pozbawiał życia, mając bezpośredni kontakt z ofiarami. Nigdy nie uciekłby się do czegoś, co nie dawałoby mu satysfakcji własnoręcznego wysłania kogoś na tamten świat. Skręcenie karku było w tej chwili najsolidniejszą hipotezą.

Ale jeżeli sprawca tak skrupulatnie kopiował modus operandi, to powinien zadbać także o to, by pojawiły się inne elementy właściwe Iluzjoniście. Szczególnie jeden, o którym obecnie wiedziało już niewiele osób.

List.

Edling zignorował dalszy wywód Domańskiego i przesunął wzrokiem po lustrze wody. Nie dostrzegł tego, czego szukał, ale z pewnością właśnie o to chodziło sprawcy.

– Słuchasz mnie? – żachnął się Konrad.

Behawiorysta nie odpowiedział. Zamiast tego nagle kucnął, a potem położył dłonie na pleksiglasowym podeście. Przesuwał nimi po powierzchni, zbliżając się do ciała.

– Oszalałeś?

Gerard w końcu znalazł to, czego szukał. Trafił na niewielki przezroczysty pojemnik, w którym znajdowała się szczelnie zamknięta karta microSD. Edling podniósł pudełko i wstał, ignorując wodę spływającą po jego nogach.

– Co to jest? – rzucił Domański.

– Przypuszczalnie zaadresowany do mnie list – odparł Edling bez wahania. – A w nim zagadka.

 

 

N¿egdyś

Amfiteatr opolski, wyspa Pasieka

 

Dziewczyna krzyczała wniebogłosy, błagając o to, by ktoś ją uwolnił. Mimo że zgromadzeni właściwie nie myśleli o niczym innym, żaden nie potrafił się ruszyć. Z przepołowionego ciała wciąż ciekła krew, a tors znajdował się w odległości kilkudziesięciu centymetrów od nóg.

Jako pierwszy ocknął się Edling. Ruszył w kierunku dziewczyny, nie zważając na to, czy po drodze trafi na inne zagrożenia. Dopadł do niej, a potem ujął jej twarz w dłonie, starając się ją uspokoić.

– Już wszystko dobrze – powtarzał.

Krzyczała jeszcze głośniej.

– Jesteś bezpieczna.

Szarpała się i wrzeszczała jeszcze przez chwilę. Ostatecznie jednak opanowany wzrok młodego człowieka w garniturze i stanowczy, acz delikatny dotyk jego dłoni na policzkach sprawiły, że się opanowała.

Łzy spływały jej po twarzy, oddychała nierówno, ale w jej oczach pojawiło się nieco spokoju.

– Gdzie ja jestem? – spytała. – Co się ze mną stało?

Gerard nie bardzo wiedział, jak na to odpowiedzieć. Był szkolony do radzenia sobie ze sprawcami, nie z ofiarami.

– Co ja tu robię? – dorzuciła trzęsącym się głosem dziewczyna.

– Właśnie staramy się to ustalić.

– My? Czyli kto? Kim ty jesteś?

– Gerard Edling, prokuratura wojewódzka.

– Jezu… – jęknęła dziewczyna i z trudem przełknęła ślinę.

Obecność władzy z pewnością nie mogła dać jej poczucia bezpieczeństwa, ale w tej sytuacji dziewczyna powinna odłożyć na bok wszelkie uprzedzenia.

– Dlaczego nie mogę ruszyć nogami? – spytała, znów powoli przegrywając nierówną walkę z emocjami.

Gerard zerknął na drugą część pudła. Stał już przy niej Karbowski, przyglądając się skapującej ze skraju krwi. Prokuratorzy wymienili się niewiele znaczącymi spojrzeniami, po czym Bogdan podszedł do dziewczyny.

– Jak się nazywacie? – spytał.

Słuszny ruch, uznał w duchu Edling. Na szok osoby poszkodowanej lub świadka należało reagować właśnie w ten sposób, sprowadzając ją na tory, które dobrze znała.

– Ela…

– I jak dalej? – dopytał Bogdan.

– Olszewska.

Karbowski przykucnął przy skrzyni, a ponieważ to on przejął inicjatywę, Edling skorzystał z okazji i zainteresował się samą konstrukcją. Skrzynia nie była duża, kształtem przypominała siódemkę, przy czym dłuższe ramię stanowiło część, w której znajdował się tors Olszewskiej.

Gerard zbliżył się do drugiej połówki pudła, o tym samym kształcie. Postukał w nie od góry, a potem przyjrzał się wystającym z tyłu nogom. Szef wciąż uspokajał Elę i szło mu znacznie lepiej niż podwładnemu.

– Boże… – jęknęła dziewczyna. – Co się stało? Czoło boli mnie, jakbym…

– Ile pamiętacie? – przerwał jej Karbowski.

– Wyszłam wieczorem na spacer z psem, a potem… nic nie pamiętam. Jezu Chryste, nie pamiętam!

– Spokojnie.

– Co się ze mną stało?

Edling podszedł do kobiety i spojrzał na nią z góry.

– Zostaliście przerżnięci na pół – wypalił.

– Że co?

– To znaczy raczej nie wy, ale skrzynia, w której się znajdujecie.

– Co pan…

– Spokojnie – powtórzył szybko Bogdan. – Nic wam nie grozi. Zaraz was z tego wyciągniemy i wszystko będzie dobrze.

– Ale jak to przecięta…

– Mój kolega lubi koloryzować – odparł Karbowski i posłał podopiecznemu długie spojrzenie.

Jeszcze raz zapewnił Elę, że nie ma się czego obawiać, po czym odciągnął Edlinga na bok. Zapalił klubowego, tym razem nawet nie częstując Gerarda.

– Sfiksowałeś? – rzucił. – Mówić takie rzeczy tej dziewczynie?

– Po prostu odpowiedziałem na pytanie.

Przełożony wypuścił dym w jego stronę, a potem wskazał skrzynię.

– Co ustaliłeś? – spytał.

– Kilka rzeczy – odparł Edling i nabrał tchu. – Jak pan być może wie, ta sztuczka nie ma nic wspólnego z magią, tylko z odpowiednią konstrukcją pudła. Przypuszczalnie już w czasach starożytnego Egiptu przedstawiano ją gapiom.

– Powiesz mi jeszcze, podczas panowania której dynastii?

– Obawiam się, że…

– Nie mówię poważnie, Gerard – uciął Karbowski. – I kontynuuj.

Edling skinął głową.

– Trik przeprowadzano dość powszechnie już od początku tego wieku, dlatego wydaje się dziś chyba najklasyczniejszym z repertuaru iluzjonistów.

– Przejdź do rzeczy – ponaglił go Bogdan.

– Potrzebne są do niego oczywiście dwie osoby. Jedno ciało jest ułożone tak, że tors znajduje się w poziomej części konstrukcji, a reszta w tej, która jest podstawą całości. Drugie odwrotnie, nogi są na górze, reszta na dole.

Prokurator wojewódzki podrapał się po głowie, najwyraźniej nie do końca potrafiąc sobie to wyobrazić.

– Nigdy nie interesował się pan, jak powstają różne iluzje? – spytał Edling.

– Nie. Mam ich dostatecznie dużo, kiedy wracam do domu po wódce, Gerard. Żona wydaje mi się wtedy nie dość, że ładna, to i czarująca. Dopóki nie otworzy ust.

– Nie ma pan żony.

– Ale gdybym miał, to z pewnością tak by było.

Edling zignorował uwagę. Wskazał, gdzie w skrzyni w kształcie cyfry siedem znajduje się tors, a gdzie reszta ciała. Szef niemal natychmiast przeniósł wzrok na drugą część pudła.

– Chcesz powiedzieć, że ofiara jest tam?

– Być może. W tej chwili widzimy jedynie jej nogi. Reszta jest w umieszczona w podstawie konstrukcji.

Nie trzeba było długo czekać na komendy Karbowskiego. Chwilę później dziewczynę oswobodzono i ułożono na noszach, jako że straciła czucie w nogach. Zaraz potem otwarto drugą skrzynię.

Zgodnie z tym, co przypuszczał Gerard, właściwa ofiara znajdowała się w środku. Zwłoki były mocno wygięte, a sprawca musiał umieścić tam mężczyznę jakiś czas temu, bo cała krew spłynęła mu do twarzy i nagromadziła się w naczyniach podskórnych.

W efekcie Edling patrzył na sinoczerwone, makabryczne oblicze, tylko w pewnym stopniu przypominające człowieka. Widział wiele plam opadowych, także tych, które rozlewały się na dużych partiach ciała. Nigdy nie miał jednak do czynienia z czymś takim. Cała głowa kojarzyła się z czerwonym balonem, mogącym pęknąć w każdej chwili.

Z ust nieboszczyka wylewała się ciemna maź, wybroczyny pod oczami były jak ciemne, odstające płaty skóry. Gerard miał ochotę odwrócić się i odejść, ale jako jeden z nielicznych został na miejscu.

Kilku funkcjonariuszy spasowało. Jeden, widząc owady w obrzękniętych ustach trupa, zwrócił to, co zjadł na śniadanie. Do unoszącego się wokół odoru śmierci dołączyła nieprzyjemna woń wymiocin.

– Wyciągnijmy go – postanowił Karbowski.

Nikt nie palił się do roboty, ale ostatecznie najwyższy stopniem milicjant wytypował kilku nieszczęśników. Szybko stało się jasne, że stężenie pośmiertne jest tak duże, iż zwłoki niełatwo rozprostować.

W końcu się udało. Edling i Bogdan przykucnęli przy mężczyźnie, a potem starszy z prokuratorów odpiął jedyny guzik trzymający poły koszuli denata. Na jego brzuchu wypalono zajmujący niemal całą powierzchnię znak zapytania.

– Co to ma znaczyć? – zapytał Karbowski.

– Igraszkę.

– Tyle widzę, Gerard.

Edling przebiegł w pamięci wszystko, co wiedział na temat pytajnika. Właściwie nie było to nic znaczącego. Kojarzył, że znak pełniący taką funkcję pojawił się w języku pisanym bodaj w ósmym wieku, a w Polsce dopiero w dziełach Kochanowskiego – choć obydwa wyglądały nieco inaczej niż ten dzisiejszy.

– Zasrany, kurwa, iluzjonista – syknął przełożony. – Kpi sobie z nas.

– Albo zaprasza nas do rozwikłania zagadki. Pyta nas o coś.

– O co? I jakiej zagadki?

Edling rozejrzał się uważnie. Jeśli rzeczywiście było to zaproszenie, to w okolicy znajdowała się tylko jedna rzecz, w której mogła kryć się jakakolwiek treść.

– I skąd w ogóle taka myśl? – dorzucił Bogdan.

Młody asesor miał wrażenie, że szef wciąż zadaje pytania wyłącznie po to, by to on mógł się wykazać. Zupełnie jakby młodzik musiał być nieustannie egzaminowany.

– Stąd, że to raczej nie podpis – odparł Gerard. – Wydaje mi się, że symbol oznacza wprost pytanie.

– Jakie?

– Trudno przesądzić. Możliwości jest bez liku: „co dalej?”, „podejmiecie grę?”, „znajdziecie mnie?”, „rozwiążecie zagadkę?” et cetera.

Edling podniósł się i podszedł do leżącej na scenie koperty. Wyjął z niej list, a potem jeszcze raz mu się przyjrzał.

– Tu coś musi być – zauważył.

– Co? Atrament sympatyczny?

Nie sposób było tego wykluczyć. Nawet więcej – teraz wydawało się całkowicie sensowne, że sprawca zostawił list pisany niewidzialnym tuszem.

– Jeśli tak, to powinien zostawić instrukcję, jak go uwidocznić – dodał Karbowski.

– Łatwo to ustalić.

– W jaki sposób?

– Mam znajomą, która zna się na rzeczy.

Bogdan posłał mu nieprzychylne spojrzenie, ale Edling spodziewał się takiej reakcji. Szef doskonale znał opinię Gerarda, która ciągnęła się za nim od studiów – nigdy nie był wzorem wierności, mimo że w każdej innej sferze życia moralność była dla niego jednym z najwyższych nakazów.

Oprócz tego „osoba znająca się na rzeczy” mogła oznaczać zarówno dziennikarkę lub osobę pracującą w drukarni, jak i znajomą, która rozpowszechniała bibułę.

W tym wypadku chodziło o tę ostatnią możliwość. Mniej więcej.

Małgorzata Rosa trudniła się bowiem wydawaniem prasy nawet nie w drugim, ale w trzecim obiegu. Była rasową punkówą, która tematom związanym z muzyką alternatywną i szeroko pojętą kulturą buntu potrafiła poświęcać całe szpalty tekstu.

Stanowiła całkowite przeciwieństwo Edlinga i przypuszczalnie właśnie dlatego ostatnimi czasy tak mocno go do niej ciągnęło. Spotkali się kilkakrotnie, za każdym razem na prywatkach organizowanych przez znajomych Małgorzaty, a właściwie Gochy, bo tak kazała do siebie mówić. Gerard pasował tam jak garbaty do ściany. Mężczyźni mieli czupryny jak u Absalona, wszyscy nosili skórzane kurtki, agrafki i porwane jeansy, na które w Pewexie trzeba byłoby wydać całe naręcze bonów.

Alkohol lał się strumieniami, choć prawdziwego wina próżno było szukać. Do tego hymnem każdego spotkania był któryś kawałek Kryzysu lub Tiltu, a najważniejszym świętem państwowym dla uczestników stał się coroczny festiwal w Jarocinie.

Każde zetknięcie się z Gochą było jak wejście do innego świata. Niebezpiecznego, pozbawionego reguł i zupełnie Edlingowi obcego. Początkowo gotów był zrezygnować z rodzącego się romansu już po pierwszej randce. Teraz jednak nie wyobrażał sobie, by opuścić choć jedno spotkanie.

– Co to za znajoma, Gerard? – odezwał się przełożony.

– Zna się na rzeczy.

– To dość wymijająca odpowiedź.

– Tak – przyznał Edling. – Mimo to wolałbym nie udzielać innej.

Karbowski nie musiał pytać o nic więcej. Gerard był zresztą przekonany, że szef połączył fakty już wcześniej – a z pewnością nie umknęło mu, że kiedy tylko podwładny wspomniał o dziewczynie, jego oczy się zaświeciły.

– Nie będę miał z tego tytułu jakiegoś smrodu? – spytał. – Nie będę musiał się za ciebie wstydzić?

– Absolutnie nie.

– Co to za jedna?

– Małgorzata Rosa. A właściwie Gocha.

– Nie znam.

– I prawdopodobnie nigdy pan nie pozna – skwitował Edling. – Obraca się w trochę innym towarzystwie, ale nie kojarzę nikogo, kto znałby się lepiej na tych sprawach.

Przełożony przez chwilę przypatrywał mu się równie uważnie, jak przed momentem denatowi.

– Poznam ją, jak tylko ją ściągniesz do prokuratury.

– Obawiam się, że to niemożliwe.

– Dlaczego?

Edling nie miał czasu namyślić się, w jaki sposób określić anarchistkę stojącą w opozycji do wszystkiego, co państwowe.

– Nie przepada za instytucjami publicznymi – odparł. – Ale jestem z nią dziś umówiony.

Jeśli szef potrzebował potwierdzenia, że Gerarda z dziewczyną coś łączyło, to właśnie je otrzymał. Karbowski pozwolił sobie na lekki uśmiech, po czym wskazał ciało ruchem sugerującym, że powinni zająć się właśnie nim.

Przy oględzinach czas mijał szybko, ustalili jednak niewiele. Mocne wygięcie zdawało się potwierdzać, że przyczyną zgonu był uraz kręgosłupa, a konkretnie rdzenia kręgowego. Żadnych innych śladów śledczy nie dostrzegli, nie sposób było też ustalić, na jakiej wysokości doszło do urazu. Karbowski spekulował, że być może na poziomie czwartego kręgu szyjnego, co spowodowało porażenie nerwu przeponowego.

Na szczegóły musieli czekać do momentu, aż ciało zostanie otwarte i poddane sekcji.

Po powrocie do prokuratury Edling zabrał kopertę i list od sprawcy, po czym wsiadł do malucha i pojechał prosto na plac Lenina. Zaparkował nieopodal jednego z dziesięciopiętrowych bloków, a następnie wjechał na samą górę.

Gocha mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu, ale tyle w zupełności wystarczało, by odbywały się tam najhuczniejsze imprezy w całej okolicy. Milicjanci wzywani byli nie raz i nie dwa, a kiedy tylko dostawali zgłoszenie z placu Lenina, nie musieli nawet dopytywać, dokąd się kierować.

Rosa powitała Edlinga, łapiąc go za poły marynarki. Przyciągnęła go do siebie tak mocno, że niemal uderzył czołem w jej głowę, a potem od razu zabrała się do rozpinania koszuli.

– Poczekaj – zdołał wydusić Gerard między pocałunkami.

– Na co?

– Mam coś do…

– Masz coś w spodniach, Gero. Coś, co trzeba uwolnić.

Tylko jej pozwalał tak się do niego zwracać. I tylko w jej przypadku nie przeszkadzała mu dosadność w określaniu tego, co mieli zamiar zrobić. Słowa i złote myśli Gochy często wprawiały go w pewną konfuzję, a ona zdawała się formułować je właśnie po to, by osiągnąć taki efekt.

– Moment… – powiedział, a potem sięgnął po kopertę.

Rosa spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Teraz będziesz pisał do mnie listy miłosne?

– To po prostu coś, co muszę sprawdzić.

– W tej chwili?

– Przy odrobinie szczęścia nie zajmie to wiele czasu.

Gocha uśmiechnęła się i pokręciła głową z niedowierzaniem. Dopiero gdy powiedział jej, w czym rzecz, zyskał jej całkowitą uwagę. Szczegółów nie przedstawiał, ale wystarczyło, by oznajmił, że list pochodzi od sprawcy wyjątkowo zagadkowego morderstwa.

Zastanawiała się przez moment, po czym wzruszyła ramionami.

– Jak to rozwiążę, pójdziemy się rżnąć? – spytała.

– Tak.

– W takim razie naprawdę mogłeś sam na to wpaść i nie tracić czasu – bąknęła, ruchem ręki sugerując, by pozbył się marynarki. – Znając życie, zaraz będziesz musiał wracać do żony.

Gerard uznał, że najlepiej będzie zignorować wzmiankę o Brygidzie. Właściwie nigdy nie pojawiała się w rozmowach z innymi kobietami, a on robił wszystko, by w relacji z Gochą również tak było.

– Mogłem wpaść na co? – spytał.

– Nigdy nie bawiłeś się z dzieciakami w pisanie sympatycznym atramentem?

– Nie mam dzieci.

I z pewnością nie będę miał, dodał w duchu.

– Ja też nie, ale to nie znaczy, że nie mam z nimi kontaktu – odparła Rosa. – A napisanie niewidzialnej wiadomości to żaden problem. Wystarczy ci sok z cytryny i pędzelek. Nurzasz to drugie w pierwszym, piszesz, a potem czekasz, aż wyschnie. Tyle.

– I co potem?

– Potem wystarczy, że ogrzejesz kartkę, a tekst się pokaże.

Nie był przekonany, czy w tym wypadku też tak się stanie, ale nie miał zamiaru protestować, kiedy Gocha rozgrzała żelazko. Umieściła kartkę nad stopą grzejną, a potem przez moment czekała.

– Ciepło sprawia, że węgiel w papierze się rozkłada – rzuciła. – Więcej go tam, gdzie sok z cytryny, więc tamte miejsca ściemnieją szybciej od reszty.

Miała rację. Zarówno co do tego, jak i sposobu, w jaki sprawca postanowił porozumieć się z organami ścigania. Nie trwało długo, nim pokazał się czarnobrązowy tekst.

Odręcznie sporządzana wiadomość była krótka. Zawierała tylko jedno pytanie.

„Co wszyscy ludzie na świecie robią w tym samym momencie?”

 

 

Obecn¿e

Prokuratura okręgowa, ul. Reymonta

 

Domański zamknął drzwi gabinetu, po czym od razu wsunął adapter z kartą microSD do swojego laptopa. Chwilę zajęło technikom sprawdzenie, czy nośnik jest bezpieczny i czy nie znajduje się na nim nic, co mogłoby zainfekować system.

Dopiero po tym Edlinga wpuszczono do pomieszczenia. Nie wiedział, co znajduje się na karcie, choć domyślał się, że naśladowca zapewne w sposób cyfrowy stara się powielić to, co Iluzjonista robił analogowo przeszło trzydzieści lat temu.

– Spójrz – rzucił Konrad, odwracając laptopa przodem do siedzącego przed biurkiem Gerarda.

W otwartym okienku znajdowała się pojedyncza ikona.

– Co to jest? – spytał Edling.

– Plik wykonywalny.

– Czyli?

– Zwykły plik exe – odparł Domański z lekką rezerwą, jakby nie mógł przesądzić, który z nich bardziej stroni od technologii. – Informatyk twierdzi, że kod jest nieskomplikowany i służy jedynie uruchomieniu prostego programu.

– Jakiego programu?

– Tego nie wie, bo rzecz jest zabezpieczona hasłem.

– Czyli lepiej go nie uruchamiać?

– Próbuj – przyzwolił Konrad. – Komputer jest odcięty od sieci, informatyk podobno wszystko zabezpieczył. W najgorszym wypadku laptop będzie do wyrzucenia.

Gerard nie miał zamiaru dłużej dopytywać. Sięgnął do gładzika, a potem kliknął dwukrotnie plik o nazwie „Iluzja.exe”. Natychmiast pojawiło się zwyczajne, szare okienko z pustym polem do wpisania tekstu.

Ponad nim widniało pytanie.

– Co robią wszyscy ludzie na świecie w tym samym momencie? – odczytał Domański, a potem przysunął sobie krzesło i usiadł obok Edlinga.

Obaj wlepili wzrok w monitor.

– Jak myślisz? – dodał Konrad.

Gerard milczał. To pytanie nie miało prawa się pojawić. Nikt nie powinien wiedzieć o wiadomości, którą trzy dekady temu on i Karbowski odkryli na scenie amfiteatru. Fakt ten został ukryty równie skrupulatnie, jak wiele innych rzeczy związanych z dawną sprawą.

– Edling? – upomniał się o uwagę prokurator.

– Cóż…

– Nie masz pomysłu?

Gerard miał nie tylko pomysł, ale także pewność co do tego, że jest trafny. Kluczowe było jednak to, by nie dał po sobie poznać, że nie po raz pierwszy spotyka się z tą w gruncie rzeczy nieskomplikowaną zagadką.

– Daj mi chwilę – powiedział.

– Za chwilę to ja wygooglam sobie odpowiedź.

Konrad otworzył przeglądarkę i wpisał pytanie w wyszukiwarce. Na niewiele się to jednak zdało, bo zamiast odpowiedzi wyświetliły się wyniki zupełnie niezwiązane z tym, co chciał ustalić.

Domański zaklął cicho.

– Oddychają? – podsunął. – O to chodzi?

– Nie wszyscy oddychają w tym samym momencie. Niektórzy przecież nurkują, wstrzymują oddech et cetera.

– Żyją?

– Nie wszyscy żyją. Niektórzy akurat w tym momencie umierają.

– Więc o co, kurwa, chodzi?

Edling znów sięgnął do laptopa. Włączył na powrót okienko z polem do wpisania odpowiedzi.

– Starzeją się – powiedział, a potem wprowadził tekst. – Nawet jeśli ktoś w tym konkretnym momencie umiera, jego ciało się starzeje.

Nacisnął enter, zanim Domański zdążył odpowiedzieć i zastanowić się, jakie konsekwencje mogłoby mieć wprowadzenie niewłaściwego rozwiązania.

To wpisane przez Edlinga okazało się dobre. Prosty kod aplikacji sprawił, że uruchomiło się przekierowanie na Mapy Google. Na rzucie satelitarnym pojawiła się pinezka, którą algorytm umieścił w obrębie miasta.

Konrad nachylił się nad komputerem.

– Co to za miejsce? – spytał.

– „Niedźwiednik”.

Domański popatrzył na rozmówcę pytająco.

– Niegdyś społemowski hotel i restauracja przy trasie łączącej Opole ze Strzelcami Opolskimi – wyjaśnił Edling, przypatrując się mapie. – Powstał jeszcze w PRL-u, urządzano tam wesela, hucznie się bawiono… Potem w tamtejszych pokojach można było zażyć płatnej miłości.

Konrad powoli kiwał głową, dość jasno sygnalizując mową ciała, że jest gotów usłyszeć więcej. Gerard jednak nie miał zamiaru rozwijać ani tego, ani żadnego innego tematu. Dawał Domańskiemu tylko tyle, ile było absolutnie konieczne, by nie wzbudzić podejrzeń swoim zachowaniem.

– Płatnej miłości, mówisz? – spróbował Konrad.

– Takie opinie krążyły.

– Jasne.

– Oprócz tego dwa razy budynek strawił pożar, dzisiaj jest ogrodzony i zamknięty decyzją inspekcji budowlanej.

– Brzmi świetnie.

– Nie nadaje się może do rozbiórki, ale renowacja z pewnością pochłonęłaby niemałe środki. Oprócz tego teren jest wykorzystywany przez niektórych jako składowisko odpadów.

Domański przysunął się do biurka, a potem zaczął wyszukiwać informacje na temat tego miejsca, próbując zrozumieć, dlaczego akurat ono zostało wskazane. Edling nie musiał się nad tym zastanawiać.

Doskonale znał powód, dla którego naśladowca wybrał akurat „Niedźwiednik”.

– Dlaczego ten lokal spłonął? – odezwał się po chwili Konrad.

– Nie wiem. Nie śledziłem historii obiektu.

Domański ewidentnie zadał pytanie tylko po to, by zwerbalizować myśl. Odpowiedzi szukał nie u Gerarda, ale w internecie. Przeczesywał kolejne artykuły prasowe, aż w końcu trafił na jeden na łamach lokalnego oddziału „Głosu Obywatelskiego”.

– Tu jest napisane, że w obydwu przypadkach doszło do podpalenia – oznajmił Konrad. – Co więcej, pojawia się sugestia, że załatwiano tam porachunki mafijne, a właściciele nie chcieli płacić za tak zwaną ochronę.

– Mhm.

– To prawda? – spytał Domański, w końcu odrywając wzrok od ekranu.

– Nie uczestniczyłem w śledztwie dotyczącym tamtych zdarzeń.

– Ale chyba byłeś wtedy prokuratorem?

– Być może.

– Być może? – żachnął się Konrad. – Takie rzeczy albo się wie, albo nie.

– Albo się nie pamięta, bo nie każdy koduje sobie, kiedy płonie jaki budynek w pobliżu miasta.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, ale Edling nie sądził, by był to rezultat podejrzeń ze strony prokuratora okręgowego – bardziej jego frustracji spowodowanej tym, że Gerard tradycyjnie go zbywa.

Domański na powrót zaczął przeglądać artykuł, a Edling dopiero teraz zobaczył, kto figuruje w stopce redakcyjnej jako autor. A raczej autorka.

Małgorzata Rosa.

Ledwo zobaczył imię i nazwisko, zrobiło mu się gorąco. Mimowolnie sięgnął do szyi, by poluzować węzeł krawata, i dopiero po chwili uświadomił sobie, że go nie ma. Przełknięcie śliny przychodziło mu z trudem z innego powodu.

– Wszystko okej? – rzucił Konrad.

– Tak.

– A nie wyglądasz.

Otrząśnięcie się nie zajęło Edlingowi wiele czasu, ale wiedział, że zrobił to niedostatecznie szybko. Reakcja nie uszła uwagi prokuratora, w którym natychmiast uruchomił się instynkt śledczego. Zerknął na ekran, starając się zrozumieć, co ją spowodowało.

– Na pewno nie kojarzysz nic z tych spraw?

– Na pewno – odparł Edling. – Zresztą, o ile pamiętam, te pożary miały miejsce już po upadku PRL-u.

– Sporo po. Jeden w dwa tysiące siódmym, drugi w dwa tysiące jedenastym.

– Tak czy inaczej, rozeznajesz się w tym lepiej niż ja.

Konrad znów przesunął wzrokiem po tekście, starając się ustalić, co sprawiło, że Gerard na moment przestał skrupulatnie kontrolować swoje gesty.

Pech. Oto co.

Fakt, że to akurat Gocha pisała o pożarach, był zwykłym przypadkiem. Nie miało to bezpośredniego związku z Iluzjonistą ani tym, co wydarzyło się w „Niedźwiedniku” lata wcześniej. Mimo to mogło sprawić, że Domański trafi na trop, który Edling za wszelką cenę chciał ukryć.

– Mniejsza z tym – odezwał się Gerard. – Ważniejsze jest to, dlaczego sprawca wskazał akurat to miejsce.

Konrad milczał.

– Powinieneś tam pojechać – dodał Edling.

– Wolałbym najpierw dowiedzieć się czegoś o tej ruderze – odparł Domański i kątem oka spojrzał na rozmówcę. – Może powinienem zapytać tę dziennikarkę, która pisze o pożarach? Pewnie nieprzypadkowo akurat ona opracowywała te tematy.

Tym razem Gerard kontrolował każdy ruch swojego ciała.

– Nieprzypadkowo? – spytał.

– Może miała już wcześniej jakieś rozeznanie.

– Każdy, kto jeździł do Strzelec lub z powrotem, miał pewne rozeznanie – zauważył Edling. – Zresztą nie tylko. Swego czasu to było dość popularne miejsce wszelakich imprez.

– Mimo wszystko z nią pogadam.

– Jak sobie życzysz.

Konrad lekko się uśmiechnął.

– Szczególnie że to właśnie na widok jej nazwiska tak zareagowałeś, prawda? – rzucił.

Mimo że intonacja była pytająca, w istocie uwaga przełożonego była jedynie oznajmieniem faktu. Edling postanowił na nią nie odpowiadać.

– Daj spokój – dodał Domański. – Trochę już cię znam.

– Albo tylko tak ci się wydaje.

Powinien bardziej się pilnować, zwłaszcza przed kimś takim jak Konrad. Owszem, jego powierzchowność była nieco myląca, a niemodne garnitury i znoszone teczki kazały sądzić, że ma się do czynienia z kimś nienadążającym za rzeczywistością, ale prawda była inna. Domański był uważnym obserwatorem, stanowczo zbyt uważnym.

– Pogadamy też z twoim byłym przełożonym.

– My? – spytał Gerard.

– Przydasz mi się.

– W to nie wątpię. Ale nie pracuję już tutaj.

– Wydam ci zgodę na udział w wykonywaniu określonych czynności śledczych – odparł Konrad, jakby rzeczywiście nie stanowiło to żadnego problemu. – Twoje skazanie zostało zatarte aktem łaski. Nie widzę przeciwskazań.

Edling nie miał zamiaru rozważać proceduralnych kwestii, nie kiedy na wolności pozostawała osoba kopiująca to, czego trzy dekady wcześniej dopuścił się Iluzjonista. Skąd ten człowiek czerpał informacje? I jakim cudem znał fakty, które nie wyszły poza wąskie grono osób?

– Zgoda? – dorzucił Konrad.

– Zgoda.

Prokurator okręgowy klasnął cicho, jakby dopuszczał myśl, że Gerard udzieli innej odpowiedzi. W rzeczywistości także dla niego było jasne, że Edling nie przepuści takiej okazji.

– W takim razie chodź – oznajmił Domański, a potem zabrał płaszcz z wieszaka. – Pogłowimy się nad najważniejszymi kwestiami po drodze.

– Po drodze dokąd?

Ruszyli korytarzem, przykuwając uwagę pojedynczych mijanych osób. Mimo głośnego zabójstwa, o którym mówili już zapewne wszyscy, o tej porze korytarze w prokuraturze świeciły pustkami.

– Najpierw rozmówimy się z Karbowskim. Potem przepytamy tę twoją dziennikarkę.

– Nie mam z nią nic wspólnego

Konrad zignorował odpowiedź, przyspieszając kroku.

– W ostatniej kolejności pojedziemy do „Niedźwiednika” – postanowił prokurator. – Wątpię, by czekały tam na nas odpowiedzi, ale miejsce z pewnością jest istotne. Może chodzi o jego historię.

Edling był o tym stuprocentowo przekonany.

– Chodzi raczej o przeszłość niż o teraźniejszość – dodał Domański, otwierając drzwi czarnej skody superb. – Tak uważam.

– Niewykluczone.