Humanity's Fire. Tom 1. Ziarna Ziemi - Michael Cobley - ebook

Humanity's Fire. Tom 1. Ziarna Ziemi ebook

Michael Cobley

0,0

Opis

Pierwszy inteligentny gatunek, jaki został odkryty w kosmosie, zaatakował bez ostrzeżenia. Był niepowstrzymany. Nie widząc nadziei na zahamowanie inwazji, ludzkość wysłała w różne części Galaktyki trzy statki z kolonistami.
Nazwano je „Ziarnami Ziemi”.
Sto pięćdziesiąt lat później na planecie Darien rozwija się ludzka kolonia, utrzymująca pokojowe stosunki z tubylczą rasą: miłującymi wiedzę Uvovo. Koloniści sądzą, że są ostatnim bastionem ludzkości po upadku Ziemi, więc kiedy na niebie pojawiają się statki z macierzystego układu, wybucha radość. Jednak szczęście nie trwa długo i ustępuje przerażeniu. Ziemianie przybywają bowiem jako podrzędni partnerzy, sprzymierzeni z Hegemonią Sendrukańską – międzygwiezdnym imperium, które nie toleruje sprzeciwu.
W cieniu politycznych intryg i narastającego konfliktu młody archeolog Greg Cameron odkrywa tajemnicę, która może ocalić Darien lub doprowadzić do zagłady znanego kosmosu. Pod starożytnymi ruinami drzemie krzywstudnia – technologia, o której legendy milczały przez tysiące lat.
Teraz każda siła w kosmosie chce ją posiąść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 672

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla Susan,która wniosła do mojego życia słońce

Prolog

Instytut Darieński: Projekt Odzysku Danych Hyperion

Lokalizacja klastru – Pomocniczy substrat hardmem

(Pokład 9, kwatery)

Transza – 298

Status deszyfrowania – 9. cykl, odzyskano 26 plików wideo

Plik 15 – Bitwa o Marsa (Wojna z Rojem)

Zgodność – Rekonstrukcja wirtualna

Pierwotna data i godzina – 23 listopada 2126, 16:09:24

>>>>>> <<<<<<

stopniowe rozjaśnienie

tytuł:

MARS

WYŻYNA THARSIS: OLYMPUS MONS

19 marca 2126

Sierżant stał na mostku transportowca, raz po raz sprawdzając modyfikacje konsoli technicznej, kiedy w słuchawkach jego hełmu rozległy się przekrzykujące się głosy.

– Żołnierze piechoty kosmicznej zbliżają się ścigani przez jednostki wroga…

– …ośmiu, dziewięciu Rójców, może dziesięciu…

Sierżant zaklął, chwycił swój ciężki karabin i opuścił mostek tak szybko, jak tylko pozwalała mu zbroja bojowa. W biegu wydawał serię zwięzłych rozkazów. Stukot jego butów niósł się echem przez korytarz biegnący centralnie wzdłuż głównej osi statku. Do czasu gdy sierżant znalazł się przy rozwalonych, stojących otworem drzwiach tylnej ładowni, uciekający zdążyli już się pojawić. Pięciu rannych i nieprzytomnych, wszyscy z pułku indonezyjskiego, sądząc z oznaczeń na hełmach. Kiedy ostatniego wnoszono po rampie, prowadzący Rójcy wyłonili się zza krawędzi skalistego grzbietu jakieś osiemdziesiąt metrów dalej.

Pierwszy rzut oka ukazał koszmarną plątaninę szponów, kolców i lśniących, czarnych wielofasetkowych oczu. Gdy chodzi o biologię, Rójcy pod wieloma względami byli zbliżeni do gadów, lecz z wyglądu nieodparcie kojarzyli się z owadami. Wyposażeni w sześć, osiem, dziesięć lub więcej odnóży, mogli być tak mali jak kucyk albo tak wielcy jak wieloryb, zależnie od specjalizacji. Ci tutaj byli wojownikami wielkości byka – jedenaście czarno-zielonych potworów, które już unosiły uzębione lufy broni, gnając po zboczu w stronę uszkodzonego transportowca.

– Wstrzymać ogień – rozkazał sierżant, zerkając na sześciu żołnierzy kulących się za zaimprowizowaną barykadą ze spiętrzonych skrzynek na amunicję oraz płyt pokładu.

Tylko oni mu pozostali po tym, jak pułkownik i reszta odlecieli poduszkowcami kilka godzin wcześniej, zmierzając w stronę kaldery i głównego ula Roju. Jeden przygarbił się lekko, przechylając głowę, żeby lepiej wycelować karabin…

– Powiedziałem: czekać – odezwał się sierżant, oceniając wzrokiem malejący dystans. – Gotuj wieżyczki dziobowe… cel… pal!

Strumienie wielkokalibrowych pocisków skupiły się na najbliższych Rójcach, zwalając ich z pajęczych nóg. Chwilę później sierżant zaklął, widząc, że wrogowie się podnoszą, chronieni przez biopancerze, które stanowiły zagwozdkę dla sił zbrojnych Ziemi od samego początku inwazji, czyli od dwóch lat.

– Pociski pulsacyjne! – krzyknął. – Teraz!

Na Rójców posypały się jaskrawe pociski świetlne, gęste kule naenergetyzowanej materii, tak zaprojektowane, by rozżarzać i zarazem chemicznie niszczyć ich zbroje. Wrogowie odpowiedzieli ogniem – ich broń raz po raz wypluwała lecące po łuku wydłużone, cienkie czarne pociski, ale gdy obsługa wieżyczek skupiła ostrzał na celach, Rójcy przerwali walkę i się rozbiegli. Wtedy sierżant rozkazał swoim ludziom otworzyć ogień i sam też zaczął strzelać z karabinu. Ulewa niszczycielskich salw dosłownie rozerwała osłabionych, zdezorientowanych przeciwników. Nie upłynęła minuta, a na kamienistym zboczu nie pozostało nic żywego, czy choćby w jednym kawałku.

Żołnierze piechoty wymienili radosne okrzyki i uśmiechy. Sierżant zaledwie miał czas zaczerpnąć tchu i przeładować karabin, kiedy z interkomu dobiegł głos konsolowca:

– Sierżancie! Kontakt powietrzny, trzy kliki i zbliża się!

Okręcił się na pięcie i ruszył w stronę prawej zejściówki. Wspinając się po schodkach, przewiesił karabin przez ramię.

– Jaki jest ich profil, żołnierzu?

– Ciężko powiedzieć, połowa czujników to złom…

– Daj mi coś, szybko!

Następnie rozkazał, żeby wszystkie cztery wieżyczki wzięły na cel zbliżającą się jednostkę, i właśnie wyłaził przez górny luk na grzbiet transportowca, kiedy ponownie zgłosił się do niego konsolowiec.

– IFF potwierdza, że to nasi, sierżancie; to wiropłat, a pilot chce z panem mówić.

– Dawaj go.

Jeden z miniekranów jego hełmu nagle zamrugał i ukazał pilota wiropłatu. Był to prawdopodobnie Niemiec, sądząc po języku, w jakim napisane były instrukcje na grodzi za jego plecami.

– Sierżancie, nie mam dużo czasu – powiedział pilot po angielsku z wyraźnym akcentem. – Mam ewakuować pana i pańskich ludzi na orbitę…

– Przykro mi, panie poruczniku, ale… mój dowódca jest tam w dole, w tej kalderze, i walczy w tej chwili z wrogiem! Proszę spojrzeć, brzeg kaldery jest mniej niż pół klika stąd; mógłby pan tam przerzucić mnie i moich ludzi, a potem wrócić do…

– Odmawiam. Dostałem konkretne rozkazy. Poza tym wszystkie oddziały, które zdołały się tam przedostać, zostały pokonane i wybite, całe pułki i brygady. Przykro mi… – Pilot sięgnął w górę, żeby skorygować ustawienia sterów. – Wyląduję za mniej niż pięć minut, sierżancie. Niech pańscy ludzie będą gotowi.

Miniekran zgasł. Sierżant oparł się o barierkę biegnącą wzdłuż grzbietu transportowca i wpatrywał się z goryczą w długą na kilometr bruzdę, którą ten wyrył w zboczu Olympus Mons. Potem wydał rozkaz, by wszyscy opuścili okręt.

W górze, na przypominającym całun marsjańskim niebie, kropka będąca sylwetką transportowego wiropłata powiększyła się, przybierając postać pękatej jednostki latającej, schodzącej do lądowania na czterech wirodrzutach zamocowanych na łożyskach kardanowych. Łapy podwozia znalazły oparcie na górnej części kadłuba transportowca i, wśród ogłuszającego ryku silników, ranni mogący iść oraz ci na noszach zostali wyekspediowani do wnętrza wiropłata przez luk załadunkowy na jego brzuchu. Obsługa wieżyczek, konsolowiec oraz pół tuzina żołnierzy właśnie podążali ich śladem, gdy nagle zabrzmiał głos niemieckiego pilota:

– W naszą stronę frunie cała zgraja Rójców, sierżancie. Lepiej szybko wchodźcie na pokład.

Gdy ostatni jego ludzie znikali w luku wiropłata, sierżant odwrócił się w stronę kaldery Olympus Mons. Poprzez zasłonę wzbijanego wiatrem pyłu oraz rzadkiego czarnego dymu bitwy dostrzegł gęstą chmurę ciemnych punkcików, która pojawiła się nagle zaledwie kilka klików dalej. Uświadomienie sobie, jak szybko pokonają odległość dzielącą je od transportowca, zajęło mu tylko chwilę, podobnie jak decyzja, co powinien zrobić w związku z tym.

– Najlepiej zapnijcie guziki i ruszajcie, poruczniku – powiedział, wskakując z powrotem do transportowca i zatrzaskując za sobą pokrywę luku. – Mogę ich związać ogniem z naszych wieżyczek, dać wam czas na osiągnięcie orbity.

– Nein! Sierżancie, rozkazuję wam…

– Przykro mi, poruczniku, ale w innym wypadku nigdy nie zdołalibyście stąd uciec, więc moje zadanie jest oczywiste.

Przerwał połączenie, gnając z powrotem na mostek i zatrzaskując po drodze pokrywy luków. Owszem, oficer naukowy pułkownika podporządkował wszystkie cztery wieżyczki konsoli technicznej, ale to nie była jedyna modyfikacja, jakiej dokonał…

Ryk wirodrzutów nasilił się, przechodząc w wycie, łapy podwozia rozluźniły chwyt, wiropłat zakołysał się i wzbił. Sekundy później poczwórny, osadzony pod kątem napęd pchał go po stromej trajektorii w górę. Lecący na czele Rójcy już prowadzili całą chmarę po kursie przechwytującym, do momentu gdy wieżyczki transportowca otwarły do nich ogień. Mimo to kontynuowaliby pościg za wznoszącą się zwierzyną, gdyby sam transportowiec nie ruszył się teraz niczym wielka ranna bestia i nie wzniósł powoli z końca długiej bruzdy, którą wyrył w podłożu. Z jego spodniej strony posypały się kurtyny pyłu i żwiru, wraz z roztrzaskanymi fragmentami powłoki kadłuba oraz zewnętrznych czujników, a kiedy transportowiec zwrócił swój poobijany dziób w stronę środka kaldery, zastępy Roju zmieniły kurs.

Na mostku sierżant pocił się i klął, dokładając wysiłków, by wycisnąć z protestujących silników tyle energii, ile się dało, aż do ostatniego erga. Uszkodzenia, jakich transportowiec doznał podczas wchodzenia w atmosferę, uniemożliwiły bezpieczne lądowanie na dnie kaldery, stąd decyzja pułkownika, żeby ruszyć dalej w poduszkowcach. Jednakże bezpieczne lądowanie nie leżało teraz w planach sierżanta.

Gdy okręt zmierzał w stronę kaldery, stopniowo nabierając wysokości, spod pokładu zaczęło dobiegać skrzypienie przeciążonych elementów konstrukcji. Kiedy sierżant spojrzał na jarzący się światłami pulpit sterowniczy, na jego oczach część wskaźników zaczęła migać czerwono, ostrzegając, że niektóre z suspensorów lewej burty pracują na granicy swych możliwości operacyjnych. Jednakże jego uwaga skupiała się przede wszystkim na zastępach Roju, które właśnie zbliżały się do ziemskiej jednostki.

Nagle transportowiec został otoczony przez kłębiącą się chmurę stworów; niektóre wylądowały na jego kadłubie, drapiąc pazurami w poszukiwaniu uchwytu i szukając dróg wejścia. Niemal równocześnie dwa suspensory wysiadły i okręt przechylił się na bakburtę. Sierżant zwiększył moc dopalaczy po lewej stronie, ignorując brzęczyki alarmów oraz łomoczące odgłosy, jakby walenia młotem, dobiegające gdzieś ze śródokręcia. Transportowiec wyprostował się, osiągając zenit swojej trajektorii – gigantyczny pocisk, który sierżant wycelował prosto w ul Roju.

Dziesięć sekund od momentu, gdy okręt zaczął opadać, donoś­ne łomotanie się przybliżyło – już tylko jedna czy dwie grodzie dzieliły intruzów od mostka.

Dwadzieścia sekund od rozpoczęcia opadania, gdy szarobrązowe, pokryte nierównościami iglice ula majaczyły już w przesłoniętym żaluzją okienku, prawy tylny dopalacz z hukiem odmówił posłuszeństwa. Sierżant odciął dopływ mocy do lewego przedniego silnika, a w prawym przednim zwiększył ciąg aż za czerwoną kreskę.

Trzydzieści sekund od rozpoczęcia opadania, wśród ogłuszającej kakofonii metalicznego łomotu oraz ryku silników, gródź zamykająca wejście na mostek została wreszcie rozerwana. Groteskowy stwór, na wpół osa, na wpół aligator, z wysiłkiem przecisnął się przez otwór. Zamarł na sekundę, widząc struktury ula pędzące ku transportowcowi, o włos od czołowego zderzenia, po czym w panice obrócił się na pięcie i już go nie było. Sierżant cisnął za nim granat termiczny, a następnie odwrócił się twarzą do okna i rozpostarł szeroko ręce, śmiejąc się…

cięcie

widok na olympus mons z orbity

Nadal widoczny wśród kłębiącej się wokół niego chmury Rójców, transportowiec brygady pozostawia za sobą smugę wyciekających gazów i płynów, opadając jak kamień w stronę kompleksu ula. Perspektywa raptownie zmienia się na dalszą, ukazując większą część kaldery, usianej szczątkami i poznaczonej śladami bitwy, i w tym momencie następuje zderzenie. Przez moment widać jedynie chmurę odłamków i pyłu, potem trzy jaskrawe eksplozje rozkwitają jedna po drugiej, przesłaniając zarysy ula…

głos lektora

W pierwszej fazie Bitwy o Marsa wykorzystano pewną liczbę zbudowanych specjalnie w tym celu ciężkich rakiet, aby wysłać flotyllę asteroid przeciwko Armadzie Roju, co pozwoliło odciąg­nąć kluczowe okręty dalej od orbity Marsa. Główna bitwa oraz ofensywa naziemna kosztowały Ziemię życie ponad czterystu tysięcy żołnierzy i utratę siedemdziesięciu dziewięciu dużych okrętów wojennych oraz niezliczonych jednostek pomocniczych. Ten akt poświęcenia nie pozwolił zniszczyć wszystkich Nadumysłów Roju ani też nie odwiódł Rojców od zamierzonego celu. Jednakże udało się zniszczyć gigantyczne zapasy biobroni, takiej samej jak pociski, które spustoszyły miasta w Chinach, Europie i Ameryce, a także kilka komór lęgowych, co zahamowało produkcję nowych wojowników Roju i opóźniło spodziewany atak na Ziemię.

Bitwa ta przyniosła całej ludzkości żałobę i smutek, ale także kupiła nam chwilę wytchnienia, pięć kluczowych miesięcy, w czasie których ukończono budowę trzech międzygwiezdnych statków kolonizacyjnych – trzech spośród planowanych początkowo piętnastu. Ostatni z nich, „Tenebrosa”, opuścił krążące na wysokiej orbicie Doki Posejdona zaledwie cztery dni temu, by ruszyć w ślad za swymi siostrzanymi jednostkami, „Hyperionem” i „Forrestalem”, trajektorią omijającą główne siły wroga. Wszystkie trzy statki wyposażone są w rewolucyjny nowy napęd nadświetlny, który pozwoli im przebyć olbrzymie dystanse w dziwnej podrzeczywistości, jaką jest hiperprzestrzeń. Jako pierwszy w nadświetlną skoczył „Hyperion”, potem dwa dni później „Forrestal”, a „Tenebrosa” będzie ostatnia. Szlaki ich podróży wyznaczą SI nadzorcze, tak zaprogramowane, by umknąć pogoni dzięki losowym zmianom kursu, a później poszukiwać przypominających Ziemię światów, zdatnych do kolonizacji.

I oto się oddalają, trzy arki niosące nadzieję ludzkości na przetrwanie, trzy ziarna Ziemi odlatujące w bezkresną, wygwieżdżoną noc. Teraz musimy skierować naszą uwagę – i całą siłę – na najeźdźców, z którymi już wkrótce przyjdzie się nam zmierzyć. Za dwanaście dni pierwsze formacje Roju wylądują na Księżycu i natychmiast zaatakują mieszczące się tam placówki wojskowe oraz cywilne. Wiemy, czego się spodziewać. Strategia Roju – wyrżnąć i zrównać z ziemią – zawsze dotąd wyglądała tak samo, wiemy zatem, że nie będzie litości, pardonu ani zmiłowania, kiedy w końcu najeźdźcy pojawią się na niebie nad Ziemią.

Chociaż żołnierze Roju to pułki bezrozumne, sterowane z zewnątrz, to ich przywódcy, Nadumysły, muszą być istotami rozumnymi i potrafiącymi się uczyć, inaczej Rój nie stałby się zdolny do podróży kosmicznych. Zatem, skoro Nadumysły potrafią się uczyć, stańmy się ich nauczycielami – nauczmy ich, co to znaczy zaatakować kolebkę Ludzkości…

>>>>>> <<<<<<

koniec pliku…

1 Greg

Gdy Greg Cameron odprowadzał Chela na zepstację, znad rozciągającego się na wschodzie morza nadpełzał zmierzch. Po prawej stronie ścieżki czerniał olbrzymi masyw Ramienia Olbrzyma, migoczący drobniutkimi błękitnymi rozbłyskami chrząszczy ineka, po lewej zaś, za barierką, ziało pionowe urwisko. Bezchmurne niebo ukazywało gwiezdną mgiełkę, która bez ustanku kłębiła się w górnych partiach atmosfery Dariena. Dziś miała ona stonowaną purpurową barwę przetykaną pasemkami różu – spokojne widmowe niebo, powoli zmieniające swe kształty.

Jednakże Greg wiedział, że o jego towarzyszu można w tej chwili powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest spokojny. W blasku oświetlających ścieżkę lamp Uvovo maszerował sztywno, ze spuszczoną głową, zaciskając chude czteropalczaste dłonie na paskach uprzęży przecinających pierś. Przedstawiciele tej rasy byli niewysocy i szczupli, o kościstej budowie i wielkich bursztynowych oczach osadzonych w drobnej twarzy. Zerknąwszy na niego, Greg się uśmiechnął.

– Chel, nie martw się, wszystko będzie dobrze.

Uvovo spojrzał w górę. Wydawało się, że przez chwilę się zastanawiał, nim jego porośnięte delikatnym futerkiem rysy rozjaśnił szeroki uśmiech.

– Przyjacielu Gregori – zabrzmiał jego głos podobny do cichego dmuchania we fletnię. – Czy lecę sterowcem, czy odbywam podróż wahadłowcem do naszej błogosławionej Segrany, na końcu zawsze jestem jednakowo zaskoczony, że przeżyłem!

Roześmiali się jednocześnie, schodząc coraz niżej po zboczu Ramienia Olbrzyma. Noc była chłodna i wilgotna i Greg żałował, że nie włożył czegoś cieplejszego niż tylko robocza koszula.

– I nadal nie masz pojęcia, czemu to zinsilu ma się odbyć w Ibsenskog? – zapytał. Dla Uvovo ceremonia zinsilu polegała po części na ocenie życiorysu, po części na medytacji. – To znaczy, Słuchacze mają przecież dostęp do rządowego komnetu, jeśli potrzebują się skontaktować z kimś spośród Siewców czy Uczonych… – Potem coś mu zaświtało. – Czekaj, nie zamierzają cię chyba przypisać gdzie indziej, prawda? Chel, nie dam rady sam jeden ogarnąć zarówno wykopalisk, jak i doniesień z lasu potomnego! Naprawdę potrzebuję twojej pomocy.

– Nie martw się, przyjacielu Gregori – odrzekł Uvovo. – Słuchacz Weynl zawsze dawał do zrozumienia, że moja rola tutaj uznawana jest za bardzo ważną. Jestem pewien, że gdy tylko to zinsilu dobiegnie końca, powrócę niezwłocznie.

Mam nadzieję, że masz rację, pomyślał Greg. Instytut nie jest szczególnie wyrozumiały, gdy chodzi o niedociągnięcia oraz nieosiągnięte cele.

– Ostatecznie – ciągnął Chel – wasze obchody Zwycięstwa Założycieli rozpoczną się zaledwie za kilka dni i chcę tu być, aby móc obserwować wszystkie wasze ceremonie tudzież rytuały.

Greg posłał mu cierpki półuśmiech.

– Aye… cóż, niektóre z naszych „rytuałów” bywają cokolwiek hałaśliwe…

Nachylenie wyżwirowanej ścieżki już malało – zbliżali się do zepstacji. Nad głową Greg słyszał cichutkie popiskiwania jaszczurek umisk, nawołujących się wzajemnie ze swoich małych kryjówek, rozsianych na powierzchni pionowej ściany Ramienia Olbrzyma. Kompleks stacji sprowadzał się zasadniczo do platformy wspartej na przyporach, na której znajdowało się parę budynków oraz sterczący na zewnątrz pięciometrowy, kryty pomost. Był przy nim zacumowany rządowy sterowiec, kołysząca się łagodnie piętnastometrowa jednostka złożona z dwóch cylindrycznych zbiorników gazu obwiązanych ciasno siatką i zwieszającej się poniżej krytej gondoli. Powłokę nadmuchiwanych części wykonano z wytrzymałego kompozytowego materiału, ale ekspozycja na zmienne warunki atmosferyczne oraz rozsiane na niej łaty nadawały całości zużyty wygląd, charakterystyczny dla większości zwykłych, intensywnie użytkowanych rządowych zeplinów. W kokpicie przypominającej kształtem łódź gondoli jarzyło się światło, a zamocowane z tyłu śmigło o trzech łopatach obracało się leniwie, popychane przez wiejącą bez ustanku znad morza bryzę.

Kierownik stacji, nazwiskiem Fredriksen, zamachał do nich z drzwi poczekalni, a z krytej części pomostu wyłonił się mężczyzna w zielono-szarym kombinezonie, żeby się przywitać.

– Dobry wieczór, dobry wieczór – powiedział, spoglądając najpierw na Grega, potem na Uvovo. – Nazywam się pilot Jakow. Jeśli jeden z panów to Uczony Cheluvahar, jestem gotów do drogi.

– Ja jestem Uczony Cheluvahar – przedstawił się Chel.

– Wyśmienicie. Już włączam silnik. – Pilot skinął głową Gregowi, po czym wrócił na pomost, schylając się, żeby przejść przez drzwi.

– Pamiętaj, aby wysłać wiadomość, kiedy dotrzesz do Ibsenskog – powiedział Greg do Chela. – I nie przejmuj się lotem; zanim się obejrzysz, już będzie po wszystkim…

– Ach, przyjacielu Gregori, wszak wywodzę się z Uvovo Wojowników. Takie sprawdziany są dla nas niczym powietrze, niczym samo życie!

Chel odwrócił się z uśmiechem i pośpieszył w ślad za pilotem. Z tylnej części gondoli zaczęło dobiegać jednostajne wycie elektrycznego silnika, stopniowo coraz wyższe, w miarę jak śmigło kręciło się coraz szybciej. Greg usłyszał donośny stukot drewnianych kół zębatych, kiedy kierownik stacji cofał pomost, a następnie wcisnął przycisk zwalniający cumy. Gdy sterowiec nagle zawisł swobodnie w powietrzu, zakołysał się i zaczął odpływać od Ramienia Olbrzyma, stopniowo nabierając prędkości i zwiększając przechył. Podróż do Portu Gagarina stanowiła zaledwie półgodzinny żabi skok – potem Chel przesiądzie się na statek firmy przewozowej zmierzający do Wschodnich Miast oraz lasu potomnego Ibsenskog. Greg nie widział przyjaciela przy żadnym z okrągłych okienek gondoli, opatrzonych szybami z mlecznego szkła, ale mimo to machał przez jakąś minutę, a potem już tylko stał, patrząc, jak zeplin obniża lot w gęstniejącym zmierzchu. Ponieważ chłodne powietrze coraz bardziej dawało mu się we znaki, zapiął część guzików koszuli, nadal ciesząc się panującym wokół spokojem. Zepstacja znajdowała się prawie piętnaście metrów poniżej głównego terenu wykopalisk, ale od poziomu morza dzieliło ją jeszcze dziewięćdziesiąt. Samo Ramię Olbrzyma było potężnym szczytem wznoszącym się na wschód od strzelistego masywu znanego jako góry Kentigern; traperzy i myśliwi niemal nie zapuszczali się w ich dzikie ostępy, choć Uvovo twierdzili, że spenetrowali większą część tego obszaru.

Podczas gdy tylne światła pozycyjne zeplina powoli się oddalały, Greg chłonął panoramę, którą miał przed sobą; na wschodzie rozciągała się kilkukilometrowa nadmorska równina, a za nią, w dali, ciemniała płaszczyzna Morza Korzybskiego i lśniły światełka miejscowości rozsianych na całej długości jego rozległego zachodniego wybrzeża. Daleko na południu jaskrawo migotał Hammergard, ulokowany na wąskim przesmyku lądu, który oddzielał jezioro Loch Morwen od morza; dalej za miastem, skryta w mglistym wieczornym mroku, rozciągała się poszarpana linia brzegowa, pełna zatoczek i fiordów, gdzie rozlokowały się Wschodnie Miasta. Na południe od nich znajdowały się wzgórza oraz wysoko położona dolina, okryte lasem potomnym Ibsenskog niczym płaszczem. Na wprost przed sobą Greg widział podobne do klejnotów skupiska świateł: Port Gagarina nieco na południe, Wysokie Lochiel kilka mil na północny zachód oraz Lądowisko, gdzie skanibalizowany kadłub starego statku kolonistów, „Hyperion”, spoczywał w cichej i smutnej Dolinie Pamięci. Jeszcze dalej na północ leżały Nowe Kelso, Engerhold, Łajka oraz osady drwali i farmerów rozproszone na północy i zachodzie, a tuż za północnowschodnim horyzontem znajdowało się Trond.

Nastrój Grega raptownie się pogorszył. Trond było miastem, które opuścił zaledwie dwa krótkie miesiące wcześniej, uciekając z pułapki, jaką była katastrofalna w skutkach kohabitacja z Ingą – pomyłka, po której wciąż jeszcze lizał rany. Zanim jednak jego myśli zaczęły krążyć wokół tego bólu, wyprostował się i wciągnął do płuc zimne powietrze, zdecydowany nie rozpamiętywać w nieskończoność goryczy i żalu. Zamiast tego zwrócił spojrzenie w kierunku południowym, żeby zobaczyć wschód księżyca.

Zza widocznych na horyzoncie poszarpanych szczytów Gór Hrothgarskich stopniowo wyłaniało się błękitnozielone półkole: Nieviesta, porośnięty bujną roślinnością lesisty księżyc Dariena, tętniący życiem i tajemniczy, ojczyzna Uvovo, strażników opasującej go puszczy, którą nazywali Segraną. Kiedyś, przed tysiącleciami, większa część ich leśnej cywilizacji zamieszkiwała Dariena, nazywanego przez nich Umarą, lecz jakaś nieznana katastrofa wyniszczyła populację planety, oszczędzając mieszkańców księżyca, którzy pozostali uwięzieni na jego powierzchni.

W bezchmurne noce, takie jak ta, gwiezdna mgiełka spowijała Nieviestę zwiewną aureolą przenikających się barw, upodabniając księżyc do jakiegoś bajkowego oka, spoglądającego w dół na małą niszę, którą Ludzie stworzyli dla siebie w tym obcym świecie. Widok ten nieodmiennie napawał Grega otuchą. Jednakże noc stawała się coraz chłodniejsza, więc zapiął koszulę na wszystkie guziki i ruszył z powrotem w górę. Był w połowie długości ścieżki, kiedy jego kom cicho zadźwięczał. Wygrzebawszy urządzenie z kieszeni koszuli, Greg zobaczył, że dzwoni jego starszy brat, i postanowił odebrać.

– Cześć, Ian, jak się masz? – zapytał, idąc dalej.

– Nienajgorzej. Dopiero co wróciłem z manewrów i już się cieszę na myśl o dniu Zet-Zet. Będzie szansa zaliczyć ciutkę odpoczynku i odnowy. A co u ciebie?

Greg się uśmiechnął. Ian był niepełnoetatowym żołnierzem Ochotniczego Korpusu Dariena i oprócz przebywania w domu z żoną i córką nic go tak nie uszczęśliwiało, jak maszerowanie wielomilowymi trasami przez mokradła albo wspinaczka na bazaltowe klify w Hrothgarach.

– Dość bezproblemowo się tutaj zadomawiam – odrzekł. – Próbuję ogarnąć wszystkie niuanse tej pracy, upewnić się, że poszczególne zespoły będą składać raporty przynajmniej z grubsza w regularnych odstępach czasu, tego typu rzeczy.

– Ale czy dobrze ci się mieszka na terenie świątyni, Greg? Bo jakby co, wiesz, że mamy tutaj mnóstwo miejsca, i wiem, że świetnie się czułeś w Hammergardzie, przed tym epizodem z Ingą…

Greg uśmiechnął się szeroko.

– Słowo daję, Ian, dobrze mi tutaj. Uwielbiam moją pracę, okolica jest spokojna, a widoki fantastyczne! Dzięki za ofertę, starszy braciszku, ale jestem tam, gdzie chcę być.

– W porządku, chłopcze, tylko się upewniałem. Nawiasem mówiąc, czy odkąd wróciłeś, miałeś jakieś wieści od Neda?

– Tylko krótki list, ale to i tak miło z jego strony. Jest teraz bardzo zapracowanym lekarzem…

Ned, trzeci i najmłodszy z braci, zupełnie nie przywiązywał wagi do utrzymywania kontaktów z rodziną, ku dogłębnej irytacji Iana, co sprawiało, że Greg często czuł się w obowiązku bronić Neda.

– Aye, jasne, zapracowanym. No więc kiedy będziemy mieli okazję cię znowu widzieć? Nie możesz przyjechać na obchody święta?

– Przepraszam, Ian, potrzebują mnie tutaj, ale za dwa tygodnie mam wyznaczony termin spotkania w Instytucie Umińskiego, może zobaczymy się wtedy?

– Brzmi świetnie. Daj mi znać bliżej tej daty, to poczynię przygotowania.

Obaj życzyli sobie nawzajem wszystkiego dobrego i rozłączyli się. Greg szedł dalej spacerowym krokiem, uśmiechając się wyczekująco i nadal trzymając kom w ręku. Myślał o wykopaliskach na Ramieniu Olbrzyma, o wielu godzinach, jakie spędził, pieczołowicie odsłaniając taką czy inną rzeźbioną stelę albo fragment posadzki pokrytej misterną mozaiką, nie wspominając o niezliczonych dniach poświęconych na katalogowanie, datowanie, analizę próbek i wyszukiwanie korelacji. Niekiedy – no cóż, w zasadzie przez większość czasu – był to frustrujący proces, bo nie mieli niczego, co pomogłoby im zrozumieć znaczenie planu budowli i jej funkcje. Nawet Uczeni Uvovo byli bezradni; tłumaczyli, że obróbka kamienia była umiejętnością utraconą w czasie Wojny Długiej Nocy, jednego z mroczniejszych epizodów w dziejach tego ludu.

Dziesięć minut później znajdował się już niedaleko końca ścieżki, kiedy jego kom zadźwięczał ponownie. Nie patrząc na wyświetlacz, Greg podniósł urządzenie i powiedział:

– Cześć, mamo.

– Gregory, synu, czy wszystko u ciebie w porządku?

– Mamo, wszystko jest dobrze, jestem zdrów i szczęśliwy, naprawdę…

– No tak, teraz, kiedy już się wyrwałeś z jej szponów! Ale czy nie czujesz się samotny tam w górze, wśród zimnych kamieni, mając za towarzystwo tylko tych małych Uvovo?

Greg stłumił chęć, by westchnąć. W pewnym sensie miała rację – żył tutaj w odosobnieniu, mieszkał w zasadzie samotnie w jednej z chatek wzniesionych w pobliżu terenu wykopalisk. Nad świątynnymi rzeźbami pracowała trzyosobowa grupa badaczy z uniwersytetu, ale wszyscy byli Rosjanami i przez większość czasu trzymali się w swoim gronie, podobnie jak zespoły Uvovo, które od czasu do czasu przybywały z położonych dalej stacji. Niektórych Uczonych Uvovo znał z imienia, ale udało mu się zaprzyjaźnić tylko z Chelem.

– Odrobina samotności to właśnie to, czego teraz potrzebuję, mamo. Poza tym, tu, na górze, wciąż pojawiają się jacyś ludzie.

– Mhm. Ludzie wciąż zjawiali się tu, u nas w domu, kiedy twój ojciec był członkiem rady, ale nie przepadałam za większością z nich, jak być może pamiętasz.

– Oj tak, pamiętam.

Greg pamiętał też, którzy z odwiedzających pozostali lojalni, kiedy jego ojciec zachorował na nowotwór, który ostatecznie go zabił.

– Nawiasem mówiąc, rozmawiałam zarówno o tobie, jak i o twoim ojcu z wujem Teodorem, który wpadł z wizytą dziś po południu.

Greg uniósł brwi. Teodor Karlsson był najstarszym bratem matki i zyskał niejaki rozgłos oraz przezwisko „Czarny Teo” w związku ze swoim udziałem w nieudanym Przewrocie Zimowym dwadzieścia lat wcześniej. Za karę spędził dwanaście lat w areszcie domowym w Nowym Kelso, łowiąc ryby, zgłębiając historię wojskowości i pisząc, choć gdy wreszcie został zwolniony warunkowo, rząd Hammergardu poinformował go, że nie wolno mu publikować żadnych prac, czy to literatury faktu, czy beletrystyki, pod groźbą odwieszenia wyroku. Przez ostatnie osiem lat Karlsson próbował szczęścia w różnych zawodach, utrzymując luźne kontakty z siostrą, i Greg mgliście przypominał sobie, że wuj w jakiś sposób zaangażował się w Projekt Odzysku Danych Hyperion…

– I co takiego mówi wujek Teo?

– No cóż, usłyszał wieści, które cię zadziwią; sama jeszcze nie do końca jestem w stanie w to uwierzyć. To zmieni życie nas wszystkich.

– Tylko nie mów, że chce znowu obalić rząd.

– Daj spokój, Gregory, to nie jest w najmniejszym stopniu zabawne…

– Przepraszam, mamo, przepraszam. No więc co takiego powiedział?

Z miejsca gdzie stał, u szczytu ścieżki, wyraźnie widział obszar wykopalisk; kwadratowy centralny budynek wydawał się wyblakły i szary w jaskrawym blasku nocnego oświetlenia. W miarę jak Greg słuchał, jego mina z zaintrygowanej stała się zaskoczona, aż wreszcie parsknął pełnym zachwytu śmiechem, spoglądając w górę, na gwiazdy. Potem poprosił matkę, żeby powtórzyła wszystko jeszcze raz.

– Mamo, chyba żartujesz!…

2 Teo

Teodor Karlsson sprężystym krokiem szedł prywatną ścieżką w kierunku willi prezydenta. Wysokie, bujne krzewy zasłaniały ją przed wzrokiem ciekawskich, a sięgające pasa słupki z latarniami rzucały kręgi przyćmionej poświaty na całej jej długości. Długi, uszyty z grubej tkaniny płaszcz Karlssona był zapięty w trzech czwartych, a robione na zamówienie podeszwy jego butów prawie nie wydawały dźwięku w zetknięciu z płytkami, którymi wyłożono ścieżkę. W ten chłodny wieczór otoczenie willi było pogrążone w mroku i ciche, ale Karlsson niemal wyczuwał węchem pozbawioną jakichkolwiek szczelin sieć środków bezpieczeństwa, która otaczała to miejsce. W dole, przy głównym murze i bramie, było widać patrole i kamery, a przy bocznych drzwiach, które miał przed sobą, stało dwóch strażników, ale Teo wiedział, że najskuteczniejsze zabezpieczenia rzadko kiedy są widoczne gołym okiem. Jednakże pytanie, które zaprzątało teraz jego myśli, brzmiało: przed kim to wszystko miało chronić?

Kiedy podchodził, strażnicy, obaj w ciemnych okularach wyświetlających obraz na wewnętrznym ekraniku, mamrotali do mikrofoników przypiętych do kołnierzy.

– Dobry wieczór, panie majorze – powiedział jeden z nich. – Gdyby był pan łaskaw zajrzeć prawym okiem w skaner.

Karlsson podszedł do prostych drewnianych drzwi, zastosował się do instrukcji i chwilę później usłyszał kilka stłumionych, głuchych uderzeń. Drzwi się otworzyły. Wewnątrz powitała go emanująca spokojem kobieta w średnim wieku, która zabrała jego płaszcz, a następnie poprowadziła go wąskim, pozbawionym okien korytarzem, obok kilku nijakich obrazów przedstawiających sielskie pejzażyki, potem zaś w górę po kiepsko oświetlonych krętych schodach, na piętro, gdzie znajdowało się dwoje drzwi. Nie zatrzymując się, przeszła przez te po lewej stronie i Karlsson znalazł się w dobrze ogrzanym gabinecie, gdzie na podłodze leżał dywan.

– Proszę się rozgościć, majorze Karlsson. Prezydent za chwilę pana przyjmie.

– Dziękuję… – zaczął mówić Teo, ale ona już wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Omiótł wzrokiem otoczenie; średniej wielkości pokój z półkami pełnymi książek, gdzie w kominku płonęły polana, a nad dużym biurkiem zwieszała się ozdobna lampa z ramieniem pozwalającym regulować jej położenie. Sięgający aż do sufitu regał z półkami częściowo przesłaniał znajdujące się w rogu drugie drzwi, wyposażone w zamek bezpieczeństwa sprawdzający odciski palców i siatkówkę oka.

Brzuch bestii, pomyślał Teo. Czy może raczej jaskinia lwa.

Ta sama atmosfera towarzyszyła wszystkim jego spotkaniom z Sundstromem, niezależnie od tego, gdzie się odbywały. Dlatego właśnie nabrał zwyczaju odwiedzania na krótko przedtem swojej siostry, Solvjeg, tylko po to, żeby jej dyskretnie dać do zrozumienia, gdzie zamierza spędzić kilka następnych godzin, przemycając też zawoalowaną aluzję co do tego, z kim się spotyka. Dziś jednak Solvjeg przede wszystkim chciała wiedzieć, czy pogłoski są prawdziwe, czy naprawdę przyszedł sygnał z Ziemi.

Teo uśmiechnął się szeroko, przypominając sobie tę chwilę. Wiadomość odebrano ponoć tego ranka, a mimo to już po południu usłyszał ją z szóstej ręki od starego przyjaciela z Korpusu, nic zatem dziwnego, że dotarła też do Solvjeg poprzez siatkę plotkujących matron. Teraz był wieczór, a pogłoski krążyły po całej kolonii. Nawet Kirkland, lider opozycji, wydał już oświadczenie, ale jak dotąd ani rada, ani kancelaria prezydenta nie ogłosiły jeszcze oficjalnego potwierdzenia.

Statek z Ziemi! – pomyślał Teo. Zatem już wiemy, że rasa ludzka przetrwała Wojnę z Rojem, ale czy pokonaliśmy najeźdźców, czy też innym udało się przeżyć i uciec z Ziemi? I co się stało z pozostałymi statkami kolonizacyjnymi, z „Forrestalem” i „Tenebrosą”?

Jego umysł aż kipiał od pytań będących efektem półtorarocznej nieopłacanej pracy przy Projekcie Odzysku Danych Hyperion. To jego własne doświadczenie ze służbą wojskową doprowadziło do tego, że zaczął pomagać jednemu z szefów projektu przy transkrypcji traktatu o wojskowości napisanego po szwedzku. Okazało się, że chodzi o szwedzki przekład dzieła O wojnie tego Prusaka, von Clausewitza – książki, którą Teo znał wcześniej tylko z cytowań. Pochłonięty jednostajną pracą, jaką było wydobywanie jej z Hyperionowych strumieni niesformatowanego tekstu, i zmuszony do zgadywania, w których miejscach występuje podział akapitów, uległ fascynacji „Hyperionem” i jego siostrzanymi statkami, w tym również tymi, które nigdy nie wyruszyły w drogę…

Drzwi za półkami w rogu otwarły się i do pomieszczenia wjechał prezydent na wózku popychanym przez młodego człowieka w brązowo-szarym jednoczęściowym kombinezonie.

– Dobry wieczór, Teodorze – powiedział Sundstrom, odprawiając pomocnika. Zręcznie manewrując wózkiem, przejechał przez pokój i zatrzymał się za biurkiem.

– Dobry wieczór, Holgerze – odrzekł Teo. – Ma pan interesujący gabinet i trochę ciekawych książek. – Wskazał oszkloną gablotę. – Czy tam stoi Rok 1984 w wydaniu Serowa?

– Owszem – odparł Sundstrom. – Kamień Księżycowy Collinsa jest rzadszy, ma się rozumieć, ale Orwell to pisarz o wiele odpowiedniejszy dla polityka.

Teo zaśmiał się pod nosem. Wasilij Serow był technikiem systemów na pokładzie statku kolonizacyjnego „Hyperion” i odegrał decydującą rolę w śmiertelnej walce przeciwko SI Dowodzącej statku. W Latach Trudów, które nastąpiły potem, Serow zmajstrował prymitywną ręczną prasę drukarską i za pomocą ruchomych czcionek mozolnie wydrukował na papierze te kilka powieści, które tkwiły w datapadach i nie były podłączone do pokładowego komnetu. Olbrzymie banki danych „Hyperiona”, pogrzebane pod kilkoma warstwami kodowania przez zbuntowaną SI, miały pozostać nieosiągalne przez całe dekady, więc dzieło rąk Serowa okazało się nieocenione dla tych kolonistów, którzy przeżyli.

Obaj mężczyźni chwilę milczeli, po czym Sunstrom przemówił:

– Zakładam, że słyszałeś.

– Jakieś dwie godziny przed tym, jak dostałem pańskie zaproszenie – odparł Teo, obserwując go. – A więc to prawda: Ziemia wysłała statek, który ma nas odnaleźć, co oznacza, że Rój został pokonany i nadszedł kres wszystkich naszych kłopotów, tak?

Sundstrom uśmiechnął się zaciśniętymi wargami.

– Gdyby sprawy były takie proste, Teo. Wojna z Rojem trwała dwa i pół roku, z tego, co się dowiedziałem, i zakończyła się półtora wieku temu, a to długi okres w historii kultury czy społeczeństwa. Tylko pomyśl o wszystkich konfliktach i wrzeniach, jakie ma za sobą nasza mała enklawa: wojna z SI „Hyperiona”, Pierwsze Rodziny przeciwko Nowemu Pokoleniu, Konsolidatorzy versus Ekspansjoniści, secesja Nowych Miast, i przemnóż to przez skalę planetarną. – Potrząsnął głową. – Obawiam się, że egzystencja nas wszystkich lada chwila stanie się znacznie bardziej skomplikowana i, trzeba to powiedzieć, mało komfortowa.

Marszcząc brwi, Teo usiadł wygodniej i wrócił pamięcią do mniej więcej tuzina swoich spotkań z Sundstromem, jakie odbyły się na przestrzeni ostatnich dwóch lat.

– Mówi pan tak, jakby wiedział coś, o czym ja nie słyszałem… – Pochylił się. – Kiedy po raz pierwszy mnie pan poprosił, żebym się przyłączył do waszej małej koterii, powiedział pan, że przygotowujemy się na najgorsze, na przykład na możliwość okupacji przez nieprzyjazny gatunek. Teraz zdaje się, że statek z Ziemi ma tu przybyć za… ile?

– Czternaście godzin.

– Za mniej niż dobę, w porządku – ciągnął Teo. – Jednak pańskie zachowanie nie świadczy, tak to ujmijmy, o radosnym oczekiwaniu. – Zaśmiał się i pstryknął palcami. – A może od początku przygotowywaliśmy się właśnie na to, że Ziemia nawiąże z nami kontakt?

Sundstrom odchylił się do tyłu na wózku; jego sękate ręce luźno obejmowały podłokietniki.

– Zawsze cechowała cię bystra intuicja, Teodorze – powiedział. – Gdybyś to ty był przywódcą Przewrotu Zimowego, a nie Wiktor Ingram…

– Gdybym wtedy dysponował tak bystrą intuicją, zastrzeliłbym drania, zamiast mu ufać – odrzekł cierpko Teo. – Ale uchyla się pan od odpowiedzi na moje pytanie, Holgerze.

– Czekam, aż dołączą do nas pozostali. Ach, zdaje się, że właśnie się zjawili. – Prezydent sięgnął do przodu i przesunął palcami po ostrokątnym wyświetlaczu osadzonym w blacie biurka.

Pozostali, pomyślał Teo. Sundstrom od czasu do czasu czynił aluzje, z których wynikało, że koteria liczy więcej członków, ale w ciągu dwóch lat Karlsson poznał tylko jednego z nich, barczystego, muskularnego Szkota, który został mu przedstawiony jako Boris. Nie było go wśród trojga ludzi, którzy teraz weszli do gabinetu. Dwojga z nich – mężczyzny i kobiety – Teo nigdy wcześniej nie widział. Trzeciego rozpoznał natychmiast – był to Witalij Piatkow, zastępca dyrektora w Biurze Doradczym, organizacji wywiadowczej, której założenie było jednym z następstw Przewrotu Zimowego. Karlssona ubawił wyraz zaskoczenia, niemal przerażenia, jaki przemknął przez twarz mężczyzny, gdy ten zobaczył, kto znajduje się w towarzystwie prezydenta, jak również pozbawiona emocji dyżurna mina, w której zastygły jego rysy sekundę później.

– Dziękuję wam, że zechcieliście się tutaj zjawić dzisiejszego wieczoru – powiedział Sundstrom. – Wszyscy zgodziliście się zostać członkami mojego małego wewnętrznego kręgu doradczego, ale na tę chwilę zamierzam ograniczyć ujawnianie tożsamości do minimum.

Następnie przedstawił mężczyznę jako Donny’ego, a kobietę jako Tanię. Gdy już wszyscy zajęli miejsca, kontynuował:

– Przede wszystkim, jak zapewne zdajecie sobie sprawę, pogłoski są prawdziwe. Jeden z naszych satelitów komunikacyjnych odebrał wiadomość nadaną, jak głosiła jej treść, ze statku „Herakles” pochodzącego z Ziemiosfery, przekazującą życzliwe pozdrowienia i informującą nas, że ich statek znajdzie się na orbicie Dariena jutro rano, mniej więcej o godzinie dziesiątej. Simurg Dwa, nasz satelita orbitujący wokół Nieviesty, śledzi obiekt poruszający się po kursie przechwytującym względem Dariena; dalsza wymiana komunikatów potwierdziła, że ich źródłem jest ten właśnie obiekt.

– Dalsza wymiana komunikatów, panie prezydencie? – odezwała się kobieta imieniem Tania. – Czy doszło do dialogu? Czy mamy jakiekolwiek wskazówki, czego możemy się spodziewać?

– Na pokładzie okrętu znajduje się specjalny ambasador, który przedstawił się jako Robert Horst, ale jak dotąd wymieniliśmy niewiele więcej niż uprzejme dyplomatyczne formułki.

Sundstrom zrobił pauzę i zapadła pełna zaskoczenia cisza. Pozostali zerkali na ekran oraz na siebie nawzajem, podczas gdy rewelacje, które przedstawił prezydent, w pełni docierały do ich świadomości, i Teo omal nie roześmiał się w głos.

Skomplikowana i mało komfortowa? – pomyślał. To mało powiedziane.

Oficer wywiadu Piatkow przemówił:

– Panie prezydencie, z całym szacunkiem: wiem, że pańskie rozmowy z ambasadorem nie trwały długo, więc muszę spytać: na czym stoimy, gdy chodzi o legalność oraz niepodległość?

– Jeszcze w zasadzie nie tknęliśmy tego tematu, Witaliju, ale nie wątpię, że ta kwestia wkrótce wypłynie.

– Nie mogą się na serio spodziewać, że ich zaprosimy do przejęcia władzy nad kolonią, prawda? – odezwał się Teo.

– Po stu pięćdziesięciu latach – powiedział prezydent – wątpię, by brali pod uwagę taką możliwość. Konsekwencje polityczne byłyby porażające. Jednakże ta sytuacja ma jeszcze inne aspekty, które w praktyce okażą się zdecydowanie bardziej palące, jak na przykład nasze miejsce w galaktyce.

– Nasze miejsce w galaktyce? – powtórzył mężczyzna imieniem Donny. – Brzmi groźnie.

– Bardziej, niż się panu zdaje – odparł Sundstrom. – Z moich rozmów z ambasadorem wynika, że jesteśmy bardzo daleko od Ziemi i że nasz świat leży w samym środku czegoś, co można byłoby określić mianem spornego terytorium. Ziemia posiada co prawda sojuszników w tym rejonie, państwo międzygwiezdne znacznych rozmiarów, znane jako Hegemonia Sendrukańska…

Podczas gdy Sundstrom kontynuował, Teo zerknął na pozostałych. Kobieta imieniem Tania chłonęła każde słowo, wpatrując się w prezydenta, podczas gdy Piatkow zachowywał większą rezerwę; nieznacznie marszczył brwi, przetrawiając to wszystko. Drugi mężczyzna, Donny, słuchał, ale cechowała go spokojna czujność.

Służby specjalne, bez dwóch zdań, pomyślał Teo. Plus oficer wywiadu, ta pani to pewnie networkerka… może jest członkiem administracji rządowej albo wydziału komunikacji… i skompromitowany eksmajor. Muszą być jeszcze inni oprócz nas.

– Zatem z kim toczy się spór o to terytorium, panie prezydencie? – zapytał Piatkow.

– Najbliżej nas znajduje się państwo narodowe zwane Jednością Brolturańską, fanatyczne odgałęzienie głównego nurtu cywilizacji sendrukańskiej. Ich żądania kwestionuje Wspólnota Imisil, konfederacja różnych ras, w większości niehumanoidalnych. Ponoć nie są nastawieni na ekspansję, lecz mimo to roszczą sobie prawa do obszaru, w którym się znajdujemy, zwanego strefą głębinową Huvuun, żeby utrzymać swego rodzaju bufor między sobą a Brolturanami.

W tym momencie Donny uśmiechnął się i wyprostował plecy.

– To jak oni wyglądają, ci Sendrukanie?

– Są dość podobni do nas – odrzekł Sundstrom. – Bardzo przypominają Ludzi, tyle że mierzą średnio trzy metry wzrostu.

– Opis robi wrażenie – powiedział Teo. – Coś jeszcze?

Prezydent uśmiechnął się jednym ze swoich łobuzerskich uśmiechów, którym towarzyszył błysk w oku.

– Tak, i to całkiem sporo. Ziemia, a raczej Ziemiosfera, jest sojusznikiem Hegemonii Sendrukańskiej już od półtora wieku, a dokładniej od czasu Wojny z Rojem. Widzicie, Hegemonia w ostatniej chwili włączyła się do tego konfliktu i pomogła Ludzkości pokonać Rój, wypierając go ostatecznie z Układu Słonecznego. W efekcie narodził się długoterminowy sojusz, który ogromnie dopomógł Ziemi, bo najpierw udzielono jej wsparcia w sytuacji kryzysowej, a później pomagano w odbudowie. Sojusz ten miał również pewne konsekwencje kulturowe, które mogą się wam wydać zaskakujące czy nawet szokujące. Hegemonia to cywilizacja, która w znacznym stopniu polega na sztucznej inteligencji: SI występują tam powszechnie, a większość zgodnie z prawem posiada status autonomicznych obywateli. Co więcej, kilka najstarszych i najbardziej złożonych piastuje wysokie stanowiska w rządzie. W kulturze Ziemi sztuczne inteligencje upowszechniły się na wszystkich poziomach i we wszystkich sektorach, wysycając tkankę społeczną do tego stopnia, że obecnie wielu Ludzi nosi ze sobą spersonalizowane urządzenia tego typu, niekiedy w postaci implantów, i określa się je mianem „towarzyszy”, przenigdy SI.

Zapadło milczenie, a gdy do obecnych dotarło znaczenie jego słów, wszyscy wymienili między sobą przestraszone spojrzenia. Sto czterdzieści osiem lat wcześniej, krótko po wykryciu świata, który miał się stać ich nowym domem, załoga oraz koloniści z „Hyperiona” byli zmuszeni stoczyć szaleńczą i desperacką walkę z SI Dowodzącą statku. Pod koniec zaczęła ona budzić innych kolonistów z kriosnu i wyposażać ich w implanty nerwowe, by wypełniali jej rozkazy. Chociaż minęło już tyle dekad, przerażające szczegóły owej walki nadal rozbrzmiewały niczym echo w świadomości kolonii, stając się silnie oddziałującym symbolem oraz powszechnie akceptowanym uzasadnieniem dla wprowadzenia zakazu wszelkich badań nad SI, upamiętnianym przez coroczne obchody Dnia Zwycięstwa Założycieli.

– Za parę godzin ogłoszę informację o przybyciu ziemskiego statku w widorędziu skierowanym do całej kolonii, a wcześniej złożę oświadczenie przed Zgromadzeniem – powiedział prezydent. – Oczywiście nie będzie żadnej wzmianki o szczegółach, które zrelacjonowałem tutaj, ale chciałem wam teraz przekazać te informacje osobiście, bo nawet nasze najbezpieczniejsze kanały komunikacji mogą w najbliższych dniach przestać być bezpieczne.

– Czy jest możliwe, że ambasador Ziemi będzie miał ze sobą jedną z tych SI? – zapytał Piatkow.

– Rozsądnie będzie założyć, że z dużym prawdopodobieństwem tak – odrzekł Sundstrom. – Może to sprawić, że w Dniu ZZ poczuje się urażony, ale zajmiemy się tym problemem, kiedy zaistnieje. – Rozłożył ręce. – Tymczasem nasze przygotowania stały się sprawą jeszcze większej wagi: zachowajcie aktualne spisy współpracowników i spodziewajcie się, że do jutrzejszego wieczoru zostaną wprowadzone nowe hasła.

Gdy Teo wstał razem z pozostałymi, Sundstrom gestem przywołał go z powrotem.

– Teodorze, gdybyś był uprzejmy chwilę zaczekać.

Kiedy pozostali pożegnali się już i wyszli, przy czym Piatkow miał ponurą minę, prezydent wyjechał wózkiem zza biurka i zbliżył się do dość nijako zaprojektowanego barku. Nalał sobie mały kieliszek czegoś ciemnoczerwonego, nie częstując Teo, wypił jednym haustem i wydał ochrypłe, pełne zadowolenia westchnienie.

– Bardzo się cieszę, że zgodziłeś się dołączyć do mojej małej konspiracji, Teodorze – powiedział. – Nawet jeśli nadal przestajesz z rozmaitymi łobuzami i nieprzystosowanymi społecznie typami, tymi twoimi Charakternymi.

– Ach, to po prostu grupa kolegów z czasów, gdy służyłem w armii, przyjaciół rodziny… – Teo wzruszył ramionami, uśmiechając się. – Ludzie o zbliżonych poglądach.

Uśmiech Sundstroma był znaczący.

– W każdym razie nadal cenię twoje doświadczenie oraz przenikliwość w kwestiach militarnych, a nawet twój punkt widzenia jako tego, który robi za dyżurny głos sprzeciwu. Ale jest jeszcze coś, co wnosisz do naszych potajemnych machinacji, coś, co być może będzie miało kluczową wagę.

Teo się zaśmiał.

– Coś mi mówi, że nie ma pan na myśli mojego uroku ani chłopięcej urody.

Sundstrom spojrzał na niego spod oka.

– Z tego co wiem, ty oraz twoi starzy przyjaciele z Korpusu nazywacie to „aktywami”.

Teo, który nadal stał, znieruchomiał, ale po chwili zmusił się, by rozluźnić mięśnie.

– Aktywami?

– Po Przewrocie Zimowym zniknęła znaczna liczba broni i amunicji, a także środki wybuchowe, sprzęt techniczny i pewna liczba pojazdów. Zakładając, że to wszystko zostało zgromadzone w różnych miejscach w pobliżu osad kolonii, nie można wykluczyć, że jakiś organ wywiadowczy rządu mógł się dowiedzieć o tych kryjówkach. W takim wypadku dane na ich temat mogą się znajdować w plikach, które, jak już wspomniałem, wkrótce staną się nie do końca bezpieczne. Oczywiście gdyby te magazyny okazały się puste, wówczas takie pliki można byłoby bez zwłoki zamknąć i skasować. – Uśmiechnął się. – Nie wiem, czemu przechowaliście to wszystko; może nadal żywiliście długofalowe ambicje, a może po prostu pilnowaliście tej broni, żeby nie wpadła w cudze ręce. Tak czy owak, cieszę się, że nadal jest ona w waszym posiadaniu.

Teo uśmiechnął się beznamiętnie.

– Holgerze, nie mam pojęcia, co mógłbym odpowiedzieć, ale starannie rozważę tę kwestię.

– To wszystko, o co proszę.

– Jest jedna mała przysługa, którą mógłby mi pan wyświadczyć – podjął Karlsson.

– To znaczy?

Teo nadal się uśmiechał.

– Czy w czasie pańskiej wymiany komunikatów z ziemskim statkiem dowiedział się pan czegoś na temat losów „Forrestala” i „Tenebrosy”?

– To było jedno z moich pierwszych pytań – odrzekł Sundstrom. – Ale wygląda na to, że nie natrafiono na ich ślad, że my mamy zaszczyt być pierwszymi, z którymi udało się nawiązać kontakt.

– W związku z czym, bez wątpienia, znajdziemy się pod lupą.

– A to dlaczego?

– Bo będą chcieli sprawdzić, jakie efekty dał ten eksperyment w dziedzinie mieszania się kultur – odparł Teo. – Kiedy na Ziemi przygotowywano pierwotny projekt kolonizacji, przeprowadzono komputerową symulację wielu różnorodnych kombinacji narodowo-kulturowych, próbując wyszukać te, które z największym prawdopodobieństwem będą w stanie przetrwać warunki panujące na obcych światach. I stworzyć wartościowe społeczeństwo.

Sundstrom uśmiechnął się smutno.

– Skandynawowie, Rosjanie i Szkoci – co też im przyszło do głowy?

Chwilę później do gabinetu weszła asystentka, niosąc płaszcz Teo. Karlsson włożył go, uścisnął dłoń prezydenta i wkrótce potem ponownie znalazł się w ciemności przed willą. Czuł w powietrzu wyraźny chłodek, gdy opuszczał teren willi przez skrytą w cieniu drzew dwuskrzydłową bramę, tak zaprojektowaną, by wyglądała jak wejście na obszar sąsiedniej posiadłości. Na poboczu drogi czekała zamówiona przez niego wcześniej krętaksówka. Szosa biegła w dół w stronę Hammergardu, a potem wzdłuż wąskiego przesmyku oddzielającego Loch Morwen od Morza Korzybskiego i rozciągającego się dalej oceanu. W obu zbiornikach wodnych migotały barwne odbicia snującej się po nocnym niebie gwiezdnej mgiełki. Jednakże Teo rozmyślał o ostatnich uwagach Sundstroma na temat Charakternych, nie wspominając już o aktywach – wzmianka o nich była cokolwiek wytrącającą z uwagi niespodzianką. Tym niemniej prezydent uznał za stosowne powiedzieć Teo, że aktywa są zagrożone – ta rewelacja mogła implikować jedynie ograniczoną liczbę rzeczy, a wszystkie one oznaczały kłopoty.

Teo polecił kierowcy, by ten wysadził go na szosie biegnącej wzdłuż brzegu Loch Morwen, w dzielnicy miasta noszącej nazwę Northvale. Podczas gdy pomruk krętaksówki stopniowo cichł, w miarę jak oddalała się z powrotem w stronę centrum, Karlsson wyjął swój kom, kierując się w górę bocznej drogi prowadzącej do jego domu. Był to starszy, masywniejszy model, z obudową wykonaną ze śpiewdrewna, podrapaną i pociemniałą od długiego używania, ale wygląd zewnętrzny nie szedł w parze ze specjalnie dobranymi, unowocześnionymi komponentami. Kilka naciśnięć kciukiem później na owalnym błękitnym ekranie pojawił się napis „Witajcie w Krypcie”, a kiedy Teo podniósł urządzenie do ucha, przez sekundę czy dwie słyszał zawadiacką melodię graną na dudach, zanim ktoś odebrał.

– Aye, co znowu?

Theo odchrząknął.

– Rory, to ja.

Chwila milczenia.

– Aj, przepraszam, majorze; dopiero co miałem Stefa na linii z Tangenbergu, dziamolił mi tu na grafik ćwiczeń, bo chce obejrzeć na widzie przylot tego ziemskiego ambasadora, i myślałem, że to znowuż on…

– Nie szkodzi, nic się nie stało – odparł Teo. – Słuchaj, będziemy musieli dzisiaj ruszyć parę ładówek i załóg.

– To nie będzie łatwe, szefie. Po co?

– Sundstrom wie o aktywach.

– Rany, tylko nie to…

– A ściślej rzecz ujmując, wie, że rządowy wywiad o nich wie, więc musimy je wszystkie dzisiaj przetransportować gdzie indziej.

– Kruca fuks, szefie, czy bedziemy musieli szczelać, żeby zwiać?

Teo zwolnił kroku, zbliżając się do obrośniętych liśćmi schodów, które prowadziły w górę do jego lokum.

– To właśnie jest w tym wszystkim najśmieszniejsze, Rory: nie sądzę, żeby ktokolwiek obserwował kryjówki, nie mówiąc już o zasadzaniu się na nas. Słuchaj, jestem teraz pod domem. Niech Iwanow albo Janssen przyjadą tu po mnie za kwadrans. I jeszcze jedno: zobacz, czego uda ci się dowiedzieć na temat gościa ze służb specjalnych imieniem Donny. – Podał z pamięci krótki opis.

– To musiało być niezłe spotkanie, co żeście na nim byli w pałacu – powiedział Rory. – Czy słusznie myślem, że całe to ambasadorskie przyjeżdżanko i witanko nie jest do końca tym, na co wygląda?

– Rory, pojęcia nie masz.

A śpiesząc drewnianymi schodkami w górę, pomyślał: I zdaje się, że ja też nie.

3 Legion

To kontraktowy statek zwiadowczy o nazwie „Segmenter” odkrył planetę Darien, eksplorując niebezpieczne rubieże strefy głębinowej Huvuun.

Przemierzając splątane wiry i kurtyny międzygwiezdnego pyłu i śmieci, „Segmenter” skrupulatnie (i potajemnie) nanosił obiekty na mapy, skanował i przeprowadzał pomiary przez kilka długich tygodni, zanim natrafił na układ gwiezdny, którego nie było na żadnej mapie, o czterech planetach, w tym jednej nadającej się do zamieszkania. Ponieważ do tej części Huvuun aktualnie rościły sobie prawa dwie antagonistycznie nastawione cywilizacje, Brolturanie i Imisil, przez kolejną godzinę czy dwie panowało napięcie, podczas gdy skanowano układ w poszukiwaniu innych statków, boi sygnałowych, sond lub sieci czujników. Kiedy stało się jasne, że obszar jest wolny od tego rodzaju zagrożeń, „Segmenter” podleciał bliżej, a jego załoga zabrała się do pracy.

Wkrótce zaczęły napływać dane: nadający się do zamieszkania świat, wariant trzeci, ze skupiskiem osad na średnim poziomie zaawansowania technicznego, a dodatkowo posiadający duży, również nadający się do zamieszkania księżyc. Potwierdzono, że zamieszkujący planetę rozumny gatunek to Ludzie, a ich prosta sieć informacyjna ujawniła, że cała populacja liczy jakieś dwa i trzy czwarte miliona. Księżyc zamieszkiwała tubylcza dwunożna rozumna rasa zwana Uvovo, koegzystująca z rozległym ekosystemem leśnym…

Jeden ze skanerów „Segmentera” poskładał zebrane informacje w wyczerpujący raport, który został następnie przekazany kapitanowi. Ten z miejsca uświadomił sobie, że obecność Ludzi czyni te informacje zbyt ważnymi, by mógł je zachować dla siebie, więc rozkazał, aby raport zakodowano i wysłano nadprzestrzennym drugopoziomowym łączem komnetowym do siedziby kartelu Oko Słońca, gigantycznej międzygwiezdnej korporacji, która wynajęła usługi „Segmentera”. Stamtąd pomknął on do Biura Spraw Zewnętrznych na Iseri, nadrzędnym ojczystym świecie Hegemonii Sendrukańskiej. Sześć godzin po tym, jak raport opuścił „Segmentera”, nad jego treścią dyskutowali najwyżsi urzędnicy Hegemonii oraz ich SI, a prace nad sformułowaniem strategii politycznej były już w toku.

Jednakże kapitan „Segmentera” nie miał nic przeciwko temu, żeby dwukrotnie sprzedać ten sam towar, i szybko znalazł nań klienta w cieszącym się złą opinią porcie Czarne Gniazdo. Zadowolony z nowego nabytku diler danych przelał okrągłą sumkę na bezpieczne konto, po czym niezwłocznie przesłał pliki pewnej liczbie klientów, którzy zgodnie z umową otrzymywali na bieżąco wszystkie informacje o nowo odkrytych planetach.

Jednym z tych klientów był kiskashiński pirat liniowy na Yndyeri Duvo, świecie drugiego szczebla w Autarkii Erdindeso. Dzięki reputacji kogoś, kto jest w stanie sprzedać wszystko każdemu, zyskał on szereg klientów, w odniesieniu do których słowo „ekscentryczny” stanowiło zaledwie początek. A do najbardziej małomównych zaliczał się jeden, którego Kiskashińczyk na własny użytek ochrzcił Lordem Tajemniczym. Lord Tajemniczy objawił się prawie dwadzieścia lat wcześniej, z solidnymi zasobami finansowymi w piraseryjskiej walucie i zwięzłym opisem swoich wymagań, gdy chodzi o informacje, z dołączonym bezpiecznym adresem w sieci lokalnej na siostrzanym świecie Duvo, Yndyeri Tetro. Kiskashińczyk był flegmatycznym kupcem i dopóki tylko wiarygodność kredytowa jego klientów pozostawała bez zarzutu, nie zależało mu specjalnie na tym, żeby się o nich dowiedzieć czegoś więcej. Tak więc gdy tylko raport na temat Dariena pojawił się w jego przenośnej przestrzeni danych (w czasie gdy on sam targował się z pewnym tekmarketerem o koszty związane z przepustowością łączy w nadchodzącej heksadzie), kupiec zorientował się, że jest to akurat ten typ informacji, jaki Lord Tajemniczy zaznaczył w swoim profilu zbieracza jako pożądany. Zamiast jednak niezwłocznie przesłać raport dalej, Kiskashińczyk otworzył go i zastanowił się nad treścią; dawno zapomniana kolonia Ludzi odkryta w samym środku strefy głębinowej Huvuun, z Imisilczykami w jednym rogu, Brolturanami w drugim oraz wiszącą nad tym wszystkim Hegemonią – hmm, ryzykowna lokalizacja, bez wątpienia, i fascynująca. Kiskashińczyk nie znał żadnych Ludzi, ale gdyby jacyś skontaktowali się z nim, żeby przedstawić lukratywną propozycję, z pewnością byłby otwarty na taką możliwość.

A na wypadek, gdyby jacyś inni jego klienci wykazali zainteresowanie tym małym kąskiem, umieścił raport w jednej z wolniejszych kolejek wychodzących. To da mu trochę czasu, żeby później zapoznać się z nim dokładniej i oszacować możliwości jego ponownej sprzedaży. W końcu interes musi się kręcić.

4 Chel

Ilekroć wchodził na pokład któregoś z pojazdów skonstruowanych przez Ludzi, Chel odkrywał, że zmuszony jest na nowo uczyć się opanowania i cierpliwości. Były twarde i puste w środku, całkowicie pozbawione witalności organicznego życia, a mimo to wyposażone w sprytnie zaprojektowane silniki, które pozwalały im się poruszać. Kiedy rządowy zeplin wylądował w Porcie Gagarina, Chel odetchnął, śpiesznie schodząc z pomostu na ubitą ziemię wgłębionego lądowiska. Trudno było zaufać czemuś, co ani nie oddycha, ani nie posiada bijącego serca – czemuś, co nie śpiewa pieśni życia.

A jednak kiedyś, w bardzo odległej przeszłości, musieliśmy być całkiem inni, pomyślał, oglądając się na sterowiec. Kiedyś Uvovo obrabiali zimny, martwy kamień i wznosili takie budowle jak ta świątynia na Waonwirze. Jakim byliśmy wówczas ludem?

Krótki nocny lot z Waonwiru, który Ludzie nazywali Ramieniem Olbrzyma, do Portu Gagarina stanowił zaledwie pierwszy etap jego podróży. Na lądowisku powitała go zdyszana, wyglądająca na znękaną młoda ludzka kobieta, która natychmiast poprowadziła go zabudowanymi przejściami do jednego z dużych lądowisk, a w biegu przedstawiła się jako Oksana. Dotarłszy na miejsce, weszli na pokład potężnego, ociężałego frachtowca o nazwie „Skidhbladnir”, tak poobijanego i brudnego, że w porównaniu z nim rządowy zeplin wydawał się nieskazitelnie czysty.

Gdy już znaleźli się w środku, Oksana przeprosiła za pośpiech, zrzucając winę na niekompetentnych kurierów, i dała mu bilety na resztę podróży.

– Nie powinna potrwać dłużej niż sześć czy siedem godzin, a po drodze będzie pięć przystanków, zanim dotrze pan do Invergault, gdzie będzie na pana czekał ktoś z Ibsenskog. Kiedy będzie pan gotów do powrotu, proszę po prostu przysłać nam wiadomość z biura monitorów w mieście.

– Będę pamiętał, Oksano – odrzekł Chel. – Bardzo dziękuję.

– Nie ma za co, Uczony – odparła. – Bezpiecznej podróży.

Kiedy odeszła, Chel odszukał wyściełaną półkę, która miała mu posłużyć za kuszetkę, podczas gdy z dołu, z głównej ładowni, nadal dobiegały głuche uderzenia oraz okrzyki towarzyszące załadunkowi. Wkrótce potem wreszcie zamknięto luk i towarowy zeplin zakołysał się, gdy go odcumowywano. Zabuczały silniki, a półka pod ciałem Chela delikatnie zawibrowała; potem poczuł łagodniejsze kołysanie i zrozumiał, że ruszyli w drogę.

Sześć czy siedem godzin, o których mówiła Oksana, zmieniło się w prawie dziewięć. Podczas gdy frachtowiec leciał przez noc i poranek, Chelowi udało się zdrzemnąć na pewien czas, kiedy już przyzwyczaił się do martwego, pustego pojazdu Ludzi. Niemal przestał zauważać terkot bębnów cumowniczych, okrzyki robotników dźwigających towary oraz odgłosy towarzyszące przenoszeniu ładunku. Kiedy „Skidhbladnir” wreszcie dotarł do Invergault, Chel bezsprzecznie poczuł ulgę, złażąc na niewielką platformę stacji zeplinów, podczas gdy towarowy sterowiec wisiał nad jego głową, kołysząc się na napiętych, skrzypiących linach.

Invergault było miasteczkiem ulokowanym powyżej kamienistej zatoczki znajdującej się blisko krańca fiordu o stromych brzegach. Podobnie jak większość Wschodnich Miast stanowiło ono miejsce spotkań i handlu dla myśliwych, rybaków oraz traperów. Schodząc z platformy, zauważył, że na prawie wszystkich dachach stoją krętniki wykorzystujące siłę wiatru, a wyloty kominów zasłaniają duże korzenie affteg, pochłaniające popiół i dym z kominków oraz pieców kuchennych, pozwalające wykorzystać ulatujące ciepło, zamiast pozwolić, by się zmarnowało. Chel wiedział od swoich nauczycieli, że zanim Ludzie wysłali swoje statki w górę, ku ojczyźnie Segrany, koloniści prowadzili rabunkową gospodarkę zasobami przyrody i w zasadzie nie podejmowali jakiegokolwiek rodzaju działalności chroniącej te zasoby. Po zawarciu Porozumienia Przyjaźni Uvovo zdołali pomóc Ludziom zarzucić niektóre nieoszczędne, niszczycielskie zwyczaje, pokazując im, jak uprawiać i wykorzystywać liczne odmiany korzenia przesiewniczego. Z czasem umożliwiło to założenie siedmiu lasów potomnych, dzięki którym do społeczeństwa Ludzi pomału przeniknęła zmiana postaw kulturowych. Ochrona środowiska naturalnego stopniowo stała się częścią ich obyczajów i tradycji.

Na pokrytym żwirem zboczu niedaleko zepstacji Chel spotkał młodą Uvovo, która wyszła mu naprzeciw. Była odziana w proste zielone szaty i nosiła amulet Życzliwych. Otoczona przez wyższych, masywniejszych Ludzi, sprawiała wrażenie wystraszonej, ale rozpromieniła się na widok Chela. Przedstawiła się jako Giseru i poprowadziła go w górę, do zagrody z lohigami, gdzie starszy człowiek doglądający zwierząt odwiązał dwa wierzchowce i osiodłał je z niemal niedbałą sprawnością eksperta. Kilka chwil później Chel i jego przewodniczka już wyjeżdżali z miasta, podążając szeroką, zrytą koleinami wiejską drogą, która zagłębiała się w porośniętym krzakami wąwozie, a później wiodła przez leżące dalej zalesione wzgórza.

Chel musiał stłumić chęć roześmiania się, gdy ściskając w dłoniach pręt zastępujący wodze, podążał za Giseru przez las. Lohigi były sześcionożnymi stworzeniami o segmentowanych ciałach, chronionych przez kościane pancerze, których wielkie ciemne ślepia były osłonięte mrugającymi wewnętrznymi powiekami. Pod liściastymi baldachimami Segrany zwykle osiągały zaledwie rozmiary dłoni, ale kilka gatunków roślin oraz zwierząt występujących zarówno na Umarze, jak i na jej lesistym księżycu wykazywało aż tak daleko idącą dywergencję. Chel rozmawiał już z ekologami Ludzi i słyszał, jak z ogniem w oczach mówią o tej czy tamtej teorii, próbującej wyjaśnić te różnice. Jakkolwiek przyznawali, że dawniej Uvovo zamieszkiwali zarówno planetę, jak i księżyc, to jednak nie byli skłonni przyjąć do wiadomości, że Segrana niegdyś rozciągała się na obu światach i że to utrata tej błogosławionej obecności stano­wiła główną przyczynę zmian. Ludzie mówili o „kataklizmach naturalnych” i o „wymieraniu gatunków”, lecz legendy Uvovo opowiadały o potężnym i straszliwym konflikcie, Wojnie Długiej Nocy, o walce między Widmowymi Bogami a Pozbawionymi Snów, która doprowadziła do spłonięcia świata określanego teraz przez Ludzi mianem Dariena. Archiwiści i nauczyciele Ludzi znali legendy Uvovo, ale nie rozumieli ich, a gdy przybywali odwiedzić wysokie siedziby Segrany, nie słyszeli jej pieśni.

Uśmiechnął się melancholijnie, wiedząc, że nie jest to do końca prawda. Było kilku takich, których cechowała zdolność nieco głębszego postrzegania, jak Lyssa Devlin czy Paweł Iwanow, który przy odrobinie szczęścia pewnego dnia dostrzeże zarysy ogromu Segrany. Jednakże istniała jedna ludzka kobieta, uczona imieniem Catriona Macreadie, której cechy intelektu być może pewnego dnia pozwolą jej zrozumieć ten ogrom.

Lohig, na którym jechał Chel, szedł stępa, krocząc miękko i w miarowym tempie, choć droga stała się nierówna i wznosiła się stromo. Słońce przeszywało warstwy listowia grotami jaskrawego światła; stało już na tyle wysoko na niemal bezchmurnym niebie, że mogło być południe. Owady bzyczały i wirowały w ciepłym leśnym powietrzu, pierzaste hizio wyśpiewywały swoje trele w wysokich gałęziach, a w oddali ubakile smętnie pohukiwały do siebie nawzajem. Uśmiechnął się, słuchając tych zlewających się ze sobą dźwięków, chóralnej muzyki istot zamieszkujących las; na jej skraju był w stanie wychwycić spokojny, jednostajnie dźwięczący głos, słaby, lecz dający się rozpoznać bez żadnych wątpliwości, głos Ibsenskog, lasu potomnego Segrany.

Jego przewodniczka Giseru prawie się nie odzywała, gdy wędro­wali przez leśne poszycie, omijając gęste zarośla i wspinając się dróżką, która biegła wzdłuż niewielkiego strumienia. Odgłosy wody płynącej po kamieniach były niczym odprężający szept, mieszający się z poszumem zalesionych wzgórz, lecz głos lasu potomnego stawał się silniejszy z każdą chwilą. Po jakimś czasie Chel usłyszał syczący, pluszczący odgłos i wkrótce dróżka wyprowadziła ich na porośnięte trawą zbocze niedaleko podnóża wodospadu. Wąskie, lecz gładkie stopnie wiodły w górę skalistego urwiska, a lohigi wspięły się po nich bez trudu. Owady kreśliły wzory w ciepłym powietrzu, a na górze zarośnięte krzakami zbocze prowadziło do ocienionego drzewami wąwozu, który zwężał się w szczelinę wypeł­nioną odgłosem płynącej szybko wody. Jednakże ułożono tam prymitywną, ale solidną ścieżkę z kłód oraz ociosanych kawałków kamienia. W szczelinie było ciemno, jej nierówne ściany porastał grubymi brodami mech, lśniący od kropelek wody, które opadały mgiełką z góry. Potem z prawej pojawiła się wąska przełęcz i wspięli się tam po niedbale wyciętych stopniach, które po zakręcie wyprowadziły ich na porośnięty trawą wzgórek, gdzie u wylotu ścieżki wznosił się wielki głaz. Po jednej stronie grunt opadał w stronę kamienistego wąwozu, wodospadu oraz zalesionych wzgórz, po drugiej zaś obniżał się łagodnie, tworząc niedużą, zadrzewioną i ukwieconą kotlinę, za którą rozciągał się Ibsenskog.

Las potomny Segrany zajmował niemal całą długość wysoko położonej doliny górskiej. Pięćdziesiąt lat po ponownym zasianiu Ibsenskog i pozostałe lasy potomne stały się najbujniej zalesionymi, najbardziej kwitnącymi miejscami na Umarze, nadal jednak mogły się równać co najwyżej ze słabiej zarośniętymi obszarami Segrany, terenami, gdzie skupiska różnego rodzaju żywych istot były mniej liczne. Chel zatrzymał się na sekundę czy dwie, pozwalając, by wsiąkała weń pieśń życia lasu potomnego, karmiąc jego uszy, smak i węch swym słodkim bogactwem, choć wiedział, że jest to zaledwie echo wszechogarniającej, niekończącej się uroczystej pieśni, jaką śpiewała Segrana. Zamykając na chwilę oczy, uśmiechnął się.

– Słuchacz Faldri nas oczekuje, Uczony – zabrzmiał głos Giseru.

Zaskoczony Chel otworzył oczy i ujrzał wysoką, zakapturzoną postać Słuchacza, który stał na skraju lasu, nieopodal ścieżki, która wiodła w zielony uścisk gęstwiny.

Wiedziałem, że Życzliwi Uvovo są opiekunami Ibsenskog, pomyślał. Ale nie miałem świadomości, że Faldri tu przybędzie.

Giseru już skierowała swojego lohiga w dół, w kotlinę, więc Chel popędził swojego, ale jego pragnienie zagłębienia się w las raptownie zmalało; teraz mieszała się z nim niechęć.

Słuchacz wspierał się na długiej lasce z czerwonego znakdrewna i zdawało się, że zupełnie nie zwraca uwagi na ich przybycie, nawet wtedy, gdy już zsiedli z wierzchowców i uwiązali je do słupa z nacięciami. Dopiero kiedy Giseru podprowadziła Chela, by oboje mogli się ukłonić, stanąwszy u prawego boku Słuchacza, ten wreszcie zareagował – to znaczy odwrócił się i odszedł nieśpiesznie w stronę lasu i rzucanego przezeń cienia.

– Niżsi rangą Uczeni zajmą się stworzeniami – powiedział. – Chodźcie.

Giseru sprawiała wrażenie nieco zawstydzonej, ale Chel tylko się uśmiechnął i ruszył w ślad za Słuchaczem.

Faldri mnie wypróbowuje, pomyślał. Nieważne, czy robi to świadomie, czy też nie.

Kurtyny pnączy gumaus o cienkich wąsach zwieszały się z gałęzi po obu stronach; na nich wspierały się liczne inne pnące rośliny, w tym takie, które właśnie kwitły, rozsiewając słodką woń. Gdy szli, stadka małych igissa o rudej sierści pomykały i skakały z drzewa na drzewo, sprawiając, że całe masy listowia kołysały się i szeleściły. Popiskiwania i bzyczenie, gwizdy i skrzeki – radosne głosy dzikich mieszkańców Ibsenskog, ponad którymi rozbrzmiewała pieśń życia samego lasu, wlewając się w jego myśli. Miał właśnie zapytać Giseru o tutejszy układ cieków wodnych, kiedy Faldri odprawił ją, a następnie bez słowa nakazał Chelowi gestem, by ten dalej szedł za nim. Chel pomyślał, że Słuchacz w ogóle nie zamierza z nim rozmawiać, ale kiedy chwilę później wspinali się po krętych stopniach z kory, Faldri przemówił:

– Poczyniłeś istotne postępy, odkąd uzyskałeś status Uczonego. Mimo że zdecydowałeś się przystać do Uvovo Wojowników.

Słuchacz nieco zwolnił kroku, tak że szli teraz ramię w ramię. Faldri był kiedyś nauczycielem Chela i relacje między nimi nie układały się w tamtych czasach dobrze.

– Postanowiłem służyć Segranie i Wielkiemu Celowi, Słuchaczu – odrzekł Chel. – Osądziłem po prostu, że klad Wojowników lepiej współgra z moim temperamentem aniżeli klad Życzliwych.

Starał się, by jego słowa zabrzmiały pojednawczo, dlatego próbował dać do zrozumienia, że za tym wyborem wcale nie kryły się silne osobiste preferencje. Odniósł jednak wrażenie, że jego komentarz wzbudził tylko gniew.

– Osądziłem? – powtórzył Słuchacz, zwalniając kroku, by po raz pierwszy popatrzeć mu prosto w twarz. Chela boleśnie zaskoczyły zmiany, jakie zaszły w jego dawnym nauczycielu, odkąd przepoczwarzył się w Słuchacza: wyostrzone rysy, zapadnięte oczy, zanik wszystkiego, co zbędne. – Osąd jest sprawą Słuchaczy, nie zaś Uczonych!

Potem ruszył naprzód długimi krokami, wspinając się na szczyt wzniesienia.

– Pośpiesz się, żadnego guzdrania! Wkrótce nastanie godzina rozpoczęcia zinsilu.

Posiadający dłuższe nogi Faldri wspiął się na szczyt szybciej niż Chel, który musiał podbiec, żeby go dogonić. Po drugiej stronie ścieżka zagłębiła się w potężne ciemne kłębowisko liściastego poszycia – krzaków i drzewek splątanych z pnączami oraz pasożytniczymi chwastami. Faldri, schylając głowę, wkroczył w mroczny otwór, a Chel poszedł w jego ślady. Nierówna ścieżka opadała zakosami w dół między porośniętymi mchem pniami, by w końcu wyjść na polanę ocienioną przez trzy wysokie vaskiny wznoszące się wokół nieruchomej sadzawki. Słuchacz Faldri już klęczał między dwoma spośród tych drzew; oczy miał zamknięte, długopalce dłonie wyciągnięte przed sobą i odwrócone wnętrzami do góry, a szerokie usta o cienkich wargach coś mamrotały. Przez znajdującą się gdzieś w górze przerwę w baldachimie liści przesączało się światło, a kiedy Chel podszedł bliżej, ujrzał, że między trzema gładkimi, prostymi pniami opada mgiełka drobniutkich kropelek.

Poczuł narastający dreszcz niepewności. To zinsilu w niczym nie przypominało poprzedniego, w jakim uczestniczył. Tamto odbywało się w przyjaznym otoczeniu i składały się nań fascynujące dyskusje ze starszymi rangą Uczonymi na temat kierunku, w jakim postępowały jego badania. To miejsce przypominało mu czuwanie w vudronie, w którym uczestniczył zaledwie kilka razy w życiu, tylko że obecność, którą wyczuwał tutaj, nie była spokojna i kontemplacyjna, lecz surowa i posępna.

Futro na jego głowie i szyi zjeżyło się, gdy podchodził. Faldri nadal trwał w bezruchu z wyciągniętymi dłońmi, mrucząc cicho; jego rysy z trudem dawało się rozróżnić w cieniu kaptura. Chel zatrzymał się na skraju sadzawki. Teraz widział, że nie jest całkowicie nieruchoma; jej powierzchnia od czasu do czasu nieznacznie drgała. Spoglądając w górę, widział opadającą mgiełkę i drżący srebrzysty blask. Chel przez kilka chwil stał w milczeniu, aż w końcu zdecydował się przemówić, jednakże Faldri, który nadal miał zamknięte oczy, uciszył go płynnym gestem. „Zaczekaj”.

Czas się dłużył. Chel oddychał w powolnym rytmie, narzucając sobie spokój, węsząc i smakując wonie mokrego drewna oraz zielonych liści. W końcu Faldri przestał mamrotać i wciągnął powietrze.

– Brama jest teraz otwarta, o Wielki Starszy. Twoi słudzy czekają.

Głos Słuchacza odbił się echem w uszach Chela. Zmysły Uczonego wibrowały wraz z pieśnią życia lasu potomnego, która rosła w siłę, powoli wzbierając w jego ciele fontanną energii, przenikając jego kończyny, żyły, kręgosłup. I nagle zrozumiał, że wyczuwa świętą obecność Segrany… oraz jeszcze kogoś. W świetlistej mgle nad sadzawką zamajaczył niewyraźny kształt – wysoka, pochylona postać spowita fałdami długiej szaty.

Chel wytrzeszczył oczy, zafrapowany i pełen trwogi. Faldri nazwał przybysza „Wielkim Starszym” i Uczony nagle uświadomił sobie, że patrzy na jednego z legendarnych Mistrzów Ścieżek.

Ale historia mówi, że ostatni spośród nich zmarli po Wojnie Długiej Nocy, pomyślał. Jakim sposobem któryś miałby nadal żyć po tysiącach lat?

– Nie ma czegoś takiego jak śmierć – rozległ się głos. – To tylko wszechświat zaczyna śnić o nas inny sen…

Chel odruchowo skłonił głowę, w której kłębiły się gorączkowe myśli. Długowieczni Mistrzowie Ścieżek byli trzecim upoczwarzeniem Uvovo, które osiągnąć mogli jedynie najmądrzejsi, najświatlejsi spośród Słuchaczy. Lecz Wojna Długiej Nocy zdziesiątkowała Uvovo i w dużym stopniu zniszczyła starożytną siłę Segrany, bez której niemożliwe było przepoczwarzenie się po raz trzeci. Ci spośród Uvovo, którzy przetrwali, zostali uwięzieni na lesistym księżycu; po odejściu Mistrzów Ścieżek ich historia zblakła i wystrzępiła się w legendy, ich wiedza skurczyła się do litanii, a obyczaje do rytuałów, do czasu aż pojawili się Ludzie.

– Sny pozostają żywe – westchnął Mistrz Ścieżek. – Im silniejszy jest śniący, tym trwalszy jego sen. Niektórzy śnią sny sięgające na zewnątrz, poszukując jedności z tym, co wieczne; inni śnią do wewnątrz, o głodzie i podbojach, o bólu i ucieczce odeń. Niektórzy nie śnią wcale. Cheluvaharze, czy ty śnisz?

– Wielki Starszy, ja… – Nagle ogarnęła go panika, w umyśle miał pustkę. – Śniłem ostatnio, lecz nie umiem sobie teraz przypomnieć szczegółów.

– Wiem, widzę je. – Głos ścichł do szeptu, gdy unoszące się w powietrzu widmo Mistrza Ścieżek odchyliło zakapturzoną głowę, by popatrzeć w górę, ukazując przy tym twarz dalece odbiegającą od wyglądu zwykłych Uvovo, całą z łuków kostnych; ziały w niej dwie mroczne jamy, które przypuszczalnie były oczami. Potem przemówiło znowu, głośniej i ostrzej. – Do tych światów zbliża się statek, statek z ojczystych gwiazd Ludzi. Przybywa na nim wielkie zło, oczy nowej rasy Pozbawionych Snów, równie spragnionych mocy i władzy jak ich ohydni krewniacy w przeszłości.

Pozbawieni Snów. Słowa te utkwiły w umyśle Chela niczym okruchy lodu, które topniejąc, wypełniały jego myśli lękiem, podczas gdy serce łomotało mu w piersi.

– Wielki Starszy – powiedział. – Czy czeka nas druga Wojna Długiej Nocy?

– Nie. Obecne zagrożenie jest bardziej zbliżone do przyczyny stojącej za pierwszym Wielkim Celem, który kryje w sobie o wiele więcej niż to, czego cię o nim uczono. Podobnie zresztą jak Segrana, którą znasz, nie jest tą Segraną, która istniała kiedyś. Dzisiejsi Pozbawieni Snów nie posiadają też niszczycielskiej mocy swych dawno wymarłych krewniaków, lecz i tak mają jej więcej niż dosyć, by obrócić nocne niebo w wypalone pustkowie. Potajemnie rządzą olbrzymim imperium i są tyleż bezlitośni, ile okrutni i przebiegli.

Spokój chronionej przez drzewa sadzawki i bogata pieśń życia ożywiająca zmysły Chela kontrastowały ze wszystkim, co mówił Mistrz Ścieżek. Mimo to jego myśli zatoczyły krąg, wracając do pytania, czemu znajdował się tutaj, czemu mówiono mu te rzeczy…

– To jest twoje zinsilu, Uczony – powiedział Mistrz Ścieżek, jak gdyby myśli Chela były równie łatwe do odczytania jak zapisane słowa. – Takie zinsilu, jakiego nie widziano od tysiąca pokoleń. Uczony Cheluvaharze, czy jesteś gotów służyć Wielkiemu Celowi wszystkim, co jest ciałem, i wszystkim, co jest umysłem? Czy jesteś gotów zaufać zgromadzeniu Słuchaczy i być posłuszny ich zarządzeniom?

Chel poczuł się oszołomiony ogromem żądania Mistrza Ścieżek, ale głęboko zaczerpnął tchu, opanowując się.

– Jestem, o Wielki Starszy.