Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Kiedy zaczyna się wyścig z czasem…
Do komendy policji w Szczecinie zgłasza się Ludwik Fettner – bezdomny alkoholik znany z zasypywania funkcjonariuszy bezwartościowymi donosami. Tym razem zajmuje się nim stażystka Iga Kostrzewa. Fettner twierdzi, że szczecińskie podziemie wydało wyrok śmierci na Gerarda „Choinę” Choińskiego – gangstera skazanego za zabójstwo policjanta. Informacja brzmi jak kolejna pijacka fantazja, ale następnego dnia Choina, oddelegowany do pracy na cmentarzu w okolicach Darłowa, ucieka. Morduje współwięźnia i ciężko rani funkcjonariusza Służby Więziennej.
Na Pomorzu Zachodnim wybucha panika, bo Choina jest skrajnie niebezpieczny. Iga zostaje przydzielona do zespołu, który ma odnaleźć Fettnera. Okazuje się jednak, że bezdomny zniknął.
Tymczasem Choina, wymykając się policyjnej obławie, kieruje się do Szczecina. Chce z kimś wyrównać rachunki? Ale dlaczego uciekł tuż przed końcem kary – i dlaczego była ona tak niska? I dla kogo zostawił wiadomość na cmentarzu?
Odpowiedzi kryją się w najmroczniejszych zaułkach Szczecina. A tam policjantów nikt nie wita z otwartymi ramionami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 645
Pożegnania bywają trudne. Zwłaszcza wtedy, gdy trzeba po nich wrócić do celi. Gerard Choiński pogładził córkę po policzku, a potem musnął palcami jej podbite oko.
— Uważaj na siebie, kochana.
— Dobrze, tato. — Starała się być dzielna, ale głos łamał się jej coraz bardziej. — Za niecałe trzy miesiące wrócisz do domu.
Uśmiechnął się z przymusem.
— Szybko zleci — stwierdził. Po blisko ośmiu latach odsiadki trzy miesiące to tyle, co nic. — Córeczko?
— Tak, tatusiu?
— Pamiętaj, że cokolwiek będzie się działo, zawsze jesteś dla mnie najważniejsza. Ufaj mi. Zawsze.
Jeszcze przez chwilę walczyła, ale w końcu się poddała. Wtuliła twarz w jego najbardziej wyjściowy podkoszulek, ten z palmami i napisem I love Dominicana. Zaniosła się szlochem. Funkcjonariusz nadzorujący salę widzeń przestąpił z nogi na nogę.
— Już czas.
Kasia oderwała się od Gerarda i ruszyła w stronę wyjścia. Patrzył, jak odchodzi. Nie odrywał od niej wzroku. Starał się zapisać w pamięci każdy, nawet najdrobniejszy ruch. Wiele wskazywało na to, że już się nie spotkają. Ani za trzy miesiące, ani nigdy.
Miał nieodparte wrażenie, że widzi ją ostatni raz.
Praca w policji z pewnością bywa ekscytująca. Satysfakcjonująca. Czasami niebezpieczna. Ale dziś wydawała się zwyczajnie nudna. Iga Kostrzewa westchnęła i oderwała wzrok od ekranu komputera, przenosząc go na petenta. Ten niespodziewanie uśmiechnął się do niej, odsłaniając idealnie białe sztucz-ne zęby.
— Ile masz lat, moje dziecko?
— Dwadzieścia cztery — odparła zmęczonym głosem.
— Mógłbym być twoim dziadkiem. — Szare oczy pod krzaczastymi brwiami zalśniły sympatią. — Jesteś bardzo młoda… jak na policjantkę.
— Nie jestem policjantką.
W innych okolicznościach dodałaby słowo „jeszcze”, ale doświadczenia takie jak to sprawiały, że zaczynała mieć wątpliwości. Marzyła o policyjnym mundurze… lecz nie o tym, by użerać się z osobnikami pokroju siedzącego przed nią staruszka. Staruszka, który nagle przestał się uśmiechać.
— Skoro nie jesteś policjantką, to co tu robisz?
Iga stłumiła ziewnięcie. Dochodziła dwudziesta druga. Staruszek siedział z nią już od dwóch godzin i nic nie wskazywało na to, by miał sobie pójść.
— Jestem na praktyce — odparła. — Studiuję na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne.
Staruszek poruszył się na krześle. Ruszał się niemal przez cały czas, ale teraz zrobił to tak energicznie, że niewiele brakowało, a spadłby pod biurko.
— Oczekiwałem, że moją sprawą zajmie się prawdziwy policjant, a nie jakaś praktykantka.
Sposób, w jaki to powiedział, był obraźliwy, lecz Iga miała grubą skórę. Od chwili gdy po raz pierwszy przekroczyła próg komendy przy Małopolskiej, minęły dwa miesiące. Odbierała już zgłoszenia od różnych osób. Także od takich jak on, chociaż dotychczas nikt nie miał aż tak szalonych oczu.
Wstała i włączyła górne światło. Dotąd siedzieli wyłącznie przy lampce biurowej, ale teraz przez okno nie wpadały już promienie zachodzącego słońca, tylko dużo słabszy blask latarni.
— Panie Ludwiku, ja mam tylko przekazać to, co pan mi powie, prawdziwym policjantom — wyjaśniła monotonnym, wypranym z emocji głosem. — A oni wykonają niezbędne czynności. Niech pan powie jeszcze raz, co pana tutaj sprowadza.
— Przecież cały czas pani tłumaczę.
— Poprosiłabym krótko i konkretnie.
— Nie da się krótko… Tak jak już wspominałem, zostałem oszukany i skrzywdzony. Moja historia rozpoczyna się w lecie tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku. Zajmowałem wówczas duże mieszkanie przy ulicy Ofiar Oświęcimia…
Iga opadła na swoje miejsce i popatrzyła na ekran komputera, cofając się do początku tekstu. To nie był żaden formalny protokół, tylko luźne zapiski. Na ich podstawie miała sporządzić notatkę, która powędruje do segregatora opisanego jako „zgłoszenia ad acta”. Policja nie zajmowała się sprawami sprzed ponad trzydziestu lat. Po takim czasie przedawnieniu ulegało nawet przestępstwo zabójstwa.
— Na czym polegało to oszustwo? — spytała, usiłując wyłowić z bełkotu staruszka choćby okruchy sensu. Bezskutecznie. Mówił rozwlekle, skacząc z wątku na wątek i okraszając swą relację wtrętami o podłożu antysemickim. Problem Igi polegał na tym, że była zbyt grzeczna. Nie umiała go spławić. Doświadczony policjant już dawno popijałby kawę, a ona — zamiast wysłać staruszka do domu — musiała ponownie wysłuchać historii o mafii niczym z Młodych wilków. Z tą różnicą, że ta mafia nie zajmowała się narkotykami, tylko rugowała uczciwych obywateli z mieszkań komunalnych. Przebiegła wzrokiem po tekście, zatrzymując się na jedynym znajomym nazwisku. Sprawcą oszustwa miał być Marek Jastrzębski. Postanowiła się upewnić. — Naprawdę chodzi o tego Marka Jastrzębskiego? Profesora prawa na Uniwersytecie Szczecińskim?
— Niech pani mi wierzy, to wilk w owczej skórze. Jego rodzina wywodzi się z Warszawy. A konkretnie z Nowolipek. Pani wie, kto przed wojną mieszkał na Nowolipkach, prawda? — Przyłożył rękę do wychudłego podbródka w sugestywnej imitacji żydowskiego zarostu. — Osobiście wykupił mój dług, a potem dowodził eksmisją. Słyszała pani o żydowskich eksmisjach na słupa, prawda? Trafiłem do lokalu zamiennego przy ulicy Ku Słońcu, blisko cmentarza. To był tak zwany lokal wspólny. Moją sublokatorką była matka z rozwrzeszczanym niemowlakiem, a sąsiadem nałogowy alkoholik, który pewnego dnia rozpalił w mieszkaniu ognisko…
— Mam to już zanotowane, dziękuję. — Iga nabrała powietrza. Rozumiała, że jej rola polegała na wysłuchiwaniu nawet najbardziej niestworzonych opowieści, ale wszystko ma swoje granice. Żydowskie eksmisje na słupa były kroplą, która przelała kielich. — Nie rozumiem jednego, panie Ludwiku. Na czym miałoby polegać to oszustwo? Według definicji kodeksowej oszustwem jest — wyrecytowała z pamięci — doprowadzenie innej osoby do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem wskutek wprowadzenia jej w błąd. W pańskim przypadku nie można mówić o wprowadzeniu w błąd. Miał pan dług, również wobec właściciela mieszkania, czyli miasta Szczecin, a także u dostawcy energii. Zawarł pan ugodę, w myśl której za umorzenie długu zgodził się pan na zamianę mieszkania na mniejsze i w gorszej lokalizacji. To, co nazywa pan eksmisją, w rzeczywistości było zamianą międzylokatorską, na którą wyraził pan zgodę. Z pańskich słów wynika, że kwestia ogniska, które miał rozpalić pański sąsiad w budynku przy ulicy Ku Słońcu, pańskie wieloletnie zamieszkiwanie na terenie ogródków działkowych na Wyspie Puckiej, a także późniejszy pobyt w Przytułku Świętego Łazarza i szpitalu psychiatrycznym nie mają żadnego związku z czynnościami prawnymi podjętymi trzydzieści lat temu przez profesora Jastrzębskiego.
— Pani nic nie rozumie. Moje osadzenie w szpitalu było wynikiem intrygi, za którą stał ten żydowski cwaniaczek.
— Profesor Jastrzębski kazał panu chodzić po gzymsie budynku?
— Mówiłem już, że to był gzyms budynku, w którym mieściła się jego kancelaria. Lepiej wiedzieć, co knują wrogowie. Jastrzębski wie, że ja się nie poddam. On się mnie boi.
— Och, nie wątpię.
Ta uwaga była niepotrzebna, ale staruszek przyjął ją za dobrą monetę.
— Jastrzębski wie, że wciąż mogę mu zaszkodzić. Nie jestem jeszcze zupełnym wrakiem.
Nie wstając z krzesła, uderzył się pięścią w chudą pierś. Iga dopiero teraz dostrzegła, że paznokcie ma długie niczym szpony rysia. Zrobiło jej się niedobrze.
— Panie Ludwiku, ja nie widzę tu pola do działania dla policji — stwierdziła bezosobowym tonem, a zauważywszy, że te słowa mocno go dotknęły, dodała szybko: — Ale jestem tylko praktykantką. Oceny dokonają prawdziwi policjanci.
Wstała i spojrzała na niego wyczekująco. Niestety nie ruszył się z miejsca.
— Jeszcze nie skończyłem. W ostatnich tygodniach miałem okazję przebywać w otoczeniu tego żydowskiego geszefciarza. Kroi się coś nowego. I tym razem nie chodzi o spekulacje na rynku mieszkaniowym. To sprawa jeszcze grubszegokalibru.
Iga jęknęła w duchu. A więc historia z mieszkaniem, którą przedstawiał jej przez dwie godziny, miała być jedynie… wstępem?
— Panie Ludwiku, robi się późno.
— Nie szkodzi. Ja się nigdzie nie spieszę.
Nie wiedziała o nim zbyt wiele. Dyżurny, który wezwał ją do przyjęcia zgłoszenia, podał jej tylko imię i nazwisko — Ludwik Fettner — a potem uśmiechnął się znacząco i zrobił gest, z którego wynikało, że przybyły jest niespełna rozumu. Z opowieści staruszka wynikało z kolei, że na pewnym etapie życia przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Iga ze współczuciem pomyślała o profesorze Jastrzębskim, którego znała ze studiów.
— Czy Jastrzębski o tym wie?
— Że się koło niego kręcę? Mam nadzieję, że nie. Zestarzał się, ale wciąż jest niebezpieczny. Pani myśli, że on działa wyłącznie w białych rękawiczkach, lecz to nieprawda. Czasami zakłada kastet.
Iga nie myślała ani o białych rękawiczkach, ani o kastecie. Marzyła jedynie o tym, by Fettner dał jej wreszcie spokój.
— Cóż takiego zrobił tym razem ten Jastrzębski?
Staruszek oparł się łokciami o przeciwległą krawędź biurka.
— Pewnie nie spotkała się pani z pojęciem wymuszonego samobójstwa?
Praktyka w komendzie wojewódzkiej nie była jej pierwszą. W zeszłe wakacje Iga pracowała w zakładzie karnym w Szczecinku. Dobrze wiedziała, czym jest wymuszone samobójstwo, wolała jednak udać, że nie ma pojęcia. Sądziła, że staruszek zacznie ględzić trzy po trzy, ale ku jej zdziwieniu dotknął sedna.
— Do takich samobójstw dochodzi w więzieniach. Skazaniec otrzymuje zza muru propozycję nie do odrzucenia. Albo się powiesi, albo koledzy przebywający na wolności zajmą się jego bliskimi. W wielu sytuacjach skazaniec przyjmuje propozycję. Wie pani, jaki jest cel takiej szopki?
Iga, która nie określiłaby tego procederu mianem szopki, nie zdołała się powstrzymać.
— Chodzi o to, by na zawsze zamknąć mu usta.
— Tak jest — pochwalił ją Fettner, drapiąc się długim paznokciem po małżowinie. — Ofiarami są zazwyczaj podwładni. Szeregowi członkowie grupy przestępczej, którzy za dużo wiedzą, za dużo widzieli… Kręcąc się w otoczeniu Jastrzębskiego, uzyskałem informację, że do takiego samobójstwa ma dojść w Szczecinku.
— Gdzie? — wyjąkała Iga.
Senność, którą odczuwała jeszcze przed chwilą, wyparowała.
— W zakładzie karnym w Szczecinku — uściślił Fettner, nieświadomy jej związków z tym miejscem. — Ofiarą ma być Gerard Choiński, zwany Choiną. Siedzi od wielu lat za zabójstwo.
Iga zmarszczyła czoło. Nazwisko i pseudonim nic jej nie mówiły, lecz nie podważało to wiarygodności słów Fettnera. Jako praktykantka miała do czynienia jedynie z osadzonymi z oddziałów półotwartych. Jeśli Gerard Choiński był zabójcą, przebywał na oddziale zamkniętym, do którego nie miała dostępu.
Tak, Choiński mógł być więźniem zakładu w Szczecinku. Ale to jeszcze o niczym nie świadczyło.
— Czemu profesor Jastrzębski miałby uciszać jakiegoś zabójcę?
— Sama pani na to odpowiedziała. Żeby zamknąć mu usta. Jastrzębski ma wiele do ukrycia. A Choina to żołnierz mafii.
Iga nie dostrzegła w tych słowach żadnej logiki. Poczciwy profesor Jastrzębski, którego poznała, gdy prowadził na jej kierunku gościnne wykłady z prawa nieruchomości, miałby zmuszać do samobójstwa żołnierza mafii? To brzmiało absurdalnie.
— Jak się pan o tym dowiedział?
— Chodzi pani o okoliczności? Mówiłem już pani…
— Podsłuchał go pan?
Staruszek popatrzył na nią z triumfalnym uśmiechem. Jego oczy płonęły niczym pochodnie. To nie był zdrowy blask.
— Nie osobiście. Jastrzębski skrzywdził wielu ludzi. Nie wierzy mi pani?
Iga jeszcze raz spojrzała w te szalone oczy.
— Nie wierzę — odparła odruchowo, zanim zdążyła się powstrzymać.
Takie postawienie sprawy nie było z jej strony szczególnie dyplomatyczne, ale przyjął te słowa nad wyraz spokojnie. Problemy psychiczne często wiążą się ze zmianami nastroju. Fettner jeszcze przed chwilą, gdy opowiadał o utraconym mieszkaniu, był bliski łez, a teraz uśmiechał się z rozbawieniem, odsłaniając sztuczne zęby.
— To można łatwo sprawdzić — zapewnił, wstając z krzesła. — Wystarczy poczekać. Czy jeśli Choina powiesi się w więzieniu, wówczas mogę liczyć na to, że pani do mnie zadzwoni?
Zostawił na stole pomiętą wizytówkę i ruszył do drzwi. Iga westchnęła, ale zupełnie inaczej niż wcześniej. Fettner trafił na jej czarną listę. Najpierw ją wynudził, a potem zostawił z problemem.
* * *
Igora Kowalskiego znalazła tam, gdzie zwykle, czyli na tyłach budynku komendy, na papierosie. Niczym w typowym urzędzie jako praktykantka miała w komendzie swoją opiekunkę. W tej chwili Aśka była jednak na urlopie, a jej obowiązki przejął właśnie Igor. Przychodziła do pracy w tych samych godzinach co on. Początkowo jej zadania sprowadzały się do naprzemiennego stania przy kserokopiarce i numerowania akt. Z czasem awansowała i teraz do jej obowiązków należała między innymi obsługa zgłoszeń. Oczywiście nie wszystkich. Na komendę codziennie przychodziło z jakimś problemem mnóstwo osób. Jej w udziale nieodmiennie przypadali tak zwani stali bywalcy. Różnej maści pieniacze, ludzie z zaburzeniami psychicznymi albo osoby samotne, które — choć trudno w to uwierzyć — zgłaszały się na policję po to, by pogawędzić. Niektórych spośród tych ostatnich znała już z imienia i nazwiska. Na Ludwika Fettnera trafiła po raz pierwszy, ale wystarczył rzut oka na rozbawioną minę Igora, by zrozumieć, że staruszek też jest przedstawicielem grupy stałych bywalców, zarzucających policjantów bezwartościowymidoniesieniami.
— I cóż to nawywijał tym razem szanowny pan profesor?
— Jastrzębski?
— W rzeczy samej. Podobno Ludwik mówi o nim nawet przez sen. Przychodzi w sprawie tego mieszkania od kilku lat. Czyli od momentu, gdy wypuścili go z psychiatryka. Na zmianę — tutaj i na Kaszubską. Wymyśla takie rzeczy, że…
Zakasłał i zdusił niedopałek w popielniczce na długiej nóżce, która stała tu podobno specjalnie dla niego. Iga poczekała, aż znajdą się w budynku. Zapach lip bywał upajający, ale zmieszany z dymem tytoniowym stawał się duszący.
— Czy to, co mówił pan Ludwik, kiedykolwiek się spraw-dziło?
— Żartujesz? To wariat. Na przyszłość nie dawaj mu więcej niż pół godziny. Mów, że nie masz czasu. Nie będzie się burzył. Jest przyzwyczajony.
Igor był doświadczonym funkcjonariuszem. Miał włosy przetykane siwizną, a na policzkach głębokie bruzdy. To, że w swoim zaawansowanym wieku wciąż pozostawał zwykłym aspirantem, było podobno rezultatem niedostatecznej pokory w stosunkach z przełożonymi, chociaż po budynku komendy krążyły także plotki o nieprawidłowościach przy rozliczaniu wydatków z funduszu operacyjnego, wykrytych przez wewnętrzniaków z samej komendy głównej. Tak czy inaczej, Igor Kowalski z pewnością nie był tu gwiazdą. Jego znakiem firmowym była okazywana w sprawach służbowych beztroska, która często maskuje wewnętrzne rozżalenie.
— Pan Ludwik wspomniał jeszcze o kimś. Zastanawiam się, czy mimo wszystko nie powinniśmy tego zgłosić.
Iga podejrzewała, że jej relacja z rozmowy o wymuszonych samobójstwach spotka się jedynie z lekceważącym machnięciem ręką, ale starszy kolega postanowił ją zaskoczyć. Najpierw gwizdnął, a potem otworzył nową paczkę papierosów.
— Znam go. Wszyscy go tu znają.
— Gerarda Choińskiego?
— Tak. Choińskiego vel Choinę. To groźny typ. Na szczęście w końcu go capnęliśmy. Naprawdę nic o tym nie słyszałaś? No tak, ty w zasadzie jesteś nieletnia. Kilka lat temu było o nim cholernie głośno. Ludwik twierdzi, że ktoś chce go dopaść?
Iga pokiwała głową. Kowalski wpakował sobie do ust papierosa i krzywo się uśmiechnął.
— Zadzwonimy do Szczecinka? — zapytała, a on, nie przestając się uśmiechać, pokręcił głową.
— Doniesienia Ludwika są niewiarygodne. To po pierwsze. A po drugie, tacy jak Choina nie popełniają samobójstwa.
— Tacy, czyli… jacy?
— Choina to wielki prymitywny brutal, i to o mózgu jak fistaszek. Całe życie trenował sztuki walki, prał się po pyskach z kibolami w bojówce Pogoni i kręcił przy ludziach Smółki, czyli najsłynniejszego szczecińskiego gangusa.
— Wiem, kto to Smółka.
Igor pokiwał głową, a potem otworzył drzwi, za którymi palił. W jego ręku, nie wiadomo skąd, pojawiła się zapalniczka.
— Choina to twardziel.
— Twardziele nie martwią się losem najbliższych? — powątpiewała Iga.
Znała Kowalskiego dopiero od dwóch tygodni, więc nie mogła mieć pewności, ale odnosiła wrażenie, że starszy kolega jest w tej chwili jakiś inny — pod pozorami luzu i beztroski kryło się wyraźne napięcie.
— Zaufaj mi — burknął, po czym błysnął zapalniczką.
Płomień zadrżał. Czyżby razem z ręką?
— Naprawdę uważasz…
— Naprawdę. A nawet jeśli coś jest na rzeczy, to nie zamierzam ruszyć palcem. Bo widzisz, młoda… — Dmuchnął w stronę Igi cuchnącym dymem. — Choina został skazany za zabójstwo policjanta.
Ziemia na cmentarzu była miękka niczym masło. Gerard Choiński zrobił ostatni dołek i odrzucił łopatę. Trzonek uderzył w pień młodej sosny. Drzewko zatrzęsło się, sypiąc deszczem igliwia.
— Chcesz w łeb?
— Wyluzuj, Grzesiu. Ciesz się wolnością.
Grzesiek Dobosz, starszy od niego o dobre dziesięć lat, a więc mężczyzna po pięćdziesiątce, spojrzał z westchnieniem na wnętrze swych dłoni. Był złodziejem kieszonkowym, artystą w swoim fachu. Jego palce były palcami pianisty, ale dziś wykwitły na nich świeże bąble.
— Nienawidzę tych cholernych wypadów na zieloną trawkę. Gdyby nam chociaż płacili…
— Podaj dwie sadzonki — zakomenderował Gerard, ocierając czoło wytatuowanym przedramieniem. Zawsze był duży, a w więzieniu jeszcze przypakował. Obwód ręki się zwiększył, lecz nakreślona tuszem twarz córki wciąż była wyraźna i proporcjonalna. Takie małe rzeczy poprawiały humor. — Te fioletowe — uściślił, patrząc na swojego towarzysza kpiącym wzrokiem, ale też z wyraźną sympatią.
Chociaż dzielili celę już od czterech lat, Dobosz wciąż potrafił go rozbawić. To jego marudzenie było oczywiście żartem. Dla ludzi takich jak oni — zamkniętych od lat w zakładzie karnym — chwile za murem były bezcenne. Przypominały, że istnieje życie bez krat.
Wkrótce obie sadzonki zostały wkopane, podobnie jak pięćdziesiąt innych. Po kilku godzinach intensywnej pracy cmentarz nie przypominał już zaniedbanego nieużytku, tylko malowniczą polanę wśród sosnowego lasu. Choiński otworzył plastikową butelkę. Trochę wody powędrowało do gardła, trochę na spocony kark, a reszta — na posadzone właśnie rośliny.
— Chcesz papierosa? — zapytał Grzesiek.
Gerard spojrzał na pusty przegub. No tak, zegarek został w Szczecinku. Nie był szczególnie cenny, ale na robocie mógł ucierpieć. Zwłaszcza że robota była brudna. Od rana przewalił z pół tony gliniastej ziemi.
— Zapalę po obiedzie. — Machnął ręką w kierunku polnej drogi, którą toczyła się furgonetka, prawdopodobnie z kateringiem. — Teraz chcę zobaczyć litery.
— Litery nie zając — zauważył przytomnie Dobosz i wzruszył ramionami.
Zbyt długo się znali. Doskonale wiedział, że Choina nie należy do stoików. Gdyby niecierpliwość została dyscypliną olimpijską, jego kumpel mógłby śmiało liczyć na medal.
Mężczyźni ruszyli w stronę niewielkiego wzniesienia. Stał tam potężny głaz, teraz obrany z mchu, wymyty, przetarty roztworem spirytusu. Na wysokości jednego metra znajdował się szereg mosiężnych liter, zakrytych paskami czarnej taśmy klejącej. Choina najpierw opukał każdą z liter, a potem ostrożnie odrywał kolejne fragmenty taśmy.
— Klej trzyma?
— Nie — odparł, przyglądając się krytycznie swojemu dziełu. — Litery wiszą w powietrzu…
Dobosz udał, że go to bawi. Za plecami Choiny rozległ się jeszcze jeden rechot — o dwa tony niższy. Paweł Woś, wychowawca z ich zakładu, śmiał się niczym przedsiębiorca pogrzebowy. Dźwięcznie, a jednocześnie nieszczerze.
— Odsłońcie. Sprawdzę, czy nie ma byków.
Choina i Dobosz posłusznie ustąpili mu miejsca. Litery błyszczały w słońcu, układając się w zaaprobowane przez kierownictwo zakładu epitafium.
W hołdzie 31 Polakom — więźniom niemieckiego obozu jenieckiego w Darłówku, zamordowanym w tym miejscu w lutym 1945 roku przez hitlerowskich oprawców. Cześć ich pamięci!
Każdy z wersów był idealnie równy, a każdy z wyrazów — oddzielony takim samym odstępem. Woś nie byłby jednak sobą, gdyby się nie przyczepił. Wychowawcy z zakładów karnych rzadko bywają w pełni zadowoleni.
— Ci hitlerowcy to jakiś odrębny naród? Nie można było napisać, że to Niemcy?
— Powyżej jest już niemiecki obóz jeniecki, a więc byłoby powtórzenie… — zaczął wyjaśniać Dobosz, ale Choina dał mu dyskretnie znać, by się nie trudził.
Woś znany był z tego, że nie przyjmuje żadnych argumentów. Tłumaczenia mogły go co najwyżej rozdrażnić, a tego dnia Choina chciał uniknąć zbędnych kwasów.
— Zmienimy, szefie — zadeklarował, otrzymując w odpowiedzi krzywy uśmiech.
Kiedyś ich stosunki były znośne, ale od pewnego czasu wyraźnie iskrzyło. Zwłaszcza tutaj, poza murami. Woś nie chciał tu być. Już nie popierał takich akcji. A najbardziej go wkurzało, że nie miał w tej sprawie nic do gadania.
— A co z podpisem? — warknął.
— Niżej, w tym miejscu, będzie: funkcjonariusze i osadzeni z zakładu karnego w Szczecinku. No i dzisiejsza data.
— Czemu nie jutrzejsza? Przecież skończymy dopiero jutro…
— Bo Kamiński miał na stanie tylko kilka cyfr. I żadnej czwórki. Data musi być dzisiejsza. Trzynasty lipca.
Kamiński był szefem przywięziennego zakładu pracy, w którym osadzeni, obok zajmowania się szyciem worków pocztowych i produkcją maseczek antywirusowych, odlewali z metalu drobne przedmioty. W magazynie było tyle liter, że wystarczyłoby na sto takich napisów. Niestety cyfry okazały się towarem deficytowym. Choina zaprezentował pojedynczą jedynkę i trójkę.
— No dobrze, Choiński — westchnął wychowawca. — Niech będzie dzisiejsza data, ale dokończysz jutro, bo czas na obiad…
— Szefie, klej. Jak nie nałożę go natychmiast, to wyschnie.
Woś zgrzytnął zębami i odszedł w kierunku zaimprowizowanego obozowiska, w którym mieli spędzić wieczór i noc. Zanim tam dotarł, rozległ się krótki jęk syreny. W ten sposób miejscowi policjanci, oddelegowani formalnie w celu zabezpieczenia terenu, a nieformalnie, by mieć oko na więźniów, dawali im znać, że przyjechała micha. Choiński splunął w ręce.
— Zajmij mi kolejkę, Grzesiu. Dokończę tutaj i przyjdę.
Skropił szmatkę alkoholem i przetarł upatrzone wcześniej miejsce na głazie, a potem potraktował nią litery, zaczynając od nieco koślawego F. Charakterystyczny zapach aż wiercił w nosie, przywołując wspomnienia tak wyblakłe, że wręcz nierzeczywiste. Od blisko ośmiu lat był abstynentem. Za kratami nie było drinków. Ostatni raz pił w nocy przed zatrzymaniem. Gdy na przegubach zacisnęli mu kajdanki, był pijany jak bela.
Gdyby nie alkohol, jego życie mogło się potoczyć zupełnie inaczej.
Czarny jak smoła klej miał konsystencję gumy. Starannie przykładał kolejne litery, a potem je docisnął i sięgnął po taśmę. Robota wymagała chirurgicznej precyzji. Gdy taśma znalazła się na miejscu, zdezynfekował dłonie alkoholem i otarł czoło. Było mokre od potu. Sięgnął do kieszeni swojej bluzy więziennej i wyciągnął z niej kartkę i długopis. Nie odrywać do… Po krótkim namyśle wstawił dwie dwójki i przykleił kartkę do odstającego kawałka taśmy. Do dwudziestej drugiej. Te kilka godzin powinno wystarczyć. Wstał, podniósł łopatę i ruszył między drzewami, mijając zbiorowe mogiły. Przypominały kurhany.
W obozowisku pachniało spoconymi ciałami i grochówką. Była ich ósemka — sześciu więźniów i dwóch wychowawców. Przyjechali busem, a drugi bus — z Pawłem Wosiem za kierownicą — dostarczył niezbędne materiały. Sadzonki kwiatów, które wkopywali, szpadle i grabie, a także wojskowy namiot, dziewięć śpiworów uszytych przez osadzonych w przywięziennym zakładzie pracy, dziewięć plażowych ręczników i konserwy — na kolację i śniadanie. Obiad zapewniała miejscowa gmina. Gerard sięgnął po plastikową miskę i podszedł do furgonetki z kateringiem po porcję parującej zupy.
Namiot był jeszcze nierozłożony. W rogu obozowiska tliło się ognisko, przy którym dostrzegł Dobosza, Wosia, Gorzkiego i jeszcze jednego mężczyznę, wystrojonego w marynarkę i spodnie z kantem. Ten strój pasował tu jak kwiatek do kożucha. Zaciekawiony Choina wcisnął się na ostatnie wolne miejsce na skraju potężnej kłody drewna.
— Dobrze, że jesteś. — Gorzki objął go umięśnionym ramieniem. Był silny jak tur, a przy tym zwinny i szybki. Siedział za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. I to niejedno. — Potrzebujemy rzecznika.
— Kogo?
— Rzecznika. Pan jest z miejscowej prasy i chciałby zrobić z nami wywiad.
Zaśmiał się ochryple. Elegantowi, który okazał się dziennikarzem, zrobiło się jeszcze bardziej nieswojo. Przedstawił się — miał jakieś absurdalnie długie nazwisko — a potem poruszył się nerwowo.
— Chodzi o krótki materiał na stronę gminy. O waszej akcji. Koledzy podpowiedzieli, że to pan jest jej inicjatorem. Skąd w ogóle pomysł, by więźniowie opiekowali się miejscami pamięci narodowej?
Wyjął zwykły papierowy notatnik. Widocznie ktoś zdążył mu już powiedzieć, że osadzeni nie lubią być nagrywani. Choiński westchnął, po czym zrobił dobrą minę do złej gry. Głównym celem ich wyjazdów było przecież robienie dobrego PR-u. Dlatego nie mógł powiedzieć wydyganemu pismakowi, by wsadził sobie ten notatnik w cztery litery.
— Wiele zakładów karnych dba o stare cmentarze. To element resocjalizacji. Spłacamy w ten sposób dług wobec spo-łeczeństwa.
Gorzki ponownie się zaśmiał. Dziennikarz odsunął się od niego tak daleko, jak to było możliwe. Gdyby przesunął się jeszcze bardziej, musiałby się wdrapać na kolana wyraźnie rozbawionego Dobosza.
— Goszczyński, a tobie co tak wesoło? — warknął Woś.
— Lubię, jak Choina używa takich mądrych słów. Resocjalizacja, społeczeństwo… Jak na zjeździe naukowców.
— Zamknij pysk. To, że twoje słownictwo ogranicza się do kilkunastu wyrazów, z których co drugi to „kurwa”, nie oznacza, że nie można wypowiadać się inaczej. — Woś posłał mu groźne spojrzenie i przeniósł wzrok na siedzącego obok dziennikarza. — Akcja z porządkowaniem starych cmentarzy to pomysł mojej żony, Darii Woś. Od trzech lat jest dyrektorem naszego zakładu… To jest zakładu karnego w Szczecinku. Jako pierwsza kobieta w historii.
Zabarwił głos dumą, która była w stu procentach fałszywa. Chociaż upłynęły już trzy lata, wciąż nie umiał się pogodzić z awansem żony. W chwilach frustracji wyżywał się na osadzonych, a ci — w miarę możliwości — nie pozostawali mu dłużni. Jego służbowa podległość względem własnej małżonki była powodem niewybrednych żartów.
Dziennikarz zanotował informację o żonie, a potem — unikając impertynenckiego spojrzenia Gorzkiego — zwrócił się ponownie do Choińskiego:
— Z tego, co wiem, to już siódma taka akcja…
— Ósma — sprostował Gerard. — W okolicy nie brakuje opuszczonych cmentarzy wojennych. Ale pierwszy raz jesteśmy tak daleko na północy.
— No właśnie, skąd pomysł, by przyjechać właśnie tutaj?
Choiński chrząknął. Akcja porządkowania cmentarzy była autorskim pomysłem Darii Woś, lecz ta konkretna lokalizacja — pomiędzy Sławnem i Darłowem — wyszła wprost od niego. Miał swoje powody, by tutaj być. I nie chciał, by zostały odkryte.
— Po prostu uznaliśmy, że tutejszy cmentarz jest zaniedbany. Był taki artykuł…
— Choina, nie ściemniaj — zachrypiał Gorzki. — Powiedz panu prawdę.
Gerard posłał mu ciężkie spojrzenie. Nie znosił tego sukinsyna. Atmosfera stała się nagle tak gęsta, że można ją było kroić nożem.
— Chodzi o bliskość morza — stwierdził wreszcie, zmuszając usta do uśmiechu. — Ten wyjazd to taka nagroda, dla nas wszystkich. Po wszystkim mamy pójść na plażę. Większość z nas nie widziała morza od co najmniej kilku lat.
— A więc pójdziecie na plażę — upewnił się dziennikarz. Pomysł, by wśród plażowiczów z Darłówka miało się pojawić sześciu przestępców, wydał mu się chyba dość niezwykły, ale zamaskował zdziwienie kaszlem. — To naprawdę… Naprawdę fajna inicjatywa.
— Spokojnie — wtrącił się Woś. — Wybraliśmy mniej popularną plażę, a wszyscy ci panowie znaleźli się tutaj w wyniku starannej selekcji. Są, że się tak wyrażę, nieszkodliwi. Pewnie ciekawi pana, dlaczego tacy są…
Dziennikarz ograniczył się do pokiwania głową.
— Wszyscy obecni tu więźniowie — ciągnął Woś — są w przededniu zwolnienia. Ile ci zostało, Goszczyński?
— Cztery miesiące.
— A tobie, Dobosz?
Grzesiek zachłysnął się zupą, przypominając Choińskiemu, że jego porcja zaczyna już stygnąć.
— Doboszowi zostało pięć miesięcy — odpowiedział za kolegę, a potem dodał głosem, który mógł brzmieć weselej: — A mnie niecałe trzy.
Dokładnie dwa miesiące i dwadzieścia pięć dni. Wolność czekała tuż za rogiem. Dziennikarz odruchowo mu pogratulował, jakby było czego.
— A ile czasu spędził pan w więzieniu?
Miał ochotę zapytać, co go to obchodzi, ale się powstrzymał. Gorzki nie był tak delikatny. Z jego ust padło kilka ciężkich słów, w efekcie których Woś wyrzucił go na przeciwległy kraniec obozowiska, w okolice polnej drogi i jednego z dwóch zaparkowanych tam radiowozów.
— To wszystko sprawcy ciężkich przestępstw, głównie przeciwko życiu i zdrowiu, po wieloletnich wyrokach —poinformował wstrząśniętego dziennikarza. — Goszczyński siedzi od sześciu, a Choina od ośmiu lat.
Dziennikarz łypnął na Gerarda, a potem na Dobosza.
— Czy to… Czy to bezpieczne? Chodzi mi o to, że skoro są wśród was tak groźni przestępcy, to środki ochrony powinny być chyba bardziej adekwatne…
Uśmiechnął się niepewnie, jakby przepraszająco. Woś poklepał go po ramieniu.
— Niech pan będzie spokojny. Nikt nie ucieknie. Takie wyjazdy są formą nagrody dla więźniów, których uznajemy za zresocjalizowanych. Zresztą… Kto ryzykowałby ucieczkę tuż przed końcem kary? Chyba tylko głupek, prawda, Choiński?
Gerard przytaknął. Zupa przestała mu smakować do tego stopnia, że dyskretnie ją wylał. Przy drugim daniu opowiedział dziennikarzowi, co konkretnie tu zrobili i co mają zamiar zrobić jutro, a przy deserze — kawałku ciasta cytrynowego — o planach na przyszłość. Gdy pismak wreszcie sobie poszedł, tak jak inni więźniowie wyciągnął się na gołej ziemi i odpoczywał po ciężkim dniu — aż do momentu, w którym Gorzki zaproponował grę w karty, oczywiście na zapałki.
— Nie chcę grać — burknął, a potem odwrócił głowę w kierunku leżącego obok Dobosza. — Pójdę sprawdzić, jak się mają litery.
— Pracoholizm to choroba — mruknął filozoficznie przyjaciel, gramoląc się z ziemi.
Kochał karty. Podobnie jak zdecydowana większość osadzonych. Choina też uwielbiał grać, ale teraz nie umiałby się skupić na partyjce. Ruszył przed siebie i po chwili był już sam — w miejscu, gdzie osiemdziesiąt lat temu hitlerowcy rozstrzelali polskich więźniów. Po niebie sunęły pierzaste obłoki, a w gałęziach sosen szeptał wiatr. Zatrzymał się na moment przed pamiątkowym głazem, po czym skierował kroki między pagórki mogił, do miejsca, w którym zostawił łopatę. Rozejrzał się na wszystkie strony, upewniając się, że nikt za nim nie poszedł. Głosy z obozowiska, które jeszcze przed chwilą dźwięczały mu w uszach, teraz umilkły stłumione wałami wypiętrzonej ziemi i kurtyną roślinności.
Odnalazł wzrokiem charakterystyczną sosnę o pniu wykrzywionym w kształt litery L. Uszkodzone niegdyś drzewo gubiło igły. Rok czy dwa, a pozostanie po nim jedynie pień. Sosna była drogowskazem. Zastygł w bezruchu. Było tak cicho, że usłyszał bicie swojego serca.
Uniósł łopatę i wbił ją w świeżo skopaną ziemię. Nie poprzestał na odsłonięciu wierzchniej warstwy. Kopał dalej, oblewając się potem. Dół stawał się coraz głębszy. Pachniało zbutwiałym listowiem, mokrą ziemią i czymś jeszcze. Tak, w powietrzu unosił się odór strachu.
Gdy stracił już nadzieję, rozległ się metaliczny odgłos. Łopata natrafiła na przeszkodę. Opadł na kolana i sięgnął na dno dołu, modląc się w duchu, by to, co odkopał, nie okazało się zwykłym kamieniem. Albo czaszką straconego przed laty nieszczęśnika. Zacisnął palce na regularnym kształcie o nieco chropowatej powierzchni. Drapał ziemię paznokciami — tak długo, aż uwolnił przedmiot z zachłannych objęć litosfery i wydobył go na światło dzienne. Nagle drgnął, bo zza pleców dobiegł podejrzany szelest.
— A pójdziesz ty — wyszeptał, a potem cisnął grudką ziemi w kierunku wędrującej przez trawę myszy.
Gryzoń czmychnął, a Choina otarł spocone czoło, po czym pochylił się nad wykopanym przedmiotem i usunął resztki oblepiającej go ziemi. Przedmiot przypominał walizeczkę i w istocie nią był. A ściślej — pojemnikiem na broń. Mężczyzna zwolnił zabezpieczenie i powoli otworzył kuferek. Pistolet lśnił od smaru, a w kartonowym pudełku spoczywało pięćdziesiąt sztuk amunicji. Drżącymi palcami sprawdził pozostałą zawartość. Wymacał ładownicę, drugi magazynek, a także foliową torebkę z rulonami banknotów. To one ucieszyły go najbardziej. Cieszył się tak bardzo, że na moment stracił czujność. Do przytomności przywołało go bolesne ukłucie.
— Ty dziwko! — warknął, zabijając krwiożerczą samicę komara.
Rozległ się odgłos klaśnięcia, a na przedramieniu pozostał krwawy ślad. Zlizując go, usłyszał coś jeszcze. Trzask łamanej gałązki. Wrzucił walizkę z bronią na dno wykopu, ale było za późno. Cały misterny plan właśnie trafił szlag.
— Co ty odpierdalasz?
Odwrócił się do Gorzkiego i wzruszył ramionami.
— Poprawiam nasadzenia…
— Chuja poprawiasz. — Gorzki zrobił krok do przodu, zerkając w kierunku wykopu.
A potem nałożył kastet.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
1.
2.
3.
4.
