Granica - Don Winslow - ebook

23 osoby właśnie czytają

Opis

Jeśli zapytasz przeciętnego Amerykanina o najdłuższą amerykańską wojnę, zapewne wymieni Wietnam, a potem szybko się poprawi: Afganistan. Tymczasem powinien powiedzieć: wojna narkotykowa.

 

Trwa już pięćdziesiąt lat i nie ma końca.

 

Przez ponad cztery dekady Art Keller był na pierwszej linii frontu najdłużej trwającego konfliktu Ameryki – wojny narkotykowej. Jego obsesja pokonania ojca chrzestnego kartelu Sinaloi, Adana Barrery, kosztowała go życie bliskich i zabrała część jego duszy.

Teraz Keller wyniesiony do najwyższej rangi DEA odkrywa, że unicestwienie jednego potwora skutkuje pojawieniem się w jego miejsce trzydziestu innych, które sieją chaos zniszczenia w jego ukochanym Meksyku. I nie tylko tam.

Wojna dotarła do jego domu, a Granica, w której istnienie wierzył, została przekroczona…

Od meksykańskiej pustyni po Wall Street, od slumsów w Gwatemali po marmurowe korytarze Waszyngtonu – Don Winslow podąża za nowym pokoleniem narcos, glin, ćpunów, polityków oraz dzieciaków uciekających od przemocy i poszukujących szans na lepsze życie w nowym kraju.

Rozdzierająca opowieść o zemście, korupcji i sprawiedliwości. Granica stanowi bezkompromisowy portret nowoczesnej Ameryki – boleśnie prawdziwe świadectwo naszych czasów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1196

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Don Winslow

Granica

PrzełożyłaBarbara Budzianowska-Budrecka

Na zawsze pozostaną w naszej pamięci:

Abel García Hernández, Abelardo Vázquez Peniten, Adán Abraján de la Cruz, Alexander Mora Venancio, Antonio Santana Maestro, Benjamín Ascencio Bautista, Bernardo Flores Alcaraz, Carlos Iván Ramírez Villarreal, Carlos Lorenzo Hernández Muñoz, César Manuel González Hernández, Christian Alfonso Rodríguez Telumbre, Christian Tomás Colón Garnica, Cutberto Ortiz Ramos, Doriam González Parral, Emiliano Alen Gaspar de la Cruz, Everardo Rodríguez Bello, Felipe Arnulfo Rosa, Giovanni Galindes Guerrero, Israel Caballero Sánchez, Israel Jacinto Lugardo, Jesús Jovany Rodríguez Tlatempa, Jhosivani Guerrero de la Cruz, Jonás Trujillo González, Jorge Álvarez Nava, Jorge Aníbal Cruz Mendoza, Jorge Antonio Tizapa Legideño, Jorge Luis González Parral, José Ángel Campos Cantor, José Ángel Navarrete González, José Eduardo Bartolo Tlatempa, José Luis Luna Torres, Julio César López Patolzín, Leonel Castro Abarca, Luis Ángel Abarca Carrlillo, Luis Ángel Francisco Arzola, Magdaleno Rubén Lauro Villegas, Marcial Pablo Baranda, Marco Antonio Gómez Molina, Martín Getsemany Sánchez García, Mauricio Ortega Valerio, Miguel Ángel Hernández Martínez, Miguel Ángel Mendoza Zacarías, Saúl Bruno García, Daniel Solís Gallardo, Julio César Ramírez Nava, Julio César Mondragón Fontes

oraz

Aldo Gutiérrez Solano

Dedykuję

Javierowi Valdezowi Cárdenasowi

i wszystkim dziennikarzom na całym świecie.

A kiedy on budował mur, to tamci pokrywali go tynkiem. Powiedz tym, którzy pokrywali go tynkiem: Upadnie on, gdy spadnie deszcz ulewny, nastąpi gradobicie i wicher gwałtowny się zerwie[1].

Prolog

Waszyngton, D.C.

Kwiecień 2017 r.

Keller jednocześnie widzi małego chłopca i błysk celownika.

Z ręką w dłoni matki dzieciak stoi wpatrzony w nazwiska na czarnym kamieniu. Czyżby tam kogoś szukał? Dziadka? Albo wuja? A może tylko, spacerując po National Mall, przystanęli przed pomnikiem Weteranów Wojny w Wietnamie?

Mur jest niski, ukryty jak grzeszny sekret, prywatny powód wstydu. Gdzieniegdzie leżą kwiaty, tu i ówdzie paczki papierosów i buteleczki alkoholu. Wietnam był dawno, w innym życiu. Od tamtej pory Keller prowadzi swoją własną i długą wojnę.

Ten mur nie opiewa chwały bitewnych pól. Nie znajdziecie tam nazw: Khe Sanh, Quang Tri czy Hamburger Hill. Może dlatego, myśli Keller, że wygraliśmy wszystkie bitwy, a przegraliśmy wojnę. Wszystkie te śmierci dla bezsensownej wojny… Bywając tutaj wcześniej, widywał mężczyzn opartych o ścianę i łkających jak dzieci.

Rozpacz ich zdruzgotała, złamała im serca.

Dziś zjawiło się ze czterdzieści osób, w większości turystów, poza tym rodziny i kilku mężczyzn, którzy wyglądają na weteranów. Dwaj z nich, starsi, w mundurach VFW[2], służą pomocą tym, którzy próbują odszukać na murze nazwiska swoich bliskich.

Teraz Keller znów jest na wojnie. To wojna z DEA[3], którą mógłby nazwać „swoją”, z senatem USA, z meksykańskimi kartelami narkotykowymi, a nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych.

W gruncie rzeczy są jednym i tym samym.

Każda granica, w której istnienie wierzył, została przekroczona.

Niektórzy chcą go uciszyć, uwięzić i zniszczyć. A kilku, jak podejrzewa, pragnie go zabić.

Wie, że stał się postacią kontrowersyjną, uosobieniem rozłamu, który się pogłębia, grożąc podziałem w łonie państwa. Wywołał skandal, którym było śledztwo sięgające od makowych pól Meksyku aż po Wall Street i sam Biały Dom.

Jest ciepły wiosenny dzień, lekki powiew wiatru unosi płatki kwiatu wiśni. Marisol, wyczuwając jego nastrój, ujmuje go za rękę.

Keller patrzy na malca i wtedy z prawej, od strony pomnika Waszyngtona, dostrzega nagły błysk. Jednym skokiem rzuca się na chłopca i jego matkę, powalając ich na ziemię.

A potem się obraca, by osłonić Mari.

Pocisk, który drasnął mu czaszkę i smagnął szyję, okręca go wokół osi.

Przez zalane krwią oczy widzi świat na czerwono, gdy wyciąga rękę ku Marisol i spycha ją na ziemię.

Okrywa ją swym ciałem, a jej laska ze stukotem pada na chodnik.

Kolejne pociski uderzają w mur tuż nad nimi.

Słyszy jęki i krzyki. Ktoś woła:

– Zamachowiec!

Wypatruje źródła strzałów i dostrzega, że padają z południowego wschodu, kierunek na dziesiątą, gdzieś zza małego budynku, w którym, jak zapamiętał, mieszczą się toalety. Odruchowo sięga za pas po sig sauera, ale zaraz uświadamia sobie, że jest nieuzbrojony.

Strzelec przełącza się na automat.

Pociski uderzają w mur nad Kellerem, odłupując kamień wraz z wyrytymi tam nazwiskami. Ludzie przywierają do ziemi lub kulą się do ściany. Kilkoro, ci bliżej krawędzi, przeczołguje się na drugą stronę i rusza biegiem w kierunku Constitution Avenue. Ale większość zamiera w osłupieniu.

Keller wrzeszczy:

– Snajper! Na ziemię! Padnij!

Widzi jednak, że to nic nie daje. Miejsce pamięci stało się śmiertelną pułapką. Ściana tworzy szerokokątne V, a jedyną drogą ucieczki w obu kierunkach jest wąska ścieżka wzdłuż niej. Jakaś para w średnim wieku rusza biegiem w stronę wyjścia na wschód, czyli tam, gdzie czai się zamachowiec, i nieszczęśnicy natychmiast padają niczym figury z koszmarnej gry wideo.

– Mari – szepcze Keller – musimy uciekać. Rozumiesz?

– Tak.

– Przygotuj się.

Czeka, aż seria ucichnie – znak, że strzelec zmienia magazynek – i zrywa się, chwyta Mari i przerzuca ją sobie przez ramię. Rusza biegiem wzdłuż ściany do zachodniego wyjścia, gdzie mur obniża się do wysokości pasa, po czym kładzie ją na ziemi za drzewem.

– Leż i się nie ruszaj! – krzyczy.

– Gdzie idziesz?

Strzelanina wybucha od nowa.

Keller ponownie przeskakuje mur i zaczyna spychać ludzi do wyjścia po stronie południowo-zachodniej.

– Tędy! Tędy! – woła, kładąc dłoń na karku jakiejś kobiety. Naciska jej głowę w dół, by zmusić ją do biegu. Ale zaraz słyszy ostry świst pocisku i odgłos uderzenia. Kobieta chwieje się i osuwa na kolana, a spomiędzy jej palców spływa krew.

Kiedy próbuje ją dźwignąć, tuż przy twarzy słyszy świst serii.

Podbiega do nich młody mężczyzna, wyciąga rękę w stronę rannej i woła:

– Jestem sanitariuszem!

Keller zostawia go z kobietą, obraca się i rzuca w tłum, by znów spychać ludzi z linii ognia. I wtedy ponownie widzi chłopca uczepionego dłoni matki. Malec ma oczy szeroko otwarte z przerażenia, a kobieta holuje go przed sobą, osłaniając własnym ciałem.

Keller w taki sposób obejmuje jej ramię, by choć pochylona, nadal posuwała się do przodu.

– Osłaniam cię, jestem tu, idź – powtarza, aż doprowadza ją na skraj muru, gdzie jest już bezpieczna, po czym wraca na poprzednie stanowisko.

Ogień znowu ustaje. Snajper po raz kolejny zmienia magazynek.

Chryste, myśli Keller, ile jeszcze ich ma?

Co najmniej jeden, gdyż strzały znów padają.

Ludzie potykają się i przewracają.

Wyją syreny, wirniki śmigłowca pulsują głębokim, rozedrganym basem.

Keller podtrzymuje jakiegoś mężczyznę, próbując pchnąć go w przód, lecz w tej samej chwili pocisk uderza w plecy nieszczęśnika, który pada u jego stóp.

Większość ludzi zdołała uciec wyjściem na zachód. Pozostali leżą wzdłuż ścieżki i na trawniku, przez który uciekali, wybierając niewłaściwy kierunek.

Woda z porzuconej butelki chlupie na chodnik.

Wciąż dzwoni jakaś komórka z pękniętym wyświetlaczem, która leży na ziemi obok tandetnej pamiątki – małego popiersia Lincolna. Jest zalana krwią.

Od strony wschodniej wyłania się funkcjonariusz Policji Parkowej. Z pistoletem w dłoni rusza w kierunku toalet, lecz po chwili pada z piersią przeszytą pociskiem.

Keller przypada do ziemi, czołga się w jego stronę i próbuje wymacać puls. Ale nic nie wyczuwa. Płasko przylgnąwszy do trawy, kryje się za martwym ciałem, w które uderza kolejny pocisk. Kiedy podnosi wzrok, wydaje mu się, że widzi sylwetkę snajpera. Przykucnął za budynkiem i po raz kolejny zmienia magazynek.

Art Keller spędził większość życia, walcząc po drugiej stronie granicy, aż wreszcie wrócił do domu.

Ale wojna wróciła razem z nim.

Wyjmuje z dłoni policjanta glocka 9 mm i przemyka się wśród drzew w stronę zamachowca.

Księga pierwsza

Memoriał

Tylko umarli widzieli koniec wojny.

Platon

1

Potwory i duchy

Potwory są prawdziwe. Tak jak i duchy. One żyją w nas. I czasami wygrywają.

Stephen King

1 listopada 2012 r.

Art Keller wyłania się z dżungli w Gwatemali niczym uchodźca.

Pozostawia za sobą scenę rzezi. W małej wiosce Dos Erres piętrzą się stosy ciał. Jedne, częściowo spalone, tlą się jeszcze w ognisku, gdzie je wrzucono. Inne pokrywają polanę, na której padły od kul.

Większość ofiar to narcos[4], ludzie karteli. Rzekomo przybyli tu po to, by zawrzeć rozejm z konkurencją. Uzgodniono więc warunki porozumienia, po czym nastąpiła orgiastyczna uczta wydana z okazji zawartego pokoju. I wtedy narcos z kartelu Los Zetas wyciągnęli pistolety, noże i maczety, by zgotować tym z kartelu Sinaloa krwawą rzeź.

Keller dosłownie w to wpadł. Śmigłowiec, którym leciał, oberwał rakietą i wirując, twardo wylądował w samym środku jatki. Lecz sam Keller też nie był niewiniątkiem. Wspólnie z Adánem Barrerą, bossem kartelu Sinaloa, zamierzali wykończyć Zetas, wspomagając się oddziałem najemników.

Barrera chciał oszukać swych wrogów.

Rzecz w tym, że ci go uprzedzili.

Ale główne cele misji Kellera, czyli dwaj przywódcy Zetas, uległy likwidacji. Pierwszy skończył ze ściętą głową, drugi spłonął jak pochodnia. Potem, zgodnie z jednym z warunków trudnego i złego sojuszu, Keller wyruszył w głąb dżungli, by odszukać Barrerę i go wyprowadzić.

Miał wrażenie, że spędził całe swe dorosłe życie, tropiąc tego człowieka.

Po dwudziestu latach starań w końcu doprowadził do tego, że Barrera został aresztowany przez władze USA, lecz wkrótce przekazano go Meksykowi. Barrera został osadzony w zakładzie o zaostrzonym rygorze, lecz natychmiast uciekł i został szefem kartelu Sinaloa, zyskując jeszcze większą władzę, niż kiedykolwiek dotąd miał.

Wówczas Keller ponownie udał się do Meksyku, by go odszukać. Skończyło się jednak na tym, że po ośmiu latach trudów został sprzymierzeńcem Barrery w walce z Zetas, których należało zlikwidować.

Stanowili bowiem większe zło.

Tak się też stało.

Więc teraz Keller idzie, wyłaniając się z dżungli.

Garść peso dla pogranicznika otwiera mu drogę do Meksyku. Maszeruje kilkanaście kilometrów do wioski Campeche, gdzie rozpoczęli akcję.

A właściwie kuśtyka.

Poziom adrenaliny, gwałtownie pobudzonej widokiem rzezi, z wolna opada. Czuje ciepło słońca i bliskość lasu deszczowego. Bolą go nogi, pieką oczy, dławi fetor ognia, dymu i śmierci.

Smród palącego się ciała pozostaje w nozdrzach na zawsze.

Admirał Orduña czeka w śmigłowcu na wyciętym w lesie prowizorycznym pasie startowym. Dowódca jednostki specjalnej FES siedzi w luku black hawka. Keller i Orduña nawiązali bratnią współpracę podczas wojny z Zetas. Keller dostarczał admirałowi ważne informacje operacyjne zdobyte przez służby USA i często uczestniczył w akcjach elitarnej jednostki marines, prowadzonych na terenie Meksyku.

Ale tym razem było inaczej. Szansa na to, by zlikwidować dowództwo Zetas podczas jednorazowego ataku, pojawiła się w Gwatemali, gdzie meksykańscy marines nie mieli wstępu. Mimo to Orduña zorganizował dla ludzi Kellera bazę wypadową, zapewnił wsparcie logistyczne i przetransportował całą ekipę do Campeche. Teraz czekał, by sprawdzić, czy jego przyjaciel Art Keller wciąż żyje.

Gdy Keller wyłania się zza linii drzew, admirał szeroko się uśmiecha. Potem sięga do lodówki i wyjmuje zimne modelo.

– A reszta zespołu? – pyta Keller.

– Już ich wywieźliśmy – odpowiada Orduña. – Powinni już być w El Paso.

– Ofiary?

– Jeden poległy, czterech rannych. Nie wiedziałem, co z tobą. Gdybyś nie wrócił przed zmrokiem, to pieprzyć wszystko, ruszyłbym cię stamtąd wyciągać.

– Szukałem Barrery. – Keller jednym haustem wychyla piwo.

– I?

– I nie znalazłem.

– A co z Ochoa?

Orduña nienawidzi bossa Zetas niemal tak gorąco jak Keller Adána Barrery. Wojna narkotykowa miewa czasem bardzo osobisty charakter. Tak właśnie traktował ją Orduña od chwili, gdy jeden z jego oficerów zginął podczas ataku na Zetas. Ale ludziom gangu ta śmierć nie wystarczyła. Wieczorem po pogrzebie przyszli zamordować matkę, ciotkę, siostrę i braci poległego. Nazajutrz Orduña utworzył jednostkę o nazwie Matazetas, czyli Mordercy Zetas. Członkowie Matazetas zabijali narcos z Zetas przy każdej okazji, a więźniów trzymali dopóty, dopóki nie wyciągnęli z nich wszystkich informacji, po czym dokonywali egzekucji.

Keller miał inne powody, by nienawidzić Zetas.

Inne, lecz wystarczające.

– Ochoa nie żyje – mówi.

– To pewne?

– Sam widziałem. – Na jego oczach Eddie Ruiz wylał kanister nafty na rannego bossa Zetas, a następnie rzucił w niego zapałką. Ochoa umierał z wrzaskiem. – Forty też.

Forty był w kartelu człowiekiem numer dwa. I takim samym sadystą jak Ochoa.

– Widziałeś jego ciało?

– Widziałem jego głowę odrąbaną od ciała. Wystarczy?

– Może być. – Orduña się uśmiecha.

Tak naprawdę Keller nie widział głowy Forty’ego. Za to widział jego twarz, którą ktoś zdarł z czaszki i przyszył do piłki.

– Ruiz się pojawił?

– Jeszcze nie – odpowiada admirał.

– Kiedy go ostatnio widziałem, żył.

I patrzył, jak Ochoa płonie żywym ogniem. A potem stał na kamienistym podwórcu z czasu Majów i obserwował chłopca, który kopał tę dziwaczną piłkę.

– Może już odleciał? – rzuca Orduña.

– Może.

– Musimy uspokoić twoich ludzi. Dzwonią co piętnaście minut. – Orduña wybiera jakieś cyfry na jednorazowym telefonie, a potem mówi: – Taylor? Zgadnij, kogo tu mam.

Keller bierze aparat i słyszy Tima Taylora, szefa południowo-zachodniego okręgu DEA:

– Jezu Chryste! Myśleliśmy, że nie żyjesz!

– Wybacz, że was zawiodłem.

Czekają na niego w Clint w stanie Teksas. Motel Adobe leży przy mało uczęszczanej drodze kilka kilometrów na wschód od El Paso.

Wnętrze jest typowo motelowe. Duży pokój dzienny z aneksem kuchennym wyposażonym w mikrofalówkę, ekspres do kawy i małą lodówkę. W pokoju stoi sofa, obok stolik, dwa krzesła i telewizor. Ścianę zdobi tandetny pejzaż zachodzącego słońca na tle kaktusa. Drzwi na lewo, teraz otwarte, prowadzą do sypialni i łazienki. To odpowiednie, to znaczy wystarczająco nijakie miejsce na zwołanie odprawy.

Nastawiony na CNN telewizor jest przyciszony.

Tim Taylor siedzi na kanapie wpatrzony w ekran laptopa leżącego na stoliku. Przy komputerze leży telefon satelitarny.

John Downey, wojskowy dowódca akcji, stoi przy mikrofali i coś podgrzewa. Jest w cywilu. Ogolony i wykąpany, ma na sobie śliwkową koszulkę polo, dżinsy i adidasy.

Trzeci, facet z CIA, znany Kellerowi pod nazwiskiem Rollins, siedzi na krześle i ogląda telewizję.

Gdy Keller wchodzi, Downey podnosi wzrok.

– Gdzieś ty się, kurwa, podziewał, Art? Namierzał cię satelita, szukały śmigłowce…

Keller miał bezpiecznie wyprowadzić Barrerę. Taka była umowa.

– Co z twoimi ludźmi?

– Frruu… – Downey macha rękami, jakby płoszył stadko przepiórek. Keller wie, że w ciągu dwunastu godzin cała specgrupa rozpierzchnie się po kraju, a może i po świecie, każdy z jej członków zniknie z własną legendą na temat tego, co robił i gdzie był. – Brak tylko Ruiza. Miałem nadzieję, że wróci razem z tobą.

– Widziałem go po bitwie – informuje Keller. – Jak odchodził.

– I co? Rozpłynął się? – denerwuje się Rollins.

– Nie martw się o to, naprawdę.

– Jesteś za niego odpowiedzialny – podkreśla Rollins.

– Czort z Ruizem – przerywa im Taylor. – Co z Barrerą?

– Ty mi powiedz. – Keller patrzy pytająco.

– Nie odezwał się ani słowem.

– Widać coś nie wyszło.

– Nie chciałeś się ewakuować z innymi – naciska Rollins.

– Śmigłowiec musiał startować – mówi Keller. – A ja musiałem szukać Barrery.

– Ale go nie znalazłeś.

– Siły specjalne to nie służba hotelowa – ucina Keller. – Nie zawsze dostarczają na czas zamówienie. Bywa różnie.

I tak właśnie było od początku.

Wyruszyli śmigłowcami na teren walk, które trwały od chwili, gdy narcos z Los Zetas zaczęli rzeź narcos z Sinaloa. Nagle rakieta ziemia-powietrze uderzyła w prowadzący helikopter, czyli ten, którym leciał Keller. Jeden z pasażerów zginął, a drugi został ranny. Tak więc zamiast opuszczać się na linach w dogodnym miejscu, musieli awaryjnie lądować w ogniu walki, a następnie przerzucić zespół na inny helikopter.

I tak mieliśmy fart, że wyszliśmy cało, myśli Keller, nie wspominając o osiągnięciu głównego celu misji, czyli likwidacji kierownictwa Zetas. Jeśli nawet nie zdołaliśmy wyciągnąć Barrery, no cóż…

– Jak rozumiem – mówi – głównym celem misji była eliminacja dowództwa Zetas. Jeśli nawet Barrera jest skutkiem ubocznym…

– To tym lepiej – kończy za niego Rollins.

Nienawiść Kellera do Barrery nie jest tajemnicą.

Narkotykowy baron torturował, a potem zamordował jego partnera.

Keller nigdy o tym nie zapomniał, a już na pewno nie wybaczył.

– Nie będę po nim wylewał krokodylich łez – zamyka sprawę.

Zna sytuację w Meksyku lepiej niż ktokolwiek w tym pokoju. Czy się to komu podoba, czy nie, kartel Sinaloa stanowi gwarancję stabilności tego kraju. Gdyby się rozpadł wraz ze zniknięciem Barrery, runęłaby krucha pokojowa równowaga. Barrera też o tym wiedział. I dlatego stawiał twarde warunki zarówno rządowi meksykańskiemu, jak i Amerykanom. Żądał od nich nie tylko nietykalności, lecz i wsparcia w wojnie z konkurencją.

Dzwoni mikrofalówka i Downey wyjmuje tacę.

– Lazania Stouffera. Klasyczna.

– Nie wiemy nawet, czy Barrera zginął – dodaje Keller. – Ktoś widział ciało?

– Nie. – Taylor kręci głową.

– Do akcji weszło D-2 – mówi Rollins, wymieniając nazwę gwatemalskiej paramilitarnej agencji wywiadowczej. – Ale nie znaleźli Barrery. A także, dla ścisłości, żadnego z głównych obiektów misji.

– Mogę osobiście potwierdzić, że uległy likwidacji – informuje Keller. – Ochoa to kawałek węgla, a Forty… lepiej nie pytajcie. Tak czy owak, obaj należą już do przeszłości.

– Miejmy nadzieję, że Barrera nie – oświadcza Rollins. – Niestabilność kartelu Sinaloa oznacza niestabilność Meksyku.

– Takie jest prawo niezamierzonych skutków – kwituje Keller.

– Na mocy specjalnej umowy z meksykańskim rządem mamy asekurować Adána Barrerę. Zagwarantowaliśmy mu bezpieczeństwo. To nie Wietnam, Keller. Ani Phoenix. Jeśli się okaże, że pogwałciłeś umowę…

Keller wstaje.

– To gówno mi zrobicie. Cała ta operacja jest nieformalna i nielegalna. I jak mawiacie, nigdy się nie zdarzyła. Co mi zrobicie? Postawicie przed sądem? Wezwiecie na świadka? Pozwolicie zeznać pod przysięgą, że zawarliśmy układ z największym dilerem narkotyków na świecie? Że brałem udział w sponsorowanej przez USA akcji, która miała na celu likwidację jego rywali? Lepiej zapamiętaj to, o czym dobrze wie każdy, kto w tym siedzi: nigdy nie wyciągaj broni, jeśli nie chcesz nacisnąć na spust. Jesteś gotów go nacisnąć?

Bez odpowiedzi.

– Tak myślałem – kwituje Keller. – A tak dla jasności, to owszem, chciałem zabić Barrerę. I życzyłbym sobie tego. Lecz nie więcej.

Wstaje i kieruje się do drzwi.

Taylor rusza za nim.

– Gdzie się wybierasz?

– Nie twój interes, Tim.

– Do Meksyku? – nie ustępuje Taylor.

– Nic mnie już nie łączy z DEA. Nie pracuję dla ciebie, więc nie możesz mi niczego nakazać ani zakazać.

– Oni cię zabiją, Art – mówi Taylor. – Jeśli nie Zetas, to Sinaloa.

Pewnie tak, myśli Keller.

Ale jeśli nie pójdę, też mnie zabiją.

Dociera na miejsce. Ma mieszkanie w pobliżu EPIC, czyli Centrum Wywiadu w El Paso. Zrzuca brudne i przepocone moro, potem długo stoi pod ciepłym prysznicem. A na koniec idzie do sypialni, kładzie się i nagle zdaje sobie sprawę, że nie spał przez dwie doby i jest wykończony nie tylko fizycznie, ale również psychicznie. Jest zbyt wyczerpany, żeby zasnąć.

Wstaje, naciąga dżinsy, wkłada białą koszulę zapinaną na guziki, a potem idzie do schowka w sypialni i wyjmuje małego kompaktowego siga 380. Przypina kaburę do pasa, a w drzwiach narzuca na siebie granatową wiatrówkę.

Rusza do Sinaloa.

Po raz pierwszy przyjechał do Culiacán w latach siedemdziesiątych jako młody agent DEA. W tamtych czasach mieściło się tu najważniejsze centrum meksykańskiego handlu heroiną.

Culiacán znów pełni tę rolę, kwituje w duchu, idąc przez dworzec w stronę postoju taksówek. Wszystko zatoczyło pełny krąg.

Adán Barrera, wtedy zaledwie smarkacz, próbował robić karierę jako menedżer bokserski. Ale jego wuj, funkcjonariusz policji w Sinaloa, a zarazem drugi z największych plantatorów opium w tym stanie, żywił ambicję, by zostać pierwszym. W tamtych czasach, wspomina Keller, paliliśmy i niszczyliśmy pola maku, zmuszając wieśniaków do opuszczania domostw. W jednej z takich akcji złapano Adána. Federalni[5] zamierzali zrzucić go z samolotu, ale interweniowałem i uratowałem mu życie. I to był pierwszy z wielu błędów.

Świat byłby teraz dużo lepszym miejscem, gdybym pozwolił im zrobić z małego Adána Fruwającą Wiewiórkę. Niestety pozwoliłem mu żyć i wyrosnąć na największego barona narkotykowego na świecie.

Ale wtedy byliśmy przyjaciółmi.

Przyjaciółmi i sprzymierzeńcami.

Aż trudno w to uwierzyć.

A jeszcze trudniej zaakceptować.

Wsiada do taksówki i poleca kierowcy:

– Do śródmieścia.

– A dokładniej? – Taksówkarz obserwuje go w lusterku wstecznym.

– Wszystko jedno. I tak zdążysz zawiadomić bossa, że jakiś obcy jankes się tu kręci. – W każdym meksykańskim mieście kontrolowanym przez narcos niezbędni są też halcones[6], inaczej sokoły, czyli szpiedzy karteli. Zgodnie z powierzonym mu zadaniem, halcón obserwuje to wszystko, co się dzieje na określonym terenie. – Oszczędzę ci trudu – mówi dalej. – Poinformuj tych, do których zadzwonisz, że wieziesz Arta Kellera. Sami podadzą ci adres.

Kierowca sięga po telefon.

Z każdym kolejnym zdaniem jego głos staje się bardziej nerwowy. Keller zna ich zwyczaje. Taksówkarz łączy się z szefem lokalnej komórki, ten zawiadamia swojego szefa, który przekaże wiadomość dalej, aż w końcu nazwisko Keller dotrze na szczyt mafijnej hierarchii.

Patrzy przez okno, gdy samochód wjeżdża do miasta drogą 280. Na poboczu gęstnieje las symbolicznych nagrobków. To dowody pamięci o narcos, na ogół młodych mężczyznach, którzy zginęli w wojnach narkotykowych. Tu i ówdzie leżą bukiety kwiatów i butelki piwa pod tandetnie skleconymi krzyżami, gdzie indziej widnieją rozciągnięte na tyczkach kolorowe banery z fotografiami zmarłych, ale zdarzają się również kunsztownie wykonane marmurowe tablice.

Większość tych symbolicznych nagrobków wyrosła tu przed rokiem lub przed dwoma laty. Od czasu, gdy kartel Sinaloa pod rządami Barrery wygrał ostatnią wojnę (z twoją pomocą, dodaje w myślach Keller) i ustalił tak zwany Pax Sinaloa, rozlew krwi nieco ustał, a w Meksyku zapanował względny spokój.

Ale Keller dobrze wie, że gdy tylko wiadomość o masakrze w Dos Erres dotrze do miasta, pojawią się nowe nagrobki. Co najmniej stu sicarios[7] z Sinaloa udało się z Barrerą do Gwatemali, a powróci zaledwie kilku, lub nawet nikt.

Nagrobki pojawią się również w sercu terytorium Zetas, w Chihuahua i Tamaulipas na południowym wschodzie kraju, gdy tamtejsi żołnierze nie wrócą do domów.

Zetas są skończeni – Keller to wie. Ongiś groźna siła, która mogła przejąć rządy w kraju, paramilitarny kartel utworzony przez dawne oddziały specjalne, została pozbawiona dowództwa i sparaliżowana. Najlepsi spośród nich zginęli z rąk Orduñy, a inni leżą martwi w Gwatemali.

Nie ma już nikogo, kto mógłby konkurować z Sinaloa.

– Mówią, żebym cię zawiózł do Rotarismo – rzuca nerwowo taksówkarz.

To dzielnica na odległym, północnym krańcu miasta, granicząca z pustkowiem wzgórz i pól.

Dobre miejsce. Łatwo tam porzucić martwe ciało.

– Do warsztatu samochodowego – dodaje taksówkarz.

Coraz lepiej, myśli Keller.

Mają tam narzędzia przydatne do cięcia samochodowych blach.

Lub ćwiartowania zwłok.

Zjazd wysokiej rangi narcos zawsze można rozpoznać po liczbie zaparkowanych SUV-ów, w duchu stwierdza Keller, gdy taksówka staje. Przed warsztatem stoi co najmniej tuzin suburbanów i fordów expedition. Jak kolce jeżozwierza sterczą z nich karabiny.

Wszystkie są wymierzone w ich samochód. Keller przeczuwa, że taksówkarz zaraz posika się ze strachu.

– Nic nam nie grozi – mówi uspokajająco.

Kilku umundurowanych sicarios stoi na straży przed budynkiem. Wedle obecnej mody, o czym Keller też wie, każda gałąź kartelu posiada własną uzbrojoną ochronę w charakterystycznych mundurach.

Ci tutaj noszą czapki od Armaniego i kamizelki Hermesa.

Zdaniem Kellera wygląda to nieco dziwacznie.

Z warsztatu zmierza ku nim jakiś mężczyzna, a po chwili otwiera szarpnięciem tylne drzwi taksówki.

– Wyłaź, do cholery – warczy do Kellera.

Który od razu go rozpoznaje. To Terry Blanco, wysokiej rangi funkcjonariusz policji stanu Sinaloa. Już w początkach kariery figurował na liście płac kartelu, a od tamtej pory jego czarna czupryna nieco posiwiała.

– Nie masz pojęcia, co tu się dzieje – mówi Blanco.

– Dlatego przyjechałem.

– Są jakieś wiadomości?

– Kto jest w środku?

– Núñez – odpowiada Blanco.

– No to chodźmy.

– Keller, jeśli tam wejdziesz, możesz już nie wyjść.

– Bez obaw.

Blanco prowadzi go przez warsztat obok stanowisk pracy i podnośników w stronę pustej przestrzeni z betonową posadzką, która wygląda na magazyn.

Scena taka sama jak w motelu, myśli Keller.

Tylko inni aktorzy.

Ale akcja podobna: ludzie z telefonami, włączone laptopy, wszyscy chcą odkryć, co się stało z Adánem Barrerą. W pomieszczeniu jest ciemno, a w grubych murach brak okien. To najlepsze rozwiązanie w klimacie, który pali słońcem lub mrozi północnym wiatrem. Tych ścian nie przeniknie upał ani wścibski wzrok. A jeśli ktoś tu umiera, krzyczy, płacze lub błaga, mury tego nie zdradzą.

Blanco kieruje się na zaplecze.

Gdy już są w małym pokoju, zamyka drzwi.

Za biurkiem, przy telefonie, siedzi mężczyzna, którego Keller poznaje. Ze szpakowatymi włosami i hiszpańską bródką, w marynarce w pepitkę i ze starannie zawiązanym krawatem, sprawia dystyngowane wrażenie. Najwyraźniej nie czuje się komfortowo w dusznym od smarów warsztatowym pomieszczeniu.

To Ricardo Núñez.

El Abogado, czyli Prawnik.

Były prokurator stanowy i naczelnik więzienia w Puente Grande, który zrzekł się stanowiska kilka tygodni przed ucieczką Barrery w dwa tysiące czwartym roku. Keller go przesłuchiwał, ale Núñez uparcie twierdził, że jest niewinny. Został jednak wykluczony z adwokatury i niebawem stał się prawą ręką Barrery, by zarabiać – jak mówiono – setki milionów na handlu kokainą.

Wyłącza telefon i podnosi wzrok.

– Zostawisz nas na chwilę, Terry?

Blanco wychodzi.

– Co ty tu robisz? – Núñez nie kryje zdziwienia na widok Kellera.

– Oszczędzam ci trudu łażenia za mną. – Milczy przez chwilę. – Oczywiście wiesz o Gwatemali.

– Adán poinformował mnie o waszym układzie – potwierdza Núñez. – Co tam się stało? – Gdy Keller powtarza to, co powiedział chłopakom w Teksasie, Núñez unosi brwi, po czym oznajmia: – Zapewniał, że go stamtąd wyciągniesz. Taka była umowa.

– Zetas dopadli go pierwsi. Był nieostrożny.

– Nie masz żadnej wiedzy o jego losie?

– Tylko to, co ci powiedziałem.

– Jego rodzina rozpacza – ciągnie Núñez. – Nie mają żadnych wiadomości. Nie znaleziono nawet… szczątków.

Na zewnątrz wybucha zamieszanie. Blanco blokuje wejście do pokoju, ale po chwili drzwi otwierają się z rozmachem i uderzają w ścianę.

Do środka wpada trzech mężczyzn.

Pierwszy – młody, około trzydziestki – w skórzanej kurtce od St. Laurenta za co najmniej trzy kawałki, ma na sobie motocyklowe rokkery i buty marki Air Jordan. Linię jego szczęki podkreśla modny zarost, a o kędzierzawe czarne włosy z pewnością dba drogi stylista.

Jest rozdygotany. Spięty. Zły.

– Gdzie mój ojciec? – atakuje Núñeza. – Co się stało z moim ojcem?

– Wciąż nie wiemy – odpowiada El Abogado.

– Co znaczy, kurwa, nie wiemy?

– Spokojnie, Iván – ucisza go jeden z pozostałych. Też młody i kosztownie ubrany, ale nieogolony, z niechlujnie zmierzwionymi włosami wciśniętymi pod bejsbolówkę. Wydaje się podpity lub naćpany, a może jedno i drugie. Keller go nie zna, ale ten pierwszy to pewnie Iván Esparza.

Kartel Sinaloa miał ongiś trzy skrzydła, którymi kierowali: Barrera, Diego Tapia i Ignacio Esparza. Barrera grał pierwsze skrzypce, ale „Nacho” Esparza był jego szanowanym partnerem i – nieprzypadkowo – teściem. Esparza wydał bowiem swoją młodszą córkę, Evę, za barona narkotykowego, cementując w ten sposób zawarty z nim sojusz.

A więc ten młodzik musi być synem Esparzy i szwagrem Adána, myśli Keller. Wedle informacji wywiadu Iván Esparza kontroluje kluczowy dla kartelu teren w Kalifornii Dolnej[8] z ważnymi przejściami granicznymi w Tijuanie i Tecate.

– Czy on nie żyje? – wrzeszczy Iván. – Mój ojciec nie żyje?

– Wiemy, że był w Gwatemali z Adánem – mówi Núñez.

– Pierdol się! – Iván wali mu przed nosem pięścią w biurko. Rozgląda się za kimś, na kim mógłby się wyładować, i widzi Kellera. – Coś ty, kurwa, za jeden?! – Gdy Keller nie odpowiada, wrzeszczy jeszcze głośniej: – Zadałem ci pytanie!

– Słyszałem.

– Jebany gringo…

Rusza w jego stronę, ale trzeci z mężczyzn blokuje mu drogę.

Keller zna tę postać z materiałów wywiadowczych. To Tito Ascensión, były szef ochrony Nacha Esparzy. Bali się go wszyscy, nawet Zetas. I słusznie, bo zgładził ich dziesiątki. W nagrodę otrzymał własną organizację w stanie Jalisco. Z powodu potężnej budowy, wielkiej pochylonej głowy, czujności psa obronnego i wrodzonej brutalności, otrzymał przydomek Mastif[9].

Chwyta Ivána za ramiona i przytrzymuje.

Tymczasem Núñez spogląda na drugiego z młodzieńców.

– Gdzie ty byłeś, Ric? Wszędzie cię szukałem.

Ric wzrusza ramionami, jakby mówił: Czy to ma znaczenie?

Núñez marszczy brwi.

Ojciec i syn, myśli Keller.

– Pytałem, kim jest ten facet! – Iván wyrywa się z uścisku Ascensióna, ale już nie atakuje Kellera.

– Adán miał pewne… układy – wyjaśnia Núñez. – Ten człowiek był w Gwatemali.

– Widziałeś mojego ojca? – dyszy Iván.

Widziałem coś, co przypominało twojego starego, myśli Keller. To, co zostało z jego dolnej połowy, leżało w popiele gasnącego ogniska.

– Powinieneś liczyć się z tym, że twój ojciec już nie powróci – odpowiada.

Mina Ascensióna przypomina psa, do którego właśnie dotarło, że stracił ukochanego pana.

Oszołomienie.

Ból.

Wściekłość.

– Skąd to wiesz? – naciska Iván.

Ric obejmuje go ramieniem i mówi:

– Przykro mi, przyjacielu.

– Ktoś za to jeszcze zapłaci. – Iván zaciska zęby.

– Mam na linii Elenę. – Núñez włącza tryb głośnomówiący. – Eleno, masz jakieś wiadomości?

To pewnie Elena Sánchez, siostra Adána, myśli Keller. Wycofała się z rodzinnego biznesu po przekazaniu Esparzom kontroli nad Kalifornią Dolną.

– Żadnych, Ricardo, żadnych. A ty?

– Mamy potwierdzenie, że Ignacio zginął.

– Czy ktoś zawiadomił Evę? Ktoś z nią jest?

– Jeszcze nie – mówi Núñez. – Czekaliśmy na pewną informację.

– Ktoś powinien z nią być – powtarza Elena. – Straciła ojca i być może męża. Biedni chłopcy…

Eva ma z Adánem bliźniaków.

– Zaraz tam polecę – oznajmia Iván. – Zawiozę ją do mojej matki.

– Ona też będzie rozpaczać – mówi Núñez. – Potrzebujesz transportu z lotniska?

– Wciąż jeszcze mamy tam ludzi, Ricardo.

Jakby zapomnieli, że tu jestem, myśli Keller.

Ku jego zaskoczeniu przypomina sobie o nim naćpany młokos, chyba Ric, choć Keller nie jest tego pewien.

– Ej, a co robimy z tym tutaj? – pyta.

Na zewnątrz jest coraz głośniej.

Słychać krzyki.

Uderzenia i ciosy.

Jęki bólu, wrzaski.

Zaczęły się przesłuchania, domyśla się Keller. Kartel zgarnia wszystkich, którzy nawiną się pod rękę: podejrzanych Zetas, domniemanych zdrajców, gwatemalskich partnerów i każdego innego pechowca, byle tylko zdobyć jakieś informacje.

Wszelkimi koniecznymi środkami.

Dzwonią łańcuchy wleczone po betonie.

Syczą zapalane palniki acetylenowe.

Núñez spogląda na Kellera i unosi brwi.

– Przyszedłem wam powiedzieć, że zamykam sprawę – mówi Keller. – Dla mnie jest skończona. Zostaję jeszcze w Meksyku, ale nie chcę mieć z tym nic wspólnego. I nie szukajcie mnie, bo ja nie będę was szukał.

– Więc ty ocalałeś, a mój ojciec nie? – Iván wyciąga z kurtki glocka 9 mm i celuje Kellerowi prosto w twarz. – To nie przejdzie.

Ale popełnia błąd.

Trzyma broń za blisko Kellera.

Który odchyla głowę i chwyta lufę. Przekręca ją, wyrywa Ivánowi z rąk, a potem trzykrotnie wali go nią w twarz. Słyszy pękającą kość policzkową, zanim jeszcze młodziak osunie się jak rzucona na podłogę szmata.

Do akcji rusza Ascensión, ale Keller zdążył już zacisnąć przedramię na gardle Rica Núñeza i przyłożyć mu lufę do skroni.

– Nawet nie próbuj.

Mastif zastyga w pół kroku.

– Co ja, kurwa, zrobiłem? – skamle Ric.

– Teraz słuchajcie – mówi Keller. – Zamierzam stąd wyjść. Będę żyć swoim życiem, a wy żyjcie swoim. Jeśli ktoś za mną pójdzie, zabiję wszystkich. Zrozumiano?

– Tak, dotarło – mówi Núñez.

Trzymając Rica przed sobą jak tarczę, Keller się wycofuje.

Widzi mężczyzn przykutych do ścian i kałuże krwi, czuje woń potu i moczu. W pokoju nikt się nie rusza. Wszyscy patrzą, jak się oddala.

Nic nie może zrobić dla ludzi przykutych do ścian.

Choćby jednej cholernej rzeczy.

Celują w niego z dwudziestu karabinów, ale nikt nie zaryzykuje. W końcu w grę wchodzi życie syna szefa.

Dociera do taksówki. Wyciąga rękę w tył i otwiera drzwi pasażera, po czym silnym pchnięciem powala Rica na ziemię.

Następnie wciska lufę w tył fotela kierowcy.

– Ándale!

W drodze na lotnisko dostrzega na poboczu pierwszy znak pamięci o Adánie.

Baner z namazanym sprayem napisem:

ADÁN VIVE.

Adán żyje.

Ciudad Juárez to miasto duchów.

Oto co myśli Art Keller, przemierzając taksówką jego ulice.

Ponad dziesięć tysięcy mieszkańców zginęło z rąk ludzi Adána Barrery podczas walk ze starym kartelem z Ciudad Juárez. Chodziło o przejęcie kolejnego przejścia do Stanów Zjednoczonych, o cztery mosty – Stanton Street Bridge, Ysleta International Bridge, Paso del Norte i Bridge of the Americas, czyli tak zwany Most Marzeń[10].

Dziesięć tysięcy ludzkich istnień, by Barrera mógł zawładnąć tymi mostami. W ciągu pięciu lat wojny między kartelami z Sinaloa i z Ciudad Juárez z miasta zbiegło ponad trzysta tysięcy mieszkańców. Pozostało około półtora miliona, z czego, jak Keller się dowiedział, jedna trzecia cierpiała na stres pourazowy.

I dziw, że nie więcej. W szczytowym okresie walk widok martwych ciał na chodnikach był tak powszechny, że mieszkańcy nauczyli się po prostu je omijać. Kartele wydawały kierowcom ambulansów radiowe polecenia decydujące o tym, którym z rannych udzielić pomocy, a którym pozwolić umrzeć. Atakowano szpitale, podobnie jak przytułki dla bezdomnych i placówki odwykowe.

Centrum niemal opustoszało. Połowa restauracji i jedna trzecia barów tego tętniącego ongiś nocnym życiem miasta zatrzasnęła swe drzwi. Zamknięto również sklepy. Prawie cała policja, burmistrz, rada miejska, wszyscy oni przeprawili się mostami do El Paso.

Ale w ciągu ostatnich dwu lat miasto znów zaczęło budzić się do życia. Powstawały firmy, uchodźcy wracali do domów, znacząco zmalała liczba zabójstw.

Keller zna przyczynę spadku przemocy.

Kartel Sinaloa wygrał wojnę.

I wprowadził tak zwany Pax Sinaloa.

Pierdol się, Adán, myśli, objeżdżając Plaza del Periodista i pomnik Małego Gazeciarza.

Do diabła z twoimi mostami.

I z twoim pokojem.

Przejeżdżając tędy, zawsze będzie widział rozrzucone szczątki swego przyjaciela Pabla.

Pablo Mora był dziennikarzem, który w swoim blogu atakował Zetas, ujawniając zbrodnie narcos. Porwali go i skatowali na śmierć, a potem poćwiartowali ciało i starannie ułożyli jego części wokół pomnika Gazeciarza.

Od czasu, gdy kartele zrozumiały, że muszą kontrolować nie tylko działania zbrojne, lecz i towarzyszącą im narrację, zamordowano wielu dziennikarzy, myśli Keller.

W związku z czym większość mediów przestała zamieszczać informacje dotyczące narcos.

Właśnie dlatego Pablo zaczął pisać swój samobójczy blog.

A potem była Jimena Abarca, piekarka z małego miasteczka w Dolinie Juáreza, która przeciwstawiła się narcos, federalnym, armii i rządowi. Rozpoczęła strajk głodowy, wymuszając uwolnienie niewinnie uwięzionych. Wówczas jeden ze zbirów Barrery dziewięciokrotnie strzelił jej w pierś na parkingu restauracji w Ciudad Juárez.

I jeszcze Giorgio, fotoreporter, któremu ścięto głowę za to, że fotografował martwych narcos.

A także Erika Valles, zamordowana i poćwiartowana jak kura. Dziewiętnastolatka, która odważyła się zostać jedyną policjantką w miasteczku, gdzie narcos zamordowali jej czterech poprzedników.

No i oczywiście Marisol.

Doktor Marisol Cisneros jest burmistrzem Valverde, leżącego w Dolinie Juáreza miasteczka, w którym żyła Jimena Abarca.

Objęła urząd po trzech kolejno zamordowanych poprzednikach. Nie zrezygnowała, gdy Zetas grozili, że również ją zabiją. A także później, gdy ostrzelali jej samochód, a kule trafiły ją w brzuch, klatkę piersiową i nogi, druzgocąc kość udową, dwa żebra oraz krąg.

Po tygodniach spędzonych w szpitalu i miesiącach rekonwalescencji Marisol powróciła do pracy i zwołała konferencję prasową. Pięknie ubrana, uczesana i umalowana, demonstrowała mediom swe blizny, a także worek stomijny. Patrząc prosto w kamery, mówiła do narcos:

– Wróciłam do roboty. Nie zdołacie mnie powstrzymać.

Keller nie znał słów, które mogłyby opisać taką odwagę.

Dlatego zawsze ogarnia go wściekłość, gdy amerykańscy politycy zarzucają wszystkim Meksykanom podatność na korupcję. Myśli wtedy o ludziach takich jak Pablo Mora, Jimena Abarca, Erica Valles i Marisol Cisneros.

Nie wszystkie duchy są martwe. Niektóre to cienie tych, którymi mogłyby być.

Sam jesteś duchem, myśli.

Duchem, który żyje półżyciem samego siebie.

Wróciłeś do Meksyku, bo lepiej ci wśród martwych niż pośród żywych.

Autostrada Carretera Federal 2 biegnie równolegle do granicy na wschód od Ciudad Juárez. Przez boczne okno wozu Keller widzi odległy zaledwie o kilka kilometrów Teksas.

Który równie dobrze mógłby leżeć na Księżycu.

Federalne władze Meksyku wysłały tu wojsko, by utrzymać spokój. Okazało się jednak, że narodowa armia jest równie brutalna jak kartele, a liczba zabitych w okresie wojskowej okupacji jeszcze wzrosła. Na drodze co kilka kilometrów stały posterunki kontrolne, budząc lęk mieszkańców. Zajmowały się bowiem jedynie przeszukaniami i wymuszeniami, nader często dokonując bezprawnych aresztowań połączonych z biciem i torturami, a także internowaniem do naprędce budowanych obozów znajdujących się przy tej samej trasie.

Jeśli nie straciłeś życia w porachunkach karteli, równie dobrze możesz zginąć z rąk żołnierzy.

Albo po prostu zniknąć.

To właśnie na tej drodze Zetas ostrzelali samochód Marisol i zostawili ją na poboczu, by się na śmierć wykrwawiła. Jednym z powodów, dla których Keller zawarł tymczasowy sojusz z Barrerą, była obietnica „Pana Niebios”, że zapewni jej bezpieczeństwo.

Keller zerka w lusterko wsteczne, sprawdzając, czy nikt go nie śledzi, choć zdaje sobie sprawę, że nie ma takiej potrzeby. Dobrze wiedzą, gdzie zmierza, i będą również wiedzieć, gdy dotrze na miejsce. Halcones są wszędzie – to gliniarze, taksówkarze, dzieciaki na rogach ulic, staruszki w oknach i urzędnicy za biurkami. Dzisiaj wszyscy mają komórki i każdy skorzysta z okazji, by przysłużyć się kartelowi Sinaloa.

Jeśli zechcą mnie zabić, to zabiją.

A przynajmniej spróbują.

Wjeżdża do Valverde. Całe miasteczko to zaledwie dwadzieścia ulic skupionych w prostokącie na pustynnej płaszczyźnie. Budynki – przynajmniej te, które przetrwały – to w większości konstrukcje z żużlobetonu i śladowej ilości niewypalanej cegły. Niektóre odmalowano na jaskrawe barwy błękitu, czerwieni i żółci.

Ale ślady wojny wciąż są widoczne. Widzi je wszędzie, przejeżdżając szeroką główną ulicą. Piekarnia Abarca, ongiś centrum towarzyskie miasteczka, to nadal sterta zwęglonych zgliszcz. Ospowate ślady kul wciąż znaczą ściany, a niektóre budynki są opuszczone i zabite deskami. W czasie wojny tysiące mieszkańców Ciudad Juárez opuściło miasto – jedni ze strachu, inni zmuszeni groźbami Barrery. Ludzie budzili się rano, by ujrzeć wiszące na słupach telefonicznych stojących wzdłuż całej ulicy listy z nazwiskami mieszkańców, którzy tego dnia pod groźbą śmierci mają opuścić miasto.

Barrera wyludnił część miasta, by zastąpić jego dawnych mieszkańców swą lojalną gwardią z Sinaloa.

Można powiedzieć, że dosłownie skolonizował dolinę.

Ale teraz wojskowe posterunki zniknęły.

Podobnie jak barykada z worków wypełnionych piaskiem na głównej ulicy. Starzy ludzie siedzą w parkowym pawilonie na miejskim skwerze, rozkoszując się ciepłym popołudniem, na co nigdy by się nie odważyli przed kilkoma laty.

Keller dostrzega również, że otwarty jest maleńki sklepik, w którym ludzie znów mogą kupić niezbędne rzeczy.

Niektórzy powrócili do Valverde, inni nie, ale wygląda na to, że miasteczko powoli budzi się do życia. Mija małą przychodnię i wjeżdża na parking przed magistratem, piętrowym prostokątnym budynkiem z pustaków, gdzie mieści się to, co pozostało z urzędu miasta.

Parkuje samochód i wchodzi po zewnętrznych schodach do biura burmistrza.

Marisol siedzi za biurkiem. Jej laska wisi na poręczy krzesła. Wpatrzona w leżące przed nią papiery, nie dostrzega Kellera.

Jej uroda zapiera mu dech.

Ma na sobie prostą błękitną sukienkę, a czarne włosy upięła w surowy kok, co podkreśla wysokie kości policzkowe i barwę ciemnych oczu.

Wie, że nigdy nie przestanie jej kochać.

Marisol podnosi wzrok i na jego widok się uśmiecha.

– Arturo!

Chwyta laskę i się podnosi. Wstawanie z krzesła, podobnie jak i siadanie, wciąż sprawiają jej trudność. Keller dostrzega na jej twarzy lekki grymas bólu, gdy próbuje się dźwignąć. Krój sukni ukrywa stomię, trwałą pamiątkę po serii, która przeszyła jej jelito cienkie.

Zetas. Oni to zrobili.

Keller wyruszył do Gwatemali, by zabić tych, którzy wydali takie polecenie. Byli to Ochoa i Forty. Wyruszył tam, choć go błagała, by nie szukał zemsty. Teraz jednak obejmuje go ramionami i mocno się przytula.

– Bałam się, że nie wrócisz.

– Mówiłaś, że nie wiesz, czy tego chcesz.

– Nie rozumiem, jak mogłam to zrobić. – Kładzie mu głowę na piersi. – Tak mi przykro.

– Niepotrzebnie.

Marisol milczy przez kilka sekund, a potem pyta:

– Czy to skończone?

– Dla mnie tak.

Czuje na piersi jej westchnienie.

– Co teraz chcesz robić?

– Nie wiem.

Mówi prawdę. W gruncie rzeczy nie sądził, że przeżyje wyprawę do Dos Erres, a teraz, gdy jednak przeżył, nie bardzo wie, co dalej. Wie tylko tyle, że nie wróci już do Tidewater, firmy ochroniarskiej, która zorganizowała wyprawę do Gwatemali, i jest cholernie pewny, że nie wróci do DEA. Nie ma jednak pojęcia, co zrobić ze swym życiem.

Ale wie jedno – że jest tu, w Valverde.

Dla niej.

Zdaje sobie sprawę, że już nigdy nie doświadczą tego co kiedyś. Zbyt wiele wycierpieli, stracili zbyt wielu bliskich, a wszystkie te śmierci, niczym kolejne kamienie, wzniosły mur nie do obalenia.

– Mam dziś po południu dyżur w przychodni – mówi Marisol.

Jest burmistrzem i jedynym lekarzem w mieście. W Dolinie Juáreza żyje trzydzieści tysięcy mieszkańców, ale tylko ona praktykuje na pełny etat.

Dlatego postanowiła otworzyć bezpłatną przychodnię.

– Odprowadzę cię – proponuje Keller.

Marisol zawiesza laskę na nadgarstku i opierając się o poręcz, rusza w dół po zewnętrznym ciągu schodowym. Keller idzie tuż za nią, w każdej chwili gotów ją podtrzymać.

– Robię to kilka razy dziennie, Arturo – uspokaja go Marisol.

– Wiem.

Biedny Arturo, myśli Marisol. Tyle w nim smutku.

Zna cenę, jaką zapłacił za swą długą wojnę. Wie, że zamordowano jego partnera, że rozstał się z rodziną i że widział, a także dopuszczał się rzeczy, których wspomnienie budzi go po nocach, lub – co gorsza – spycha w otchłań koszmaru.

Ona też zapłaciła swoją cenę.

Rany zewnętrzne są widoczne, w przeciwieństwie do nieustępliwego bólu, który im towarzyszy, a jest nie mniej realny. Utraciła młodość i urodę, choć Arturo lubi sobie wyobrażać, że nadal jest piękna. Ale spójrz prawdzie w oczy, Marisol. Jesteś kobietą z laską i workiem gówna przypiętym do pasa.

Lecz nie to jest najgorsze. Marisol ma dostatecznie mocno rozwiniętą samoświadomość, by rozpoznać nękający ją ciężki kompleks winy. Wciąż przecież zadręcza się pytaniem: Dlaczego żyję, skoro wokół tak wielu zginęło? I wie, że Arturo zmaga się z tym samym.

– A co u Any? – pyta Keller.

– Bardzo się nią martwię. Ma depresję, za dużo pije. Będzie dziś w przychodni, zobaczysz ją.

– Jesteśmy wszyscy przetrąceni, prawda? – ni to pyta, ni stwierdza Keller. – Każde z nas.

– To prawda – ze smutkiem przyznaje Marisol.

Tak samo jak większość weteranów tej nienazwanej wojny, dodaje w duchu. Wojny, która, jak to mówią, nie jest „zamknięta”.

Nie ma w niej zwycięzców ani pokonanych. Rozejmu ani trybunału wojennego. A już na pewno brak parad, medali, przemówień i podziękowań od wdzięcznego narodu.

Jest tylko powolny, smrodliwie pełzający spadek przemocy.

I druzgocąca świadomość utraty. Ziejąca pustka, której Marisol nie potrafi wypełnić bez względu na ilość zajęć w przychodni czy magistracie.

Przechodzą przez miejski skwer. Zebrani w pawilonie starzy ludzie uważnie im się przyglądają.

– Za chwilę ruszy młyn plotek – mówi Marisol. – Do piątej po południu będę z tobą w ciąży. Do siódmej weźmiemy ślub. Do dziewiątej porzucisz mnie dla młodszej kobiety, i zapewne będzie to blondynka.

Mieszkańcy Valverde dobrze znają Kellera. Zamieszkał tutaj po tym, jak postrzelono Marisol, i opiekował się nią, gdy walczyła o życie. Chodził do ich kościoła, świętował ich święta, uczęszczał na ich pogrzeby. Jeśli więc nawet nie jest jednym z nich, to nie jest też obcym, jakimś tam yanqui[11].

Kochają go, bo on kocha ją.

Keller bardziej wyczuwa, niż widzi samochód, który podąża za nimi ulicą. Wolno sięga do broni ukrytej pod wiatrówką i ściska rękojeść pistoletu. Stary lincoln z wolna ich wyprzedza. Tak kierowca, jak i pasażer nie wysilają się nawet, by ukryć zainteresowanie jego osobą.

On kiwa im głową.

Halcón odpowiada skinieniem, gdy wóz zaczyna się oddalać.

Sinaloa nie spuszczają go z oczu.

Marisol niczego nie dostrzega. Natomiast pyta:

– Zabiłeś go, Arturo?

– Kogo?

– Barrerę.

– Jest pewien stary brzydki dowcip – mówi Keller. – O pewnej kobiecie w noc poślubną. Gdy mąż pyta, czy jest dziewicą, odpowiada: „Dlaczego każdy zadaje mi to pytanie?”.

– Dlaczego każdy zadaje ci to pytanie? – Marisol nie daje się zwieść. Przyrzekali sobie, że nigdy nie będą się okłamywać, a Arturo dotrzymuje słowa. Słysząc jego wykrętną odpowiedź, Marisol nabiera podejrzeń. – Mów tylko prawdę – nalega. – Czy go zabiłeś?

– Nie, Mari, nie zabiłem.

Keller mieszkał zaledwie kilka dni w domu Any w Ciudad Juárez, gdy pojawił się Eddie Ruiz.

Złożył dziennikarce ofertę, którą przyjęła. Ten dom nasuwał jej zbyt wiele wspomnień.

Szalony Eddie brał udział w misji w Gwatemali i Keller widział na własne oczy, jak ów młody narco, ten pocho, półkrwi Amerykanin i półkrwi Meksykanin z El Paso, wylał kanister nafty na rannego bossa Zetas, przytknął zapałkę i patrzył, jak Heriberto Ochoa płonie z wrzaskiem.

Ale Eddie wszedł do zamieszkałego przez Kellera domu w Ciudad Juárez nie sam.

Razem z nim jest Jesús Barajos, inaczej „Chucho”. To siedemnastoletni schizofrenik dotknięty psychozą z powodu potworności, których doznał sam, tych, których był świadkiem, jak i tych, które zadał innym. Już jako jedenastolatek był cynglem narcos i nigdy nie dostał od życia żadnej innej szansy. Keller natknął się na niego w gwatemalskiej dżungli, gdzie Chucho spokojnie kopał futbolówkę z przyszytą do niej twarzą gościa, któremu obciął głowę.

– Po co go tu przywiozłeś? – pyta Eddiego, patrząc w puste źrenice Chucha. Omal nie zastrzelił gówniarza w Gwatemali, by wyrównać rachunek za morderstwo Eriki Valles.

I teraz Ruiz sprowadza go tu? Do mnie?

– Nie wiedziałem, co innego mógłbym z nim zrobić – wyznaje Eddie.

– Odeślij go z powrotem.

– Zabiją go. – Eddie kręci głową, patrząc, jak Chucho obojętnie przechodzi obok nich, a potem zwija się na kanapie i zapada w sen. Mały i cherlawy przypomina zagłodzonego kojota. – Zresztą i tak nie mógłbym go zabrać tam, gdzie się wybieram.

– Co zamierzasz?

– Przejdę na drugą stronę rzeki i się zgłoszę – mówi Eddie. – Wyjdę za cztery lata.

– To dobrze. – Taką umowę załatwił mu Keller.

– A ty? – pyta Eddie.

– Nie robię żadnych planów. – Keller wzrusza ramionami. – Po prostu będę żyć.

Tyle że nie wie jak.

Jego wojna już się skończyła, a on nie wie, jak żyć.

Nie wie również, co zrobić z Chuchem Barajosem.

Marisol nie zgadza się, by przekazać chłopaka pod opiekę meksykańskich władz.

– Nie przetrwa.

– Mari, on zabił…

– Wiem, Arturo – odpowiada. – Ale jest chory i wymaga pomocy. Jakiej pomocy udzieli mu ten system?

Oczywiście żadnej. Keller o tym wie, ale nie jest pewien, czy tak naprawdę jeszcze go to obchodzi. Chce już zakończyć tę wojnę, a nie ciągnąć jak kulę u nogi katatonika, który zamordował bliskich mu ludzi.

– Nie jestem tobą. Nie potrafię przebaczać jak ty.

– Twoja wojna będzie trwać dopóty, dopóki sam jej nie skończysz.

– A więc wygląda na to, że nie skończy się nigdy.

Ale nie odesłał Chucha.

Mari znalazła psychiatrę, który zgodził się leczyć go gratis, i sprowadzała leki przez swoją przychodnię. Ale i tak medyczne prognozy były „ostrożne”. W najlepszym wypadku Chucho mógł prowadzić marginalną egzystencję, życie cienia, w którym najstraszliwsze ze wspomnień nawet jeśli nie zostaną wymazane, to przynajmniej ulegną wyciszeniu.

Keller nigdy nie potrafił wyjaśnić, czemu podjął się opieki nad chłopakiem.

Może to była pokuta?

Chucho pętał się po domu niczym kolejny duch w jego życiu. Spał w pokoju gościnnym, grał w gry wideo na Xboksie, który Keller kupił mu w Walmarcie w El Paso, i pożerał wszystkie posiłki, jakie ten przygotował, na ogół z puszek z etykietą firmy Hormel. Keller monitorował również cały koktajl jego leków i pilnował, by chłopak zażywał je zgodnie z zaleceniami.

Poza tym regularnie woził go do psychiatry i siedział w poczekalni, przeglądając hiszpańskie wydania „National Geographic” i „Newsweeka”. Potem wsiadali do autobusu i jechali do domu, gdzie Chucho zasiadał przed telewizorem, a Keller robił kolację. Rzadko rozmawiali. Czasem z pokoju Chucha dobiegały krzyki, a wtedy Keller tam wchodził i budził go z sennych koszmarów. I choć nieraz go kusiło, by zostawić chłopca na pastwę tej udręki, nigdy tego nie zrobił.

W niektóre wieczory brał puszkę piwa, siadał na stopniach schodzących do małego ogródka na tyłach domu Any i wspominał spotkania, które się tam odbywały – muzykę, poezję, gorące dyskusje polityczne i śmiech. To właśnie tu poznał Anę, Pabla i Giorgia, a także „El Búho”, czyli Sowę, guru meksykańskiego dziennikarstwa i wydawcę gazety, w której pracowali Ana i Pablo.

Czasami, gdy Marisol przyjeżdżała do miasta, by odwiedzić pacjenta, którego ulokowała w szpitalu w Ciudad Juárez, wybierali się wspólnie na kolację lub do kina w El Paso. A czasem jechał do Valverde, by zobaczyć ją po pracy w przychodni i porozmawiać w trakcie popołudniowego spaceru przez miasteczko.

Nigdy nie posunęli się dalej i za każdym razem wracał na noc do domu.

Życie ułożyło się w rytmie, który zdawał się tak nierealny, że wręcz surrealistyczny.

Po mieście krążyły różne plotki na temat Barrery. Jedne głosiły, że żyje, inne że nie. Keller nie zwracał na to uwagi. Od czasu do czasu jakiś samochód wolno przejeżdżał obok jego domu, a raz Terry Blanco zajrzał do niego spytać, czy czegoś nie słyszał lub czegoś nie wie.

Ale Keller o niczym nie słyszał i niczego nie wiedział.

Poza tymi drobnymi zdarzeniami, jak sobie tego życzył, dali mu spokój.

Do czasu.

Eddie Ruiz spłukuje stalowy klozet przytwierdzony do betonowej ściany. Następnie wciska tekturową rolkę po papierze toaletowym do rury spustowej i dmucha, by zepchnąć wodę głębiej w syfon. Potem zdejmuje z betonowej pryczy piankowy materac, zwija go na muszli klozetowej i zaczyna uciskać, jakby dokonywał reanimacji. Na koniec usuwa materac, wpycha do kibla trzy rolki papieru toaletowego, przyciska usta do tej, która leży najwyżej, i woła:

– El señor!

Czeka kilka sekund, a potem słyszy:

– Eddie! Qué pasa, m’ijo?

„Co słychać, mój synu?”. Eddie nie jest synem Rafaela Caro, ale cieszy się, że stary baron narkotykowy tak go nazywa, a może nawet tak myśli.

Caro przebywa we Florence niemal od chwili otwarcia zakładu w 1994 roku i jest jednym z pierwszych gości tego więzienia o zaostrzonym rygorze. To się nie mieści w pale, myśli Eddie. Rafael Caro siedzi sam w betonowym boksie dwa na trzy i pół metra z betonową pryczą, betonowym stołem i betonowym stołkiem – a jednak nie ześwirował.

Umiera Kurt Cobain, Caro jest w celi. Bill Clinton pali cygaro, Caro jest w celi. Pierdolone turbany wpieprzają się samolotami w dwie wieże, Caro jest w celi. Bez sensu atakujemy jakiś pieprzony kraj, czarny gość zostaje prezydentem, a Caro dalej siedzi w tej samej celi dwa na trzy i pół.

Przez dwadzieścia trzy godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.

Ożeż kurwa, myśli Eddie, miałem czternaście lat i waliłem konia przy „Penthouse Letters”, kiedy za Caro zamknęły się drzwi, a gość nadal siedzi i się nie pochlastał.

Rudolfo Sánchez spędził tu zaledwie osiemnaście miesięcy i stracił jaja. Ja kibluję w tym miejscu dopiero drugi rok i mało się nie posram. Pewnie by tak było, gdyby nie Caro i nasze pogaduchy przez klozetowy telefon.

Caro wciąż ma umysł ostry jak brzytwa. Eddie już rozumie, dlaczego kiedyś był jednym z głównych graczy w narkotykowej grze. Ale popełnił błąd, i jak widać, decydujący, a mianowicie źle obstawił zawodnika w starciu Güero Méndez kontra Adán Barrera.

Zawsze te wybory, myśli Eddie.

No i spotkało go to, co spotkało wielu wrogów Adána, czyli ekstradycja do USA. Ciążyło tam na nim poważne podejrzenie o udział w torturach i morderstwie agenta DEA, Erniego Hidalga. Nie zdołano jednak tego dowieść, dostał więc najwyższy wyrok za handel narkotykami, czyli dwadzieścia pięć lat do dożywocia zamiast LWOP[12].

Ale federalni byli tak nakręceni, że wysłano go do Florence, gdzie wsadzają takich speców jak Unabomber, Timothy McVeigh, zanim go załatwili, i tłum terrorystów. Osiel Contreras, dawny boss kartelu z Zatoki, też tu jest, a także kilku innych ważnych narcos.

No i ja, myśli Eddie.

Eddie Ruiz. Szalony Eddie. Pierwszy i jak dotąd jedyny Amerykanin, który kierował meksykańskim kartelem, cokolwiek to warte.

W gruncie rzeczy Eddie już wie, ile to warte.

Cztery lata.

Jest z tym zresztą pewien mały problem, gdyż niektórzy, w tym liczni lokatorzy tej instytucji, zastanawiają się, dlaczego tylko cztery.

Dla faceta jego rangi.

Dla Szalonego Eddiego.

Dawnego „Narco Polo”, jak głosił napis na jego koszulce. Tego, który zatrzymał Zetas w Nuevo Laredo i poprowadził sicarios Diega Tapii najpierw przeciwko Zetas, a potem na Barrerę. Który przetrwał atak marines i egzekucję Diega Tapii, po czym objął przywództwo resztek jego organizacji.

Niektórych dziwi również to, że Eddie powrócił do Stanów, gdzie był poszukiwany pod zarzutem handlu narkotykami. Pytano, dlaczego pozwolił się aresztować i dostał zaledwie czteroletni wyrok odsiadki w federalnym pierdlu.

Oczywiste było podejrzenie, że Eddie to szczur, który sypie kumpli w zamian za łagodny wymiar kary. Ale Eddie gorąco zaprzeczał.

– Wymieńcie mi kogoś, kogo zgarnęli po tym, jak mnie tu wsadzono. Choć jednego. – Nie oczekiwał odpowiedzi, bo nikogo takiego nie było. – No i pomyślcie sami, czy gdybym wszedł z nimi w układ, to wybrałbym Florence? Najcięższe z więzień w tym kraju? – I na to nie było odpowiedzi. – A grzywna? Siedem milionów dolarów? – perswadował. – To ma być, kurwa, stawka dla szczura?

Ale jego głównym atutem był Caro. Gość, który ze wzgardą odrzucił wszelkie namowy na współpracę i bez słowa skargi przyjął wyrok dwudziestu pięciu lat więzienia, nawet by nie spojrzał na jakiegoś szpicla, a co dopiero mówić o przyjaźni.

Jeśli więc Eddie był w porządku dla Rafaela Caro, to był w porządku dla wszystkich. Woła więc teraz przez rolkę:

– Wszystko w porządku! A u pana?

– Nie narzekam, dzięki. Co nowego?

Co nowego? – myśli Eddie.

Nic.

W tym miejscu nie ma nigdy nic nowego. Każdy dzień jest taki sam jak poprzedni. Rano pobudka o szóstej, po której wsuwają przez metalową szparę coś, co nazywa się tu śniadaniem. Po tym posiłku Eddie bierze się do sprzątania. Robi to starannie, z religijnym wręcz namaszczeniem. Człowiek zamknięty w jednoosobowej celi po jakimś czasie pogrąża się w brudzie jak zwierzę, ale Eddie nie zamierza do tego dopuścić. Utrzymuje w czystości siebie, swoją celę i swoją odzież. Gdy już wyszoruje każdy centymetr, pierze w metalowym zlewie ubrania, wyżyma je i rozwiesza, by wyschły.

Nie ma ich zresztą wiele. Są to dwie regulaminowe koszule w kolorze pomarańczowym, dwie pary spodni khaki, dwie pary białych skarpet, dwie pary białych slipek i para plastikowych sandałów.

Po praniu przechodzi do ćwiczeń.

Sto pompek.

Sto przysiadów.

Eddie jest młodym facetem. Ma dopiero trzydzieści trzy lata i nie zamierza dopuścić, by więzienie zrobiło z niego starca. Kiedy wyjdzie stąd w wieku trzydziestu pięciu, chce dobrze wyglądać i mieć sprawny umysł.

Większość z tych, którzy tu siedzą, nigdy już nie zobaczy normalnego świata.

Zdechną w tej zasranej dziurze.

Po ćwiczeniach zazwyczaj bierze prysznic w kabince w rogu celi, a potem ogląda czarno-biały program w małym telewizorze, na który zasłużył sobie jako wzorowy więzień. Na tym bloku oznacza to mniej więcej tyle, że nie wrzeszczy przez cały czas, nie smaruje ścian własnym gównem i nie próbuje obsikać przez szparę strażników.

Telewizja w obwodzie zamkniętym jest ściśle kontrolowana. Dostępne są wyłącznie programy religijne i edukacyjne, ale niektóre kobietki są dość seksowne, no i przynajmniej można posłuchać ludzkiej mowy.

Mniej więcej w południe wsuwają przez drzwi coś, co nazywa się lunchem. A po południu, wieczorem lub kiedy im się, kurwa, spodoba, strażnicy zabierają go na wielkie godzinne wyjście. Zmieniają czas po to, by nie wprowadzać rutyny, jakby Eddie był w stanie zorganizować nalot powietrzny czy coś w tym stylu.

Ale kiedy w końcu przychodzą, staje tyłem do drzwi i wysuwa przez szparę ręce, które skuwają kajdankami. A gdy drzwi się otworzą, klęka jak do Pierwszej Komunii, by skuli mu kostki stóp i połączyli je łańcuchem.

Dopiero wtedy prowadzą go na spacerniak.

Co stanowi przywilej.

W pierwszych miesiącach nie miał prawa wychodzić na zewnątrz. Przysługiwał mu spacer w pozbawionym okien pomieszczeniu, które przypominało opróżniony basen. Teraz może zaczerpnąć powietrza w betonowej klatce o wymiarach trzy i pół metra na sześć, przykrytej u góry grubą gęstą siatką z kolczastego drutu przymocowaną do czerwonych belek. Są tu drążki do podciągania i kosze do koszykówki. A jeśli jesteś grzeczny i strażnicy są w humorze, mogą tam nawet wprowadzić kilku innych więźniów i pozwolić z nimi pogadać.

Caro nie posiada tego przywileju.

Zabił glinę i ma przejebane.

Ale zazwyczaj Eddie też jest sam. Podciąga się więc na drążku, ciska piłkę do kosza lub ją podrzuca. W szkole w Teksasie był najlepszy na drugiej linii i jako gwiazda bejsbolu mógł przebierać w najładniejszych cheerleaderkach. Teraz rzuca piłkę, biegnie za nią i łapie, lecz nikt mu nie wiwatuje.

Kiedyś uwielbiał wytrącać chłopakom piłkę. Walił w odpowiednie miejsce tak mocno, by powietrze uszło im z płuc, a piłka wypadła z rąk. Wyrywał serca z ich pieprzonych piersi.

Szkolny bejsbol.

Piątkowe wieczory.

Przed laty.

Ale pięć dni w miesiącu Eddie nie ćwiczy. Wychodzi tylko do holu, gdzie przez godzinę wolno mu telefonować.

Zazwyczaj dzwoni do żony.

Głównie do pierwszej, nie do drugiej.

To skomplikowane, bo nigdy oficjalnie nie rozwiódł się z Teresą, którą poślubił w USA. Tak więc wedle prawa nie jest mężem Priscilli, z którą się ożenił w Meksyku. Ma z Priscillą trzyletnią córkę i półtorarocznego syna, a z Teresą trzynastoletnią córkę i syna w wieku dziesięciu lat.

Rodziny nie są, powiedzmy, wzajemnie siebie świadome, i Eddie musi uważać, by dobrze pamiętać, z kim w danej chwili rozmawia. Wypisał nawet na ręce imiona swoich dzieci, żeby mu się coś nie popieprzyło i nie zagadnął czasem o te niewłaściwe, co byłoby niezręczne.

To samo dotyczy comiesięcznych widzeń z rodziną.

Musi je ustalać wymiennie i tłumaczyć na zmianę Teresie i Priscilli, czemu nie mogą się spotkać w kolejnym miesiącu. Używa z reguły tej samej wymówki:

– Skarbie, muszę wykorzystać ten czas na rozmowę z moim prawnikiem.

– Bardziej kochasz swojego prawnika niż żonę i dzieci?

– Muszę się z nim zobaczyć, żeby wrócić do domu, do mojej żony i dzieci.

No cóż, do którego domu i których dzieci, to inne kłopotliwe pytanie, ale przez dwa następne lata nie musi się tym kłopotać. Na razie myśli, że gdyby został mormonem, Teresa i Priscilla mogłyby być tak zwanymi siostrzanymi żonami.

Ale wtedy musiałby zamieszkać w Utah.

Czasem jednak naprawdę wykorzystuje prawo do comiesięcznych widzeń na spotkanie ze swym prawnikiem. „Minimum Ben” Tompkins przyjeżdża wtedy aż z San Diego, tym bardziej teraz, gdy jego najważniejszy klient znalazł się wśród zaginionych.

Eddie był w Gwatemali, gdy El Señor żegnał się ze światem.

Ale nikomu o tym nie pisnął. Zresztą nie powinien tam wtedy być i naprawdę jest wdzięczny Kellerowi, że sukinsyn zabrał go ze sobą i pozwolił się rozprawić z Ochoa.

Czasem Eddie przywołuje ten obraz, by wypełnić długie, puste godziny. Wspomina z lubością, jak wylał na bossa Zetas cały kanister nafty, a następnie rzucił w niego zapałką. Mówią, że zemsta najlepiej smakuje na zimno. Ale ta naprawdę smakowała na gorąco, gdy patrzył, jak Ochoa zmienia się w pochodnię.

Godna zapłata za kumpla spalonego żywcem przez Ochoa.

Teraz Eddie trzyma twarz na kłódkę, bo winien jest to Kellerowi.

Zasrane wyroki, myśli. Powinni dać mi medal za tę robotę, a nie wsadzać do „supermax” Florence.

Tak jak i Kellerowi.

Bohaterskie z nas sukinsyny, on i ja.

Strażnicy Teksasu.

Barrerę żarły mrówki, a Tompkins potrzebował forsy, toteż aż nader chętnie przystał na to, by rozdysponować aktywa Eddiego zgromadzone na kontach rozrzuconych po całym świecie.

Siedem milionów kary? Pieprz się, wuju Samie, myśli Eddie. Tyle to mi wypada z kieszeni między poduszki sofy.

Eddie jest właścicielem czterech nocnych klubów w Acapulco i dwóch tamtejszych restauracji, a także dilerem samochodów i tylu gównianych firm, że sam już nie pamięta. No i jeszcze gotówki dojrzewającej na kontach w bankach na różnych wyspach. Jak już swoje odsiedzi, wyjdzie ustawiony na resztę życia.

Ale na razie kibluje we Florence, a Caro chce się dowiedzieć, co nowego.

Ale nie chodzi mu o to, co dzieje się we Florence, lecz w wolnym świecie, uświadamia sobie Eddie, który czasem coś słyszy, ćwicząc w klatce na świeżym powietrzu lub stojąc na pryczy i rozmawiając z sąsiadami przez otwór wentylacyjny.

Teraz Caro pyta:

– Wiesz coś o Sinaloa?

Eddie nie rozumie, czemu starzec tak się tym interesuje. Tamten świat skończył się dla niego dawno temu, po co więc o nim myśli? Choć właściwie o czym miałby myśleć? Pewnie dobrze mu robi takie gadanie, jakby nadal brał udział w grze.

Przypomina tych starych z El Paso, którzy snują się wokół boiska, wspominając czasy, kiedy sami grali, i spierając się o to, kogo nowy trener powinien wyznaczyć na rozgrywającego lub czy zrezygnować z miotacza na rzecz rozciągniętej formacji.

Ale Eddie szanuje starego Caro i cieszy go, że mogą pogadać.

– Podobno wznawiają produkcję heroiny – mówi, wiedząc, że Caro tego nie pochwali.

W latach siedemdziesiątych ten stary gomero widział, jak Amerykanie truli i palili napalmem pola maku, rozpędzając chłopów na cztery wiatry. Był też obecny na słynnym spotkaniu w Guadalajarze, gdzie Miguel Ángel Barrera, słynny M-1, radził gomeros, by odeszli od produkcji heroiny na rzecz kokainy. I był też świadkiem, jak M-1 tworzył Federację.

Eddie i Caro rozmawiali jeszcze o tym i owym przez minutę lub dwie, ale kontakt przez rurę kanalizacyjną jest uciążliwy. Dlatego narcos śmiertelnie boją się ekstradycji do amerykańskiego supermaksa. Praktycznie nie ma tu bowiem możliwości prowadzenia interesów, jak to bywa w meksykańskich więzieniach. Widzenia są ograniczone, jeśli w ogóle dozwolone, a ponadto monitorowane i nagrywane. Podobnie jak telefony. Stąd też nawet największe szychy otrzymują tu zaledwie strzępy informacji i nie mogą wydawać jasnych poleceń. Dlatego w krótkim czasie ich kontakty się urywają.

Caro przebywa tu od dawna.

Gdyby to był nabór do NFL[13], myśli Eddie, nie wzięto by go nawet pod uwagę.

Eddie siedzi przy stole naprzeciw Minimum Bena.

Docenia jego styl: lniana sportowa marynarka w kolorze khaki, błękitna koszula i do tego modny akcent, czyli muszka w kratę. Ponadto srebrne włosy, podkręcone wąsy oraz hiszpańska bródka.

Tompkins mógłby się wcielić w pułkownika Sandersa, założyciela KFC, gdyby szło tu o kury, nie o prochy.

– BOP[14] chce cię stąd przenieść – mówi. – To standardowa procedura. Masz dobrą opinię, więc zasługujesz na złagodzenie rygoru.

Amerykański system federalnego więziennictwa ma swą hierarchię. Najcięższe są placówki o maksymalnym rygorze i poziomie bezpieczeństwa, takie jak supermax Florence. Za mniej opresyjne uchodzą zakłady karne, gdzie więźniowe przebywają w więziennym bloku, a nie w pojedynczych celach. Po nich następują ośrodki poprawcze, czyli budynki internatowe za kolczastymi drutami, i wreszcie więzienia o złagodzonym rygorze.

– Do federalnego zakładu karnego – obwieszcza Tompkins. – Zważywszy na postawione ci zarzuty, nie można uzyskać więcej do czasu, aż przybliży się termin zwolnienia. Wtedy mogą cię nawet przenieść do ośrodka przejściowego. Jezu, Eddie, myślałem, że się ucieszysz…

– Taa… owszem, tylko…

– Tylko co? – Tompkins nie pojmuje. – Chłopie, jesteś sam w celi przez dwadzieścia trzy godziny na dobę. Nikogo nie widujesz…

– Może właśnie w tym rzecz. Mam ci to tłumaczyć? – Fakt, jest w izolatce. To upierdliwe, ale daje radę, przywykł. I czuje się bezpieczny w swojej celi, gdzie nikt go nie może dopaść. Jeśli go przeniosą na blok, może to rozbudzić nowe podejrzenia. Nie chce teraz omawiać sprawy na głos, bo nigdy nie wiadomo, kto opłaca którego strażnika. – Obiecano mi ochronę.

Tompkins zniża głos.

– I ją otrzymasz. Kiedy odbędziesz wyrok, obejmie cię program.

Ale by odsiedzieć swoje, muszę żyć, myśli Eddie. Jeśli mnie przeniosą, papiery pójdą za mną. Tu mogą schować pod kołdrę mój PSI[15], ale w zwykłym zakładzie karnym? Tam strażnicy sprzedadzą własne matki za baton czekoladowy.

– Gdzie mnie przenoszą?

– Mówią o Victorville.

Eddie omal się nie zakrztusił.

– Wiesz, kto rządzi w tym Victimville[16]? La Eme. Meksykańska mafia. Równie dobrze mogą mnie odesłać do Culiacán.

La Eme robi interesy z wszystkimi kartelami oprócz Zetas, myśli Eddie. Ale najgorsze stosunki ma z Sinaloa. Jeśli dostaną wgląd w moje PSI, po prostu mnie zatłuką.

– Umieścimy cię w nadzorowanym oddziale – zapewnia Tompkins.

Eddie nachyla się nad stołem.

– Słuchaj, jeśli mnie wsadzą na taki oddział, równie dobrze mogą obwieścić przez głośniki, że jestem szczurem. Myślisz, że nikt mnie tam nie dopadnie? Nie wiesz, jakie to proste? Wystarczy, żeby strażnik nie zamknął drzwi. Prędzej podetnę sobie żyły, niż dam się przenieść.

– Więc czego chcesz, Eddie?

– Chcę tu zostać.

– Nie możemy ci tego zapewnić.

– Bo co? Potrzebują celi?

– Tak jakby – potwierdza Tompkins. – Znasz Biuro Więziennictwa. Jak już zaczną te swoje procedury…

– Nie obchodzi ich, czy zginę. – To głupie, co mówi, i dobrze o tym wie. Oczywiście, że nic ich to nie obchodzi. Ludzie wciąż umierają w więzieniu i na ogół administracja nie uważa tego za stratę. To dodawanie przez odejmowanie. Tak również myśli społeczeństwo. Jesteś pieprzonym śmieciem, więc jeśli cię zutylizują, tym lepiej.

– Zrobię, co będę mógł – zapewnia Tompkins.

Eddie jest dziwnie pewny, że Tompkins nic nie będzie mógł. Jeśli dokumenty podążą za nim do V-Ville, już jest trupem.

– Musisz do kogoś zadzwonić w moim imieniu – mówi.

Keller odbiera telefon i słyszy Bena Tompkinsa.

– Czego chcesz? – pyta niezbyt uszczęśliwiony.

– Teraz reprezentuję Eddiego Ruiza.

– Jakoś mnie to nie dziwi.

– Eddie chce z tobą pogadać – mówi Tompkins. – Ma cenną informację.

– Nie jestem już w grze – mówi Keller. – Nie obchodzą mnie żadne informacje.

– To nie jest informacja cenna dla ciebie – wyjaśnia Tompkins. – To cenna informacja o tobie.

Keller leci do Denver, a stamtąd jedzie do Florence.

Eddie podnosi słuchawkę, by porozmawiać przez szybę.

– Musisz mi pomóc. – Opowiada o planowanym transferze do Victorville.

– Co to ma ze mną wspólnego? – pyta Keller.

– Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Radź sobie sam?

– Zazwyczaj tak bywa. Musimy radzić sobie sami. Zresztą nie mam tu żadnych wejść.

– Nie pieprz.

– To prawda.

– Przyciskasz mnie do muru – mówi Eddie. – Zmuszasz do czegoś, czego żaden z nas nie chce.

– Grozisz mi?

– Proszę o pomoc. – Słychać, w jak wielkiej jest desperacji. – Ale jeśli odmówisz, będę musiał poradzić sobie sam i coś im opowiedzieć. Dobrze wiesz co.

Misja, której nie było.

Gwatemala.

Miejsce, w którym Eddie sprawił, że Heriberto Ochoa spłonął jak drogowa flara, a Keller stał i nawet nie drgnął.

A potem ruszył w dżunglę, by wyprowadzić stamtąd Barrerę.

I wyszedł z niej sam.

– Jeśli zaczniesz wywlekać pewne sprawy, Eddie – mówi Keller – może się okazać, że mam dosyć wpływów, żeby cię przenieść do skrzydła Zet.

Skrzydło Zet…

To gorsze niż supermax Florence. Wrzucają tam tych, którzy mają naprawdę przejebane. Rozbierają do naga, krępują ręce i stopy, i tak zostawiają.

Czarna dziura.

– Myślisz, że wytrzymasz tam dwa lata? – pyta Keller. – Gdy wyjdziesz stamtąd, będziesz bełkotał jak idiota, który bredzi o własnych urojeniach. Nikt nie uwierzy w jedno twoje słowo.

– Więc zatrzymaj mnie tutaj.

– Dobrze się zastanów – radzi Keller. – Jeśli zostaniesz we Florence, ci, których się obawiasz, mogą się zdziwić.

– Więc wymyśl coś lepszego – prosi. – Bo jeśli tutaj zginę, to nie z własnych rąk. Dlatego musisz zrozumieć, że następny telefon, który wykonam, to nie będzie telefon do ciebie, lecz o tobie.

– Zobaczę, co da się uzyskać – kwituje Keller.

– I musisz dla mnie zrobić jeszcze jedno.

– Co znowu?

– Przyślij mi Big Maca, podwójne frytki i colę,

– Tylko tyle? – dziwi się Keller. – Myślałem, że chcesz przelecieć jakąś cizię.

Eddie przez chwilę myśli, a potem kręci głową.

– Nie, wystarczy mi burger.

Stukanie w rurę. Caro chce rozmawiać. Eddie odbywa cały rytuał z rurą spustową, by na koniec przyłożyć ucho do rolki papieru toaletowego.

– Podobno cię przenoszą – słyszy.

Wiadomości szybko się tu rozchodzą, myśli Eddie. A Caro ma lepsze kontakty, niż myślałem.

– Zgadza się.

– Do Victorville.

– Mhm.

Nie obawia się transferu od chwili, gdy Keller telefonicznie go zapewnił, że jego akta są już czyste jak łza. Jeśli nawet ktoś je wyciągnie, to najwyżej dojdzie do wniosku, że ten łagodny wyrok jest wyłącznie zasługą dobrego obrońcy.

– Nie martw się – pociesza go Caro. – Mamy tam przyjaciół. Zajmą się tobą.

– Dzięki.

– Z La Mariposy.

La Mariposa… Tak nazywają La Eme, myśli Eddie.

– Będzie mi brakować naszych rozmów – dodaje Caro.

– I mnie.

– Dobry z ciebie chłopak, Eddie. Umiesz okazać szacunek. – Caro milczy przez kilka sekund, a potem dorzuca: – M’ijo, chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobił w V-Ville.

– Czego tylko pan sobie życzy.

Cokolwiek to jest, Eddie nie ma najmniejszej ochoty tego robić.

Chce odsiedzieć swój wyrok i się wyautować.

Z biznesu i z branży.

Wciąż mu się roi, że kiedyś zrobi film o własnym życiu. To się nazywa biografia filmowa. I że byłby to wielki hit, gdyby zagrał w nim DiCaprio czy ktoś taki.

Ale nie powie tego Rafaelowi Caro. Gdyby tak zrobił, ci z La Eme zgotowaliby mu w V-Ville inne powitanie. Mogliby go załatwić od razu albo po prostu odizolować. Tak czy owak, nie miałby żadnych szans bez oparcia w gangu.

– Wiedziałem, że to powiesz. – Caro tak zniża głos, że Eddie ledwie słyszy.

– Znajdź nam jednego mayate.

Chodzi o czarnego.

– Z Nowego Jorku. Niedługo wychodzi. Niech zaciągnie u ciebie dług – instruuje Caro. – Rozumiesz?

Jezu! Eddie zdaje sobie nagle sprawę, że stary wciąż jest graczem.