Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Główna - Centrum Kultury w Brzeszczach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 439
Rok wydania: 2022
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ŁAWA CHOWANCOWA
szczf/
NIACH
HISTORIA BRZESZCZ W MOICH WSPOMNIENIACH
ZDZISŁAWA CHOWAŃCOWA
HISTORIA BRZESZCZ W MOICH WSPOMNIENIACH
M Ml
Brzeszfzt' 2022
© Copyright by:
Zdzisława Chowańcowa Wydawca:
Stowarzyszenie na rzecz Gminy Brzeszcze „Brzost" Fotografie:
archiwum rodzinne Anny Grzmielewskiej Druk i skład:
Grafikon sp. z o.o.
34-100 Wadowice, Jaroszowice 324 www.grafikon.plKorekta:
Krystyna Duszyk, Teresa Jankowska
ISBN 978-83-966181-6-0
Metryką każdego człowieka, a równocześnie śladem jego istnienia, jest data urodzenia zapisana w gminnych - dawniej w parafialnych - księgach. Taką „metryką" każdej wsi są jej obrzędy, mowa, pieśni, tańce, stroje, a także budownictwo. Wszystkie wierzenia i zwyczaje przez całe wieki nie były spisywane, a przekazywane ustnie. Dobrze świadczy o mieszkańcach, jeśli najmłodsze pokolenie wie i umie opowiedzieć jak żyli ich pradziadowie. Poznawanie i poszanowanie własnych korzeni, po kilkudziesięcioletnim wyjałowieniu przez hitleryzm i stalinizm, jest nakazem naszych czasów.
Brzeszcze, dziś podzielone na „Brzeszcze stare" i „Osiedle", poprzez grupę folklorystyczną „Brzeszczanki", założoną przy Kole Gospodyń Wiejskich, odtworzyło wiele zapomnianych, a wartościowych zwyczajów i obrzędów, które świadczą o wielowiekowej historii Brzeszcz.
Zdzisława Chowańcowa
Szanowni Państwo,
pragnę wyrazić swój wielki podziw oraz wdzięczność z okazji niezwykłej publikacji. Książka „Historia Brzeszcz w moich wspomnieniach" przybliża nam nie tylko historię Brzeszcz, ale też ciekawy epizod z dziejów całej Polski. To jednocześnie dzieło bardzo osobiste, utkane z poruszających wspomnień, w którym udało się uchwycić bliskie relacje rodzinne i wrażliwość na drugiego człowieka. Dzięki lekturze możemy także przekonać się, jak nasi przodkowie byli blisko Boga i natury.
Ta wyjątkowa książka jest również dowodem wspaniałej rodzinnej tradycji, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Autorka - pani Zdzisława Chowańcowa spisała wspomnienia u schyłku swojego życia. Całość mogła zaś ujrzeć światło dzienne dzięki jej córce - Pani Annie Grzmielewskiej, która przygotowała całość do publikacji. Tak więc pani Zdzisławy nie ma z nami, ale jej spuścizna żyje i będzie żyła na kartach opublikowanej książki.
Dziękuję Pani Anno za pomoc w utrwaleniu tych wszystkich brzeszczańskich zwyczajów i obrzędów, które już odeszły, a które zachowała w pamięci Pani śp. Mama. Jest to bezcenne świadectwo wspaniałych postaw mieszkańców, miłości do Małej Ojczyzny i Polski, szacunku do drugiego człowieka i rodziny, przywiązania do tradycji, historii i kultury.
Cieszę się, iż dziedzictwo, któremu Pani Zdzisława była przez całe życie wierna, jest kultywowane przez Stowarzyszenie na Rzecz Gminy Brzeszcze „BRZOST". To właśnie Państwa starania doprowadziły do wydania książki. Jako Członek Zarządu Województwa Małopolskiego, z ogromną radością odnotowuję fakt dofinansowania tej publikacji ze środków realizowanego przez Województwo konkursu Mecenat Małopolski. Jestem pewna, iż wspomnienia pani Zdzisławy Chowaniec zachwycą każdego Małopolanina i zachęcą go do szukania własnych korzeni. Będą wspaniałym pretekstem do snucia rodzinnych rozmów i refleksji nad tym, w jaki sposób zachowujemy wspomnienia.
Wyrażam także Państwu wielką wdzięczność za kultywowanie pieśni i obyczajów brzeszczańskich, które możemy podziwiać na scenie za sprawą działalności Zespołu Regionalnego „Brzeszczanki". Życzę, aby pamięć o historii Brzeszcz inspirowała kolejne pokolenia. Niech za wspaniałą książką i działaniami Stowarzyszenia „BRZOST" idą kolejne inicjatywy, które ocalają od zapomnienia wartościowe dziedzictwo naszego najbliższego otoczenia.
Iwona Gibas
Członek Zarządu Województwa Małopolskiego Kraków, październik 2022
ZWYCZAJE I OBRZĘDY BRZESZCZAŃSKIE
LISTOPAD
Św. Katarzyny - 25 listopada i Andrzejki - 30 listopada
Brzeszczańskie zwyczaje w okresie bożonarodzeniowym zaczynają się już od św. Katarzyny1. W ten wieczór młodzież męska, tak jak w św. Andrzeja dziewczęta, wróżyła sobie, lejąc przez dziurkę od klucza roztopiony wosk na miednicę z zimną wodą. Odczytywanie, co ulało się z zastygniętego wosku, należało do osoby mającej najbardziej bujną wyobraźnię i znającą pragnienia pozostałych. Innym zwyczajem było przestawianie samych butów, po jednym z każdej pary, lub nóg obutych, ściśle dostawianych do siebie po kolei przez wszystkich uczestników zabawy. Kto pierwszy wyszedł za próg, ten pierwszy w najbliższym czasie zmieniał swój stan.
Innym zwyczajem było wypisywanie na kartkach imion odmiennej od siebie płci. Kartki te były rolowane i zagniatane w kilku miejscach, żeby się nie rozwinęły. Losowanie swojego przyszłego współmałżonka odbywało się z zamkniętymi oczami. Wróżono też podkładając te kartki pod poduszkę na noc.
Również w te noce wróżebne były sny. Wszystko, co się przyśniło, miało się w życiu spełnić. Sposobem na dobrą wróżbę było też delikatne rzucanie zapałek bądź korków lub cieniutkich gałązek na wodę w miednicy (dawniej w szafliku), przez dziewczynę i chłopca, a popychane dmuchaniem przez uczestników. Jeśli się do siebie zbliżyły - ślub młodych był zapewniony. Często bywało, że na koniec, kiedy na wodzie pływały wszystkie korki, zapałki czy gałązki, a każdy dmuchał w przez siebie upatrzonym kierunku, zawsze znalazł się ktoś, kto nieoczekiwanym, gwałtownym ruchem ręki rozbryzgiwał wodę na pochylone twarze.
Przyszłość przepowiadano również przez wkładanie pod cztery miseczki2: obrączkę, mirt, różaniec i pieniążek. Wyciągnięta obrączka to wesele, mirt - jeszcze panieństwo, różaniec - klasztor, a pieniążek - bogactwo. Ważne było, żeby każdy wróżący nie wiedział, co jest pod miseczką. Dla żartu, zamiast pieniądza, wkładano również pieluszkę.
W domu, w którym były dziewczęta, zawczasu skubano pierze i sypano pierzyny, a było to w czasie, kiedy z pól wszystko sprzątnięto, czyli na przełomie października i listopada. Zakończenie skubania, czyli „wyszkubek" bywał w Andrzejki.
W adwencie rąbano na zimowy opał drzewo, które układane szczelnie pod północną lub bocznymi ścianami chałupy było dodatkowym ociepleniem przed mrozami.
Wieczorami, w tym okresie bardzo długimi, przy migotliwym blasku szczap wsadzonych w szpary ścian i żaru kuchennego pieca, później przy lampach naftowych i karbidów kach, a od uruchomienia kopalni przy świetle elektrycznym - kobiety łuskały groch, przędh wełnę, len, konopie, haftowały i robiły koronki. Zaś mężczyźni naprawiali popsute narzędzia rolnicze, z nadwiślańskiej wikliny strugali styliska do kopaczek, grabi, żbele do drabiniastych wozów, zęby do bron i grabi, a z końskiego włosia (z ogonów) wyrabiali szczotki do obuwia i czyszczenia bydła. Sam gospodarz robił dokładny przegląd końskiej uprzęży, tej na co dzień i tej świątecznej: na wesela, chrzciny i kuligi, odwiedziny podczas kiermaszu (odpustu) krewnych i znajomych w odległych wsiach.
GRUDZIEŃ
Św. Barbary - 4 grudnia
Święta Barbara od wieków była znana u nas przez przepowiednię pogody na Boże Narodzenie, czyli na tzw. „Gody": „W świętą Barbarę po lodzie, to Gody po wodzie" i odwrotnie'. Jej imię nieczęsto było nadawane brzeszczankom, a mówią o tym XVII- i XVIII-wieczne oświęcimskie księgi parafialne urodzeń. Kult tej świętej zaczął się u nas dopiero wtedy, kiedy w 1904 roku powstała kopalnia węgla. 4 grudnia w 1906 roku, w jej imieniny, jako do patronki i opiekunki górników, w nie wykończonej jeszcze cechowni kopalnianej, z udziałem wszystkich pracowników i ich rodzin, odprawiono uroczystą mszę św. w intencji zwłaszcza tych, którzy w każdej chwili narażają swe życie w podziemiach.
Jeszcze uroczyściej wypadło święto, kiedy w 1928 roku, w naszym kościele pod wezwaniem św. Urbana, w głównym ołtarzu zawieszono namalowany przez krakowskiego malarza - Jana Bąkowskiego\ a ufundowany za pieniądze ze zbiórki między górnikami, obraz z podobizną św. Barbary. Sylwetka świętej w sukni z okresu, w którym żyła, a tak ją namalował pan Bąkowski, została przemalowana, bo: „zbyt dokładnie miała odmalowaną kobiecą figurę". Przemalował ją, według pogłoski już nie do sprawdzenia, jeden z wikarych za kadencji ks. proboszcza Zygmunta Boratyńskiego. Obraz świętej odkrywany jest zawsze podczas mszy św. 4 grudnia, na pogrzebach górników i czasami na ślubach w ich rodzinach.
Św. Mikołaja - 6 grudnia
W XIX i z początkiem XX wieku Święty Mikołaj „przychodził" tylko do dzieci bogatych rodziców i zazwyczaj przynosił w podarunku przede wszystkim sweterki, czapki i inne części garderoby. Choć to były rzeczy codziennego użytku, przez obdarowanych przyjmowane były równie radośnie, jak przyjmowane są dziś bogate prezenty.
W tamtych czasach przemysł zabawkarski był słabo rozwinięty, a lalka, wózek, balon, rysik z tabliczką, a w późniejszych latach piórnik z ładną obsadką i gumką „myszką" były luksusem. Zaś w biedniejszych rodzinach - jeśli już - to w nocy podkładano pod poduszkę kilkukilogramową, papierową torbę, w której zazwyczaj była figurka św. Mikołaja, powszechnie pieczona przez piekarnię ze zwykłego ciasta i sprzedawana w sklepach. Były też tam suszone owoce, tzn. „pieczki" swojej roboty, orzechy i jabłka. Czasem w torbie znalazło się kilka fig, chleb świętojański, rzadziej kilka pomadek. Jeśli pomadka była pakowana w staniol to ten błyszczący papierek był starannie odpakowywany, wygładzany i wkładany między kartki nieczęsto otwieranego, starego zeszytu, jako cenny dla dziecka skarb.
Dzisiaj, przy przeogromnym bogactwie płyt, książek, słodyczy i owoców egzotycznych oraz zamożności rodziców, dzieci dość często opływają ponad miarę we wszystko, stąd trudno będzie im zrozumieć tamte czasy.
Z powstaniem kopalni równocześnie zawiązało się wiele organizacji. Jedną z nich było
Moc le) wróżby przypisywano również św. Katarzynie.
Oryginał umowy ■/. panem J. Bąkowskim jest w moich prywatnych zbiorach.
Towarzystwo Szkół Ludowych, które w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku rokrocznie dla „ochronki" (dziś przedszkole) urządzało św. Mikołaja ubranego w ornat, tiarę, z pastorałem w ręce i w asyście kilku aniołków i diabła. Paczki nie były zbyt bogate, ale ważne było to, że przyniósł je Św. Mikołaj i obdarował sporą gromadkę dzieci - zarówno z biednych, jak i bogatych rodzin.
Zwyczaj ten z „prawdziwym Św. Mikołajem" rozpowszechnił się w prywatnych domach, zwłaszcza, że większość rodziców pracowała na kopalni i na ten wydatek było ich już stać.
Na koniec opisu zwyczaju związanego ze św. Mikołajem należy wspomnieć, że, w Brzeszczach do okupacji hitlerowskiej włącznie, nigdy nie mówiło się Mikołajki czy Mikołaj. Zawsze był św. Mikołaj, który „przychodził z 5 na 6 lub z 6 na 7 grudnia, czyli w swoje imieniny.
Równocześnie utarł się zwyczaj obdarowywania prezentami w Wigilię pod choinkę, który nazwano Aniołkiem lub Gwiazdką.
Św. Łucji - 13 grudnia
Od św. Łucji, tj. od 13 grudnia do 24 grudnia, w notatnikach lub w pamięci zapisywano każdego dnia pogodę. Pogoda 13 grudnia była prognozą na styczeń następnego roku, 14 grudnia - na luty, 15 grudnia - na marzec i tak aż do Wigilii, która wskazywała na grudzień. Dzień Bożego Narodzenia wskazywał na cały przyszły rok i według wierzeń, jeśli w ten dzień słonko błysnęło, choć na tak krótką chwilę „jak chłop wskoczy na konia", to ten krótki promyk wróży dobry rok, czyli urodzajny i bez chorób.
Od św. Szczepana odliczano od nowa. I tak św. Szczepan 26 grudnia, wskazywał na styczeń przyszłego roku, 27 grudzień na luty i tak aż do Trzech Króli włącznie, czyli do 6 stycznia. Nowy Rok zapowiadał pogodę na lipiec, czyli na dobre lub złe żniwa i sianokosy. Następnie każdy miesiąc powtórzony w tych dwóch okresach łączono i dekadami układano pogodę.
Fot. 1. Ostatni żuraw na Nazieleńcach kolo domu Wójcików
Dzień św. Lucji byl też dniem „ostatniego ratunku" dla panien myślących o zamążpój-ściu. Jeśli kandydatka zapomniała w św. Katarzynę zerwać gaiązkę jabłonki lub wiśni i włożyć do garnuszka z wodą, to mogła zrobić to jeszcze w dzień św. Łucji. Jeśli gałązka zakwitła na Gody, to zamążpójście w te zapusty było pewne.
Wigilia
W przeddzień „wiliji", w obejściu każdego gospodarstwa zaczynała się gorączkowa krzątanina. Mielono na żarnach mąkę na żur, wyrzucano spod bydła obornik (gnój), skubano w sąsieku ubite przy zwózce siano i wiązano w „ociepki" lub ubijano do plecowych koszy. Na ręcznej, a później zmechanizowanej (bo przez konia i kierat obracanej) sieczkarni, rżnięto ze słomy sieczkę. Na podściółkę przecinano na starej kosie „gadliny" słomy, a w piwnicach dużym nożem „ciupano" buraki, kwaki i przygotowywano je w szaflikach i putniach. Do wiader i pozostałych naczyń do pojenia bydła i na użytek domowy nabierano ze studni wodę, żeby przez święta nie skrz\-piały żurawie. Wszystkie te przygotowania byl)' po to, żeby w Wigilię, a już broń Boże, w Boże Narodzenie nie tknąć się żadnej roboty, a jeśli już, to tylko najkonieczniejszej.
Fot. 2. Kopalniana Orkiestra Dęta
W samą Wigilię, w domach, w których była polepa3, jeśli wcześniej nie była odświeżona, to w „piyknej izbie" rozkładano świerkowe gałązki, zaś w kuchni po wieczerzy rozkładano na całą podłogę grubą warstwę słomy, która służyła jako siennik, a usuwana była po Św. Szczepanie. Łóżka stały zaścielone już na cale Święta ku radości sprzątających", bo omijało ich wygładzanie haftowanego prześcieradła na spiętrzonych pierzynach i układanie na nich wysoko i równo poduszek.
Rodziny na ogół byty wielodzietne, więc stół był dosuwany do narożnej, szerokiej i długiej ławy, która w nocy służyła dzieciom za łóżko, zaś w dzień zastępowała krzesła. W każdym domu, i biednym, i bogatym, w ten uroczysty wieczór, na pamiątkę, że Dzieciątko przyszło na świat w stajni i złożone było na sianku, na stół nakładano, przynoszone wyłącznie przez gospodarza, pachnące ziołami siano i odrobinę słomy. Na siano nakładano białv, lniany, a w zasobniejszych domach bogato, ręcznie haftowany obrus.
Im bliżej naszych czasów, tym mniejszą wiązkę kładziono pod obrus, a dziś już nieliczne rodziny zachowują tę tradycję.
Do stołu wraz z gospodarzami i ich rodziną zasiadała też czeladź". Nie było zwyczaju zostawiania pustego miejsca dla niespodziewanego wędrowca, bo pojedynczych nakryć nie było. Do XX wieku jedzono drewnianymi, lipowymi łyżkami ze wspólnych, dużych, glinianych mis, po cztery osoby, zaś nieoczekiwany gość w ten wieczór byłby i tak przyjęty i nakarmiony z całą życzliwością i serdecznością.
Na środku stołu leżał półtorametrowy „radośnik"4, później nazwany kukiełką, struclą, plecionką, dziś chałką. Obok niego białe opłatki i kilka kolorowych dla zwierząt oraz miód orzechy i jabłka. Pierwsza gwiazdka na niebie dawała sygnał do modlitwy, którą to zawsze rozpoczynano tę uroczystą wieczerzę. Opłatki rozdzielał sam gospodarz i pierwszy łamał się z wszystkimi bez szczególnych życzeń, tylko z błogosławieństwem na cały rok do przyszłych Godów. Przypominał przy tym, że Pan Jezus dzielił się chlebem, tak i my w potrzebie mamy dzielić się z wszystkimi. Następnie jedzono wcześniej pokrojone przez gospodynię kromki ra-dośnika posmarowanego miodem. Dalej każdy wybierał sobie cztery orzechy, które jeśli były zdrowe miały wywróżyć zdrowie na kolejne pory roku. W XVIII i XIX wieku obowiązkowo trzeba było je rozgryźć zębami. Pierwszy orzech wróżył wiosnę i potem kolejno lato, jesień i zimę. Jabłko przekrawano tak, jak opasuje ziemię równik, a kiedy gniazdko z nasionami ułożone było w gwiazdkę, to wróżyło zdrowy, szczęśliwy rok, jeśli zaś krzyż - chorobę lub śmierć. Po jabłku podawano potrawy gotowane, i tak:
1. zupę grochową,
2. groch z pieczkami, w których musiały być suszone śliwki zapobiegające chorobom żołądka,
3. zupę grzybową z ziemniakami,
4. kluski z makiem,
5. pierogi z farszem z kapusty i grzybów,
6. rosół z suszonych karasi lub głów z karpi z ziemniakami, w którym było dużo cebuli, marchew, korzeń pietruszki, kilka ziaren angielskiego ziela, laurowy listek (bobkou) listek) i posolony do smaku,
7. na koniec podawana była gotowana ryba, a w późniejszych czasach, aż do dnia dzisiejszego, ryba smażona.
Wszystkich potraw było dwanaście, jak dwunastu apostołów lub dwanaście ime.sięc), a wszystko nie zabielane i jałowe, bo do północy obowiązywał ścish post. B\ walo, że na sto e pojawił się szczupak, a ryb było u nas w bród z Wisły, Soły i kilkudziesięciu stawów. Mial szczęście ten, który z kości jego głowy ułożył krzyż, młotek, drabinę i gwoździe narzę
męki Pana Jezusa. . , ..
Po wieczerzy, po uprzątnięciu stołu z naczyń (siano i słoma zostawały na sio e az o . t wego Roku), cała rodzina zasiadała na podłodze i pod „drzewkiem (choinką), tore u
nianych domkach zawieszone było u tragarza, zaś w murowanych - na haku wkręconym w sufit, z kantyczek śpiewała po kolei wszystkie kolędy. Wtedy też dopiero zapalano świeczki osadzone na specjalnych żabkach wpiętych w gałązki świerku.
Po odśpiewaniu kolęd resztę, czasu do Pasterki poświęcano dalszemu kolędowaniu u krewnych, a że wigilijne, postne potrawy, zwłaszcza ryba, wzmagały pragnienie, wypijano u wszystkich całe garnki wody z pieczek.
Nim u nas przyjęła się choinka, zapach lasu dawały świerkowe i jodłowe gałązki rozłożone na polepie, zaś u sufitu wieszano z opłatków białe i kolorowe, misternie wycinane i lepione śliną (rzadziej wodą) „światy". Dlatego też paczki z opłatkami w tamtych czasach były o wiele pojemniejsze.
„Drzewko" ozdabiane było jabłkami, orzechami pozłacanymi pozłótką"' lub staniolem z pomadek, pralinkami lub kostką cukrową owiniętą w białą lub różową bibułę, na obu końcach postrzępioną nożyczkami w równe, cieniutkie paseczki. Po Wigilii dzieci podkradały kostki, a bibułę - dla niepoznaki - wypychały papierem.
Wieszano też czasami ciastka z dziurką w środku, a w późniejszych czasach kolorowe bańki. Śnieg na świerku imitowała zwykła wata lub biała bibuła, składana w wąski pas i strzyżona w dwumilimetrowe paseczki. W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku, w szkole na lekcji robót ręcznych, a także na zbiórkach harcerskich, uczniowie przygotowywali na szkolną i domowe choinki łańcuchy z kolorowego, kłejącego się papieru lub z tańszego, bo bez kleju, lepionego papką z pszennej mąki. Małe kółka łączono na przemian z kawałkami żytniej słomy.
Do twarzyczek aniołków, kupowanych w sklepach, dorabiano z tektury małe postacie, ubrane w strojne, bibułowe suknie. Do wydmuszek z jaj, a także do obsypanych pozłótką szyszek dorabiano skrzydła i głowy różnego ptactwa, a z koralików nanizanych na cieniutki drut wyrabiano motyle, ważki i gwiazdki.
Nim jednak zasiadano do wieczerzy, cały dzień, w którym od wczesnego ranka wszyscy byli odświętnie ubrani i starali się zachowywać poprawnie, „bo jak zachowujesz się we Wigilię, takim będziesz przez cały rok". Cały ten dzień był podporządkowany zwyczajom, a przede wszystkim, co ważne, nazywał się „szczodrokiem"".
Po zjedzeniu śniadania, czyli suchego chleba, czasem ze słonym śledziem, i popiciu herbatą z kwiatu lipowego lub słomy owsianej, po „obiciu" dzieci świerkową gałązką z sakramentalną formułką „na wiliją dzieci biją", co miało im przypominać, że posłuszeństwo i rygor obowiązuje cały rok, rodzice zabierali „radośnik" i szli do swoich kilku, a bywało i kilkunastu chrześniaków - ze „szczodrokiem" i na „szczodroka". Koniecznym było, żeby w gości pierwsza weszła chrzestna, bo jako kobieta zapewniała przy wylęgu kurcząt same kurki, a przy najbliższym ocieleniu się krowy - cieliczkę, a te w gospodarstwie były zawsze mile widziane.
Po wypiciu poczęstunku - a była to najczęściej na przepalonym cukrze z masłem czysta wódka (dawniej okowita), albo grzane z goździkami, cukrem i cynamonem wino własnego wyrobu - chrzestni z następnym „radośnikiem" odwiedzali kolejnych chrześniaków. Przy tym „szczodroku" mężczyźni na ogół „zawieruszali" się w drodze, choć zawsze starali się zdążyć na wieczerzę. Kobiety zaś wracały do ewentualnych, swoich gości, którymi były przychodzące też ze „szczodrokiem" (tj. miarką grochu, woreczkiem pieczek czy kamiennym garnuszkiem miodu) sąsiadki bądź kumy, a że częstowanie w tym dniu było szczególnym honorem każdego domu, to i tu przygotowane było grzane wino z korzeniami lub grzana wódka - „przepalanka".
Poczęstowane i w rewanżu obdarowane sąsiadki wracały, a gospodyni zajmowała się przygotowaniem wigilijnej wieczerzy i wraz z dziećmi przypominała wigilijne zwyczaje i wróżby. Chętniej niż chłopcy brały w nich udział dziewczęta, bo też do zamążpójścia wiek był dość wczesny. Żeby sprawdzić, czy będzie ślub w te Zapusty, z zamkniętymi oczami nabierały w szopie naręcze narąbanego na zimę drzewa, idąc tyłem wnosiły do kuchni i licząc układały za piecem. Jeśli było do pary - wesele pewne.
Dziewczęta, żeby sprawdzić, która z nich będzie bogata, brały miotłę i zaczynając od drzwi zamiatały izbę. Która miała więcej śmieci, ta miała być bogatsza. Zaś po wieczerzy, stojąc na podwórku nasłuchiwały, z której strony zaszczeka pies - z tej przyjdzie mąż. Ponieważ we wsi przy każdym domu szczekał jakiś Filuś, Czaruś czy Reks, to o wróżbę i wybór oblubieńca nie było trudno.
Po wieczerzy, najczęściej na rozłożonym kocu pod drzewkiem zawieszonym u stropu, odśpiewywano wszystkie kolędy z kantyczek, od pierwszej do ostatniej zwrotki.
Żeby sprawdzić, czy „przyszły" będzie bogaty, trzeba było po wieczerzy wigilijnej, w ciemnościach wybrać którąś ze sztachet w płocie i zawiązać na niej kolorową „splotkę" (do warkoczy) lub wstążkę. Sprawdzanie, czy na sztachecie jest dużo kory (co miało oznaczać bogatego męża), czy mało (co oznaczało biednego), odbywało się wcześnie rano, w Boże Narodzenie.
Bogate plony w polu zapewniało celne wbijanie między tragażei;, a deski powały (sufitu), garści słomy wyciągniętej ze snopków postawionych na ten wieczór w czterech kątach izby. Im więcej źdźbeł wbiło się w szpary, tym pełniejsze „fachy" ziarna miały stać na górze (strychu). Garść grochu lub ziarna wykruszonego ze stojącego w kącie snopka i rozsypanego na stole przed wieczerzą, jeśli po przeliczeniu miało parzystą liczbę, wróżyło dostatek. Siekiera położona pod stopę brzemiennej zapewniała syna, a w domu spokój i dobrobyt. Kto przy wieczerzy wigilijnej usłyszał bzykającą muchę miał zapewnienie, że nie wpadnie mu do jadła cały rok, a much w lecie, w tamtym czasie były całe chmary.
Kolorowe opłatki kruszono i mieszano z garścią zboża, potem podawano przed Pasterką bydłu z nadzieją, że się będzie dobrze chować oraz dla przypomnienia, że dawno temu 0110 pierwsze, przed ludźmi było w Stajence Betlejemskiej i swoim oddechem ogrzewało Dzieciątko.
Diabeł w tę Świętą Noc nie chodził między ludźmi i nie kusił do złego, tylko smutny siedział na kominie. Sprawdzić to i ujrzeć go mogła tylko ta osoba, która była bez grzechu i przed północą, trzęsąc płotem, wymawiała zaklęcie: „Plocie, płocie, trzęsę cię, a t\ diabli widzę cię". Po adwentowej spowiedzi większość parafian, jak można przypuszczał., b\la bez grzechu, a diabła łatwo było „ujrzeć" z cieni, jakie rzucały gałęzie rosochatych lip, rosnących przy każdym domu. Osoba, która w ten wieczór ujrzała diabla by ta cah rok omijana przez
niego, bo „on nie mógł jej kusić".
Na Pasterkę dziewczęta brały jabłka, a wychodząc po mszy staw ał\ na naiu \ ższ\ ni stof imi schodów kościoła, odwracały się przodem do ołtarza i rzucały je za siebie. Jeśli M '< J na kawalera, a jeszcze lepiej jak je złapał, zamążpójście jeszcze w t\ch zapust jc \ f
Kawalerowie brali obowiązkowo ze sobą na Pasterkę strugam przez ca \ ai stołeczek, na którym podczas podniesienia trzeba było nieznacznit stanąć, sz\ ' | w stronę dziewcząt (zawsze stały po lewej stronie) i ta, którą pierwszą zo acz
Jeg°Swaz o północy kończył się zwyczajowy post, dlatego Po Pasterce nu,zna się by,o objadać do woli.
Boże Narodzenie
Boże Narodzenie, jak żadne inne święto było obchodzone wyłącznie w gronie rodziny, głównie domowników i nie do pomyślenia było odwiedzanie sąsiadów, czy nawet dalszych krewnych. W tym dniu prace ograniczano do gotowania posiłków i obrządzania bydła. Na śniadanie jadano placek ze zbożową kawą z mlekiem, na obiad rybę już nie gotowaną, a smażoną na oleju, ziemniaki, które dobrze zapychały żołądek, surową kapustę i - obowiązkowo - rosół z wołowiny na pamiątkę, że jedynymi żywymi stworzeniami przy narodzeniu Pana Jezusa, oprócz Matki Boskiej i św. Józefa, były woły.
W latach, w których nie mieliśmy własnego kościoła, na mszę Św., prawie zawsze na sumę, brzeszczanie chodzili, bądź jeździli zaprzęgiem pełnym chętnych, do Oświęcimia, co zajmowało sporą część dnia. Do własnego już kościoła pod wezwaniem Św. Urbana chodzono rano na mszę Św., zaś po południu na nieszpory. Resztę dnia poświęcano na śpiewanie pod „drzewkiem" kolęd i opowiadaniem zdarzeń z dawnych czasów.
W drugi dzień świąt, czyli w św. Szczepana, rozpoczynały się zabawy, śluby i kolędowanie. Rano na sumę gospodyni lub gospodarz brali ze sobą do woreczka owies, który poświęcony przez księdza, a na wiosnę zasiany, miał podnieść plony. Zaś poświęcona garść ziarna podana koniom chroniła przed chorobami i dawała im siłę. Owsem też w ten dzień chłopcy zapychali kieszenie swoich „kabotów", żeby podczas mszy, a szczególnie później przed kościołem, obsypywać lub raczej bić nim w dziewczęta na pamiątkę śmierci, jaką przez uka-mieniowanie poniósł św. Szczepan. Od tego też święta zaczynali po domach chodzić kolędnicy z szopką albo z Herodem. Po Nowym Roku, do Trzech Króli, chodzili tylko z gwiazdą. Gwiazda była tekturowa, oblepiona kolorową, gufrowaną bibułą, najczęściej umocowana na metrowej żerdce w ten sposób, żeby ruchem ręki można było ją wprowadzać w obrót. Na tamte czasy (XIX i początek XX wieku) była to wielka atrakcja, zwłaszcza kiedy gwiazda była oświetlona w środku świeczką. Później nie tylko obracała się, ale miała zamontowaną, świecącą się kolorową latarkę i na końcach swoich ramion była bogato ozdabiana.
Szopki były miniaturowymi stajenkami z tektury albo z cieniutkich, lipowych deszczu-lek, z wystruganym (również z lipy) żłóbkiem, Dzieciątkiem i owieczkami.
VV latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku pojawiły się szopki-teatrzyki z rozsuwaną na sznurku kurtyną, z lalkami odpowiednio do treści kupletów ubranymi, a poruszanymi przez śpiewających i deklamujących tekst z tyłu szopki animatorów. Na koniec spektaklu najczęściej pojawiała się czarownica, urabiająca w maślniczce masło, którą diabeł brał na Łysą Górę. Bywał też „proszalny" dziadek z malutką torebką w ręce, do której dzieci mogły wkładać drobne pieniążki.
Najczęściej jednak spotykani byli kolędnicy z Herodem, Śmiercią, Diabłem, Żydem, czasem Mędrcem Żydowskim, Setnikiem, Strażakiem i Pastuszkami. Do domów nigdy me wchodzili nie pytając najpierw gospodarzy, czy zechcą ich przyjąć, a byli przyjmowani z ochotą. Na powitanie śpiewali:
„Wiwat, wiwat, zaśpiewajmy, cześć i chwalę Bogu dajmy,
ten gospodarz wesół będzie, co nas przyjmie po kolędzie".
Po odśpiewaniu w izbie zostawał tylko Herod, który siadał na podsunięty przez gospodarzy stołek, i iego setnik. Reszta kolędników wychodziła do sieni, skąd w kolejności akcji przywoływani przez setnika wchodzili do izby.
Teksty do przedstawienia były przekazywane z pokolenia na pokolenie, ale też co roku były uzupełniane w bogatsze treści. Również stroje, choć ubogie, zawsze wiernie oddawały występujące postaci. '
Herod mial zawsze na głowie koronę z dykty, posrebrzaną farbą do odświeżania drzwiczek w piecu kuchennym, którą to, zamiast głowy, w ostatnim akcie strącała Śmierć Okryty był płaszczem, a raczej czerwoną peleryną, wykończoną białym, futrzanym kołnierzem z królika. Berło wystrugane było z drzewa.
Cała postać Śmierci wraz z głową okryta była szczelnie płachtą, na której czarną farbą namalowany był kościotrup. W rękach trzymała wystruganą z drzewa kosę.
Najłatwiej było ubrać Diabła, bo choć w tamtych wiekach każdą część garderoby wielokroć cerowano, łatano i do końca „donaszano", to zawsze znalazły się z niej jakieś skrawki, czy to ze starego, sukiennego „płoszcza" lub „kabota", z którego można było uszyć dla diabła czarny kubraczek. O rogi i ogon nie było trudno, bo w każdym gospodarstwie chowano bydło na mięso. Twarz dokładnie i grubo smarowano sadzami, a widły były bezpieczne, bo drewniane.
Żyd, który występował w jasełkach miał długi, czarny chałat, przepasany sznurkiem, na głowie jarmułkę, zawsze obramowaną futerkiem z lisa ze zwisającym ogonem, brodę z lnianych paździerzy, których w każdym domu było pod dostatkiem.
Bywał też Mędrzec Żydowski, który podobnie jak Żyd nosił jarmułkę, długą brodę, chałat, ale już nie czarny, a w rękach obowiązkowo dużą księgę, z której zazwyczaj czytał Herodowi nieprzychylne dla niego wieści.
Swoim strojem wyróżniał się Setnik. Oprócz krótkiej bluzy (tuniki) ze starej, błyszczącej podszewki, ubierał obcisłe spodnie. Do szerokiego, skórzanego pasa na biodrach mial doczepiony drugi, wąski, przełożony na skos przez ramię. Oba paski były ozdabiane blaszkami (od końskiej uprzęży), na głowie, co wzbudzało sensację wśród dzieci, mial hełm, na którym od czoła po kark przyczepiona była szczotka z końskiego włosia. Cały strój uzupełniała halabarda, którą rytmicznie stukając przed Herodem potwierdzał wykonanie jego rozkazów.
Pastuszkowie chodzili, zgodnie z tradycją, w kożuszkach z odwróconym na wierzch włosiem. Na głowach nosili kapelusze, a raczej to, co pozostało z ojcowskiego lub dziadkowego kapelusza. Porcięta wtedy, do pierwszych dziesiątek XX wieku, były tylko lniane. Na nogach mieli stare swoje albo tatusiowe cholewy.
Trzej Królowie na głowach mieli korony jak Herod, tyle że każda różniła się kształtem - jedna z nich podobna była do turbana. Płaszcze to peleryny w trzech różnych kolorach. Rekwizyty - tabakierka dziadka, w której niby nasypana była mirra, złoto - kostka kwaka owiniętego w staniol z czekoladki, wyszukany u krewnych, a kadzidło - stary, dziurawy, posrebrzony garnuszek, uwiązany na miękkim drucie.
Im lepiej wypadło kolędowanie, tym bogatszy był poczęstunek, a z czasem byty to wyłącznie pieniądze. Na odchodnym śpiewano:
„Za kolędę dziękujemy, szczęścia zdrowia winszujemy,
byście byli weseli, jako w niebie anieli,
na ten Nowy Rok"5.
Od czasu, kiedy Towarzystwo Szkół Ludowych (TSL) przy kopalni zaczęło regularnie, a roku odgrywać jasełka dostępne dla publiczności, zmniejszyła się liczba kolędników z szo[ a lub z Herodem. Częściej było widać ich z gwiazdą. .... fi- ■.
Po kolędzie chodził też ksiądz, dla zapoznania się z warunkami, u jakie i żyią ^
oraz czasem dla poświęcenia przy tej okazji nowo wybudowanej chat). L nas., h p<-r .
latach istnienia kościoła pod wezwaniem Św. Urbana, z księdzem po kolędzii <- u ^
ganista, kościelny, grabarz i ministranci, a że ich praca przy kościele b\ a ezj
tej wizycie byli przez parafian obdarowywani, czym kto mógł. Z czasem zaniechano tego zwyczaju i dzisiaj z księdzem chodzą już tylko ministranci. Jak dawniej, tak i teraz oznajmia-ja dzwoneczkami przed domem, że ksiądz jest w sąsiedztwie, a kredą poświęconą na sumie w święto Trzech Króli wypisują na drzwiach litery C M B i rok.
Przy okazji tej wizytacji zachował się zwyczaj, podtrzymywany zwłaszcza przez panny. Kiedy ksiądz odchodząc przekroczył próg, wszystkie rzucały się na ciepłe jeszcze krzesło, bo według wróżby, ta która pierwsza usiadła najwcześniej miała szansę wyjść za mąż.
Okres śpiewania kolęd trwał zawsze 2 lutego - do Matki Boskiej Gromnicznej. Do tego czasu wisiało „drzewko", z którego po rozebraniu strugano „rogalki" do „rozkłuca-nia" (rozrabiania) mąki w żurze.
Po Godach, 27 grudnia, następował dzień Św. Jana zwanego u nas „winnym" od wina, w którym po mszy św. z kielicha mszalnego ksiądz częstował wiernych klęczących przy balaskach.
Dzień św. Młodzianków był uświęcony modlitwą za pomordowane przez Heroda dzieci. Żadnych szczególnych zwyczajów w tym dniu nie było.
STYCZEŃ
Nowy Rok
W XIX wieku, w ostatni dzień Starego Roku po południu, po uroczystych nieszporach, brzeszczańska kapela, składająca się z wyłącznie instrumentów dętych, chodziła, grając pod oknami bardziej zamożnych włościan, którzy zaszczyceni tym wyróżnieniem wynosili nie tylko solidny poczęstunek, ale obdarowywali też pieniędzmi6. Zwyczaj ten trwał do odzyskania przez Polskę w 1918 roku wolności, a przejęła go i odświeżyła kopalniana dęta orkiestra, grając pod oknami bogatych, miejscowych Józefów, po capstrzyku, w dzień imienin Naczelnika państwa, marszałka Józefa Piłsudskiego.
Koniec roku żegnano jak zawsze na tańcach i zabawie. W Nowy Rok ze słomy i siana, które leżało na stole od Wigilii, skręcano wąskie powrósła i obwiązywano nimi owocowe drzewa, wierząc, że ten uświęcony wianek zatrzyma robactwo, a drzewa będą rodziły dorodne owoce.
Trzech Króli - 6 stycznia
Święto to było dniem poświęcania w kościele kredy i wody, która wystawiana w pojemniku, w kruchcie kościoła, była nabierana przez wiernych do butelek. Służyła księdzu do kropienia domowników przy kolędzie, jak również do święcenia zbóż w Wielkanoc. Kredą ministranci podczas kolędy wypisywali inicjały imion Kacpra, Baltazara i Melchiora. Ta poświęcona kreda służyła też gospodarzowi do robienia znaku krzyża na ostrzu kosy, przed pierwszą orką na pługu, przy osadzaniu pszczół w nowym ulu i przy różnych, innych okazjach.
Św. Agnieszka - 21 stycznia
Święta Agnieszka, która „wypuszcza ptaszka z mieszka", pierwsza zwiastowała wkrótce kończącą się, a często bardzo mroźną i dokuczliwą zimę. W chatach, gdzie były małe, pojedyncze okienka, mróz „zamalowywał" na kilka miesięcy szyby, bo opałem było tylko drzewo oszczędnie wycinane we własnych brzezinach i zagajnikach, lub zbierane w dworskim (pańskim) lesie, za okazaniem serwitutu. Taki opał, w porównaniu z później kupowanym węglem, nie ogrzewał długo izby, zwłaszcza, że piece zazwyczaj były ceglane, zaś „szmaty" suszone na strychu musiały być dosuszane na piecu w izbie, co było bardzo uciążliwe dla domowników. Nic dziwnego, że sikorki „wypuszczone z mieszka" przez św. Agnieszkę, swoim wiosennym świergotaniem przypominały, ku radości wszystkich, że wiosna już za pasem, a zima wnet się skończy.
LUTY
Matki Boskiej Gromnicznej - 2 lutego
Z dniem Matki Boskiej Gromnicznej kończył się okres śpiewania kolęd, a rozpoczynała końcówka zapustów, a w nich przedpostne zwyczaje. W samo święto na sumę noszono lane u siebie w domu z wosku gromnice, które co roku poświęcane, miały swoim blaskiem rozpalać w nas „ogień miłości", a zapalane w powrotnej drodze do domu - swoim światłem odstraszać dzikie zwierzęta, zwłaszcza wilki podchodzące do nas z pszczyńskich lasów.
Z początkiem XX wieku, dość powszechnie przy kolędzie były rozdawane przez księdza obrazki z Matką Boską Gromniczną, trzymającą w ręku gromnicę, a przed Nią znieruchomiałą watahę wilków. Były to odbitki z obrazu Piotra Stachiewicza z jego cyklu „Maria Matka Boska".
Gromnicę zapalano też w czasie burz i wystawiano do okna, co miało być ochroną przed gromem, czyli piorunem. Wkładano ją też w dłoń umierającego, bo jej płomyk - według wierzeń - oświecał drogę odchodzącej w zaświaty duszy. W dawnych chatach gromnicę chowano za główny obraz w „piyknej izbie" i tam pozostawała cały czas, żeby być pod ręką.
Z tym świętem związane są dwa przysłowia. Pierwsze to: „Na Gromnice pół zimnice i to przysłowie było wskaźnikiem, ile jeszcze w piwnicach i stodołach pozostało paszy dla bydła i jak nią gospodarować, żeby nie brakło na przednówku.
Jeśli w święto był mróz, wtedy mówiono: „Niedźwiedź budę wali, jeżeli była odw i Iż, mówiono: „Niedźwiedź budę muruje". Miało to znaczyć, że jeśli zima w tym dniu się wzmagała, to była to jej końcówka, jeśli zaś była odwilż - należało się spodziewać nowego jej ataku.
Św. Agaty - 5 lutego
„Od Agaty wyschną na płocie szmaty" - podobnie jak Agnieszka, Święta Aj,ata b\la zwiastunką wiosny.
Św. Walentego - 14 lutego
Święty Walenty straszył mrozem, bo „na święty Walenty, jak odmteriM ;
wienie wysprzedawaj sprzęty". Rzadko jednak zdarzało się, żeb;
ła przyroda, a drzewa puszczały pąki, to też choćby w tym dniu /v-,'e
Natomiast w dniu św. Walentego nie wolno było szyc nawet/rg^oij\ukW-ry w ubraniu mogło spowodować padaczkę, czyli tzw. ciężką ^^flWaliityn/u:
rzeń - święty był patronem. Nigdy nie były znane, a t\ m i \ £>\ /
MARZEC
Zapusty
Od Matki Boskiej Gromnicznej kończyły się powoli kuligi, organizowane po to, by przy poczęstunku, a czasem i przy muzyce, spotkać się z krewnymi lub znajomymi w sąsiednich wsiach. Równocześnie była to przejażdżka dla zdrowia koni, „żeby się nie zastały w stajni", bo wkrótce czekała je kilkumiesięczna, ciężka orka. Zaś w tym czasie nasilały się zapustne zabawy, a w nich pierzowce, wesela, sobotnie potańcówki i różne przedpostne, wesołe zwyczaje, najczęściej organizowane w karczmie.
Chyba najweselszą zabawą w całym roku była tzw. „śledziówka", urządzana jak zwykle w karczmie „u Żyda", w kulminacyjny dzień zapustów, czyli wtorek przed Środą Popielcową. Obierany był wówczas „król śledziowy", którym zostawał ten, kto najdowcipniej przebrał siebie za śledzia, albo samego śledzia za kogoś znacznego ze wsi lub ze swojego otoczenia. Sędziowie zakładali zwycięzcy koronę, czasem równie dowcipnie ozdobioną, np. śledziowymi ogonami. Za to uznanie „król" najczęściej fundował beczkę piwa, której pojemność zależała od jego hojności i zamożności.
Zabawa trwała do północy. Z wybiciem zegara kończono tańce i zasiadano do śledziowego poczęstunku. W czasach, kiedy na mszę św. jeżdżono lub chodzono do Oświęcimia, śledziowa uczta, gry towarzyskie i pogawędki przeciągały się na tyle długo, żeby wprost z nich jechać do kościoła na posypanie głów popiołem.
Innym, powszechnie urządzanym w tym czasie, tak przez chłopców jak i dziewczęta zwyczajem, było ciągnienie kloców. W ostatnią, przedpostną sobotę chłopcy upatrywali już od rana bezżennego kolegi, który był po wojsku, a do ożenku już mu „minęły lata". Złapanego zaprzęgali grubymi powrozami do długiego i zazwyczaj ciężkiego kloca16. Śmigając nad nim batem grozili, że jeśli nie ożeni się w przyszłych zapustach, na drugi rok pociągnie dwa kloce i „postawi" dwie beczki piwa. Takie i inne groźby wykrzykiwali poganiacze dopóty, dopóki nie dotarli do karczmy, gdzie zwolniony z pęt fundował poczęstunek.
W podobny sposób, na tzw. „babskie ostatki", mężatki łapały po wsi „stare panny"17 lub świeżo upieczone mężatki. Również zaprzęgały je do kloców, które były o wiele lżejsze, sznury delikatniejsze i przejście do karczmy lub prywatnego domu cichsze. Za to w karczmie zaczynała się „egzycyrka". Złapanym zawieszano na ramionach, jak „nosidło" na wiadra z wodą, po dwa małe kloce połączone sznurkami, a do nogi przywiązywano jeden cięższy18.
Dzięki ustnym egzaminom, którymi młode mężatki wkupywały się do grona gospodyń, a panny w ich laski, były chwalone przed kawalerami. W tych egzaminach musiały wykazać, czy są albo będą dobrymi sąsiadkami, kucharkami, synowymi. Pytania były bardzo podchwytliwe, a przede wszystkim, dla lepszej zabawy, dowcipne. Dopiero potem zdejmowano im kloce.
Dalszy ciąg egzaminów to sprawdzanie, jak cienko przędą wełnę, konopie i len. Sprawdzano to przeglądając garderobę, która była uszyta, co miało duże znaczenie, z własnoręcznie wyhodowanego i uprzędzonego lnu. Jednak najdokładniej delikatność płótna sędzinę sprawdzały w „ciasnosze" po to, żeby przy okazji mogły delikwentkę podszczypywać lub znienacka gałązką świerku pokłuć po gołym ciele. Rzecz jasna, każda pokłuta podskakiwała, dając tym samym sygnał do podskoków wszystkich uczestniczek zabawy i wykrzykiwania: „Na wysoki
T°Kościt.ktdrwis;.ChaSZC7aCh "a "TymÓWCe" "ad S,FUgą' k'ńra płynę,a poboczem drogi <dziś ul
„Starymi pannami" określano wtedy już dwudziestolatki.
Ciężar kloców, zwłaszcza na ramionach, symbolizował ciężar różnych, małżeńskich obowiązków.
len, na siodłatą kapustę". Te podskoki, wg wierzeń, miały pomóc w wyhodowaniu wysokiego lnu, który im wyższy i dorodniejszy, tym więcej dawał nici, a z nich płótna. Kapusta zaś miała mieć twarde i duże główki dzięki szybkim przysiadom. Przy tej okazji podstępnie podsuwano szafliczek z wodą, do którego, chcąc nie chcąc, wpadały zmęczone podskokami kandydatki na gospodynie.
Zwyczaj ten był również praktykowany przy wysadzaniu rozsady kapusty. Robiąc przysiad gospodyni rozkładała jak najszerzej swoje spódnice, które miały określać jak szerokie i twarde miały być główki.
Były też przeskoki przez „ciosk"7 lub łopatę do wsadzania chleba do pieca. Te przeskoki im wyższe i zgrabniej wykonane, tym pulchniejsze zapewniały chleby i placki, wypiekane przez skaczącą w jej własnym, chlebowym piecu.
Na koniec zabawy młoda mężatka dodatkowo jakimś poczęstunkiem musiała się wkupić do grona gospodyń, a zrewanżować się mogła za te wszystkie, zapustne „przykrości" -w przyszłym roku. Wieczór zapustny kończyły śpiewaniem okolicznościowej piosenki:
„Dała se też suknie szyć, a na przodzie rozpór,
chciała se też podskoczyć, rozpór się jej rozpruł".
Zwyczaj podskoków „na wysoki len", przysiadów „na siodłatą kapustę" i przeskoków przez „ciosk" praktykowany był u nas już w XVIII wieku, a przetrwał do pierwszych dziesiątków XX wieku.
W ostatni dzień zapustów obowiązkowo mazano się sadzami po twarzach i nie było osoby, szczególnie wśród młodych, która nie miała na twarzy choćby jednej czarnej kreski. Zasadą było bronienie się przed atakiem do końca. Pełna radość była wtedy, kiedy wszyscy „świecili" czarnymi buziami. Często też dostawało się „Kabotowi", a że sadza lub czarna pasta jest trudna do wyprania, później zastąpiono ją czekoladą.
Smarowano się po domach, ale bywało, że i na ulicy (dawniej mówiło się „na drodze") i nikt się nie obrażał. Przeciwnie, był to zbyt powszechnie przyjęty zwyczaj i dlatego przyjmowano go bez protestu i ze zrozumieniem.
Jeśli w tym dniu panna pierwsza wypastowała chłopca, jego obowiązkiem, a nawet sprawą honoru, było zrobienie jej w Święta Wielkanocne solidnego „śmigusa". Czasem bywało odwrotnie i panna z nawiązką rewanżowała się „laniem" we wtorek, po Świętach Wielkanocnych.
W XVIII i XIX wieku karczem w Brzeszczach było kilka. Na Nazieleńcach, naprzeciw pańskiego folwarku (obecnie Gospodarstwo Rybackie), u Baraniaka (dziś ul. Kosynierów - niedawno dom spłonął), u Budki na dołach, u Icka Schmeidlera (dziś róg ul. Piastowskiej i J. Sobieskiego) i dworska (dziś róg ul. Doły i J. Sobieskiego), a w okresie międz\wojum\m do 1939 roku - „u Zydka pod polem". Nigdy te karczmy nie działały w jedm 111 czasie. Zazw \ czaj były dwie i arendarzami najczęściej byli żydzi.
Dziś wyraz karczma kojarzy się z obskurnym, brudnym lokalem, a przecież \\sz\stkii te zajazdy, austerie czy karczmy spełniały na swój sposób tę samą rolę, co późniejsze swiet i ce, kluby, kawiarnie, domy kultury, a na wsiach - domy ludowe. Sama karczma to bu wit i właśnie w tych karczmach spotykali się mężczyźni przy kuflu piwa, „bączku lub ,,sz[a<.z ku" (dzisiejsza „setka") okowity, dla wymiany wiadomości o świecie, swoich Ł.osf 01 ar, ' doświadczeniach czy bolączkach wsi, które łatwiej było później rozwiązai na Zwierzchności Gminnej.
Fot. 3. Karczma Betera na Budach
Rzadziej można było tam spotkać młodzież męską, która zimą najczęściej najmowała się do młocki zboża cepami po stodołach, a wolny czas spędzała na różnych „zabawach i zakładach (do połowy XIX wieku nie było dla dzieci i młodzieży regularnego szkolnictwa, więc oświata nie docierała regularnie na wieś, a pisać i czytać umieli tylko nieliczni). Zakładano się, kto podniesie w zębach stołek, kto przegnie rękę siłując się z przeciwnikiem, kto kogo położy na łopatki, kto najdłużej potrafi „czempikować" (przysiad - wyskok, przysiad - wyskok), kto najwięcej razy podskakując wysoko (co też było mierzone) uderzy się piętami w zadek. Przegrany, jeśli oczywiście było go na to stać, „stawiał" wygrywającemu i sekundantom poczęstunek. Tej młodzieży nie wolno było pozostawać w karczmie do późnych godzin, a pilnowali tego wszyscy dorośli tam będący.
Zakłady przyjmowali też starsi, a były to zakłady o wiele poważniejsze niż w przypadku młodzieży. Inspiracją do takiej zabawy była zawsze chęć popisania się i wykazania przed resztą obecnych szybkością, zwinnością, czyli górowaniem ponad innymi. Propozycja padała często nie przemyślana, bo pod wpływem wypitego „szpaczka" czy kufla piwa, dlatego łatwiej było ją przyjąć. W końcu była to atrakcja, urozmaicenie wieczoru, a całe zdarzenie było komentowane i wspominane bardzo długo.
Na przykład dla żartu, za kolejkę piwa ufundowaną dla wszystkich obecnych przez „przegranego", mój Tatuś, Bonifacy Baran zjadł kopę jajek ugotowanych na twardo. Dodatkowo, z własnej woli, zjadł jeszcze mały salceson. Jedząc jajka lekko je solił i wolno mu było rzymś je popijać.
Innym razem znany we wsi siłacz niebogaty, bo „kumornik", zgodził się podnieść wóz bez bocznych desek. Nagrodą miał być ten wóz, a jeśliby przegrał, nie musiał płacić niczym. Wóz podniósł, w dodatku z „gnojowniami". Wygranej nie odebrał, bo jako „kumornikowi" nie mającemu nawet grudki ziemi, wóz nie przydałby się do niczego. Za to przegrany okazał się człowiekiem honoru, bo przy ogromnym aplauzie sekundantów od ręki wypłacił w złotych wartość stawki, czyli wozu2".
Fot. 4. Bonifacy Baran z żoną Konstancją, z domu Tyrnówną, moi Rodzice
Nagrodą za wypicie 20-litrowej beczki bez pośpiechu i oczywiście z możliwością odejścia na „ubocze", była 50-litrowa beczka piwa postawiona w następną sobotę dla wszystkich gości w karczmie8. 20-litrowa beczka piwa została wypita, 50-litrowa beczka ufundowana, a ryzykant do końca życia chorował na pęcherz.
Słynnym przez wiele lat był zakład zacietrzewionych sąsiadów, z których jeden - słabszy tak z postury, jak i urody, a zazdrosny o własną, pracowitą, uczciwą i w dodatku ładną żonę - ciągle zaczepiał sąsiada. W którąś sobotę, w karczmie, po kilku z nim wygranych zakładach, mając już dość dobrze w głowie, przy świadkach, na wygraną postawił cały swój majątek. Spokojny sąsiad zakład ze zdziwieniem przyjął, w zamian nic nie obiecując. Stawka do wygrania była przecież bardzo wysoka, a chodziło tylko o to, kto kogo po paru minutach położy na ziemię na „łopatki". Gospodarstwo, niestety zostało przegrane. Na drugi dzień, kiedy „chmiel" już wszystkim wyparował z głów i do świadomości wszystkich dotarła smutna prawda, świadkowie zdarzenia i sam przegrany poszli prosić o wyrozumiałość, o załagodzenie i honorowy sposób zatuszowania sprawy. Rzecz jasna, bardzo dobry i uczciwy sąsiad zgodził się na wszystko. Majątku nie przyjął, a w dodatku przy „bufecie" ze swoim sąsiadem--pieniaczem zawarł wieczystą przyjaźń9.
Na koniec wypada wyjaśnić jak przebiegał „rytuał" robienia zakładu. Otóż, przeciwnicy podawali sobie w mocnym uścisku dłonie, a sekundant swoją dłonią, obróconą kantem dość mocno uderzał w przeguby raz jednej, raz drugiej ręki przeciwników, a trzeci raz uderzał mocno wprost w ściśnięte dłonie, wymawiając przy tym dość dziwną formułkę: „(elito, kopyto, ciup". Zwarte dłonie rozwierały się i zakład przy świadkach został zawarty. Najważniejsze w tym było to, że musiał być doprowadzony do końca w sposób honorowy.
Najweselej jednak było w karczmie w sobotę wieczorem, bo schodził)' się tam międz) innymi młode dziewczęta i chłopcy na „muzykę". „Muzyką" określano samą kapelę, jak rów -
Fot. 5. Marianna Tyrnowa i Józef Tyma, moi Dziadkowie z kilkorgiem dzieci
nież zabawę taneczną. Wśród tańców popularne były polki, walce, oberki, krakowiaki, chodzony. Było też kilka wymyślonych lub przerobionych przez brzeszczan, a zwłaszcza przez moją babcię, Mariannę Tyrnową, np. „kokietka" - dołożone słowa i zmieniony układ choreograficzny.
Słynęli brzeszczanie z muzykalności, taneczności i honorowego płacenia muzykantom i choć w latach osiemdziesiątych XIX wieku mieli własną kapelę Paszków, to dość często zaglądały do naszych karczem kapela Bromboszczów z Broszkowic i Sojków z Rudz koło Cieszyna" (skład tej kapeli: klarnet Es, klarnet B, dwie trąbki, skrzydłówka, skrzydłówka basowa i bas). Sojkowie (rodzina) grali w wioskach, w okolicy Cieszyna, a zapuszczali się w dalsze rejony do miejscowości Stare Bielsko, Bielsko, Oświęcim i Brzeszcze. Chociaż po drodze do Oświęcimia mijali różne miejscowości, to jednak odwiedzali przeważnie Oświęcim i Brzeszcze. Oni to prawdopodobnie przenieśli do naszych karczem około trzydziestu tańców ludowych, które swoim charakterem bawiły i były też wielkim urozmaiceniem wieczoru. Przeplatane polkami i walcami, w których można się było „wychulać", natychmiast się przyjęły.
W latach dwudziestych XX wieku, kiedy na parkietach w karczmach zaczęły królować tango, shimmy czy fokstrot, o tych tańcach zapomniano. Odtworzone zostały dopiero w 1935 roku, kiedy prezesem Koła Młodzieży wiejskiej został pracownik Gminy, Stanisław Kulka z „Szerokiej Ulicy (dziś ulica Kosynierów). Z jego inicjatywy, a dzięki moim Rodzicom, zostały odtworzone i przekazane zespołowi tanecznemu w Kole Miodzieży, do którego należałam. Z tą wiązanką jeździliśmy na wszystkie dożynki w okolicznych wsiach - w Kobier-nicach, Bestwinie, Dankowicach, Jawiszowicach, Osieku, Brzezince, Rajsku i Pisarzowicach.
Fot. 6. Moi Rodzice koło domu, tańczą przy stawku, wgłębi Józef Chowaniec
Melodie były wygrywane też na listku, grzebieniu obłożonym bibułką na „skręta"10, na fujarce, na „guzikówce"21, na organkach, a w XIX wieku już na różnych instrumentach dętych, bębnie i instrumentach smyczkowych. Na te zabawy ubierano się schludnie i skromnie. W lecie tańczono boso, dziewczęta w długich, szerokich w tamtych czasach, spódnicach. W tańcu podwijały je z tylu do pasa, żeby przy większym rozmachu nie przeszkadzała partnerowi i jej samej, a podwijając spódnicę mogła pochwalić się piękną koronką albo haftem własnej roboty, w „podwóczce" albo „ciasnosze".
Jeśli do tańca grała kapela, trzeba było jej przy każdym „kawałku" płacić, wkładając pieniądza na tackę leżącą przy nogach grających albo do otworu w basetli czy skrzypcach. Płacąc można było żądać ulubionej melodii, którą partner, zwłaszcza mający dobry słuch i głos, wyśpiewywał dla swej partnerki przed „muzyką". Dość często było to wyznawaniem sympatii, zachwytu urodą czy nieśmiałej miłości, a słowa najczęściej układane były na poczekaniu, pod wpływem chwili. Teksty bywały też dowcipne, a nawet cięte, na które w następnym tańcu, również przed „muzyką", mogła dziewczyna, płacąc kapeli, bez żadnej ujmy na honorze, w śpiewie odpowiedzieć partnerowi nawet z nawiązką.
W czasach, kiedy podłoga była polepą, a tancerzew ferworze tańca, zwłaszcza polki czy oberka, mieli ochotę w pewnym momencie rytmicznie, z „muzyką" potupać nogą, a że polepa tego stuku nie oddawała wyraźnie, wtedy najczęściej przezorny, a chcący dogodzić swoim klientom karczmarz umieszczał w kącie izby „tąpok"11, na którym już głośno mógł każdy tancerz wystukać obcasem rytm.
Fot. 7. Koło Młodzieży, w środku siedzi prezes Stanisław Kulka
W trzy ostatnie niedziele przed Środą Popielcową, w naszym kościele, w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu, czyli podczas tzw. „czterdziestogodzinnego nabożeństwa", zawsze była odśpiewana pieśń „Trójca Bóg Ojciec" z charakterystycznym dla niej tekstem i ciekawą melodią.
W ostatni przed środą popielcową czwartek zwany „tłustym", na prywatnych przyjęciach lub publicznych zabawach, poza chrustem i innymi specjałami podawano przede wszystkim pączki. W jeden z nich, zamiast powidła z róży zawijano migdał. Znalazca zostawał koronowany i ogłaszany „migdałowym królem". Rzecz jasna, że z godnością tą wiązało się fundowanie i goszczenie całego towarzystwa. Zdarzało się jednak, że wszyscy objedzeni do syta jednak nie znaleźli migdała, więc żeby mógł odbyć się gwóźdź programu, czyli koronacja, zgłaszał się jakiś ryzykant. Dopingowany przez wszystkich zjadał resztę pączków, a potem ta ofiara, czyli obżarstwo śniła mu się po nocach.
Pączki smażono też po domach, gdzie dla atrakcji mamy w jednym z nich chowały pieniążek. Dzieci wiedziały o tym, toteż oczekiwanie na koniec smażenia i wróżenie, komu dostanie się ten jedyny pączek, było źródłem wielkich emocji.
Św. Józefa - 19 marca
Imię Józef było popularne u nas w XVIII, XIX i XX wieku. Dzień ten nabrał szczególnie uroczystego charakteru, kiedy TSL w 1922 roku z wdzięczności za wolność, którą po przeszło wieku z Legionami przyniósł Marszalek Józef Piłsudski, uchwaliło organizowanie co roku z tej okazji uroczystej mszy św. Pochód na tę mszę zaczynał się od „Lipki Wolności", czyli na alei prowadzącej do Ładowni, przy stacji kolejowej w Brzeszczach, przemarsz - do kościoła na czele z orkiestrą, a powrót już ku kopalni, gdzie na parterze Hotelu (dziś Rotunda), w sali kinowej dwa razy wystawiano sztukę „Kościuszko pod Racławicami". Dochód z tej imprezy zawsze był przeznaczany na cele społeczne, czyli powiększanie biblioteki lub na potrzeby "°,Chr0"kl" (Przedszkola)- Potem orkiestra przygrywała pod oknami co znaczniejszych |ó zefow. Rzecz zrozumiała że wszędzie tam był poczęstunek, śpiewy i tańce (jak trudno dziś o taką serdecznosc i zyczliwość).
Po wybudowaniu na Zasiuciu" nowej i obszernej szkoły (dziś Nr 1), nadano jej imię ozefa Piłsudskiego. Niezaleznie od innych uroczystości, przy kopalni na imieniny Marszałka (az do Jego śmierci szkoła urządzała akademię z deklamacjami i pieśniami w wykonaniu choru szkolnej młodzieży.
Środa Popielcowa
Północ, we wtorek przed Środą Popielcową, definitywnie zamykała okres szalonych zapustów, lustra zakrywano czarnym płótnem i zaczynał się surowo przestrzegany post. Z jaką konsekwencją był przestrzegany niech uzmysłowi fakt, że właśnie w tę środę myto, a raczej szorowano popiołem lub piaskiem (wtedy nie było żadnych detergentów) wszystkie garnki, żeby broń Boże, na te czterdzieści dni nie zostało na ich ściankach ani odrobina („tyle, co w oko schować") tłuszczu. W tym czasie (tak samo w Wielki Piątek i w Wigilię), w ciągu dnia jadano gotowany na mleku i wodzie czysty żur z ziemniakami, kwaśnicę z kapusty, z ziemniakami, zagęszczoną przyrumienioną mąką z wodą (oczywiście bez tłuszczu), pęcak, groch, śledzie słone wymoczone, a potem przyprawione roztartym, śledziowym mleczem i cebulą, do tego ziemniaki ugotowane, a potem przypiekane na gontach kuchennego pieca lub w piekarniku. Dalej „dziamę", tj. przyrumienioną, razową lub żytnią mąkę (w bogatszych domach pszenną) powoli rozprowadzaną wodą jako zasmażka, ale bez tłuszczu, aż do średniej gęstości. W późniejszych, lepszych czasach, przy rozprowadzaniu jej wodą dodawano masło, według uznania, a jedzono ją z mlekiem słodkim lub kwaśnym. Czasem, w dni wolne od postu, omaszczano „dziamę" słoniną, zwłaszcza wędzoną. Przy okazji należy dodać, że niezależnie od postu, od mięsa nie jedzono w środy, piątki i soboty. Jeśli w poście była zabijana świnia na wielkanocną szynkę, to jedynie w poniedziałek, wtorek lub czwartek, tj. w dni, kiedy można było poczęstować krewnych i sąsiadów „kiszką" czy „podgardlem".
Niedziela Palmowa
Cały post to przedwiośnie, rozbudzane charakterystycznym „piłowaniem" sikorek, które przypominały, że zbliża się czas siewu w polu i ogródkach, ale najpierw czas przygotowań do Niedzieli Palmowej i Wielkiego Tygodnia. Na palmę zbierano na nazieleńskich stawach trzcinę, z delikatną, pierzastą kiścią, trzcinową pałkę, a w okołostawowych zaroślach, na „owijanki" - długie pręty „siby", jak również obsypane żółtym puchem kocanki rokit}', zas w sąsiadujących z nimi dużych obszarach leśnych - gałązki sosny, jemioł)' i kruszyny. Sakłas (szakłak) i jałowiec kupowano od górali spod Żywca, na targu w Oświęcimiu. Czasem b\la też dodawana gałązka brzózki.
Sposób robienia palmy i jej skład był przekazywany z ojca na najstarszego s) na. zaś prz\ jej układaniu, na środku największej izby, tj. kuchni, brała udział cala rodzina. K'ażd\ starał się, choćby małym drobiażdżkiem, przyczynić się do jej powstania.
W XVIII i XIX wieku niesienie wysokiej palmy do parafialnego kościoła w Oświęcimiu, oddalonego o prawie siedem kilometrów, dla młodych chłopców było uciążliwe, więc \ robione niewysokie. Za to, żeby zadowolić ich dumę, liczono ilość „sibow)ch owijane które w małych odstępach, po kilka pasemek każda, owijane były na glow ianc-t..
~ Długie gałązki „siby" delikatnie wzdłuż rozdwajano, następnie komóukę .j |^nK,r ( jrUi..j
ny, dalej równiutko pasemkiem kolo pasemka owijano glowiankę. przez co >
końcówkę „siby" wpychano jak pierwszy.
Fot. 8. Konstancja Tyrnówna, wujek Alojzy Tyma, Konstancja Targoszówna, wujek Walenty Tyma
Palmy obnoszono na procesji wokoło kościoła, na koniec poświęcono, a po mszy chłopcy kłuli nimi dziewczęta na znak przyjaźni, choć nie zawsze delikatnie, ale to kłucie miało „pomagać w rozkwicie urody". Po przyjściu z kościoła obowiązkowo kłute były krowy w chlewie i choć starano się ich nie przestraszyć to i tak, ukłuta znienacka „świtając ratką rozbryzgiwała najczęściej na twarz i ubranie mokrą pościółkę. Zabieg ten miał podnieść mleczność. Obowiązkowo też wszyscy domownicy obrywali i połykali kocanki z rokity po to, by na cały rok zabezpieczyć się przed bólem gardła. Na koniec palma, a jeśli było kilku synów, to kilka palm poświęconych na pamiątkę wjazdu Pana Jezusa do Jerozolimy, a zatkniętych za gałęzie drzew owocowych w sadzie, miały moc zwiększania urodzaju.
Wielki Tydzień
Już od poniedziałku roznosił się zapach wędzonych w przydomowych wędzakach kiełbas i szynek. Po domach pieczono baranki w specjalnie odlanych (jako fucha) na kopalni, żeliwnych formach12. Formy krążyły po całej wsi, a baranki z „buchtowego" lub cwibakowego ciasta, obsypane cukrem pudrem, z zawiązaną na szyi czerwoną wstążeczką, z chorągiewką również czerwoną, z napisem „Wesołego Alleluja" i wbitą patyczkiem w bok. Ułożone na honorowym miejscu lub na parapecie okna czekały na święcenie aż do Wielkiej Soboty.
Pisanki w XVIII i XIX wieku były wydrapywane na wosku, którego z racji rozpowszechnionej u nas hodowli pszczół, było w nadmiarze2'. Później sposób ten zanikł ma rzecz łatwiejszego barwienia - gotowania jaj w łuskach cebuli na żółto, w wywarze narwanego w polu młodego, zielonego żyta - na zielono, a jeszcze później w różnokolorowych farbkach spożywczych, sprzedawanych w sklepach. W XX wieku ozdabiano jajka dostępnymi w każdym sklepie różnokolorowymi tuszami, farbkami plakatówkami, kredkami i gotowymi nalepkami. Pisanek malowano tyle, ilu było domowników i o kilka więcej, jako ewentualny dodatek do nie gotowanych jaj dla „śmiergustników".
W tych pierwszych dniach Wielkiego Tygodnia również w kościele była przedświąteczna krzątanina. Na rezurekcyjną procesję, kobiety obmywały feretrony z zimowego kurzu. Zdejmowały z nich stare i nakładały nowe, haftowane na tiulu przez siebie lub robione szydełkiem niciane koronki. Do nich przyczepiały, również przez siebie wytwarzane z kolorowej bibuły, misterne kwiatki zebrane w bukieciki. Każdy „stan", tzn. kobiety, panienki i dziewczynki, miał swój feretron. Odświeżanie baldachimu należało do mężczyzn, którzy przy tej okazji pomagali przy porządkach kościelnemu. Również do nich należało odrapanie i wygładzenie boków woskowych świec, co roku odlewanych przez inną rodzinę.
e. ho .1/
Wielki Czwartek
W Wielki Czwartek tradycyjnie zaczynało się generalne sprzątanie po zimie. W sadach przecinano gałęzie, bielono pnie drzew, wygrabiano liście. Większość chałup budowana była z grubych beli, które szorowano, a bielono tylko zalepione gliną łączenia, czyli „ogacenia". Bez względu na pogodę wynoszono na pole wszystkie sprzęty (było ich bez porównania mniej niż dzisiaj), pościel i ubrania. W razie deszczu wszystko mieściło się pod okapem dachu, czyli na „pogródce" albo inaczej przyzbie.
Ściany izb i sieni bielono wyłącznie wapnem z dodatkiem szczypty „farbki" (kolor niebieski), którą sprzedawano w małych paczuszkach we wszystkich sklepach. Jeśli podłogi (de-liny) były drewniane, szorowano je w specjalny sposób - mocno skręconymi wiechetkami słomy, bądź też w bogatych domach ryżowymi szczotkami, z dodawanym do wody „szarym mydłem (najpodlejsze, za to dobrze usuwające brud mydło). Szafy, komody i żerdzie opróżnione, później wytarte z kurzu, przyjmowały na powrót stare sukmany, górnice, kożuch), jakie, spódnice, haftowaną bieliznę, ale też różne „papiery" - stare akta, testamenty („porę-czeństwo"), nadania, czasem sądowe nakazy czy przedmioty związane z dawnymi obrzędami i zwyczajami, a wszystko to przechowywane z największym pietyzmem.
Ta pora i ten dzień byl właśnie okazją do krótkich objaśnień, jaki jest początek rodu. z czym są związane kultywowane zwyczaje, które tak bardzo od wieków łączy h rodziny
Przy wielkoczwartkowych porządkach zadbano też po całej zimie o putnie, szalliki, o ryta, które moczono w strugach płynących od strony Przecieszyna do Wisły, a przecinają cych wieś co kilkadziesiąt metrów. Jedną z największych była struga płynąca bo ii ni (dziś ulica T. Kościuszki). Na rozstajach dróg przy św. Annie miała szerokie roz eu is i. ' nazwane było „Kulkową kałużą" z tej racji, że oblewało róg kilkuhektarowej 1° 'K ^ należącej do rodziny Kulków, spod numerów 34 i 35. Szafliki plwiące tą s,rlW odmoczyć, a zatrzymane przez płyciznę w „Kulkowej kałuży były potem
na żółto wyszorowane. . . i v 1S ktom
W tym dniu rano w kościele odprawiana była ostatnia w poście msza s'//auK!. na Gloria również ostatni raz dzwoniono sygnaturką na wież; -oście i
:i)()[ roku
Sposób ten w Brzeszczach na długo zaginął. Odświeżony został w lodz.ni. i przekazany zespołowi „Br/.eszc/.anki.
zanymi w pętlę na ten czas sznurami milkły aż do Rezurekcji, a na nabożeństwach używane bvłv klekotki. Natomiast w każdym sadzie na głos dzwonu potrząsano każdym drzewem, prosząc go, żeby rodziło, lub grożąc trzymaną w ręce siekierą, że się go zetnie - to miało w jesieni zapewnić duże zbiory owoców. Dzieci (zwłaszcza chłopcy) z wielką uciechą ganiały wokoło zabudowań, potrząsając klekotkami i trajkotkami, czym według wierzeń, miały wyganiać wraz z zimą wszelkie złe moce, tj. południce, zmory itp.
Wieczorem, kiedy już w kościele złożono Pana Jezusa do ciemnicy, urządzanej przez wiele lat najpierw we wnęce lewego ołtarza, później pod chórem (dziś sklepik) i po odśpiewaniu wielu okolicznościowych pieśni kościół zamykano o godz. 21. Większość brzeszczan, zwłaszcza młodych, szło potem do Łążku, do studzienki "', żeby w bieżącej, czyli odpływającej wodzie, równo o północy, w milczeniu obmyć twarz. Kto z grupy pierwszy się obmył, tego przez cały rok omijały choroby skóry i oczu, miał czystą cerę i duszę, a dziewczęta zyskiwały urodę".
W czasie okupacji w Brzeszczach, władze hitlerowskie na czas Wielkiego Tygodnia odwoływały zakaz wychodzenia z domu po godz. 22, stąd bez obaw można było obchodzić świąteczne tradycje. Pod zaborem austriackim, zwłaszcza za panowania Franza Josefa, nie było żadnych zakazów.
Wielki Piątek
Wielki Piątek był dniem skupienia i postu. Dzwony kościelne milczały, a zamiast dzwonków, terkotały tylko klekotki. Rano, całymi rodzinami odwiedzano Grób ze złożonym w nim Panem Jezusem. Zaś wczesnym popołudniem, w pełnym parafian kościele, odprawiane były wszystkie trzy części Gorzkich Żalów oraz Droga Krzyżowa. Przy całodziennym i całonocnym czuwaniu, aż do godz. 18 w sobotę, tj. do Rezurekcji, przy Grobie Pana Jezusa śpiewane były pieśni postne, których słowa do rzewnych i niektórych szczególnie pięknych melodii, starsi i młodzi śpiewali na pamięć aż do ostatniej zwrotki (nie było wtedy ekranu). Dzieci śpiewały z grubych, dużymi literami pisanymi, starych modlitewników3-.
Od początku istnienia kościoła w Brzeszczach, przy Grobie, zmieniając się co pół godziny, czuwali członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej. Szczególnie pięknie zaprezentowali się wtedy, kiedy w 1909 roku zakupili dla siebie (każdy za własne pieniądze) mundury, pięknie błyszczące hełmy i halabardy. Od tamtej pory pełnią tę „służbę" do dzisiaj.
W domu, przy obowiązującym i ściśle przestrzeganym poście, tak jak w Wigilię i Środę Popielcową, na śniadanie jadano suchy chleb lub z marmoladą albo z miodem, zaś na obiad - ziemniaki, śledzia z cebulą, groch i pieczki. Najczęściej jadano tylko dwa posiłki.
Wielka Sobota
Po postnym jeszcze w tym dniu śniadaniu, na godz. 7 rano zanoszono do kościoła odcięte od górnej części palmy „głowianki" i opalano je na rozpalonym przez ministrantów ognisku. Równocześnie przy ognisku poświęcana była przez księdza woda, którą w butelkach (flaszkach) zabierano do domów. W Wielkanocną Niedzielę poświęcano nią wschodzące w polu zboże.
Studzienka służąca przez cale wieki ludności jako źródło wyjątkowo dobrej, gruntowej, pitnej wody zostało zasypane w związku z niefortunną lokalizacją w tym miejscu osadników, przez szczególnie upartego w te, sprawie, ówczesnego, partyjnego dyrektora kopalni „Brzeszcze". Nie pomogły usilne, osobiste prośby .I przedkładane pomysłowe rozwiązania przez właściciela łąki i źródełka Anatola Barana, mojego brata
b7grzect"rania Si? ™ Ż;,Cej W°dZie l° Pami,lka Prahne' ?a nas k"Vi Pana ,ezusa' któ™ nas obmV-
w Wielki Piątek nasz kościół odwiedzali też ewangelicy, których w Brzeszczach było kilka rodzin.
Fol. 9. Strażacy
W domu rozcinano na „głowiance" „owijanki" i z patyczków siby i trzciny składano krzyżyki o wysokości około 15 cm. Ramiona krzyżyka łączone były sibą z owijanek. Wierzono, że krzyżyki z opalonej w świętym ogniu „głowianki" nabierały magicznej mocy.
Przed południem, około godz. 12, do kościoła w koszykach przynoszono Wielkanocne wiktuały, czyli baranka, pisanki, skibkę chleba, szczyptę soli, szynkę, kiełbasę, masło, chrzan. Według przekazu, tak sobie tłumaczono znaczenie święconych pokarmów: baranek to Pan Jezus za nas umęczony; jajka - symbol życia i jego ciągła odnowa; chleb - pokarm, o klóry w codziennej modlitwie „Ojcze nasz" prosimy Boga; sól - symbol roli, jaka odgrywa człowiek na tej ziemi, a bez soli nie ma smaku; chrzan - zdrowie, krzepa; szynka, kiełbasa i masło - dostatek i dobrobyt.
Całe to „święcone" (nigdy u nas nie nazywano wielkanocnych pokarmów zdrobniale „święconką" tylko „święconym", które brzmi bardziej uroczyście i podkreśla niezu\ kła wagi tych świąt), ozdabiane było zielona rutą i nakryte ręcznie haftowana serwetka.
W domach, od wczesnego ranka palono w chlebowych piecach, w któnih po/nit i pieczono placki33, a z lepszego ciasta w glinianych formach - „buchty , iz\ li ..babki. I kuki b\ \ pieczone z serem, makiem lub najczęściej ze zwyczajną posypką. Wszelkiego rod/aiu pieki ciast kruchych czy biszkoptowych rozpowszechniły się wraz ze wzrostem 1 oiro Ml> który zawdzięczano powstaniu kopalni. Od południa, tzn. od godz. 1- można ■>> i | ^ ^
niepostnie, czyli mleko, ser, masło, jajka, a samo „święcone przeznaczeni b> owy ą
uroczysty, wielkanocny obiad.
------------" i i/w i się nic piwięl.i
Vł Chociaż zaraz za Wisłą, na Śląsku na placek mówiono „kolorz to 11 nJS ti1 n'
i nigdy na inną nie zmieniła. Placek pozostał plackiem.
